Przedmowa
Selvaggia Lucarelli
"Odcinek z psycholożką? Czy nie będzie nudny jak flaki z olejem?"
Moje spotkanie z Ameyą Gabriellą Canovi na początku 2021 roku
poprzedzone było tym mało sympatycznym pytaniem (o czym sama
zainteresowana dowiaduje się właśnie w tej chwili). A było to tak:
przygotowywałam podkast o uzależnieniach emocjonalnych, do którego
zgromadziłam pięć bolesnych historii związków, mających wywrzeć silne
wrażenie emocjonalne na słuchaczach, kiedy mój współpracownik
zaproponował, aby ostatni odcinek poświęcić pogłębionej analizie
wszystkich tych przypadków z pomocą psychologa. Miała to być swego
rodzaju pogadanka, która w bardziej techniczny sposób wyjaśni mechanizmy
powstawania uzależnień emocjonalnych - z udziałem specjalistki z tej
dziedziny.
Właśnie to słowo "techniczny" wzbudzało moją niechęć. Myślałam, że ta
pełna emocji opowieść przerodzi się w suchy wykład z psychologii, burząc
patos, z takim mozołem budowany odwagą bohaterów podkastu - osób, które
przeżyły rozdzierające serce historie i które być może noszą w sobie
wciąż niezabliźnione rany. Jednak mój współpracownik nalegał, dlatego
postanowiłam przeprowadzić coś w rodzaju castingu i bez zbytniego
przekonania zabrałam się do poszukiwania w serwisie YouTube filmików
publikowanych przez psychologów. Jakiś czas wcześniej Ameya wysłała do
mnie sympatyczną wiadomość, dlatego miałam ją na liście "do obejrzenia".
Kiedy ją usłyszałam w jednym z nagrań, natychmiast poczułam, że to
ideał, choć przecież tak właśnie wygląda klasyczny początek każdego
uzależnienia emocjonalnego. Na szczęście pomiędzy mną a Ameyą od razu
zrodziła się serdeczna i pełna zrozumienia relacja, a jeśli w ogóle
możemy mówić o jakimkolwiek uzależnieniu, to co najwyżej od zielonych
pierożków tortelli.
W tamtym czasie obejrzałam mnóstwo filmików, wysłuchałam niezliczonych
ekspertów, z których wielu umiało z pasją i kompetentnie opowiadać o uzależnieniu emocjonalnym, jednak Ameya miała coś więcej: potrafiła
otulić słuchacza pieszczotą łagodnej determinacji. Miała umiejętność
obdarzania zrozumieniem bez zbędnej retoryki i pietyzmu. Ameya
towarzyszyła ofiarom w procesie, który nie miał nic wspólnego z litowaniem się i zwyczajnym rozgrzeszaniem, "ponieważ manipulator jest
zły i niedobry" (w sumie jest, ale nie o to chodzi) - ona wychodziła od
koncepcji odpowiedzialności. Mówiąc w skrócie, wyjaśniała, że dobra
praca nad sobą chroni nas przed wieloma bolesnymi sytuacjami i "rozbraja" mechanizm uzależnienia.
W ten sposób Ameya została bohaterką ostatniego odcinka podkastu, który
dla mnie wciąż jest tym najbardziej wzruszającym i obfitującym w olśnienia. Po dziś dzień, mimo że wielokrotnie go odsłuchiwałam, jej
otulający głos, jej niezwykle przejrzyste słowa oraz troskliwy, acz
nieustępliwy sposób bycia sprawiają, że płaczę jak bóbr. Żadne tam "zbyt
techniczne". Jest technika, jest wiedza, jest doświadczenie, jednak u Amei przede wszystkim widoczna jest umiejętność łączenia wiedzy z odczuwaniem. I ta książka jest właśnie taka - to podręcznik, który uczy
rozumieć i interpretować, w którym nie znajdziemy jednak ani jednej
strony zapisanej zimnym tonem kogoś, kto wie, lecz nie czuje.
Bardzo chciałabym móc wejść do księgarni i znaleźć na półce Kiedy
kochasz za bardzo w czasach, kiedy cierpiałam na uzależnienie
emocjonalne i nie wiedziałam, jak je nazwać. Kiedy moja zdolność do
analizy problemu nie wychodziła poza stwierdzenia, że "on jest draniem",
"jest mi źle, ale bez niego nie potrafię żyć, więc lepiej być
nieszczęśliwą z nim niż w piekle samotności", "w końcu zrozumie, jak
bardzo jestem niesamowita". Nie twierdzę, że książka Amei by mnie
ocaliła (ani ona, ani ja nie lubimy takich wyświechtanych sformułowań),
ale bez wątpienia dałaby mi narzędzia do rozpoczęcia planowania swojego
ocalenia - na czas wyczerpania i następującego po nim zdrowienia.
Zrozumiałabym na przykład, dlaczego czując się ofiarą
narcyza-manipulatora, miałam w sobie tyle gniewu. "Narcyz projektuje na
drugą osobę swoje cechy, które uznaje za słabe i których się wstydzi,
aby móc je szkalować i atakować na zewnątrz. Z drugiej strony osoba
uzależniona odczuwa dużą złość wobec narcyza, który w jej oczach zdaje
się bardzo dobrze sobie radzić bez jej bliskości. Jedno wobec drugiego
odczuwa zawiść" - wyjaśnia Ameya na kartach tej książki. Tłumaczy też,
że role w tej autodestrukcyjnej walce mogą się mieszać; że mamy do
czynienia z uzależnieniem emocjonalnym tam, gdzie nie tyle chcemy być
szczęśliwi - ponieważ z oczywistych powodów jest to cel nieosiągalny -
co chcemy odnieść zwycięstwo.
Często zadawałam sobie pytanie, skąd wzięło się zainteresowanie Amei
tymi tematami już w czasach, kiedy nie było to jeszcze popularne - na
długo przed tym, jak słowa "narcystyczny" czy "toksyczny" zaczęły
zatruwać całą komunikację na ten temat, gdy problem stał się modny.
Jeszcze zanim influencerzy i świeżo upieczeni eksperci zaczęli surfować
na fali aktualnego trendu, upraszczając ten złożony temat, banalizując
go i przekonując ofiary, że po prostu trafiły na złego mężczyznę lub złą
kobietę, a przez to wyrabiając w nich przekonanie, że dzięki dobremu
"rysopisowi" będą potrafiły rozpoznawać złych ludzi i zdołają się
uratować. Żeby było jasne, również Ameya w niniejszym podręczniku dzieli
ofiary i narcyzów (nie bez dozy ironii) na różne typy, jednak - jako
wrogini uproszczeń - dokonuje tego po długim wstępie, analizując
przyczyny, które sprawiają, że mamy predyspozycje do rozniecenia tej
niezdrowej iskry, będącej początkiem uzależnienia; "pierwszego
draśnięcia", jak je nazywam.
Ale Ameya robi o wiele więcej. I tutaj powracam do mojego wcześniejszego
pytania: jak to się stało, że zafascynowała się tym tematem, kiedy był
on niszowy i poruszany jedynie w harlequinach opowiadających o złamanych
sercach?
Ponieważ tak naprawdę Ameya jest jedną z nas. Albo raczej: była jedną z nas. Odkrywamy to rozdział po rozdziale, kiedy w kilku linijkach
stopniowo prezentuje czytelnikowi część siebie. Część swojej historii.
Kiedy odsłania swoją ranę oraz opowiada o tym, jak pogodziła się z bólem
i doskwierającymi jej brakami. Kiedy opowiada, że w pewnym momencie
zrozumiała, jak samotna musiała czuć się jej matka, gdy żyła w obcym i dalekim mieście. O tym, że rodzina jest zalążkiem, lecz nie naszym
przeznaczeniem. O tym, jak ważne jest, aby nie "wybaczać", ale pozwolić
płynąć żalowi za tym, czego nam zabrakło, gdy przychodzi czas, aby
odzyskać wolność. I lekkość.
Kiedy kochasz za bardzo jest tym wszystkim.
To mapa dla tych, którzy chcą zrozumieć. Świecący w ciemnościach płomień
dla tych, którzy cierpią. Skąpana w słońcu ławka dla tych, którzy
wyzdrowieli i patrzą na wydarzenia z przeszłości z beztroską i życzliwością wymalowaną na twarzy.
Wstęp
O uzależnieniu emocjonalnym wciąż wiadomo niewiele.
Wbrew panującej powszechnie opinii nie chodzi tu o złamane kobiece serca
czy nieszczęśliwe miłości, lecz o prawdziwe zaburzenia w budowaniu
relacji, które dotykają ogromnej liczby kobiet i mężczyzn, choć według
danych statystycznych tych drugich o wiele mniej.
Niniejsza książka opowiada o tym czającym się pod skórą niepokoju, jakim
jest nadmierna potrzeba drugiego człowieka.
Choć istotnie uzależnienie w relacji bywa czynnikiem wyzwalającym
zachowania przemocowe, skutkujące niekiedy tragicznym finałem, w którym
kobieta ginie z rąk partnera, nie będziemy się tutaj zajmować fatalnymi
skutkami tych smutnych wydarzeń. Zamiast tego postaramy się
przeanalizować to, co zachodzi o wiele wcześniej w psychice osoby z zaburzoną sferą uczuciową i co niekoniecznie prowadzi do dramatycznego
zakończenia, mimo że jest źródłem wielu cierpień.
Dlaczego poczułam potrzebę napisania książki na taki temat? Ponieważ
problem ten dotyczy mnie samej.
Uczyniłam z niego swój zawód oraz życiową misję. Jestem przekonana, że
wielu osobom można pomóc wydostać się z tego bolesnego piekła, choć
wciąż nie jest ono zbyt dobrze zbadane. Na podstawie mojego
dwudziestoletniego doświadczenia mogę stwierdzić, że uzależnienie w relacji często jest bardzo głęboko ukrytym problemem, który należy
wydobyć na światło dzienne; trzeba wyposażyć klienta w niezbędne
informacje i podpowiedzieć mu strategie prewencyjne, które pozwolą mu
ten problem rozpoznać i stawić mu czoła.
Niestety w kulturze Zachodu uzależnienie emocjonalne jest powszechnie
akceptowane i utrwalane poprzez stereotypy czy choćby teksty piosenek,
które wyśpiewujemy na całe gardło. Eros i Tanatos bez ustanku tańczą
spleceni w miłosnym uścisku, zaburzając nasze wyobrażenie o miłości, co
później omówię szczegółowo. Obecnie uzależnienie od drugiej osoby rzadko
stanowi temat dociekań naukowych, a wobec braku wystarczających badań
nie jest zaliczane do prawdziwych patologii zdrowotnych. DSM-5
(Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders, Fifth
Edition), statystyczny podręcznik zaburzeń psychicznych, z którego
korzystają specjaliści, nie określa kryteriów diagnostycznych dla
uzależnienia emocjonalnego, opisuje je jednak w kontekście zaburzenia o nazwie osobowość zależna. Jak przekonamy się w dalszej części książki,
osoby cierpiące na to zaburzenie mają problem z podejmowaniem decyzji
oraz odczuwają niepokój, lęk i niepewność, które przejawiają się w wielu
aspektach ich życia. Mogą na przykład obawiać się samotnego podróżowania
lub dokonywania ważnych wyborów. Osoba uzależniona emocjonalnie sprawia
wrażenie złączenia nierozerwalnym węzłem z osobą, z którą tworzy parę,
potrafi jednak doskonale funkcjonować we wszystkich innych kontekstach.
Do wersji DSM-5 z 2013 roku wprowadzone zostały uzależnienia
behawioralne, nazywane new addictions, wśród których znalazło się
uzależnienie od gier hazardowych, pracy, seksu czy zakupów. Niektórzy
badacze zaliczają do tej kategorii również uzależnienie od miłości,
czyli love addiction. Choć temat ten wciąż wymaga zgłębienia,
uzależnienie od drugiej osoby jest bardzo dobrze znanym zjawiskiem dla
tych, którzy go doświadczają.
Warto w tym miejscu nadmienić, że ta książka nie jest w zamierzeniu
traktatem naukowym ani nie ma na celu wyczerpania tematu. Jej celem jest
omówienie zagadnienia i opowiedzenie o osobach, które cierpią z powodu
postrzegania innych jako koła ratunkowego. Niektóre części będą miały
wydźwięk bardziej teoretyczny - to w nich pojawi się specjalistyczna
terminologia, której nie chciałam dodatkowo obciążać odniesieniami
bibliograficznymi. Inne natomiast mają na celu przybliżenie czytelnikowi
sedna problemu, dlatego wolałam zastosować w nich bardziej codzienny
język.
Wychodząc od aktualnego stanu wiedzy dostępnej w literaturze naukowej,
starałam się wyjaśnić mechanizmy leżące u podstaw uzależnienia
emocjonalnego. Po wielu latach pracy z ludźmi mogę powiedzieć, że osoby
dotknięte tą chorobą uczuciową - jeśli możemy ją tak nazwać - zdołają
osiągnąć wewnętrzny dobrostan jedynie wtedy, gdy stawią czoła własnym
demonom, przed którymi i tak nie ma ucieczki, oraz wykonają żmudną pracę
polegającą na poznaniu, zbadaniu i akceptacji własnych cieni, czyli tych
części własnego "ja", które odbieramy jako negatywne, nierozwiązane i mroczne.
Książka została zbudowana z czterech przeplatających się elementów:
teorii, historii, wspomnień i kart pracy. Opowieści o niektórych
przeżyciach stanowią tło dla analizowanych koncepcji, natomiast we
wspomnieniach opisałam to, co dotyczy mnie osobiście. W końcowej części
książki proponuję ćwiczenia, które ułatwią czytelnikowi samopoznanie.
Nazwałam je kartami pracy, ponieważ stanowią narzędzie uruchamiające
świadomość, nie mają jednak na celu czegokolwiek leczyć. Powstały po to,
by skłonić do refleksji osoby odczuwające dyskomfort związany z omawianym stanem psychicznym. Karty z pewnością nie mogą zastąpić
interwencji terapeutycznej, ale stanowią dodatkowy bodziec do poznania
własnego świata wewnętrznego, z którym można się zaprzyjaźnić i oswoić -
być może jako uzupełnienie już toczącego się procesu terapeutycznego lub
w oczekiwaniu na decyzję o rozpoczęciu psychoterapii, jeśli okaże się
potrzebna.
Przedstawione w książce w ramach przykładu zdarzenia zostały odtworzone
w taki sposób, aby chronić prywatność bohaterów i uniemożliwić ich
identyfikację. Dają jednak czytelnikowi możliwość rozpoznania siebie i przyjrzenia się różnym zachowaniom w poszczególnych sytuacjach, a także
odkrycia, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. Przypadki, które
będziemy tu omawiać, są zatem z życia wzięte, a ja - tam, gdzie to było
konieczne - zostałam upoważniona do ich opowiedzenia. To fragmenty mnie
i historii mojej oraz osób, które spotkałam - wzbogacone, dogłębnie
przeanalizowane, wymieszane i wydestylowane. To my, wszyscy razem.
1. Dwa punkty widzenia
1
Dwa punkty widzenia
Pani doktor, kiedy nie mam żadnego partnera, czuję się jak pies, który
ciągnie po ziemi swoją smycz, szukając nowego właściciela. Czuję się
żałośnie, widząc siebie taką.
Leda
Często w czasopismach lub w sieci możemy spotkać uproszczone definicje,
pobieżne albo udzielone na poczekaniu wyjaśnienia, według których
uzależnienie emocjonalne jest najpierw przez coś wywoływane, a następnie
podsycane przez tego Innego, postrzeganego jako zła osoba i manipulator.
Choć, jak się przekonamy, rzeczywiście istnieją niezwykle podłe i wypaczone osobowości, teza, którą tu będziemy propagować, mówi: nikt nie
jest w stanie sprawić, że będziemy się czuli w określony sposób, jeśli
my sami w głębi już się tak nie czujemy. W naszym wnętrzu istnieje już
zalążek niepewności siebie, który przez lata może pozostawać w stanie
uśpienia, by następnie ujawnić się z całą mocą w konkretnej sytuacji.
Wiele cierpiących osób nie potrafi nazwać tego ukrytego i wszechogarniającego uczucia niepokoju, które zatruwa ich relacje.
W niniejszej książce postaramy się zrozumieć, gdzie leży źródło tego
bólu.
Należy pamiętać, że w każdym nadmiarze skrywa się jakiś niedostatek,
zatem - jeśli się nad tym zastanowić - nadmiar czegoś często przykrywa
jakąś słabość. Osoba, która jest stabilna, opanowana i spełniona, nie
odczuwa potrzeby kurczowego uczepiania się innych ludzi, substancji czy
dysfunkcyjnych zachowań.
Jeśli przyjrzymy się historii dziejów, każda epoka miała swoje ulubione
uzależnienia, wywodzące się z bólu, którego przejawy zdają się zmieniać
na przestrzeni czasu. Przykładowo na Zachodzie pod koniec XIX wieku
powielano stereotypowe wyobrażenie cierpiącej kobiety jako delikatnej i melancholijnej istoty, konającej z powodu niespełnionej i utraconej
miłości. Współczesnym odpowiednikiem osoby cierpiącej jest zaś
prawdopodobnie kobieta zmuszona do tego, być zaradną, zadbaną i bardziej
spełnioną, choć nękana jest smutkiem wymieszanym ze złością i poczuciem
bezsilności.
Jeśli chodzi o przedstawienie potępionego mężczyzny, w XIX wieku był nim
poeta wyklęty (fr. po?te maudit), przedstawiciel bohemy, zabłąkany w oparach opium. W latach 60. poprzedniego stulecia typowym portretem był
młody narkoman - członek kultury hippisowskiej, niedożywiony, brudny,
zarośnięty, włamujący się do samochodów, aby zarobić na działkę
narkotyku. Następnie przekształcił się on w bardziej eleganckiego i zaradnego życiowo nałogowego konsumenta kokainy. Mowa tu o yuppie, który
chcąc utrzymać się na fali sukcesu, ukrywał swoją słabość i sięgał po
pobudzające substancje chemiczne, nazywane smart drugs, aby
funkcjonować na najwyższych obrotach. Mogło to prowadzić do poważnych
problemów kardiologicznych wynikających ze stylu życia naznaczonego
chronicznym stresem. W dzisiejszych czasach figurą, którą najczęściej
obwiniamy za problemy w relacjach, jest narcyz.
Zakładając, że zaburzenia są lustrem czasów, w których żyjemy, oprócz
szczególnych cech jednostki i jej osobistej wizji świata warto
uwzględniać również środowisko i klimat, w którym osoba taka wzrastała,
jak również mentalność i sposób życia społeczności, do której należy.
Właśnie dlatego w swojej karierze zawodowej psychologa klinicznego i społecznego, aby rzucić światło na ten temat, postanowiłam oprzeć się na
dwóch teoretycznych filarach, które lubię postrzegać jako parę soczewek
do obserwacji rzeczywistości: podejściu psychodynamicznym i teorii
systemowej. Podejście psychodynamiczne pozwala mi obserwować niektóre
psychiczne mechanizmy przywiązania, projekcji i internalizacji. Teoria
systemowa, stosowana w badaniu rodzin, pomaga mi w analizie schematów
rodzinnych, które mają na nas tak wielki wpływ. W przypadku osób, z którymi prowadzę terapię wspierającą, te dwa podejścia teoretyczne
pozwalają mi dotrzeć w głąb oraz cofnąć się w czasie - tam, gdzie
wszystko się zaczęło, aby pomóc im wyjść z ciernistego labiryntu
uzależnienia.
Używamy więc równocześnie lunety i mikroskopu. Uważam jednak, że
zintegrowane podejście, uwzględniające i wykorzystujące także odkrycia
innych nurtów teoretycznych, również okazuje się cenne przy
rozplątywaniu wątków niewidzialnych sieci powodujących cierpienie. Celem
jest zapewnienie poprawy w zakresie stylu przywiązania cierpiącej osoby.
Po wysłuchaniu mnóstwa okropnych historii mogę postawić konkluzję, że
każda nierównowaga w relacji zdaje się mieć swój początek na łonie
rodziny, w tej więzi przywiązania, która następnie przenoszona jest na
tkankę społeczną i kulturową. Ten, kto żyje lub żył w kontekstach
rodzinnych, społeczno-środowiskowych lub biopsychicznych, które nie
pozwoliły mu doświadczyć bezpiecznych i wspierających relacji, z dużym
prawdopodobieństwem będzie oczekiwał od partnera kompensacji tego braku.
