Zbuduję most z naszych imion. Popędzę wiersze na pastwiska chwili, słowom rozdam horyzont, niech roznoszą treści. Jedność przywrócę porwanym duszy żaglom.
Matka... Tata mówił na nią "Krychna". Denerwowała się bardzo.
- Nie możesz powiedzieć po prostu "Krysia"?
Ale on wciąż mówił "Krychna", zwłaszcza gdy chciał jej dokuczyć. Albo gdy się kłócili. Nie robili tego często. Przynajmniej na początku. Jeszcze wtedy spali razem.
Potem, gdy już byłam nieco starsza, tata przeprowadził się do pokoju obok, a ja zajęłam jego miejsce, osierocając dziecięce kremowe łóżeczko z wyłamanym szczebelkiem.
Którejś nocy obudziły mnie kroki matki. Wstała do łazienki. Usłyszałam skrzypienie drzwi i przytłumione odgłosy.
- Krysia, chodź do mnie na chwilę...
- Daj spokój, Zygmunt.
- Proszę, na chwilę. Nie mogę już wytrzymać.
- Zostaw mnie, nie będę z tobą spać. Brzydzę się.
- To się tylko położysz, a ja cię chociaż pogłaszczę po włoskach.
- Już późno. Rano do pracy.
Jakiś ruch, szelest. Znów głos taty.
- Tęsknię, daj mi...
- Ale ty wciąż sapiesz. Nie mogę tego znieść. I jeszcze gadasz: "Poczekaj, tylko odpocznę"! - Matka chłostała nocną ciszę zbyt ostrym szeptem.
Trzaśnięcie drzwi. Powrót matki do łóżka. Udawałam, że śpię. Nauczyłam się nawet równomiernego posapywania. To była moja forma przetrwalnikowa. Zwinięta w embrion, budowałam w sobie lepszy świat.
Ta rozmowa... Była po prostu czułą wymianą zdań między moimi rodzicami.
Tato... Myślami jestem przy tobie... Musisz wyzdrowieć... Chciałabym ci opowiedzieć o moim życiu. Wiem, że mnie zrozumiesz. A ty... Czy zdążyłeś powiedzieć mi wszystko? Mam przeczucie, że twoje milczenie jest dowodem na galopadę myśli.
Dochodzi dwudziesta trzecia. Zwykle o tej porze już śpię. Moja wieś na pewno zastyga szarym przedwieczorem, nawet koty i psy leniwieją. Jestem daleko od siebie. Kiedyś to podwarszawskie miasto było moim gniazdem. Lubiłam jego ruchliwość ulic, gwar środowych targów. Wartkość rzeki, rozciągniętej w łagodnym korycie. Żółty piasek brzegu. Mówiło się: idziemy nad Bug.
W parku nad Bugiem wypiłam swoje pierwsze wino. Zwyczajnie, z tak zwanego gwinta. Pamiętam, że było jabłkowe. Staliśmy z tą butelką bezradnie, jak z lampą Aladyna bez instrukcji.
- Kto otworzy? - rzucił kolega.
Ktoś miał nożyk. Wydłubał z trudem plastikowy korek.
Płyn miał bursztynowy kolor i cierpki smak.
"Skoro ty pijesz, to i ja mogę" - myślałam, przełykając szybko.
Zawsze o nim myślałam. Moje życie było jak permanentny list myśli, pisany do taty.
Oparłam czoło o szybę. W hotelowym pokoju wspomniałam tamto wino nad Bugiem - niemą deklarację mojego buntu. Dziś, gdy już jestem dorosła, buntuję się inaczej. Patrzę na światło latarń i deszcz, złączone w złotych smugach. Ta pozłacana wilgoć kapie na mnie, drążąc w myślach trwałe korytarze. Niepodległy upór kropli wody.
Płakałam listopadem i dzieciństwem. To wszystko moja wina.
Imieniny taty. Miałam chyba cztery lata. Siedziałam pod stołem i z tej perspektywy obserwowałam świat. Przede mną były nogi gości. Pan Zenek, który potem będzie pędził z tatą bimber, miał długie nogi w ciemnych spodniach, zakończone prążkowanymi skarpetkami. Na dużym palcu lewej stopy świeciła dziura. Skarpetki pana Zenka śmierdziały potem. Zatykałam nos, gdy siedziałam przy nim.
Pani Schola była wysoka i postawna. Nosiła stylonowe pończochy, przypięte żabkami do pasa. Jedna żabka była luźniejsza i pani Schola wciąż sięgała ręką pod spódnicę i poprawiała ją. Od pani Scholi czuć było zapach stylonu i spoconych ud. Były bardzo grube i wciąż się zacierały. Pani Schola mówiła o tym nawet przy stole.
Pan Kazik nosił stare dżinsy i skarpetki frotté. Nie wydzielał żadnego zapachu, ale stopą trącał czasem panią Scholę. Ona odwzajemniała mu się gestem ręki. Kładła mu ją na rozporku. Ich stopy i dłonie trwały pod tym stołem w wiecznym tańcu miłości.
Były jeszcze nogi taty. Chude i bez włosów. Zgrabne i długie nogi matki rzadko kiedy siedziały w miejscu. Wciąż biegały do kuchni i z powrotem. Dzięki temu miałam otwartą przestrzeń i w każdej chwili mogłam wyjść spod stołu, bez przepychania się między obcymi łydkami. Gdybym tylko chciała. Ale nie robiłam tego. Tam na dole mogłam bezkarnie podsłuchiwać, o czym mówią dorośli.
- Stary, podaj "miśka" z kredensu.
To matka.
Skoro czas na "miśka", to znaczy, że skończyła się wódka nasza i gości.
"Misiek" był foliową figurką kryjąca we wnętrzu butelkę. Radosny wymysł komunistycznej estetyki. "Misiek" szeleścił jak papierek po cukierku. Rodzice nie pozwalali mi się nim bawić, bo mogłam coś zepsuć. Był więc poza moim zasięgiem. Stał dumnie za szybą i patrzył czarnymi guzikami oczu.
Gdy szedł na stół, znaczyło, że impreza się kończy. W jego wnętrzu stała bowiem wódka ostatniej szansy. Żelazny zapas dla niedopitych.
- Ty, Kryśka, a czemu ty nie chcesz spać z Zygmuntem, co? - Głos pana Kazika, rozochoconego ręką pani Scholi.
- Bo ma fiutka jak gęsią szyję.
To siedzenie pod stołem było "zerówką" mojego życia. Kiedy imieninowi goście wychodzili, bo zapas w "miśku" się skończył, zostawałam w pokoju sama. Wychodziłam spod stołu i zlewałam resztki ze wszystkich kieliszków do tego, z którego pił tata. Potem wypijałam zawartość duszkiem, jak dorośli, krzywiąc się przy tym i stękając. Oni tak robili, widziałam to. Na koniec zagryzałam kawałkiem zeschłej kiełbasy.
"Tatusiu, będę kiedyś taka jak ty" - mruczałam dziecinnie, tuląc się do mojego pluszowego miśka, w którego wnętrzu nie było butelki, a trociny.
Pierwsza klasa życia zaczęła się chyba wtedy, gdy zostaliśmy już z tatą sami.
Matka po prostu wyjechała. Najpierw wystawiła te pękate walizki na klatkę schodową, a ja patrzyłam na to, nic nie rozumiejąc. Potem przyszedł jakiś pan i je zabrał. Pocałowała mnie. Chyba miała łzy w oczach.
Nie płakałam. Byłam zdezorientowana. Przecież niczego złego nie robiłam! Nie niszczyłam zabawek ani ubrań. Siedziałam zwykle w kąciku między kredensem a szafą i bawiłam się miśkiem lub szmacianą lalką. Albo rysowałam kredkami przy kuchennym stole. Nie mówiłam brzydkich słów, bo nawet ich nie znałam. Może poza tym fiutkiem, ale to ona powiedziała, nie ja. Ja się tylko nauczyłam. Dzieci biorą przecież przykład z dorosłych.
Więc dlaczego wyjechała? Co ja teraz powiem Agnieszce?
- Pojechała do pracy do Włoch. Mieszka tam znajoma pani Scholi. Nie płacz, mama będzie wysyłała nam paczki.
Nigdy więcej nie powiedziałam na nią "mama". Potem już tylko "matka" albo "ona". Nie chciałam jej łaskawych paczek. To był bunt, bo byłam jeszcze za mała na nienawiść.
