Klan - Carmen Mola
50.00 zł
39.99 zł
(50,00 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Liberia 2003
Dwóch chłopców na przedzie nadaje rytm marszowi dziesięcio- lub dwunastoosobowej grupy. Jeden z nich ma na sobie rudą perukę ze złotymi kosmykami i suknię ślubną, która kiedyś była biała - już dawno temu, może całe lata - a teraz jest brudna i ma wszędzie krwawe plamy przypominające maźnięcia pędzlem. Drugi ubrany jest w pełną orderów i złotych szamerunków kurtkę, która musiała należeć do jakiegoś generała, czy może raczej było to karnawałowe przebranie kogoś, kto chciał wyglądać jak generał. Jednak w jego stroju najbardziej zwraca uwagę ozdobny naszyjnik: to ludzkie uszy nawleczone na zwykły sznurek. Z jednego z nich, najnowszego trofeum, krew kapie na klapy.
Towarzysze idą za nim w rytmie, który im podał, w karykaturze wojskowej defilady, w której paradowaliby, gdyby byli prawdziwymi żołnierzami. Nie są nimi, chociaż dźwigają większe od siebie karabiny maszynowe. To jeszcze dzieci, żaden z nich nie skończył czternastu lat. Krzyczą, śpiewają i co chwila któryś strzela w powietrze pośród chichotów przeradzających się w gromki śmiech, gdy w grę wchodzi seria z broni. To tylko zabawa, zabawa w wojnę, w której dziś oni zabijali, a jutro być może sami zginą. Ani jednym, ani drugim się nie przejmują. Kiedy śmierć nie ma znaczenia, wszystko jest dozwolone.
Kierowca Jeepa, który miał to szczęście, że zauważył ich, kiedy byli jeszcze daleko, zatrzymał się w miejscu, gdzie droga gruntowa się rozszerza. Ma nadzieję, że korowód przejdzie obok, nie interesując się nim, ale na wszelki wypadek trzyma pod ręką odbezpieczony pistolet maszynowy, z którym nigdy się nie rozstaje, izraelski Uzi. Wszyscy szanują Sipeeni, co w języku joruba oznacza "Hiszpana". Tym przezwiskiem nazywają go, od kiedy przed laty przyjechał do Afryki. Jednak nie sposób nie bać się tych dzieci pijanych krwią, a może także odurzonych pędzonym na boku bimbrem czy jakimś narkotykiem podawanym im przez ludzi, którzy zrobili z nich żołnierzy. Któryś z chłopaków mógłby dojść do wniosku, że do naszyjnika należącego do ich przywódcy dobrze by pasowała para białych uszu.
Z miejsca, gdzie się zatrzymał, Sipeeni nie może zobaczyć wioski, przesłania ją wzgórze. Nie sądzi, by miała więcej niż piętnaście czy dwadzieścia chat. Widzi za to pionowe kolumny dymu wznoszące się do nieba. Naliczył ich sześć. Słaby wiatr nie jest w stanie ich rozwiać, choć przynosi smród spalenizny, odór benzyny, której użyto do wzniecenia ognia, i jeszcze coś, co natychmiast rozpoznaje: swąd palonego ciała.
Kiedy chłopcy odchodzą, nastaje moment dziwnego spokoju. Natura, góry hrabstwa Nimba, zdewastowana plantacja kakao pogrążone są w ciszy, jakby się obawiały powrotu tego plutonu obłąkanych dzieci. Po chwili dobiega krzyk z wioski: rozdzierające zawodzenie kobiety. Ból jest w stanie zanieść je aż do miejsca, gdzie się zatrzymał Sipeeni. Realia liberyjskiej wojny, drugiej wojny domowej w tym państwie, przewyższają najgorsze okrucieństwa, jakie można sobie wyobrazić, nawet jeśli mowa o wyobraźni mężczyzny, który tyle lat spędził w Afryce. Wie, że konflikt dobiega już końca, ale w agonalnych podrygach jest nawet gorszy niż wtedy, kiedy się zaczął.
Odkłada Uzi na fotel obok i znów rusza. Pomimo resorów samochód podskakuje na wybojach gruntowej drogi wyjeżdżonej w czerwonej ziemi. Gdy Sipeeni pokonuje zakręt, jego oczom ukazuje się widok, jakiego się spodziewał: płonące chaty, słomiane dachy przywodzące na myśl oszalałe pochodnie. To chałupy typowe dla tego regionu, o niskich glinianych ścianach. Obok nich piętrzą się trupy, dziesiątki ciał kobiet i mężczyzn, urwane kończyny, wykrzywione grymasem twarze, stapiające się w jedno, w miarę jak płomień trawi skórę i tłuszcz, aż zmienią się w masę mięsa, w której zaledwie da się rozpoznać rękę, oczy, zęby. Nie robi to na nim wrażenia, terror jest na porządku dziennym, przyzwyczaił się do niego. Często w ten sposób puszcza się z dymem wioski. Wojsko Roberta Gaynora, którego wszyscy znają jako generała White Eye'a, nie zrobiło tu niczego odbiegającego od normy.
Wysiada z samochodu i znów słyszy krzyk kobiety. Teraz może ją zobaczyć obok zgliszcz chaty, która już nie płonie. Jest młoda, ma nie więcej niż dwadzieścia lat, szczupła, możliwe, że w innym momencie - zaledwie kilka godzin wcześniej - była atrakcyjna. Chłopiec w żółtych okularach przeciwsłonecznych, z buzią błyszczącą od brokatu, przybił jej nożem dłoń do deski. Hiszpan nie wie, czy kobieta krzyczy z bólu, jaki sprawiają jej próby uwolnienia się - przy każdym ruchu przygwożdżona ręka rani się coraz bardziej - czy z powodu tego, co widzi.
Przed nią stoi żołnierz w czarnych slipach i czerwonych kozakach. Sądząc po jego ciele, żylastym i naznaczonym bliznami, ma pewnie jakieś osiemnaście lat. Jednak jest w nim coś dziecinnego - i w miniaturowych skrzydłach motyla na jego plecach, które wyglądają jak urodzinowe przebranie małej dziewczynki, i w sposobie, w jaki trzyma za kostkę niemowlę, prawdopodobnie dziecko kobiety, i kręci nim młynki w powietrzu, żeby się lepiej zamachnąć, jakby to był ręcznik strzepywany na wietrze. Śmieje się przy tym w głos i grozi, że roztrzaska malca o ścianę chaty.
Sipeeni woli się nie wtrącać do tej sceny. Żołnierz z motylimi skrzydłami ma jasną skórę, to pewnie Mulat. Jego proste, długie włosy unoszą się w powietrzu, kiedy zaczyna się obracać wokół własnej osi niczym bączek. Niemowlę w jego ręku zatacza koła. Kobieta rozrywa dłoń, uwalniając się od noża ze zwierzęcym rykiem, ale na nic się to nie zdaje. Żołnierz wypuszcza dziecko, a ono, niesione siłą odśrodkową, roztrzaskuje się o ścianę z chrzęstem łamanych kości, a potem osuwa martwe w błoto na ziemi.
Kobieta nie ma czasu wydać żadnego więcej krzyku, bo chłopiec w okularach przeciwsłonecznych wyrywa nóż z drewna, wskakuje jej na plecy i podrzyna gardło. Kiedy ofiara opada na ziemię, wykrwawiając się, Sipeeni dostrzega przerażenie w jej wytrzeszczonych oczach: ostatnim obrazem, jaki zabrała ze sobą z tego świata, była plama krwi i mózg jej dziecka rozbryźnięty na ścianie.
Kto może się spodziewać po tej wojnie czegoś zbliżonego do współczucia? To jest gorsze niż największe koszmary, ale jemu już spowszedniały te okropności. Żołnierz ze skrzydłami motyla, ten Mulat, bierze ciałko dziecka, nacina mu precyzyjnym ruchem plecy, wsuwa do środka rękę i wyjmuje serce. Nie zabiera mu to nawet pół minuty, widać, że nieraz to robił. Unosi organ do ust, rozrywa zębami i przeżuwa, a krew ścieka mu po brodzie. Chłopiec w okularach próbuje go naśladować i rozpruwa ciało kobiety, ale brak mu sprawności towarzysza, dlatego nie udaje mu się wydobyć serca, a jedynie mnóstwo krwi i jakieś bezkształtne wnętrzności.