Lub, paradoksalnie, będzie negował swoją potrzebę miłości, przyjmując
unikający styl przywiązania, o czym później jeszcze porozmawiamy.
Inne szkoły terapeutyczne nie przywiązują takiej samej wagi do
przeszłości i koncentrują się na teraźniejszości lub obierają inne
drogi, aby dojść do dobrostanu klienta. Dlatego pragnę podkreślić, że
to, co przeczytacie w niniejszej książce, jest owocem mojego
doświadczenia w tej dziedzinie, moich badań i analiz, choć zdaję sobie
sprawę, że prezentuję tylko jedno z wielu możliwych spojrzeń na ten
problem.
Zgodnie z tym, co miałam możliwość zaobserwować do tej pory, osoby,
które nie dopełniły swojej ścieżki rozwoju emocjonalnego, mogą pozostać
uwięzione w nostalgii za uczuciem zespolenia z rodzicami,
charakteryzującym pierwsze lata życia. Z dużym prawdopodobieństwem będą
więc szukać takiego samego uczucia zaspokojenia w innej osobie,
substancji czy zachowaniu.
W relacji jesteśmy we dwoje, ale pamiętajmy, że to przede wszystkim ze
sobą samym musimy się konfrontować: z naszymi własnymi zasobami i demonami. Potrzeba drugiej osoby jest potrzebą pierwotną i właściwą dla
istot ludzkich. Umiejętność łączenia obecności z nieobecnością pozostaje
zaś jednym z najważniejszych zadań rozwoju dla każdej jednostki.
Jeśli ty, droga czytelniczko lub drogi czytelniku, zechcesz mi
towarzyszyć w tej podróży, spróbujemy wspólnie przemierzyć tę głęboko
ukrytą, brunatną rzekę bólu, która płynie w osobach uwięzionych w historii uzależnienia - po to, by ją zrozumieć i już nigdy więcej nie
pozwolić się porwać jej nurtowi.
2. W umyśle osoby uzależnionej emocjonalnie. Błąd Erosa
2
W umyśle osoby uzależnionej emocjonalnie.
Błąd Erosa
Nienawidzę i kocham. Czemu tak się dzieje -
Spytasz. Nie wiem. Lecz czuję, że tak jest. I cierpię1.
Katullus
Świat wewnętrzny osoby uzależnionej emocjonalnie roi się od iluzji.
Mówiąc najprościej, ma ona nadzieję, wyobraża sobie, a czasami wręcz
oczekuje, że zostanie ocalona.
W niewysłowiony sposób prosi drugą osobę, żeby uleczyła ją z bolesnej
lub dysfunkcyjnej przeszłości - z nadmiaru lub niedoboru doświadczeń,
który okazał się dla niej destrukcyjny.
W naszym społeczeństwie częstym zjawiskiem jest pewien rodzaj wypaczenia
relacji, który w powszechnej opinii w jakimś stopniu uważany jest za coś
oczywistego. Słowa "nie mogę bez ciebie żyć" nie są tylko sloganem
powtarzanym w piosenkach i romansach, lecz ideą zakorzenioną głęboko w społecznym wyobrażeniu, poczuciem, które zdaje się przynależeć do
systemu wspólnych, powszechnie podzielanych przekonań. Cierpienie z powodu miłości nie jest jednak tak dysfunkcyjne, jak nieumiejętność
uwolnienia się od drugiej osoby, niemożność powrócenia do siebie samego
i tkwienie w pułapce bólu wywoływanego odrzuceniem lub zakończeniem
relacji. Nawet jeśli druga osoba nie odwzajemnia lub nie daje nam tego,
co sami jej oferujemy, nie przestajemy się jej kurczowo trzymać,
poświęcać się jej, uwieszać na niej i błagać o uwagę.
W płynnym, zmieniającym się, żyjącym szybko i przepełnionym skrajnymi
bodźcami społeczeństwie jednostka zdaje się tracić oparcie oraz punkty
odniesienia. Przestrzeń zarezerwowana na spotkanie z drugim człowiekiem
bywa skażona obsesyjną potrzebą odzwierciedlenia samego siebie, służącą
jedynie potwierdzeniu własnej wartości ("powiedz mi, że jestem coś
wart"), albo przeciwnie - nieufnością i lękiem.
Dlaczego tak się dzieje?
Aby odnaleźć przyczyny, należy, moim zdaniem, zbadać relacje w rodzinie
pochodzenia. Współczesne dążenie rodziców do tego, aby poszczególne
etapy rozwoju ich potomstwa przebiegały bezproblemowo i były pozbawione
bólu, sprawia, że dzieci z trudem oddzielają się od opiekunów. Staje się
to przeszkodą w procesie indywidualizacji, a zarazem sprzyja utrwalaniu
modelu rodziny wielopokoleniowej, w której pod jednym dachem
współistnieje kilka generacji. Młodzi kurczowo trzymają się takiej
wspólnoty, traktując ją jako warunek przetrwania. Ponadto w ostatnich
latach rodzina, równolegle do rozwoju społeczeństwa, doznała tak
głębokich transformacji, że powinniśmy już raczej mówić o formach
rodziny. Jako że dynamika relacji rodzinnych jest ważna z punktu
widzenia problemu uzależnienia emocjonalnego, wydaje mi się, że warto
poczynić kilka spostrzeżeń na ten temat.
Władczy ojciec, niegdyś dyktujący zasady, został zastąpiony przez dwie
figury, które naprzemiennie zajmują się opieką nad dziećmi. Rodzice w pewnych aspektach przyjęli równe role w wychowaniu i edukowaniu swoich
dzieci.
Do tego momentu wszystko gra.
Surowy i autorytarny ojciec z lat 20. XIX wieku przekształcił się
najpierw w ojca czułego, jak opisuje go psychiatra Gustavo Pietropolli
Charmet, a następnie przyjął postać "zanikającą" - według definicji
psychoanalityka Massima Recalcatiego.
W istocie, ojciec pierwotnie stanął u boku swojej partnerki, jednak
potem jakby się rozproszył, przez co jego rola uległa osłabieniu. Jak
będziemy mieli jeszcze okazję zauważyć, wynikiem tej transformacji jest
chwilami zagubiona i chwiejna figura ojca, pozbawiona dawnej władzy i autorytarności. Zajęła nowe miejsce w rodzinie, której granice same
stały się rozmyte i niepewne. Tak jak ojciec, z czasem również
normatywna rodzina przekształciła się w rodzinę czułą, zmieniając swój
układ z pionowego na poziomy. Podczas tych przemian niektóre rzeczy
nieco się skomplikowały.
Trzeba pamiętać, że okazywanie uczuć nie oznacza zmniejszenia
ograniczeń. Wręcz przeciwnie. Tym, co pomaga nam się rozwijać, jest
właśnie rozróżnienie ról, w których następnie będziemy się
odzwierciedlać. I mówimy o rolach, a nie o płciach. To właśnie
przeciwieństwa uczą nas, jak odnajdywać się w świecie.
Freud twierdził, że najpilniejszą potrzebą dzieciństwa jest posiadanie
jednej rodzicielskiej figury odniesienia. Tymczasem, jak wykazały
badania przeprowadzone na gruncie psychologii społecznej, minimalną
jednostką interakcji nie jest diada matka-dziecko, lecz relacja oparta
na triadzie złożonej z dwojga rodziców i dziecka.
Rodzimy się z dwojga ludzi, niezależnie od tego, czy jedno z nich, czy
oboje pozostaną przy nas. Bardzo często zadaję klientom pytanie:
"Bardziej odczuwała pani "głód" ojca czy matki?". Nierzadko odpowiedź
brzmi następująco: "Obojga, z różnych powodów". Czasami zdarza się, że
jedno z rodziców oddali się w wymiarze materialnym lub emocjonalnym albo
że zabraknie ich obojga - na poziomie fizycznym i uczuciowym.
Innym razem zarysowuje się jednak tło naznaczone przez nadmiar: za dużo
czułości, która staje się dusząca, za dużo uwagi, za dużo niepokoju.
Nadmiar zaś prowadzi do powstawania takich samych nieprawidłowości jak
brak.
Jakkolwiek by było - bez względu na to, czy ktoś się nami rzeczywiście
opiekował - przez całe życie w naszej psychice będzie toczył się dialog
pomiędzy trzema osobami: nami oraz naszymi rodzicami - tymi, których
mieliśmy, których nam brakowało lub wciąż brakuje.
W tej trzyosobowej grze można w jednym czasie doświadczyć bycia z drugą
osobą i jej braku. Dlatego płeć uczestników nie ma tu znaczenia.
"Trójka" to forma, z którą się mierzymy, gdy dorastamy, a w tle
rozbrzmiewają głosy tych, którzy żyli przed nami i jeszcze wcześniej.
Rodzina, również ta już niewidoczna i odległa w czasie, towarzyszy nam
niczym pradawny, mniej lub bardziej bujny las, pełen drzew i opowieści
tworzących naszą genealogię.
Uczymy się tworzenia relacji z drugą osobą na podstawie relacji z najbliższymi: z rodzicami, a następnie z innymi osobami, które pomagają
nam w dorastaniu. Według ekologicznego modelu rozwoju ewolucja obejmuje
koncentryczne kręgi różnych środowisk, do których należymy - od
najmniejszego, jakim jest rodzina, po te coraz większe, jak nasza
dzielnica, szkoła, społeczeństwo. To w nich nawiązujemy różne typy
relacji. W poszczególnych środowiskach jednostka może porzucać
rusztowanie (scaffolding) relacji oferowanych przez jej pierwotne
środowisko, aby zdobywać szersze doświadczenia i kształtować własną
tożsamość. W tle stale obecna jest jednak wspierająca rola rodziny,
która została zinternalizowana i oddziałuje na jednostkę w sposób
symboliczny. To właśnie w kluczowych momentach rozwoju - jak jeszcze
pokażę - przyswajamy wzorce relacyjne, które w dorosłości pozwolą nam
wchodzić w emocjonalnie satysfakcjonujące związki.
Odpowiedź na pytanie, gdzie uczymy się miłości, przychodzi zatem sama:
od tych, których miłość lub jej brak obserwujemy, gdy się rozwijamy.
Rodziny stanowią coś na kształt sceny, na której z pokolenia na
pokolenie są tworzone i przekazywane całe uniwersa sensów, a także bagaż
schematów, wartości, kodów i znaczeń. Proces ten zdaje się przebiegać
poprzez mikrooscylacje, czyli drobne przesunięcia uchwytne w codziennych
rozmowach - na przykład przy stole, gdzie wymienia się poglądy i buduje
wspólną kulturę. Odbywa się to nie tylko w gęstej i subtelnej sieci
relacji, które są nieustannie negocjowane, lecz przede wszystkim dzięki
opowiadanym i wysłuchiwanym historiom - to one stają się kanwą wzorców
oraz punktów odniesienia. Wspólny posiłek jest okazją do przekazywania
przykładów, kształtowania nowych przekonań i przyswajania zachowań. To
wtedy zapełnia się niewidzialny album obrazków tego, co wolno, a czego
nie wolno robić. Nierzadko przemycane są też bezwzględne prawdy i punkty
widzenia, w które - co omówię potem - ostatecznie będziemy ślepo i bezkrytycznie wierzyć.
Kiedy dorastamy, jesteśmy więc fizjologicznie zanurzeni w stanie
całkowitej zależności od opiekunów, którzy przekazują nam również
"instrukcję" przeżycia. Jeśli mamy szczęście, wchodzimy w wiek dorosły
obdarzeni wsparciem, dzięki czemu będziemy działać w sposób niezależny i autonomiczny. Faktyczna i emocjonalna zależność jest zatem niezbędna i zupełnie naturalna, dopóki nie poczujemy, że damy sobie radę sami,
ponieważ zinternalizowaliśmy trwałą i chroniącą więź, która umożliwi nam
funkcjonowanie w świecie. Nie oznacza to, że nie będziemy już
potrzebować innych; jesteśmy istotami społecznymi i przeglądamy się w sobie nawzajem jak w lustrze. Według wielu teoretyków psychologii
rozwojowej pozostajemy zależni od innych przez całe życie. Należy jednak
odróżnić zależność dziecięcą od tej dorosłej, określanej mianem
współzależności.
Jeśli wszystko przebiega (dość) dobrze, z zależnych maluchów
przekształcamy się w autonomicznych dorosłych.
A co, jeśli na tej drodze pojawią się zakręty?
Dysfunkcyjność emocjonalna i relacyjna przejawia się przykładowo w niektórych cechach charakteru, które mogą ulec zaostrzeniu, aby chronić
jednostkę przed deficytami środowiskowymi lub sytuacjami dyskomfortu. Z czasem takie mechanizmy mogą przybrać postać rzeczywistych zaburzeń.
Wilhelm Reich, jeden z pierwszych uczniów Freuda, twierdził, że
charakter każdej osoby tworzy się jako reakcja obronna na bodziec
zewnętrzny, często przeżywany jako trauma. W odniesieniu do
kształtowania się charakteru Reich analizuje również powstanie rany
narcystycznej, tak często przytaczanej w dzisiejszych czasach: kiedy
rodzice ośmieszają dziecko, obniżają jego wartość, poniżają je, rodzi
się w nim głębokie poczucie wstydu i upokorzenia. Podobnie dziecko
nadmiernie hołubione i rozpieszczane będzie dorastało bez doświadczenia
frustracji, trwając w złudnym przeświadczeniu, że jest wyjątkowe i nieśmiertelne. Przy pierwszej porażce lub zdarzeniu postrzeganym jako
takie nie zdoła jej udźwignąć i będzie przeżywać zaistniałą sytuację
jako niemożliwe do zniesienia upokorzenie. Możemy zatem uznać, że rana
narcystyczna rodzi się z braku serdecznego, uczciwego i pełnego miłości
spojrzenia.
Kiedy do procesu rozwoju wkradają się tego rodzaju zaburzenia,
kształtują się schematy, które następnie zostaną przeniesione jako
dysfunkcyjny bagaż do przyszłych relacji.
We współczesnej formie rodziny wielopokoleniowej, o której wspomniałam,
uczuciowość odgrywa centralną rolę w wychowywaniu dzieci, lecz nadmiar
miłości doprowadził do powstania pewnych dysfunkcji. Jak mówi ludowe
porzekadło: co za dużo, to niezdrowo; powstaje zatem coś, co przynosi
efekt przeciwny do zamierzonego. Z mojego puntu widzenia nadmiar jest
tożsamy z brakiem - zalewanie dziecka uczuciami i przedmiotami, robienie
z niego społecznego emblematu, katalizatora całej uwagi, symbolu
kompensacji i naprawy odebrało rodzicielstwu jego najbardziej naturalny
wymiar, wywołując paradoks wewnątrz rodziny. Z jednej strony obserwujemy
rodziców wciąż zaabsorbowanych własnymi nierozwikłanymi zmartwieniami i zmagających się z procesem uniezależniania od rodziny pochodzenia, z drugiej zaś - gotowych przekształcić się w rodziców-helikoptery, aby
ocalić i uchronić swoje dzieci przed ewentualnym bólem, którego sami nie
przepracowali.
Czyli wszystkiemu winni są rodzice? Ależ nie.
Rodzice, ale także ich przodkowie, dają to, co sami otrzymali i zdołali
pojąć. Nie można dać czegoś, czego się nie ma. Kiedy to zrozumiemy i będziemy gotowi dorosnąć, poradzimy sobie sami.
Jeśli proces rozwoju nie zostanie domknięty, rodzi się niepewność. Jak
wyjaśnimy dokładniej w dalszej części książki, może to doprowadzić albo
do zamknięcia się w unikającej i nieufnej postawie, albo do pozostania w stanie zależności i niespełnionych potrzeb. W obu sytuacjach jednostka
czuje, że nie posiada godnej i wyraźnie określonej tożsamości, że jest
nieważna, nieodpowiednia, niepotrzebna czy zbędna. Pozostaje w niej
jednak ukryty strach: że jej egzystencja może być jałowa, próżna,
bezcelowa. Dlatego w takich przypadkach przyszłość, zamiast być
postrzegana jako pełne oczekiwań i obietnic "jeszcze nie", widziana jest
jako czas, który zostanie przeżyty w nudzie, obojętności, dyskomforcie i niepewności. Chyba że ktoś przyjdzie nas z tego wyciągnąć, ocalić. To
pomysł, który może się jawić jako rozwiązanie, lecz który nie działa,
ponieważ droga ta prowadzi prosto do uzależnienia, nie zaś emocjonalnej
autonomii. Każdy rodzic odnosi się do dziecka, obdarzając je całym
bogactwem znaczeń, które wykraczają daleko poza sam fakt reprodukcji
genów. W początkowym okresie, gdy dziecko pozostaje w całkowitej
zależności od matki i ojca, może ono wzmacniać w nich iluzję posiadania
wiernej kopii siebie samych albo możliwości "odrodzenia się" w nim. Na
poziomie nieświadomości zakładają więc, że dziecko zdoła spełnić te
oczekiwania, a ono z kolei dostosowuje się do nich, aby poradzić sobie z lękiem przed porzuceniem.
Proces rozwoju dziecka, przynajmniej w zamierzeniu, kończy się
oddzieleniem od zinternalizowanych figur rodzicielskich, co umożliwia mu
stopniowe, a w końcu pełne osiągnięcie własnej indywidualności.
Aby doszło do emancypacji, zakłada się, że najpierw musi istnieć jakaś
więź, czyli to, co naukowcy zajmujący się rozwojem określają mianem
przywiązania do figur opiekunów. Przywiązanie może być trwałe i bezpieczne, ale równie dobrze może okazać się chwiejne, niepewne oraz
ambiwalentne. W pierwszym przypadku pojawia się rozgrzewające poczucie
posiadania bezpiecznego portu, do którego zawsze będziemy mogli wrócić i który będziemy nosić w sobie również jako dorośli. W drugim będzie nam
się wydawało, że wtedy, gdy potrzebujemy wsparcia, spadamy w próżnię.
Nigdy nie będziemy mieli pewności, że ktoś nas przyjmie. Towarzyszyć nam
będzie uczucie zagubienia czy uwięzienia w nieustannym wahaniu między
dążeniem do niezależności a lękiem przed nią. Taka dynamika nie opuści
nas również w dorosłym życiu, ponieważ nie będziemy w stanie postrzegać
siebie jako autonomicznej jednostki. Za to z dużym prawdopodobieństwem
popchnie nas to do nawiązywania relacji zależnych i kompensacyjnych, do
uczepiania się drugiej osoby niczym kotwicy.
Powróćmy teraz do świata uczuć osoby uzależnionej emocjonalnie.
Zakochanie to dla wszystkich wyjątkowe doświadczenie, które ogarnia całe
ciało.
Spotkanie z drugą osobą sprawia, że wszystko wydaje się pełne romantyzmu
i znaczeń; pojawia się w nas uczucie gratyfikacji, upojenia. Ukochana
osoba czyni nasze życie oraz nas samych wspaniałymi. Jeśli jednak ze
stanu błogości przechodzimy do obsesji, miłość staje się chorobliwa.
Kiedy druga osoba może zostać uznana za szkodliwą niczym trucizna?
Istnieją na przykład związki, w których miłość przeżywana jest jak
uczucie rodzicielskie - zbawienne i opiekuńcze. Jedno z dwojga bierze
wtedy na siebie ciężar istnienia drugiej osoby, pozbawionej
odpowiedzialności, celowo chronionej i otaczanej opieką, jak w symbiotycznej relacji między matką a dzieckiem: "Zaopiekuj się mną,
nawet gdy nie będę chciał". O ile obietnica bezwzględnego oddania i opieki może schlebiać partnerowi, o tyle relacja miłosna nie powinna być
związkiem zastępczym dla więzi z rodzicem.
Dlatego też w tym przypadku błędem Erosa jest oczekiwanie od ukochanej
osoby zadośćuczynienia za to, czego w naszym mniemaniu nie otrzymaliśmy
od rodziców.
Nie jest to jednak jedyny błąd, jaki można popełnić. W zdrowej relacji
miłosnej ludzie się spotykają, tworzą mniej lub bardziej intensywny i szczęśliwy związek, są razem, a ich relacja jest odżywcza, zaspokaja i zadowala pragnienie współdzielenia, bliskości fizycznej i uczuciowości
obojga partnerów. W przeciwnym razie - jeśli coś idzie nie tak -
rozstają się.
W teorii fabuła historii miłosnych powinna przebiegać według tego
scenariusza. W rzeczywistości jednak istnieje wiele par, które nie są w stanie być razem, a jednocześnie nie potrafią się rozstać. Relacja staje
się konfliktowa, bolesna, zmienia się w męczarnię, która warunkuje i zaburza dobrostan psychofizyczny partnerów. Uruchamiają się mniej lub
bardziej sztywne schematy zachowań: A ucieka, B goni, błaga, prosi, nie
zgadza się na porzucenie.
Wypełnia się zatem scenariusz: ani z tobą, ani bez ciebie.
Często przy pogłębionej analizie okazuje się, że u źródła problemów w takich przypadkach leżą bardzo konkretne wyobrażenia na temat siebie lub
świata, których korzeni należy szukać w okresie rozwoju. Powodują one,
że osoba uzależniona emocjonalnie tworzy wokół siebie określoną
rzeczywistość niczym samospełniającą się przepowiednię.
Tutaj błąd Erosa polega na przenoszeniu własnych niezałatanych dziur do
relacji miłosnej.
Przypomnijmy: jeśli przykładowo wierzymy, że nie zasługujemy na miłość,
w każdym przypadku będziemy starali się ją sabotować, ślepo
podporządkowując się naszemu zniekształconemu przekonaniu. Jeśli nasza
wiara w siebie jest bliska zeru i uważamy się za pozbawionych
sprawczości, która umożliwiałaby nam wpływanie na świat i zbudowanie
zdrowego i satysfakcjonującego związku, wizja naszej egzystencji jest
katastroficzna, a my jesteśmy przekonani, że z pewnością skończymy sami.
W ten sposób będziemy wszystko sprawdzać, testować na wszelkie sposoby
nasze hipotezy, nieświadomie zmuszając drugą osobę do odsunięcia się od
nas, by potem za nią płakać, gonić ją, błagać.
W ten oto sposób urzeczywistnia się ta sama stara historia, nasze
pierwotne przekonanie. Dążymy do powtarzania tego, co jest nam już
znajome.
Rzecz w tym, że pewne schematy mogą doprowadzić do tragedii. Pragniemy
drugiej osoby do tego stopnia, że staje się ona naszym narkotykiem;
możemy zacząć ją prześladować, molestować, grozić jej, sprawiać, że jej
życie stanie się nie do wytrzymania, stalkować lub zachowywać się
agresywnie, ponieważ nie będziemy w stanie znieść frustracji wynikającej
z odmowy. W takich przypadkach niemożność zbliżenia się sprawia, że to,
co jest nieosiągalne, staje się celem do zdobycia; druga osoba jawi się
wtedy niczym bóstwo - coraz bardziej upragnione, niedostępne i odległe,
a przez to tęsknie pożądane, opłakiwane, niezbędne, wręcz niezastąpione.
Idealny przykład znajdziemy w sztuce teatralnej Anna Cappelli
Annibalego Rucella - to tragiczna interpretacja tego, czego na poziomie
symbolicznym w istocie pragnęłaby osoba uzależniona emocjonalnie:
wchłonąć drugą osobę, stopić się z nią i istnieć poprzez nią - by potem,
ku swojej rozpaczy, zrozumieć, że to nie wystarcza.
Przykro mi, Tonino, naprawdę mi przykro, uwierz mi. To jedyna rzecz,
jaką mogłam zrobić, tak naprawdę zrobić, naprawdę jedyna, jedyna!
Szukałam innych rozwiązań, ale wszystkie były... nie wiem, jak to
powiedzieć... prowizoryczne. Tymczasem, Tonino, potrzebne było rozwiązanie
naprawdę ostateczne. [...] (sieka pietruszkę, potrząsając głową i mówiąc
do siebie) [...] Uwierz mi, ponieważ to, co zrobiłam, Tonino, było
jedynie aktem miłości [...]. Tylko że ja teraz mam swój plan, ja i ty,
mój plan, cały mój: nigdy, przenigdy już mnie nie opuścisz, już nigdy
mnie nie zostawisz... Wiesz dlaczego, Tonino? Ponieważ teraz cię zjem!
Zjem cię całego! [...] Hmm, nie będę nawet się wypróżniać, żeby nie
stracić ani odrobiny ciebie... oczywiście, to będzie trudne, będzie
ciężkie, wręcz bolesne! [...] Tonino... od czego mam zacząć? Od mózgu?
[...] Ach, zaczniemy od serca? Od serca, mówisz? [...] Kto wie, gdzie
mieszkają uczucia! [...] Lecz dlaczego wszystko teraz wydaje mi się
pozbawione sensu? To coś tutaj, wszystko... Tonino, ty też już nie
wydajesz się sobą! No a ja? Tonino... Tonino, kochany mój... pomóż mi...
3. Uzależnienie emocjonalne
3
Uzależnienie emocjonalne
Każdy rodzaj uzależnienia jest zły, bez względu na to, czy narkotykiem
jest alkohol, morfina, czy idealizm.
Carl Gustav Jung
Alkohol! Przyczyna i rozwiązanie wszystkich życiowych problemów!
Homer Simpson
Uzależnienie emocjonalne, krótko mówiąc, to rodzaj przywiązania, które
generuje ogromne cierpienie u osoby przekonanej, że nie potrafi żyć bez
obecności drugiego człowieka.
Różni się od zaburzenia osobowości zależnej. Osoba o osobowości zależnej
wykazuje trudności w podejmowaniu decyzji, brakuje jej pewności i ma
problemy we wszystkich sferach życia.
Osoba uzależniona emocjonalnie nie wpisuje się w tę charakterystykę,
ponieważ zdaje się mieć problem "tylko" w sferze uczuć. Może doskonale
funkcjonować w pracy i z powodzeniem wykonywać swój zawód, a jednocześnie w związku cofnąć się do bardzo wczesnego etapu rozwoju.
Osoby zwracające się do mnie po pomoc - o wiele więcej kobiet niż
mężczyzn - mają satysfakcjonującą karierę, latają samolotami i z łatwością podejmują decyzje. Mimo to wszystkich łączy jedna rzecz:
brakuje im jakiegoś elementu w sferze emocji, co czyni ich chwiejnymi w relacjach z drugą osobą.
Wbrew temu, co niektórzy mogliby sądzić, uzależnienie nie jest
wywoływane przez jakąś osobę, ponieważ jego zalążek obecny jest w chorym
już od dzieciństwa. Jak wspomnieliśmy w poprzednim rozdziale, jeśli w dorosłości jesteśmy uzależnieni, oznacza to, że jakaś część nas
zatrzymała się na dziecięcym sposobie funkcjonowania. Zobaczmy, jak to
wygląda na poszczególnych etapach rozwoju.
Według teorii psychodynamicznej, rozwijając się, przechodzimy przez
różne etapy, aż do osiągnięcia dorosłości. Pierwszy etap, istotny z punktu widzenia naszych rozważań, określany jest przez Freuda jako faza
oralna. Cały świat dziecka obraca się wtedy wokół buzi, jego jedynego
łącznika ze światem zewnętrznym. Nie zagłębiając się zbytnio w niepotrzebną analizę, wystarczy przypomnieć, że to, jak pierwsze,
najwcześniejsze potrzeby dziecka będą zaspokajane przez jego opiekuna,
wpłynie na wszystkie jego przyszłe relacje. Freud uważał, że sposób, w jaki matka kocha swoje dziecko, będzie taki sam lub bardzo podobny do
tego, w jaki dziecko jako dorosły będzie kochało napotkane przez siebie
osoby. To stwierdzenie brzmi trochę jak wyrok, jednak jeśli się nad nim
zastanowić, jest raczej logiczne. Gdy dziecko czegoś potrzebuje - czy to
pożywienia, czy ukołysania - domaga się tego od świata, płacząc na całe
gardło, jakby błagając. Jeśli pojawi się pożywienie lub odpowiedź
niosąca ukojenie, poczuje się najedzone i zaspokojone. I znowu za
pośrednictwem buzi - poprzez uśmiech - okaże światu swoje zadowolenie.
Co się natomiast wydarzy, jeśli reakcja, rozumiana jako zaopiekowanie
się jakąś potrzebą, nie nadejdzie? Jeśli matka karmiąca dziecko jest
zmartwiona lub zaabsorbowana jakimiś myślami albo jeśli wraz z mlekiem
dziecko otrzyma niepokój czy roztargnione spojrzenia - co pomyśli na
swój temat? Być może coś w stylu: "Nie mogę o nic prosić ani niczego
pragnąć".
Ten, kto widział żywiące się małe dziecko, zauważył ten magiczny trójkąt
składający się z piersi (lub butelki, w takim przypadku dynamika
psychiczna nie ulega zmianie), oczu dziecka i oczu matki (lub karmiącej
je osoby), które prowadzą ze sobą niemy dialog. To rozmowa, prośba i odpowiedź w postaci uwagi, wysłuchania, interakcji i wzajemnego
zaspokojenia potrzeb. Czasami matka (lub osoba pełniąca jej funkcję)
spogląda gdzieś w dal, jej oczy przepełnione są łzami lub bólem. Nie
może więc odpowiedzieć dziecku w wystarczający i konieczny sposób. To
właśnie w tych momentach dziecko zaczyna uczyć się tego, jak reaguje na
nie świat i co ma myśleć o sobie samym.
Uwaga: nie chodzi tu o przypisywanie "winy" osobie sprawującej opiekę.
Życie niektórych ludzi jest pełne problemów. Być może otoczenie jest
zbyt przesiąknięte konfliktami, by zestroić się z potrzebami dziecka,
które nie przestaje być głodne i domaga się czegoś, co mu się słusznie
należy - troski i opieki. Z drugiej strony dziecko rodzi się z pewnym
temperamentem, który bez wątpienia wpływa na to, jak odbiera je
otoczenie. Badania w tym zakresie wskazują bowiem, że sposób, w jaki
dziecko się zachowuje, jest decydujący dla formy reakcji, którą otrzyma
w odpowiedzi. Dzieci "bezproblemowe" prawdopodobnie będą otaczane opieką
z uśmiechem i spokojem, natomiast te bardziej żywiołowe i nerwowe,
skłonne do płaczu, nieśpiące lub niespokojne, mogą wywołać zmęczony,
surowy wyraz twarzy lub oschłe czy wręcz pełne rozdrażnienia reakcje.
To, co Freud opisałby jako fiksację na fazie oralnej, przypadającej
mniej więcej na drugi rok życia, w istocie oznacza zatrzymanie rozwoju -
moment, w którym dziecko zaczyna dostrzegać, że jest istotą odrębną od
swoich opiekunów. To ważna chwila: jeżeli matka z własnych powodów nie
akceptuje ambiwalencji dziecka rozdartego pomiędzy potrzebą opieki a pragnieniem autonomii, a dziecko nie otrzyma tego, czego pragnie, może
ono poczuć, że nie dostaje właściwych odpowiedzi i w związku z tym nie
ma prawa do pragnień. Pozostanie bezradne wobec tego dylematu, a gdy
dorośnie, prawdopodobnie z jednej strony nauczy się negować swoje
potrzeby, z drugiej zaś w jakiś sposób będzie wykrzykiwać światu swoją
rozpacz wywołaną tym, że nie zostało otoczone należytą opieką. Wreszcie
przyzwyczai się do braku spojrzeń oraz wynikającej z tego frustracji.
Przyzwyczai się do proszenia i nieotrzymywania tego, o co prosi.
W innych przypadkach, w odpowiedzi na potrzebę opieki, dziecko karmione
jest w sposób przesadny, niemalże przymuszane, w ilościach i o porach
ustalonych przez opiekuna. Ale i tutaj nie ma miejsca na pragnienia:
dziecko przekarmione nie ma nawet czasu, żeby zapragnąć czegoś od świata
- zostaje mu to dane, zanim usłyszy swój własny głos. Paradoksalnie ta
nadmierna gratyfikacja je osłabia. Odmawia mu się prawa do pragnienia,
dokładnie tak samo, jak dzieje się to w przypadku dziecka, które
karmione jest w sposób niewystarczający.
Uważam te hipotezy za fascynujące i gdy przyglądam się wczesnemu
dzieciństwu osób, które opowiadają mi swoje historie, potrafię
zasadniczo wyróżnić dwa typy jednostek. W dorosłych relacjach
przejawiają one postawy odpowiadające archetypom znanym z baśni, które
będziemy mieli jeszcze okazję omówić bardziej szczegółowo: dziewczynce z zapałkami i księżniczce na ziarnku grochu. W pierwszym przypadku chodzi
o dziewczynki, które dorastały bez czułych spojrzeń, w drugim - o te,
które doświadczyły nadmiernej gratyfikacji. Jest jednak jeszcze trzeci
typ, który określiłabym mianem siostry miłosierdzia - uosabiający rolę
wybawicielki, gotowej do poświęceń i całkowicie oddającej się drugiej
osobie. Wybawicielka musiała dorosnąć w mgnieniu oka, nie było miejsca
na jej potrzeby, ponieważ musiała zająć się emocjonalnie potrzebami
jednego lub obojga rodziców.
Jako że większość moich pacjentów to kobiety, opowiadałam o tych typach
w rodzaju żeńskim. W dalszej części książki powrócimy jednak do tych
kwestii i poznamy ich męskie odpowiedniki - warto bowiem pamiętać, że
podobne zachowania możemy spotkać zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn.