Kiedyś po ciebie wrócę - Agata Czykierda-Grabowska

Kup ebooka

25.00 zł
20.75 zł (21,25 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

I'll come back for you. Back so­me­day for you...Za­chryp­nięty głos Maxa Schne­idera po­pły­nął z mo­jego iPoda, gdy wpa­try­wa­łam się w nie­prze­nik­nioną ciem­ność za oknem po­ciągu. Sama nie wie­dzia­łam, dla­czego wciąż trzy­ma­łam tę pio­senkę na play­li­ście. A ra­czej sama przed sobą nie chcia­łam przy­znać, dla­czego wra­ca­łam do niej raz po raz. Dla­czego słu­cha­łam jej przed za­śnię­ciem i dla­czego od­twa­rza­łam ją na­tych­miast po prze­bu­dze­niu. Lu­bi­łam jed­nak uda­wać, że to czy­sty przy­pa­dek, że po pro­stu wciąż wy­ska­kuje po­mię­dzy ty­sią­cami in­nych utwo­rów, które mia­łam na li­ście.

Za­nim po­ciąg do­tarł do celu, Max Schne­ider jesz­cze dwu­krot­nie roz­brzmiał w mo­ich uszach. Do­cho­dziła pół­noc, gdy tasz­cząc po­dróżną torbę na kół­kach i dwa tu­ry­styczne ple­caki, wy­sia­dłam z po­ciągu. Gdyby nie je­den ze współ­pa­sa­że­rów, nie zdo­ła­ła­bym za­pa­ko­wać się do wa­gonu ani z niego wy­do­stać. Nie mia­łam jed­nak wyj­ścia, mu­sia­łam na czas wa­ka­cji za­brać cały swój do­by­tek z aka­de­mika. Niby nie było tego znowu tak dużo, ale na po­dróż po­cią­giem aż nadto.

Tato cze­kał już na pe­ro­nie i od razu pod­biegł, żeby mnie uści­skać. Na jego ustach wy­kwitł stę­sk­niony uśmiech. Nie wi­dzie­li­śmy się pra­wie dzie­sięć mie­sięcy. Po­czu­łam ol­brzy­mie wy­rzuty su­mie­nia, bo to ja za­de­cy­do­wa­łam o na­szym roz­sta­niu. Ja mo­głam uciec i się scho­wać, oni nie mieli ta­kiego kom­fortu. Mu­sieli każ­dego dnia prze­ży­wać wszystko od nowa.

Przy­tu­li­łam się do taty i wdy­cha­łam za­pach zna­jo­mej wody ko­loń­skiej. Od­su­nę­łam się i przyj­rza­łam mu się uważ­nie. Przez ten rok po­sta­rzał się o do­brych dzie­sięć lat. Włosy na jego skro­niach były przy­pró­szone si­wi­zną, tak samo jak gę­sta grzywka i pa­sma za uszami. Zmarszczki wo­kół oczu i ust były głęb­sze i wy­raź­niej­sze. Schudł.

Ści­snęło mi się serce.

- Ślicz­nie wy­glą­dasz - stwier­dził, przy­glą­da­jąc mi się przez dłuż­szą chwilę. - Le­piej za­bierzmy torby, bo za­raz się ktoś nimi za­in­te­re­suje - do­dał, zer­ka­jąc za moje plecy.

- Chyba masz ra­cję. - Uśmiech­nę­łam się nie­mrawo.

Za­nie­śli­śmy ba­gaże na par­king, gdzie cze­kał gra­na­towy golf, który był w na­szej ro­dzi­nie od kilku do­brych lat.

Gdy ru­szy­li­śmy, po­sta­no­wi­łam wy­du­sić z sie­bie naj­waż­niej­sze py­ta­nie:

- Jak mama?

Nie chcia­łam po­zna­wać od­po­wie­dzi, a jed­no­cze­śnie mu­sia­łam to wie­dzieć.

Tato wes­tchnął, a w moim gar­dle po­ja­wiła się gula.

- Po le­kach tro­chę le­piej, a le­karz mówi, że po­winno być jesz­cze le­piej. - Zer­k­nął na mnie i spró­bo­wał się uśmiech­nąć, ale bez po­wo­dze­nia. Szybko od­wró­cił głowę i sku­pił się na dro­dze.

Gdy za­trzy­ma­li­śmy się przed blo­kiem, spoj­rza­łam w górę. Tylko w jed­nym oknie na trze­cim pię­trze pa­liło się blade świa­tło, w po­koju na­le­żą­cym do Ani. Tato także to za­uwa­żył i uciekł spoj­rze­niem.

- Wie­czo­rami za­sy­pia w jej po­koju. - Z tru­dem prze­łknął ślinę. - To ją uspo­kaja.

Wąt­pi­łam w to. Nie od­wa­ży­ła­bym się jej tego po­wie­dzieć, ale moim zda­niem tylko roz­dra­py­wała rany. Tę­sk­ni­łam za mamą, lecz ba­łam się spo­tka­nia z nią. Ba­łam się zde­rze­nia z jej cier­pie­niem, bo sama le­d­wie da­wa­łam so­bie radę z wła­snym. Mimo wszystko ja po­win­nam być sil­niej­sza, bo stra­ci­łam tylko sio­strę. Ona stra­ciła córkę.

Nie­znacz­nie ski­nę­łam głową i wy­cią­gnę­łam z ba­gaż­nika torbę. Gdy prze­kro­czy­łam próg miesz­ka­nia, w któ­rym się uro­dzi­łam (do­słow­nie, mama nie zdą­żyła na po­ro­dówkę) i wy­cho­wa­łam, za­ata­ko­wał mnie zna­jomy za­pach, za­wsze ko­ja­rzący mi się z bez­pie­czeń­stwem. To był mój dom, miej­sce, do któ­rego wra­ca­łam my­ślami i wspo­mnie­niami w trud­nych chwi­lach. Było tak aż do ze­szłego lata. Od tam­tego strasz­nego dnia ko­ja­rzył mi się tylko z bó­lem, jakby Ania za­brała ze sobą wszystko, co było w nim do­bre. Za­brała ze sobą wszystko.

Tato po­sta­wił ostatni ba­gaż w przed­po­koju i zrzu­cił buty. Ostroż­nie otwo­rzył drzwi do po­koju Ani i wsu­nął głowę do środka. Spoj­rza­łam po­nad jego ra­mie­niem i przez chwilę wy­da­wało mi się, że wi­dzę moją sio­strę, ale szybko oprzy­tom­nia­łam. To nie była ona. To mama usnęła na jej łóżku, mocno przy­ci­ska­jąc do piersi na­rzutę, którą było przy­kryte. Tato zro­bił gest, jakby chciał wejść, jed­nak chwy­ci­łam go za rękę.

- Niech śpi. Zo­ba­czę się z nią rano - szep­nę­łam.

Sen to do­bra rzecz. Na mo­ment po­zwa­lał o wszyst­kim za­po­mnieć, a w nie­któ­rych przy­pad­kach, gdy miało się wy­jąt­kowe szczę­ście, wskrze­szał zmar­łych i od­naj­dy­wał za­gi­nio­nych. Tylko na chwilę i tylko na swo­ich wa­run­kach, ale kiedy nie masz wy­boru, z wdzięcz­no­ścią przyj­mu­jesz każdy sce­na­riusz. Mia­łam na­dzieję, że ma­mie przy­niósł wy­tchnie­nie.

Po­de­szłam do niej na pal­cach, sta­ra­jąc się nie roz­glą­dać do­okoła. Na­chy­li­łam się nad sku­loną po­sta­cią i uca­ło­wa­łam chłodny po­li­czek. Przy­kry­łam ją na­rzutą, zga­si­łam świa­tło i wy­szłam z po­koju.

Tato od­grzał mi tro­chę gu­la­szu wo­ło­wego i zro­bił her­batę. Gdy ja­dłam, cały czas mi się przy­glą­dał, jakby nie mógł uwie­rzyć, że tu je­stem. Mu­sia­łam przy­znać sama przed sobą, że i mnie było trudno w to uwie­rzyć. Roz­glą­da­łam się dys­kret­nie po kuchni. Za­uwa­ży­łam, że pa­nuje w niej ste­rylna czy­stość. Coś, co dla po­stron­nego ob­ser­wa­tora świad­czyło je­dy­nie o po­rząd­nic­kiej na­tu­rze któ­re­goś z do­mow­ni­ków, dla mnie za­wsze było bar­dzo nie­po­ko­jące. Mama, po­mimo za­pew­nień taty, nie czuła się naj­le­piej. Jej spo­so­bem na stres było ob­se­syjne sprzą­ta­nie. Wy­ją­tek sta­no­wiły te dni za­raz po znik­nię­ciu Ani. Wtedy mama po­pa­dła w odrę­twie­nie. Nie ja­dła, nie piła, nie myła się. Nie była zdolna do funk­cjo­no­wa­nia. Wy­rzu­ci­łam z głowy tam­ten prze­ra­ża­jący ob­raz.

Może jed­nak sprzą­ta­nie to nie był taki zły znak.

Po ko­la­cji wzię­łam szybki prysz­nic, po­wie­dzia­łam ta­cie do­bra­noc i za­szy­łam się w swoim daw­nym po­koju. Kiedy usły­sza­łam, jak za­mknął za sobą drzwi do po­koju Ani (na pewno żeby po­ło­żyć się obok mamy), zde­cy­do­wa­łam się wy­cią­gnąć wy­druk ma­ila od nie­zna­nego nadawcy. Zro­bi­łam wszystko, żeby zi­den­ty­fi­ko­wać osobę, która przed dwoma ty­go­dniami przy­słała mi wia­do­mość o tre­ści: "WRÓĆ DO DOMU. SIO­STRA NA CIE­BIE CZEKA".

Oczy­wi­ście od­pi­sa­łam nie­mal na­tych­miast, ale do­sta­łam in­for­ma­cję zwrotną, że konto o ta­kim ad­re­sie nie ist­nieje. Za­pewne ktoś je usu­nął za­raz po tym, jak do mnie na­pi­sał.

W pierw­szej chwili, gdy od­czy­ta­łam mail od nie­zna­jo­my­234, po­my­śla­łam, że to ja­kiś żart. Już dawno się prze­ko­na­łam, że dla nie­któ­rych gów­nia­rzy dow­cip­ko­wa­nie z ludz­kiego cier­pie­nia było czymś zu­peł­nie ak­cep­to­wal­nym, wręcz sta­wia­ją­cym ten ro­dzaj czar­nego hu­moru po­nad inny. Długo nad tym my­śla­łam i do­szłam do wnio­sku, że to nie mógł być żart, bo co jest śmiesz­nego w sa­mej tre­ści, gdy nie można po­znać re­ak­cji od­biorcy? A prze­cież nie można jej po­znać, skoro usu­nęło się konto.

Wtedy za­de­cy­do­wa­łam, że czas zro­bić krok, któ­rego tak bar­dzo się ba­łam. Po­sta­no­wi­łam wró­cić na wa­ka­cje do domu. By­łam to winna jej. By­łam to winna ro­dzi­com. Ta de­cy­zja po­cią­gnęła za sobą mnó­stwo in­nych, po­mniej­szych zmian w mo­ich pla­nach, mię­dzy in­nymi re­zy­gna­cję z wa­ka­cyj­nej pracy i wstrzy­ma­nie prze­pro­wadzki z aka­de­mika do wy­na­ję­tego miesz­ka­nia. Po­my­śla­łam, że mogę po­cze­kać z szu­ka­niem lo­kum do końca wa­ka­cji. W ciągu kilku dni spa­ko­wa­łam się, wsia­dłam do po­ciągu i oto je­stem.

Scho­wa­łam wy­druk do jed­nej z ksią­żek, którą po­sta­wi­łam na półce obok swo­ich li­ce­al­nych pod­ręcz­ni­ków. Zga­si­łam świa­tło i wsko­czy­łam do łóżka. Włą­czy­łam iPoda. Za­chryp­nięty głos Maxa Schne­idera prze­nik­nął mnie na wskroś. Kie­dyś po cie­bie wrócę. Być może dzi­siaj ją zo­ba­czę. Być może dzi­siej­szej nocy sen po­może mi ją od­na­leźć.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki