Dagmara pchnęła szklane drzwi i weszła w chłód klimatyzowanego wnętrza. Koniec lipca obfitował w upały, jakich ostatnio doświadczała w środku sezonu na Krecie. Teraz Warszawa dostarczała podobnych temperatur, choć jeszcze kilka lat temu zdawało się to nieprawdopodobne.
Usiadła przy stoliku koło okna, tuż pod klimatyzatorem. Dmuchał zimnym powietrzem ponad głowami siedzących, nie na nią. Sięgnęła po gazetę i rozsiadła się na szafirowej kanapie.
- Długo czekasz? - usłyszała nad sobą po kwadransie.
Uniosła głowę i przesunęła kosmyk włosów.
- Dopiero przyszłam. - Wstała i serdecznie uściskała przybyłą.
- Kłamiesz bez wdzięku - odparła Justyna, opadając z jękiem na beżowy fotel ze skaju. - A ja jestem ostatnio wszędzie spóźniona. To tylko brzuch, a spowalnia mnie, jakbym ciągnęła za sobą dwie kule armatnie.
- Kule armatnie? - Dagmara sięgnęła po torebkę. - To, co zawsze?
- Tak się chyba mówi. Kula u nogi.
- A dlaczego armatnia?
- Nie wiem. Tak mi się powiedziało. I raczej nie powinnam pić kawy.
- Kto tak twierdzi? Wszyscy powinni pić kawę.
- Lekarz. Poza tym dziecko się wierci po kawie.
- Twoja córeczka nie lubi kawy? Niemożliwe. Będę musiała ją nauczyć.
Justyna westchnęła.
- Ziołową poproszę. Herbatkę.
Dagmara pokręciła głową, aż jej starannie ułożone loki zatańczyły wokół głowy. Wróciła po chwili, wrzuciła portfel do torebki.
- Zostały mi jeszcze trzy tygodnie, ledwo żyję. Z Norbertem było jakoś łatwiej - ciągnęła wątek Justyna.
- Miałyśmy wtedy czternaście lat mniej. Prawie piętnaście - trzeźwo zauważyła Dagmara.
- Sugerujesz, że jestem za stara na dziecko?
Barmanka właśnie krzyknęła jej imię, Dagmara podniosła się, kręcąc głową. Wróciła po chwili z dwoma dużymi kubkami.
- Sok malinowy. Nie wiem, na ile pasuje do rumianku, ale jest zdrowy.
Justyna wywróciła oczami.
- Wypiję wszystko, cokolwiek mi dasz. Choć w tych temperaturach wolałabym lemoniadę. Z cytryn, też zdrowa.
- Nigdy nie zrozumiem, jak można nie pić kawy.
Justyna wzruszyła ramionami.
- Wszystko bym oddała, by się normalnie poruszać. Ten bęben mnie przeważa, spowalnia, zabiera oddech i w ogóle.
- To "w ogóle" jest najważniejsze. I to nie żaden bęben, tylko twoja córka. Choć na razie jeszcze bardzo malutka.
Justyna prychnęła.
- Oszczędź sobie. Nie pocieszaj mnie też, że za kilkanaście lat będę tęsknić za tymi chwilami.
Dagmara uśmiechnęła się szeroko.
- Co u Norberta?
- Wakacje. Nudzi się pomiędzy obozami. Wczoraj się widzieli z Wojtkiem, prawda?
Dagmara wzruszyła ramionami.
- Wczoraj Wojtek nam urządził niezły spektakl.
- Nastolatki tak mają - skwitowała z pobłażaniem Justyna.
- No cóż, przyłapał nas na słodkim...
- Nie żartuj.
- Prawie nas przyłapał. Czy naprawdę jesteśmy tak ohydni? Wstrętni?
- Ja na pewno. Z takim brzuchem jestem jak monstrualna purchawka.
- Rozpękniesz się niedługo i będzie z głowy.
- Doprawdy?
- Nie odpowiedziałaś. Jesteśmy aż tak obrzydliwi? To kwestia wieku, jak myślisz?
Justyna wzruszyła ramionami.
- Rumianek z malinami nie stanie się moim ulubionym napojem.
- A wiesz, dlaczego nas złapał?
- Bo to robiliście.
- Bo powiedziałam, że ci zazdroszczę.
Justyna się zakrztusiła.
- Brzucha? Najbliższego roku w pieluchach? Moja klasa dostała już nowego wychowawcę, nikt o mnie nie będzie pamiętał. Od nowa będę się musiała przebijać przez szkolne zamieszanie, przyzwyczajać do hałasu i uczyć dzieciaki dyscypliny. To będzie, jak sądzę, dokładnie tak, jakbym dopiero przyszła do pracy. Wyobrażasz sobie, zaczynać od nowa w moim wieku?
- Właściwie doskonale sobie to wyobrażam. I trzeba było wybrać kawę, jest doskonała. Ale tylko ten gatunek, pozostałe tutaj to badziewie.
- Pachnie ładnie - zgodziła się Justyna.
- Ładnie? Jest rewelacyjna. Sprowadzili ją na moją prośbę.
- Fakt, przecież ty niedaleko pracujesz! Nawet kawiarnię masz zaprzyjaźnioną.
Dagmara przygryzła wargę.
- Nie mów, że się nie cieszysz. - Znacząco spojrzała na brzuch przyjaciółki.
- Pewnie, że się cieszę. - Justyna pogłaskała wystającą okrągłość. - To niby był przypadek, ale taki... powiedzmy, że lekko inspirowany.
Dagmara się uśmiechnęła.
- Ja też chciałabym doświadczyć takiego inspirowanego przypadku.
- To by się całkiem dobrze składało. Wojtek i Norbert są w tym samym wieku, młodsze też mogłyby być.
- To chyba nie jest najlepszy moment.
Justyna spoważniała, odstawiła filiżankę.
- Co się stało?
- Ja... - Dagmara zamyśliła się, patrząc za okno.
- Słuchaj, zanim mi powiesz... możemy się przesiąść?
- Słucham?
- Masz na sobie zieloną bluzkę, siedzisz na szmaragdowej kanapie. Z tyłu za tobą leżą koce w kolorze fuksji. Czuję, że zaraz dostanę oczopląsu, w ostatnich tygodniach intensywne kolory powodują u mnie ból głowy.
- Czemu nie mówiłaś od razu?
- Nie sądziłam, że będzie aż tak źle.
Dagmara przyjrzała się Justynie. Faktycznie, była blada, pomimo klimatyzacji spocona, a sińce pod oczami wskazywały, że nie sypia najlepiej. Daga przypomniała sobie ostatnie tygodnie własnej ciąży. Wolała pamiętać radość, wróciło jednak wspomnienie napiętej skóry na brzuchu, ruchów dziecka, kompletowania wyprawki. Wrażenie utraty równowagi, bezsenność, drażniące zapachy... Pomogła Justynie podnieść się i przesiąść.
- Ty miałaś tu luksusy! - stwierdziła Justyna, kiedy już usiadła na kanapie. - Ten fotel na ciężarówkę jest za obcisły.
- Faktycznie, niewygodny - zgodziła się Dagmara.
- To teraz mów - zażądała Justyna. - Tylko nie dozuj napięcia, może mi zaszkodzić.
- Co tu dużo gadać. - Dagmara wzruszyła ramionami.
- Nie jesteś chora, prawda? - niecierpliwie przerwała jej Justyna.
- Nie, tym się nie denerwuj.
- To spoko. Reszta jest do załatwienia.
- Tak myślisz? - Dagmara odstawiła filiżankę i oglądała swoje zadbane paznokcie.
Justyna pokiwała głową, rozsiadając się jeszcze wygodniej.
- Wywalili mnie z roboty.
- Co? Fantastycznie! Bardzo się cieszę.
Dagmara spojrzała na nią z powątpiewaniem.
- Ciąża ci się na mózg rzuciła?
- Ależ skądże. Już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że korposzczujnia ci nie służy. Byłaś kiedyś całkiem miłą dziewczyną, potem zmieniłaś się w pazerną blondynę. W końcu trochę odpuściłaś, ale od jakichś dwóch lat widać, jak bardzo jesteś zmęczona. Sama byś przecież nigdy roboty nie rzuciła, prawda?
- Rzucić robotę? - powtórzyła Dagmara wstrząśnięta.
- No właśnie. Długo już siedzisz w tej klatce, pożyj wreszcie, kobieto.
- Justyna, tobie naprawdę coś zaszkodziło. Nie sądzisz chyba, że zostanę na utrzymaniu Grześka?
Justyna zaczęła się śmiać - na tyle zaraźliwie, że Dagmara też się uśmiechnęła.
- Pochodzisz z takiej samej rodziny jak ja. Obydwie żeśmy z bidoty, ale ambitnej. W życiu nie pozwolisz komuś o tobie decydować, tak samo jak ja, chociaż nasi mężowie byliby całkiem zadowoleni z małżonki w roli kury domowej. Czarek jest teraz szczęśliwy, bo ciąża i dziecko mnie na chwilę zatrzymają w domu. Mamuśki ich przyzwyczaiły. Grzesiek też by był zadowolony.
- Kura domowa - prychnęła Dagmara.
- Właśnie. Co zamierzasz?
- Odkopałam bazę znanych mi head hunterów. Przejrzałam swoje CV i zeskanowałam dzisiaj wszystkie certyfikaty. Każdy może się przydać. Muszę jeszcze pozamykać sprawy w firmie, od przyszłego tygodnia mam już zwolnienie z obowiązku świadczenia pracy. Pewnie od poniedziałku będę rozsyłać CV. Roześlę wici wśród znajomych. Uaktywnię się na LinkedIn. Sięgnę do wizytownika i obdzwonię kilka osób...
- Masz konkretny plan - powiedziała spokojnie Justyna.
- Muszę. Mam oszczędności, ale one stopnieją. Nie będę jechać na plecach Grześka.
- A nie chciałabyś jednak trochę odpocząć?
- Teraz będę odpoczywać. Zanim znajdę pracę, miną tygodnie, może miesiące. Nie chcę brać byle czego.
- Mam wrażenie, że ta praca cię spalała.
- Ta, to znaczy która dokładnie?
- Czepiasz się słówek. Taka, jaką miałaś do tej pory i jaką chcesz mieć następną.
- Czyli co powinnam zrobić, twoim zdaniem? - Dagmara uniosła podbródek, wyraźnie szykując się do konfrontacji.
- To ja mam wiedzieć? - Justyna się uśmiechnęła. - Może lepiej zadaj sobie pytanie, co chciałabyś robić.
- To nie ma dla mnie specjalnego znaczenia. Praca to utrzymanie rodziny, ma przynosić dochód.
- A nie satysfakcję?
- Ależ moja praca przynosi mi satysfakcję! - obruszyła się Dagmara.
Siedziały przez chwilę w milczeniu.
- Choć może faktycznie, twoja jest bardziej zadowalająca - przyznała wreszcie.
Justyna nie skomentowała.
- Myślę, że jako nauczycielka odnajdujesz się znacznie lepiej niż większość ludzi na twoim miejscu. Wiesz, o co mi chodzi.
- Przypominam ci, że co najmniej przez rok nie wrócę do szkoły.
- A ja pewnie już nigdy. Masz jeszcze na coś ochotę?
- Proszę o lemoniadę. - Justyna złożyła dłonie. - Do szkoły nie masz co próbować, nigdy tam nie pracowałaś.
- Nie musisz prosić. Jeszcze pamiętam, jak to jest w ostatnich tygodniach. - Dagmara się uśmiechnęła. - Już przynoszę.
Barmanka tym razem przyrządziła napoje od ręki. Daga wróciła z niewielką tacą, podała Justynie lemoniadę i upiła łyk kawy. Wypluła go do serwetki z wyraźnym wstrętem.
- Co to jest, do cholery? - wykrzyknęła.
Zabrała filiżankę i z wściekłą miną podeszła do baru. Justyna nie słyszała wymiany zdań, patrzyła jednak na przyjaciółkę i nie miała wątpliwości, że jest mocno wkurzona. Barmanka zbladła, próbowała coś powiedzieć, tak przynajmniej to wyglądało z daleka, ale bez szczególnego powodzenia. Dagmara wróciła do stolika podminowana.
- Co ona mi podała? To szczyny, nie kawa! Dałam im namiary na dobrą palarnię, bo oni sami to tutaj robią... jakieś nie wiadomo co. - Dagmara zmełła przekleństwo w ustach. - Mieli się nauczyć, i co? Czegoś takiego nie da się pić!
Wyrzekała jeszcze chwilę, Justyna przyglądała jej się z przekrzywioną głową. Słuchała dłuższą chwilę, zanim skomentowała:
- Przecież chwilę wcześniej ci smakowała...
- Tamta była dobra! A to jakieś popłuczyny. Ta kawa jest inna! - Przyjaciółka zamilkła dopiero sporą chwilę po tym, jak barmanka przyniosła jej nowy napój. Chwila przerwy na sprawdzenie smaku - i dalsza perora.
- Byłaś dobra, prawda? - w końcu odezwała się Justyna. Poprawiła się od razu. - Jesteś. Jesteś dobra, prawda?
Dagmara umilkła.
- Co?
- Jesteś dobrym, oddanym pracownikiem korporacji. Taką wiesz, suczą, co to zmiażdży za byle błąd.
- Co? - powtórzyła Dagmara z osłupiałym wyrazem twarzy.
- Tylko korporacyjna karierowiczka potrafiłaby w taki sposób zmiażdżyć człowieka. I za co? Za niewłaściwy smak kawy...
- Kawa to sprawa życia! Nie może być byle jaka! - przerwała jej Dagmara. - Wyobrażasz sobie poranek bez kawy?
- Czasami piję rozpuszczalną - powiedziała cicho Justyna.
Dagmara spojrzała na nią bez zrozumienia. Potrząsnęła głową. Rozłożyła ręce, otworzyła usta. Nic nie powiedziała, choć wyraźnie próbowała.
- I ty jeszcze masz wątpliwości? - zapytała w końcu Justyna.
- Ja... - powiedziała Dagmara.
- No właśnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki