Kazimierz Raszewski, Wspomnienia z własnych przeżyć do końca roku 1920 - Daniel Koreś

Kup ebooka

40.01 zł
30.01 zł (10,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przypisy

Wspomnienia z młodych lat

1 Chodzi o Miejską Szkołę Realną przy ul. Strzeleckiej 3 w Poznaniu, ufundowaną w 1861 r. przez Gotthilfa Bergera, w 1890 r. nazwaną jego imieniem.

2 Gimnazjum klasyczne trwało 9 lat i składało się z trzech klas niższych: seksty (klasa szósta, najniższa), kwinty (klasa piąta) i kwarty (klasa czwarta), oraz trzech klas wyższych, które były dwuletnie: tercji niższej (klasa trzecia), tercji wyższej, sekundy niższej (klasa druga), sekundy wyższej, prymy niższej (klasa pierwsza), prymy wyższej (ostatnia klasa).

3 Chodzi o Zielone Ogródki im. Zbigniewa Zakrzewskiego w Poznaniu.

4 Dokładnie było to gimnazjum Fryderyka Wilhelma.

5 Listwa służąca do kreślenia linii prostych, linijka.

6 Ultramontał - zwolennik idei ultramontanizmu, czyli poglądu uznającego wyższość władzy papieskiej nad władzą świecką.

7 Najprawdopodobniej Kazimierz Raszewski pomylił imię. Żoną Tertuliana Koczorowskiego herbu Rogala była Stanisława Taczanowska, wnuczka generała powstania styczniowego.

8 Chodzi o Zygmunta Szułdrzyńskiego i Józefę Szułdrzyńską z domu Wysogota-Zakrzewską.

9 Czyli do klasy drugiej niższej. W systemie pruskim po czteroletniej szkole elementarnej uczniowie wstępowali do gimnazjum, początkowo siedmioletniego, po 1981 r. - dziewięcioletniego. Zgodnie z zasadą gimnazjum klasycznego nazwy klas pochodziły z języka łacińskiego. Najniższą klasą była seksta (szósta), a kolejnymi kwinta (piąta) i kwarta (czwarta). Trzy klasy wyższe były dwuletnie: tercja niższa (trzecia), tercja wyższa, sekunda niższa (druga), sekunda wyższa, pryma niższa (pierwsza), pryma wyższa (ostatnia klasa).

10 Chodzi o klasę pierwszą.

11 Obecnie Bolesławiec.

12 Mowa o klasie ostatniej gimnazjum klasycznego.

13 Chodzi o Kazimierza Turnę, generała brygady armii Księstwa Warszawskiego.

14 Obecnie Prudnik.

15 Obecnie Płużnica Wielka.

16 Obecnie Nysa.

17 Właściwie von Knesebeck-Milendonck.

18 Zmusić kogoś do jakiegoś zachowania.

19 Książę von Ardeck był synem ks. Wilhelma Friedricha von Hessen-Philippsthal-Barchfeld, kontradmirała pruskiej i cesarskiej Marynarki Wojennej, który nie był jednak wielkim księciem Hesji; Ardeck urodził się z morganatycznego związku z ks. Marią von Hanau und zu Horowitz.

20 O związku małżeńskim: zawarty przez panującego lub jego następcę z osobą niższego stanu; żona wraz z dziećmi nie ma praw do tytułu i do dziedziczenia.

21 Daw. pomocnik furmana, pachołek.

22 Chodzi albo o hr. Władysława Tomasza Łąckiego z Łąk Małych albo o jego syna hr. Stanisława Antoniego Łąckiego.

23 Być może mowa o hr. Zygmuncie Ignacym Kurnatowskim.

24 Mowa o znanym browarniku monachijskim.

25 Obecnie Żmigród.

26 Chodzi o Stanisława Karkowskiego, badacza dziejów Wielkopolski.

27 Obecnie Szałsza. W tej miejscowości znajduje się pałac von Groelingów.

28 Niemiecki Związek Marchii Wschodniej ( niem. Deutscher Ostmarkenverein), niemiecka nacjonalistyczna organizacja działająca w prowincjach wschodnich Cesarstwa Niemieckiego w latach 1894-1934. Potoczna nazwa Hakata wzięła się od pierwszych liter nazwisk założycieli organizacji: Ferdinanda von Hansemanna, Hermanna Kennemanna i Heinricha von Tiedemanna.

29 Chodzi o wino deserowe.

30 Obecnie Wierzch.

31 Zapewne mowa o hr. Karolu Mielżyńskim z Chobienic i jego synach: Ignacym i Macieju, późniejszych oficerach WP w stopniu podpułkownika, a także Janie i Stanisławie Antonim.

32 Daw. popierać, wspierać.

33 Dawniej ten związek frazeologiczny występował w znaczeniu: "nie pozwolić, by ktoś traktował nas obelżywie". Naplwanie, czyli naplucie do jedzenia, oznaczało ogromną zniewagę.

34 Być może mowa o hr. Adolfie Ponińskim.

35 Najprawdopodobniej chodzi o Franza Georga von Glasenappa, późniejszego generała porucznika i dowódcę niemieckich oddziałów kolonialnych.

36 Chodzi o to, że był bardzo dobrze postrzegany na dworze.

37 Stan psychiczny występujący u nałogowych alkoholików w czasie abstynencji.

38 Raszewski ewidentnie w tym miejscu się zagmatwał. Książę pruski August wywodził się z bocznej linii Hohenzollernów i nie był stryjem Wilhelma II (jego ojciec, cesarz Fryderyk III, nie miał brata). Trudno też zrozumieć inaczej stwierdzenie, że płk C. miał młodszą siostrę, córkę Augusta pruskiego, jak w ten sposób, że był jej bratem, być może przyrodnim. Wśród jedenaściorga nieślubnych dzieci Augusta pruskiego nie znajdziemy jednak syna z imieniem zaczynającym się na "C", a jego dzieci, później uszlachcone, nosiły nazwiska: von Waldenburg i von Prillwitz. Fifi Ziegler także trudno dopasować do którejść z córek ks. Augusta.

39 Był to VI Korpus Armijny.

40 Obecnie Karniów.

41 Chodzi o II batalion 54 Pułku Piechoty Alt-Starhemberg, który stacjonował w Jägern­dorf (Karniowie).

42 Z pewnością chodzi o inspekcjonowanie, czyli nadzór.

43 Ciemne piwo.

44 Chodzi o dowódcę VI Korpusu Armijnego gen. Eduarda von Lewińskiego.

45 Najprawdopodobniej chodzi o Oskara von der Marwitza.

46 Daw. szczególny, wyjątkowy.

47 Daw. potwierdzić, sprawdzić.

48 Daw. dyrektorka.

49 Mowa o tatersalu, czyli daw. szkoła jazdy konnej, ujeżdżalnia koni i miejsce ich sprzedaży.

50 Daw., wojsk. żołnierz lekkiej jazdy.

51 Chodzi o pomieszczenie do jazdy konnej i ujeżdżania koni.

52 Mowa o kłusaku orłowskim, czyli rasie koni, która powstała w Rosji XVIII w. dzięki księciu Aleksiejowi Orłowowi w wyniku skrzyżowania ogiera arabskiego z klaczami duńskimi, holenderskimi, meklemburskimi i arabskimi.

53 Główna aleja w Kijowie.

54 Chodzi o nadanie obywatelstwa.

55 Pojęcie oznaczające ojczyznę, kraj ojców.

56 4 Pułk Huzarów im. von Schilla stacjonujący w Oławie.

57 Mowa o 1 Przybocznym Pułku Huzarów, którego jeden ze szwadronów stacjonował w Poznaniu.

58 Tytuł następcy tronu w Niemczech i Austrii.

59 Daw. delegacja.

60 Intendant, intendent - osoba zajmująca się sprawami gospodarczymi jakiejś instytucji.

61 Chodzi o Samodzielną Brygadę Kawalerii Gwardii, która stacjonowała w Warszawie.

62 Mowa o umaszczeniu konia. Gniady to koń z brązową sierścią (jasną lub ciemną), z czarną grzywą i czarnym ogonem.

63 Raszewski miał na myśli słaby poziom pokazu.

64 Chodzi o gałęzie wierzbowe.

65 Trojka - trzykonny zaprzęg rosyjski.

66 1 Przyboczny Pułk Kirasjerów "Grosser Kurfüst".

67 8 Pułk Dragonów im. Króla Fryderyka III.

68 Sztabsrotmistrz (podrotmistrz) - stopień oficerski w kawalerii niemający odpowiednika polskiego (pomiędzy porucznikiem a rotmistrzem).

69 Zdrobn. od kocz - półkryty, elegancki powóz czterokołowy, zaprzęgany w dwa albo cztery konie.

70 Litwak - Żyd pochodzący z Litwy, zazwyczaj słabo mówiący po polsku, przesiedlony pod koniec XIX w. z Imperium Rosyjskiego do Królestwa Polskiego.

71 Sposób ustawienia broni: kolby były oparte na ziemi, natomiast u góry zaczepiano karabiny koźlikami (wyciorami lub bagnetami).

72 Faktycznie zmarł 18 XII 1909 r.

73 Chodzi o miejscowość Ejtkuny.

74 Młodszy brat cesarza Wilhelma II.

75 Archirej - wyższy duchowny w kościele prawosławnym.

76 Mowa o soborze Świętych Piotra i Pawła w Petersburgu.

77 Jedna ze skal termometrycznych, używana w Europie do początku XX w. (1°C odpowiada 0,8°Ré). 12 stopni Réaumura to według skali Celsjusza minus 15 stopni.

78 Faktycznie generała porucznika i dowódcy 2 Dywizji Kawalerii Gwardii.

79 W rzeczywistości był naczelnikiem Kancelarii Wojskowej Mikołaja II.

80 Chodzi o Pałac Zimowy ( ros. Зимний дворец) w Petersburgu.

81 Faktycznie nazywał się hr. Sumarokow-Elston, ale przyjął nazwisko żony, ostatniej z rodu książąt Jusupow, żeby podtrzymać ród.

82 Daw. wspólnik.

83 Daw. taki, który stał się majętny, dorobił się.

84 Nie jest to prawdą; von Rentzell dowodził pułkiem przez cztery lata i awansował do stopnia generała majora.

85 Niem. Platt - lokalna odmiana języka (gwara).

86 Burnus - długie okrycie bez rękawów, z kapturem, noszone przez Arabów.

87 Być może chodzi o hr. Karla Dominika von Orsini und Rosenberg, wysokiego dostojnika zakonu krzyżackiego (niemieckiego) (Deutschorden), wielkiego komtura zakonu oraz komtura w Lublianie.

88 Fr. na podstawie, w wyniku.

89 Najprawdopodobniej chodzi o arcyksięcia Eugeniusza Ferdynanda Habsburga, feldmarszałka i wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego (niemieckiego).

O autorze wspomnień słów kilka

Szkic do biografii generała broni Kazimierza Raszewskiego

Kazimierz Raszewski, jeden z zaledwie dziewięciu generałów (admirałów) Wojska Polskiego wywodzących się z cesarskiej armii niemieckiej (i jedyny wśród nich generał broni), dotąd nie doczekał się obszerniejszego zarysu biografii. W armii cesarskiej dosłużył się stopnia podpułkownika kawalerii i w końcowym okresie Wielkiej Wojny dowodził samodzielną Brygadą Landwehry na froncie zachodnim. W Wojsku Polskim w czasie wojny z Rosją bolszewicką pełnił obowiązki dowódcy dywizji i armii, a następnie w okresie pokoju dowódcy korpusu. Przebieg kariery wyróżniał go wśród pozostałych generałów, którzy mieli niemiecki rodowód służby. Jako jedyny z tego grona pozostawił po sobie obszerne wspomnienia.

Rodzina Raszewskich herbu Grzymała wywodziła się z Mazowsza. Jej rodowe gniazdo, Raszewo, znajduje się w powiecie płońskim, na ziemi wyszogrodzkiej, stanowiącej część Księstwa Mazowieckiego, potem Księstwa Płockiego i po inkorporacji księstwa do Rzeczpospolitej - województwa mazowieckiego. Pierwszymi historycznie odnotowanymi dziedzicami Raszewa byli Grzymalici Domarat i Jasiek de Raszewo, o których wspominają akta płońskiego sądu ziemskiego w 1402 i 1403 r. Do końca XVII w. ród Raszewskich stanowił w tym regionie liczną drobną szlachtę, która w drugiej połowie tego wieku przeniosła się z Mazowsza do Wielkopolski. Według ustaleń Włodzimierza Dworzaczka, któremu pracę nad genealogią rodziny Raszewskich zlecił około 1933 r. nie kto inny jak autor wspomnień, pierwszym z rodu obywatelem Wielkopolski został około 1668 r. Jan Raszewski, skarbnik wyszogrodzki (zm. 1694 r.). Ten przodek generała dzięki zawieranym małżeństwom i umiejętnie prowadzonej gospodarce zostawił swoim potomkom całkiem pokaźną fortunę. W ten sposób wprowadził ród Raszewskich w szeregi średniozamożnej szlachty. Lambert Raszewski (1796-1852), dziadek generała, był od 1813 r. podporucznikiem 3, a następnie 1 Pułku Ułanów Księstwa Warszawskiego. W grudniu 1815 r. został adiutantem gen. bryg. Konstantego Przebendowskiego, dowódcy Brygady Strzelców Konnych w armii Królestwa Polskiego. W grudniu 1816 r. wystąpił z armii i zajął się gospodarką w swoich dobrach: Gorazdowie, Zieleńcu, Sędziwojewie i Ratajach. Ożenił się około 1822 r. z Nepomuceną, córką kasztelana gnieźnieńskiego i kaliskiego oraz wojewody gnieźnieńskiego Franciszka Ksawerego Kęszyckiego (1742-1789). Koligacja z rodem senatorskim wskazywała na ugruntowaną pozycję Raszewskich w środowisku ziemiaństwa wielkopolskiego. W tym związku (Lambert Raszewski po śmierci pierwszej żony jeszcze dwukrotnie się ożenił) urodził się Ignacy Raszewski (1824-1890), ojciec generała, uczestnik walk po stronie republikańskiej w czasie Wiosny Ludów w Paryżu, odznaczony za to m.in. Legią Honorową. W armii pruskiej dosłużył się stopnia rotmistrza oraz był dekorowany m.in. Orderem Orła Czerwonego kl. IV. Po zakończeniu służby wojskowej został radcą generalnym Poznańskiego Ziemstwa Kredytowego (Posener Landschaft), instytucji wielkopolskiej zajmującej się udzielaniem długoterminowych kredytów rolniczych. W 1856 r. ożenił się z Józefą Koczorowską (1833-1900), która była córką właściciela majątku Jasień Antoniego i Augustyny z Turnów, a także wnuczką gen. bryg. Kazimierza Turny (1778-1817), m.in. adiutanta króla saskiego i księcia warszawskiego Fryderyka Augusta oraz dowódcy brygady jazdy w Armii Księstwa Warszawskiego w latach 1812-1813.

Z małżeństwa Ignacego Raszewskiego oraz Józefy Koczorowskiej urodził się 29 lutego 1864 r. w Jasieniu (pow. kościański) Kazimierz Aleksander Ignacy Raszewski, przyszły generał broni WP. Był młodszym bratem Gustawa Raszewskiego (1857-1931), który odziedziczył majątek ziemski (w 1929 r. liczył 395 ha) oraz piastował to samo stanowisko radcy generalnego Poznańskiego Ziemstwa Kredytowego po ojcu. Gustaw studiował rolnictwo na uniwersytetach w Halle i Monachium w latach 1877-1882. Był prezesem kilku stowarzyszeń rolniczych w Wielkopolsce, a w 1911 r. stanął na czele kolegialnego, sześcioosobowego patronatu Związku Poznańskich Kółek Rolniczych gromadzących w 1913 r. aż 395 stowarzyszeń. W listopadzie 1918 r. wsparł inicjatywę przyłączenia Wielkopolski do macierzy, wzywając działaczy kół rolniczych do wstępowania do rad ludowych, oddziałów powstańczych oraz Straży Ludowej. W 1923 r. został pierwszym starostą kościańskim. Z kolei 6 lutego 1923 r. wybrano go na prezydenta Wielkopolskiej Izby Rolniczej. Urząd ten pełnił do 30 czerwca 1924 r., gdy ze względu na wiek i stan zdrowia zaczął się wycofywać ze służby publicznej. Gustaw zmarł w Jasieniu, majątku rodzinnym, 13 marca 1931 r. Za całokształt swojej działalności został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Kazimierz Raszewski edukację szkolną rozpoczął w 1872 r. w poznańskiej Miejskiej Szkole Realnej, a następnie został przeniesiony do Gimnazjum św. Marii Magdaleny, do którego uczęszczał także jego starszy brat. W 1873 r. zmarł dr Robert Enger, dotychczasowy rektor Gimnazjum św. Marii Magdaleny, który skutecznie opierał się żądaniom walki z polskością ze strony pruskich władz oświatowych. Po jego śmierci wprowadzono w szkole intensywną germanizację. We własnoręcznie napisanym życiorysie Raszewski wspomniał, że szykanowanie przez nauczycieli niemieckich było bezpośrednim powodem przeniesienia się najpierw do Pedagogium w Lähn (Wleń), a następnie do gimnazjum w Bunzlau (Bolesławiec) na Dolnym Śląsku. Tę ostatnią szkołę ukończył w 1884 r. Miał wówczas 20 lat. Rok później wbrew woli rodziców postanowił wstąpić do armii pruskiej.

Dwór Raszewskich w Jasieniu, przed 1939 r. (Archiwum Państwowe w Poznaniu)
Generał broni Kazimierz Raszewski, dowódca Okręgu Korpusu nr VII w Poznaniu, 1925 r. (Polona.pl)

Czym się kierował 21-letni Raszewski, gdy decydował się na służbę wojskową w kajzerowskiej armii, powszechnie wzbudzającej ogromną niechęć Polaków z Wielkopolski? W pierwszej kolejności można odrzucić motywy ekonomiczne, gdyż jako syn zamożnego ziemianina nie musiał się martwić o swoją przyszłość. Pozostają dwie kluczowe przyczyny: rodzinna tradycja służby w wojsku oraz prawdopodobne przekonanie, że zdobyte w armii zaborczej umiejętności będą kiedyś przydatne w odrodzonej Polsce. Raszewski mógł się kierować obiema przesłankami. Jednak z uwagi na datę wstąpienia do armii pruskiej (1885 r.) można domniemywać, że decydował przede wszystkim etos rodzinny. Nie należy też wykluczać, że włożył mundur niechętnego Polakom zaborcy "dla przygód i wrażeń", jak to ujął Waldemar Rezmer. Autor ten wskazał zresztą na Raszewskiego jako na przykład Polaka, który wybrał karierę w wojsku kajzerowskim między innymi z tego powodu. Trzeba jednocześnie z dystansem oceniać słowa pisane przez Raszewskiego po latach. Ponoć był "zawsze przekonany, że kiedyś, w przyszłości, Polska wyrwie się z ucisku niewoli i będzie potrzebowała fachowych oficerów". Tego rodzaju deklaracje, formułowane po 31 latach służby w mundurze pruskim, można równie dobrze potraktować jako asekurację przed wielce prawdopodobnymi zarzutami. W obliczu antypolskiej polityki narodowościowej prowadzonej na ziemiach zaboru pruskiego oraz wynikającego z niej bojkotowania przez elity polskie oficerskiej służby wojskowej odsetek Polaków oficerów rezerwy pochodzenia szlacheckiego w pruskiej Landwehrze gwardii oscylował w latach 1876-1914 na poziomie od 0,75 proc. do 0,21 proc. W tej sytuacji późniejsza kariera Raszewskiego w kawalerii pruskiej była wyjątkiem potwierdzającym regułę, a tą było niemalże powszechne szykanowanie Polaków oficerów w siłach zbrojnych Królestwa Pruskiego. Doświadczył tego nawet tak wierny Hohenzollernom i II Rzeszy Niemieckiej arystokrata hr. Bogdan Hutten-Czapski, który pomimo protekcji cesarskiej osiągnął w armii zaledwie stopień podpułkownika huzarów. Ze służby zrezygnował po głośnym konflikcie z przełożonymi na tle dyskryminacji ze względu na pochodzenie polskie, o czym pisał m.in. w prywatnym liście do kanclerza Rzeszy hr. Leo von ­Capriviego 15 sierpnia 1894 r. Wrogi mu szef Wielkiego Sztabu Generalnego feldmarszałek hr. Alfred von Waldersee nazywał go Polakiem, katolikiem i jezuitą, a każdy epitet miał w jego ustach znamiona niemalże obelgi. Niech będzie to miarą niechęci, z jaką musieli sobie radzić Polacy próbujący swoich sił w zawodzie oficera pruskiego. Na niższych szczeblach hierarchii niż szef Wielkiego Sztabu Generalnego można się było spodziewać jeszcze gorszych inwektyw. Z tym zapewne mierzył się także Raszewski. Zdawkowo pisał o tym na kartach wspomnień. Wiele jednak wskazuje na to, że nasz bohater przeszedł ów specyficzny proces asymilacji do zasad panujących w pruskim korpusie oficerskim. W historiografii niemieckiej funkcjonuje on pod nazwą "borussyfikacji" (Borussifizierung), co po polsku można ująć jako "prusyzacja" (Borussia to łacińska nazwa Prus). Dopiero wybuch I wojny światowej zmienił nieco stosunek do Polaków w armii niemieckiej.

Kazimierz Raszewski w mundurze oficera 4 Pułku Huzarów, Oława, około 1905 r. (CAW WBH)

Raszewski otrzymał przydział do 6 Pułku Huzarów hrabiego Friedricha Wilhelma Goetzena (2 Śląski Pułk Huzarów), a konkretnie do 4 szwadronu tego pułku stacjonującego w Neustadt (Prudnik). W 1886 r. został skierowany do oficerskiej Szkoły Wojennej (Kriegsschule) w Neisse (Nysa). Ukończył ją 17 września 1887 r., wówczas też uzyskał promocję na stopień podporucznika. Wrócił wtedy do pułku, tym razem do 1 szwadronu stacjonującego w Ziegenhals (Głuchołazy), następnie przeniesionego do Leobschütz (Głubczyce), gdzie skoncentrowano większość pułku. Warto podkreślić, że w 1894 r. został dyslokowany do Ratibora (Racibórz). W 1896 r. Raszewski, już w stopniu porucznika, trafił do stacjonującego w Ohlau (Oława) 4 Pułku Huzarów von Schilla (1 Śląskiego Pułku Huzarów), którego żołnierzy nazywano brązowymi huzarami. W 1901 r. uzyskał awans na rotmistrza, a w roku następnym został dowódcą szwadronu. W 1913 r. otrzymał stopień majora i kilka miesięcy później przeniesiono go do 16 Szlezwik-Holsztyńskiego Pułku Huzarów cesarza Franciszka Józefa I, króla Węgier, na stanowisko zastępcy dowódcy pułku. Po prawie 40 latach pobytu na Śląsku Wielkopolanin Raszewski trafił do Szlezwiku, miasta i zarazem krainy leżącej w północnych Niemczech, przy granicy z Danią. Tuż przed wybuchem Wielkiej Wojny, w lipcu 1914 r. Raszewski został skierowany do słynnego Instytutu Jeździectwa Wojskowego (Militärreitinstitut) w Hanowerze na kurs, który był zmuszony przedwcześnie przerwać w związku z zagrożeniem wojennym. Odkomenderowanie na ten kurs oznaczało, że znalazł się w gronie oficerów sztabowych, którzy byli przewidywani na dowódców pułków kawalerii.

Podpułkownik Kazimierz Raszewski, dowódca 16 Pułku Huzarów Pruskich, 1918 r. (Polona.pl)

Po ogłoszeniu mobilizacji 1 sierpnia 1914 r. Raszewski wyruszył z 16 Pułkiem Huzarów na front zachodni. Jego oddział wchodził w skład 18 Brygady Kawalerii z 4 Dywizji Kawalerii, dywizja zaś podlegała II Korpusowi Kawalerii gen. kaw. Georga von der Marwitza, operującemu w czasie ofensywy sierpniowej na terenie Belgii w podporządkowaniu 1 i 2 Armii. Raszewski 25 sierpnia 1914 r. został ranny pod Solsoir. Początkowo pozostał przy pułku, lecz we wrześniu jego stan zaczął się ­pogarszać. Został więc zmuszony do podjęcia leczenia w Cambrai, na bezpośrednim zapleczu frontu. W październiku natomiast został odesłany do Kolonii, a stamtąd do Szlezwiku. Raszewskiego 24 grudnia 1914 r. mianowano dowódcą 16 Pułku Huzarów, który właśnie był przerzucany z całą 4 Dywizją Kawalerii na front wschodni. W maju 1915 r. pułk został przeniesiony do 6 Dywizji Kawalerii, w lipcu zaś - do 8 Dywizji Kawalerii, a następnie do 6 Rezerwowej Dywizji Piechoty. We wrześniu wrócił do 4 Dywizji Kawalerii i cały czas walczył na terenie Litwy i Łotwy (Kurlandii). W kolejnym roku wojna na froncie wschodnim także stała się pozycyjna. Pułk Raszewskiego pozostawał na pozycjach pod Dyneburgiem (Daugavpils), a on sam w listopadzie 1916 r. został chwilowo, w zastępstwie dowódcą 39 Brygady Kawalerii. W tym czasie 4 Dywizja Kawalerii zdała konie i dywizją jazdy była już tylko z nazwy. 16 Pułk Huzarów zachował konie, lecz został wyłączony z dywizji i podzielony na szwadrony, które włączono do poszczególnych dywizji piechoty. Dowódca pułku formalnie zachował nad nimi zwierzchność, lecz sam został podporządkowany 77 Rezerwowej Dywizji Piechoty wraz z 1 szwadronem jako jazdą dywizyjną (pododdziałem rozpoznawczym). W czasie służby w 77 Rezerwowej Dywizji Piechoty z racji braku stanowiska etatowego Raszewski często pełnił w zastępstwie funkcję dowódcy pułku piechoty, a nawet improwizowanej brygady. W trzecim roku wojny tego typu rozwiązania organizacyjne coraz częściej zastępowały dotychczasową, sztywną strukturę wewnątrz armii, korpusów, dywizji, a nawet brygad.

Warto odnotować fakt znany tylko ze wspomnień Raszewskiego. W listopadzie 1916 r. zgłosił wraz ze swoim synem Lambertem i bratankiem Teodorem, którzy byli oficerami niemieckimi, akces do wojska polskiego powstającego pod egidą Cesarstwa Niemieckiego i monarchii austro-węgierskiej, na fundamencie trzech brygad Legionów Polskich. Ponieważ projekt ten nigdy nie uzyskał akceptacji władz niemieckich i austriackich, a po kryzysie przysięgowym w lipcu 1917 r. został definitywnie zaniechany, podanie Raszewskiego oczywiście odrzucono.

W drugiej połowie marca 1917 r. dywizja Raszewskiego została przerzucona z frontu wschodniego na zachód, w rejon na południowy wschód od Amiens (Noyon-Montdidier), gdzie walczyła przez cały kwiecień. Pod koniec tego miesiąca została zaś wycofana na tyły, aby żołnierze mogli odpocząć. Raszewski, wówczas już awansowany do stopnia podpułkownika (22 marca 1918 r.), otrzymał stanowisko dowódcy samodzielnej 84 Brygady Piechoty Landwehry. To wydarzenie budzi wątpliwości, gdyż nie potwierdza tego faktu literatura przedmiotu. W związku z tym należy w tej kwestii ufać słowom Raszewskiego zapisanym we wspomnieniach oraz w życiorysie zamieszczonym w kwestionariuszu legitymacji Orderu Wojennego Virtuti Militari. Na czele tej brygady pozostał do połowy września 1918 r. Walczył w Wogezach (Alzacja), a następnie w Lotaryngii. Pod koniec wojny, najprawdopodobniej na przełomie października i listopada 1918 r., przeniesiono go na stanowisko dowódcy 20 Pułku Piechoty Landwehry wchodzącego w skład 21 Dywizji Piechoty Landwehry zajmującej pozycje na froncie w Lotaryngii. Po ogłoszeniu zawieszenia broni odprowadził swój pułk do wyznaczonego miejsca postoju w Badenii (rejon Achern). Pod koniec listopada 1918 r., po wyjeździe większości wyższych rangą oficerów, Raszewski przez kilka dni dowodził całą 21 Dywizją Piechoty Landwehry. Gdy zapadła decyzja o przetransportowaniu dywizji do Berlina, udał się do Sinzheim, gdzie stacjonowało dowództwo 16 Pułku Huzarów, i następnie ze swoim starym oddziałem wrócił do garnizonu w Szlezwiku. W armii niemieckiej pozostał do końca grudnia 1918 r. Wówczas złożył dymisję i wyjechał do Wielkopolski. Do Poznania przyjechał na początku stycznia 1918 r. i po dwóch tygodniach pobytu w majątku brata, pod koniec stycznia zgłosił się do służby wojskowej w Siłach Zbrojnych Polskich w byłym zaborze pruskim, którymi dowodził gen. por. Józef Dowbor-Muśnicki.

Kwestionariusz posiadacza Orderu Wojennego Virtuti Militari (CAW WBH)

Relacje Raszewskiego z Dowborem-Muśnickim od pierwszego spotkania były bardzo napięte, ale ostatecznie naczelny dowódca Armii Wielkopolskiej wyznaczył go na dowódcę formującego się 3 Pułku Ułanów Wielkopolskich (późniejszego 17 Pułku Ułanów). Nominacja ukazała się w rozkazie Dowództwa Głównego nr 43 z 16 lutego 1919 r. Awans do stopnia pułkownika uzyskał dekretem Komisariatu Naczelnej Rady Ludowej nr 6 z 11 marca tr. Raszewski miał wówczas 54 lata i był zaledwie jednym z trzech - oprócz ppłk. Kazimierza Grudzielskiego i mjr. Antoniego Unruga - sztabowych (starszych) oficerów z armii niemieckiej, którzy zasilili szeregi Wojska Wielkopolskiego. Jednak już 20 marca został wyznaczony na szefa Wydziału Wojskowego (IIIb) KNRL w Poznaniu. Równocześnie z dniem 1 kwietnia otrzymał awans do stopnia generała podporucznika (dekret KNRL nr 29 z 4 kwietnia 1919 r.). W ciągu trzech tygodni dwukrotnie awansował oraz został mianowany członkiem quasi-rządu wielkopolskiego w funkcji odpowiadającej ministrowi wojny. Na tym stanowisku popadł w jawny konflikt z Dowborem-Muśnickim, czemu obaj oficerowie dali dość impulsywnie wyraz na kartach swoich wspomnień. Z memuarów naczelnego dowódcy Armii Wielkopolskiej wynika, że Raszewski miał silne poparcie polityczne ze strony członków KNRL, co w znacznym stopniu musiało wynikać z jego relacji rodzinnych i rodowodu wielkopolskiego, m.in. wspierali go Wojciech Lipski z Lewkowa i hr. Bogdan Szembek z Wysocka Wielkiego. To wzmacniało KNRL w opozycji wobec wywodzących się głównie z armii rosyjskiej oficerów z kręgu Dowbora-Muśnickiego i Dowództwa Głównego. Raszewski nawet posunął się do stwierdzenia, które trudno dzisiaj zweryfikować, że w Poznaniu doszło wśród załogi dwóch pociągów pancernych i w 2 Pułku Ułanów Wielkopolskich do buntu, który miał obalić niepopularnego Dowbora-Muśnickiego i na jego miejsce wysunąć Raszewskiego. Jednak tenże bunt został przez niego samego, bez rozgłosu, spacyfikowany.

Na pewno wbrew temu, co pisał Raszewski o swojej dymisji ze stanowiska szefa Wydziału Wojskowego KNRL - oczywiście z powodu nagany udzielonej mu przez Dowbora-Muśnickiego (który podaje zupełnie inne tło tego zatargu) - wynikała ona ze stopniowej likwidacji KNRL i w ogóle odrębności Wielkopolski w wyniku procesu włączania jej do ogólnopolskiego organizmu państwowego. Raszewski 19 sierpnia 1919 r. został mianowany generałem do zleceń przy głównodowodzącym Sił Zbrojnych Polskich w byłym zaborze pruskim. Swoje plany wobec Raszewskiego miało już także niechętne Dowborowi-Muśnickiemu Naczelne Dowództwo Wojska Polskiego, które w piśmie z 6 sierpnia 1919 r. wspomniało o planach wyznaczenia go przez Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza Józefa Piłsudskiego dowódcą nowo formowanej dywizji pomorskiej (czy też zachodniopruskiej, późniejszej 16 Dywizji Piechoty). Ostatecznie dowódcą dywizji - jeszcze z nominacji Dowbora-Muśnickiego - został płk Stanisław Skrzyński, który zdaniem Raszewskiego intrygował przeciwko niemu, być może dlatego, że widział w nim swojego konkurenta. W tym czasie generał z ramienia likwidowanej KNRL i głównodowodzącego Armii Wielkopolskiej zaangażował się w przygotowania do I powstania śląskiego. Rozkazem Piłsudskiego 11 września 1919 r. Raszewski został mianowany dowódcą Okręgu Generalnego "Pomorze", choć faktycznie był przewidziany na to stanowisko już od 19 sierpnia. Jego zadaniem była organizacja administracji wojskowej w nowej dzielnicy, która miała być inkorporowana od 17 stycznia do 4 lutego 1920 r. Warto zauważyć, że nominacja na szefa Dowództwa Okręgu Generalnego zbiegła się z osobistym spotkaniem Raszewskiego z Piłsudskim w Belwederze. Generał jako członek delegacji poznańskiej przyjechał zaprosić Naczelnika Państwa na wyścigi konne do Poznania, co faktycznie było pretekstem do zaproszenia Piłsudskiego jako głowy państwa do stolicy Wielkopolski. Na pewno Raszewskiego zbliżyła do Komendanta niechęć wobec Dowbora-Muśnickiego. Naczelny Wódz od tego momentu w jakimś stopniu faworyzował generała i mianował w ciągu następnego roku na różne ważne stanowiska w armii, co nadało jego karierze nowej dynamiki.

Raszewski twierdził, że Piłsudski w czasie pobytu w Poznaniu 26 października 1919 r. osobiście poinformował go o planach przeniesienia do Wilna na stanowisko dowódcy galicyjskiej 6 DP, która wówczas tam stacjonowała. Nominacja nastąpiła 19 listopada. W drodze do Wilna zatrzymał się na kilka dni w stolicy, gdzie 23 listopada konferował z Naczelnym Wodzem, ministrem spraw wojskowych gen. por. Józefem Leśniewskim i wiceministrem spraw wojskowych gen. ppor. Kazimierzem Sosnkowskim. Do Wilna dotarł najprawdopodobniej dopiero pod koniec listopada lub na początku grudnia. W ciągu następnych miesięcy dowodził dywizją - przesuniętą w pierwszej połowie stycznia 1920 r. w rejon Mińska, gdzie weszła w skład Grupy Operacyjnej gen. ppor. Lucjana Żeligowskiego - na zupełnie martwym odcinku frontu przeciwbolszewickiego. W drugiej połowie maja 1920 r. 6 DP została przerzucona w rejon Mołodeczna pod rozkazy dowództwa 1 Armii w czasie walk z pierwszą ofensywą bolszewickiego Frontu Zachodniego (nazywaną też pierwszą ofensywą Michaiła Tuchaczewskiego) oraz podczas kontrofensywy Armii Rezerwowej gen. Sosnkowskiego w pierwszej dekadzie czerwca 1920 r. Trzeba zaznaczyć, że Raszewski od 2 do 6 czerwca był dowódcą sformowanej ad hoc Grupy Operacyjnej w składzie 6 i 17 DP. 8 maja został awansowany do stopnia generała porucznika. Za skuteczne dowodzenie 6 DP w trzeciej dekadzie maja i pierwszej dekadzie czerwca 1920 r. dowódca frontu gen. broni Stanisław Szeptycki przedstawił Raszewskiego do odznaczenia Krzyżem Kawalerskim Orderu Wojskowego Virtuti Militari (kl. III), a nie Krzyżem Komandorskim (kl. II), jak zapisał we wspomnieniach, choć rzeczywiście nigdy nie otrzymał tej klasy najwyższego polskiego orderu wojskowego. W opisie czynu 17 czerwca 1920 r. Szeptycki odnotował: "Gen[erał] por. Raszewski, d[owód]ca 6 Dyw[izji] Piech[oty], prowadził osobiście bitwę pod Bojarami w pierwszy dzień Zielonych Świątek br., osobistą odwagą zagrzewał żołnierzy do odparcia 7 ataków bolszewickich, a przeszedłszy do kontrataku, odparł bolszewików przy pomocy ostatniej rezerwy za wieś Jabłońce, przez co dopomógł sąsiednim dywizjom do przeprowadzenia przeznaczonej im akcji. W dn[iach] od 20 maja do 2 czerwca 1920 r. powstrzymał ofensywę bolszewicką wśród ciężkich walk na odcinku od jeziora Narocz do Narwy. W czasie naszej ofensywy od 2 do 6 czerwca [1920 r.] dysponował oddziały 6 Dyw[izji] Piech[oty] na tyły bolszewików pod Starym Miadziołem, przez co umożliwił ofensywę Armii Rezerwowej oraz atak na Porpliszcze i zajęcie tychże". Na podstawie tego wniosku został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojskowego Virtuti Militari (kl. V) o nr. 1512. Już po wojnie, w kwietniu 1921 r. gen. Szeptycki wystawił wniosek o nadanie Raszewskiemu Krzyża Walecznych po raz pierwszy za walki stoczone w maju i czerwcu 1920 r.: "Generał por. Kazimierz Raszewski, jako d[owód]ca 6 Dyw[izji] P[iechoty] wchodzącej w skład 4 Armii w okresie kontrofensywy na Głębokie, przez przykład osobistej dzielności, biorąc udział w boju, uchronił swe formacje od paniki i depresji psychicznej, jaka zapanowała w pewnych formacjach pod naporem przeważających sił nieprzyjaciela. Spośród wielu momentów zasługujących na wybitne odznaczenie tego dzielnego Generała przytaczam jeden dla umotywowania niniejszego wniosku. W maju 1920 r. oddziały 6 Dywizji [Piechoty] przebiły front bolszewicki, biorąc szturmem wieś Jelnica. Generał Raszewski zarządził koncentryczny pościg w ogólnym kierunku na Budsław - Parafiono [Parafianów] - Porpliszcze. Kierując osobiście akcją, natrafił na silniejszy opór nieprzyjaciela na rzece Serwecz; mosty stały w ogniu; generał Raszewski, nie zważając na silny ogień nieprzyjacielski i lekceważąc życie, osobiście dopilnował przerzucenia oddziałów pościgowych w bród przez Serwecz, przez co przyspieszył pościg oraz wyzyskał sukces chwalebnie".

Pod koniec pierwszej dekady czerwca 1920 r. 6 DP na czele z Raszewskim została przerzucona z Białorusi na Wołyń. Początkowo podporządkowano ją dowództwu 3 Armii gen. por. Edwarda Rydza-Śmigłego, a następnie od 17 czerwca - dowództwu Grupy Operacyjnej gen. por. Jana Romera (określanej nieraz jako Grupa Operacyjna "Słucz") podporządkowanej bezpośrednio dowódcy Frontu Ukraińskiego gen. por. Antoniemu Listowskiemu i przeznaczonej do zniszczenia I Armii Konnej Siemiona Budionnego w rejonie Zwiahla (Nowogrodu Wołyńskiego). Dobre dowodzenie 6 DP w czasie kontrofensywy na Białorusi oraz kontruderzenia Grupy Operacyjnej "Słucz" zostały zauważone przez Naczelnego Wodza.

Raszewski 25 czerwca 1920 r. był przewidywany na stanowisko dowódcy 3 Armii, gdy Rydz-Śmigły miał przejąć dowództwo frontu po Listowskim. Jednak ostatecznie Piłsudski zmienił zdanie. Zdecydował się przywrócić zlikwidowane kilka tygodni wcześniej dowództwo 2 Armii i postawić na czele właśnie dowódcę 6 DP. Po raz pierwszy odnosi się do tego dziennik bojowy Frontu Ukraińskiego 28 czerwca 1920 r. Z kolei Raszewski we wspomnieniach stwierdził, że rozkaz objęcia dowództwa 2 Armii otrzymał dopiero 2 lipca (a został zatwierdzony formalnie 9 lipca rozkazem NDWP L.8035/I), co rzeczywiście potwierdza komunikat operacyjny dowództwa Frontu Ukraińskiego z tegoż dnia. Dowodził 2 Armią, zajmującą centralną pozycję w ramach Frontu Południowo-Wschodniego - mając na lewym skrzydle 3 Armię, a na prawym 6 Armię - w czasie bitew z I Armią Konną pod Równem i Beresteczkiem-Radziwiłłowem-Brodami. W nocy z 11 na 12 lipca do kwatery dowódcy 2 Armii przyjechał Naczelny Wódz. Odbył rozmowę z Raszewskim i udzielił mu pochwały za dotychczasową służbę.

Trudno jednoznacznie ocenić, czy zakończona porażką operacyjną - niestety po raz kolejny nie udało się zniszczyć I Armii Konnej - choć z sukcesami taktycznymi bitwa pod Brodami na przełomie lipca i sierpnia 1920 r. przyczyniła się do szybkiego odwołania dowódcy 2 Armii ze stanowiska. Wziąwszy pod uwagę późniejszą opinię Piłsudskiego, raczej na pewno tak było. Z rozkazu szefa Sztabu Generalnego gen. por. Tadeusza Rozwadowskiego z 15 sierpnia 1920 r. raczej wybrzmiewa kurtuazja przynależna szanowanemu dowódcy, który utracił funkcję w wyniku reorganizacji (dokładnie 11 sierpnia 1920 r. rozkazem NDWP L.8565/III). Jak można przeczytać: "Gen[erał] por. Kazimierz Raszewski, powołany na inne wybitne stanowisko w Wielkopolsce, zdaje dow[ództwo] 2 Armii gen. [Bolesławowi] Roi i ma co rychlej wyjechać do Poznania". Początkowo rzeczywiście planowano pozostawić go na czele 2 Armii z zadaniem obrony linii Wisły pomiędzy Garwolinem a Dęblinem. Ostatecznie postanowiono - było to zarządzenie przede wszystkim Sosnkowskiego po konsultacji z Piłsudskim - wykorzystać go do zorganizowania ostatniej linii obrony przed naporem armii bolszewickich w Wielkopolsce, którą generał znał doskonale. Decyzja o powierzeniu mu stanowiska szefa DOGen "Poznań" z poszerzonymi kompetencjami operacyjnymi dotyczącymi obrony Pomorza (podporządkowano mu czasowo DOGen "Pomorze") i odpowiedzialności za utrzymanie linii dolnej Wisły, zasadniczo siłami rezerwowymi i ochotniczymi, była nie tylko świadectwem głębokiego zaufania w jego talenty militarno-organizacyjne, lecz także nadzieją na utrzymanie dyscypliny w tej części kraju, która kontestowała politykę i decyzje Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza. W ten sposób generał skupił w swoich rękach pełnię władzy wojskowej - administracyjnej oraz w pewnym stopniu operacyjnej - w zachodnich dzielnicach Polski. Zyskał zaufanie Piłsudskiego i zarazem akceptację ze strony konserwatywno-prawicowych, ziemiańskich środowisk wielkopolskich, z których sam się wywodził. Świadczy o tym zachowany konspekt pisma Sosnkowskiego z 9 sierpnia 1920 r. Jak można przeczytać: "Sytuacja obecna w Poznańskiem i na Pomorzu wymaga paru natychmiastowych zmian personalnych. Po zasięgnięciu decyzji Naczelnego Wodza proponuję: 1. mianowanie gen. Raszewskiego, dotychczasowego d[owód]cę 2 Armii, d[owód]cą całego frontu zachodniego, a zarazem regimentarzem, czyli wodzem całego pospolitego ruszenia [zaznaczony fragment został wykreślony ręką Sosnkowskiego, który dopisał ręcznie: "dowódcą wszystkich sił zbrojnych" - D.K.] na Wielkopolskę i Pomorze". Raszewski nie zawiódł pokładanych w nim nadziei i na stanowisku szefa DOGen "Poznań", a następnie Dowództwa Okręgu Korpusu nr VII pozostawał do 4 kwietnia 1925 r. Został odwołany ze stanowiska dopiero po osiągnięciu wieku emerytalnego. Zanim przeszedł w stan spoczynku (31 maja 1925 r.), został mianowany 28 maja generałem broni. Raszewski jako dowódca OK nr VII m.in. 5-9 lipca 1921 r. wziął udział w Nakle w grze wojennej, którą prowadził marsz. Piłsudski. Dokonał też 22 kwietnia 1923 r. uroczystego otwarcia Wielkopolskiego Muzeum Wojskowego.

W okresie pełnienia obowiązków dowódcy poznańskiego Okręgu Korpusu Raszewski początkowo próbował zachować lojalność wobec Piłsudskiego i Sosnkowskiego, a jednocześnie podtrzymywać dobre relacje z prawicą (endecją), która dominowała na scenie politycznej w Wielkopolsce. Miarą zaufania ze strony ministra spraw wojskowych i Naczelnika Państwa było powierzenie generałowi pod koniec 1920 r. zwierzchnictwa nad operacją wojskowej obrony plebiscytu na Górnym Śląsku oraz wiosną 1921 r. współorganizowania III powstania śląskiego, głównie w zakresie nadzoru nad zabezpieczeniem materiałowym i personalnym oddziałów powstańczych. Piłsudski w ocenach, jakie wystawił generalicji polskiej w 1922 r., potraktował Raszewskiego bardzo pobłażliwie: "Jedyny u nas generał ze służby niemieckiej. Z dobrej szkoły niemieckiej wyniósł zdrową, prostą i rozsądną logikę żołnierską oraz energię dla trzymania w porządku wszystkich drobiazgów administracji i dyscypliny. Umysł i wykształcenie dobre w dziedzinie taktyki, zupełnie słabe w dziedzinie strategii, do której go w Niemczech nie przygotowano. Na komendanta armii niezdatny. Na wojnie pod tym względem zawiódł. Dobry byłby na kwatermistrza przy Naczelnym Wodzu, na zarząd kraju okupowanego u nieprzyjaciela". Echa porażki pod Brodami mocno ciążyły na tej opinii, choć nie jest ona całkowicie negatywna. Trzeba też podkreślić, że w tym czasie przed Oficerskim Trybunałem Orzekającym do 1924 r. toczyła się sprawa podwładnych Raszewskiego dotycząca oceny dowodzenia w tej bitwie. Generał również wówczas składał zeznania. Piłsudski w wypadku wojny widział Raszewskiego na wysokich stanowiskach (naczelny kwatermistrz) i poświęcił mu całkiem sporo uwagi, czego nie doświadczyło kilkudziesięciu innych generałów ówczesnego WP.

Próby nawiązania bliższych relacji z endecją nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. W miarę upływu czasu Raszewski oddalił się też od swoich protektorów. Jego poglądy polityczne różniły się od tych, którym hołdowali Piłsudski czy Sosnkowski, i stopniowo, jeszcze w trakcie służby wojskowej, zmierzały w stronę konserwatyzmu monarchistycznego. Po wojnie, już w czasach stalinizmu pojawiły się nawet enuncjacje prasowe, że Raszewski miał coś wspólnego z faszystowską organizacją Pogotowie Patriotów Polskich, ale były to nieuzasadnione pomówienia. Autor, ukrywający się pod inicjałami J.B., "b[yłego] wyższego oficera pruskiego" niezwykle łatwo połączył z faszyzmem, który po II wojnie miał tylko oblicze prusko-niemieckie. Na pewno 18 lipca 1925 r., jak donosiła prasa poznańska, w gmachu Biblioteki Uniwersytetu Poznańskiego odbyło się zebranie inauguracyjne Poznańskiego Koła Wojewódzkiego Organizacji Monarchistycznej. Na prezesa koła został wybrany Raszewski, na szczeblu wojewódzkim zaś na czele organizacji stanął Wacław Niemojowski (m.in. były marszałek koronny Tymczasowej Rady Stanu Królestwa Polskiego w 1917 r.), a generał był jego zastępcą. Pozostawał także niezwykle aktywny w ogólnopolskich strukturach Organizacji Monarchistycznej. Był członkiem Zarządu Głównego i współautorem jej statutu, w 1926 r. został zaś wicemarszałkiem Rady Naczelnej Zjednoczenia Monarchistów Polskich, które wchłonęło OM. Gdy Zjednoczenie nie otrzymało zgody na rejestrację, zaangażował się w powstanie w październiku 1927 r. Monarchistycznej Organizacji Wszechstanowej, której został wiceprezesem. W 1928 r. to właśnie z ramienia tej organizacji nieskutecznie kandydował w wyborach do Sejmu RP. Na niwie monarchizmu doszło nawet do pewnego zbliżenia z Dowborem-Muśnickim, choć w memuarach obu generałów nie widać tak dobrych relacji.

Warto odnotować, że Raszewski był jednym z pierwszych, którzy widzieli gen. Sosn­kowskiego po jego próbie samobójczej w gabinecie dowódcy Okręgu Korpusu nr VII w Poznaniu 13 maja 1926 r. Sosnkowski, będąc przytomnym, podobno nawet skierował do niego bezpośrednią prośbę o nieinformowanie żony i matki o tym, że chciał się targnąć na życie. Raszewski należał do czynnych przeciwników zamachu majowego i wraz z gen. broni Józefem Hallerem i Dowborem-Muśnickim był inicjatorem formowania w Wielkopolsce armii ochotniczej w obronie rządu i prezydenta. Być może 13 maja 1926 r. przybył do Sosnkowskiego, żeby porozmawiać z nim o tym pomyśle lub o napiętej sytuacji wewnętrznej w kraju w związku z demonstracją zbrojną Piłsudskiego, jego środowiska i popierającej ich części armii.

Raszewski był aktywnym działaczem różnych organizacji społeczno-kombatanckich, np. Stowarzyszenia Oficerów w Stanie Spoczynku. Nie stronił też od patronowania przedsięwzięciom o charakterze czysto biznesowym. Na przykład w marcu 1925 r. został prezesem rady nadzorczej spółki akcyjnej Towarzystwo Komunikacji Powietrznej Aero, która uruchomiła połączenia lotnicze z Poznania do Warszawy i Bydgoszczy (w 1928 r., po połączeniu z innymi spółkami utworzyła Linie Lotnicze LOT). Jednak ze względów prestiżowych najważniejszą jego funkcją społeczną była prezesura Zarządu Głównego Związku Powstańców Wielkopolskich. Otrzymał ją w wyniku decyzji zjazdów walnych dwóch innych stowarzyszeń, które się zjednoczyły jesienią 1938 r.: Związku Weteranów Powstań Narodowych RP (28 listopada 1937 r.) i Towarzystwa Powstańców Wielkopolskich (19 grudnia 1937 r.). Dzięki temu 4 ­stycznia 1938 r. ZPW został formalnie zarejestrowany jako jedyna organizacja skupiająca uczestników zrywu antyniemieckiego z lat 1918-1919. Było to jedno z największych stowarzyszeń kombatanckich w kraju.

Raszewski wiosną 1938 r., gdy już piastował funkcję prezesa Zarządu Głównego ZPW, ogłosił drukiem swoje wspomnienia. Prasa wielkopolska oceniła je fatalnie. W ciągu kilku tygodni ukazało się sześć mniejszych lub większych recenzji - krytycznych lub wręcz zjadliwie zaczepnych. Rotmistrz dypl. Stefan Stablewski napisał pierwszą na łamach "Dziennika Poznańskiego" z 29 maja 1938 r. (nr 122) pt. Wspomnienia generała Raszewskiego. Niemieckojęzyczny "Posener Tageblatt" z 23 czerwca 1938 r. (nr 140) zamieścił tekst Preussischer und polnischer Soldat. Die Erinnerungen des Generals Raszewski. Jan Kaźmierczak na łamach "Kuriera Poznańskiego" z 2 lipca 1938 r. (nr 294) opublikował artykuł Pamiętnik, który winien zostać w bibliotece rodzinnej. W "Nowym Kurierze" z 3 lipca 1938 r. (nr 149) ukazał się w dwóch częściach tekst autorstwa Stanisława Zawadzkiego: Wspomnienia generała Raszewskiego i Złote myśli generała K. Raszewskiego. Ponownie na łamach "Kuriera Poznańskiego", tym razem 5 lipca 1938 r. (nr 298), pojawiła się recenzja Andrzeja Wojtkowskiego Uwagi historyka. Jeszcze o wspomnieniach generała Raszewskiego. Również w "Dzienniku Poznańskim" z 7 lipca 1938 r. (nr 152) został wydrukowany tekst Sprawa gen. Raszewskiego. Sprawa wspomnień generała zjednoczyła prasę reprezentującą różne nurty polityczne (endecki, konserwatywny, socjalistyczny) w dziele krytyki jego książki. W zasadzie tylko artykuł w "Posener Tageblatt", paradoksalnie, był pochlebny. To jednak stanowiło kolejny problem, gdyż był to antypolski dziennik mniejszości niemieckiej. Sprawę żywo omawiano w ZPW, przy czym Zarząd Okręgu Poznańskiego, na którego czele stał ppor. rez. dr Władysław Lewandowski, w licznie wydanych okólnikach zażarcie bronił Raszewskiego. Uważał, że jest to wewnętrzna sprawa związku, i groził relegacją z organizacji tym członkom, którzy by chcieli komentować to na zewnątrz, np. w ramach wypowiedzi prasowych. Nagonkę na Raszewskiego należy też rozpatrywać pod kątem oskarżeń, jakie pojawiły się w prasie już w 1925 r., o nikłe związki z polskością. W jednym z artykułów pisano: "P[an] Raszewski zawsze był, aż do 1919 [r.] Niemcem. Ożenił [się] z Niemką, p. Luchs, córką hakatysty, dzierżawcy majątku państwowego-niemieckiego na G[órnym] Śląsku. Dwoje dzieci: syn i córka, nigdy nie znali języka polskiego. [...] Syn Lambert do końca 1920 [r.], gdy p. Raszewski senior był już dowódcą 6 dywizji polskiej i ­dowódcą Okręgu ­Generalnego Poznań, służył w Reichswehrze i dopiero dnia 23 XII 1920 r. [sic!] rtm. S. na prośby ojca, zapłaciwszy zań uprzednio długi, przeszwarcował go do Polski. P[an] Lambert oczywiście w tym czasie polskiego języka nie umiał zupełnie. O polskości p. gen. Raszewskiego świadczy rozmowa, jaką przeprowadził z nim przed wojną na balu 6 Pułku Huzarów obywatel ziemski z poznańskiego p. F.R. Zapytany, czy pochodzi z Raszewskich z kościańskiego, ten, który według "Kuriera Poznańskiego" "zawsze w armii niemieckiej był tylko Polakiem", odpowiedział: "Ich verstehe nicht mehr polnisch. Mein Bruder der spricht polnisch" [Nie rozumiem już języka polskiego. Mój brat mówi po polsku]". Trzeba przyznać, że ukrywający się pod inicjałami "W.S." autor artykułu znał wiele szczegółów z życia Raszewskiego. Nawet jeśli nie był obiektywny w swoich ocenach lub pomijał (a nawet przeinaczał) pewne niewygodne dla swojej tezy fakty, to należy zauważyć, że przyszłego biografa generała czeka trudne zadanie zbadania tych niejednoznacznych wątków.

Prasa ogólnopolska i prorządowa również napiętnowała wspomnienia Raszewskiego, np. "Gazeta Polska" (nr 200 z 23 lipca 1938 r.) w artykule pt. Niepotrzebna książka. Najciekawsze jest jednak to, że pojawienie się tego tekstu odnotowali Niemcy, a konkretnie Instytut Nauki o Pracy Centralnego Biura Niemieckiego Frontu Pracy (Deutsche Arbeitsfront), który był centralą naukową DAF i między innymi gromadził informacje o osobistościach... pochodzenia niemieckiego. Urzędnicy DAF dokonali swoistej parafrazy przetłumaczonego na język niemiecki artykułu z "Gazety Polskiej" i założyli Raszewskiemu teczkę w dziale "Przywództwo - osoby publiczne". W poszycie obejmującym literę "R" obok Raszewskiego znajdują się materiały np. o Fried­richu Wilhelmie Raiffeisenie (1818-1888), słynnym założycielu jednej z pierwszych w Europie kas pożyczkowo-oszczędnościowych, czy też o Leopoldzie von Rankem (1795-1886), wybitnym historyku niemieckim i twórcy doktryny indywidualistycznego historyzmu (rankizm). W teczce generała znajduje się tylko jedna notatka, w której można przeczytać: "niedawno wydana książka generała Kazimierza Raszewskiego, byłego dowódcy korpusu w Poznaniu, zostaje poddana niemal druzgocącej krytyce. Jak powszechnie wiadomo, generał Raszewski był oficerem kawalerii pruskiej i przystąpił do wojny światowej jako dowódca 16 Pułku Huzarów. Krytyka skupia się na tym, że generał Raszewski większą część książki poświęca swojej karierze oficera pruskiego, a swojej służbie w polskiej armii poświęca zdecydowanie zbyt mało uwagi. Książkę można raczej określić jako historię 16 Pułku Huzarów. Nic dziwnego, że niemiecka propaganda wykorzystywała treść tego dzieła w różnych kierunkach i że rozpowszechniano je we wszystkich niemieckich księgarniach w Poznaniu". Dygresja o zainteresowaniu DAF życiorysem Raszewskiego jest wbrew pozorom istotnym szczegółem. Gdy w 1939 r. wybuchła wojna, generał, którego Niemcy poniekąd zawłaszczyli na podstawie notatki pobieżnie streszczającej jego wspomnienia, znalazł się w kręgu zainteresowania zupełnie innych służb III Rzeszy.

Przede wszystkim jednak wspomnienia Raszewskiego nie zostały dobrze odebrane w środowisku byłych powstańców wielkopolskich, a nie "w codziennej prasie politycznej", jak próbowano to przedstawić. Napisano o tym wprost w skrajnie nieprzychylnym omówieniu pt. Dwa światy... Uwagi krytyczne na tle wspomnień gen. Kazimierza Raszewskiego na łamach konkurencyjnego, proendeckiego "Powstańca Wielkopolskiego" nr 12-13 z 1 lipca 1938 r. W zasadzie generał dał oręż swoim adwersarzom w szeregach kombatantów powstania, obszernie omawiając, z prostolinijną szczerością, służbę w armii niemieckiej w zestawieniu ze znacznie skromniejszymi opisami z Armii Wielkopolskiej. Anonimowy autor recenzji bezlitośnie punktował prezesa ZPW takimi stwierdzeniami: "Opis rewolucji z 1905 r., którą gen. Raszewski obserwował w Warszawie, jest zwyczajnym paszkwilem na polski ruch niepodległościowy [...]. Na kpiny zakrawa przedstawiony czytelnikowi obraz ambasadorów zagranicznych i posłów, którzy w 1905 r. (!) stać mieli w Warszawie na balkonach, z odkrytymi głowami słuchając hymnu Jeszcze Polska nie zginęła. Do krotochwil zaliczyć też należy opis w tymże 1905 r. na ulicach Warszawy stoczonej walki narodowców z atakującą nożami kolumną żydowsko-komunistyczną. Widać z tego, że autorowi fakty przesunęły się w pamięci o blisko 30 lat, co po części uniemożliwia poważne podejście do pamiętnika". W podsumowaniu zaś można przeczytać: "Całość [...] [pamiętnika] robi fatalne wrażenie dzieła napisanego przez człowieka, który do chwytania za pióro nie ma najmniejszych danych. Pamiętnik gen. Raszewskiego ma wartość jako obraz mimowolnej metamorfozy duszy polskiej pod wpływem obcego otoczenia i wynaradawiającego działania systemu pruskiego". Trzeba podkreślić, że wyżej przytoczone wnioski są raczej dowodem uprzedzenia ich autora do generała, choć wskazanie stosunkowo rozlicznych naiwności we wspomnieniach jest jak najbardziej słuszne. Należy jednakże pamiętać, że pisanie z sentymentem o służbie pruskiej mogło wzbudzić negatywne emocje u niejednego powstańca wielkopolskiego, który zapamiętał czasy sprzed 1918 r. w diametralnie odmienny sposób. Powyższa recenzja, choć nie była pierwsza, to została zamieszczona na łamach pisma kombatanckiego. To miało dla członków stowarzyszenia duże znaczenie. Walny zjazd ZPW planowano w Poznaniu na 26 grudnia 1938 r., ale już dwa tygodnie wcześniej, 7 grudnia Raszewski został nie tylko pozbawiony stanowiska prezesa Zarządu Głównego ZPW, lecz także relegowany ze stowarzyszenia. W oficjalnym komunikacie zaś podano: "dotychczasowy prezes Związku p. gen. broni w s[tanie] s[poczynku] Raszewski Kazimierz z dniem 7 grudnia br. przestał urzędować, a to z powodu złego stanu zdrowia i konieczności przeprowadzenia zaleconej przez lekarzy dłuższej kuracji. Agendy prezesa Związku w myśl uchwały plenarnego zebrania Zarządu Głównego z dnia 11źbm. przejął wiceprezes ppłk dr Bernard Śliwiński, który objął urzędowanie z dniem 12 bm.". Co zdecydowało o tej gwałtownej zmianie w przededniu spotkania delegatów ZPW z całego kraju? Otóż do rąk krytyków generała tropiących jego­ ­sentymenty pruskie trafiła wydana w 1937 r. w Berlinie monografia 16 Pułku Huzarów, którym Raszewski dowodził na wojnie, pióra wachm. Augusta Reimersa. Autor opracowania zwrócił się do Raszewskiego z prośbą o skreślenie paru słów wstępu. Ten zaś nie odmówił dawnemu podkomendnemu i 12 listopada 1936 r. napisał: "Jako ostatni dowódca czuję potrzebę, ażeby wyrazić swoją radość ze służby w naszym pułku. Zapewniam, że dni, w których miałem zaszczyt stać na jego czele, zaliczam do najszczęśliwszych w moim życiu. Od tego czasu dowodziłem wieloma oddziałami, ale nigdy nie dowodziłem lepszymi i bardziej lojalnymi żołnierzami. Szczęśliwym jest kraj taki jak Szlezwik-Holsztyn, który ma prawo nazywać takich bohaterów swoimi synami. Każdy huzar, wierny przysiędze, zawsze pozostawał na swoim stanowisku. Niech pamięć o tych dniach chwały i poległych towarzyszach broni będzie zachętą zarówno dla tych, którzy brali w nich udział, jak i dla ich potomków w nowych, odrodzonych Niemczech, żeby zawsze podtrzymywać tradycje naszego wspaniałego, dzielnego pułku". Nie wiadomo, czy Raszewski naprawdę nie był świadomy tego, że to, co napisał, obrażało nie tylko powstańców wielkopolskich, lecz także oficerów i żołnierzy wszystkich oddziałów polskich (17 Pułk Ułanów), związków taktycznych (6 DP) i operacyjnych (2 Armia), którymi bezpośrednio dowodził, a przede wszystkim tych, którzy pod jego dowództwem służyli podczas wojny z Rosją bolszewicką. Nawet jeśli niniejsze słowa były czysto kurtuazyjne, to ich wydźwięk pozostawił po sobie niezatarte złe wrażenie, że polski generał broni, prezes Zarządu Głównego ZPW bardziej cenił służbę w armii niemieckiej niż w Wojsku Polskim, a ponad żołnierza polskiego przedkładał huzara pruskiego. Na łamach "Powstańca Wielkopolskiego" przedmowa Raszewskiego doczekała się brutalnej oceny: "Rzecz nie wymaga właściwie komentarzy i nie nadaje się do dyskusji. Mimo to nie możemy oprzeć się pokusie postawienia pytania, czy na wypadek nieporozumień polsko-niemieckich [...] p. gen. Raszewski podtrzymuje życzenie, by pamięć minionych dni chwały była dla żołnierzy niemieckich "w późniejszych dniach bodźcem do najwyższych wysiłków"? Bo jeśli tak, to i my złożymy małe życzenie. Oby ci, którzy w ten sposób myślą, a którzy u nas spożywają biały, bieluśki chleb, pobierając tłuste emerytury, opuścili nasze państwo czym prędzej. Na szczęście osobników o podwójnej narodowości jest u nas niewielu. Czuwa też szara masa powstańcza, której żonglowanie poprzez granicę jest obce. Nad Wartą czuwa straż!". Jak widać, czara goryczy się przelała, co pozbawiło argumentów obrońców Raszewskiego, który musiał odejść w atmosferze skandalu z ZPW. Na jego miejsce zjazd walny ZPW wybrał kpt. rez. Zdzisława Orłowskiego, jednego z dowódców powstania wielkopolskiego, ziemianina i kandydata na posła w wyborach do Sejmu.

Można tylko się domyślać, jak wielkim ciosem dla Raszewskiego - wcześniej powszechnie szanowanego oficera, działacza politycznego i społecznego - było usunięcie z ZPW. Dziewięć miesięcy później Wojsko Polskie zostało zmiażdżone przez Wehrmacht i 75-letni generał stał się bezwolnym świadkiem powrotu Niemców do Poznania i Wielkopolski, a następnie bezprawnego przyłączenia zachodnich dzielnic Polski do III Rzeszy. Na temat ostatnich lat jego życia pod okupacją nie ma zbyt wielu rzetelnie potwierdzonych informacji. Z racji nieświadomego zaszufladkowania go jako osobistości niemieckiej otrzymał propozycję przyjęcia narodowości niemieckiej. Czy nastąpiło to jeszcze w 1939 r., czy też później - niestety nie wiadomo. Formalnie Niemiecką Listę Narodową (Deutsche Volksliste) wprowadzono na ziemiach polskich anektowanych do Rzeszy dekretami komisarza Rzeszy ds. umacniania niemczyzny Reichsführera SS Heinricha Himmlera z 8 i 12 października 1939 r. (w życie weszły 26 października). Być może próbowano generała objąć zniemczaniem według innych kryteriów (przede wszystkim rasowych). Raszewski i jego żona, Niemka, Olga z d. Luchs, mająca odległe korzenie polskie, odmówili jednak przyjęcia narodowości niemieckiej. Zadaje to kłam kampanii oszczerstw skierowanej przeciwko niemu wiosną i latem 1938 r. - zainicjowanej faktycznie 13 lat wcześniej - opierającej się w przeważającym stopniu na wypaczonej interpretacji jego wspomnień i emocjonalnego wpisu w historii 16 Pułku Huzarów Szlezwickich. Najprawdopodobniej odrzucenie oferty okupanta było równoznaczne z przekazaniem jego osoby Tajnej Policji Państwowej (Gestapo) i następnie osadzeniem go w kazamatach Fortu VII w Poznaniu, gdzie funkcjonował pierwszy na terenie Polski niemiecki obóz koncentracyjny, potem obóz przejściowy Gestapo. Ani data osadzenia w obozie, ani czas pobytu nie są niestety znane. Pewne jest tylko to, że po jakimś czasie został zwolniony, przypuszczalnie dzięki interwencji swoich dawnych kolegów, oficerów niemieckich, których znał przed 1918 r. Zmarł 14 stycznia 1941 r., a pogrzeb odbył się 17 stycznia w Poznaniu. Generał spoczął na cmentarzu Górczyńskim parafii pw. Matki Bożej Bolesnej przy ul. Ściegiennego. Jego nagrobek znajduje się w kwaterze IIIL, rząd 2, miejsce 5, oznaczony jako grób weterana - powstańca wielkopolskiego. Według przekazów ustnych staraniem żony został pochowany w polskim mundurze generalskim.

Kazimierz Raszewski był uhonorowany następującymi odznaczeniami: polskimi: Krzyżem Srebrnym Orderu Wojskowego Virtuti Militari kl. V (15 marca 1921 r.), Medalem Niepodległości (1938), dwukrotnie Krzyżem Walecznych (1921), Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski kl. III (2 maja 1923 r.), Złotym Krzyżem Zasługi, Krzyżem na Śląskiej Wstędze Waleczności i Zasługi, medalami pamiątkowymi; pruskimi: Orderem Czerwonego Orła kl. IV, Żelaznym Krzyżem kl. II i I; rosyjskimi: Orderem św. Anny kl. III i Orderem św. Stanisława kl. II; francuskimi: Krzyżem Oficerskim Legii Honorowej kl. IV (28 kwietnia 1921 r.) i Krzyżem Komandorskim Legii Honorowej kl. III (4 stycznia 1922 r.); jugosłowiańskim Krzyżem Wielkiego Oficera Orderu św. Sawy kl. II; chilijskim Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi kl. VI.

Raszewski ożenił się 18 lutego 1892 r. z Olgą z d. Luchs (1866-1948), pochodzącą z niemieckiej rodziny ziemiańskiej ze Żmigrodu na Śląsku. Małżeństwo miało dwoje dzieci: syna Lamberta (ur. 18 marca 1893 r.), podporucznika armii niemieckiej, oraz córkę Izabelę (ur. 13 sierpnia 1895 r. - zm. 12 lutego 1916 r.), sanitariuszkę niemiec­kiego Czerwonego Krzyża.

Lambert Raszewski, absolwent gimnazjum w Ohlau (Oława), maturzysta z 1912 r., student Uniwersytetu Wrocławskiego (Wydział Rolniczy), rozpoczął służbę wojskową w 16 Pułku Huzarów 4 sierpnia 1914 r. jako junkier (Fahnenjunker), czyli kandydat na oficera (podchorąży). Do armii pruskiej wstąpił jako ochotnik. 25 listopada 1914 r. został ranny na froncie zachodnim. Rekonwalescencję przechodził w szpitalach w Berlinie i Hamburgu. Po zakończeniu leczenia, 2 marca 1915 r. został skierowany do Szwadronu Zapasowego swojego pułku w Szlezwiku, już w stopniu podporucznika (ze starszeństwem od 1 września 1913 r.), przynajmniej tak podaje we własnoręcznie napisanym życiorysie. Po czterech miesiącach, 2 lipca 1915 r. wysłano go do pułku na front wschodni. W związku z dużymi stratami wśród oficerów został mianowany dowódcą szwadronu. Od 1 listopada 1916 do 15 lutego 1917 r. przebywał na kursie Wojennej Szkoły Oficerskiej w Kownie. Jest raczej pewne, że dopiero wtedy awansował na podporucznika. W marcu 1915 r. został chorążym (Fähnrich). Trzeba podkreślić, że w armii pruskiej nie był to pierwszy stopień oficerski. Po ukończeniu kursu wrócił do pułku na wcześniej zajmowane stanowisko i pozostał na nim do 11 listopada 1918 r. W armii niemieckiej (Reichswehrze) miał służyć do 6 października 1919 r. Jak pisał: "Po przebyciu wojny wróciłem do garnizonu. Zrobiłem podanie o zwolnienie [sic!], które zostało uwzględnione dnia 6 października 1919 r. Ponieważ ojciec mój wstąpił do wojska polskiego, nie otrzymałem paszportu i zostałem uwięziony w Szlezwiku, gdzie przebywałem w więzieniu do marca 1920 r. Po zwolnieniu z więzienia udałem się do Hamburga, gdzie byłem zatrudniony w kupiectwie. We wrześniu 1921 r. wróciłem do kraju i mieszkam od tego czasu u ojca mego w Poznaniu. Stan zdrowia mego nie pozwolił mi na zgłoszenie się do wojska polskiego". Mimo to podjął starania o uznanie stopnia oficera WP w rezerwie. Procedura zakończyła się powodzeniem. Uznano mu stopień podporucznika ze starszeństwem od 1 czerwca 1919 r., ewidencyjnie przynależał do 15 Pułku Ułanów. W tej sprawie interweniował jego ojciec u szefa Komisji Likwidacyjnej dla spraw Weryfikacji: "proszę o wyjaśnienie, dlaczego w[yżej] w[ymieniony] nie otrzymał wyższego stopnia, zważywszy, że już w roku 1913 był podporucznikiem armii niemieckiej [sic!], i dlaczego przydzielono go do 15 puł, a nie, jak prosił, do 17 puł? P[od]por[ucznik] R[aszewski] dowodził przez cały czas wojny światowej szwadronem [sic!]". Generał broni Kajetan Olszewski odpowiedział mu, że zgodnie z art. 118 Ustawy o podstawowych obowiązkach i prawach oficerów WP z 23 marca 1922 r. oficerom, którzy nigdy nie służyli w WP, należy nadać ostatni potwierdzony stopień oficerski w armii zaborczej, a kwestia przydziału ewidencyjnego należy do kompetencji Departamentu II Jazdy MSWojsk. Ta ostatnia sprawa rozstrzygnęła się po myśli ojca i syna, gdyż Rocznik oficerski 1924 odnotowuje ppor. rez. Raszewskiego przydzielonego do 17 Pułku Ułanów w Lesznie. Za to zupełnie jest niejasne, dlaczego nie odnotowuje go Rocznik oficerski rezerw z 1934 r.? O dalszych losach Lamberta praktycznie nic nie wiadomo. Na pewno żył jeszcze wiosną 1944 r., gdy zainteresowały się nim służby niemieckie (nie wiadomo które). Przynajmniej na to wskazuje przygotowany 31 maja 1944 r. w filii Archiwum Wojsk Lądowych (Heeres­archiv) w Gdańsku-Oliwie, przechowującej w czasie II wojny światowej dokumentację WP wywiezioną z Warszawy, dokument - poświadczenie służby (Aktenfeststellung) ppor. rez. Lamberta Raszewskiego.

Daniel Koreś

Kazimierz i Olga z d. Luchs Raszewscy. Zdjęcie wykonane w znanym atelier fotograficznym Maxa Volperta, Oława, około 1905 r. (CAW WBH)
Olga Raszewska z d. Luchs, Oława, około 1905 r. (CAW WBH)
Izabela i Lambert Raszewscy, dzieci generała, Oława, około 1905 r. (CAW WBH)
Grób Kazimierza i Olgi Raszewskich na cmentarzu Górczyńskim w Poznaniu, fot. Kordian (Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0)
Grób Izabeli Raszewskiej na cmentarzu garnizonowym w Szlezwiku z inskrypcją "Gott hafte sie lieb / Sie ruhet sanft (Bóg ją kochał / Odpoczywa w spokoju)" (findagrave.com)

Nota edytorska

W 1938 r. dr Zdzisław Grot w "Kronice Miasta Poznania" (t. 16, nr 2, s. 246-248), kwartalniku poświęconym sprawom kulturalnym, zamieścił recenzję wspomnień gen. Kazimierza Raszewskiego, wydanych przez Księgarnię Wysyłkową i Wydawniczą Józefa Liczbińskiego, notabene kapitana piechoty, przeniesionego w 1931 r. w stan spoczynku. Autor podkreśla, że książka stanowi ważną pozycję z zakresu literatury pamiętnikarskiej. Choć ogólna ocena publikacji jest pozytywna, to Grot wskazuje na mankamenty, które również zwróciły uwagę edytorów niniejszego wydania.

Zasadniczym problemem okazała się kwestia kompozycji wspomnień (m.in. podziału na rozdziały). Sporo niezgodności zauważono zwłaszcza w części drugiej, dotyczącej działań na wojnie polsko-bolszewickiej ( Odjazd na front wschodni). Niestety we wspomnieniach uwidocznił się brak pomysłu autora w zakresie delimitacji tekstu. W związku z tym redaktorzy wydania postanowili, że główną oś konstrukcyjną w tej części będzie stanowił kalendarz wydarzeń i kolejne daty, a wtórnym elementem pozostanie zaangażowanie poszczególnych formacji. Stwierdzono również rozbieżność między oryginalnym spisem treści a odnośnymi tytułami w tekście. W związku z tym w poniższym wydaniu spis treści został w dużej mierze przeredagowany.

W tekście wspomnień dokonano pewnych zmian i ujednoliceń. Przede wszystkim uwspółcześniono oraz poprawiono ortografię i interpunkcję, skorygowano liczne literówki, a także oczywiste i rażące błędy składniowe, które umknęły uwadze redaktorów wydania przedwojennego. Nie ingerowano natomiast w specyficzną składnię i frazeologię tekstu, stanowiące świadectwo językowe okresu, w którym żył i działał gen. Kazimierz Raszewski (np. wyrażenie "po większej części"). Z kolei wszelkie leksemy i wyrażenia, które obecnie są klasyfikowane jako archaiczne lub przestarzałe i mogą uniemożliwić albo utrudnić zrozumienie tekstu, zostały opatrzone stosownymi kwalifikatorami (np. kwalifikator dawny, przestarzały) i wytłumaczone w przypisach rzeczowych. Podobnie potraktowano terminologię wojskową, która w pewnej części stanowi obecnie leksykę historyczną i może tworzyć dla czytelników barierę poznawczą. Wszystkie błędy (np. Belgijczycy zamiast Belgowie), kwalifikowane według obowiązującej normy językowej jako fleksyjne, również zostały poprawione. Pozostawiono jednak w wielu miejscach, o ile nie utrudnia to zrozumienia tekstu, swoistą odmianę wyrazów jako egzemplifikację języka drugiej połowy XIX w. i pierwszej połowy XX w.

Dołożono wszelkich starań, aby zidentyfikować wszystkie osoby wymienione w tekście, zwłaszcza podać ich imiona lub rozwinąć inicjały. Nie zawsze jednak było to możliwe, a wątpliwości dotyczące poszczególnych postaci zostały zaznaczone w przypisach. Poprawiono i ujednolicono pisownię nazwisk, gdyż w wielu miejscach pojawiały się nawet dwa lub trzy warianty zapisu. Zazwyczaj było to związane z podawaniem przez gen. Raszewskiego brzmienia nazwiska bez dbałości o oddanie prawidłowego zapisu, np. nazwisko Princ zostało skorygowane na Printz, Szimmelmann na Schimmelmann, Budienny na Budionny. W licznych miejscach zgodnie z normą językową napisano odmienioną formę nazwiska.

We wspomnieniach generała znalazło się wiele błędnych form nazw miejscowych. Niekiedy występowały dwa lub trzy warianty, które należało poprawić. Korekty dokonano na podstawie map polskich i niemieckich, których mógł używać gen. Raszewski. Należy zaznaczyć, że przy nielicznych miejscowościach pojawiły się wątpliwości, gdyż zapis uniemożliwiał identyfikację miejsca i znalezienie tejże nazwy na mapie. W związku z tym przy niektórych toponimach w indeksie widnieje znak (?). Inna ważna kwestia: autor wspomnień operuje nazwami miejscowości, które historycznie się zmieniały. Niekiedy sam podaje w nawiasie nazwę polską, choć czyni to nader niekonsekwentnie. W związku z tym edytorzy w przypisie zamieszczali formę obecnie obowiązującą (zgodną z wykazem urzędowym), jeśli nie było takiej informacji w tekście. O ile zapisy nazw miejscowych zostały poprawione we wspomnieniach, o tyle pozostawiono je w oryginalnych szkicach przygotowanych w wydaniu przedwojennym.

Generał Raszewski dosyć swobodnie operuje nazwami formacji i jednostek wojskowych, niekiedy jednak popełnia błędy, np. w zakresie zapisów numerów (np. batalionów, korpusów czy armii) bądź nazw własnych. Wszelkie wykryte nieścisłości zostały poprawione, informacja zaś o tym znalazła się w przypisie. Poza tym w nawiasach kwadratowych zostały doprecyzowane zapisy, np. [II] Korpus Kawalerii. Skorygowano konsekwentnie używany wówczas skrót dyon i baon odpowiednio na dywizjon i batalion. Przy formacjach wojskowych zastosowano dwa rodzaje zapisów. Nie rozwijano bowiem skrótów wojskowych, które zostały użyte przez generała, np. pp, DP. Jednak gdy pojawia się tylko część nazwy, to w edycji dopisano drugi jej człon, np. Dywizja [Piechoty].

Skróty tytułów lub funkcji pozostawiono nierozwinięte, chyba że występowały samodzielnie, bez nazwiska lub na początku zdania. Nie rozwijano też skrótów powszechnie znanych, mimo to wszystkie zostały ujęte w wykazie skrótów. Użyte w tekstach skróty zapisano zgodnie z zasadami Słownika poprawnej polszczyzny i Słownika ortograficznego. Nieliczne skróty, których nie udało się rozwinąć, pozostawiono ze znakiem [?].

Cyfrowy zapis godzin oddano w systemie 24-godzinnym, miesiące zapisano słownie, ujednolicono zapisy dat i liczb (np. 24 000 na 24 tys.). Licznie występujące stopnie wojskowe skorygowano zgodnie z zasadami obowiązującej normy językowej.

Wszelkie uzupełnienia tekstowe ujęto w nawias kwadratowy. Nawiasy ukośne zamieniono na nawiasy półokrągłe. Jakiekolwiek wyróżniki w tekście oryginalnym, zwłaszcza wersaliki, podkreślenia, spacjowania, zaznaczono pogrubioną czcionką.

Choć szkice, przygotowane przez gen. Kazimierza Raszewskiego lub przedwojennego wydawcę, pozostawiono w postaci oryginalnej, to redaktor naukowy obecnego wydania opracował do nich podpisy. Trzeba podkreślić, że szkice zawierają wiele błędów, m.in. w zapisie nazw miejscowości. Sporo krytycznych uwag rodzą również poziom i jakość ich wykonania znacznie odbiegające od standardu profesjonalnego, którego oczekuje się od doświadczonego dowódcy. Zrezygnowano z publikacji szkicu nr 35, który był nieudolnym odwzorowaniem mapy Pomorza oraz Mazowsza i niewiele wnosił do treści wspomnień (autor nie poczynił nawet odwołania do tego szkicu).

Edytorzy skorygowali również błędy ujęte w erracie do wydania z 1938 r.

Redaktorzy wydania postanowili wzbogacić publikację o materiał ilustracyjny, niepublikowany do tej pory w takim zestawieniu, zebrany w ramach osobnej kwerendy z różnych źródeł. Znaczna liczba fotografii obejmuje głównie okres po 1920 r. Szczególnie cenne i unikatowe są zdjęcia generała z żoną i fotografie dzieci z zasobu CAW WBH.

Dodatkowymi elementami, których brakuje w oryginalnym wydaniu wspomnień, są bibliografia selektywna, wykaz skrótów oraz dwa indeksy: osób i miejscowości.

Ewa Dulna-Rak

Wspomnienia z młodych lat

Urodziłem się w Jasieniu (powiat kościański) 29 lutego 1864 r. z ojca Ignacego Grzymały Raszewskiego, właściciela dóbr, generalnego radcy Ziemstwa Kredytowego w Poznaniu, i matki Józefy z Koczorowskich [herbu] Rogala, córki Antoniego Koczorowskiego i Augustyny Turno, najstarszej córki gen. dyw. Kazimierza Turny z czasów napoleońskich. Ojciec mój był synem Lamberta Raszewskiego, oficera z czasów Królestwa Kongresowego i właściciela Gorazdowa (powiat wrzesiński). Pradziad zaś był pułkownikiem strzelców, walczył pod [Tadeuszem] Kościuszką i po kampanii wojennej osiadł w Koszutach (powiat koniński), gdzie piastował urząd sędziego pokoju.

Miałem rodzeństwo: Gustawa, właściciela Jasienia, ożenionego z Teodorą Moszczeńską, patrona kółek rolniczych, pierwszego starostę kościańskiego w nowo powstałej Polsce i prezydenta Izby Rolniczej; Antoniego, właściciela majątku Rusocice we wschodniej Galicji, ożenionego z Anielą Moraczewską; siostrę, Annę Zielińską [herbu] Świnka, żonę właściciela majątku Rososza w byłej Kongresówce, i brata Witolda, zmarłego w siódmym roku życia.

Uczęszczałem do szkół w Poznaniu, od 1872 r. do gimnazjum realnego - dzisiejsze gimnazjum Bergera1. Nie mając talentu do matematyki, przeniosłem się w 1874 r. do gimnazjum [św.] Marii Magdaleny. W klasach niższych zasiadali młodzieńcy pod wąsem. Przypominam sobie zdziwienie moich rodziców, gdy przyniosłem im zaproszenie kolegi Ziętka, który opuszczał kwintę2, aby przejść w stan małżeński i objąć rodzinne gospodarstwo.

Rodzice moi mieszkali najpierw w Szczepowicach (powiat kościański), później w Bielewie, po sprzedaży którego osiedli w Poznaniu dla wykształcenia dzieci. Ojciec urzędował w Ziemstwie Kredytowym.

Były to czasy bardzo burzliwe. Między młodzieżą panował duch bardzo wojowniczy; na dzisiejszych Ogródkach Zielonych3 staczaliśmy walki z uczniami gimnazjum niemieckiego im. Cesarza Fryderyka4, gdzie dzisiaj mieści się [Państwowe] Gimnazjum [im. św.] Jana Kantego. Będąc jednym z najmłodszych chłopców, dosiadałem jako rumaka grzbietu jednego z moich starszych kolegów, i mając w ręku jako broń liniał5, gromiłem nieprzyjacielskie zastępy. Walki kończyły się zwykle sińcami i potłuczeniami, które nie miały zresztą żadnych gorszych skutków. Ale i między nami już w wyższych klasach nie było w owym czasie zgody.

Dzieliliśmy się na partie liberałów i ultramontanów6, tak jak i starsze ówczesne społeczeństwo reprezentowane przez "Kurier Poznański" i "Orędownik" oraz "Dziennik Poznański" pod redakcją [Franciszka] Dobrowolskiego, którego sobie bardzo dobrze przypominam, gdyż żył w wielkiej przyjaźni z moim ojcem. Były też pisma radykalno-demokratyczne, do których pisywał prof. [Ludwik Władysław] Rzepecki, ojciec Karola, byłego prezydenta policji miasta Poznania i posła na pierwszy suwerenny sejm.

Mieliśmy jeszcze kilku profesorów Polaków, a więc prócz prof. Rzepeckiego, prof. Krzesińskiego, Kolanowskiego, ks. Regensa Bielewicza, prof. Laskowskiego, Cybichowskiego, Wituskiego. Wolno było jeszcze dopomagać w wykładach w języku polskim, lecz i to się wkrótce zmieniło. Nauczycieli Polaków przeniesiono i przysłano nam nauczycieli z Niemiec, których zadaniem było germanizowanie młodzieży. Między niemieckimi nauczycielami było kilku zacnych ludzi, jak np. dr Giese i prof. Fahle, lecz większa część byli to karierowicze, z bardzo małymi wiadomościami, którzy odnosili się wrogo do Polaków. Mimo to nie byliśmy uległymi, a nieraz klasa niezadowolona z profesorów robiła wrzawę i hałas, który zmuszał ich do opuszczenia klasy. To powodowało szykany i złe stopnie, co odbijało się niekorzystnie na postępach i promocjach. Wzorowymi uczniami, których sobie przypominam, byli wówczas Tadeusz Szułdrzyński, dzisiejszy właściciel Bolechowa, zasłużony działacz społeczny, i [Bolesław] Krysiewicz, wielki patriota, przywódca Narodowej Demokracji. Poza tym przypominam sobie Józefa Rychłowskiego, Rabskiego i Starka.

Na pensji u prof. Wituskiego mieszkali wówczas Adam Żółtowski z Jarogniewic i Stanisław Żółtowski z Wargowa. Ze starszych kolegów przypominam sobie Marcelego Czarneckiego, obecnego szambelana papieskiego i właściciela Rakoniewic, i Stanisława Szułdrzyńskiego z Siernik.

Wspominam tu kilka rodzin zaprzyjaźnionych, gdzie wesoło bawiliśmy się. Odbywały się tam małe zebrania z tańcami dla młodzieży. Specjalnie miło spędzaliśmy czas u państwa Bukowieckich (pan [Julian] Bukowiecki redagował w owym czasie "Wielkopolanina", gazetę rolniczo-gospodarską), gdzie były trzy dorastające panienki. Brałem lekcje tańca w domu generałowej [Anieli] Taczanowskiej z domu Baranowskiej, matki dwóch uroczych córeczek: Anieli, późniejszej Tertulianowej Koczorowskiej7, i Kasi, która wyszła za Boba Bnińskiego z Samostrzela. Bywałem też często u państwa Zygmuntów Szułdrzyńskich8 z Lubasza, rodziców mego kolegi Tadeusza.

Przeszedłszy szczęśliwie do niższej sekundy9, nie dostałem promocji do następnej klasy z powodu złej noty w niemieckim, co było wyraźną szykaną. Wyraziłem to owemu profesorowi bardzo dobitnie w jego własnym mieszkaniu. Wskutek tego posłał mnie ojciec do Pedagogium [w] Lähn nad Bobrem niedaleko Hirschbergu (Jelenia Góra). Po półrocznym pobycie złożyłem egzamin do niższej prymy10 w Bunzlau11 na Dolnym Śląsku, gdzie nie prześladowano Polaków. Mieszkałem na pensji u dyrektora gimnazjum [Rudolfa] Bouterwerka, bardzo zacnego i uczonego człowieka, który mówił z nami na lekcjach łaciny bardzo pięknym, klasycznym językiem.

W tym czasie przyjaźniłem się z Maciejem Wierzbińskim, późniejszym pisarzem, synem redaktora "Dziennika Poznańskiego" i posła na Sejm Pruski.

Zainteresowanie nauką było duże. Uczniowie rozmawiali ze sobą poza szkołą po łacinie, jak to bywało za dawnych czasów w Polsce. Ja, który nie dostałem promocji w Poznaniu z powodu rzekomych braków w języku niemieckim, tutaj otrzymywałem w wypracowaniach niemieckich stopnie celujące. Jest to najlepszym dowodem, jak niesprawiedliwie traktowano uczniów Polaków w Poznaniu.

Dużo młodzieży musiało opuszczać Wielkopolskę, aby skończyć szkoły poza granicami ziem dawnej Polski. Mój brat Gustaw również opuścił gimnazjum [św.] Marii Magdaleny, by ukończyć szkołę w Głubczycach na Górnym Śląsku.

Miasto Bunzlau jest to dawniejszy piastowski gród - Bolesławiec. Napisałem do miejscowej gazety dłuższy artykuł z historii tegoż miasta z czasów Piastów Śląskich według polskich źródeł. Rzeczy te były mieszkańcom miasteczka nieznane, toteż zainteresowano się moim artykułem. Burmistrz miasta podziękował mi osobiście i stałem się od razu popularny wśród obywateli miasta.

Jednakże nie spodobałem się prof. Gaussowi, sławnemu matematykowi, gdyż brakło mi zdolności do tego przedmiotu. Dość, że pomimo pilności nie dostałem promocji do wyższej prymy12 z powodu złego stopnia w tym przedmiocie. Ojciec mój posłał do ministra oświaty w Berlinie moje prace matematyczne oraz świadectwo z celującymi stopniami ze wszystkich innych przedmiotów. Równocześnie zgłosił mnie do gimnazjum w Poznaniu. Po sześciu tygodniach zostałem przeniesiony rozkazem ministra [Gustava] von Gosslera do wyższej prymy. Narobiło to wówczas wielkiej wrzawy, gdyż nie było do tego czasu takiego wypadku w Niemczech, aby minister interesował się sprawami tak błahymi. Wskutek tego przeniosłem się znów do Bunzlau. Po ukończeniu gimnazjum w 1884 r. zachorowałem na newralgię i po powrocie do zdrowia, po upływie roku wstąpiłem do wojska w 1885 r. do 6 Pułku Huzarów.

Rodzice moi i cała rodzina sprzeciwiali się memu wstąpieniu do wojska niemieckiego, lecz przekonałem ich, twierdząc, że przyjdzie czas, gdy zostanę polskim generałem. Wiara ta była we mnie bardzo silna, a wpoiła ją moja babka, córka gen. [Kazimierza] Turny13, która przepowiedziała mi to z powodu wielkiego podobieństwa do jej ojca.

Garnizon główny mego pułku był w Neustadt14 nad Prudnikiem, gdzie stał sztab z dwoma szwadronami. Drugie szwadrony stacjonowały w Głubczycach, Głogówku i Ziegenhals. Pułk został później skoncentrowany w Głubczycach (4 szwadrony) i w Raciborzu (1 szwadron).

Dowódcą pułku był wówczas płk [Wilhelm Hugo von] Rosenberg, dawny kolega mego ojca, z którym służył razem w 1 Pułku Ułanów w Miliczu. Tej starej przyjaźni zawdzięczam, że w ogóle zostałem oficerem, gdyż i tu prześladowali mnie koledzy jako Polaka. Zapamiętałem sobie pewien wypadek podczas manewrów na Górnym Śląsku, gdzie byłem zakwaterowany już jako podchorąży u hr. [Hermanna] Posadowskiego w Plusznicy15. Przyjechawszy z moim gospodarzem po wyścigach, które miały miejsce na placu pod "Wielkimi Strzelcami", na wystawny obiad do majątku Błotnice, u ojca mego gospodarza - starego hr. Posadowskiego, siedemdziesięcioletniego starca - zastaliśmy już tam całe grono wyższych oficerów. Pito obficie szampana, który działał pobudzająco na umysły obecnych. Stary hr. Posadowski okazał mi dużo sympatii, gdy opowiedziałem mu historię jego herbu Abdank; nawet wniósł za moje zdrowie toast, mówiąc, że cieszy się, że ma Polaka w swoim gronie, gdyż i w jego żyłach płynie krew polska. Na to odpowiedziałem kilka słów w tonie patriotycznym. Na drugi dzień zawołał mnie płk Rosenberg i powiedział, że koło oficerskie jest oburzone na mnie z powodu wygłaszania mów narodowych i że będę miał trudności z awansem na oficera. Sam przyznał, że wcale mi się nie dziwi, gdyż przyjaźnił się z moim ojcem i innymi Polakami, lecz prosił mnie, abym nie okazywał moich uczuć Polaka, gdyż w przeciwnym razie nie będę mógł pozostać przy wojsku.

Dzięki jego wpływowi zostałem jednak mianowany oficerem w dniu 17 września 1887 r., po przejściu szkoły wojskowej w Neissie16. Przeniesiony jako podporucznik do garnizonu w Ziegenhals na granicy Śląska Austriackiego, otrzymałem [jako] dowódcę barona [Freiherra] von Knesebecka17, bardzo oryginalnego, lecz niezdolnego oficera. Porucznikami byli wówczas pp. von Dülong i baron Welczek, z którymi się zaprzyjaźniłem. Służba nie była ciężka, gdyż dowódca szwadronu bawił prawie codziennie w Greifenbergu lub Zugmantlu, gdyż wolał przebywać w towarzystwie austriackim, a nam się bardzo mało udzielał.

Były to czasy bardzo dziwne jak na stosunki prusko-niemieckiej dyscypliny. Podczas musztry szwadronowej obraził mnie dowódca szwadronu rtm. von Knesebeck, już nie pamiętam, jakimi wyrazami. Posłałem mu podczas marszu do garnizonu por. Dülonga, aby go wyzwał w moim imieniu na pojedynek. Rotmistrz von Knesebeck, który był wielkim tchórzem, zaczął mnie przepraszać, zaręczając, że mnie bardzo kocha i wszystko odwołuje, widocznie w obawie, aby nie zginął w pojedynku.

Podczas inspekcji szwadronu następca płk. Rosenberga - płk baron [Friedrich Georg von] Sauerm - wyraził mi uznanie i od tego czasu ustały wszelkie nieporozumienia z rotmistrzem.

Po złączeniu pułku w Głubczycach w 1888 r. szwadron mój został przeniesiony do tegoż garnizonu, a ja zostałem przydzielony do szwadronu rtm. von Kleista. Stamtąd odkomenderowano mnie do Poznania, do szkoły telegraficznej, a w 1891 r. do Berlina, do szkoły gimnastyki.

W Poznaniu spędziłem czas przyjemnie w domu rodziców. Miałem też sposobność widywania się z dawniejszymi kolegami z gimnazjum. Spotkała mnie jednak w tym czasie przykrość od oficera Pułku Huzarów Poznańskich, gdyż obraził mnie z powodu mego polskiego pochodzenia niejaki ppor. von Wieterschein. Sprawę załagodził jednakże por. książę [Karl Wilhelm von] Ardeck, który służył w owym czasie w tym pułku i zniewolił18 owego podporucznika do przeproszenia mnie. Książę Ardeck był synem Wielkiego Księcia Heskiego19 z morganatycznego20 małżeństwa. Był to poważnie myślący oficer.

22 sierpnia 1890 r. otrzymałem drogą telegraficzną wiadomość o nagłej śmierci mego ojca podczas polowania na kuropatwy. Ojciec polował rokrocznie w swoim dawniejszym majątku rodzinnym, który należał wówczas do Stanisława Żychlińskiego, żonatego z córką siostry ojca mego, Józefy Rekowskiej. Wypadek ten wstrząsnął mną do głębi. Ojciec pojechał wózkiem z małym forysiem21 jak zwykle w pole, czując się zupełnie dobrze, zastrzelił dwie kuropatwy, a przy celowaniu do trzeciej padł tknięty paraliżem, a gdy go znaleziono, nie dawał już znaku życia. Pogrzeb odbył się w Poznaniu, gdzie pochowano go na życzenie matki na cmentarzu świętomarcińskim, bowiem chciała mieszkać blisko grobu męża. Tam też spoczęła po 10 latach wdowieństwa 14 grudnia 1900 r.

Jak już wspomniałem, w 1890 r. w jesieni odkomenderowano mnie do szkoły gimnastyki w Berlinie na pięciomiesięczny kurs. Młody cesarz Wilhelm II wydał wówczas wielkie przyjęcie na zamku w Berlinie, na które również i mnie zaproszono. Było to dla mnie bardzo interesujące przyjęcie. W owym czasie polityka niemiecka w stosunku do Polaków złagodniała, a to dzięki dyplomacji Józefa Kościelskiego, który ożeniony z panią [Marią] Bloch z Warszawy odgrywał na dworze cesarskim ważną rolę. Asygnując poważną kwotę na flotę niemiecką, zjednał sobie przychylność cesarza, który go nazwał admiralskim i zawsze wraz z małżonką go wyróżniał. Oprócz państwa Kościelskich na balu tym było wraz ze mną ośmiu Polaków: ówczesny prałat [Florian] Stablewski, Łącki22, Kurnatowski23, reszty już nie pamiętam. Z powodu żałoby nie brałem udziału w tańcach, lecz mogłem obserwować za to tym lepiej zebrane tam kilkutysięczne towarzystwo. W różnych salach zamku było kilka bufetów, a dla wysokich dygnitarzy [był] osobny. Pani Kościelska w swej wielkiej uprzejmości zaprowadziła mnie do tego uprzywilejowanego miejsca. Po drodze szepnęła mi: "Zobaczy pan, jak prowadzę politykę polską". Zaraz po wejściu do sali zaczęli witać panią Kościelską różni dostojnicy. Przedstawiała mnie ona jako swego współziomka wszystkim minis­trom, mówiąc po francusku. Zauważyłem zdziwienie na ich twarzach, gdy widzieli w swoim gronie zwyczajnego podporucznika huzarów, aktywnego oficera i w dodatku Polaka. Pani Kościelska przeszła też zaraz do spraw aktualnych polityki polskiej. Po skończonym balu wracałem do domu z prałatem Stablewskim, z którym wstąpiliśmy na piwko do restauracji [Hackera] Pschorra24, i tam mu przepowiedziałem, tknięty jakimś dziwnym przeczuciem, że zostanie arcybiskupem poznańskim. Nominacja ta rzeczywiście nastąpiła czternaście dni po owym zdarzeniu.

22 października 1891 r. zaręczyłem się, a 18 lutego 1892 r. odbył się mój ślub z moją obecną żoną Olgą Luchs w Trachenbergu25, posiadłości jej ojca. Rodzina jej - Luchs von Luchseneck - przybyła na Śląsk z Marchii. Złożyła szlachectwo z niewiadomych mi powodów. Miała tam jednak wielkie znaczenie, gdyż Fryderyk Wielki, zdobywając Śląsk, mieszkał dwa razy u pradziadów mego teścia, którego matka była z domu Prochaska i - jak widać z portretu - pochodzenie jej było polskie. Teść, jak i dalsza rodzina żony, mówili po polsku - śląskim dialektem. Żona moja uważała się też zawsze za Polkę i zaczęła się uczyć po polsku u pani [Marii] Karwowskiej, której mąż26 był profesorem przy gimnazjum w Głubczycach.

Z profesorstwem Karwowskimi łączyła nas serdeczna przyjaźń. Znany on jest jako historyk i wydawca wielu książek z zakresu historii Wielkopolski. Syn jego Adam, późniejszy doktor i profesor Uniwersytetu Poznańskiego, był wówczas dorastającym chłopcem. W domu tym poznałem w owym czasie kilku działaczy górnośląskich, między innymi redaktora [Jana Karola] Maćkowskiego, wydawcę "Nowin Raciborskich". Niestety dzisiaj zapomniano zupełnie o nim, a jednak należy on do tych, którzy pierwsi obudzili ruch polskości na Górnym Śląsku. On to pierwszy głosił, że Ślązak nie powinien chodzić do kościoła, w którym nie ma polskich kazań i polskich nabożeństw. Zwracałem mu uwagę, że przecież ten lud, jeżeli mu się zabierze religię, rzuci się w ramiona komunizmu, gdyż nie zna dostatecznie historii polskiej. Redaktor Maćkowski pozostał jednak wierny swej idei i przeprowadził ją z takim skutkiem, że opustoszały kościoły na Górnym Śląsku, co widząc, księża wnieśli petycję do bp. [Georga] Koppa we Wrocławiu, aby cofnął zakaz odprawiania polskich nabożeństw, gdyż stracą swoje owieczki. Odtąd zostały znów przywrócone nabożeństwa w języku polskim, a nawet kapłani niemieccy musieli się uczyć na gwałt po polsku.

Można z całą pewnością twierdzić, że uświadamianie Ślązaków zostało zapoczątkowane przez Wielkopolan, którzy się tam osiedlili. Do tego czasu lud ten mówił starą, polską gwarą, zmieszaną z wyrazami niemieckimi. Kochał on swój język, lecz czuł po prusku.

Na polowaniach miałem nieraz sposobność rozmawiania z robotnikami, którzy służyli za naganiaczy zwierzyny. Opowiadali mi, jak to w 1870 r. walczyli z Francuzami itp.

W szkołach uczono po polsku, nie prześladowano religii, a ludek żył spokojnie i mówił o sobie, że jest Ślązakiem, ale nie nazywał się Polakiem. Dopiero gdy rząd zaczął germanizację w szkołach i w kościele, obudził się duch polski i okazało się, że nawet większy był procent Polaków na Górnym Śląsku niż w Wielkopolsce i na Pomorzu. Byłem sam ogromnie zdziwiony, słysząc, jak właściciele ziemscy - Niemcy - rozmawiali ze swymi robotnikami po polsku. Jeden z nich, von Groeling (Schalscha27), dawniejszy oficer pruski pod Gliwicami, zwracał mi uwagę, gdy byłem u niego podczas manewrów, na piękność brzmienia narzecza śląskiego i używanych w gwarze tej wyrazów staropolskich, jakich już w całej Polsce nie znają. Hakata28 nie miała widocznie spokoju, a przez swoje prześladowanie językowe przyczyniła się do obudzenia ruchu narodowo-polskiego.

Zaczęto czytać gazety i książki polskie i interesować się historią Polski. Przytoczę tu jeden z przykładów.

Byłem wówczas przeniesiony do garnizonu Głogówka, gdzie służyłem pod dowództwem rtm. Ernsta, wielkiego hakatysty. Ernst był wielkim pijusem i chodził zwykle co rano do małej winiarni połączonej ze sprzedażą różnych artykułów spożywczych. Lokal nazywał się od nazwiska właściciela "Daniels Loewen Grube". Pewnego dnia rotmistrz zabrał mnie ze służby, abym poszedł z nim na śniadanie. Gdy zajęliśmy miejsca, kazał podać swój ulubiony portwein29.

Uczęszczali tam różni mieszkańcy miasteczka i okolicznych wiosek, robiąc zakupy, przy czym mówili po polsku. Między innymi wszedł człowiek wysokiego wzrostu z twarzą nadzwyczaj inteligentną, o rysach wyrazistych typu napoleońskiego i zażądał głośno po polsku kieliszek wina. Na to rotmistrz oburzony krzyknął: "Tu się mówi po niemiecku", na co ów jegomość: "Mówię i ja po niemiecku, ale uważam, że warto znać również i inne języki. Służyłem i ja w gwardii niemieckiej w Berlinie, a jednak języka rodzinnego nie zapomniałem". Zaczął też ciekawie opowiadać o przejściach z wojny 1870 r., że rotmistrz, zainteresowany i już mocno wstawiony, zaprosił go do stolika. Po odejściu rotmistrza pozostałem jeszcze, aby bliżej owego osobnika poznać. Pytałem się, skąd tak dobrze zna język polski, i wyraziłem zdziwienie, że ma odwagę tak dzielnie bronić narodowości polskiej, nie znając prawdopodobnie naszej historii, na co mi odpowiedział: "Myli się pan porucznik, bo znam historię". Wyliczył mi wszystkich królów polskich i śmiejąc się, dodał: "My przecież mamy w naszej wiosce Deutsch Müllmen30, kilkanaście gazet polskich". "Nazywam się Józef Chrząszcz, jestem jednym z większych gospodarzy w mojej wiosce".

Podałem to zaraz do wiadomości czynnikom miarodajnym i odtąd pan Józef Chrząszcz dostawał dużo pism i wydawnictw polskich, nie wiedząc zapewne, komu je zawdzięcza.

Jeżeli się weźmie pod uwagę, że w okolicy Głogówka cała ludność mówiła już w owym czasie po polsku, oraz wiedząc, że rezydował tam hr. [Jan Jerzy] Oppersdorff, ożeniony z księżniczką [Dorotą] Radziwiłłówną, to zdumiewa fakt, że tylko 30 proc. głosów padło podczas ostatniego plebiscytu za Polską; zapytuje się człowiek często, co robił pan [Wojciech] Korfanty i co zrobili dla Polski państwo hrabiostwo Oppersdorffowie?

Po dygresji tej powracam znów do garnizonu w Głubczycach i czasu pierwszych lat mego pożycia małżeńskiego.

W pułkach kawalerii niemieckiej było w zwyczaju, że po złożeniu wizyt u oficerów, obywatelstwa i ziemiaństwa z okolicy dostawało się zaproszenia na obiady i kolacje. Obowiązkiem było rewanżować się i po pewnym czasie zaprosić do siebie kolegów i sąsiadów. Przypominam sobie jeden wypadek, który dobitnie świadczy o nienawiści, jaka istniała do wszystkiego co polskie. Służba domowa, którą mi matka przysłała z Poznania, była narodowości polskiej. Kucharka, która uczyła się gotować u hrabiów Mielżyńskich31, bardzo smacznie przyrządzała potrawy, tak że zasłynęła wkrótce w całej okolicy. Na pierwszym proszonym obiedzie podaliśmy barszcz. Od razu dał się słyszeć głos: "To polska zupa, niemiecki oficer nie jada polskiej zupy", a kilku panów odłożyło łyżki. Na to odpowiedziałem spokojnie: "Bardzo słuszny objaw patriotyzmu u panów. Uważam także, że trzeba protegować32 własne wyroby. Służący, proszę odstawić francuski szampan i podać niemiecki, gdyż niemiecki oficer pija tylko wyroby swego kraju". Nie zważając na skwaszone miny, bawiliśmy się zupełnie dobrze, zwłaszcza że kilku starszych gości starało się zręcznie zatuszować całe zajście. Po obiedzie poproszono moją żonę, słysząc, że dobrze śpiewa, do fortepianu. Zaśpiewała kilka piosenek polskich, oczywiście po polsku, znów ku oburzeniu hakatystów, którego jednakże po spożyciu dobrego obiadku na zewnątrz nie okazali. Epilog tego obiadu był taki, że stary baron Welczek napisał list do mojej teściowej, z którą od dawna był zaprzyjaźniony, wyrażając w nim swe oburzenie na [jej] zięcia i przestrzegając ją przed skutkami złego wrażenia, jakie wywarła na obecnych polska zupa i polskie pieśni...

Kochana moja teściowa przesłała mi ten list odwrotną pocztą, który odpowiednio przeze mnie zużyty, przekonał pana barona, że Polacy nie pozwolą sobie pluć w kaszę33. Mogę tutaj dodać dyskretnie, że swego czasu jedynym życzeniem pana Welczka było, abym się ożenił z jego córką. Tym się tłumaczy chęć zemsty i spowodowania rozdźwięku w mojej rodzinie. Nie dopiął jednak celu, a tylko ośmieszył się wobec wszystkich, którzy znali jego dawniejsze zamiary.

Z Polaków zostali później do pułku przeniesieni hr. [Stefan] Sumiński, za polskich czasów koniuszy w Sierakowie, i Poniński z Wrześni34, który po krótkiej służbie wziął dymisję.

Jaką nienawiścią pałali niektórzy z moich kolegów pułkowych do polskości, przytoczę tu jeszcze przykład, który się zdarzył kilka lat później.

Po większym zebraniu towarzyskim w kasynie pewna część oficerów zasiadła do kart. Major von Glasenapp35 zaczął mówić - nie wiem już, z jakiej okazji - o wielkich zasługach Fryderyka Wielkiego i chwalić jego niezłomny charakter oraz zasługi dla Prus. Nie mogłem się powstrzymać, aby nie zrobić uwagi, że jego wyczyny nie dowodzą jednakże wysokich zalet charakteru, gdyż wiem z historii pruskiej, pisanej przez Niemca "Pauly", o wielu niemoralnych czynach, między innymi fałszowaniu pieniędzy (bowiem Fryderyk wypuszczał prócz pieniędzy pruskich także fałszowane pieniądze polskie i austriackie o mniejszej wartości niż przepisowe). Profesor Pauly powoływał się w dziele swym na dokumenty z archiwów wiedeńskich. Na to powstał major oraz kilku innych oficerów, którzy otoczyli mnie kołem, i zawołał: "Pan nie ma prawa być oficerem pruskim, jeżeli pan wypowiada takie zdania. Nie neguję tego, że czytałem w historii "Pauly" te zarzuty, lecz to wszystko nieprawda". Odpowiedziałem mu na to zupełnie spokojnie: "Nie panowie mnie mianowali oficerem pruskim, a cesarz niemiecki, i jeżeli [on] sobie nie życzy, abym nim nadal pozostał, to on jedyny ma prawo dać mi dymisję". Na to oświadczenie wszyscy usiedli i nie odpowiedzieli ani słowa.

Na drugi dzień udałem się do dowódcy pułku von Sauerma, prosząc o dymisję. Pułkownik nie chciał o tym słyszeć, mówiąc, że nie widzi w moim zachowaniu najmniejszej obrazy uczuć narodowości niemieckiej oraz że sprawę tę wyświetli i winnych zajścia pouczy. Obietnicę swoją wkrótce zrealizował, wskutek czego nadal pozostałem przy wojsku.

Wybuch nienawiści u mjr. von Glasenappa i jego ciągłe złośliwe wystąpienia w stosunku do mnie miały - jak się później dowiedziałem - swój powód w tym, że w jego żyłach płynęła krew polska. Dziad jego - płk Brzozowski, pochodzenia polskiego - był swego czasu dowódcą pułku. Major von Glasenapp jako młody oficer starał się dwa razy o rękę Polek, od których dostał kosza.

Pułkownik Sauerm został w krótkim czasie dowódcą brygady, a pułk objął płk [Ludwig] von Ziegler [und] Klipphausen, bardzo dobrze zapisany u dworu36 oficer. Był to wielki oryginał, sportowiec i ogromny karciarz, który działał przez to demoralizująco na oficerów. Protegował głównie oficerów, którzy często bywali we Wrocławiu i w Berlinie oraz brali udział w wyścigach, a sprawy zachowania się, granie w karty i robienie długów nie obchodziły go wcale. Zakazał jedynie uprawiania gier hazardowych w kasynie, lecz grywanie w domach prywatnych lub w klubach wrocławskich tolerował. Osobiście cieszyłem się jego względami, gdyż posiadałem zwykle kilka koni pełnokrwistych, brałem udział w wyścigach itd.

