Kiedy Nietzsche szlochał. Powieść psychoterapeutyczna - Irvin D. Yalom

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Kurant z kościoła San Salva­tore wyrwał Josefa Breu­era z zamy­śle­nia. Z kie­szonki w kami­zelce dok­tor wyjął ciężki, złoty zega­rek. Punk­tu­al­nie dzie­wiąta. Jesz­cze raz prze­biegł wzro­kiem nie­wielki kar­to­nik ze srebr­nym obrze­żem. Otrzy­mał go wczo­raj.

21 paź­dzier­nika 1882 roku

Dok­to­rze Breuer,

muszę się z Panem spo­tkać w nie­zwy­kle pil­nej spra­wie. Stawką jest przy­szłość nie­miec­kiej filo­zo­fii. Jutro o godzi­nie dzie­wią­tej w Café Sor­rento.

Lou Salomé

Co za imper­ty­nencki liścik! Od lat nikt nie zwró­cił się do niego aż tak obce­sowo. Nie znał żad­nej Lou Salomé. Na koper­cie bra­ko­wało adresu, nie mógł więc odpo­wie­dzieć tej oso­bie, że godzina dzie­wiąta nie wcho­dzi w grę, że dok­tor Breuer jest na waka­cjach, że frau Breuer nie będzie zado­wo­lona, jedząc śnia­da­nie sama, i że ta "nie­zwy­kle pilna sprawa" w ogóle go nie obcho­dzi - wręcz prze­ciw­nie, dok­tor Breuer przy­je­chał do Wene­cji po to, żeby uciec od wszel­kich pil­nych spraw.

A mimo to sie­dział o dzie­wią­tej rano w Café Sor­rento, przy­glą­da­jąc się twa­rzom wokół i zasta­na­wia­jąc się, która z nich należy do bez­czel­nej Lou Salomé.

- Życzy pan sobie jesz­cze jedną kawę?

Breuer ski­nął pota­ku­jąco głową kel­ne­rowi. Był to wła­ści­wie chło­pak, miał trzy­na­ście albo czter­na­ście lat i ciemne, gładko zacze­sane do tyłu włosy. Dok­tor spoj­rzał ponow­nie na zega­rek. Jak długo był pogrą­żony w marze­niach? Kolejne zmar­no­wane dzie­sięć minut życia. I to na co? Jak zwy­kle marzył o Ber­cie, pięk­nej Ber­cie, która przez ostat­nie dwa lata była jego pacjentką. Przy­po­mniał sobie jej pro­wo­ku­jący głos: "Dla­czego pan się mnie tak boi, dok­to­rze?". I jej słowa, kiedy powie­dział, że już nie będzie jej leka­rzem: "Pocze­kam. Już zawsze będzie pan jedy­nym męż­czy­zną mojego życia".

"Na miłość boską, dość tego!" - przy­wo­łał się w duchu do porządku "Dość tych myśli! Otwórz oczy! Patrz! Wpuść do sie­bie świat!"

Pod­niósł fili­żankę i wcią­gnął w noz­drza zapach moc­nej kawy wraz z powie­wem chłod­nego, paź­dzier­ni­ko­wego wenec­kiego powie­trza. Odwró­cił głowę, żeby się rozej­rzeć. Przy innych sto­li­kach Café Sor­rento goście jedli śnia­da­nie - pra­wie sami tury­ści i w więk­szo­ści dość sta­rzy. Nie­któ­rzy trzy­mali w jed­nej dłoni fili­żankę z kawą, a w dru­giej gazetę. A dalej, za sto­li­kami, uno­siły się chmury sta­lo­wo­nie­bie­skich gołębi. Spo­kój wód Canal Grande, z lśnią­cymi odbi­ciami wzno­szą­cych się na obu brze­gach pała­ców, zakłó­cały jedy­nie fale pozo­sta­wiane przez prze­pły­wa­jącą samotną gon­dolę. Inne gon­dole wciąż jesz­cze spały, zacu­mo­wane do krzywo wysta­ją­cych z wody tyczek, wyglą­da­ją­cych jak włócz­nie rzu­cone bez celu przez rękę olbrzyma.

- Jasne, roz­glą­daj się, roz­glą­daj, głup­cze - mruk­nął do sie­bie Bauer. - Ludzie z całego świata przy­jeż­dżają, żeby zoba­czyć Wene­cję, bo nie chcą umie­rać, dopóki nie zostaną pobło­go­sła­wieni pięk­nem tego mia­sta.

Ile życia stra­ci­łem, cią­gnął w myślach, nie patrząc na świat? Albo patrząc, ale nie widząc? Wczo­raj udał się na samotny spa­cer wokół wyspy Murano i gdy godzinna prze­chadzka dobie­gła końca, miał wra­że­nie, że nie zoba­czył niczego, niczego nie zapa­mię­tał. Żaden obraz nie prze­do­stał się z siat­kówki do kory mózgo­wej. Całą jego uwagę pochło­nęły myśli o Ber­cie: o jej znie­wa­la­ją­cym uśmie­chu, urze­ka­ją­cych oczach, o jej cie­płym, peł­nym ufno­ści ciele, o przy­spie­szo­nym odde­chu, gdy ją badał albo maso­wał. Te sceny miały wielką moc - swoje wła­sne życie. Wystar­czyło, że się zaga­pił, a od razu wle­wały się do jego umy­słu i przej­mo­wały wła­dzę nad wyobraź­nią. Zasta­na­wiał się cza­sem, czy tak już będzie zawsze. Czy los ska­zał go na wieczne przy­glą­da­nie się sce­nie, na któ­rej wspo­mnie­nia o Ber­cie wysta­wiały swoje kolejne spek­ta­kle?

Ktoś wstał od sąsied­niego sto­lika. Zgrzyt meta­lo­wego krze­sełka o chod­nik aż pode­rwał Beu­era; jesz­cze raz się rozej­rzał w poszu­ki­wa­niu Lou Salomé.

Tak, to ona! Kobieta weszła do kawiarni od strony Riva del Car­bon. Tylko ona mogła napi­sać taki liścik - piękna, szczu­pła, wysoka, w futrza­nej etoli, sta­now­czym kro­kiem prze­mie­rzała labi­rynt cia­sno pozaj­mo­wa­nych sto­li­ków. Gdy zna­la­zła się bli­żej, Beuer dostrzegł, że była młoda, nawet młod­sza od Ber­thy, może wręcz w wieku szkol­nym. Ale ten wład­czy wygląd - z czymś takim zaj­dzie daleko.

Lou Salomé bez waha­nia szła w jego kie­runku. Skąd wie­działa, że to wła­śnie on? Jego lewa dłoń szybko przy­gła­dziła rudawą brodę, na wypa­dek gdyby wciąż tkwiły na niej okru­chy bułki ze śnia­da­nia. Prawa - pocią­gnęła lekko połę czar­nego płasz­cza, żeby przy szyi nie two­rzył się garb. Gdy kobieta była o parę metrów od niego, zatrzy­mała się na chwilę i zuchwale spoj­rzała mu w oczy.

Nagle umysł Breu­era zaprze­stał swo­jej papla­niny. Patrze­nie nie wyma­gało już sku­pie­nia. Siat­kówka i kora mózgowa pod­jęły ide­alną współ­pracę, pozwa­la­jąc, by obraz Lou Salomé swo­bod­nie wlał się do jego umy­słu. Była kobietą nie­spo­ty­ka­nej urody: sta­now­cze czoło, mocno zary­so­wany pod­bró­dek, jasno­nie­bie­skie oczy, pełne, zmy­słowe wargi, blond włosy nie­dbale zebrane w wysoki kok odsła­nia­jący uszy i długą, smu­kłą szyję. Ze szcze­gólną przy­jem­no­ścią dok­tor zauwa­żył kosmyki wło­sów, któ­rym udało się uciec przed grze­bie­niem i teraz ster­czały swo­bod­nie w róż­nych kie­run­kach.

Po trzech kro­kach była już przy jego sto­liku.

- Nazy­wam się Lou Salomé. Pozwoli pan, dok­to­rze? - Wska­zała gestem na wolne krze­sełko. Usia­dła na nim tak szybko, że dok­tor Breuer nie zdą­żył się nawet odpo­wied­nio przy­wi­tać: wstać, ukło­nić, uca­ło­wać dłoń i pod­su­nąć krze­sło.

- Kel­ner! - Breuer strze­lił pal­cami. - Kawa dla pani. Może caff? latte? - Zer­k­nął na Fräulein Salomé. Ski­nęła głową i mimo chłodu zdjęła futrzaną etolę.

- Chęt­nie.

Breuer i jego gość sie­dzieli przez chwilę w mil­cze­niu. W końcu Lou Salomé ode­zwała się pierw­sza, patrząc mu pro­sto w oczy:

- Mój przy­ja­ciel jest w roz­pa­czy. Oba­wiam się, że już wkrótce może się zabić. Byłaby to dla mnie wielka strata i wielka oso­bi­sta tra­ge­dia, jako że jestem za to tro­chę odpo­wie­dzialna. Jed­nak umia­ła­bym sobie z tym pora­dzić. Ale - pochy­liła się w kie­runku dok­tora i zni­żyła głos - taka strata nie doty­czy­łaby tylko mnie. Śmierć tego czło­wieka mia­łaby donio­słe kon­se­kwen­cje także dla pana, dla euro­pej­skiej kul­tury, dla nas wszyst­kich. Pro­szę mi wie­rzyć.

Breuer już miał powie­dzieć: "Z pew­no­ścią pani prze­sa­dza, Fräulein", ale nie mógł wydu­sić z sie­bie słowa. Coś, co w przy­padku każ­dej innej kobiety wyglą­da­łoby na mło­dzień­czą egzal­ta­cję, u niej wyma­gało poważ­nego zain­te­re­so­wa­nia. Jej szcze­rość, jej głę­bo­kie prze­ko­na­nie były nie do odpar­cia.

- Kim jest ten pani przy­ja­ciel? Znam go?

- Jesz­cze nie! Ale wkrótce wszy­scy będą go znali. Nazywa się Frie­drich Nie­tz­sche. Może ten list od Richarda Wagnera do pro­fe­sora Nie­tz­schego powie panu coś wię­cej. - Wyjęła z torebki kopertę, roz­ło­żyła i podała Breu­erowi. - Powin­nam pana uprze­dzić, Nie­tz­sche nie wie, że tu jestem i że mam ten list.

Ostat­nie zda­nie Fräulein Salomé kazało Breu­erowi się zawa­hać. Powi­nien prze­czy­tać list? Prze­cież ten pro­fe­sor Nie­tz­sche nie ma poję­cia, że ona mi go poka­zuje, a nawet, że jest w jego posia­da­niu! Jak go zdo­była? Poży­czyła? Ukra­dła?

Breuer był dumny z wielu swo­ich cech. Był lojalny i wspa­nia­ło­myślny. Jego dia­gno­styczna inwen­cja stała się wręcz legen­darna: został oso­bi­stym leka­rzem naj­więk­szych wie­deń­skich naukow­ców, arty­stów i filo­zo­fów, mię­dzy innymi Brahmsa, Brückego i Bren­tana. Mając czter­dzie­ści lat, był już znany w całej Euro­pie, naj­więk­sze oso­bi­sto­ści prze­by­wały daleką drogę, żeby się u niego zba­dać. Ale naj­bar­dziej był dumny ze swo­jej uczci­wo­ści - ani razu nie postą­pił hanieb­nie. No, chyba że miałby ponieść odpo­wie­dzial­ność za swoje ero­tyczne myśli o Ber­cie, myśli, któ­rych boha­terką powinna być jego żona Mathilde.

Dla­tego zawa­hał się, czy powi­nien wziąć list, który poda­wała mu Lou Salomé. Ale tylko przez chwilę. Wystar­czyło spoj­rze­nie jej przej­rzy­stych nie­bie­skich oczu, by otwo­rzył kopertę. List nosił datę 10 stycz­nia 1882 roku i zaczy­nał się od słów: "Frie­dri­chu, mój przy­ja­cielu"; kilka para­gra­fów zostało zakre­ślo­nych:

Dał Pan światu dzieło, które nie ma sobie rów­nych. Pań­ska książka cechuje się dosko­nałą argu­men­ta­cją, co świad­czy o jej wiel­kiej ory­gi­nal­no­ści. Tylko tak mogło się urze­czy­wist­nić naj­go­ręt­sze pra­gnie­nie moje i mojej żony, by pew­nego dnia coś w pełni zawład­nęło naszym ser­cem i duszą! Oboje czy­ta­li­śmy pań­ską książkę dwu­krot­nie - raz w dzień, a potem na głos wie­czo­rem. Nie­omal wal­czy­li­śmy ze sobą o nasz jedyny egzem­plarz, żału­jąc, że ten drugi, obie­cany, jesz­cze nie przy­szedł.

Podobno jest Pan chory! Ogar­nęło Pana aż tak wiel­kie znie­chę­ce­nie? Jeśli tak, to gotów jestem zro­bić wszystko, by ukoić Pań­ską melan­cho­lię! Jaki krok mam uczy­nić? Na począ­tek będę Pana chwa­lił wszę­dzie i przed wszyst­kimi.

Pro­szę łaska­wie przy­jąć przy­naj­mniej to, w imię przy­jaźni, nawet jeśli to dla Pana za mało.

Z ser­decz­nymi pozdro­wie­niami,

Richard Wagner

Richard Wagner! Mimo całej swo­jej wie­deń­skiej ogłady, mimo bli­skich zna­jo­mo­ści z naj­więk­szymi oso­bi­sto­ściami Breuer był oszo­ło­miony. List, i to taki, napi­sany ręką mistrza! Szybko się jed­nak opa­no­wał.

- Bar­dzo inte­re­su­jące, droga Fräulein, ale pro­szę mi powie­dzieć dokład­nie, jak miał­bym pani pomóc.

Lou Salomé znów pochy­liła się do przodu i deli­kat­nie poło­żyła swoją dłoń w ręka­wiczce na dłoni Breu­era.

- Nie­tz­sche jest chory. I to bar­dzo. Potrze­buje pań­skiej pomocy.

- A cóż to za cho­roba? Jakie wystę­pują objawy? - Breuer, nieco wytrą­cony z rów­no­wagi doty­kiem jej dłoni, z ulgą wypły­nął na zna­jome wody.

