III. 20 października 2008, późny wieczór.
Wspomnienia Sebastiana
Na krzesłach pod ścianą, gdzie padała smuga mlecznego światła, siedzieli ta kobieta i chłopak, których widziałem rano przed blokiem. W swych czarnych ubraniach, z bladymi twarzami przypominali raczej zjawy niż żywych ludzi. Wpatrywali się we mnie ponuro jakimś wszystkowiedzącym wzrokiem. Odruchowo powiedziałem: "Dobry wieczór", a oni jedynie skinęli głowami.
Jakieś niemoty czy co? - pomyślałem wkurzony. W domu było podejrzanie cicho, tylko zza drzwi dużego pokoju dochodziły niewyraźne szepty Znałem to jadowite brzmienie. Moi rodzice kłócili się jak zwykle szalenie kulturalnie.
Usłyszałem stłumiony głos ojca:
- Oszalałaś?! Oni przecież nie mogą u nas zostać! Chcesz pozwolić, żeby obcy ludzie szwendali się po naszym mieszkaniu?
- Nic nie rozumiesz, ja muszę im na to pozwolić. W końcu nie są zupełnie obcy - mówiła mama.
- Dla nas tak - wtrącił ojciec.
- Ale nie dla wszystkich. Po prostu jesteśmy w sytuacji bezwyjścia. Czy pomyślałeś, co będzie, jeżeli on się dowie? - przekonywała go matka.
- I tak kiedyś się dowie!
- Ale nie w ten sposób! - krzyknęła ostro mama. Po raz pierwszy usłyszałem jej podniesiony głos. Zawsze wspaniale umiała nad sobą panować.
Ojciec syknął tylko w odpowiedzi:
- Ciszej... usłyszy...
O czym ci moi rodzice mówią?! Tych dwoje ma u nas zostać? Przecież to jakiś totalny odjazd!
Kobieta siedziała nieruchomo, jakby prowadzona za drzwiami rozmowa wcale jej nie dotyczyła. Czułem narastający gniew. Przyszła tu jakaś baba, nie wiadomo po co. Rodzice przez nią się kłócą, a ona udaje głuchą. No, ale w końcu mnie ta sprawa zupełnie nie dotyczyła.
Wykorzystałem sytuację i szybko skierowałem się do swojego pokoju. Niestety, tego wieczoru nie dane mi było tam dotrzeć. Nagle rozległ się dzwonek, a potem natarczywe stukanie do drzwi wejściowych. Musiałem otworzyć, bo nie można było liczyć na kłócących się rodziców.
Do przedpokoju wparadowała babcia Teodozja, potrząsając siwymi lokami podbarwionymi lekko na liliowo. Mieszkała w tym samym apartamentowcu co my, piętro wyżej, i lubiła niespodziewanie wkraczać do naszego mieszkania z szelestem jedwabnego szlafroka, wlokącego się za nią po podłodze niczym tren. Jako emerytowana aktorka, za każdym razem starała się, żeby jej wejście było "niesłychanie efektowne" (tak mówiła). Wysoką, kościstą postać spowijał wonny dym, snujący się z długiego papierosa wciśniętego w równie długą cygarniczkę.
- Jeszcze nie śpicie? - spytała zachrypniętym, niskim głosem, po czym, nie czekając na odpowiedź, wytknęła głowę na klatkę schodową i wrzasnęła: - Stefa, gdzie ty się podziałaś?!
- Jestem - pisnęło coś, co okazało się drobną, kruchą kobieciną, którą ledwo było widać zza taszczonego na rękach rasowego morelowego pudla.
- Nie noś ciągle mojego Bubiego, bo się za bardzo roztyje - skarciła swoją służącą babcia Teodozja.
- Kiedy ten pani pies zaparł się i wcale nie chciał iść - wydyszała zmęczona Stefa.
- Bo to jest taka arystokratyczna rasa - zauważyła od niechcenia babcia, wypuszczając kłąb dymu, i znienacka zwróciła się do mnie: - I co, Sebastianku, lekcje odrobione? Może mi pokażesz, co tam nabazgrałeś. - Babcia Teodozja wciąż uważała mnie za małe dziecko. Podobnie traktowała swego syna, mecenasa Karola Majewskiego, oraz mamę, czyli swoją synową.
Nie zdążyłem dzisiaj nawet usiąść przy biurku, a co dopiero mówić o odrobieniu lekcji, ale przecież nie mogłem tego powiedzieć babci. Udawałem więc, że szukam w plecaku zeszytów i jakoś nie mogę ich znaleźć.
Na szczęście sprawa moich lekcji zaraz umarła śmiercią naturalną, bo arystokratyczny Bubi nagle wpadł w dziką wściekłość. Pewnie wywąchał tych dwoje dziwnych gości. Wyrwał się z wątłych ramion Stefy i zaczął ich obszczekiwać.
- A kto to jest, u diabła? - spytała groźnie babcia. Wymownie złapała się za serce, po czym drugą dłonią chwyciła okulary, zwisające z jej szyi na srebrnym łańcuszku.
- Nie mam pojęcia - odparłem lekceważąco. Usiłowałem dać babci do zrozumienia, że nic mnie to wszystko nie obchodzi, jednak ona, jak zwykle, musiała sprawę zgłębić do końca.
- Marzenko, Karolku, co wy tam robicie?! - zawołała, otwierając z rozmachem drzwi do salonu. - Kim są ci ludzie w przedpokoju? - pytała, zaglądając do pokoju z błyskiem ciekawości w oczach.
Mama pochylona nad stołem ukradkiem przyłożyła do oczu chusteczkę. Nagle jednak, jakby podjęła ważną decyzję, wyprostowała się.
- Ta pani nazywa się Zdzisława Partek i będzie u nas pracować jako pomoc domowa, a jej syn Janek pójdzie do szkoły - oświadczyła głośno i stanowczo, choć głos zdradzał, że przed chwilą płakała.
Te słowa skierowała głównie do osłupiałej teściowej, lecz jej mąż zdawał się równie zaszokowany tą decyzją.
- Ależ Marzenko... - jęknął.
Nie wiadomo, czy bardziej zdenerwował się tą "pomocą domową", czy swoją matką, która, kompletnie zbita z tropu, upuściła z wrażenia cenną cygarniczkę. Nawet Bubi przestał szczekać. Usiadł na tłustym zadzie i wytrzeszczonymi oczami wpatrzył się w dwoje obcych ludzi.
Jednak babcia Teodozja po chwili doszła do siebie.
- A mojej Stefki za nic nie chcieliście! - wybuchnęła świętym oburzeniem, nawiązując do sprawy sprzed kilku lat. Bardzo nas wtedy namawiała, żeby jej służącą, przedstawiana znajomym jako "dama do towarzystwa", sprzątała również w naszym mieszkaniu. Oczywiście miała to być sprytnie zaplanowana akcja wywiadowcza, dotycząca życia codziennego syna i synowej. Jednak moi rodzice nie dali się nabrać na ten podstęp, czego babcia do tej pory nie mogła im zapomnieć. - Co pani umie? - zwróciła się teraz z groźną miną do milczącej kobiety w czerni.
- Ja? - Kobieta uniosła głowę i wpatrzyła się nieprzyjaźnie w nachyloną nad nią babcię Teodozję.
- Owszem... pani! - rzuciła babcia pełnym pogardy tonem, podnosząc swoją cygarniczkę. - Co pani umie?!
- Jeżeli szanowną panią tak okropnie obchodzi ta sprawa, to ja wszystko umiem zrobić, co w mieście potrzebne jest do prowadzenia domu - kobieta zaczęła mówić ostrym głosem z szybkością karabinu maszynowego. - A jeszcze do tego, bo na wsi też jakiś czas mieszkałam, potrafię i kurę nasadzić, i krowę wydoić, i cielaka odchować, a nawet trawę kosić, zadowolona szanowna pani?
Wcale nie wyglądała na osobę speszoną sytuacją, w jakiej się znalazła, i ta sprawa chyba najbardziej zezłościła babcię Teodozję. Taka baba, byle kto, ją, wielką aktorkę, traktuje jak równą sobie!
Zgromiła wzrokiem intruzów, a potem swoją nieznośną synową.
- Nie zatrzymujcie mnie na herbatę, bo i tak nie zostanę! I życzę wam odchowania wielu dorodnych... cielaków. Skandal! - wołała, łapiąc się za fioletowe loki. - Po prostu skandal!
Po czym z szelestem jedwabnego szlafroka, puszczając kłąb tytoniowego dymu, wyszła śmiertelnie obrażona, a za nią podreptała Stefa, ciągnąc za morelowe kudły arystokratycznego Bubiego, którego najbardziej interesowały buty dwojga przybyszów.
Gdy w końcu drzwi się zamknęły, mój ojciec wrzasnął:
- Co ty wymyśliłaś?! Jaka pomoc domowa?!
- Dlaczego nie? - spokojnie zapytała mama.
- A gdzie, za przeproszeniem, oni będą mieszkać? - dopytywał się z udawaną naiwnością.
- W naszym pokoju gościnnym - improwizowała beztrosko moja rodzicielka.
Tata wzniósł oczy do góry, dając tym samym do zrozumienia, że jest tutaj okropnie traktowany, a żona po prostu wchodzi mu na głowę. Ja też byłem bardzo zdziwiony - po co nagle mamie służąca, kiedy dotąd sami dawaliśmy sobie radę?
Nie chciałem jednak się wtrącać i poszedłem do swego pokoju, gdzie do drugiej w nocy odrabiałem lekcje. Gdy w końcu położyłem się spać, w domu panował spokój, jakby nic się nie stało. Jednak czułem, że coś jest nie tak, tylko nie wiedziałem, co w tym wszystkim nie gra.