Sipeeni i Mulat spoglądają na siebie, jakby podzielali politowanie dla nieudolnych prób chłopca. Mulat się uśmiecha i wyciąga w kierunku Sipeeniego dłoń w geście poczęstunku. Hiszpan wie, że dla tutejszych kanibalizm stanowi sposób na zdobycie mocy, stanie się niezwyciężonym. Nie po raz pierwszy spotyka żołnierza zjadającego serce, mózg czy jądra martwego wroga, ale nigdy nie widział, żeby ktoś postąpił tak z niemowlęciem. Tutaj nie wolno okazywać ludzkich uczuć, bo łatwo je pomylić z tchórzostwem, tym razem jednak dotyka go to w jakiś szczególny sposób. Spuszcza wzrok i oddala się do jednej z chat, które ominął pożar, do tej, na której zatknięto dwie flagi: Liberii - taką samą jak Stanów Zjednoczonych, tyle że z jedną gwiazdką - i czarną, którą upodobał sobie generał Gaynor, jakby był piratem bez statku.
Nikt nie trzyma straży przed chatą, żaden nieprzyjaciel nie uszedł z życiem. W środku generał studiuje powieszoną na ścianie mapę. To czarnoskóry mężczyzna koło czterdziestki, silny, z ogoloną głową. Ubrany jest w wojskowe spodnie w panterkę, tors ma nagi. Blizna przecina jego pierś. Jedno oko szpeci bielmo, stąd jego przezwisko: White Eye.
- Czekałem na ciebie, Sipeeni.
- Niełatwo poruszać się po tym kraju. Czego chcesz?
- Kończy nam się amunicja i potrzebuję więcej broni. - Pokazuje na mapę, pełną znaków i adnotacji we wszystkich kolorach. - Muszę dotrzeć do granicy...
- Zapomnij o granicy, amunicji i broni. To, co się kończy, to wojna. Amerykanie i ONZ przeprowadzą interwencję w Monrowii.
- Sipeeni, musisz mi załatwić tę broń. Z nią zdołam przekroczyć granicę, zanim do tego dojdzie.
- Broń nie jest już dobrym interesem. A skoro tak, to po co miałbym ryzykować?
Generał White Eye chce zaprzeczyć, ale zdaje sobie sprawę, że Hiszpan ma rację i że musi się pogodzić z niepewną przyszłością.
- Co następuje po wojnie?
- Wyrównanie rachunków.
Wymawiając te słowa, Sipeeni nie potrafi powstrzymać się od pewnego sarkazmu. Natychmiast próbuje się poprawić: przez tyle lat ubijał interesy z generałem White Eye'em i teraz ze zdziwieniem odkrywa w sobie coś w rodzaju współczucia.
- Zapomnij o tym, White Eye. Zapomnij o tej wojnie i uratuj to, co masz. Porzuć front, wróć do swojej wioski i normalnego życia.
- A ty co będziesz robił po wojnie?
Teraz bielmo na prawym oku nie wygląda już przerażająco, jest tylko ułomnością.
- Co będzie z Klanem?
Sipeeni zdaje sobie sprawę, że Gaynor błaga go o pomoc, ale on jej mu nie udzieli. Dotarł do punktu, w którym trzeba zacząć nowy rozdział, zostawić za sobą wszystkich tych, którzy już mu się nie przydadzą. Uśmiecha się bez słowa. Nie zamierza opowiadać, czym stał się Klan przez te wszystkie lata, jak przekształcił się w byt tak wielki, że już niezniszczalny. White Eye nie jest w stanie pojąć, co zdziała Klan w przyszłości, i nawet sobie nie wyobraża, kim jest człowiek, którego ma przed sobą, a od którego kupował broń przez wszystkie te lata. Nic nie zostało z tamtego Hiszpana, który kiedyś, gdy to wszystko się zaczęło, wpakował się w problemy w swoim kraju i o mało nie został odkryty przez policję. Jednak przezwyciężył te przeszkody, co tylko go wzmocniło. O tym wszystkim generał nie ma pojęcia. Czym jest Klan i kim jest Sipeeni? Hiszpan nie zamierza mu tego wyjaśniać.
Rezygnując z dalszej rozmowy, Gaynor wychodzi przed chatę i patrzy na dogorywające zgliszcza wsi, być może ostatniej, jaką spalił.
- Nie mogę porzucić swoich ludzi.
- Ludzi? Widziałem tylko dzieci, dzieci-morderców.
- Żołnierzy.
Nie poprawia generała. Widział, jak po zniszczeniu wsi żołnierze zmuszali chłopców, żeby zabili swoich ojców i zgwałcili matki, by nigdy więcej nie mogli już zasnąć spokojnie i nie chcieli zostawać sam na sam ze swoim sumieniem, by zawsze musieli szukać oparcia w grupie, która zrównała z ziemią ich wieś, bo ta jest jedynym, co im zostało. Widział, jak tym dzieciom robią nacięcia na czaszce, by podać im tamtędy kokainę, i jak pod wpływem narkotyku one same proszą o załadowanie karabinu. One same chcą wszystko zniszczyć. White Eye nazywa tych chłopców żołnierzami, ale to prawdziwe potwory. To z nich zrobiono.
Kiedy Hiszpan patrzy na Gaynora, owianego dymem i swądem palonych ciał, nie robi na nim wrażenia jego brutalność, już nie oszuka go ta fasada - widzi tylko nieszczęśnika bojącego się o to, co przyniesie mu przyszłość. White Eye jest przestraszony, jak wszyscy liberyjscy generałowie tej wojny. Jak generał Butt Naked, "Gołodupiec", czy wszyscy inni z tych, którzy każą na siebie mówić Bin Laden, generał Prince czy generał Washington. Byli źródłem terroru, a co czeka ich teraz? Może jakiś teoretyk uznałby, że Sipeeni w niczym nie jest od nich lepszy. Dostarczał broń tym ludziom, wzbogacił się na rozpadzie Liberii... Ale on wie, że taki osąd to jedynie przejaw hipokryzji. Gdyby nie sprzedawał im broni, zabijaliby się maczetami, kamieniami, gołymi rękami.
Mulat ze skrzydłami motyla patrzy na niego. Ma usta i pierś zbryzgane krwią z serca niemowlęcia. Uśmiecha się i mierzy w niego palcem, udając, że strzela.
- Kto to?
- Dobry żołnierz. Nazywamy go Funfun.
Sipeeni wie, co to znaczy w joruba - "biały". White Eye uważa go za jednego ze swoich najlepszych ludzi, co oznacza, że nie ma granicy, której nie ośmieliłby się przekroczyć.
- Jest ze mną od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego. Miał tylko pięć lat, kiedy zabraliśmy go z jego wioski Bopolu.
Hiszpan jest pewien, że udało mu się zamaskować emocje, ale wzdrygnął się, słysząc nazwę osady. Teraz wszystko rozumie, pojmuje, dlaczego tak go poruszyło, gdy zobaczył, jak Mulat pożera serce dziecka. Minęło już trzynaście lat od tamtego dnia, w którym generał White Eye stał się jego głównym klientem. Wiedział, że jego pierwszym celem było zniszczenie wioski Bopolu, pozostającej wówczas w rękach generała Washingtona. Sipeeni dostarczył mu konieczną do tego broń. Nie powstrzymało go to, że w tej wiosce mieszkała jego kochanka i ich wspólny syn, mały Mulat, którego nazwali Marvin. Generał White Eye się nie myli - chłopiec miał tylko pięć lat. Sipeeni myślał, że nikt nie przeżył, ale teraz zdaje sobie sprawę, że się mylił - w spojrzeniu żołnierza dostrzegł drapieżny błysk, w którym rozpoznał siebie. Mężczyzna ma jego oczy, dziką część jego natury, iskrę determinacji i szaleństwa. Ta bestia jest jego synem.
W zimnym apartamencie na osiedlu Mar Tirreno nie ma nic do jedzenia, w kuchni zostały tylko puste puszki po konserwach. Zárate opada na sofę: wokół niego wystawka tanich mebli z IKE-i i wiszący w powietrzu kurz podświetlony wieczornym słońcem. Powinien wyjść i coś kupić, ale nie ma żadnego otwartego sklepu w okolicy, tak ożywionej latem, lecz martwej poza sezonem. Mógłby pewnie podjechać do miasteczka, ale nie chce mu się stąd ruszać. Poczucie, że jest bliski osiągnięcia tego, na czym zależy mu od tak dawna, nie pozwala mu wyciszyć nerwów, wyrównać oddechu. Zostało mu pół butelki kiepskiej whisky, którą kupił na stacji benzynowej. Pierwszą połowę wypił poprzedniego wieczora, nie umiał w inny sposób zagłuszyć wspomnienia sceny w Las Suertes Viejas. Odnosił wrażenie, że jego głowa stała się zepsutym projektorem, ledwo zamykał oczy, a wciąż powracał do niego obraz sędziego Beltrána umierającego mu na rękach. "Kto zabił mojego ojca? Kto stał za sprawą Miramar?", krzyczał Ángel. "Klan", wycharczał sędzia, resztką sił. "Jaki Klan?"
To pytanie pozostawało bez odpowiedzi aż do dzisiaj.
Kiedy odjechał z domu w Las Suertes Viejas, udał się do Eduarda Vallésa, emerytowanego policjanta z komisariatu w Vallecas, z którym wcześniej spotkała się Reyes. Starszy pan powtórzył mu to, co już od niej wiedział: jego ojcu, Eugeniowi Záratemu, powierzono misję tajnego agenta w tamtej brygadzie, gdzie służyli też Gálvez, Rentero, Asensio i Santos. Chociaż Vallésowi nie pozwolono dokończyć dochodzenia, był przekonany, że ojciec Záratego znalazł dowody na korupcję brygady i że zabili go jego właśni koledzy. Jednak sprawa Miramar, jak nazwano tamto śledztwo, została przejęta przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, a potem zamknięta. Wszystkie wersje, jakie do tej pory poznał Zárate na temat śmierci swojego ojca (obława na włamywaczy czy strzelanina z handlarzami narkotyków), były fałszywe. Udało mu się wydobyć od Vallésa nazwisko funkcjonariusza Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, który zamknął sprawę - był nim Antonio Vicioso. Niełatwo było go znaleźć. Żeby go namierzyć, Zárate musiał poprosić o pomoc Costę, swojego dawnego kolegę z komisariatu w Carabanchel. Nie chciał, aby ktokolwiek w BAC1 dowiedział się, że się tym interesuje, nikt by tego nie zaakceptował, a już szczególnie Elena. Nie wspominając nawet o Renterze. Jest przekonany, że komisarz byłby w stanie wymyślić cokolwiek (choćby miał powiedzieć, że to Zárate zamordował sędziego Beltrána), żeby skrępować jego ruchy. Byle tylko nie ujawnił prawdy.
Vicioso przyjął go życzliwie w swoim skromnym mieszkaniu przy pasażu Comandante Fortea, poczęstował kawą i wyjawił szczegóły tamtego śledztwa. Żadnych przemilczeń czy tajemnic, bez wahania odkrywał kolejne warstwy, bo chciał się rozliczyć z przeszłością: "Są takie sytuacje, kiedy człowiek wie, co się stało, ale nie ma jak tego udowodnić". Tak właśnie było w przypadku Miramar: brakowało mu dowodów, nieliczni świadkowie, których skłonił do mówienia, znikli. Nie miał wyboru i musiał zamknąć sprawę.
- Niektórzy z ludzi należących w dziewięćdziesiątym pierwszym do brygady w Vallecas dzisiaj są na samym szczycie, we władzach policji. Gálvez, Rentero...
- Jeśli się obawiasz, możesz być spokojny. Nikt się nie dowie, że u ciebie byłem.
- Mam raka okrężnicy w czwartym stadium. Nie obawiam się policji. Ja nie.
- Dlaczego zabili mojego ojca?
Vicioso pogrąża się w milczeniu i szuka w pamięci jak ktoś, kto po omacku próbuje coś znaleźć w szafie. W końcu na jego usta wypływa lekki uśmiech, a potem nazwisko - Robert Gaynor.
- Kto to?
- O ile wiem, jedyna informacja, jaką zdobył sędzia Beltrán, człowiek, który powierzył twojemu ojcu zadanie specjalne w Vallecas, sprowadza się do tego, że brygada pomagała w handlu bronią. Podejrzewam, że sprzedawała ją któraś z fabryk na północy, a oni przerzucali towar z Madrytu do Afryki. Do Liberii. W tamtym okresie trwała tam pełnowymiarowa wojna domowa, a Robert Gaynor był jednym ze zbuntowanych generałów. Trafiłem na to nazwisko, bo dużo później, w dwa tysiące trzecim roku, kiedy zainterweniowała ONZ, okazało się, że żołnierze Gaynora mieli karabiny hiszpańskiej produkcji. Próbowałem go namierzyć, ale w Liberii panował straszliwy chaos. Uznałem, że zginął, jednak kilka lat temu, niedługo przed moim przejściem na emeryturę, jego nazwisko pojawiło się w systemie. Przyjechał tu, do Hiszpanii. Nawet poszedłem się z nim spotkać, ale nie chciał ze mną rozmawiać.
- Gdzie mieszka?
Odpowiedź zaprowadziła Záratego do Almeríi, do San Juan de los Terreros, do tego apartamentu na osiedlu Mar Tirreno.
Kiedy Vicioso spotkał się z Gaynorem, generał właśnie zatrudnił się do pracy w szklarniach. Tam skierował swe kroki Zárate. Chociaż nikt nie kojarzył generała z nazwiska, opis robił swoje - wszystkim zapadało w pamięć prawe oko z bielmem. Kilku robotników powiedziało Záratemu, na której plantacji pracuje.
Zaczepił Gaynora, kiedy tamten po skończeniu swojej zmiany palił papierosa, którego sam sobie skręcił, a inni pracownicy wychodzili, nawet się z nim nie żegnając. Być może wiedzieli o jego przeszłości i woleli trzymać się od niego z daleka, jak ktoś, kto się obawia zakaźnej choroby. Zárate przeczytał książkę o wojnie w Liberii. Postać generała Roberta Gaynora, White Eye'a, wyróżniała się w którejś z obłąkańczych relacji dotyczących skrajnej przemocy. Przypisywano mu wiele z najgorszych aktów: masakry, kanibalizm, tortury poprzez robienie z dzieci morderców.
Przedstawił się jako policjant i postanowił nie zabiegać o jego sympatię: powiedział mu, że wie, kim jest, co ma na sumieniu i że jeżeli nie będzie współpracował, może być pewien, że zostanie deportowany.
- Jestem już kimś zupełnie innym - odpowiedział Gaynor znużonym głosem, naznaczonym wyraźnym liberyjskim akcentem.
Wydmuchał chmurkę dymu i wbił wzrok w wypalony słońcem teren wokół szklarni. Wyglądało na to, że w wieku ponad sześćdziesięciu lat nie miał już wiele do stracenia.
- Uważasz, że nie jestem w stanie spieprzyć ci ostatnich lat życia?
- A może być gorzej?
- Pomyśl, że może być lepiej: mógłbym uporządkować ci papiery, poszukać jakiejś pracy dogodniejszej dla osoby w twoim wieku...
- A dlaczego miałbyś wyświadczać mi tę przysługę?
- Bo opowiesz mi, kto wysyłał ci broń do Liberii. Słyszałeś może o Klanie?
Gaynor poderwał się gwałtownie i odszedł, powłócząc prawą nogą. Zárate dogoniwszy mężczyznę, pomyślał, że bez trudu powaliłby go dwoma szturchańcami. Nic już nie zostało z tamtej dzikiej wojennej bestii. Jacyś zapóźnieni robotnicy zaczęli im się przyglądać.
- Skąd mam wiedzieć, że mogę ci zaufać?
- Nie możesz tego wiedzieć - przyznał Zárate. - Ale nie masz wyjścia. Chcesz, żebym pogadał z twoim szefem? Żebym mu powiedział o rzeczach, które robiłeś w Liberii?
Gaynor przez chwilę nie odpowiadał. Rozejrzał się wokół swoim zabielonym niczym u wiedźmy okiem. Chyba się obawiał, że ktoś może go usłyszeć.
- To były interesy. Ja potrzebowałem broni. Byłeś kiedyś na wojnie? Więc co możesz o tym wiedzieć?! Patrzysz na mnie jak na potwora, ale żeby przeżyć na takiej wojnie jak ta w Liberii, nie możesz znać litości. Nie chodziło o wygranie, tylko o przeżycie. To grzech? Robić, co się da, żeby przeżyć? Bo ja tak robiłem, owszem. Z pomocą broni od Klanu, a gdybym jej nie miał, robiłbym to gołymi rękami.
- Z kim z Hiszpanii handlowałeś? Z Renterem, Gálvezem...? - Zárate rzucił nazwiskami, ale Gaynor nie zareagował. - Wiedziałeś, że są z policji?
- Mój kontakt? Policja? Mylisz się. Wiem, że raz, na początku, miał problemy z policją w Madrycie. Mało brakowało, a wszystko by się schrzaniło, ale załatwił to. Rozumiesz...
Zárate musiał przełknąć złość, kiedy Gaynor spojrzał na niego, szczerząc zęby. Mężczyznę wciąż jeszcze cieszyło wspomnienie koszmaru, w którym uczestniczył, niczym dziecko, które z radością wspomina swoje psoty. A jedną z nich była śmierć ojca Záratego. Jednak zdołał się opanować.
- Kto był tym kontaktem?