- Bóle głowy. Przede wszyst­kim nie­zno­śne bóle głowy. Po któ­rych przy­cho­dzą ataki nud­no­ści. I nie­uchron­nie zbli­ża­jąca się śle­pota. Wzrok mu się stale pogar­sza. Do tego kło­poty z żołąd­kiem, cza­sem całymi dniami nie jest w sta­nie nic zjeść. Oraz bez­sen­ność, na którą nie poma­gają żadne leki, więc przyj­muje groźne dawki mor­finy. I jesz­cze zawroty głowy, cza­sem nawet na lądzie dopada go kil­ku­dniowa cho­roba mor­ska.

Taka długa lista obja­wów nie była dla Breu­era ani nowo­ścią, ani kuszącą per­spek­tywą, zazwy­czaj przyj­mo­wał nawet trzy­dzie­stu pacjen­tów dzien­nie i przy­je­chał do Wene­cji, żeby zna­leźć tro­chę wytchnie­nia. Jed­nak Lou Salomé była tak poru­szona, że musiał oka­zać jakieś zain­te­re­so­wa­nie.

- Oczy­wi­ście, droga pani, przyjmę pani przy­ja­ciela. To się rozu­mie samo przez się. W końcu jestem leka­rzem. Ale pozwoli pani, że teraz ja zadam pewne pyta­nie. Dla­czego pani i pani przy­ja­ciel nie zwró­ci­li­ście się do mnie nor­malną drogą? Dla­czego nie napi­sa­li­ście do mnie do Wied­nia, pro­sząc o umó­wie­nie wizyty? - Breuer rozej­rzał się, żeby popro­sić kel­nera o rachu­nek. Mathilde na pewno się ucie­szy z jego powrotu do hotelu.

Ale ta bez­czelna młoda kobieta nie dawała się tak łatwo znie­chę­cić.

- Dok­to­rze Breuer, jesz­cze kilka minut, pro­szę. Nie prze­sa­dzam, mówiąc, że stan Nie­tz­schego jest poważny. On jest na dnie roz­pa­czy.

- Nie wąt­pię. Ale zapy­tam jesz­cze raz, dla­czego Herr Nie­tz­sche nie przy­je­dzie do mnie do Wied­nia? Albo nie pój­dzie do leka­rza we Wło­szech? Gdzie on mieszka? Może mógł­bym skie­ro­wać go do jakie­goś spe­cja­li­sty bli­sko jego domu? I dla­czego aku­rat ja? I wła­ści­wie skąd pani wie­działa, że jestem w Wene­cji? Albo że jestem mece­na­sem opery i uwiel­biam Wagnera?

Lou Salomé zacho­wy­wała spo­kój, uśmie­chała się, gdy Breuer zasy­py­wał ją gra­dem pytań, a jej uśmiech sta­wał się z każ­dym pyta­niem coraz bar­dziej szel­mow­ski.

- Uśmie­cha się pani, jakby skry­wała jakąś tajem­nicę. Chyba jest pani młodą damą, która lubi różne sekrety.

- Całe mnó­stwo pytań, dok­to­rze Breuer. Nie­zwy­kłe, roz­ma­wiamy dopiero kilka minut, a już poru­szył pan tyle kło­po­tli­wych kwe­stii. Co zapo­wiada wiele roz­mów na przy­szłość. Opo­wiem panu coś wię­cej o naszym pacjen­cie.

O naszym pacjen­cie! Breu­era znów zadzi­wił jej tupet. Jed­nak Lou Salomé nie­zra­żona mówiła dalej:

- Nie­tz­sche wyczer­pał już wszyst­kie moż­li­wo­ści w Niem­czech, Szwaj­ca­rii i Wło­szech. Żaden lekarz nie umiał zro­zu­mieć jego dole­gli­wo­ści ani wyle­czyć symp­to­mów. Jak mi powie­dział, w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu czte­rech mie­sięcy odwie­dził dwu­dzie­stu czte­rech naj­lep­szych leka­rzy w Euro­pie. Porzu­cił dom, porzu­cił przy­ja­ciół, zre­zy­gno­wał z pro­fe­sor­skiej posady na uni­wer­sy­te­cie. Został noma­dem szu­ka­ją­cym zno­śniej­szego kli­matu i cho­ciażby jed­no­dnio­wej ulgi od bólu.

Kobieta umil­kła i pod­nio­sła do ust fili­żankę z kawą, nie spusz­cza­jąc wzroku z Breu­era.

- Droga pani, w swo­jej prak­tyce czę­sto widuję pacjen­tów z dziw­nymi obja­wami. Ale powiem szcze­rze: nie dys­po­nuję żad­nymi cudow­nymi środ­kami. Mamy tu wiele symp­to­mów, śle­potę, bóle i zawroty głowy, nie­żyt żołądka, osła­bie­nie i bez­sen­ność, na które reme­dium nie zna­la­zło wielu zna­ko­mi­tych leka­rzy, więc należy się liczyć z tym, że w ciągu mie­siąca zostanę dwu­dzie­stym pią­tym leka­rzem, który oka­zał się bez­radny.

Breuer wycią­gnął się na swoim krze­śle, wyjął cygaro i zapa­lił. Wypu­ścił przej­rzy­sty obło­czek nie­bie­skiego dymu, pocze­kał, aż się roz­pły­nie, po czym mówił dalej:

- Mimo to pod­trzy­muję pro­po­zy­cję prze­ba­da­nia pro­fe­sora Nie­tz­schego u sie­bie w gabi­ne­cie. Może się jed­nak oka­zać, że wyle­cze­nie tak nie­ustę­pli­wych przy­pa­dło­ści jest poza zasię­giem wie­dzy medycz­nej z tysiąc osiem­set osiem­dzie­sią­tego dru­giego roku. Być może pani przy­ja­ciel uro­dził się o jedno poko­le­nie za wcze­śnie.

- Uro­dził się za wcze­śnie! - Zaśmiała się. - Pro­ro­cze słowa, dok­to­rze Breuer. Wie­lo­krot­nie sły­sza­łam je z ust Nie­tz­schego. Teraz jestem już pewna, że jest pan odpo­wied­nim leka­rzem dla niego.

Breuer wolałby się już poże­gnać, zwłasz­cza że przed oczami miał powra­ca­jący obraz Mathilde, ubra­nej do wyj­ścia i nie­cier­pli­wie prze­mie­rza­ją­cej w tę i z powro­tem hote­lowy pokój, jed­nak po tych sło­wach natych­miast oka­zał zain­te­re­so­wa­nie:

- Co to zna­czy?

- On czę­sto nazywa sie­bie "pośmiert­nym filo­zo­fem", filo­zo­fem, na któ­rego przy­ję­cie świat nie jest jesz­cze gotowy. Książka, nad którą pra­cuje, zaczyna się od tego wła­śnie wątku: prze­peł­niony mądro­ścią pro­rok imie­niem Zara­tu­stra posta­na­wia oświe­cić ludz­kość. Ale nikt nie rozu­mie jego słów. Ludzie nie są jesz­cze na nie gotowi, więc pro­rok, widząc, że poja­wił się zbyt wcze­śnie, wraca do swo­jej samotni.

- Brzmi intry­gu­jąco. Sam pasjo­nuję się filo­zo­fią. Jed­nak mam dziś dość ogra­ni­czony czas, a wciąż nie usły­sza­łem odpo­wie­dzi na pyta­nie, dla­czego pani przy­ja­ciel nie może przy­je­chać do Wied­nia.

- Dok­to­rze Breuer. - Lou Salomé spoj­rzała mu pro­sto w oczy. - Pro­szę mi wyba­czyć, bo chyba wyra­żam się nie­pre­cy­zyj­nie. Może nie­po­trzeb­nie kom­pli­kuję pro­ste sprawy. Ni­gdy nie mogę się nasy­cić obec­no­ścią wiel­kich umy­słów, może dla­tego, że szu­kam przy­kła­dów dla wła­snego roz­woju, a może dla­tego, że lubię je kolek­cjo­no­wać. Ale wiem jedno: to wielki zaszczyt obco­wać z czło­wie­kiem o takiej głębi i takiej reno­mie jak pan.

Breuer poczuł, że się rumieni. Nie umiał wytrzy­mać jej spoj­rze­nia, więc odwró­cił wzrok, a ona mówiła dalej:

- Wła­ści­wie powin­nam chyba przy­znać, że mówię okręż­nie tylko po to, by spę­dzić z panem wię­cej czasu.

- Jesz­cze kawy, Fräulein? - Breuer ski­nął na kel­nera. - I popro­szę jesz­cze o te dziwne bułeczki śnia­da­niowe. Czy zasta­na­wiała się pani nad róż­ni­cami mię­dzy nie­miec­kim a wło­skim pie­kar­nic­twem? Mam swoją teo­rię na temat zgod­no­ści cha­rak­teru danego narodu z pie­czy­wem.

Dok­tor Breuer nie wró­cił pospiesz­nie do Mathilde. Zjadł leniwe śnia­da­nie w towa­rzy­stwie Lou Salomé, zasta­na­wia­jąc się nad para­dok­sem tej sytu­acji. Przy­je­chał do Wene­cji, żeby napra­wić szkody wyrzą­dzone przez jedną piękną kobietę, a teraz sie­dział t?te-a-t?te z inną, do tego jesz­cze pięk­niej­szą! Zauwa­żył też, że pierw­szy raz od wielu mie­sięcy był wolny od obse­syj­nych myśli o Ber­cie.

Prze­mknęło mu przez głowę, że być może jest dla niego jakaś nadzieja. Może posłuży się tą nową zna­jomą, żeby usu­nąć Ber­thę ze sceny swo­jego umy­słu. A może udało mu się odkryć psy­cho­lo­giczny ekwi­wa­lent far­ma­ko­lo­gicz­nej tera­pii sub­sty­tu­cyj­nej? Skoro łagod­nym środ­kiem, takim jak wale­riana, można zastą­pić znacz­nie groź­niej­szą mor­finę, to może Lou Salomé zastąpi Ber­thę? Cóż za przy­jemna poprawa stanu zdro­wia! Poza tym ta kobieta jest dużo bar­dziej obyta w świe­cie, bar­dziej świa­doma sie­bie. Nato­miast Ber­tha jest - jak by to powie­dzieć? - jest w fazie pre­sek­su­al­nej, nie stała się w pełni kobietą, jest jak dziecko wier­cące się w kobie­cym ciele.

Jed­nak Breuer zda­wał sobie sprawę, że w Ber­cie pocią­gała go wła­śnie ta pre­sek­su­alna nie­win­ność. One obie go pod­nie­cały: na myśl o nich poczuł w lędź­wiach gorące wibra­cje. I obie go prze­ra­żały, każda sta­no­wiła zagro­że­nie na swój wła­sny spo­sób. W Lou Salomé prze­ra­żała go jej moc - to, co byłaby w sta­nie z nim zro­bić. A w Ber­cie prze­ra­żała go jej ule­głość - to, co on mógłby zro­bić z nią. Aż zadrżał, przy­po­mi­na­jąc sobie, ile ryzy­ko­wał z Ber­thą, jak daleko się posu­nął, omal nie naru­szył naj­bar­dziej pod­sta­wo­wej zasady lekar­skiej etyki, co by znisz­czyło jego, jego rodzinę, całe jego życie.

Tym­cza­sem tak go pochło­nęła roz­mowa, tak był ocza­ro­wany swoją towa­rzyszką, że w końcu to nie on, lecz ona wró­ciła do cho­roby swo­jego przy­ja­ciela, a kon­kret­nie do słów Breu­era o cudach w medy­cy­nie.

- Mam dwa­dzie­ścia jeden lat, dok­to­rze Breuer, i dawno prze­sta­łam wie­rzyć w cuda. Zdaję sobie sprawę, że bez­rad­ność dwu­dzie­stu czte­rech zna­ko­mi­tych leka­rzy może ozna­czać jedno: osią­gnę­li­śmy gra­nice współ­cze­snej wie­dzy medycz­nej. Ale pro­szę mnie dobrze zro­zu­mieć! Nie łudzę się, że pan wyle­czy Nie­tz­schego z jego cho­rób fizycz­nych. I nie dla­tego zwró­ci­łam się do pana o pomoc.

Breuer odsta­wił fili­żankę z kawą i otarł wąsy oraz brodę ser­wetką.

- Pro­szę mi wyba­czyć, Fräulein, ale nie bar­dzo rozu­miem. Prze­cież już na początku roz­mowy powie­działa pani, że jej przy­ja­ciel jest bar­dzo chory, nie­praw­daż?

- Nie, dok­to­rze Breuer, powie­dzia­łam, że mój przy­ja­ciel jest pogrą­żony w roz­pa­czy i że może ode­brać sobie życie. Pro­szę, żeby pan zajął się jego roz­pa­czą, a nie jego cia­łem.

- Ale skoro pani przy­ja­ciel wpadł w roz­pacz z powodu swo­jego stanu zdro­wia, a ja nie mam na to żad­nej medycz­nej tera­pii, to co nam pozo­staje? Cho­rej myśli nie umiem wyzdro­wić.

Breuer uznał ski­nię­cie głową Lou Salomé za potwier­dze­nie, że roz­po­znała słowa Mak­beta skie­ro­wane do jego leka­rza.

- Droga pani, nie ma lekar­stwa na roz­pacz, nie ma leka­rza dla duszy. Jedyne, co mogę zro­bić, to zare­ko­men­do­wać kilka zna­ko­mi­tych uzdro­wisk, w Austrii albo we Wło­szech. Może warto byłoby odbyć roz­mowę z księ­dzem albo innym ducho­wym doradcą, z człon­kiem rodziny albo bli­skim przy­ja­cie­lem.

- Wiem, że pan może znacz­nie wię­cej, dok­to­rze Breuer. Mam swo­jego szpiega. Mój brat, Jenia, stu­diuje medy­cynę i na początku roku odbył staż w pań­skiej kli­nice.

Jenia Salomé! Breuer pró­bo­wał przy­po­mnieć sobie to nazwi­sko. Ale miał całe mnó­stwo stu­den­tów.

- To od niego dowie­dzia­łam się, że kocha pan Wagnera i że w tym tygo­dniu będzie pan urlo­po­wał w hotelu Amalfi w Wene­cji, no i jak mam pana roz­po­znać. Ale przede wszyst­kim wła­śnie od niego dowie­dzia­łam się, że rze­czy­wi­ście jest pan leka­rzem od roz­pa­czy. Latem zeszłego roku Jenia brał udział w nie­ofi­cjal­nej kon­fe­ren­cji, na któ­rej opi­sy­wał pan tera­pię zasto­so­waną wobec mło­dej kobiety, nazy­wa­nej Anną O. Ta kobieta też była w roz­pa­czy, a leczył ją pan nową metodą, tak zwaną lecz­ni­czą roz­mową. Metoda bazuje na rozu­mie, a polega na roz­plą­ty­wa­niu umy­sło­wych sko­ja­rzeń i powią­zań. Jenia mówi, że jest pan jedy­nym leka­rzem w Euro­pie, który może zaofe­ro­wać praw­dziwą tera­pię psy­cho­lo­giczną.

Anna O.! Breuer drgnął, sły­sząc to imię, a że aku­rat pod­no­sił do ust fili­żankę, roz­lał kilka kro­pli kawy. Wytarł pospiesz­nie dłoń ser­wetką, mając nadzieję, że Fräulein Salomé niczego nie zauwa­żyła. Anna O., Anna O.! Nie­wia­ry­godne! Gdzie­kol­wiek się odwró­cił, wszę­dzie napo­ty­kał Annę O., bo taki tajemny pseu­do­nim nadał Ber­cie Pap­pen­heim. Breuer skru­pu­lat­nie dotrzy­my­wał dys­kre­cji, w roz­mo­wach ze stu­den­tami ni­gdy nie uży­wał praw­dzi­wych nazwisk pacjen­tów. Two­rzył dla nich pseu­do­nimy, cofa­jąc ini­cjały pacjenta o jedną literę w alfa­be­cie. I tak B. P., czyli Ber­tha Pap­pen­heim, stała się A. O., Anną O.

- Jenia jest pod wiel­kim wra­że­niem pań­skiej osoby, dok­to­rze. Kiedy opi­sy­wał pań­ski wykład i lecze­nie Anny O., powie­dział, że miał szczę­ście stać w świe­tle geniu­sza. A Jenia nie ulega tak łatwo emo­cjom. Ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łam z jego ust takich słów. I wtedy posta­no­wi­łam, że muszę pana kie­dyś poznać, może nawet u pana stu­dio­wać. Tyle że owo "kie­dyś" stało się bar­dzo naglące, gdy w ciągu ostat­nich dwóch mie­sięcy stan Nie­tz­schego znacz­nie się pogor­szył.

Breuer rozej­rzał się dookoła. Wielu gości skoń­czyło już śnia­da­nie i wyszło, tym­cza­sem on, odda­liw­szy się od Ber­thy, roz­ma­wiał z zachwy­ca­jącą kobietą, którą ona sama wpro­wa­dziła do jego życia. Prze­biegł go lodo­waty dreszcz. A co, jeśli od Ber­thy nie ma ucieczki?

- Sza­nowna pani. - Breuer chrząk­nął i z tru­dem mówił dalej: - Przy­pa­dek, który opi­sał pani brat, był jed­nost­kowy, zasto­so­wa­łem w nim eks­pe­ry­men­talną metodę. Nie ma pew­no­ści, że metoda ta okaże się sku­teczna także w przy­padku pani przy­ja­ciela. Wręcz prze­ciw­nie, wszystko wska­zuje na to, że będzie ina­czej.

- A to czemu, dok­to­rze Breuer?

- Oba­wiam się, że brak czasu nie pozwoli mi na dłuż­szą odpo­wiedź. Mówiąc w skró­cie, pani przy­ja­ciela i Annę O. nękają zupeł­nie inne cho­roby. Ona cierpi na histe­rię, ma też pewne objawy powo­du­jące kalec­two, co pew­nie pani wie od swo­jego brata. Moje podej­ście pole­gało na sys­te­ma­tycz­nym usu­wa­niu kolej­nych symp­to­mów poprzez uła­twie­nie pacjentce przy­po­mi­na­nia sobie, także z pomocą hip­nozy, zapo­mnia­nych traum psy­chicz­nych, z któ­rych owe objawy wyra­stały. Symp­tom roz­pusz­czał się po ujaw­nie­niu jego źró­dła.

- A jeśli uznamy roz­pacz za symp­tom? Nie da się jej wów­czas wyle­czyć w ten sam spo­sób?

- Roz­pacz nie jest symp­to­mem w sen­sie medycz­nym. To poję­cie nie­ja­sne, nie­pre­cy­zyjne. Wszyst­kie symp­tomy Anny O. miały zwią­zek z jakąś czę­ścią ciała, przy­czyną każ­dego z nich było roz­ła­do­wa­nie wystę­pu­ją­cego w kre­so­mó­zgo­wiu pobu­dze­nia poprzez okre­ślone drogi ner­wowe. Nato­miast roz­pacz pani przy­ja­ciela, tak jak ją pani opi­sała, mie­ści się raczej w świe­cie idei. A na takie dole­gli­wo­ści nie ma lekar­stwa.

Po raz pierw­szy w tej roz­mo­wie Lou Salomé stra­ciła pew­ność sie­bie.

- Ale prze­cież gdy zaczął pan pra­co­wać z Anną O. - znów poło­żyła rękę na jego dłoni - nie znano psy­cho­lo­gicz­nej tera­pii na histe­rię. O ile wiem, leka­rze sto­so­wali jedy­nie kąpiele i te straszne wstrząsy elek­tryczne. Jestem pewna, że pan, i zapewne tylko pan, jest w sta­nie opra­co­wać nową metodę odpo­wied­nią dla Nie­tz­schego.

Nagle Breuer zorien­to­wał się, która godzina. Musiał wra­cać do Mathilde.

- Zro­bię wszystko, co w mojej mocy, żeby pomóc pani przy­ja­cie­lowi, Fräulein. Pro­szę, oto moja wizy­tówka. Chęt­nie przyjmę pani przy­ja­ciela w Wied­niu.

Lou scho­wała wizy­tówkę do torebki, pra­wie na nią nie patrząc.

- Oba­wiam się, że to nie takie pro­ste, dok­to­rze Breuer. Nie­tz­sche nie jest, że tak powiem, pacjen­tem skłon­nym do współ­pracy. Lubi samot­ność, a do tego ma swoją god­ność i dumę. Ni­gdy nie przy­zna, że potrze­buje pomocy.

- Ale sama pani wspo­mniała, że otwar­cie mówi o samo­bój­stwie.

- W każ­dej roz­mo­wie, w każ­dym liście. Tyle że nie prosi o pomoc. Gdyby się dowie­dział o naszej roz­mo­wie, ni­gdy by mi tego nie wyba­czył i z pew­no­ścią nie chciałby zasię­gnąć u pana porady. Nawet gdyby udało mi się go prze­ko­nać do wizyty w pań­skim gabi­ne­cie, to zgo­dziłby się jedy­nie na bada­nie cie­le­snych dole­gli­wo­ści. Za nic w świe­cie nie popro­siłby pana o ule­cze­nie jego roz­pa­czy. Ma swoje prze­ko­na­nia na temat sła­bo­ści i mocy.

Breuer poczuł znie­chę­ce­nie i lekką iry­ta­cję.

- Widzę, Fräulein, że dra­mat się zagęsz­cza. Chce pani, żebym się spo­tkał z jakimś pro­fe­so­rem Nie­tz­schem, któ­rego uważa pani za wiel­kiego filo­zofa naszych cza­sów, i prze­ko­nał go, że życie, w każ­dym razie jego życie, jest coś warte. Co wię­cej, miał­bym tego doko­nać bez jego wie­dzy.

Lou Salomé ski­nęła głową, zro­biła głę­boki wydech i oparła się na swoim krze­śle.

- Ale czy to moż­liwe? - cią­gnął Breuer. - Już osią­gnię­cie głów­nego celu, wyle­cze­nie roz­pa­czy, jest poza zasię­giem współ­cze­snej medy­cyny. A ten drugi waru­nek, pota­jemne pro­wa­dze­nie kura­cji, prze­nosi nasze przed­się­wzię­cie w świat fan­ta­zji. Czy są jesz­cze inne prze­szkody, które dopiero mi pani wyjawi? Może pro­fe­sor Nie­tz­sche mówi tylko w san­skry­cie albo posta­no­wił nie opusz­czać swo­jej pustelni w Tybe­cie?

Breuer poczuł, że wpada w fry­wolny nastrój, ale widząc zmie­sza­nie na twa­rzy Lou Salomé, szybko się opa­no­wał.

- Mówiąc poważ­nie, Fräulein, jak miał­bym tego doko­nać?

- Sam pan widzi, dok­to­rze Breuer! Sam pan widzi, dla­czego zwró­ci­łam się o pomoc aku­rat do pana.

Kurant z kościoła San Salva­tore wybił pełną godzinę. Dzie­siąta. Mathilde na pewno się nie­po­koi. No cóż, ze względu na nią... Breuer ski­nął na kel­nera. Kiedy cze­kali na rachu­nek, Lou Salomé zło­żyła nie­zwy­kłą pro­po­zy­cję.

- Pozwoli pan zapro­sić się jutro na śnia­da­nie, dok­to­rze? Jak już wspo­mnia­łam, pono­szę pewną odpo­wie­dzial­ność za roz­pacz pro­fe­sora Nie­tz­schego. O tylu rze­czach muszę jesz­cze panu opo­wie­dzieć.

- Żałuję, ale jutro nie mogę. Nie co dzień się zda­rza, że piękna kobieta zapra­sza mnie na śnia­da­nie, nie­stety muszę odmó­wić. Ze względu na cha­rak­ter naszego, mojego i żony, pobytu w tym mie­ście, byłoby nie­wska­za­nym, gdy­bym znów zosta­wił ją samą.

- W takim razie mia­ła­bym inny plan. Obie­ca­łam bratu, że odwie­dzę go w tym mie­siącu. Wła­ści­wie do tej chwili zamie­rza­łam poje­chać tam z pro­fe­so­rem Nie­tz­schem. Pozwoli pan, że gdy będę w Wied­niu, przed­sta­wię panu wię­cej infor­ma­cji. A tym­cza­sem spró­buję prze­ko­nać Nie­tz­schego, żeby zgło­sił się do pana w spra­wie pogar­sza­ją­cego się stanu zdro­wia.

Wyszli razem z kawiarni, w któ­rej pozo­stało jedy­nie paru gości. Kel­ne­rzy sprzą­tali sto­liki. Breuer już chciał się poże­gnać, ale Lou Salomé wzięła go pod rękę i ruszyła obok niego.

- Ta godzina minęła bar­dzo szybko, dok­to­rze. Pra­gnę­ła­bym spę­dzić z panem wię­cej czasu. Mogę odpro­wa­dzić pana do hotelu?

Te słowa zabrzmiały dla Breu­era sta­now­czo, po męsku. Jed­nak w jej ustach były zupeł­nie na miej­scu, czyż nie tak ludzie powinni ze sobą roz­ma­wiać? Skoro kobie­cie spra­wia przy­jem­ność towa­rzy­stwo męż­czy­zny, to czy nie wolno jej wziąć go pod rękę i zapro­po­no­wać, że go odpro­wa­dzi? Ale czy jaka­kol­wiek inna znana mu kobieta potra­fi­łaby się na to zdo­być? Lou Salomé była zupeł­nie inna. Była kobietą wolną.

- Jesz­cze ni­gdy odmowa nie była dla mnie tak przy­kra - powie­dział Breuer, przy­ci­skają jej ramię do sie­bie. - Ale muszę już wra­cać, i do tego sam. Moja kocha­jąca, lecz zanie­po­ko­jona żona z pew­no­ścią wygląda przez okno, a moim obo­wiąz­kiem jest dba­łość o jej uczu­cia.

- Oczy­wi­ście. - Wysu­nęła rękę spod jego ramie­nia, sta­nęła twa­rzą do niego, pewna sie­bie, sta­now­cza jak męż­czy­zna. - Ale dla mnie samo słowo "obo­wią­zek" jest przy­tła­cza­jące i opre­syjne. Ogra­ni­czy­łam swoje obo­wiązki do jed­nego: zacho­wy­wa­nia swo­jej wol­no­ści. Mał­żeń­stwo wraz z towa­rzy­szą­cym mu poczu­ciem wła­sno­ści i zazdro­ścią krę­puje ducha. Ni­gdy temu nie ule­gnę. Przyj­dzie czas, dok­to­rze Breuer, że męż­czyźni i kobiety nie będą się nawza­jem tyra­ni­zo­wać swo­imi sła­bo­ściami, liczę na to. - Odwró­ciła się z taką samą pew­no­ścią jak przy powi­ta­niu. - Auf Wie­der­se­hen. Do zoba­cze­nia w Wied­niu.

ROZDZIAŁ 2

Cztery tygo­dnie póź­niej Breuer sie­dział przy biurku w swoim gabi­ne­cie przy Bäckerstrasse 7. Była czwarta po połu­dniu, a on z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kał na przy­by­cie Fräulein Lou Salomé.

Rzadko pozwa­lał sobie na prze­rwę w pracy, ale tak bar­dzo nie mógł się docze­kać tego spo­tka­nia, że szybko upo­rał się z ostat­nimi trzema pacjen­tami. Ich nie­skom­pli­ko­wane cho­roby nie wyma­gały z jego strony dużo wysiłku.

Pierwsi dwaj - sześć­dzie­się­cio­pa­ro­letni męż­czyźni - cier­pieli z powodu takich samych dole­gli­wo­ści: ciężki oddech, chry­piący głos, suchy, oskrze­lowy kaszel. Od wielu lat Breuer leczył ich z powodu chro­nicz­nej roze­dmy płuc, do któ­rej przy zim­nej, wil­got­nej pogo­dzie dołą­czało się ostre zapa­le­nie oskrzeli, co z kolei poważ­nie obcią­żało płuca. Obu pacjen­tom prze­pi­sał na kaszel mor­finę (pro­szek Dovera, trzy razy dzien­nie po pięć zia­re­nek), nie­wiel­kie dawki środka wykrztu­śnego (ipe­ka­ku­any), parowe inha­la­cje oraz pla­stry z gor­czycy na klatkę pier­siową. Nie­któ­rzy leka­rze patrzyli nie­przy­chyl­nie na pla­stry z gor­czycy, ale Breuer czę­sto je zale­cał - zwłasz­cza w tym roku, kiedy połowa Wied­nia cier­piała na cho­roby dróg odde­cho­wych. Od trzech tygo­dni ani razu nie zaświe­ciło słońce, za to padała zama­rza­jąca mżawka.

Trzeci pacjent, słu­żący u księ­cia Rudolfa mło­dzie­niec z twa­rzą pokrytą bli­znami po ospie, miał gorączkę i czer­wone gar­dło. Był tak nie­śmiały, że trzeba mu było nie­mal roz­ka­zać, by roze­brał się do bada­nia. Dia­gnoza - miesz­kowe zapa­le­nie mig­dał­ków. Breuer miał wprawę w usu­wa­niu mig­dał­ków za pomocą szczy­piec i noży­czek, uznał jed­nak, że te nie nadają się jesz­cze do wycię­cia. Zamiast tego zale­cił zimne kom­presy na szyję, płu­ka­nie gar­dła chlo­ra­nem potasu oraz inha­la­cje z wody kar­bo­ni­zo­wa­nej. A ponie­waż była to już trze­cia infek­cja gar­dła tego męż­czy­zny bie­żą­cej zimy, zale­cił także har­to­wa­nie orga­ni­zmu i wzmac­nia­nie odpor­no­ści przy pomocy codzien­nych zim­nych kąpieli.

Wziął do ręki list, który dostał od Fräulein Salomé trzy dni temu. Oznaj­miała w nim, tak samo bez­ce­re­mo­nial­nie jak w pierw­szym liściku, że zjawi się w jego gabi­ne­cie dziś o czwar­tej po połu­dniu. Breuer wcią­gnął gwał­tow­nie powie­trze. "Ona uprze­dza mnie, o któ­rej się pojawi. To ona rzą­dzi. Obda­rza mnie zaszczy­tem, jakim jest...". Szybko się jed­nak opa­mię­tał. "Nie trak­tuj się aż tak poważ­nie, Jose­fie. Co za róż­nica? Wpraw­dzie Fräulein Salomé nie mogła tego wie­dzieć, ale śro­dowe popo­łu­dnie to aku­rat dosko­nała pora na spo­tka­nie. W osta­tecz­nym roz­ra­chunku to prze­cież żadna róż­nica".

"Ona uprze­dza mnie..." Breuer zasta­no­wił się nad tonem swo­jego głosu: dźwię­czało w nim to samo nadęte wyso­kie mnie­ma­nie o sobie, któ­rego nie zno­sił u swo­ich kole­gów po fachu: Bil­l­ro­tha czy sta­rego Schnit­zlera, a także u wielu sław­nych pacjen­tów, takich jak Brahms czy Wit­t­gen­stein. Cechą, którą naj­bar­dziej lubił u swo­ich bli­skich zna­jo­mych, w więk­szo­ści jego pacjen­tów, była bez­pre­ten­sjo­nal­ność. Wła­śnie ona przy­cią­gnęła go do Antona Bruck­nera. Może Anton ni­gdy nie będzie takim kom­po­zy­to­rem jak Brahms, ale on przy­naj­mniej nie wielbi pia­sku pod wła­snymi sto­pami.

Jed­nak Breuer naj­bar­dziej lubił mło­dzień­czo zuchwa­łych synów nie­któ­rych swo­ich zna­jo­mych - mło­dego Hugo Wolfa, Gustava Mah­lera, Ted­diego Herzla oraz naj­bar­dziej chyba nie­zwy­kłego stu­denta medy­cyny Arthura Schnit­zlera. Utoż­sa­miał się z nimi i gdy star­szych nie było w pobliżu, dzie­lił się z nimi kąśli­wymi komen­ta­rzami na temat klasy rzą­dzą­cej. Na przy­kład pod­czas zeszło­ty­go­dnio­wego balu medy­ków roz­ba­wił zgro­ma­dzo­nych wokół niego mło­dzień­ców, mówiąc: "O, tak, wie­deń­czycy są bar­dzo reli­gijni, a ich bóg nazywa się Deko­rum".

Breuer, który ni­gdy nie prze­sta­wał być naukow­cem, przy­po­mniał sobie, z jaką łatwo­ścią potra­fił w kilka chwil przejść z jed­nego stanu umy­słu do dru­giego, prze­sko­czyć z aro­gan­cji w bez­pre­ten­sjo­nal­ność. Co za fra­pu­jące zja­wi­sko. Uda mu się to teraz powtó­rzyć?

Od razu prze­pro­wa­dził eks­pe­ry­ment myślowy. Naj­pierw ubrał się w wie­deń­ski kostium, z przy­na­le­żącą do niego napu­szo­no­ścią, któ­rej tak nie zno­sił. Nadął się, zmarsz­czył czoło i mru­cząc pod nosem: "Jak ona śmie!", sta­rał się poczuć obrazę i obu­rze­nie, które ogar­niają ludzi trak­tu­ją­cych się z nad­mierną powagą. Potem wypu­ścił powie­trze, roz­luź­nił się, pozwo­lił, by wszystko to z niego spły­nęło, i znów zna­lazł się w swo­jej skó­rze - wró­cił do stanu umy­słu, w któ­rym potra­fił śmiać się z samego sie­bie, ze swo­jego pozer­stwa.

Zauwa­żył, że do każ­dego z tych sta­nów umy­słu przy­na­leży swo­iste zabar­wie­nie emo­cjo­nalne. Nadę­cie miało w sobie ostre kra­wę­dzie - zło­śli­wość, iry­ta­cję - a także pychę i samot­ność. Nato­miast ten drugi stan wyda­wał się okrą­gły, miękki, pełen akcep­ta­cji.

Te emo­cje są kon­kretne, łatwe do nazwa­nia, pomy­ślał Breuer, ale też nie­zbyt silne. Co jed­nak z potęż­nymi emo­cjami i pod­grze­wa­ją­cymi je sta­nami umy­słu? Czy jest jakiś spo­sób pozwa­la­jący kon­tro­lo­wać takie uczu­cia? Może tu jest droga do sku­tecz­nej tera­pii psy­cho­lo­gicz­nej?

Zaczął roz­wa­żać swoje doświad­cze­nia. Jego naj­bar­dziej nie­sta­bilne emo­cje wią­zały się z kobie­tami. Bywały chwile - jak na przy­kład dziś, w wygod­nej twier­dzy jego gabi­netu - kiedy czuł się silny i bez­pieczny. Wtedy widział kobiety takimi, jakie naprawdę były, uwa­żał je za istoty waleczne, ambitne, zma­ga­jące się z wie­loma palą­cymi pro­ble­mami codzien­nego życia. Widział też ich piersi - zbio­ro­wi­ska komó­rek two­rzą­cych gru­czoły mleczne uno­szące się w lipi­do­wych zbior­ni­kach. Znał ich wydzie­liny, sty­kał się z bole­snym mie­siącz­ko­wa­niem, rwą kul­szową, z roz­ma­itymi wybrzu­sze­niami i wypu­kło­ściami: wypa­da­ją­cymi pęche­rzami i maci­cami, sinymi hemo­ro­idami i żyla­kami.

Ale bywały też inne chwile - momenty ocza­ro­wa­nia, zafa­scy­no­wa­nia kobie­tami, które robiły na nim prze­możne wra­że­nie, ich piersi roz­ra­stały się do roz­mia­rów ogrom­nych, cza­ro­dziej­skich kul - kiedy ogar­niało go nie­zwy­kłe pra­gnie­nie połą­cze­nia z ich cia­łem, ssa­nia bro­da­wek na sut­kach, wśli­zgnię­cia się w ich żar i wil­goć. Ten stan umy­słu bywał przy­tła­cza­jący, mógł wywró­cić do góry nogami całe jego życie, a w przy­padku Ber­thy omal nie zapła­cił za to wszyst­kim, co było mu dro­gie.

Wszystko to było kwe­stią zmiany per­spek­tywy i spo­sobu myśle­nia. Gdyby był w sta­nie nauczyć tego swo­ich pacjen­tów, mógłby stać się tym, za kogo uwa­żała go Lou Salomé, leka­rzem od roz­pa­czy.

Roz­my­śla­nia prze­rwał mu dźwięk otwie­ra­nych i zamy­ka­nych drzwi wej­ścio­wych. Breuer odcze­kał chwilę, żeby nie oka­zać nad­mier­nego zde­ner­wo­wa­nia, a następ­nie wyszedł do pocze­kalni, żeby powi­tać gościa. Lou Salomé była zmok­nięta, wie­deń­ska mżawka zamie­niła się w ulewę, ale zanim zdą­żył pomóc jej zdjąć ocie­ka­jący desz­czem płaszcz, zrzu­ciła go z sie­bie sama i podała Frau Bec­ker, pie­lę­gniarce i recep­cjo­ni­stce w jed­nej oso­bie.

Breuer wpro­wa­dził Lou Salomé do gabi­netu i wska­zał jej ciężki, pokryty czarną skórą fotel. Sam usiadł na fotelu obok. Nie umiał powstrzy­mać się od sko­men­to­wa­nia jej zacho­wa­nia.

- Widzę, że lubi pani samo­dziel­ność. Ale czy to nie pozba­wia męż­czyzn przy­jem­no­ści, jaką byłoby słu­że­nie pani?

- Oboje wiemy, że nie­które usługi zapew­niane przez męż­czyzn nie służą kobie­cemu zdro­wiu!

- Pani przy­szły mąż będzie musiał przejść bar­dzo inten­sywne szko­le­nie. Nawyki kształ­to­wane przez całe życie nie jest łatwo wyko­rze­nić.

- Mał­żeń­stwo? To nie dla mnie! Już panu mówi­łam. No, może mał­żeń­stwo na pół etatu nawet by mi odpo­wia­dało, ale nic bar­dziej ogra­ni­cza­ją­cego.

Patrząc na swo­jego pew­nego sie­bie, pięk­nego gościa, Breuer z łatwo­ścią dostrze­gał zalety mał­żeń­stwa na pół etatu. Łatwo mu było zapo­mnieć, że ta kobieta jest nie­mal dwa razy młod­sza od niego. Miała na sobie pro­stą, czarną suk­nię, zapiętą po samą szyję, na ramio­nach leżał jej koł­nierz z lisa, z łeb­kiem i małymi łap­kami. Dziwne, pomy­ślał Breuer, w Wene­cji, gdy było chłodno, zdjęła z sie­bie futro, a tu, w prze­grza­nym gabi­ne­cie, miała je na sobie. Jed­nak naj­wyż­szy czas przejść do rze­czy.

- Poroz­ma­wiajmy więc o cho­ro­bie pani przy­ja­ciela.

- O roz­pa­czy, a nie o cho­ro­bie. Mia­ła­bym kilka zale­ceń. Mogę je panu przed­sta­wić?

"Czy jej tupet nie ma gra­nic?", myślał z obu­rze­niem. Mówi tak, jakby była moim kolegą po fachu, sze­fem kli­niki albo leka­rzem z trzy­dzie­sto­let­nim doświad­cze­niem, a nie nie­wy­kształ­coną uczen­nicą.

"Jose­fie, daj spo­kój!", napo­mniał się w myślach. "Ona jest jesz­cze bar­dzo młoda, nie jest wyznaw­czy­nią wie­deń­skiego boga Deko­rum. Poza tym dużo lepiej zna tego pro­fe­sora Nie­tz­schego. Jest wybit­nie inte­li­gentna i być może ma coś waż­nego do zako­mu­ni­ko­wa­nia. A ja nie mam naj­mniej­szego poję­cia, jak można wyle­czyć kogoś z roz­pa­czy. Sam sie­bie nie umiem z niej wyle­czyć".

- Oczy­wi­ście, Fräulein, pro­szę, niech pani mówi - odparł spo­koj­nie.

- Mój brat Jenia, z któ­rym widzia­łam się przed połu­dniem, wspo­mniał, że posłu­gi­wał się pan hip­nozą, żeby pomóc Annie O. przy­po­mnieć sobie psy­cho­lo­giczne przy­czyny jej symp­to­mów. I pamię­tam, co mi pan powie­dział w Wene­cji, że odsło­nię­cie źró­deł symp­to­mów pozwo­liło je jakoś roz­pu­ścić. Mnie naj­bar­dziej inte­re­suje, jak się to doko­nało. Mam nadzieję, że gdy będziemy kie­dyś mieli wię­cej czasu, wyja­śni mi pan dokład­nie mecha­nizm, który spra­wia, że wie­dza o przy­czy­nie eli­mi­nuje symp­tom.

Breuer pokrę­cił głową i mach­nął ręką.

- To była obser­wa­cja empi­ryczna. Nawet gdy­by­śmy mieli mnó­stwo czasu, to i tak nie mógł­bym udzie­lić pani odpo­wie­dzi, jakiej pani ocze­kuje. Ale co z pani zale­ce­niami?

- Pierw­sze zale­ce­nie brzmi: "Niech pan nie pró­buje hip­nozy na Nie­tz­schem". To się nie uda! Jego umysł, jego inte­lekt to wręcz cud, o czym sam się pan prze­kona. Ale on, jak sam czę­sto mówi, jest tylko czło­wie­kiem i ma tylko ludz­kie cechy. No i ma też kilka wraż­li­wych punk­tów.

Lou Salomé wstała powoli, zdjęła futro, prze­szła na drugą stronę gabi­netu i poło­żyła je na sofie. Przez chwilę przy­glą­dała się wiszą­cym na ścia­nie opra­wio­nym w ramki dyplo­mom, popra­wiła jeden, który tro­chę się prze­krzy­wił, a potem wró­ciła na swój fotel i usia­dła, zakła­da­jąc jedną nogę na drugą.

- Nie­tz­sche jest szcze­gól­nie wraż­liwy, jeśli cho­dzi o kwe­stie mocy - pod­jęła. - Nie zaan­ga­żuje się w nic, jeżeli uzna, że w ten spo­sób oddałby komuś swoją moc. Bli­scy są mu przed­so­kra­tej­scy filo­zo­fo­wie greccy, a zwłasz­cza ich poję­cie ago­ni­styki. To prze­ko­na­nie, że natu­ralne zdol­no­ści i talenty można roz­wi­nąć tylko przez współ­za­wod­nic­two. Nie­tz­sche jest bar­dzo nie­ufny wobec moty­wów osoby, która unika rywa­li­za­cji i twier­dzi, że działa altru­istycz­nie. Pod tym wzglę­dem jego men­to­rem jest Scho­pen­hauer. Nie­tz­sche uważa, że ludzie nie chcą sobie poma­gać, zamiast tego wolą domi­no­wać nad innymi i posze­rzać zakres swo­jej wła­dzy. Kilka razy zda­rzyło mu się oddać wła­dzę nad sobą innej oso­bie i zawsze był potem wście­kły i zdru­zgo­tany. Tak było z Richar­dem Wagne­rem. I tak jest teraz ze mną.

- Co to zna­czy, że tak jest teraz z panią? Czy jest pani w jakiś spo­sób odpo­wie­dzialna za roz­pacz pro­fe­sora Nie­tz­schego?

- On tak uważa. Stąd moja druga rada: "Niech pan mnie ze sobą nie łączy". Wygląda pan na zasko­czo­nego. Ale żeby mógł pan wszystko zro­zu­mieć, muszę panu opo­wie­dzieć o mojej rela­cji z Nie­tz­schem. Niczego nie pominę i szcze­rze odpo­wiem na wszyst­kie pyta­nia. Co nie będzie łatwe. Oddaję się w pań­skie ręce, ale to, co powiem, musi pozo­stać mię­dzy nami.

- Oczy­wi­ście, może pani na mnie liczyć - odpo­wie­dział pełen podziwu dla jej bez­po­śred­nio­ści. Co za przy­jem­ność roz­ma­wiać z taką otwartą osobą.

- A zatem... Pozna­łam Nie­tz­schego jakieś osiem mie­sięcy temu, w kwiet­niu.

Roz­le­gło się puka­nie i do gabi­netu weszła Frau Bec­ker z kawą. Jeśli zdzi­wiło ją, że Breuer sie­dzi obok Lou Salomé, a nie jak zwy­kle za biur­kiem, to nie dała tego po sobie poznać. Bez słowa posta­wiła na sto­liku tacę z fili­żan­kami, łyżecz­kami i srebr­nym dzban­kiem i szybko wyszła z pokoju. Breuer nalała kawę, a Lou Salomé mówiła dalej:

- W zeszłym roku wyje­cha­łam z Rosji ze względu na stan zdro­wia, kło­poty z płu­cami, które na szczę­ście ustały. Naj­pierw miesz­ka­łam w Zury­chu, stu­dio­wa­łam teo­lo­gię u Bie­der­manna i pra­co­wa­łam u poety Got­t­frieda Kin­kela. Nie wiem, czy wspo­mi­na­łam panu, że sama pró­buję pisać wier­sze. Kiedy w tym roku prze­nio­sły­śmy się z matką do Rzymu, Kin­kel dał mi list reko­men­da­cyjny do Mal­widy von Mey­sen­bug. Na pewno ją pan zna, napi­sała Pamięt­nik ide­alistki.

Breuer ski­nął głową. Znał dzia­łal­ność Mal­widy von Mey­sen­bug, zwłasz­cza jej walkę o prawa kobiet, rady­kalne reformy poli­tyczne oraz roz­ma­ite zmiany w sys­te­mie edu­ka­cji. Jed­nak nie­zbyt spodo­bały mu się jej ostat­nie roz­prawy, które jego zda­niem opie­rały się na pseu­do­nau­ko­wych pod­sta­wach.

- I tak zna­la­złam się w salo­nie lite­rac­kim Mal­widy - cią­gnęła Lou Salomé - gdzie pozna­łam wybit­nego i cza­ru­ją­cego filo­zofa Paula Rée. Wiele lat wcze­śniej Herr Rée uczęsz­czał w Bazy­lei na wykłady Nie­tz­schego i wtedy bar­dzo się zaprzy­jaź­nili. Zauwa­ży­łam, że Herr Rée ma dla Nie­tz­schego wielki podziw i sza­cu­nek. Wkrótce doszedł do wnio­sku, że skoro my jeste­śmy przy­ja­ciółmi, to ja i Nie­tz­sche też musimy się zaprzy­jaź­nić. Paul, zna­czy Herr Rée... - Zaczer­wie­niła się na krótką chwilę, jed­nak Breuer zdą­żył to zauwa­żyć, co ona też dostrze­gła. - No cóż, dok­to­rze, pozwoli pan, że będę mówić o nim po imie­niu, skoro tak się do niego zwra­cam, a dziś nie mamy czasu na towa­rzy­skie sub­tel­no­ści. Jeste­śmy z Pau­lem w bli­skiej rela­cji, jed­nak ni­gdy nie zgo­dzi­ła­bym się znisz­czyć samej sie­bie mał­żeń­stwem, z nim czy kim­kol­wiek innym. A mimo to - mówiła dalej z nutą znie­cier­pli­wie­nia w gło­sie - poświę­ci­łam sporo czasu na tłu­ma­cze­nie się z mimo­wol­nego, prze­lot­nego rumieńca. Chyba jeste­śmy jedy­nymi zwie­rzę­tami, które się czer­wie­nią, prawda?

Breuer nie umiał wydo­być z sie­bie słowa, więc jedy­nie ski­nął głową. Przez chwilę, w oto­cze­niu swo­ich medycz­nych akce­so­riów, czuł się dużo pew­niej niż pod­czas ich ostat­niej roz­mowy. Ale wysta­wiony na dzia­ła­nie jej uroku poczuł, że siły go opusz­czają. Jej uwaga na temat rumieńca była nie­wia­ry­godna. Breuer ni­gdy jesz­cze nie sły­szał, żeby jakaś kobieta - ani w ogóle kto­kol­wiek - potra­fiła mówić o swoim związku z taką bez­po­śred­nio­ścią. A ona miała zale­d­wie dwa­dzie­ścia jeden lat!

- Paul był pewien, że ja i Nie­tz­sche zosta­niemy przy­ja­ciółmi - kon­ty­nu­owała Lou Salomé. - Że jeste­śmy dla sie­bie stwo­rzeni. Chciał, żebym została stu­dentką Nie­tz­schego, jego pro­te­go­waną, jego odbi­ciem. Wyobra­ził sobie, że Nie­tz­sche będzie moim men­to­rem, świec­kim kapła­nem.

Prze­rwało im ciche puka­nie do drzwi. Breuer wstał, żeby otwo­rzyć. Frau Bec­ker oznaj­miła gło­śnym szep­tem, że przy­szedł nowy pacjent. Breuer wró­cił na swoje miej­sce, zapew­nia­jąc Lou Salomé, że mają mnó­stwo czasu, bo nie­za­pi­sani pacjenci są przy­go­to­wani na dłu­gie cze­ka­nie, i zachę­ca­jąc, by mówiła dalej.

- Paul umó­wił nas więc w bazy­lice Świę­tego Pio­tra - pod­jęła swoją opo­wieść Lou Salomé. - Chyba naj­mniej odpo­wied­nie miej­sce na spo­tka­nie "nie­świę­tej trójcy", jak póź­niej zaczę­li­śmy nazy­wać nasze grono, choć Nie­tz­sche czę­sto uży­wał też okre­śle­nia "zwią­zek pita­go­rej­ski".

Breuer zauwa­żył, że bar­dziej patrzy na biust swo­jej roz­mów­czyni niż na jej twarz. "Cie­kawe, jak długo już to robię", pomy­ślał. "Zauwa­żyła? Czy inne kobiety wie­działy, że mi się to zda­rza?" Wyobra­ził sobie, że chwyta mio­tłę i wymiata nią wszyst­kie ero­tyczne myśli. Z całych sił sku­pił się na oczach i sło­wach Lou Salomé.

- Nie­tz­sche od razu mi się spodo­bał - mówiła dalej. - Nie ma impo­nu­ją­cego wyglądu, jest śred­niego wzro­stu, ma łagodny wzrok i wydaje się, że jego oczy, któ­rymi pra­wie w ogóle nie mruga, spo­glą­daj raczej do wewnątrz, a nie na świat, jakby chro­nił w sobie jakiś skarb. Wtedy jesz­cze nie wie­dzia­łam, że jest w trzech czwar­tych nie­wi­domy. Ale miał w sobie coś fascy­nu­ją­cego. Pierw­sze słowa, jakie do mnie skie­ro­wał, brzmiały: "Z jakich to gwiazd spa­dli­śmy tutaj ku sobie?".

- A potem zaczę­li­śmy we trójkę roz­ma­wiać. Jaka to była roz­mowa! Przez jakiś czas wyda­wało się, że speł­nią się nadzieje Paula na przy­jaźń i men­tor­ską rela­cję mię­dzy mną a Nie­tz­schem. Pod wzglę­dem inte­lek­tu­al­nym paso­wa­li­śmy do sie­bie ide­al­nie, on nawet stwier­dził, że mamy umy­sły jak sio­strzano-bra­ter­ska para bliź­niąt. Czy­tał mi na głos perełki ze swo­jej naj­now­szej książki, ukła­dał muzykę do moich wier­szy, opo­wia­dał mi, co ofia­ruje światu w ciągu naj­bli­żej dekady, bo był prze­ko­nany, że zdro­wie pozwoli mu jesz­cze tylko na dzie­sięć lat życia. Wkrótce wszy­scy, ja, Paul i Nie­tz­sche uzna­li­śmy, że powin­ni­śmy razem zamiesz­kać jako ménage a trois. Zamie­rza­li­śmy spę­dzić tę zimę w Wied­niu albo w Paryżu.

Ménage a trois! Breuer chrząk­nął i poru­szył się nie­spo­koj­nie w fotelu. Zauwa­żył, że jego roz­mów­czyni uśmie­cha się, widząc to zmie­sza­nie. Naprawdę nic nie ujdzie jej uwa­dze? Byłaby świet­nym dia­gno­stą. Zasta­na­wiała się nad wybo­rem medy­cyny jako przy­szłego zawodu? Może zosta­łaby moją stu­dentką? Moją pro­te­go­waną? Moją kole­żanką po fachu, która pra­cuje ze mną w gabi­ne­cie albo w labo­ra­to­rium? Te fan­ta­zje miały wielką moc, jed­nak słowa Lou Salomé od razu przy­wo­łały Breu­era do porządku.

- Zdaję sobie sprawę, że świat nie patrzy przy­chyl­nie na dwóch męż­czyzn i kobietę żyją­cych nie­win­nie pod jed­nym dachem. - Wspa­niale zaak­cen­to­wała słowo "nie­win­nie", wystar­cza­jąco mocno, żeby wszystko stało się jasne, a jed­no­cze­śnie wystar­cza­jąco łagod­nie, żeby unik­nąć nagany. - Ale my jeste­śmy nie­za­leż­nie myślą­cymi ide­ali­stami, któ­rzy odrzu­cają narzu­cane przez spo­łe­czeń­stwo ogra­ni­cze­nia. Uwa­żamy, że potra­fimy stwo­rzyć nasz wła­sny sys­tem moralny.

Gdy Breuer nie odpo­wia­dał, wyda­wało się, że jego roz­mów­czyni po raz pierw­szy nie wie, co ma dalej robić.

- Mam mówić? Star­czy nam czasu? Nie spra­wi­łam panu przy­kro­ści?

- Ależ niech pani mówi dalej, gnädiges Fräulein. Po pierw­sze, prze­zna­czy­łem to popo­łu­dnie dla pani. - Wziął z biurka kalen­darz i poka­zał duże litery L.S. zapi­sane przy dacie środa, 22 listo­pada, 1882. - Jak pani widzi, nic już na dziś nie zapla­no­wa­łem. A po dru­gie, nie spra­wiła mi pani żad­nej przy­kro­ści. Wręcz prze­ciw­nie, podzi­wiam pani otwar­tość i pro­sto­li­nij­ność. Gdyby wszy­scy przy­ja­ciele potra­fili tak szcze­rze roz­ma­wiać! Życie byłoby dużo bogat­sze i bar­dziej auten­tyczne.

Lou Salomé przy­jęła jego pochwałę bez komen­ta­rza, nalała sobie kawy i zaczęła mówić:

- Przede wszyst­kim chcia­ła­bym wyja­śnić, że moja rela­cja z Nie­tz­schem, choć głę­boka, trwała krótko. Spo­tka­li­śmy się zale­d­wie cztery razy i nie­mal zawsze towa­rzy­szyła nam moja matka, matka Paula albo sio­stra Nie­tz­schego. Tak naprawdę mie­li­śmy nie­wiele oka­zji, żeby spa­ce­ro­wać albo roz­ma­wiać tylko we dwoje. Inte­lek­tu­alny mie­siąc mio­dowy naszej nie­świę­tej trójcy także szybko się skoń­czył. Poja­wiły się nie­po­ro­zu­mie­nia. A potem roman­tyczne emo­cje i pożą­da­nie. Może były obecne już od samego początku. Może to moja wina, że od razu ich nie roz­po­zna­łam. - Poru­szyła się, jakby chciała strzą­snąć z sie­bie tę odpo­wie­dzial­ność, a potem prze­szła do rela­cjo­no­wa­nia klu­czo­wego ciągu wyda­rzeń: - Pod koniec naszego pierw­szego spo­tka­nia Nie­tz­sche zanie­po­koił się moim pla­nem nie­win­nego ménage a trois, uwa­ża­jąc, że świat nie jest na to gotowy, i popro­sił, żebym zacho­wała ten plan w tajem­nicy. Szcze­gól­nie mar­twił się swoją rodziną, oznaj­mił, że jego sio­stra i jego matka pod żad­nym pozo­rem nie mogą się o tym dowie­dzieć. Co za ule­głość wobec kon­we­nan­sów! Byłam zasko­czona i roz­cza­ro­wana, pomy­śla­łam nawet, że dałam się zwieść jego odważ­nym sło­wom i wol­no­my­śli­ciel­skim dekla­ra­cjom. Nie­długo potem Nie­tz­sche przy­jął jesz­cze ostrzej­sze sta­no­wi­sko, a mia­no­wi­cie, że nasze usta­le­nia będą dla mnie ryzy­kowne w sen­sie towa­rzy­skim, być może nawet zruj­nują moją repu­ta­cję. Chcąc mnie chro­nić, posta­no­wił mi się oświad­czyć, i popro­sił Paula o prze­ka­za­nie mi tej pro­po­zy­cji. Zdaje pan sobie sprawę, w jakiej sytu­acji posta­wiło to Paula? Mimo to Paul, kie­ru­jąc się lojal­no­ścią wobec przy­ja­ciela, posłusz­nie, choć z pew­nym ocią­ga­niem, powie­dział mi o pro­po­zy­cji Nie­tz­schego.

- Zasko­czyło to panią? - spy­tał Breuer.

- Bar­dzo. Zwłasz­cza że było to zaraz po naszym pierw­szym spo­tka­niu. Wytrą­ciło mnie też z rów­no­wagi. Nie­tz­sche to wspa­niały czło­wiek, ma w sobie dobroć, moc i nie­zwy­kłą pre­zen­cję. Nie prze­czę, dok­to­rze Breuer, że wydał mi się bar­dzo pocią­ga­jący, ale nie w sen­sie roman­tycz­nym. Może wyczuł, że mi się podoba, lecz nie uwie­rzył w moje zapew­nie­nia, że nie mam w gło­wie ani mał­żeń­stwa, ani romansu.

Gwał­towne ude­rze­nie wia­tru o okno roz­pro­szyło na chwilę Breu­era. Nagle poczuł, że ma sztywny kark i ramiona. Przez ostat­nie minuty słu­chał swo­jej roz­mów­czyni z taką uwagą, że w ogóle się nie poru­szył. Pacjenci zwie­rzali mu się cza­sem ze swo­ich oso­bi­stych pro­ble­mów, ale nie tak. Nie z takim opa­no­wa­niem. Ber­tha bar­dzo się przed nim odsło­niła, ale była wtedy jak gdyby "nie­obecna". Nato­miast Lou Salomé była bar­dzo obecna, a opi­su­jąc nawet odle­głe wyda­rze­nia, potra­fiła stwo­rzyć takie poczu­cie bli­sko­ści, jakby roz­mowa toczyła się mię­dzy kochan­kami. Breuer łatwo zro­zu­miał, dla­czego Nie­tz­sche oświad­czył się jej już po pierw­szym spo­tka­niu.

- I co było potem, Fräulein?

- Potem posta­no­wi­łam, że gdy się ponow­nie zoba­czymy, będę bar­dziej szczera. Ale nie było to konieczne. Nie­tz­sche dość szybko uświa­do­mił sobie, że per­spek­tywa mał­żeń­stwa prze­raża go tak samo, jak mnie odpy­cha. Gdy dwa tygo­dnie póź­niej znów się spo­tka­li­śmy, tym razem w Orcie, w pierw­szym zda­niu oznaj­mił, że mam zigno­ro­wać jego oświad­czyny. Zamiast tego zaczął mnie nama­wiać, żeby­śmy stwo­rzyli zwią­zek ide­alny, namiętny, nie­winny, inte­lek­tu­alny i bez więzi mał­żeń­skiej. Nasza trójka znów się pogo­dziła. Nie­tz­sche był tak pod­eks­cy­to­wany naszym ménage a trois, że pew­nego popo­łu­dnia w Lucer­nie uparł się, żeby­śmy zro­bili sobie wspólne pozo­wane zdję­cie. To jedyna foto­gra­fia naszej nie­świę­tej trójcy.

Na foto­gra­fii, którą podała Breu­erowi, widać było dwóch męż­czyzn sto­ją­cych przed małym towa­ro­wym wóz­kiem, na któ­rym klę­czała kobieta wyma­chu­jąca małym batem.

- Ten męż­czy­zna z przodu, patrzący w górę, to Nie­tz­sche - powie­działa z czu­ło­ścią. - A ten drugi to Paul.

Breuer uważ­nie przy­glą­dał się foto­gra­fii. Było coś nie­po­ko­ją­cego w tym wize­runku dwóch męż­czyzn - żało­snych, znie­wo­lo­nych gigan­tów - ujarz­mio­nych przez tę piękną kobietę i jej bacik.

- Co pan myśli o mojej stajni, dok­to­rze Breuer?

Po raz pierw­szy jej żar­to­bliwa uwaga nie odnio­sła spo­dzie­wa­nego skutku, a Breuer przy­po­mniał sobie nagle, że ta kobieta to zale­d­wie dwu­dzie­sto­jed­no­let­nia dziew­czyna. Zro­biło mu się nie­swojo. Nie lubił, jak na ide­al­nej powierzchni poja­wiały się jakieś rysy. Ser­cem było mu bli­żej do dwóch męż­czyzn, jego braci. Prze­cież mógłby być jed­nym z nich.

Breuer pomy­ślał, że jego roz­mów­czyni musiała zauwa­żyć swój błąd, bo pospiesz­nie pod­jęła opo­wieść.

- Spo­tka­li­śmy się jesz­cze dwa razy, trzy mie­siące temu w Tau­ten­burgu, z sio­strą Nie­tz­schego, a potem w Lip­sku z matką Paula. Ale Nie­tz­sche pisał do mnie nie­ustan­nie. Oto jego odpo­wiedź na mój list, w któ­rym pisa­łam, że bar­dzo poru­szyła mnie jego książka Jutrzenka.

Breuer szybko prze­czy­tał krótki list, który mu podała.

Moja droga Lou,

w moim życiu też przy­szedł świt, i to by­naj­mniej nie malo­wany! Coś, co wyda­wało mi się już nie­moż­liwe, zna­le­zie­nie przy­jaźni na naj­więk­sze szczę­ście i naj­więk­sze cier­pie­nie, teraz oka­zuje się realne - oto na hory­zon­cie całego mojego przy­szłego życia poja­wiła się ta jedyna szansa. Jestem wzru­szony na samą myśl o wspa­nia­łej, odważ­nej duszy mojej naj­droż­szej Lou.

F.N.

Breuer mil­czał. Poczuł jesz­cze sil­niej­szą empa­tyczną więź z Nie­tz­schem. Każdy pra­gnie, przy­naj­mniej raz w życiu, dostrzec na hory­zon­cie życia jutrzenkę i tę jedyną, nie­po­wta­rzalną szansę, każdy pra­gnie poko­chać śmiałą, wspa­niałą duszę.

- Mniej wię­cej w tym samym cza­sie - cią­gnęła Lou - Paul zaczął do mnie pisać rów­nie pło­mienne listy. I mimo że pod­ję­łam wielki media­cyjny wysi­łek, napię­cie w naszej trójcy alar­mu­jąco wzro­sło. Przy­jaźń mię­dzy Pau­lem a Nie­tz­schem kru­szyła się w oczach. W końcu w listach do mnie zaczęli się wza­jem­nie obra­żać.

- Ale zapewne to pani nie zdzi­wiło - prze­rwał jej Breuer. - Czego się można spo­dzie­wać, gdy dwóch namięt­nych męż­czyzn wcho­dzi w bli­ską rela­cję z jedną kobietą?

- Może byłam naiwna. Wyda­wało mi się, że możemy mieć wspólne życie inte­lek­tu­alne, że możemy razem na poważ­nie zająć się filo­zo­fią.

Pyta­nie Breu­era naj­wy­raź­niej nie wytrą­ciło jej z rów­no­wagi, bo wstała, prze­cią­gnęła się lekko i pode­szła do okna, zer­ka­jąc po dro­dze na leżące na biurku przed­mioty: rene­san­sowy moź­dzierz z brązu, egip­ską figurkę pogrze­bową, misterny drew­niany model ucha wewnętrz­nego.

- I może jestem uparta - powie­działa, wyglą­da­jąc przez okno - ale wciąż uwa­żam, że nasze ménage a trois było moż­liwe. I pew­nie by się udało, gdyby nie wtrą­ciła się ta wstrętna sio­stra Nie­tz­schego. Zapro­sił mnie, bym spę­dziła let­nie waka­cje z nim i Eli­sa­beth w Tau­ten­burgu, małej wio­sce w Turyn­gii. Pozna­ły­śmy się w Bay­reuth, gdzie spo­tka­ły­śmy się z Wagne­rem i poszły­śmy na spek­takl Par­si­fal. A potem wszy­scy poje­cha­li­śmy do Tau­ten­burgu.

- Dla­czego Eli­sa­beth jest wstrętna?

- Jest sie­jącą nie­zgodę, mało­duszną, nie­szczerą gęsią, do tego anty­se­mitką. Kiedy popeł­ni­łam ten błąd i powie­dzia­łam jej, że Paul jest Żydem, roz­po­wie­działa to wśród wszyst­kich zna­jo­mych Wagnera, żeby broń Boże Paul nie był w Bay­reuth osobą mile widzianą.

Breuer odsta­wił swoją fili­żankę. Począt­kowo opo­wieść Lou Salomé wpro­wa­dziła go do łagod­nej, bez­piecz­nej kra­iny miło­ści, sztuki i filo­zo­fii, jed­nak teraz jej słowa przy­wró­ciły go gwał­tow­nie do rze­czy­wi­sto­ści, do paskud­nego świata anty­se­mi­ty­zmu. Dziś rano prze­czy­tał w "Neue Freie Presse" arty­kuł o nęka­ją­cych uni­wer­sy­tety brac­twach stu­denc­kich, o mło­dzień­cach wpa­da­ją­cych do sal wykła­do­wych z okrzy­kiem "Żydzi wyno­cha" i zmu­sza­ją­cych Żydów do wyj­ścia, nawet siłą.

- Ja też jestem Żydem, Fräulein, więc muszę zapy­tać, czy pro­fe­sor Nie­tz­sche podziela poglądy swo­jej sio­stry?

- Wiem, że jest pan Żydem, Jenia mi powie­dział. Musi pan wie­dzieć, że dla Nie­tz­schego liczy się tylko prawda. On nie znosi kłam­stwa, jakim są uprze­dze­nia, wszyst­kie uprze­dze­nia. Wręcz nie znosi anty­se­mi­ty­zmu swo­jej sio­stry. Jest obu­rzony, że odwie­dza ją Ber­nard Förster, jeden z naj­bar­dziej zacie­kłych nie­miec­kich anty­se­mi­tów. Ta cała Eli­sa­beth...

Jej słowa pły­nęły teraz szyb­ciej, a ton głosu wzniósł się o oktawę. Było widać, że zdaje sobie sprawę z tego, że odcho­dzi od przy­go­to­wa­nej opo­wie­ści, ale nie umiała się powstrzy­mać.

- Eli­sa­beth jest straszna. Nazwała mnie pro­sty­tutką. Okła­mała Nie­tz­schego, powie­działa mu, że poka­zy­wa­łam wszyst­kim to zdję­cie i chwa­li­łam się, że Nie­tz­sche uwiel­bia smak mojego bicza. Ona zawsze kła­mie! To nie­bez­pieczna kobieta. Niech pan zapa­mięta moje słowa: pew­nego dnia wyrzą­dzi Nie­tz­schemu wielką krzywdę! - Mówiąc to, zaci­skała palce na opar­ciu fotela. Potem usia­dła i spo­koj­niej kon­ty­nu­owała: - Jak się pan domy­śla, te trzy tygo­dnie w Tau­ten­burgu z Nie­tz­schem i Eli­sa­beth nie były łatwe. Gdy prze­by­wa­łam z nim sam na sam, było wspa­niale. Odby­wa­li­śmy uro­cze spa­cery i pro­wa­dzi­li­śmy cudowne roz­mowy o wszyst­kim. Cza­sem zdro­wie pozwa­lało mu mówić przez dzie­sięć godzin bez prze­rwy! Zasta­na­wiam się, czy kie­dy­kol­wiek wcze­śniej zda­rzyła się mię­dzy dwoj­giem ludzi taka filo­zo­ficzna otwar­tość. Roz­ma­wia­li­śmy o rela­tyw­no­ści dobra i zła, o koniecz­no­ści wyzwo­le­nia się z publicz­nej moral­no­ści, by móc pro­wa­dzić praw­dzi­wie moralne życie, o reli­gii wol­no­my­śli­cieli. Słowa Nie­tz­schego były prawdą, rze­czy­wi­ście mie­li­śmy bliź­nia­cze umy­sły, rozumie­li­śmy się w pół słowa, w pół zda­nia, cza­sem wystar­czały nam same gesty. Ale ten raj nam znisz­czono, bo cały czas czu­łam na sobie jej wzrok, wie­dzia­łam, że ona nas pod­słu­chuje, prze­ina­cza nasze słowa, intry­guje.

- Dla­czego Eli­sa­beth panią oczer­nia?

- Bo wal­czy o swoje życie. Ona jest ogra­ni­czona, uboga duchowo. Nie znio­słaby, gdyby utra­ciła brata za sprawą innej kobiety. Zdaje sobie sprawę, że jedy­nie dzięki Nie­tz­schemu może być kimś waż­nym.

Zer­k­nęła naj­pierw na zega­rek, a potem na zamknięte drzwi.

- Oba­wiam się, że robi się późno, więc dalej opo­wiem w skró­cie. Mie­siąc temu wbrew sprze­ci­wom Eli­sa­beth Paul, Nie­tz­sche i ja spę­dzi­li­śmy w Lip­sku trzy tygo­dnie, była też z nami matka Paula. I znów pro­wa­dzi­li­śmy poważne filo­zo­ficzne dys­ku­sje, zwłasz­cza na temat roz­woju wiary reli­gij­nej. Roz­sta­li­śmy się zale­d­wie dwa tygo­dnie temu, Nie­tz­sche był wtedy prze­ko­nany, że wio­sną zamiesz­kamy we troje w Paryżu. Ale tak się nie sta­nie. Jego sio­stra nasta­wiła go prze­ciwko mnie, zatruła mu umysł. Ostat­nio Nie­tz­sche przy­syła mi listy pełne roz­pa­czy i nie­na­wi­ści do mnie i do Paula.

- A jak się sprawy mają obec­nie?

- Wszystko się roz­pa­dło. Paul i Nie­tz­sche są dla sie­bie wro­gami. Paul wścieka się za każ­dym razem, gdy czyta listy Nie­tz­schego do mnie albo gdy sły­szy, że żywię do Nie­tz­schego cie­płe uczu­cia.

- Paul czyta pani listy?

- Ow­szem, czemu nie? Nasza przy­jaźń jesz­cze się pogłę­biła. Przy­pusz­czam, że zawsze będziemy sobie bli­scy. Nie mamy przed sobą żad­nych tajem­nic, czy­tamy nawet swoje pamięt­niki. Paul bła­gał mnie, żebym zerwała z Nie­tz­schem, w końcu ule­głam. Napi­sa­łam do Nie­tz­schego, że zawsze będę cenić naszą przy­jaźń, ale ménage a trois już nam się nie uda. I że naro­sło zbyt wiele bólu, zbyt wiele szko­dli­wych wpły­wów się poja­wiło ze strony jego sio­stry, jego matki, narósł kon­flikt mię­dzy nim a Pau­lem.

- I jak on na to zare­ago­wał?

- Wście­kle! Prze­ra­ża­jąco! Pisze sza­lone listy, cza­sem zawie­ra­jące obe­lgi, cza­sem groźby, a cza­sem wpę­dza­jące w głę­boką roz­pacz. Pro­szę, niech pan spoj­rzy na te frag­menty. Dosta­łam je w zeszłym tygo­dniu.

Podała mu dwa listy, na któ­rych od razu widać było wzbu­rze­nie autora: nie­równe pismo, wie­lo­krot­nie pod­kre­ślane słowa, inne zastę­po­wane skró­tami. Breuer zer­k­nął na zakre­ślone aka­pity, ale nie mogąc z nich wiele odczy­tać, oddał jej kartki.

- Zapo­mnia­łam, że ma bar­dzo nie­czy­telne pismo - powie­działa. - Prze­czy­tam panu. Ten frag­ment jest skie­ro­wany do mnie i do Paula. "Nie pozwól­cie, żeby moje wybu­chy mega­lo­ma­nii czy zra­nio­nej próż­no­ści za bar­dzo was dotknęły. Nie będzie szcze­gól­nym powo­dem do zmar­twie­nia, jeśli któ­re­goś dnia pod wpły­wem gwał­tow­nych emo­cji odbiorę sobie życie. Czym są dla was moje fan­ta­zje! Dosze­dłem do tego roz­sąd­nego oglądu sytu­acji po tym, jak w roz­pa­czy przy­ją­łem potężną dozę opium..." - Lou Salomé prze­rwała. - To chyba wystar­czy, żeby się pan prze­ko­nał, jak wielka jest jego roz­pacz. Od kilku tygo­dni miesz­kam w majątku rodziny Paula, w Bawa­rii, więc cała poczta tam do mnie przy­cho­dzi. Paul nisz­czy jego naj­bar­dziej zja­dliwe listy, żeby oszczę­dzić mi bólu, ale ten aku­rat do mnie dotarł: "Gdy­bym cię teraz usu­nął ze swo­jego życia, byłoby to prze­ra­ża­ją­cym potę­pie­niem całej two­jej osoby. Skrzyw­dzi­łaś mnie, wyrzą­dzi­łaś zło, i to nie tylko mnie, ale też wszyst­kim, któ­rzy mnie kochali. Ten miecz będzie nad tobą wisiał". - Spoj­rzała na Breu­era. - Chyba teraz pan rozu­mie, dla­czego tak usil­nie nale­gam, żeby nie łączył pan ze mną swo­jej osoby?

Breuer zacią­gnął się głę­boko cyga­rem. Osoba Lou Salomé intry­go­wała go, dał się wcią­gnąć opo­wia­da­nej przez nią histo­rii, jed­nak czuł nie­po­kój. Czy anga­żo­wa­nie się w tę sprawę będzie roz­tropne? Co za dżun­gla! Co za pier­wotne, silne więzi: nie­święta trójca, zerwana przy­jaźń Paula i Nie­tz­schego, głę­boka rela­cja Nie­tz­schego i jego sio­stry. No i te zło­śli­wo­ści mię­dzy Lou Salomé i Eli­sa­beth. "Muszę uwa­żać, żeby nie tra­fił mnie jakiś pio­run", napo­mniał się w myślach. Roz­pacz­liwa miłość Nie­tz­schego do Lou, która zamie­niła się teraz w nie­na­wiść, gro­ziła naj­więk­szym wybu­chem. Ale było już za późno, żeby się wyco­fać. W Wene­cji pod­jął zobo­wią­za­nie, oznaj­mia­jąc bez­tro­sko, że ni­gdy nie odmó­wił porady żad­nemu cho­remu.

Odwró­cił się do Lou Salomé.

- Te listy pomo­gły mi zro­zu­mieć pani zanie­po­ko­je­nie, Fräulein. Podzie­lam tro­skę o pani przy­ja­ciela, jego rów­no­waga emo­cjo­nalna wydaje się mocno zachwiana, należy poważ­nie liczyć się z próbą samo­bój­stwa. Ale skoro ma pani tak nie­wielki wpływ na pro­fe­sora Nie­tz­schego, to jak go pani prze­kona, żeby się do mnie zgło­sił?

- Ow­szem, to jest pewna trud­ność. Długo się nad tym zasta­na­wia­łam. Nawet moje imię działa na niego jak tru­ci­zna, dla­tego muszę dzia­łać nie wprost. Co ozna­cza, że on się nie może ni­gdy, przeni­gdy dowie­dzieć, że umó­wi­łam się z panem na spo­tka­nie. Nie wolno panu o tym wspo­mnieć! Ale skoro już wiem, że zechce go pan przy­jąć...

Odsta­wiła fili­żankę i spoj­rzała na Breu­era z takim wycze­ki­wa­niem, że musiał szybko odpo­wie­dzieć:

- Ależ oczy­wi­ście. Tak jak powie­dzia­łem pani w Wene­cji, ni­gdy nie odmó­wi­łem pomocy cho­remu.

Sły­sząc to, Lou Salomé uśmiech­nęła się sze­roko. Musiała być do tej pory bar­dzo spięta, czego on jed­nak wcze­śniej nie zauwa­żył.

- Mając pań­skie zapew­nie­nie, dok­to­rze Breuer, mogę zacząć naszą kam­pa­nię dopro­wa­dze­nia Nie­tz­schego do pań­skiego gabi­netu, oczy­wi­ście nie zdra­dza­jąc w tym mojego udziału. Jego zacho­wa­nie jest tak dziwne, że wszy­scy jego przy­ja­ciele z pew­no­ścią są zanie­po­ko­jeni i chęt­nie udzielą nam pomocy. Wra­ca­jąc jutro do Ber­lina, zatrzy­mam się w Bazy­lei i przed­sta­wię nasz plan Fran­zowi Over­bec­kowi, wiel­kiemu przy­ja­cie­lowi Nie­tz­schego. Pań­ska repu­ta­cja zna­ko­mi­tego dia­gno­sty będzie bar­dzo przy­datna. Pro­fe­sor Over­beck z pew­no­ścią prze­kona Nie­tz­schego, żeby poszu­kał u pana porady. Jeśli mi się uda, od razu do pana napi­szę.

Szyb­kimi ruchami scho­wała listy do torebki, zawi­ro­wała długą spód­nicą z marsz­czo­nych fal­ban, zdjęła z kanapy swoją etolę i wycią­gnęła dło­nie do Breu­era.

- A zatem, drogi dok­to­rze...

Kiedy ujęła w obie dło­nie jego rękę, puls mu przy­spie­szył. "Nie bądź głup­cem", skar­cił się w myślach, ale chęt­nie pod­dał się cie­płu jej skóry. Miał ochotę powie­dzieć, że uwiel­bia jej dotyk. Być może sama to wie­działa, bo nie pusz­czała go i mówiła dalej:

- Mam nadzieję, że będziemy w tej spra­wie w czę­stym kon­tak­cie. Nie tylko z powodu moich uczuć do Nie­tz­schego i moich obaw, że mimo­wol­nie sta­łam się przy­czyną jego roz­pa­czy. Cho­dzi o coś jesz­cze. Liczę też na to, że zosta­niemy przy­ja­ciółmi. Jak pan zauwa­żył, mam wiele wad: jestem poryw­cza, nie­kon­wen­cjo­nalna, potra­fię pana zszo­ko­wać. Ale mam też mocne strony. Na przy­kład umiem dostrzec u męż­czy­zny szla­chet­ność ducha. A gdy udaje mi się takiego czło­wieka spo­tkać, to nie chcę go stra­cić. Będziemy do sie­bie pisać?

Puściła jego dłoń, pode­szła do drzwi i zatrzy­mała się gwał­tow­nie. Wyjęła z torebki dwa nie­wiel­kie tomiki.

- Była­bym zapo­mniała. Powi­nien pan mieć dwie naj­now­sze książki Nie­tz­schego, pozwolą panu zaj­rzeć w jego umysł. Ale on nie może wie­dzieć, że je pan czy­tał. To by wzbu­dziło w nim podej­rze­nia, bo sprze­dało się naprawdę nie­wiele egzem­pla­rzy.

Znowu dotknęła ramie­nia Bau­era.

- I jesz­cze jedno. Mimo nie­licz­nych czy­tel­ni­ków Nie­tz­sche jest pewien, że przy­szłość należy do niego. Dla­tego niech pan nikomu nie mówi, że mu pan pomaga. Gdyby pan to zro­bił, a on by się o tym dowie­dział, uznałby to za wielką zdradę. Anna O. też nie jest praw­dzi­wym imie­niem pana pacjentki, prawda? Nadał jej pan pseu­do­nim?

Breuer ski­nął głową.

- Niech pan zrobi to samo w przy­padku Nie­tz­schego. Auf Wie­der­se­hen, dok­to­rze. - Wycią­gnęła do niego rękę.

- Auf Wie­der­se­hen, Fräulein. - Breuer ukło­nił się i przy­ci­snął jej dłoń do ust.

Zamknąw­szy za nią drzwi, się­gnął po dwie cien­kie, obło­żone w papier książki i przed odło­że­niem ich na biurko zatrzy­mał wzrok na ich dziw­nych tytu­łach - Wie­dza rado­sna i Ludz­kie, arcy­ludz­kie. Sta­nął przy oknie, żeby po raz ostatni spoj­rzeć na Lou Salomé. Roz­ło­żyła para­sol, szybko zeszła po fron­to­wych schod­kach i nie oglą­da­jąc się za sie­bie, wsia­dła do cze­ka­ją­cej na nią dorożki.

ROZDZIAŁ 3

Breuer odwró­cił się od okna i potrzą­snął głową, żeby wyrzu­cić z umy­słu postać Lou Salomé. Szarp­nął za sznu­rek wiszący nad biur­kiem, co było sygna­łem dla Frau Bec­ker, że może już wpu­ścić pacjenta. Do gabi­netu wszedł nie­śmiało Herr Per­l­roth, przy­gar­biony orto­dok­syjny żyd z długą brodą.

Jak się oka­zało, pięć­dzie­siąt lat temu Herr Per­l­roth prze­szedł trau­ma­tyczne wycię­cie mig­dał­ków - pamięć tam­tego zabiegu była tak bole­sna, że do dzi­siaj ani razu nie był u leka­rza. Nawet teraz zwle­kał z wizytą, jed­nak "pilne oko­licz­no­ści zdro­wotne", jak to ujął, nie pozo­sta­wiły mu innego wyboru. Breuer od razu wyszedł ze swo­jej ofi­cjal­nej roli, wstał zza biurka i usiadł na fotelu obok pacjenta, tak jak przy Lou Salomé, żeby z nim swo­bod­niej poroz­ma­wiać. Gawę­dzili przez chwilę o ich wspól­nych korze­niach, o pogo­dzie, o nowej fali żydow­skich imi­gran­tów z Gali­cji, o anty­se­mi­ty­zmie Austriac­kiego Sto­wa­rzy­sze­nia Refor­ma­to­rów. Herr Per­l­roth, podob­nie jak nie­mal wszy­scy człon­ko­wie żydow­skiej gminy, znał i sza­no­wał ojca Breu­era, Leopolda, więc po chwili prze­niósł całą swoją ufność z ojca na syna.

- Czym więc mogę panu słu­żyć, Herr Per­l­roth? - spy­tał Breuer.

- Nie mogę oddać moczu, dok­to­rze. Przez cały dzień i przez całą noc cho­dzę do toa­lety, ale nic z tego nie wynika. Stoję i stoję, w końcu poja­wia się kilka kro­pli. A po dwu­dzie­stu minu­tach to samo. Znów idę do łazienki, ale...

Po kilku dodat­ko­wych pyta­niach Breuer był pewien, co jest przy­czyną dole­gli­wo­ści Herr Per­l­ro­tha. Gru­czoł kro­kowy zablo­ko­wał cewkę moczową. Pozo­sta­wała tylko jedna ważna kwe­stia: czy cho­dziło o łagodny prze­rost pro­staty, czy o nowo­twór. Breuer prze­pro­wa­dził bada­nie per rec­tum, ale nie wyczuł twar­dych jak kamień guz­ków rako­wych, a jedy­nie gąb­cza­ste obrzmie­nie.

Usły­szaw­szy dobrą wia­do­mość, Herr Per­l­roth uśmiech­nął się rado­śnie i aż poca­ło­wał Breu­era w rękę. Ale zaraz znowu spo­chmur­niał, gdy Breuer przed­sta­wił mu, jak zawsze w krze­piący i uspo­ka­ja­jący spo­sób, cze­ka­jące go nie­przy­jemne lecze­nie: do penisa będą wpro­wa­dzane coraz grub­sze meta­lowe pręty, tak zwane zgłęb­niki, co pozwoli posze­rzyć moczo­wody. Breuer nie wyko­ny­wał takich zabie­gów, więc skie­ro­wał pacjenta do swo­jego szwa­gra Maxa, który był uro­lo­giem.

Herr Per­l­roth wyszedł tuż po szó­stej. O tej porze Breuer odby­wał zwy­kle wie­czorne wizyty domowe. Spa­ko­wał nie­zbędne przy­rządy do swo­jej wiel­kiej torby lekar­skiej z czar­nej skóry, wło­żył pod­bite futrem palto, zało­żył cylin­der i wyszedł na ulicę, gdzie cze­kał już na niego dwu­konny powóz ze stan­gre­tem Fisch­man­nem na koźle. (Kiedy badał Per­l­rotha, Frau Bec­ker przy­wo­łała cze­ka­ją­cego na rogu ulicy Dien­st­manna - chło­paka na posyłki z czer­wo­nymi oczami i czer­wo­nym nosem. Mło­dzie­niec miał na sobie obszerną woj­skową kurtkę w kolo­rze khaki z epo­le­tami i przy­piętą ofi­cjalną pla­kietką oraz spi­cza­stą czapkę. Dała mu dzie­sięć kreu­ze­rów i kazała pobiec po Fisch­manna. Breuer, dużo bogat­szy niż więk­szość wie­deń­skich leka­rzy, wynaj­mo­wał fia­kra na cały rok).

Breuer jak zwy­kle podał Fisch­man­nowi kartkę z adre­sami pacjen­tów. Odby­wał domowe wizyty dwa razy dzien­nie. Wcze­śnie rano, zaraz po nie­wiel­kim śnia­da­niu zło­żo­nym z kawy i chru­pią­cej Kaiser­sem­mel, a potem po zakoń­cze­niu popo­łu­dnio­wych przy­jęć w gabi­ne­cie, tak jak teraz. Jak więk­szość wie­deń­skich inter­ni­stów odsy­łał pacjen­tów do szpi­tala tylko wów­czas, gdy nie było innego wyj­ścia. W domach ludzie nie tylko mieli lep­szą opiekę, ale także nie byli nara­żeni na roz­ma­ite cho­roby zakaźne, które czę­sto sza­lały w pań­stwo­wych szpi­talach.

W rezul­ta­cie Breuer czę­sto korzy­stał ze swo­jego powozu, który nie­mal zamie­nił się w ruchomy gabi­net, dobrze zaopa­trzony w naj­now­sze pisma medyczne i prace źró­dłowe. Kilka tygo­dni temu zapro­sił zaprzy­jaź­nio­nego mło­dego leka­rza, Sig­munda Freuda, by towa­rzy­szył mu przez cały dzień. I to był chyba błąd! Freud od jakie­goś czasu zasta­na­wiał się nad wybo­rem spe­cja­li­za­cji, a ten dzień mógł go sku­tecz­nie znie­chę­cić do interny. Bo, jak wyni­kało z jego obli­czeń, Breuer spę­dził w powo­zie całe sześć godzin!

Dziś jego dzień pracy skoń­czył się po wizy­tach u sied­miu pacjen­tów, z któ­rych trzech było poważ­nie cho­rych. Fisch­mann skrę­cił w kie­runku Café Grien­ste­idl. Breuer zazwy­czaj wypi­jał tam wie­czorną kawę w gro­nie leka­rzy i uczo­nych, któ­rzy od pięt­na­stu lat spo­ty­kali się przy tym samym sto­liku zare­zer­wo­wa­nym dla nich w naj­ład­niej­szej czę­ści sali.

Jed­nak dziś Breuer zmie­nił zda­nie.

- Fisch­mann, zawieź mnie do domu. Jestem zbyt zmę­czony i prze­mok­nięty na cho­dze­nie do kawiarni.

Oparł głowę na czar­nym skó­rza­nym sie­dze­niu i zamknął oczy. Ten męczący dzień źle się zaczął: Breuer wybu­dził się z jakie­goś kosz­maru o czwar­tej nad ranem i potem nie umiał już zasnąć. Ranek i przed­po­łu­dnie miał wypeł­nione zaję­ciami, naj­pierw dzie­sięć wizyt domo­wych, a potem dzie­wię­ciu zapi­sa­nych pacjen­tów. Po połu­dniu znów przyj­mo­wał cho­rych, a wresz­cie odbył intry­gu­jącą, choć wyczer­pu­jącą roz­mowę z Lou Salomé.

Nawet teraz jego umysł nie nale­żał do niego. Krą­żyły w nim pod­stępne, pozor­nie nie­winne fan­ta­zje o Ber­cie: Breuer trzyma ją za rękę, idą razem w cie­płym słońcu z dala od zale­ga­ją­cego Wie­deń sza­rego śnie­go­wego błota. Jed­nak zaraz potem wdarły się w to obrazy psu­jące siel­ski nastrój: zruj­no­wane mał­żeń­stwo i opusz­czone dzieci, cena za jego nowe życie z Ber­thą w Ame­ryce. Te myśli drę­czyły go bole­śnie. Nie­na­wi­dził ich, pozba­wiały go spo­koju ducha, były obce, nie­chciane, nie­zisz­czalne. A mimo to chęt­nie je przyj­mo­wał, bo cał­ko­wite wyru­go­wa­nie Ber­thy z umy­słu wyda­wało mu się nie do pomy­śle­nia.

Powóz prze­je­chał z hur­ko­tem po drew­nia­nym moście prze­rzu­co­nym nad rzeką Wien. Breuer patrzył na prze­chod­niów wra­ca­ją­cych pospiesz­nie z pracy, głów­nie męż­czyzn. Każdy z nich chro­nił się pod czar­nym para­so­lem i miał na sobie to samo co on: ciemne, pod­bite futrem palto, białe ręka­wiczki i czarny cylin­der. Zatrzy­mał wzrok na zna­jo­mej syl­wetce. Niski męż­czyzna bez nakry­cia głowy ze schlud­nie przy­cię­tym zaro­stem wyprze­dzał innych szyb­kim kro­kiem. Co za tempo! Roz­po­znałby ten chód wszę­dzie. Wiele razy pró­bo­wał nadą­żyć w pod­wie­deń­skich lasach za tymi sil­nymi nogami, które zatrzy­my­wały się jedy­nie wtedy, gdy widać było Her­ren­pilze - rosnące pod jodłami duże, aro­ma­tyczne grzyby.

Breuer naka­zał Fisch­man­nowi zwol­nić i otwo­rzył okno.

- Dokąd tak pędzisz, Sig?! - zawo­łał.

Jego młody przy­ja­ciel, ubrany w pro­sty, ale porządny nie­bie­ski płaszcz, zło­żył para­sol, odwró­cił się w stronę powozu i roz­po­znaw­szy Breu­era, uśmiech­nął się sze­roko.

- Idę na Bäckerstrasse sie­dem - odparł. - Pewna cza­ru­jąca dama zapro­siła mnie na kola­cję.

- No to mam dla cie­bie przy­krą wia­do­mość. - Breuer zaśmiał się. - Jej cza­ru­jący mąż jest wła­śnie w dro­dze do domu. Wsia­daj, Sig, poje­dziemy razem. Skoń­czy­łem pracę na dziś, jestem za bar­dzo zmę­czony na kawę w Grien­ste­idl. Zdą­żymy poroz­ma­wiać przed kola­cją.

Freud otrze­pał para­sol z wody, strzep­nął z butów błoto i wsiadł do powozu. Było już ciemno, paląca się w środku świeczka rzu­cała wię­cej cieni, niż dawała świa­tła. Przez chwilę Freud przy­glą­dał się uważ­nie twa­rzy przy­ja­ciela.

- Wyglą­dasz na zmę­czo­nego, Jose­fie. Mia­łeś ciężki dzień?

- Bar­dzo. Zaczął się i zakoń­czył wizytą u Adolfa Fie­fera. Znasz go?

- Nie, ale czy­ta­łem kilka jego arty­ku­łów w "Neue Freie Presse". Świetne pióro.

- Bawi­li­śmy się razem w dzie­ciń­stwie. Razem cho­dzi­li­śmy co dzień do szkoły. Jest moim pacjen­tem od samego początku mojej prak­tyki. Trzy mie­siące temu zdia­gno­zo­wa­łem u niego raka wątroby. Roz­prze­strze­niał się jak pożar, a teraz roz­wi­nęła się żół­taczka zapo­rowa. Wiesz, jakie będzie następne sta­dium?

- No cóż, jeśli doj­dzie do zastoju w prze­wo­dzie żół­cio­wym wspól­nym, to żółć będzie się prze­do­sta­wać do układu krwio­no­śnego, aż w końcu nastąpi zgon z powodu zatru­cia tok­sy­nami. Ale wcze­śniej pacjent zapad­nie w śpiączkę wątro­bową, prawda?

- Dokład­nie. To się może wyda­rzyć każ­dego dnia. Ale nie mogę mu tego powie­dzieć. Uśmie­cham się z nie­szczerą nadzieją, mimo że wolał­bym się z nim szcze­rze poże­gnać. Ni­gdy nie pogo­dzę się z tym, że moi pacjenci umie­rają.

- I oby żaden z nas nie umiał się z tym pogo­dzić- wes­tchnął Freud. - Nadzieja jest klu­czowa, a kto, jeśli nie my, miałby ją pod­trzy­my­wać? To jest naj­trud­niej­sze w byciu leka­rzem. Cza­sem mam obawy, czy podo­łam temu zada­niu. Śmierć jest potężna. A nasze moż­li­wo­ści dzia­ła­nia żało­sne, zwłasz­cza w neu­ro­lo­gii. Dzięki Bogu, ten przy­dział już mi się koń­czy. Ta ich obse­sja na punk­cie loka­li­za­cji cho­roby jest wprost obrzy­dliwa. Szkoda, że nie sły­sza­łeś dziś West­phala i Mey­era, jak spie­rali się co do pre­cy­zyj­nego umiej­sco­wie­nia nowo­tworu w mózgu, i to w obec­no­ści pacjenta! A prze­cież - zawie­sił na chwilę głos - nie mnie to mówić. Zale­d­wie pół roku temu, kiedy pra­co­wa­łem w labo­ra­to­rium neu­ro­pa­to­lo­gii, ucie­szy­łem się z dostar­cze­nia mózgu malut­kiego dziecka, bo mogłem wtedy try­um­fal­nie okre­ślić dokładne poło­że­nie pato­lo­gicz­nych zmian! Może robię się cyniczny, ale nabie­ram coraz więk­szego prze­ko­na­nia, że nasze dys­puty na temat loka­li­za­cji lezji mają prze­sło­nić prawdę: że nasi pacjenci umie­rają, a my, leka­rze, jeste­śmy bez­silni.

- Całe nie­szczę­ście polega na tym, że stu­denci takich leka­rzy jak West­phal ni­gdy się nie dowie­dzą, jak mogą ofia­ro­wać pocie­chę umie­ra­ją­cym.

Przez dłuż­szą chwilę jechali w mil­cze­niu, dorożka aż koły­sała się w gwał­tow­nych podmu­chach wia­tru. Deszcz przy­brał na sile i mocno walił w dach powozu. Breuer chciał udzie­lić swo­jemu mło­demu przy­ja­cie­lowi pew­nej rady, ale zna­jąc wraż­li­wość Freuda, zawa­hał się, pró­bu­jąc odpo­wied­nio dobrać słowa.

- Muszę ci coś powie­dzieć - zaczął. - Rozu­miem, że jesteś sfru­stro­wany koniecz­no­ścią roz­po­czę­cia prak­tyki lekar­skiej. Pew­nie uwa­żasz to za klę­skę, ska­za­nie na gor­szy los. Wczo­raj w kawiarni nie­chcący usły­sza­łem, jak kry­ty­ko­wa­łeś Brückego, że nie zgo­dził się na twój awans i pora­dził ci, byś porzu­cił ambi­cje zro­bie­nia uni­wer­sy­tec­kiej kariery. Ale nie miej do niego pre­ten­sji! Wiem, że on ma o tobie bar­dzo dobrą opi­nię. Na wła­sne uszy sły­sza­łem, jak powie­dział, że nie miał lep­szego stu­denta niż ty.

- Więc dla­czego nie chciał mnie awan­so­wać?

- Awan­so­wać na co? Na sta­no­wi­sko Exnera albo Fle­ischla, jeśli któ­ryś z nich je kie­dy­kol­wiek opu­ści? Za sto gul­de­nów rocz­nie? Brücke ma rację w kwe­stii pie­nię­dzy. Praca badaw­cza jest tylko dla boga­tych. Z takiego sty­pen­dium nie da się wyżyć. A jak miał­byś utrzy­mać swo­ich rodzi­ców? I musiał­byś na wiele lat zre­zy­gno­wać z mał­żeń­skich pla­nów. Może Brücke nie ujął tego tak­tow­nie, ale miał rację, mówiąc, że twoją jedyną szansą na pracę naukową jest żona z dużym posa­giem. Gdy pół roku temu oświad­czy­łeś się Mar­cie, wie­dzia­łeś, że ona nie wnie­sie żad­nego posagu. Ty sam przy­pie­czę­to­wa­łeś swój los, a nie Brücke.

Freud przy­mknął na chwilę oczy.

- Twoje słowa mnie ranią - powie­dział w końcu. - Od początku wie­dzia­łem, że nie lubisz Mar­thy.

Breuer zda­wał sobie sprawę, że Freu­dowi musi być trudno tak szcze­rze z nim roz­ma­wiać - z czło­wie­kiem o szes­na­ście lat star­szym, nie tylko przy­ja­cie­lem, ale także men­to­rem, ojcem, star­szym bra­tem. Dotknął lekko jego ramie­nia.

- To nie­prawda, Sig. Ja tylko uwa­żam, że stało się to w nie­wła­ści­wym cza­sie. Po pro­stu mając przed sobą aż tyle lat cięż­kiej nauki, nie powi­nie­neś był brać na sie­bie kolej­nego obo­wiązku, jakim jest mał­żeń­stwo. Ale mamy o Mar­cie takie samo zda­nie. Widzia­łem ją tylko raz, na przy­ję­ciu wyda­nym przed wyjaz­dem jej rodziny do Ham­burga, i od razu ją polu­bi­łem. Przy­po­mina mi Mathilde, kiedy była w tym samym wieku.

- Nic dziw­nego. - Głos Freuda zła­god­niał. - Twoja żona była dla mnie wzo­rem. Od kiedy ją pozna­łem, szu­ka­łem żony podob­nej do niej. Powiedz mi prawdę, Jose­fie, gdyby Mathilde była biedna, też byś się z nią oże­nił?

- Prawda jest taka, i pew­nie nie spodoba ci się moja odpo­wiedź, bo to było czter­na­ście lat temu, a świat się zmie­nił, ale wtedy zro­bił­bym to, co kazałby mi ojciec.

Freud wyjął w mil­cze­niu jedno ze swo­ich tanich cygar, poczę­sto­wał nim Breu­era, a ten jak zwy­kle odmó­wił.

- Dosko­nale wiem, co czu­jesz - cią­gnął Breuer, gdy Freud przy­pa­lił sobie cygaro. - Jesteś taki sam jak ja dzie­sięć, dwa­na­ście lat temu. Kiedy Oppol­zer, mój szef, zmarł nagle na tyfus, moja kariera naukowa zakoń­czyła się rów­nie gwał­tow­nie i bez­względ­nie jak twoja. Ja też uwa­ża­łem, że się świet­nie zapo­wia­dam. Liczy­łem, że zajmę jego miej­sce. Uwa­ża­łem, że tak powinno być. Wszy­scy to wie­dzieli. Ale zamiast mnie wybrano goja. I tak jak ty musia­łem się z tym pogo­dzić.

- W takim razie rozu­miesz, że czuję się prze­grany. To nie­spra­wie­dliwe! Pomyśl tylko, sze­fem kate­dry medy­cyny jest ten pro­stak Nor­th­na­gel. A Mey­nert, szef kate­dry psy­chia­trii? Czy ja jestem od nich gor­szy? Na pewno był­bym w sta­nie doko­nać wiel­kich odkryć!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki