Kawaler de Maison-Rouge - Aleksander Dumas (ojciec)

Kup ebooka

5.99 zł
4.91 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II

NIEZNAJOMA

W głosie kobiety tyle było trwogi, a zarazem godności, że Maurycy zadrżał. Ten głos wstrząsający, jak prąd elektryczny przeniknął do jego serca.

Zwrócił się ku rozprawiającym między sobą ochotnikom. Upokorzeni, że jeden człowiek umiał ich utrzymać w szachu, widocznie chcieli odzyskać swą powagę, było ich bowiem ośmiu przeciw jednemu, a trzech miało strzelby, inni zaś pistolety i piki. Maurycy posiadał tylko pałasz, walka więc nie mogła być równa. Równie dobrze pojmowała to nieznajoma i zwiesiwszy głowę na piersi, westchnęła. Wtem na rogu ulicy Bons-Enfants zabłysło kilka luf karabinowych i usłyszano miarowy chód patrolu, który widząc stojącą gromadkę, zatrzymał się o kilka kroków, a kapral zawołał: Kto idzie!... - Przyjaciel!... odrzekł Maurycy. Przyjaciel!... zbliż się tu Lorin. Ten, który rozkaz taki otrzymał, żywo zbliżył się na czele swoich ośmiu żołnierzy. - Czy to ty, Maurycy?... spytał kaprala!... rozpustniku, co robisz o tej godzinie na ulicy?... - Widzisz, że wychodzę z posiedzenia Braci i Przyjaciół. - Tak... i udajesz się na posiedzenie sióstr i przyjaciółek, znamy się na tem. - Nie, mylisz się przyjacielu; powracałem wprost do siebie i oto spotkałem na drodze obywatelkę, wydzierającą się z rąk obywateli ochotników; podbiegłem i spytałem, dlaczego ją aresztowano?... - Poznaję cię teraz, rzekł Lorin. Taki to charakter francuskich rycerzy. Potem, odwracając się do ochotników spytał: - A dlaczego aresztowaliście tę kobietę? - Jużeśmy to powiedzieli porucznikowi, odrzekł przywódca małego oddziału, bo nie miała karty bezpieczeństwa. - O! o! rzekł Lorin, to ci wielka zbrodnia. - Nie wiesz więc, jaki jest rozkaz Gminy? spytał przywódca ochotników. - Prawda! prawda! ale jest drugi rozkaz, który znosi tamten:

Bo miłość wyrok wydala, Że nawet i na Parnasie Piękność i młodość będzie miała Wolny przystęp w każdym czasie.

- I cóż ty na ten rozkaz obywatelu? ja mniemam, że jest bardzo trafny. - Prawda, ale nie jest on ostateczny. Najprzód nie był ogłoszonym w Monitorze, powtóre nie jesteśmy wcale na Parnasie, potrzecie teraz noc, a wreszcie obywatelka nie jest może ani młoda, ani ładna, ani miła. - Założę się, że przeciwnie, podchwycił Lorin. No, obywatelko przekonaj mnie, że mam słuszność, podnieś twój woal i niech wszyscy osądzą, czy te wiersze mogą ciebie dotyczyć?... - O! panie, zawołała młoda kobieta, tuląc się do Maurycego, broniłeś mnie przeciw twym nieprzyjaciołom, broń że teraz przeciw przyjaciołom, błagam cię!... - Widzicie, rzekł przywódca ochotników, jak ona się kryje. To musi być szpieg arystokratów, albo nocny włóczęga, ladaco jakieś... - Oh! panie, zawołała młoda kobieta stojąc przed Maurycym i odsłaniając twarz młodej i cudnej piękności. O! spojrzyj na mnie, czym podobna do tego, co oni mówią? Maurycy patrzył jak oczarowany. Nigdy nie marzył o podobnym widoku. Lecz widok ten trwał ledwie chwilę, nieznajoma równie szybko twarz swoją znowu zakryła. - Lorin, rzeki Maurycy, powiedz, że sam zaprowadzisz aresztowaną na odwach!... masz do tego prawo, jesteś naczelnikiem patrolu. - Dobrze, odpowiedział młody kapral, rozumiem cię nieco. I, zwracając się do nieznajomej dodał: - No, no, moja piękna, ponieważ nie chcesz nas przekonać, musisz się udać z nami. - Nic z tego nie będzie... odrzekł przywódca pierwszego oddziału, ona do nas należy, my więc ją zatrzymamy. - Ej! obywatele, obywatele... odezwał się Lorin, jak widzę to się pogniewamy. - Gniewajcie się, lub nie, do licha! to mi wszystko jedno. My jesteśmy prawdziwi żołnierze rzeczypospolitej i kiedy wy patrolujecie po ulicach, my musimy przelewać krew naszą na granicach. - Strzeżcie się, abyście jej tu po drodze nie przeleli, obywatele, a to bardzo łatwo może nastąpić, jeżeli nie będziecie grzeczniejsi. - Grzeczność to rzecz arystokratów, a my jesteśmy sankiuloci, odparli ochotnicy. - No, no... rzekł Lorin, nie mówcie przy pani o podobnych rzeczach. Może ona angielka. Nie gniewaj się o to przypuszczenie, mój piękny ptaszku, dodał uprzejmie zwracając mowę do nieznajomej. - Pani... rzekł Maurycy, widzisz, na co się zanosi, za pięć minut tych kilkunastu ludzi będzie się zabijało dla pani. Czyż sprawa tych, którzy cię bronić pragną zasługuje na przelew krwi? - Panie... odpowiedziała nieznajoma załamując ręce, tylko jedną rzecz wyznać panu mogę, że jeżeli każesz mnie aresztować, sprowadzi to dla mnie i dla innych tak wielkie nieszczęścia, że wolę, abyś mnie przebił bronią, którą trzymasz w ręku i trupa mego wrzucił w Sekwanę, niżeli miał mnie opuścić. - Ha! dobrze... odrzekł Maurycy. Biorę wszystko na siebie. I puściwszy ręce pięknej nieznajomej, które trzymał w swoich, rzekł do gwardzistów narodowych: - Obywatele! jako wasz oficer, jako patrjota, jako francuz, rozkazuję wam, abyście bronili tej kobiety. A ty, Lorin, jeżeli który z tych łotrów piśnie choć słowo, na bagnet go! - Za broń! Lorin zakomenderował. - O! Boże! Boże; zawołała nieznajoma, osłaniając głowę kapturem i opierając się o kamienny słupek. O Boże! miej mię w Twojej opiece! Ochotnicy starali się uszykować obronę. Jeden z nich strzelił nawet z pistoletu, a kula przeszyła kapelusz Maurycego. - Do ataku broń!... rzekł Lorin. Tram, tam, tam, tram... I wśród ciemności nocnej wszczęła się walka i zamieszanie, słyszeć się dało parę wystrzałów z ręcznej broni, potem krzyki, przekleństwa; nikt jednak na miejsce bójki nie przybył, bo jak wspomnieliśmy, krążyły głuche wieści o rzezi, mniemano więc może, że to jej początek. Kilka okien wprawdzie otworzyło się, lecz je natychmiast zamknięto. Ochotnicy mniej liczni i nie tak dobrze uzbrojeni, w jednej chwili stali się niezdatnymi do boju. - A co... odezwał się Lorin, spodziewam się, że teraz będziecie łagodni, jak baranki. Co do ciebie, obywatelu Maurycy, zobowiązuję cię odprowadzić tę kobietę na ratusz. Jesteś za nią odpowiedzialny, pojmujesz? - Pojmuję... odrzekł Maurycy i dodał po cichu: A hasło? - Tam do djabła... szepnął Lorin drapiąc się w ucho, hasło!... - Może boisz się, abym go nie użył na złe? - O! na honor... przerwał Lorin, użyj go jak chcesz: wszak to twoja rzecz. - Powiesz więc?... rzekł znowu Maurycy. - Zaraz, ale pozwól niech się pozbędziemy wprzód tych włóczęgów. A potem, zanim się rozstaniemy, mam ci udzielić jeszcze jedną dobrą radę. - Dobrze, zaczekam. Lorin wrócił ku swym gwardzistom, którzy ciągle trzymali ochotników w oblężeniu. - No, cóż, czy dosyć już macie teraz?... spytał. - Dosyć, dosyć, ty psie żyrondystowski!... odparł przywódca. - Mylisz się mój przyjacielu... spokojnie rzeki mu Lorin, jesteśmy lepsi od ciebie sankiuloci, bo należymy do klubu Termopilistów, któremu patrjotyzmu nikt nie zaprzeczy, jak się spodziewam. Kaź odjeść obywatelom, mówił dalej Lorin. - Jednak, jeżeli ta podejrzana kobieta... - Gdyby była podejrzana, byłaby już uciekła podczas utarczki, zamiast czekać końca, jak widzisz. Zresztą, przekonamy się o tem, bo przyjaciel mój, odprowadzi ją do ratusza, a my tymczasem wstąpimy gdzie napić się za pomyślność narodu. - Wstąpimy napić się?... powtórzył przywódca. - Tak jest, mam wielkie pragnienie, a znam ładny handelek przy ulicy Thomas du Louvre. - A czemużeś tego od razu nie mówił, obywatelu? Żałujemy mocno, żeśmy zwątpili o twoim patrjotyzmie; no, ale teraz, w imię narodu i prawa uściskajmy się. - Uściskajmy się... rzekł Lorin. To mówiąc ochotnicy z zapałem ucałowali gwardzistów narodowych. W owym czasie równie chętnie ściskano się jak zabijano. - A teraz przyjaciele.. zawołały oba razem połączone oddziały, na róg ulicy Thomas du Louvre. - A my? żałośnie odezwali się ranni. Mieliżbyście nas tu zostawić? - Ma się rozumieć!... rzekł Lorin, zostawimy dzielnych, którzy przez pomyłkę polegli w walce ze współziomkami i potrjotami. No, ale przyślemy tu wam nosze, a tymczasem dla rozrywki zaśpiewajcie sobie. Potem zbliżywszy się do Maurycego, który wraz z nieznajomą stał na rogu ulicy du Coq, podczas gdy gwardziści i ochotnicy prowadząc się pod ręce, zmierzali ku placowi Palais-Egalite dodał: - Maurycy, przyrzekłem dać ci radę, jest ona następująca: Pójdź raczej z nami, a nie kompromituj się odprowadzaniem tej obywatelki, która wprawdzie wydaje się bardzo zachwycającą, ale także i tembardziej podejrzaną; bo zachwycające kobiety, które o północy biegają po ulicach Paryża... - Panie... rzekła kobieta, błagam cię nie sądź o mnie z powierzchowności. - Najprzód, pani mówisz "panie", co jest bardzo źle, rozumiesz, obywatelko? No ale i ja mówię ci także, pani... - Tak jest, masz słuszność, obywatelu, ale dozwól twemu przyjacielowi spełnić dobry uczynek. - Maurycy! Maurycy... rzekł Lorin, rozważ co czynisz; narażasz się strasznie!... - Wiem o tem; odpowiedział młodzieniec; ale cóż chcesz! jeżeli opuszczę tę biedną kobietę, pierwszy lepszy patrol znowu ją zaaresztuje. - O! tak, tak, kiedy tymczasem przy tobie, panie, chciałam mówić, przy tobie obywatelu, będę ocalona. - Słyszysz, powiada, że będzie ocalona! podchwycił Lorin. Więc grożą jej jakieś wielkie niebezpieczeństwa? - No, no, mój kochany Lorin... odparł Maurycy, bądźmy sprawiedliwi. Jest to albo dobra partjotka, albo arystokratka, więc będziemy mogli sobie powiedzieć, albo że niesłusznie się nią opiekowaliśmy, albo że bronić jej było naszą powinnością. - Widzisz, Maurycy, żądasz ode mnie albo poświęcenia obowiązku dla przyjaciela - albo przyjaciela dla obowiązku. A ja boję się, mój Mourycy, abym nie poświęcił obowiązku! - Mój drogi... jedno albo drugie, wybieraj. Ale na Boga wybieraj natychmiast! - Ale nie nadużyjesz mojej dobroci? - Przyrzekam. - To za mało; przysięgnij! - A na czem? - Przysięgnij na ołtarzu ojczyzny. Lorin zdjął kaszkiet, podał go Maurycemu od strony kokardy, a ten uważając to za bardzo naturalne, z całą powagą wykonał żądaną przysięgę na tym improwizowanym ołtarzu. - Więc słuchaj... rzekł Lorin, oto hasło: "Galja i Lutecja"! A choćby kto ci powiedział, jak mnie przed chwilą; "Galja i Lukrecja*' nie rób z tego kwestji, jedno i drugie brzmi po rzymsku. - Obywatelko... odezwał się Maurycy, teraz jestem na twoje usługi. Dziękuję ci, Lorin.

I

OCHOTNICY

Działo się wieczorem 10-go marca 1793-go roku.

Na wieży kościoła Panny Marji wybiła godzina dziesiąta, a każdy dźwięk pojedyńczy zegara, rozlegał się w powietrzu smutny, monotonny, drgający. Inny był wówczas Paryż, niźli go dzisiaj znamy; dziś oślepia on wieczorem tysiącami ogni, odbijających się w złocistem jego błocie, dziś pełen jest zajętych przechodniów, radosnych szeptów, ma liczne przedmieścia, jest szkołą zuchwałych sporów, śmiałych występków, piecem o tysiącu kominach; wówczas zaś było to miasto wstydliwe, bojaźliwe, pracowite, którego mieszkańcy, przebiegając kiedy niekiedy z jednej ulicy na drugą, kryli się w zakątkach lub pod własne bramy, na kształt zwierzyny, co obsaczona przez strzelców, we własnej norze dusić się daje. Przez skazanie na śmierć króla Ludwika XVI, Francja zerwała z całą Europą. Do trzech nieprzyjaciół, z któremi naprzód walczyła, to jest: Anglją, Holandją i Hiszpanją, Szwecja tylko i Danja zachowały dawną swą neutralność, z powodu względów na działania ówczesnej władczyni północnego mocarstwa. Położenie Francji było przerażające. Mniej pogardzana dla swej fizycznej potęgi, lecz także mniej poważana dla swej potęgi moralnej, od czasu wrześniowej rzezi i egzekucji w dniu 21-go stycznia, blokowana była literalnie przez całą Europę, niby proste miasto. Na brzegach jej widziano Anglję, na Pirenejach Hiszpanję, na Alpach Austrję i Piemont, na północnych prowincjach ciążyły Holandja i Prusy, a jednym tylko punktem, pomiędzy górnym Renem a Escaut, dwakroć sto tysięcy żołnierza postępowało przeciw rzeczpospolitej. Tkliwa, jak każde ożywione ciało, Francja, we właściwem swem sercu, to jest w Paryżu, boleśnie uczuwała każdy cios, jaki jej z najodleglejszych punktów zadawały napady, bunty lub zdrady. Każde zwycięstwo wywoływało buntowniczą radość, każda porażka rodziła pełne zgrozy powstania. Łatwo więc pojąć, jakiego zgiełku powodem były wiadomości o niepowodzeniach, których doznawaliśmy pokolei. Cóż to takiego miało miejsce w Paryżu wieczorem 10-go marca i co sprawiało, że wśród tej wilgotnej ciemności, wśród tak groźnego milczenia, domy przeznaczone do chronienia w sobie istot żyjących, teraz nieme i ponure, raczej podobne były do grobów samemi tylko umarłymi zaludnionych? W rzeczy samej, silne patrole gwardji narodowej pod przewodnictwem wysłanych na zwiady, z nadstawionemi bagnety wojska obywatelskie, sekcje na los szczęścia uzbrojone i ściśnięte jedne o drugie, żandarmi przeglądający zakątki każdej bramy lub każde otwarte przejście, stanowili jedynych mieszkańców miasta, którzy śmieli wyjść na ulicę, tak dalece własne natchnienie przekonywało wszystkich, że się knuje jakaś rzecz straszna, nieznana. Tego to więc wieczoru, kiedy Paryż padł łupem panicznej trwogi, tak często wznawianej, że powinien był być mniej więcej do niej przyzwyczajony, tego wieczoru, kiedy głucho mówiono o potrzebie wyrżnięcia oziębłych rewolucjonistów, którzy po większej części warunkowo głosując za śmiercią króla, dziś wahali się wyrzec o śmierci królowej, więzionej w Tempie wraz z dziećmi i beatową, - jakaś kobieta owinięta w salopę koloru lila w czarne cętki, ukrywszy, a raczej zanurzywszy głowę w kapturze tej salopy, przesuwała się wzdłuż domów ulicy św. Honorjusza; chroniąc się to w głębi jakiej bramy, to za rogiem muru, ilekroć zdała dostrzegła nadchodzący patrol, stojąc nieruchoma jak posąg, zatrzymując oddech, aż póki, patrol nie przejdzie, i wówczas dopiero znowu biegnąc szybko i niespokojnie, póki nowe tego rodzaju niebezpieczeństwo nie zmusiło ją powtórnie do milczenia i nieruchomości. Takim sposobem, dzięki przedsiębranym ostrożnościom. przebiegła już była bezkarnie część ulicy św. Honorjusza, gdy nagle na rogu ulicy de Grenelle, wpadła nie w ręce patrolu, lecz w ręce małego oddziału dzielnych ochotników, którzy obiadowali w składzie zbożowym, a których patrjotyzm bardziej jeszcze podżegały liczne toasty wznoszone na cześć przyszłych zwycięstw. Biedna kobieta krzyknęła i usiłowała umknąć przez ulicę du Coq. - Hej! hej! obywatelko! zawołał przywódca ochotników, już bowiem, wedle wrodzonej człowiekowi potrzeby posiadania dowódców, zacni ci patrjoci wybrali sobie naczelnika - hej! hej! a dokąd to? Uciekająca nie odpowiedziała, lecz ciągle biegła. - Pal!... zawołał przywódca; to mężczyzna przebrany! to uciekający arystokrata! I brzęk dwóch czy trzech strzelb nieregularnie opadających na niepewne ręce, oznajmił biednej kobiecie, że zabierano się do wykonania nieszczęsnego ruchu. - Nie! nie!... zawołała nagle, zatrzymawszy się i wracając, - nie, obywatelu, mylisz się; jam nie mężczyzna... - A więc przystąp... rzekł przywódca i odpowiadaj kategorycznie. Dodąkże to idziesz, nocna piękności? - Ależ, obywatelu, ja nigdzie nie idę... ja powracam. - Jak na uczciwą kobietę, to zapóźno nieco powracasz, obywatelko. - Idę od chorej krewnej. - Biedna mała kotka... powiedział przywódca, machnąwszy ręką tak, że przelękła kobieta żywo odskoczyła; a gdzie masz kartę? - Kartę? Jakto, obywatelu? Co przez to rozumiesz i czego żądasz ode mnie? - Czy nie znasz dekretu gminy? - Nie. - Słyszałaś przecież, jak go obwoływano? - Wcale nie. Cóż to znowu za dekret, mocny Boże? - Naprzód, już się teraz nie mówi Bóg, lecz Najwyższa Istota. - Przepraszam. Omyliłam się. To stary nałóg. - Mówiłem, że dekret Gminy zabrania wychodzić po godzinie dziesiątej wieczorem baz karty obywatelskiej. Czy masz ją?... - Niestety!... nie mam. - Zapomniałaś jej u twej krewnej?... - Nie wiedziałam, że trzeba wychodzić z taką kartą. - A więc zajdźmy do najbliższego posterunku, tam wytłumaczysz się grzecznie przed kapitanem, a jeżeli będzie z ciebie kontent, każe cię dwom żołnierzom odprowadzić do domu; jeżeli nie, zatrzyma cię aż do czasu powzięcia dokładniejszych informacyj. Na lewo zwrot, krokiem podwójnym, naprzód, marsz!... Z okrzyku przerażenia jaki wydała uwięziona, przywódca ochotników wniósł, że biedna kobieta mocno się lękała tego środka. - Oho!... rzekł, jestem pewien, żeśmy jakąś znakomitą zwierzynę złowili. No, dalej w drogę, moja mała! I przywódca schwycił rękę podejrzanej, wziął ją pod ramię i mimo krzyków jej i łez pociągnął za sobą do posterunku w pałacu Równości (Palais Egalite). Zbliżali się właśnie ku rogatce des Sergents, gdy nagle wysoki młodzieniec otulony płaszczem pokazał się na rogu ulicy des Petits-Champs, i posłyszał, jak uwięziona błaganiami usiłowała odzyskać wolność. Ale przywódca ochotników nic na to nie zważając, grubjańsko pociągnął ją za sobą. Kobieta krzyknęła już to z przestrachu, już z bólu. Młodzieniec widział tę walkę, słyszał krzyk, przeskoczywszy więc z jednej strony ulicy na drugą, spotkał się oko w oko z małym oddziałem. - Co to jest, co robicie tej kobiecie?... zapytał tego, który wyglądał na przywódcę. - A ty co za jeden jesteś, że śmiesz nas zapytywać?... Młodzieniec rozpiął płaszcz, a na wojskowym jego mundurze zabłysła szlifa. - Jestem oficerem, rzekł, jak to widzicie. - Oficerem... gdzie?... - W gwardji obywatelskiej. - Cóż stąd!... cóż nam do tego?... odparł jeden z oddziału, my nie znamy żadnych oficerów gwardji obywatelskiej!... - Co, co on mówi?... zapytał, drugi przeciągłym i wyłącznie ironicznym akcentem ludu, a raczej pospólstwa paryskiego, skoro się gniewać poczyna. - On mówi, powtórzył młodzieniec, że jeżeli szlifa nie nakazuje szacunku, dla oficera, to pałasz nakaże szacunku dla szlify. To mówiąc nieznajomy obrońca młodej kobiety cofnął się krokiem wstecz, odrzucił fałdy swego płaszcza i przy świetle latarni błysnął szerokim i mocnym piechotnym pałaszem. Potem za nagłem poruszeniem, dowodzącem, że nawykł do zbrojnej walki, schwycił przywódcę ochotników za kołnierz jego kapoty i przytykając mu koniec pałasza do gardła, rzekł: - Teraz pomówmy z sobą po przyjacielsku. - Ależ obywatelu... odpowiedział przywódca, usiłując mu wyrwać się. - Ach!... uprzedzam cię, że skoro się tylko ruszysz, skoro się ruszy który z twoich ludzi, natychmiast przeszyję cię mym pałaszem. Tymczasem dwaj ludzie z oddziału ciągle pilnowali kobiety. - Pytałeś mię, kto jestem, mówił dalej młodzieniec, chociaż nie miałeś do tego prawa, bo nie jesteś dowódcą regularnego patrolu. Mniejsza jednak oto, wiedz, że nazywam się Maurycy Lindey; dnia dziesiątego kwietnia dowodziłem baterją kanonierów. Jestem porucznikiem narodowej gwardji i sekretarzem sekcji Braci i Przyjaciół. Czy to dosyć?... - Ach!... obywatelu poruczniku, odrzekł przywódca, ciągle zagrożony ostrzem, które mu coraz bardziej ciężyło, to wcale co innego!... Jeżeli jesteś w istocie tem, czem się mienisz być, to jest dobrym patrjotą... - Aha, wiedziałem dobrze, że trochę z sobą pogadawszy, wnet się porozumiemy. No, na ciebie teraz kolej, odpowiadaj, dlaczego ta kobieta krzyczała i coście jej zrobili?... - Prowadziliśmy ją do kordegardy. - A to dlaczego?... - Bo nie ma karty obywatelskiej, a ostatni dekret gminy rozkazuje aresztować każdego spotkanego po dziesiątej na ulicach Paryża bez karty obywatelskiej. Miałżebyś zapomnieć, że ojczyzna w niebezpieczeństwie, że czarny sztandar powiewa na ratuszu?... - Czarny sztandar powiewa na ratuszu i ojczyzna w niebezpieczeństwie, bo bandy niewolników maszerują do Francji, odrzekł oficer, nie zaś dlatego, że kobieta chodzi po ulicach Paryża po godzinie dziesiątej. Lecz mniejsza o to obywatele, gmina wydała dekret, jesteście w waszem prawie i gdybyście mi byli to wszystko odrazu oświadczyli, porozumienie nasze byłoby prędsze i nie tak burzliwe. Dobrze jest być patrjotą, ale nieźle także znać się na grzeczności, a nadto - obywatele winni szanować oficerów, których, jak mi się zdaje, sami mianowali. A teraz prowadźcie sobie tę kobietę, jeżeli tak się wam podobało. - O!... obywatelu, zawołała zkolei kobieta, która z głęboką trwogą słuchała tego sporu, chwytając Maurycego za rękę. O!... obywatelu!... nie zostawiaj mnie na łaskę tych grubjanów na pół pijanych. - Dobrze, odpowiedział Maurycy, podaj mi twą rękę, odprowadzę cię wraz z nimi na odwach. - Na odwach?... z trwogą powtórzyła kobieta, na odwach?... a pocóż mnie tam prowadzić macie, kiedym nikomu nic złego nie zrobiła... - Zaprowadzą cię na odwach, odpowiedział Maurycy, nie dlatego, abyś co złego zrobiła, nie dlatego, aby przypuszczano, że się złego możesz dopuścić, lecz, że rozkaz gminy zabrania wychodzić bez pozwolenia, a ty go nie masz. - Ależ ja nie wiedziałam... - Obywatelko, znajdziesz na odwachu zacnych ludzi, którzy ocenią twoje tłumaczenie... nie powinnaś się ich obawiać. - Panie... odpowiedziała młoda kobieta, ściskając rękę oficera, nie zniewag się obawiam, lecz śmierci, bo jeżeli zostanę zaprowadzona na odwach, to już będę zgubiona.