Krótkie piknięcie. SMS. Telefon na chwilę zajaśniał jak meteoryt. Po chwili zgasł. Wyciągnęłam rękę w jego kierunku.
"Przylatuję jutro w południe. Z Warszawy przywiezie mnie Andrea. Addio! K.". To matka. Zostało mi zaledwie dwanaście godzin i trzydzieści minut, by uspokoić serce.
Mam czterdzieści trzy lata. Już się nie buntuję. Czy teraz jestem w sam raz na nienawiść?
Gdy jeszcze była z nami, miałam dom. Kaleki, przecięty cięciwą samotności, ale miałam. W swoim kąciku za kredensem mogłam siedzieć godzinami i nikt mnie stamtąd nie wyrzucał. Czasem zamykałam się w ciasnej łazience i wyobrażałam sobie, że mieszkam w małym domku w środku ciemnego lasu. W oddali wyją wilki. Zamknięte na skobel drzwi oddzielają mnie od nich. I wtedy pojawiało się błogie poczucie bezpieczeństwa, które sama w sobie wywoływałam. Budowałam swój własny Dom, siedząc na krawędzi wanny w tej ciemnej, zaropiałej łazience.
- Wychodź! Co ty tam robisz?! Co za dziewucha! - Matka cięciem ostrych słów przerywała moje zamyślenie.
Spuściłam wodę. Wyszłam.
- Zygmunt, ona ma chyba zatwardzenie. Bo ciągle w tej łazience. Może trzeba do lekarza? Idź z nią.
- Nic jej nie jest.
Miał rację. On znał mnie najlepiej. Nic mi nie było. To tylko chora dusza dziecka.
Któregoś dnia wróciłyśmy z przedszkola. Pomagała mi rozpiąć niebieski płaszczyk w kratkę. Szarpała lekko, bo ociągałam się.
- Mamo, a kochasz mnie? - zapytałam.
Spojrzała na mnie z uwagą.
- Co za pytanie?
Nie odpowiedziała. Poszła do kuchni gotować makaron.
- Dlaczego ja nie mam rodzeństwa?
Zastygła z durszlakiem w dłoni.
- Idź umyj ręce. Zaraz będzie obiad.
Miała całkiem niebieskie oczy otoczone ramką czarnych długich rzęs. Czarne włosy spięte w kok. Była bardzo ładna. Nie byłam do niej podobna. W ogóle nie byłam podobna do rodziców. Miałam tylko ciemne oczy jak mój tata.
- Bo ty jesteś taka wymieszana! - Śmiał się pan Kazik i puszczał oko do matki.
Lubiłam patrzeć, gdy matka się malowała. Kładła na twarz puder. Malowała oczy niebieskim cieniem. Małe pudełeczko z otwieranym wieczkiem. Na wierzchu napis: "Pollena Uroda". Potem malowała te swoje długie rzęsy. Pluła do pudełeczka z tuszem i sprawnym ruchem oblepiała włoski ciemną mazią. Po chwili stawały się jeszcze dłuższe.
- Czego się tak malujesz? Wyglądasz jak stara pudernica! - wołał czasem tata. Pewnie był zazdrosny. Bo sam nie był taki ładny. Niższy od matki, wyglądał znacznie starzej, choć był młodszy o dwa lata.
- Patrz na siebie! Jak ty wyglądasz, stary pierniku?!
Zwyczajowa wymiana zdań.
Wtedy jeszcze alkohol nie był codziennością. Gdy rodzice mieli dobre dni, siadali razem przy kuchennym stole i nalewali wino do literatek. Tata tak nazywał niewielkie szklaneczki. Niewiele ze sobą rozmawiali, a jeśli już, to o tym, co jutro na obiad i czy w tym roku kisimy ogórki.
A potem wieczorem zaganiali mnie do kąpieli:
- Idź się myć. Dobranocka już była! Czas spać.
Wsadzałam wielki gumowy korek do wanny i puszczałam strumień wody. Na szafce stał szklany pojemnik w kształcie szyszki. W nim była zielona sól do kąpieli. Sypałam ją na otwartą dłoń i wkładałam pod strumień. Woda pieniła się tęczowo, a łazienka pachniała igliwiem, a nie grzybem i wilgocią.
- Jak będziesz w wannie, to zawołaj. Umyję cię.
Nie lubiłam, gdy myła mnie matka. Szorowała mocno i niedbale szorstką gąbką i ciało natychmiast robiło się czerwone. Tata był delikatniejszy. Przy wycieraniu też. Stawiali mnie na zakrytej ręcznikiem desce klozetowej. Któregoś dnia matka zawołała:
- Popatrz, Zygmunt, czy to nie przepuklina?
Każde podejrzenie o chorobę dzieliła z ojcem, jakby sama miała nie dość wiedzy i chęci, by stawić temu czoło.
Na moim dziecięcym wzgórku łonowym pojawił się wyraźny guz. Wystarczyło go nacisnąć, a chował się do środka. Mnie wydawało się, że to normalne, a matka mówiła na to mądrze: "przepuklina".
Nikt się jednak mną nie zajął. Matka machnęła ręką, tata zapomniał. A potem, gdy byłam większa, nie kąpał mnie już i nie wycierał. Pół życia przeżyłam z rosnącym guzem. Dopiero po rozwodzie z Filipem zdecydowałam się na operację. Była jak usuwanie ostatnich wspomnień po moim dzieciństwie. Bolało mniej, niż myślałam. Najbardziej dziwiło mnie, że mój mąż przez wszystkie lata naszego małżeństwa nie zauważył nawet, że mam przepuklinę!
Lubiłam niedziele, bo wtedy często wychodziliśmy na spacery. Przy śniadaniu zwykle prosiłam, przeciągając głoski:
- A póóójdziemyyy na spaaacer???
Matka spoglądała wtedy w okno. Jeśli było słonecznie i bezwietrznie, mogłam liczyć na wielkie wyjście. Jeśli padało lub niebo było zachmurzone, nie było szans. Nawet nie pytałam.
Pamiętam taką niedzielę.
Wiosenne słońce w pożarze promieni, w parku nad Bugiem pewnie kwitły już fiołki. W szafie wisiał nowy czerwony płaszczyk. W myślach zakładałam go już na siebie, na nogi wsuwałam nowe pantofle. Spacery były dla mnie synonimem normalności. Podniosłam się radosna na poduszce, wystawiłam nogę spod kołdry. Chciałam już wstawać, podekscytowana planowanym spacerem, gdy ostry głos matki przeciął moje szczęście jak żyletka:
- Ty skurwysynu, chociaż w niedzielę mógłbyś nie pić!
W pięknych ustach męłła przekleństwa.
Wiedziałam już, że nie mam co marzyć o parku i fiołkach. Że już do końca dnia będą dochodzić mnie głosy zrzędzenia i kłótni.
Zostałam w łóżku do południa. Nikt nie zauważył mojej nieobecności. Matka obierała już ziemniaki na obiad, gdy szłam do łazienki umyć spuchnięte od płaczu oczy.
A jednak bez niej mój dziecięcy świat poległ jak powstaniec. Tata przygasł. Tęsknił. Jego i tak szczupła twarz zwęziła się jeszcze bardziej. Wyglądała jak ostrokończysty księżyc tuż przed nowiem.
Żeby zarobić na dom, musiał dużo pracować. Jako mechanik samochodowy miał zawsze mnóstwo zleceń i propozycji. Wyszkowska złota rączka. Ludzie doceniali go na początku, a potem wykorzystywali. Był tani i dokładny. Bo z czasem robił za pół litra. Zaczął pić na dobre. A ja, dorastająca dziewczynka, spędzałam coraz więcej czasu w kącie za kredensem. Mówiłam sama do siebie, bawiąc się lalką. Przecież musiałam jakoś zabić samotność.
Tę samotność zabijałam potem jeszcze wiele razy. Zmartwychwstawała nieproszona. Gdy poszłam do szkoły i siedziałam sama w ławce, bo nikt nie chciał bawić się z zamyślonym odludkiem. Gdy dojrzewałam i wydobywałam się z marazmu dzieciństwa, a jednak mimo wszystko dopadały mnie kompleksy. Gdy Agnieszka porzucała mnie dla innej przyjaciółki, bo nie miałam lalki z długimi włosami. Gdy zostawił mnie mój pierwszy chłopak, a ja przysięgłam sobie, że teraz to ja będę wybierać i zostawiać. Gdy podejmowałam decyzję o małżeństwie, potem o rozwodzie. To wtedy w wieku czterdziestu jeden lat rozpoczynałam nowe życie. Wyjechałam na Mazury z poczuciem, że już oswoiłam swoją samotność i będzie dla mnie łaskawą przyjaciółką.
I nagle tu, w tym hotelu, poczułam znajomą gorycz, podchodzącą do gardła. Znów mnie dopadła. Może nieco łagodniejsza, znieczulona świadomością obecności w moim życiu kogoś ważnego?
Co będzie z tatą? Jakaż to dziwna choroba toczy jego ciało? Gruźlica? AIDS? Dlaczego lekarze zajęli się nim tak późno? Podobno dwa dni leżał w domu z silnymi dusznościami. Sąsiadka wezwała pogotowie. Lekarz przyjechał i powiedział:
- Ten pan musi najpierw wytrzeźwieć.
Alkoholik wytraca swoje człowieczeństwo. Dla trzeźwych jest tylko półczłowiekiem. Jego pijana półdusza nie jest zdolna do odczuć. Jego pijane półciało nie musi być traktowane z troską przynależną zwykłym ludziom. Dla niego musi wystarczyć zwykła kroplówka na wzmocnienie. Nie zasłużył na łaskę medycyny.
Po dwóch kolejnych wizytach lekarza z pogotowia mój tata trafił wreszcie do szpitala.
- Pacjent jest wyczerpany, odwodniony, z wysoką gorączką. Dlaczego trafił do nas tak późno? - zdziwiła się lekarka na dyżurze. Zleciła badania. Nareszcie ktoś zajął się nim. Czy dlatego, że wytrzeźwiał?
O czym teraz myśli? Czy w ogóle myśli? Czy półprzytomny człowiek zaplątany w kable ma jakieś myśli? Może jego życie jest tylko kroplą czasu?
Deszcz wciąż bębnił cicho w hotelowy parapet, mała lampka nocna oświetlała kąt pokoju z fotelem, na którym siedziałam z podwiniętymi pod siebie stopami. Cisza uspokajała.
Przyzwyczaiłam się już do pustych nocy. Najtrudniej było je polubić, gdy zamieszkałam w moim nowym starym domu we wsi Nowy Zyzdrój niedaleko Piecek i Mrągowa. Stuletnia drewniana chata była wpisana w rejestr zabytków; czasem miałam wrażenie, że czuć w niej oddechy przodków. Wprowadzałam się do niej nie bez obaw. Jak będzie wyglądało moje życie - do tej pory miejskie i wygodne? Czy podołam codzienności obcowania z domem, jakże innej niż ta w wygodnym bloku z kanalizacją i centralnym ogrzewaniem?
Dom. To była jedyna rzecz, jaką odziedziczyłam po matce. Należał kiedyś do jej rodziny. Matka, wyjeżdżając, przepisała go na mnie. Dzięki temu miałam gdzie się podziać, gdy po rozwodzie zostawiłam wszystko Filipowi, wtedy już prawie obcemu człowiekowi.
Podłączyłam swój zabytek do Internetu i znów znalazłam się w świecie takich jak ja, rozpraszających swoją pojedynczość klikaniem w klawiaturę.
Sięgnęłam po komórkę. "Jak minął dzień, kochanie?" - wystukałam. Po minucie przyszła odpowiedź: "Dzień minął najzwyklej jak potrafił. Jutro wyjeżdżam, muszę coś załatwić. Odezwę się późnym wieczorem. Twój...". "Najzwyklej jak potrafił...". Cały on. Tylko on tak pisze, niby od niechcenia, tworząc nowe znaczenia i stopniując po swojemu. Skoro coś może być "zwykłe", to czemu nie "najzwykłe"? Nasze rozmowy pełne były takich słów; bawiliśmy się nimi jak żonglerzy, doskonale wiedząc, że to tylko zabawa.
Włączyłam radio. Kulturalny wieczór z Jedynką. Za chwilę będą Lektury przed północą.
Radio było towarzyszem moich nocy. Ale tylko wtedy, gdy jego nie było ze mną.
Nie, to nie jest dobry czas na myślenie o nim. Każda myśl wtedy rozprasza i szczypie tęsknotą. W tej listopadowej ciszy wygłuszonej ścianami hotelu muszę najpierw oswoić swój Cień. Zasłonił mnie dawno, gdy on jeszcze nie miał imienia. Cień był najpierw. Zatem ma pierwszeństwo.