Charakteryzuje to pewien wypadek. Podczas ćwiczeń brygady w Falkenbergu pojechaliśmy z placu musztry pewnego dnia na wyścigi konne, które się odbywały we Wrocławiu. Po wyścigach, jak zwykle, w jednym z klubów oddawano się grom hazardowym. Brał w nich udział pułkownik i pewna ilość oficerów z pułku, między innymi też ppor. von Brandt, którego dowódca pułku szczególnie nie lubił. Pułkownik był w pełnym umundurowaniu. Gdy w pewnej chwili opuścił na kilka minut swoje miejsce, wracając, zastał siedzącego tam ppor. von Brandta. Podziałało to na niego jak uderzenie w twarz. Na drugi dzień po musztrze zwołał do kasyna cały korpus oficerski, opowiedział z oburzeniem o obeldze, jakiej doznał od jednego z najmłodszych oficerów pułku, i bardzo ostro zganił jego postępowanie. Biedny podporucznik nie rozumiał wcale, o co chodzi, nie wiedział nawet, że siedział na miejscu pułkownika, bowiem przyszedł w czasie jego nieobecności i zajął pozostałe po nim wolne miejsce. Był to bardzo wrażliwy młody człowiek, który wziął sobie ten wypadek do serca, a czując się następnie ciągle prześladowanym, rok później się zastrzelił.

Pułkownik tymczasem jeździł sobie do Monte Carlo, pił bardzo dużo, czego następstwem było delirium tremens37. Niedługo po tym pojechał na wyspę Wight na kurację. Po powrocie odwiedził matkę, a następnie umarł przykładnie, wspominając z rozrzewnieniem swoich pułkowych oficerów.

Tolerancję wyższych władz wobec płk. C. należy tłumaczyć tym, że jego najmłodsza siostra była córką księcia Augusta pruskiego Hohenzollerna38, stryja panującego Wilhelma II. Znana ona była jako Fifi Ziegler, która pozowała do znanych obrazów jako królowa Luiza Pruska. Po dosyć burzliwej młodości wyszła za mąż za pana Müllera, sławnego tenora opery wiesbadeńskiej, gdzie miałem sposobność poznać ją, jak i matkę pułkownika bawiącą wówczas w Wiesbaden. Byłem też na raucie, który wydali państwo Müllerowie. Wzięli w nim udział najwyżsi dostojnicy urzędowi oraz śpiewacy z opery wiesbadeńskiej, szczególnie protegowanej przez byłego cesarza Wilhelma II.

Powracam teraz do spraw rodzinnych. 18 marca 1893 r. urodził nam się w Głubczycach syn Lambert, a 13 sierpnia 1895 r. - córka Izabela. Dzieci otrzymały niańki Polki. Pewnego dnia niania przyszła do domu z płaczem, że w nią i w dzieci rzucali kamieniami, gdy mówiła po polsku.

3 września 1895 r., podczas manewrów cesarskich zostałem zupełnie niespodziewanie mianowany porucznikiem, poza przepisową kolejnością. Musiałem się meldować osobiście u cesarza Wilhelma II. Jako taki zostałem przeniesiony do Raciborza. Dowódcą szwadronu był tam rtm. von Selchow, wielki hakatysta. Życie w nowym środowisku upływało mi bardzo przyjemnie. Na przedmieściu stał kościół, gdzie lud śpiewał podczas mszy bardzo piękne pieśni po polsku.

W sąsiedztwie znajdowało się dużo miłych domów, z którymi zaprzyjaźniliśmy się. Zimą brałem udział w polowaniach, gdyż w okolicy było mnóstwo zwierzyny. Z domów z nami zaprzyjaźnionych przypominam sobie państwa Wrochenów, Czerwenczyców, von Königów, von Eichstedtów, von Reibnitzów.

Po śmierci płk. Zieglera dowództwo objął płk [Hans Wilhelm Georg] von Bornstedt, którego żona była wprawdzie z domu Żychlińska, lecz zupełnie się zniemczyła. Był to dowódca bardzo sympatyczny, który w krótkim czasie pozyskał sobie sympatię całego korpusu oficerskiego. Szczególną sympatią darzył pułk nasz komenderujący generał, dowódca korpusu39 we Wrocławiu - książę [Bernard III Friedrich Wilhelm Albert Georg] von [Sachsen-]Meiningen, szwagier cesarza niemieckiego. Przyjeżdżał na każde przedstawienie pułkowe do Głubczyc razem z małżonką. Z Głubczyc udawał się zwykle do garnizonu austriackiego Jägerndorf40, gdzie stał batalion strzelców41, który także inspicjował42 z polecenia cesarza austriackiego. Ze strzelcami tymi, którzy byli elitą wojska austriackiego, utrzymywaliśmy bardzo miłe stosunki koleżeńskie. Jeździliśmy do nich na ćwiczenia wojskowe oraz na zabawy, które się w tamtejszym garnizonie odbywały, a koledzy z austriackiej armii odwiedzali nasz pułk. Przypominam sobie bardzo zabawny incydent. Jeden z moich kolegów pułkowych von Studnitz zaprosił pewnego dnia trzech swoich przyjaciół austriackich, a nie mogąc wskutek służby sam pójść na dworzec, prosił mnie o zastąpienie go. Przybywszy na dworzec, przestraszyłem się, widząc, że zamiast trzech spodziewanych gości przyjechało aż dwudziestu kilku i to z najróżniejszych okolicznych garnizonów, jak również z Oławy i Krakowa. Oficerowie ci przyjechali w odwiedziny do kolegów w Jägerndorf, a ci, niewiele myśląc oraz chcąc ich zabawić, zabrali [ich] ze sobą do Głubczyc. Zawiozłem gości do mego mieszkania kawalerskiego, gdyż jeszcze nie byłem w tym czasie żonaty, i zaalarmowałem koło oficerskie. Urządziliśmy dla nich naprędce w kasynie przyjęcie. Aby ich uraczyć, poczęstowaliśmy ich szampanem z porterem43, a na pytanie, jak im ten napój smakuje, twierdzili, że to doskonałe ciemne piwo. W rezultacie tak się popili, że trzeba było wnosić ich do powozów, a stamtąd do wagonów, gdyż nie mieli dłuższego urlopu i musieli wracać do garnizonów. Byli to bardzo mili oficerowie, z którymi wesoło spędziliśmy kilka godzin.

W tym czasie przygotowywałem się do akademii wojennej w Berlinie, lecz nowy dowódca pułku von B[ornstedt] przeszkodził mi w tym, twierdząc, że woli mnie posłać do szkoły konnej jazdy do Hannoveru. Widocznie nie chciano mnie jako Polaka dopuścić do Sztabu Generalnego.

Za czasów płk. Zieglera nadszedł rozkaz uczenia się języka rosyjskiego. Zostałem przez płk. Zieglera przeznaczony na profesora. W lekcjach tych brał udział cały korpus oficerski z dowódcą pułku na czele oraz podoficerowie i żołnierze, po kilku z każdego szwadronu, których wybrałem z żołnierzy Ślązaków mówiących po polsku. Na próżno tłumaczyłem pułkownikowi, że nie umiem po rosyjsku, lecz nic to nie pomogło. Pułkownik twierdził, że się wykręcam, i na tym stanęło, że uczyłem się zawsze sam lekcji, którą potem powtarzałem z mymi uczniami. Uczniów żołnierzy uczyłem przede wszystkim czytania i pisania po polsku, a oficerów już tylko po rosyjsku. Po skończeniu pierwszego kursu zameldowałem pułkownikowi, że na skutek dawanych lekcji nauczyłem się trochę pisać i czytać po rosyjsku i że proszę o urlop do Rosji dla wyuczenia się tego języka. Gdy pewnego dnia znów przyjechał dowódca korpusu44, zameldowałem się u szefa sztabu korpusu45 i dzięki temu dostałem czteromiesięczny urlop z osobnym46 dyplomatycznym paszportem do Rosji.

Pojechałem w 1894 r. najpierw do Kongresówki i do Warszawy, której jeszcze nie znałem. Tam poznałem kilku dalszych krewnych, znanych mi tylko z opowiadania. Udałem się z nimi do archiwum starych akt, gdzie skonstatowaliśmy47 stopień naszego pokrewieństwa. Okazało się, że nasi prapradziadowie byli braćmi. Jednym z tych krewnych był Wiktor Raszewski, inżynier, naczelnik odcinka kolejowego na stacji Praga, który właśnie w tym czasie otrzymał dymisję jako Polak. Brat jego, generał inżynierii, również został zdymisjonowany. Po czternastodniowym pobycie w Warszawie udałem się do Kijowa, gdyż w Moskwie i Petersburgu grasowała wówczas epidemia cholery. Pod Modlinem, gdzie odwiedziłem panią Kleits - krewną prof. Karwowskiego - która mnie do siebie zaprosiła, epidemia ta szerzyła się również bardzo silnie i codziennie zabierała kilka ofiar. Kijów był przepełniony uciekinierami z całej Rosji, bowiem wysokie położenie miasta zabezpieczało od tej niebezpiecznej choroby. Poznałem tam kilku Polaków, do których miałem listy polecające, między innymi Kazimierza Szuberta pochodzącego z Poznania, a prowadzącego w owym czasie dom spedycyjny, jak również Korsaka, Litwina, który był urzędnikiem rosyjskim. Dowiedziałem się od nich wiele o panujących tam stosunkach. Twierdzili, że w Kijowie mieszka 40 tys. Polaków, a istnieje jedna tylko parafia i jeden kościół. Dużo rodaków pochodziło z mieszanych małżeństw, a zapisani byli jako prawosławni, choć czuli się de facto katolikami. Udawali się raz na rok do popa, od którego otrzymywali za dwa ruble poświadczenie, że byli u spowiedzi. Mieszkało także w Kijowie wielu Niemców, bogatych kupców, którzy dowiedziawszy się o przybyciu niemieckiego oficera, witali mnie z wielkim entuzjazmem. Miałem wkrótce liczne znajomości i bywałem w różnych domach. Poznałem także niejakiego Żywca oraz jego siostrę, współwłaściciela wielkiego magazynu konfekcji damskiej, w którym główną dyrektryzą48 była Paryżanka. Poznałem Żywca w taterzalu49, którego dyrektorem był oficer austriacki. Kupcy ci mieli własne konie, co mi przywiodło na myśl, że mogę korzystać z konnej jazdy, aby podziwiać śliczną okolicę Kijowa. Dyrektor skorzystał z tego, że byłem kawalerzystą, przedstawił mnie jakiejś eleganckiej damie, żonie oficera dragonów50, prosząc, abym jej towarzyszył w wycieczce poza miasto, gdyż sam jest zajęty. Oczywiście zgodziłem się, nie wiedząc, na co się narażam, gdyż dama ta jeździła konno zaledwie od tygodnia i zaraz z miejsca puściła się galopem. Dopóki ciągnęła się droga piaszczysta, wszystko było w porządku, skoro jednak wjechaliśmy na ulicę brukowaną kocimi łbami, koń mój, dość ciężki karogniady ogier półkrwi zaczął się potykać i z trudnością mogłem go utrzymać w równowadze. Tymczasem piękna Rosjanka na swoim lekkim siwym ogierze pędziła zupełnie pewnie. Namawiałem ją na próżno do kłusa, lecz orzekła, że kłusa nie znosi, bo ją zanadto męczy. Wróciwszy do domu, opowiedziałem dyrektorowi tę przygodę i prosiłem, aby dał mi pewniejszego konia, gdyż ryzykowałem upadek i zniszczenie konia. W toku rozmowy dowiedziałem się od niego, że czteroletni ten koń do tego czasu chodził tylko w maneżu51 i dopiero pierwszy raz znalazł się na ulicy. Na pytanie, ile musiałbym zapłacić za niego w razie okaleczenia, dowiedziałem się, że był wart 500 rubli.

Później dostałem jednakże dobrego starszego konia. Galopowaliśmy po głównej ulicy Kreszczatiku między powozami i tramwajami, gdzie nikt nas nie zatrzymywał, co było tam najwidoczniej przyjęte. Po pewnym czasie kupiłem sobie bułaną arabkę ze stadniny księcia [Nikołaja Wasiljewicza] Repnina[-Wołkońskiego], nakrapianą czarnymi plamami i pewną w nogach, która zarówno po bruku, jak i w piasku dobrze chodziła. Nabyłem też dwa konie pół-Orłowe52, wypożyczyłem powozik, nająłem rosyjskiego stangreta i objeżdżałem okolicę i miasta, aby je dobrze poznać.

W pierwszych dniach mego pobytu w Kijowie złożyłem wizytę niemieckiemu generalnemu konsulowi panu Schäferowi. Zdarzyła mi się przy tym zabawna przygoda. Dorożkarz zawiózł mnie mylnie do wicekonsulatu austriackiego, a ja, nie patrząc na orła, wszedłem do biura, zameldowałem się i zostałem przyjęty przez wicekonsula, miłego barona von Hammera. Zapytał mnie wręcz, czy może mi być w czym pomocny, ofiarując się przysłać mi nauczycielkę języka rosyjskiego. Dowiedziałem się od niego, że służył w marynarce. Pytał, czy znam jego kolegów, wyliczając kilka nazwisk włosko-austriackiego pochodzenia, na podstawie czego domyśliłem się, że skierowałem się pod fałszywym adresem. Na pytanie moje, czy znajduję się w niemieckim konsulacie, zaczął się ogromnie śmiać i wyjaśnił, że konsulat niemiecki mieści się o jeden dom dalej. Przy pożegnaniu prosił mnie jednak, abym w razie potrzeby skorzystał z jego usług.

W konsulacie niemieckim nastąpiło już zupełnie inne przyjęcie. Konsul, ogromnie zakłopotany, zaskoczył mnie pytaniem, czy nie wiem, że Kijów jest fortecą oraz że oficerom niemieckim nie wolno w niej przebywać. Chciał mnie zmusić do opuszczenia Kijowa, na co mu zwróciłem uwagę, że konsul austriacki nie wspominał o żadnych grożących mi niebezpieczeństwach, a przeciwnie, bardzo zachęcał do pozostania w mieście. Konsul jednakże, niewzruszony tym, oświadczył, że nie może brać odpowiedzialności za dłuższy mój pobyt, pozostawiając mi 24 godziny do opuszczenia miasta. W końcu jednakże zaznaczył, że gdybym pozostał dłużej na własną odpowiedzialność, prosi mnie do siebie na śniadanie. W wielkim zakłopotaniu opuściłem niemieckiego urzędnika, rozmyślając, co począć i dokąd się udać?! Nie mogłem pogodzić się z myślą, że mam opuścić Kijów, nie zwiedziwszy go, a przede wszystkim nie nauczywszy się języka rosyjskiego. Skonsternowany, idąc tak wzdłuż Kreszczatiku53, odczytywałem szyldy i dotarłem w ten sposób do wielkiej apteki, nad którą zauważyłem napis: "Apotheka Engela". Przypomniało mi się wówczas opowiadanie oficerów niemieckich, którzy byli w Rosji, że aptekarze tamtejsi to po większej części Polacy lub Niemcy, którzy są bardzo uczynni i nieraz wybawili ich z kłopotów. Okazało się później, że nazwa Engel (anioł) przyniosła mi szczęście. Wchodząc, spytałem, czy właściciel apteki jest Niemcem, i oddałem bilet wizytowy. Zostałem natychmiast przyjęty przez właściciela, który mnie poprosił do swego prywatnego gabinetu. Opowiedziałem mu, [jak wyglądało] przyjęcie mnie w obu konsulatach, co rozbawiło pana Engla. Śmiejąc się, powiedział mi, że jest Niemcem, poddanym rosyjskim, i że bez obawy mogę pozostać w Kijowie pod jego opieką w charakterze gościa. Poradził mi przeprowadzić się natychmiast do prof. Grudzińskiego, jego przyjaciela, gdzie sam mieszkał 8 lat za czasów kawalerskich. Wieczorem poprosił mnie do siebie na obiad.

Udałem się natychmiast z jego listem polecającym na przedmieście, gdzie mieszkał ów profesor. Było już po południu, gdy wreszcie dotarłem do jego mieszkania. Zastałem go siedzącego z rodziną w ogródku przed domem. Zobaczyłem piękny obrazek, jak gdyby wyjęty z opisów Tołstoja: siwowłosy staruszek w gronie rodziny. Nie znając języka rosyjskiego, powiedziałem tylko jedno słowo: "Engel", i wręczyłem list rekomendujący. Na to cała rodzina z radością powtórzyła: "Engel, Engel". Po zaznajomieniu się wskazano mi mały pokoik z żelaznym łóżkiem, trochę gorszy od tego, w jakim mieszkał w domu mój służący. Przystałem na wszystkie warunki, nic nie rozumiejąc. Mieszkałem tam jakieś 3 miesiące pomimo ciasnoty (gdyż ledwie mój kuferek mógł się pomieścić) i pluskiew spacerujących spokojnie po ścianach. Przyjechawszy do hotelu, poleciłem posłać rzeczy do nowego azylu, a sam poszedłem do pana Engla na obiad, gdzie zostałem wspaniale przyjęty. Pan Engel, pomimo że był słomianym wdowcem, potrafił bardzo dobrze wywiązać się z roli troskliwego i nad wyraz uprzejmego gospodarza. Miał kilka salonów, w których czułem się jak na Zachodzie.

Mimo ostrzeżeń konsula nikt mnie nie indagował ani nie pytał o przyczynę pobytu w mieście. Dowiedziałem się później, że prof. Grudziński, który posiadał rangę pułkownika, zagwarantował za mnie swoją osobą, a żandarmów, którzy przychodzili podczas mej nieobecności, potrafił uspokoić.

Miałem okazję w domu tym poznać dokładnie obyczaje i stosunki panujące w Rosji. Córka prof. Grudzińskiego, nauczycielka, udzielała mi lekcji języka rosyjskiego. Jeden z synów był studentem prawa, drugi - podchorążym. Odwiedzali ich koledzy, podobnie jak i do państwa Grudzińskich często zaglądali starsi obywatele.

Czułbym się tam zresztą jak u siebie w domu, gdyby mi humoru nie psuły pluskwy i szczury, które nawet w jasny dzień spacerowały po podwórzu. Proszki otrzymywane z apteki Engla broniły mnie od zbyt wielkiej natarczywości pluskiew, bo szczury były tam tak zadomowione, że nie bały się nawet kotów.

Po tygodniu złożył mi wizytę konsul austriacki i niemiecki. Ten ostatni dziwił się, że nie mam żadnych nieprzyjemności. Zabrał mnie z sobą, a była to niedziela, na śniadanie, gdzie poznałem jego miłą rodzinę złożoną z żony, bratowej i trojga dzieci. Pan Schäfer prosił, abym nie zdradził się, że jestem pruskim oficerem, przedstawiając mnie jako literata. Oprócz mnie byli tam obecni: Józefowicz - cenzor, Sussmann oraz kilka innych, mniej znaczących osób. Konsul ubolewał nad tym, że nie może przyjmować u siebie niemieckich kupców, z którymi nie wypada mu utrzymywać towarzyskich stosunków z braku odpowiednich stanowisk tychże. Jedynym wyjątkiem był Sussmann (bardzo zamożny Żyd z Wrocławia), który jako wielki przemysłowiec robił mu sprawozdania z ruchu cukrowniczego. Sussmann miał własnego konia i ujeżdżacza Polaka, którego mi później pożyczył do transportu koni do Niemiec. Schäfer zaprzyjaźnił się ze mną, a obawiając się samemu wychodzić na ulicę, prosił mnie o dotrzymywanie mu towarzystwa, bowiem czuł się bezpiecznym, widząc, że się wcale nie obawiam. Bywałem często w konsulacie, gdzie pomagałem nawet w sprawozdaniach dotyczących spraw wojskowych, gdyż pułkownik rosyjski, którego konsul obdarzył poddaństwem54 niemieckim, a który - jak mi się zdaje - był zwolniony z armii rosyjskiej za poczynione malwersacje, nie mógł sobie dać rady z technicznymi wyrażeniami niemieckimi. Widząc jego ospowatą mordę i krzywe oczy, miałem wrażenie, że nadzoruje on konsulat niemiecki z ramienia rządu rosyjskiego.

Jedną niewygodną rzeczą było, że w moich wędrówkach po mieście towarzyszył mi mój gospodarz profesor. Lecz i tego dozorcy w krótkim czasie pozbyłem się, przekonawszy go, że nie mam żadnych szpiegowskich zamiarów i że jedynym celem mojej podróży jest nauka języka rosyjskiego.

Bywałem też często w teatrze, a mając już wielu znajomych, witałem się z nimi swobodnie, chodząc sobie od loży do loży i czując się jak we własnym kraju.

Z opowiadań mego stangreta mogłem wywnioskować o sposobie myślenia ludu małoruskiego, a na podstawie znajomości ze studentami - o nastrojach panujących wśród młodej inteligencji. Wrzało już wtedy na rosyjskich uniwersytetach. Ruch rewolucyjny robił wielkie postępy.

Dowódcą okręgu wojskowego w Kijowie był w owym czasie gen. [Michaił Iwanowicz] Dragomirow, ulubieniec cara i sławny strategik, który wydał kilka poważnych dzieł wojskowych. Krążyły o nim różne anegdotki. Pastor niemiecki, bardzo światły człowiek, którego osobiście poznałem, opowiedział mi następujące zdarzenie.

W owym czasie nie wolno było prawić kazań w języku niemieckim, co było dla Niemców dużą przykrością. Toteż wielce się pastor zdziwił, gdy pewnego dnia gen. Dragomirow zawołał go do siebie i zakazał surowo wygłaszania kazań w języku rosyjskim. Oryginalny ten zakaz powstał na skutek ciągłych skarg ze strony popów, że prawosławni gromadnie idą do luterskiego kościoła, aby posłuchać świetnych kazań, podczas gdy cerkwie świecą pustkami. Pastor oczywiście skwapliwie zastosował się do rozkazów generała.

Generał Dragomirow słynął z tego, że lubił bardzo gorące trunki. Pewnego razu zdarzyło mu się, że zapomniał po pijanemu o imieninach Jego Carskiej Mości. Przypomniawszy sobie o tym dopiero po trzech dniach, posłał telegram następującej treści: "Już od trzech dni piję za zdrowie Waszej Cesarskiej Mości".

Car, przeczytawszy to, podobno się roześmiał i darował wielkodusznie ten wybryk swemu ulubieńcowi.

Wojsko rosyjskie robiło bardzo dobre wrażenie. Starałem się unikać wszelkich znajomości z oficerami rosyjskimi w obawie przed nieprzyjemnościami, jakie by mnie mogły z tego powodu spotkać.

Natomiast widywałem się z niemieckimi kupcami. Poczyniłem tam dużo interesujących spostrzeżeń. Jeden z bogatych kupców, niejaki Torkler, opowiedział mi pewnego dnia dzieje swego życia. Pochodził z Pomorza. Ojciec jego, stolarz z zawodu, nie mogąc wyżywić licznej rodziny, rozkazał mu udać się do Rosji w poszukiwaniu chleba. Po przybyciu do Petersburga zostały mu jeszcze tylko 3 ruble w kieszeni. W krótkim czasie tak się jednak dorobił, że przez pół roku zarabiał na czysto 30 tys. rubli. Tłumaczył mi, że w Niemczech nie ma tak dobrych kupców jak w Rosji, gdzie żaden z nich nie pracuje poniżej 100 proc. zysku. Dalej opowiadał, że ożenił się z Niemką pochodzącą z dawnych kolonistów niemieckich, która jednak czuła się już Rosjanką. Z ciekawości zapytałem, czy po uzyskaniu znacznego majątku [oboje] powrócą do Vaterlandu55, na co Torkler odpowiedział, że oczywiście powróci tam niedługo, lecz żona jego sprzeciwiła się temu kategorycznie: "Nigdy nie opuszczę Rosji, aby być drugorzędną osobą w Niemczech, gdzie kobiety są tylko kucharkami i zajmują się cerowaniem mężom pończoch. Tutaj stanowisko kobiet jest zupełnie inne. Mężczyźni starają się o nasze względy, my jesteśmy paniami, a mężczyźni są po to, aby nam służyć".

Pokazywano mi też w jednej z pierwszorzędnych restauracji pewną damę, która siedziała w towarzystwie trzech mężczyzn, bawiąc się wesoło. Bywalcy tego lokalu opowiedzieli mi, że dama ta odbywa rokrocznie zjazd ze swymi trzema mężami, którzy zgodnie stawiają się w tym uroczystym dniu, zapijając winko, prawdopodobnie z radości, że się szczęśliwie pozbyli tak swobodnie zapatrującej się na życie żony.

Powróciwszy szczęśliwie do mego garnizonu w Niemczech, miałem w kasynie wykład z wrażeń podczas mego pobytu w Rosji, który wszystkich bardzo interesował.

20 lipca 1896 r. zostałem przeniesiony do brązowych huzarów56 w Oławie pod Wrocławiem. Zastałem tam bardzo miłe stosunki, gdyż dowódcą został, prawie równocześnie z moim przeniesieniem, hr. [Richard] Schack von Wittenau, dobry mój znajomy z czarnych huzarów poznańskich57. Nie robiono mi tam przykrości z tytułu mego polskiego pochodzenia. Koledzy byli bardzo taktowni i miałem na tym tle tylko dwa razy nieprzyjemności, które zostały zlikwidowane na moją korzyść.

Komenderujący generał książę Meiningen wyróżniał mnie nawet za każdą swą bytnością, znając mnie jeszcze z Głubczyc. Kazał mi siadać obok siebie, rozmawiał ze mną nawet o sprawie polskiej, zapatrując się bardzo obiektywnie na te zagadnienia, podobnie jak jego następca, generał piechoty [Kurt] von Pritzelwitz, który był przedtem specjalnym wychowawcą kronprinza58 niemieckiego. Z tego tytułu miał rozległe stosunki i znajomości, odnosząc się do mnie również bardzo przychylnie. Był na każdej inspekcji mojego szwadronu, który objąłem 27 stycznia 1902 r. Rotmistrzem zostałem już 19 września 1901 r., podczas cesarskich manewrów, gdzie się meldowałem osobiście u cesarza.

Na majora awansowałem 27 stycznia 1913 r. jeszcze jako dowódca szwadronu, a 25 listopada 1913 r. przeniesiono mnie jako zastępcę dowódcy pułku do 16 Pułku Huzarów w Szlezwiku.

Przed opuszczeniem Oławy meldowałem się u dowódcy korpusu, który mi powiedział kilka komplementów, zaznaczając, że postarał się o przeniesienie mnie do Szlezwiku, w jak najdalszy kąt północnych Niemiec, abym nie doznał przeszkód w dalszym awansie, gdyż wie, że pozostając na wschodzie, miałbym z pewnością trudności w awansowaniu na dowódcę pułku. Zaręczał mi, że mam pełne kwalifikacje do osiągnięcia tej rangi oraz że w Szlezwiku nie będę miał żadnych przykrości w związku z mym polskim pochodzeniem.

W tych latach mój syn Lambert zdał egzamin maturalny w Oławie, a córka Izabela uczęszczała do wyższej szkoły dla panien, a następnie przeszła do urszulanek w Karłowicach pod Wrocławiem. Po skończeniu szkoły posłałem syna na praktykę rolniczą, najpierw na mniejsze gospodarstwo, a później na majątek dobrze zagospodarowany. Po ukończonej praktyce poszedł na uniwersytet do Wrocławia, na wydział rolniczy.

Do Szlezwiku pojechała z nami tylko córka będąca już dorastającą panienką. Syn kontynuował studia aż do wojny, podczas której wziąłem go do swego pułku.

Powracając do służby w 4 Pułku Huzarów (brunatnych), dodaję, że miałem jeszcze następujących dowódców pułku: po hr. Schacku [von Wittenau] objął dowództwo płk [Karl von] Kossecki, z pochodzenia Polak, gdyż dziadek jego wyemigrował w 1830 r. do Drezna, gdzie ożenił się z Niemką. Rodzina ta zniemczyła się zupełnie. Mój dowódca nie znał języka polskiego, lecz interesował się bardzo sprawami polskimi. Szefem brunatnych huzarów był wielki książę Michał Mikołajewicz [Romanow], stryj cara. Zaprosił on deputację59 pułku na swój jubileusz pięćdziesięciolecia szefostwa pułku. Ponieważ równocześnie odbywała się uroczystość dwusetnej rocznicy 38 Pułku Dragonów w Nowo Mińsku (Mińsk Mazowiecki), zostaliśmy i tam zaproszeni. Jako jedyny oficer w pułku umiejący mówić po rosyjsku zostałem przydzielony do tej deputacji, do której należał płk Kossecki, rtm. [Ernst] von Uechtritz, por. von Freiburg [Frenburg] oraz czterech podoficerów.

Meldowaliśmy się w Warszawie u generała-gubernatora [Michaiła] Czertkowa, który nas przyjął na audiencji w zamku. Byliśmy też u dowódcy kawalerii Okręgu Warszawskiego gen. [Nikołaja] Wonlarlarskiego, który nas zaprosił na przyjęcie urządzone przez jego małżonkę. Poznałem tam wielu kulturalnych Rosjan, między innymi gen. [Aleksandra] Puzyrewskiego (pochodzenia polskiego), pomocnika generała-gubernatora i intendanta60 teatrów rządowych. Braliśmy też udział w wyścigach w Warszawie, gdzie nas przyjmował hr. Gustaw Potocki, prezes towarzystwa wyścigowego. Generał [Aleksandr Nikołajewicz] Bistrom, dowódca brygady kawalerii61, zaprosił nas na pokaz pułku gwardii ułanów, gdzie się odbywał przegląd poszczególnych szwadronów. Przekonaliśmy się, że ówczesna kawaleria rosyjska stosowała regulamin nieużywany w pruskiej kawalerii już od 50 lat. Ruchy jej były bardzo powolne, po każdym zwrocie następował nowy sygnał. Odniosłem wrażenie, że kawaleria niemiecka stała wówczas o wiele wyżej od rosyjskiej.

Konie pułkowe, piękne gniadosze62 wysokiej krwi, były doskonale ujeżdżone tym samym systemem co w pruskiej kawalerii. Konie, jakie otrzymaliśmy do dyspozycji, były doskonałe. Ułani zamiast lanc mieli szable. Między innymi odbył się pokaz rąbania szablą, jednakże nie było ono wysoko postawione63, pomimo że obiekty przeznaczone do rąbania były o wiele praktyczniejsze niż te, których używano w kawalerii pruskiej. Nowością dla nas były łozy64, jakie i teraz zaprowadzone są w kawalerii polskiej, oraz główki z gliny, które trzeba było przeciąć tak ostrym cięciem, aby się nie rozbiły. Tylko mała część żołnierzy sprostała temu zadaniu. Ponieważ doskonale znałem tę broń jeszcze z czasów służby w huzarskich pułkach przed wprowadzeniem lanc, poprosiłem, aby i mnie wolno było spróbować tej sztuki. Udało mi się dzięki Bogu w pędzie przejechać bez błędu przepisaną przestrzeń. Ani moi koledzy, ani oficerowie rosyjscy nie chcieli popisywać się sztuką władania szablą. Występ mój jednak spodobał się i wskutek tego zdobyłem sobie uznanie oficerów rosyjskich.

Byliśmy także pewnego dnia w odwiedzinach u Kozaków dońskich, którzy prezentowali się znakomicie. Poziom ich wyszkolenia stał bardzo wysoko. Pułkownik [Iwan Nikołajewicz] Tołmaczew zaprowadził szkoły żołnierskie czytania i pisania i przekonałem się, że pod względem poziomu umysłowego pułk ten stał wyżej od liniowej kawalerii rosyjskiej.

Po kilkudniowym pobycie w Warszawie pojechaliśmy na jubileusz do Nowego Mińska, gdzie dragoni zgotowali nam świetne przyjęcie. Na dworcu stały powozy z doskonale dobranymi końmi oraz kilka trojek65 ze ślicznie ubranymi furmanami w kozackich strojach.

Na drugi dzień po naszym przybyciu przyjechał wielki książę, jak już wspomniałem, nasz wspólny szef. Ustawiono nas w pierwszym miejscu, przed licznymi delegacjami różnych pułków rosyjskich oraz oficerów, którzy dawniej w tym sławnym pułku służyli. Po przywitaniu nastąpiły audiencje u wielkiego księcia, któremu ofiarowaliśmy duży obraz przedstawiający pułk w konnym szyku. Wielki książę ofiarował dla pułku srebrne bębny, a nas osobiście udekorował orderami. Pułkownik Kossecki otrzymał Order św. Anny II klasy z brylantami, przy czym wielki książę dodał, że brylanty te może ofiarować swej małżonce. Wiadomym było, że w Rosji car lub wielcy książęta dekorowali osobiście orderami zawierającymi prawdziwe brylanty. Jeśli otrzymywano je przez ambasady, to posiadały często fałszywe brylanty. Ja dostałem Order św. Anny III klasy.

Na zamku w Mińsku [Mazowieckim], należącym do obywatela polskiego, wielki książę wydał obiad dla pułku dragonów i zaproszonych delegacji. Przedtem odbył się jeszcze galowy obiad wydany przez pułk jubileuszowy na cześć wielkiego księcia. Przy tej okazji wygłoszono różne mowy. Również i ja otrzymałem polecenie przemawiania po rosyjsku na cześć wielkiego księcia. Po skończonej przemowie wielki książę zwrócił się do płk. Kosseckiego, siedzącego po jego lewej ręce, ze słowami: "Są to pierwsze rozsądne słowa, bo nasi gadają głupstwa", po czym nastąpiło ogólne zbratanie się. Pamiętam, jak jeden z generałów broni rzucił mi się na szyję z okrzykiem: "Jesteś nasz, zostań z nami i wstąp do naszej armii; puść tych Niemców". "Z wielką chęcią, ale jeżeli zrobicie mnie generałem, gdyż widzę, jak dobrze u was generałom" - odpowiedziałem, wskazując na jego gruby brzuszek. Wcale się na to nie obraził, lecz przeciwnie, opiekował się mną bardzo czule, opowiadając, że jest Rusinem i że słyszał, jak rozmawiałem z Polakami, którzy służyli w różnych obecnych tam pułkach. Zwrócił mi nawet uwagę, abym nie rozmawiał po polsku, gdyż to nie jest mile widziane.

Z Polaków, których tam poznałem, przypominam sobie tylko por. Łęskiego, Litwina, kulturalnego i miłego towarzysza, który był do nas przydzielony. Braliśmy też udział w uroczystościach kościelnych, igrzyskach konnych, ćwiczeniach wojskowych i paradzie wojskowej, którą odbierał wielki książę, będąc przydzieleni do jego świty.

Po tygodniowym pobycie udaliśmy się do Warszawy, gdzie urządziliśmy przyjęcie, chcąc się choć trochę zrewanżować za tak pięknie spędzone dni u naszych przyjaciół Rosjan. Pułkownik Kossecki użył pobytu w Warszawie do odwiedzenia swojej jedynej krewnej, kuzynki, z którą mógł się porozumieć tylko po francusku.

Podziękowawszy mi osobiście za pomoc, udzieloną całej naszej deputacji, pozwolił mi pozostać jeszcze kilka dni w Warszawie celem odwiedzenia moich przyjaciół i krewnych. Wyzyskałem ten czas, aby omówić z kuzynem moim, Bogusławem Szczawińskim, sprawę już dawniej z nim uzgodnioną i dać mu fundusze na założenie domu handlowego. Miałem bowiem zamiar przenieść się z rodziną do Warszawy, aby mieć możność wychowania dzieci w polskich szkołach. Na nieszczęście interes ten po rewolucji upadł, przy czym straciłem większą jego część majątku. Zmusiło mnie to do zrezygnowania z powyższych planów i do pozostania w armii niemieckiej. Po kilkudniowym pobycie w Warszawie powróciłem szczęśliwie do domu.

6 lutego 1902 r. rewizytowała nas w Oławie deputacja z Mińska Mazowieckiego. Na cześć gości odbyło się przyjęcie, na które przyjechał z Wrocławia komenderujący generał, książę von Meiningen oraz naczelny prezes prowincji śląskiej książę [Hermann Anton Leo Karl von Hatzfeldt] zu Trachenberg i dowódca brygady hr. Kuno Moltke, a oprócz nich deputacja kirasjerów66 z Wrocławia i dragonów67 z Oleśnicy, należąca do naszej brygady. W skład deputacji rosyjskiej wchodzili: płk [Michaił Aleksiejewicz] Suchomlinow, sztabsrotmistrz68 Schlossmann, rtm. Jurjew, sztabsrotmistrz Łęski i por. Przylędzki. Na cześć naszych gości odbyły się także przyjęcia we Wrocławiu, u naczelnego prezesa prowincji.

W 1905 r. pojechałem znów do Królestwa [Polskiego], nie przewidując przejść, jakie mnie tam czekały. Wyruszyłem z żoną dla odwiedzenia mojej siostry Zielińskiej, mieszkającej kilka mil od miasta Pilicy, w majątku Dobra, który mój szwagier dzierżawił. Dojechaliśmy do stacji Zawiercie, dokąd przysłano czwórkę koni i osobny wózek na rzeczy. Na stacji tragarz zapytał mnie, czy mam rewolwer. Zdziwiony takim pytaniem, odpowiedziałem, że jest mi niepotrzebny, ponieważ posiadam kij, i pokazałem mu grubą laskę okutą żelaznym końcem ostro zakończonym. Na to zwrócił mi uwagę, że to nie wystarcza, gdyż w tych okolicach zdarzają się napady, co zresztą i furman potwierdził tymi słowy: "Tydzień temu przejeżdżaliśmy z naszym panem przez las i widzieliśmy po drodze masę zbójów, którzy rozbijali furmanki żydowskie. Nas nie zatrzymano, gdyż na koźle siedział młody panicz w mundurze szkolnym. Widocznie wzięli go za oficera, bo skryli się w lesie, skutkiem czego przedostaliśmy się bez wypadku do domu".

Mocno zaniepokojeni wsiedliśmy z żoną do koczyka69, poleciwszy chłopcu wiozącemu rzeczy jechać przed nami. Była to straszna podróż. Byliśmy bardzo głodni, bowiem posiadaną żywność darowaliśmy tragarzowi (w przekonaniu, że czeka nas tylko godzina jazdy, jak zapewniał mnie listownie szwagier). Tymczasem chłopiec z bagażem zwalniał coraz więcej, zbliżaliśmy się bowiem do lasu i miejsca ostatniego rozboju. Widzieliśmy poprzewracane wozy, lecz nikt nas nie zaczepił. Poleciłem żonie trzymać się w cieniu powozu i w razie napaści otworzyć szybko parasol. Ja zaś trzymałem w ręku, w formie lancy, moją okutą laskę. Około [godz.] 24.00 przejechaliśmy szczęśliwie miasto Pilica. Za Pilicą droga stała się wręcz niemożliwa, błoto sięgało aż do osi. Wjechaliśmy nareszcie do wąwozu o stromych ścianach, miejsca jakby stworzonego do napadu. Nie było nikogo na drodze. Jednakże w pewnej chwili spostrzegłem człowieka, który pędził ze stromej ściany prosto na nasz powóz. Ładna sprawa, pomyślałem, z pewnością inni zbóje rzucają się już na nasz bagaż i zabierają pakunki. Skryliśmy się prędko w głąb powozu, tak że napastnik nie mógł nas spostrzec i przypuszczał, że ma tylko do czynienia z furmanem, którego zapytał, po co i dokąd jedzie. Dostawszy wymijającą odpowiedź, rzucił się błyskawicznie na stopień powozu, na szczęście z mojej strony, lecz w tej chwili nadziałem go kijem w twarz, po czym usłyszałem upadek w błoto. Prawdę mówi przysłowie, że jak "Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści". Jak się przekonaliśmy, nie było żadnych innych opryszków, tak że po pięciogodzinnej jeździe zajechaliśmy szczęśliwie do dworku szwagra, oczekiwani z wielkim niepokojem. Okazało się potem, że banda opryszków, która w okolicy grasowała, była już rozbita, a ten, który na nas napadł, był prawdopodobnie jednym z rozbitków.

Po kilkudniowym odpoczynku pojechaliśmy do Warszawy, której moja żona jeszcze nie znała. Celem podróży naszej były prócz tego odwiedziny u kuzyna mego Szczawińskiego, który prosił mnie na chrzestnego ojca swego syna. Inni z zaproszonych gości nie przyjechali z powodu ciągłych rozruchów w kraju. Nazajutrz po uroczystości chcieliśmy powrócić do domu. Niestety pociągi stanęły i wybuchła rewolucja, dobrze nam znana z roli, jaką w niej odegrał późniejszy marszałek Piłsudski. Pocieszano nas, że to długo nie potrwa. Tymczasem roiło się wszędzie od band żydowskich, na ulicach w Warszawie stały posterunki wojskowe, a patrole krążyły po całym mieście. Widziałem na własne oczy, jak żołdactwo rosyjskie pastwiło się nad niewinną ludnością. Strzelano do okien. Widziałem, jak kozacki patrol atakował dziewczynki niosące polski sztandar. Głównymi agitatorami byli Żydzi, tzw. litwacy70 z Rosji, którzy buntowali spokojnych polskich żydków, uzbrajając ich. Stanęły tramwaje, zamknięto wszystkie składy, ludziom nie pozwolono iść do pracy. Na ulicach odbywały się zgromadzenia, podczas których przemawiali głównie Żydzi. Pamiętam, jak w tłumie jeden ze stojących koło mnie obywateli powiedział: "Jestem piekarzem, muszę iść do domu, bo inaczej dzieci mi z głodu umrą". Odpowiedziałem mu na to, że jest najrozsądniejszym ze wszystkich obecnych.

Widząc człowieka zmuszającego właścicieli do zamykania składów, zagadnąłem go, dlaczego to robi. A on mi na to: "Zarabiałem dotychczas 70 kopiejek dziennie, a teraz dostaję za to 2 ruble".

Obserwowałem też z okna mieszkania mego kuzyna następującą scenę: była to ulica wychodząca na Marszałkowską. W pewnej chwili jak z podziemi wyskoczyła gromada żydziaków, może kilkuset ludzi; wyciągnęli czerwoną płachtę i śpiewając Czerwony sztandar, maszerowali. Stojące na wylotach ulicy posterunki policji dały salwę z takim rezultatem, że ani jeden Żyd nie został zabity, natomiast dwie, niewinnie idące ulicą kobiety padły ofiarą. A co stało się z Żydami? Otóż mieli oni swoich spiskowców, którzy pilnowali okien i bram, gdzie żydziaki się schronili, skutkiem czego uniknęli śmierci. Gdy żołnierze się rozeszli i złożyli broń w kozły71, Żydzi wypadli znów z zaułków, wywieszając płachtę. Nastąpiło to trzy czy cztery razy, zawsze z tym samym skutkiem, gdyż nie było wcale zabitych i rannych.

Żonę moją pocieszałem, że z pewnością strzelali tylko ślepymi nabojami. Widziałem dokładnie dom, gdzie schronili się Żydzi ze sztandarem. W pewnej chwili komisarz z kilkoma policjantami wpadł do domu, gdzie ukryli się ludzie z chorągwią. Chwila oczekiwania, przekonani jesteśmy, że winni zostali zaaresztowani. Lecz po kwadransie wychodzący komisarz pokazuje rękoma, zwrócony do ulicy, że nic nie znalazł. Domyśliliśmy się, że Żydzi dobrze go opłacili. Gdy ustała strzelanina, wyszliśmy na ulicę, gdyż od kilku dni w obawie o życie nie opuszczaliśmy mieszkania. W bramie naszego domu tkwiło pięć kul od karabinów rosyjskich przeznaczonych dla "miłych" żydziaków.

Tak to w Warszawie otrzymałem pierwszy chrzest wojenny i przekonałem się, jak nie należy prowadzić walk ulicznych oraz z jaką nieudolnością żołnierze i policja prowadzili akcję kontrrewolucyjną.

Zostałem dwa razy zaaresztowany na ulicy i przyprowadzony na komisariat policyjny. Znając policmajstra gen. [Karla] Nolkena i mając paszport w porządku, zacząłem po rosyjsku bardzo ordynarnie wyzywać, mianowicie że przyjechawszy dla zwiedzenia Warszawy, zastaję takie nieporządki, na które poskarżę się władzom. Skutek był ten, że przeproszono mnie, lecz zwrócono uwagę bardzo grzecznie, abym się lepiej na ulicy nie pokazywał.

Po kilku dniach ogłoszono manifest cara do ludności, w którym obiecywano wszelkie wolności oraz swobodę wyznania, aby tylko ludność uspokoić. Nastąpiła potem wielka manifestacja narodowa, podczas której widziałem maszerujących w szeregach naszych chłopów i robotników trzymających się za ręce. Na czele kroczył ksiądz katolicki, pastor luterski oraz - o ile się nie mylę - rabin. Śpiewali: "Jeszcze Polska nie zginęła", a ambasadorzy zagraniczni i posłowie stali na balkonach z odkrytymi głowami. Żołnierze rosyjscy i wszystkie posterunki stały na baczność. Wówczas uwierzyłem, że Polska powstanie!

Lecz posiew żydowski działał, aby nie dopuścić do zgody narodu. Naprzeciw tego, tak doskonale zorganizowanego pochodu, wyszła o wiele słabsza kolumna żydowsko-komunistyczna, która rzuciła się z nożami na narodowców. Ksiądz idący na czele zawołał: "Idźmy mimo, nie ruszać ich", a postawa i siła bijąca od naszych chłopów była tak potężna, że komuniści, rzuciwszy noże, przyłączyli się do pochodu. Był to obraz przyszłej Polski katolicko-narodowej, której sztandar w przyszłości musiał zwyciężyć.

Pamiętam też szarże Kozaków na placu przed ratuszem, gdzie zgromadziły się tłumy ludności, stojące zupełnie spokojnie i obradujące bez żadnych wrogich zamiarów.

Tymczasem żona prezydenta miasta, wystraszona jak wówczas wszyscy urzędnicy rosyjscy, którzy już pakowali swoje manatki, aby opuścić nadwiślański kraj, zatelefonowała do żony gubernatora na zamek, prosząc o pomoc wojskową, gdyż boi się o swoje życie. Wskutek tego dwa szwadrony Kozaków zaatakowały skupione masy bezbronnej ludności; stratowali [oni] i pozabijali dużo osób. Jeszcze na drugi dzień widziałem kałuże niewinnie przelanej krwi biednych warszawiaków i warszawianek.

Codziennie udawaliśmy się na dworzec, aby się dowiedzieć, kiedy będzie można wyjechać. Pocieszano nas, że już niedługo to nastąpi. Tymczasem czterotygodniowy mój urlop kończył się za kilka dni i trzeba było koniecznie wracać, gdyż nie miałem oficjalnego urlopu do Rosji, mając zamiar po tygodniu powrócić i spędzić resztę wakacji u teściów. Nie można było dostać żadnego telegraficznego połączenia. Była to chwila wielkiego napięcia nerwów i niepokoju. Podziwiałem żonę moją, która z nadzwyczajnym spokojem znosiła te wszystkie straszne przygody. Miałem już zamiar nająć auto i dojechać w ten sposób do granicy niemieckiej, lecz przestrzegano mnie, że mogą mnie napaść bandyci i w ten sposób nigdy nie dojadę.

Nareszcie otrzymałem wiadomość, że pociągi puszczają pod eskortą wojskową, przez Nowy Dwór [Mazowiecki] do Iłowa, i że nazajutrz będzie można się zabrać. ­Uradowani spakowaliśmy rzeczy i pojechaliśmy na dworzec, który zastaliśmy obsadzony żandarmami i wojskiem. Będąc pewny, że nas puszczą, ruszyłem naprzód, lecz skrzyżowano bagnety i nie przepuszczano nas, oświadczając, że pociąg już dziś nie odejdzie. Tu pierwszy raz załamały się nerwy mojej żony, która widząc, że zamyka się droga do wolności, wybuchła płaczem. Pokątnie dowiedziałem się, że mogę liczyć na wyjazd na dzień następny. Nastąpiło to rzeczywiście i chociaż drogą okrężną, tj. północną, mieliśmy jechać do Niemiec, to jednak było lepsze niż czekanie na regularne połączenie.

Odetchnęliśmy, gdy pociąg nareszcie ruszył. Kogo tam nie było! Uciekinierzy aż znad Wołgi, Samary i Moskwy, którzy po brzegi wypełniali pociąg. Opowiadali straszne przejścia o mordach i rabunkach, z których z trudnością wyratowali życie. Przed stacją Nowy Dwór [Mazowiecki] pociąg stanął. Zaniepokoiliśmy się wszyscy strasznie, gdy nam służba kolejowa doniosła, że znaleziono na szynach bomby, które żołnierze pospiesznie usunęli. Szczęśliwy byłem, że żona nie słyszała tych wszystkich lamentów i skarg, które potem nastąpiły. Lecz Pan Bóg strzegł nas widocznie i dojechaliśmy szczęśliwie po wielogodzinnej, bardzo wolnej podróży do Iłowa. Tam witali nas urzędnicy państwowi i korespondenci gazet jako szczęśliwie wyratowanych męczenników rosyjskich. Ponieważ mówiłem po niemiecku, wzięto mnie za barona kurlandzkiego i zgotowano specjalne owacje. Wsiedliśmy czym prędzej do pociągu idącego w kierunku Torunia, gdzie stanęliśmy późnym wieczorem. Zajechaliśmy do hotelu Toruński Dwór, gdzie zostaliśmy serdecznie przywitani przez gospodarza oraz zgromadzoną publiczność. Wprowadzono nas do sali, gdzie zastaliśmy kilku dostojników rosyjskich, także uciekinierów z Rosji, którzy prosili, abym się do nich przysiadł. Odmówiłem jednak, widząc straszne zmęczenie żony. Skorzystaliśmy jeszcze z doskonałego bufetu, gdzie były przygotowane wszelkie rosyjskie przysmaki i delikatesy, których byliśmy pozbawieni przez ostatnie tygodnie. Po doskonałej kolacji udaliśmy się czym prędzej do przeznaczonych nam apartamentów, o których istnieniu w Toruniu nawet nie wiedziałem. Zdarzyło się tak dziwnie, że byłem w Toruniu z okazji cesarskich manewrów sześć tygodni przed naszą eskapadą do Rosji jako wojskowy, gdyż mój pułkownik był w tym hotelu zakwaterowany. Miał w nim kwaterę bardzo skromną w porównaniu z moją, pomimo że byłem uciekinierem, lecz jak ciągle przypuszczano, baronem kurlandzkim.

Obudziwszy się o godz. 9.00, rozglądaliśmy się z żoną, zdziwieni ciszą i spokojem panującym w mieście. Mając jeszcze jeden dzień przed ukończeniem urlopu, poszliśmy do miasta, aby porobić dla dzieci i znajomych zakupy, które mieliśmy przywieźć z Warszawy. Żona już wypoczęta i uspokojona oświadczyła mi, że tu bardzo nudno oraz że w Warszawie było bardziej interesująco, zwłaszcza gdy służąca wpadała co rano z wiadomościami o rzucaniu nowych bomb itd.

Przyjechaliśmy na czas do mego garnizonu do Oławy, tak że punktualnie zameldowałem się u mego dowódcy płk. [Wolfganga Rittera und Edlera] von Oetingera. Bardzo taktownie udawał, że nie wie nic o moich przejściach i pobycie w Warszawie, pomimo że było to już publiczną tajemnicą.

Mój szczęśliwy powrót był jednakże niemiłą niespodzianką dla jednego z mych kolegów, który licząc, że już nie powrócę w ogóle, cieszył się z góry na awans i objęcie mego szwadronu.

Rewolucja rosyjska została zgnieciona, gdy po wojnie japońskiej, tak nieszczęśliwej dla Rosji, wojsko powróciło do kraju. W 1906 r.72 umarł w Cannes szef mego ówczesnego pułku, tak przez nas kochany, wielki książę Michał Mikołajewicz [Romanow]. Dostaliśmy rozkaz udania się z deputacją na pogrzeb naszego szefa do Petersburga. Ciało zostało przewiezione na okręcie wojennym, a pogrzeb odbył się z przepychem i honorami, jakie się należały najstarszemu z wielkich książąt. Udaliśmy się do Eidkuhnen73 w Prusach Książęcych, gdzie wsiedliśmy do pociągu dworskiego, którym jechali różni dostojnicy, między innymi książę Henryk Pruski74 i wielka księżna Anastazja, [księżna] meklemburska, córka zmarłego wielkiego księcia Michała Mikołajewicza, a teściowa kronprinza niemieckiego.

W Petersburgu zostaliśmy zakwaterowani w pierwszym hotelu stolicy, gdzie oddano nam apartamenty urządzone z wielkim przepychem, na które łożono z carskiej szkatuły.

W deputacji pułku oprócz mnie i wspomnianego płk. von Oe[tingera] brał udział por. książę [Wilhelm] von Schaumburg-Lippe, siostrzeniec wielkiego księcia Konstantego, i por. baron von Stosch. Poza tym przyjechała jeszcze delegacja gwardii artylerii pruskiej oraz piechoty austriackiej. Na dworcu na przyjazd zwłok oczekiwały deputacje wszystkich pułków, których szefem był zmarły, oraz duża ilość wojska tworzącego szpaler. Z rosyjskich dygnitarzy przybył jako pierwszy wielki książę Mikołaj Mikołajewicz oraz trzech archirejów75 z liczną świtą popów. Ostatni nadjechał car z księciem Henrykiem Pruskim, noszącym mundur huzarów grodzieńskich, których był szefem, oraz sześciu synów zmarłego wielkiego księcia i mnóstwo wysokich ­dostojników. Między innymi byli także ambasadorowie państw akredytowanych przy rządzie rosyjskim.

Po krótkim nabożeństwie i przeniesieniu zwłok wielkiego księcia na lawetę udaliśmy się za cesarzem pieszo aż do piotropawłowskiej katedry76, gdzie spoczywają zwłoki carów rosyjskich. Katedra ta stoi w obrębie twierdzy [o] tej samej nazwy.

Mimo że działo się to w styczniu, mróz jak na klimat rosyjski nie był duży, bo wynosił 12 stopni Réaumura77. Śnieg padał olbrzymimi płatami wielkości ręki człowieka. Wzdłuż całej siedmiokilometrowej drogi ustawione były wojska z całego garnizonu petersburskiego i okolicy. Najpierw piechota, artyleria, a w końcu wspaniałe pułki kawalerii rosyjskiej. Każdy pułk miał konie innej maści.

Do naszej deputacji przydzielono trzech oficerów, mianowicie: pułkownika78 konno-grenadierskiego pułku [Nikołaja Fiedorowicza von] Krusensterna, rtm. hr. Osten-Sackena i por. de La'Luce. Publiczności zabroniono brać udział w pogrzebie, z okien nie pozwolono się przyglądać, a fotografowie, którzy stali na dachach i balkonach, byli otoczeni żołnierzami. Obawiano się bowiem w tych bardzo jeszcze niespokojnych porewolucyjnych czasach zamachu na cara. Idąc równym krokiem między tłumem generałów rosyjskich, doszedłem mimo woli, mając oczy pełne śniegu, na czoło pochodu, gdzie ujrzałem cara kroczącego tuż za trumną, zupełnie prawie samego. Cofnąwszy się prędko, zostałem zagadnięty przez jednego ze znanych mi dygnitarzy: "Czy pan chce umierać razem z carem?". Zdziwiony zapytałem, co ma na myśli, na co mi odpowiedział: "Czy pan nie wie, że przygotowany jest zamach i car ma dzisiaj wylecieć w powietrze? My, co szczęśliwie powróciliśmy z wojny, obawiamy się, by to nie był dla nas dzisiaj ostatni dzień, i dlatego trzymamy się w pewnej odległości". Zdumiało mnie to powiedzenie, a przede wszystkim podziwiałem cara Mikołaja, który kroczył tak odważnie, nie zdając sobie może sprawy [z tego], na co się naraża. Przykre wrażenie zrobiło na mnie to powiedzenie i rozumiem dzisiaj fakt, że wszyscy cara opuścili podczas rewolucji bolszewickiej.

Doszliśmy wreszcie do katedry i po złożeniu [okryć] w specjalnie dobudowanej do tego celu wielkiej szatni w pełnej gali wkroczyliśmy do świątyni. Dwór z carową i księżniczkami w czarnych sukniach, przybranych wstęgami orderów pierwszej klasy z brylantowymi cyframi ich carskich mości, zajął miejsce po prawej stronie ołtarza. Przy trumnie straż honorową pełnili wielcy książęta w mundurach. Archireje, poprzedzani przez diakonów, obchodzili trumnę, a przechodząc koło cara, odwracali się, oddając mu głęboki pokłon. Był to wspaniały widok. Archireje mieli na głowie tiary ozdobione kamieniami wysokiej wartości. Lśniło się od brylantów, rubinów i szafirów, a wspaniałe chóry podnosiły jeszcze nastrój uroczystości. Carowa była w ciężkiej żałobie, tak że twarzy jej nie było można dojrzeć.

Tego samego dnia złożyliśmy jeszcze wizyty u synów zmarłego wielkiego księcia i u ówczesnego ministra wojny gen. [Władimira Aleksandrowicza] Suchomlinowa, z którego bratem byłem zaprzyjaźniony. Minister wojny kazał mi usiąść obok siebie i rozmawiał ze mną po polsku, opowiadając o czasach służby w gwardii ułanów w Warszawie oraz spędzonych tam wesoło czasach, które miło wspominał. Miał on nieszczęście ożenić się, będąc generałem-gubernatorem Kijowa, z Żydówką wątpliwego prowadzenia, której nie było mu wolno wprowadzić na dwór carski, gdzie ją ignorowano. Jak wiadomo, stała się ona przyczyną tragicznego końca Suchomlinowa, który jak jestem przekonany, nie wiedział nic o konszachtach żony ze szpiegami niemieckimi przed [wojną] i podczas wojny światowej.

Codziennie pomimo żałoby odbywały się różne przyjęcia. Przypominam sobie galowy obiad u hr. [Friedricha] Purtalesa, ambasadora Niemiec, i jego małżonki z hr[abiów] von Kanitz. Był to obiad wydany na cześć księcia Henryka Pruskiego i dwóch deputacji niemieckich pułków. Przykrą stroną tych przyjęć była konieczność brania udziału w nabożeństwach żałobnych, które odbywały się co wieczór o [godz.] 21.00. Podobnie trzeba było być obecnym na nabożeństwie rannym o godz. 9.00.

Pewnego dnia admirał [Paul] von Hintze, przydzielony do osoby cara jako specjalny reprezentant cesarza Wilhelma niemieckiego, oznajmił nam, że spotkał nas wielki zaszczyt, gdyż w ostatnim dniu (o ile pamiętam, był to trzeci dzień pogrzebowych uroczystości) stać będziemy na warcie przy trumnie naszego byłego szefa. Choć był to wielki zaszczyt, stanie jednak godzinę w pozycji na baczność nie należało do przyjemności, tym więcej że byliśmy przemęczeni uroczystościami i wypitym alkoholem. Nic więc dziwnego, że jeden z oficerów naszej delegacji baron von Stosch wskutek libacji dnia poprzedniego i dymów z kadzielnicy zaczął się słaniać, co w czas zauważono i zastąpiono go innym oficerem. Przyszedłszy do siebie, por. von Stosch zajął znów swoje miejsce w nadziei, że Jego Cesarska Mość tego nie spostrzegł.

Zostaliśmy odznaczeni orderami. Pułkownik Oe[tinger] otrzymał Order św. Anny II klasy, ja - Order św. Stanisława II klasy, a por. von Stosch - Order św. Stanisława III klasy. Książę S[chaumburg-Lippe] nie przyjął tego odznaczenia, gdyż posiadał już Order I klasy Czerwonego Orła Pruskiego. Miałem na ten temat rozmowę z księciem [Władimirem Nikołajewiczem] Orłowem, kanclerzem kapituły orderów cesarskich79, któremu musiałem pretensje księcia wyłuszczyć. Rezultatem było, że otrzymał później Order [św.] Włodzimierza z mieczami.

W wielkiej tajemnicy powiadomił nas admirał von Hintze, że nazajutrz odbędzie się wielkie przyjęcie w Zimnym Dworcie80 (gdyż niebezpieczeństwo zamachu już minęło), gdzie będziemy przedstawieni carowi. Książę Henryk Pruski przedsta­wiał nas, a car rozmawiał z każdym z osobna po niemiecku, pytając o lata służby, awanse w armii pruskiej itd. Wypowiedział w końcu zdanie, że takie same awanse istnieją w armii rosyjskiej.

Gdy się zbliżył do por. Stoscha, powiedział do niego: "Panu muszę specjalnie podziękować, gdyż pełnił pan straż przy trumnie mego stryja dwukrotnie". Okazało się, że car bardzo dobrze zauważył osłabnięcie porucznika i jego powrót, co było dla porucznika bardzo niemiłe. To zdarzenie wykazuje, jak dalece rozwinięty zmysł spostrzegawczy miał ostatni car Wszechrosji.

Potem odbył się obiad, na którym jedynym zaproszonym do stołu carskiego był por. Schaumburg-Lippe, będący siostrzeńcem wielkiego księcia Cyryla. My zaś spożywaliśmy obiad przy stole marszałkowskim. Naprzeciw mnie siedział książę [Feliks Feliksowicz] Jusupow81, którego syn, ożeniony z księżniczką, kuzynką cara, zabił później mnicha, osławionego Rasputina. Jak mi opowiadano, był to jeden z najbogatszych książąt, który posiadał miliony owiec na Krymie, bardzo miły i przystojny mężczyzna. O synu jego wyrażano się wówczas bardzo niepochlebnie. W tym czasie poznałem również na dworze carskim dużo wybitnych osobistości, między innymi gen. [Aleksieja Nikołajewicza] Kuropatkina, dowódcę armii rosyjskiej podczas wojny japońskiej.

Twarz miał mało sympatyczną, o wybitnie kałmuckim typie. Natomiast minister [Piotr Arkadijewicz] Stołypin prezentował się wspaniale, wysoki, dystyngowany, posiadał duże czarne oczy, o nadzwyczaj przenikliwym i inteligentnym wyrazie.

Po obiedzie jeden z wielkich książąt zagadnął mnie po rosyjsku, wyrażając żal w imieniu Jego Cesarskiej Mości, że tak późno dowiedział się o tym, że władam językiem rosyjskim, gdyż byłby chętnie ze mną rodzimym językiem porozmawiał.

Nie rozpisuję się o przysmakach, jakimi nas uraczono, lecz nie mogę tutaj pominąć doskonałego carskiego kawioru, którym nas częstowano.

Nazajutrz powróciłem z młodszymi kolegami przez Warszawę do domu, pułkownik zaś północną drogą przez Eidtkuhnen. W Warszawie pozostaliśmy przez dwa dni, gdzie poznałem moich kolegów z kilkoma znajomymi Polakami, którzy ich oprowadzali po Warszawie. Wykorzystując swój pobyt w Warszawie, odwiedziłem interes handlowy, którego byłem cichym spólnikiem82, jak poprzednio już o tym wspomniałem.

Pułkownik von Oe[tinger] zachorował później poważnie na nerki i pojechał do Egiptu na kurację, gdzie zakończył życie mianowany brygadierem. Dowództwo objął po nim płk [Richard] von Rentzell. Nie cieszył się on sympatią pułku. Był to zbogacony83 oficer, który został do nas przeniesiony z gwardii. Toteż uszczypliwie nazywano go w pułku "chłopem pociągniętym gwardyjskim lakierem". W krótkim czasie dostał też dymisję z powodu różnych scysji z oficerami, nie otrzymując po odejściu z pułku dalszego awansu84.

W Szlezwiku, w 16 Pułku Huzarów, którego szefem był cesarz Franciszek Józef, zostałem bardzo mile przyjęty. Dowódcą tego pułku był płk [Paul] Ludendorff, stryjeczny brat sławnego [gen. Ericha] Ludendorffa, głównego kwatermistrza armii niemieckiej podczas wojny światowej. Zabawnie było, gdy po bliższym poznaniu jeden ze starszych oficerów pułku zapytał mnie, jak to możliwe, że mówię tak biegle po niemiecku, gdyż doniesiono im, że językiem tym władam bardzo słabo. Domyśliłem się, że to robota jednego z moich polakożerczych przyjaciół ze Śląska, mająca na celu szkodzenie mi na opinii wobec nowych kolegów. Okazało się jednakże, że należałem do grona osób władających najpoprawniej po niemiecku, gdyż żołnierze mówili plattem85 holsztyńskim, a oficerowie różnymi dialektami.

Ludność Szlezwiku należy do typu zupełnie odrębnego. Są to ludzie nadzwyczaj uczciwi, bardzo powolni w ruchach i w mowie, natomiast zagorzali alkoholicy, pod którego [tj. alkoholu] wpływem dopiero robili się żwawsi. Byłem często zrozpaczony ich powolnością. Podczas ćwiczeń, np. gdy leżeli rozsypani w tyralierze, zapytany żołnierz odpowiadał mi dopiero wtenczas, gdy już byłem oddalony od niego kilka kroków i rozmawiałem z innym żołnierzem. Zapytałem raz starego hr. Schimmelmanna, właściciela dóbr w [regionie] holsztyńskim i uczestnika wojny w 1870 r., który był oficerem naszego pułku, o zachowaniu się tych ludzi podczas wspomnianej wojny, dodając, że w porównaniu z moimi dawnymi żołnierzami ze Śląska są oni bardzo powolni, gdyż Ślązaków cechuje żywy temperament. Hrabia roześmiał się i powiedział mi: "Przekona się pan jeszcze, co to za doskonały żołnierz". Podczas wojny światowej przekonałem się, że hrabia Schimmelmann miał rację. Nie miałem i nie znałem nigdy lepszych żołnierzy nad tych Holsztynów. Strzelanie nieprzyjacielskie i ogień huraganowy działały na nich tak jak w domu alkohol. Robili się żwawsi i weselsi. Nie można było ich wycofać z linii i pewnego razu zdarzyło mi się nawet, że uciekli mi nie w tył, lecz ku nieprzyjacielowi, gdy chciałem ich wycofać do koni. Byliśmy wtedy atakowani przez Marokańczyków. Landwehra pruska, świeżo w ogień wprowadzona, chciała się cofać i zmuszony byłem między linię piechurów wsunąć moich huzarów i oddać komendę oficerom mego pułku. Gdy pobity nieprzyjaciel począł uciekać, chciałem po odniesionym zwycięstwie wycofać kawalerzystów do koni, nie dali się jednak utrzymać i pobiegli za nieprzyjacielem, choć wówczas kawaleria nie miała jeszcze bagnetów.

Pewna część Marokańczyków wdrapała się na drzewa jak małpy. Żołnierze zestrzeliwali ich i chlubili się potem, że zabili leśne małpy. Muszę dodać, że Marokańczycy mieli na głowach białe burnusy86, co bardzo ułatwiało ostrzeliwanie ich. Jeńcy skarżyli się nam, że Francuzi posyłają ich zawsze naprzód jak na rzeź, postępując dopiero za nimi.

W lipcu 1914 r. zostałem odkomenderowany do Hannoveru, do szkoły konnej jazdy, którą obowiązany był kończyć każdy kandydat na dowódcę pułku kawalerii. Podczas kursu braliśmy udział w polowaniach konnych, na koniach dostarczonych przez szkołę kawalerii. Kurs ten jednak został przedwcześnie przerwany z powodu niebezpieczeństwa wojny.

W lutym 1914 r. przyjechała do Szlezwiku deputacja huzarów szwedzkich, z którymi pułk nasz łączyły wspólne wspomnienia [z] przeszłości. Oficerowie szwedzcy wywarli bardzo korzystne wrażenie.

W maju przyjmowaliśmy uroczyście gości z Austrii, przybyłych do nas z okazji uroczystości zdobycia Szlezwiku przez armię prusko-austriacką w 1864 r. W imieniu cesarza Franciszka Józefa przybył hr. Rosenberg87, prócz tego jeszcze kilku oficerów i kombatantów austriackich. 16 Pułk Huzarów powstał właśnie po tej wojnie, a dla przypieczętowania przyjaźni prusko-austriackiej cesarz Franciszek Józef został mianowany szefem pułku, którego nosił mundur. A la suite88 pułku został przydzielony arcyks. Eugen89.

Dalsza część w wersji pełnej