- Sipeeni. W joruba to znaczy "Hiszpan". Nie wiem, jak naprawdę się nazywał. Mówili, że pracował w hiszpańskiej ambasadzie w Liberii, tam go poznałem, ale możliwe, że to kłamstwo. Tak jak to, że zginął na wojnie. Sipeeni nie umarł. Na pewno siedzi w Monrowii, w jakiejś posiadłości, i cieszy się tą fortuną, którą na nas zarobił...
- Muszę znaleźć tego Sipeeniego. Muszę wiedzieć, jak się nazywa i gdzie teraz mieszka.
- Jeśli się dowiem, załatwisz mi to, co obiecałeś? Papiery, dobrą pracę...
- Będziesz to miał.
- Daj mi jeden dzień. Zadzwonię do Monrowii, jeszcze mam tam przyjaciół. Potem cię poszukam... A kiedy dostanę papiery do ręki...
- Skąd mogę wiedzieć, że warto ci zaufać?
- Nie możesz tego wiedzieć, ale nie masz innego wyjścia - powtórzył Gaynor kpiąco.
Zárate jeszcze pamięta ostatni uśmiech Gaynora, zanim dał mu adres apartamentu w Mar Tirreno. Jego oko z bielmem, pogardę, którą musiał w sobie zdusić, patrząc, jak tamten odchodzi. Jednak sądzi, że generała interesuje ten układ. Pojawi się tego wieczora, jak obiecał.
Próbował zbudować sobie jakieś wytłumaczenie dla śmierci ojca: w 1991 roku Rentero, Gálvez, nawet Santos, byli zwykłymi policjantami w komisariacie dzielnicowym. Jeszcze nie zdążyli awansować. Możliwe, że w jakiś sposób współpracowali przy handlu bronią, ale to ich przerastało. Tak czy inaczej, jego ojciec odkrył ich sekret, a Sipeeni, zgodnie ze słowami Gaynora, rozwiązał problem...
Wolałby nie mieszać do tego Eleny, ale kto inny mógłby mu pomóc z papierami dla Gaynora? Nie jest niebezpieczny, już nie, nikt nie musi wiedzieć, kim był w swoim kraju, tutaj jest zwykłym imigrantem, starym i zmęczonym, niezdolnym nikogo skrzywdzić, ale jeśli nie dostanie tego, co Zárate mu obiecał, możliwe, że nie powie mu, co wie. Wolałby wykonać ten telefon dużo później; kiedy wszystko byłoby już załatwione, kiedy uwolniłby się od tego ciężkiego głazu, który go przytłacza i nie pozwala mu myśleć o niczym innym. Nie ma już miejsca na miłość, na przyszłość, na własne życie, które chciałby wieść z Eleną. Wszystko zajmuje ta wściekłość, która jest jak nałóg, sama siebie podsyca, rośnie z każdym oddechem, a teraz rozpala się na dźwięk tego imienia - Sipeeni. Dlatego czuje się oszustem, gdy w końcu dzwoni.
- Ángel, gdzie jesteś?
- Wyślę ci pineskę. Możesz teraz wyjechać z Madrytu?
- To absurd, żebyś się dalej ukrywał. Przyjdź do domu. Opowiedz mi wszystko, a na pewno znajdziemy jakiś sposób, żeby z tego wybrnąć.
- Gdyby to było takie proste!
Wyobraża ją sobie w jej gabinecie, jak walczy sama ze sobą, rozdarta, jak się waha, czy zrobić to, o co ją prosi, czy nie ugiąć się i zażądać, by wrócił albo przynajmniej powiedział jej, co się dzieje.
- Kocham cię.
- A ja ciebie, Elena. Byliśmy parą idiotów, nie sądzisz? Straciliśmy czas na jakieś bzdury, a teraz... pewnie już jest za późno. Nie sądzę, żebym mógł jeszcze mieć normalne życie.
Chociaż Elena stara się to ukryć, Zárate wie, że ona płacze.
- Co powiedział ci Beltrán?
- Nie mogę ci tego zdradzić przez telefon. To niebezpieczne.
- Powiedz, gdzie mam przyjechać.
Nie ma sensu dłużej rozmawiać. Zárate przerywa połączenie i wysyła jej przez WhatsAppa swoją lokalizację. Teraz musi tylko poczekać, aż się zjawi. Jeżeli wyruszy od razu, będzie tu za jakieś pięć godzin.
Ciepła woda pod prysznicem przynosi mu ukojenie i oczyszcza umysł. W każdej chwili może się pojawić Gaynor. Musi go przekonać, by poczekał na przyjazd Eleny, obiecać, że ona załatwi mu papiery. Afrykanin wskaże mu miejsce pobytu tego Sipeeniego, sposób na dotarcie do niego. Wyciera się, gdy słyszy odgłos kroków na klatce schodowej. To nie może być Gaynor, on kuleje, pamięta, jak powłóczył nogą, a te kroki brzmią mocno. Po chwili do jego uszu dobiega łoskot - ktoś wdziera się do mieszkania. Zárate myśli szybko, w łazience nie ma broni. Pisze na zaparowanym lustrze wiadomość dla Eleny: "KLAN".
Ktoś kopniakiem otwiera drzwi, wywala je z zawiasów. W tym momencie, nago i bez broni, Zárate ma niewielkie możliwości odparcia ataku. Przed nim stoi kobieta z wygoloną głową i tatuażem orła na czaszce. Ma na sobie bojówki i zielony dopasowany podkoszulek, pod którym wyraźnie rysują się mięśnie. W prawym ręku trzyma pistolet z tłumikiem.
- Czekałeś na Gaynora? Niestety nie może przyjść. Nie żyje. Niech ci ziemia lekką będzie, generale White Eye. Prawdę mówiąc, nie sądzę, by ktoś za nim tęsknił.
Lodowate spojrzenie niebieskich oczu, lekki akcent, prawdopodobnie z dawnej Jugosławii. Góra trzydzieści lat. Mimo wszystko, bo właściwie nie ma szans, rzuca się na nią, ale kobieta nie daje się zaskoczyć, jest szybka, odpycha go kopniakiem w brzuch, który poprawia krótkim ciosem pięści w nos.
- Nie zmuszaj mnie...
Zárate się zatacza, chwyta się zasłony prysznicowej, próbując nie stracić równowagi, ale ta się urywa. Jego sytuacja jest beznadziejna. Myśli szybko i wyciąga wniosek, że gdyby chciała go zabić, już by to zrobiła. Jednak nie strzeliła i dlatego on znów próbuje. Jeszcze raz się na nią rzuca, obala ją na ziemię i wybiega. Nie dotrze daleko w tym stanie, bez ubrania, ale dopada do drzwi. Długimi skokami pokonuje schody, musi wsiąść do auta, może uda mu się uciec...
Biegnie jak najszybciej umie drogą, która otacza ul, jakim jest ten budynek. Zaparkował niedaleko, już widzi samochód, kiedy czuje w boku coś jakby ukąszenie, a po nim następuje pieczenie, które pali gdzieś w środku. Zatacza się z bólu i upada na ziemię, zaledwie kilka metrów od auta. Był idiotą. Uznał, że kobieta nie chce go zabić. Gorąco postrzału blokuje mu system nerwowy, świat, który widzi, staje się zamazany i coraz ciemniejszy, jak gdyby zapadał się w studni, ale zanim straci świadomość, może podziwiać doskonale odwzorowane skrzydła orła na czaszce kobiety.
Nie zdążyła. Jedyne, co zostało po Záratem w tym mieszkaniu, to jego ubrania, plama z krwi - prawdopodobnie jego - i ta ukryta wiadomość na lustrze.
"Nie pozwolę ci umrzeć, Ángel", szepcze, a jej słowa wchłania ciemność grudniowej nocy, która zapadła na opustoszałym terenie wokół osiedla. Nieliczne latarnie oświetlają opuszczone miejsca, drogi prowadzące donikąd.
Jej serce wściekle pompuje krew, a żyły są niczym rury, które za chwilę pękną. Fale gorąca rozpalają jej skronie, zapowiadając katastrofę. Jest samobójczynią, która już skoczyła i tylko czeka, aż roztrzaska się o chodnik. Kręci jej się w głowie, chwyta się poręczy balkonu. Na lustrze nie został już ślad po literach, które nakreślił Zárate na parze - "KLAN". Chłód nocy je zatarł. Czym jest Klan? Zdradziecki głos Manueli w telefonie zagnieździł się w jej myślach, a im dłużej przypomina sobie tę rozmowę, tym bardziej brzmi on jak wybuch śmiechu.
- Czekałam na ciebie.
- Gdzie jest Zárate?
- Nic mu nie jest. I nic mu nie będzie, jeżeli zrobisz to, co ci powiem.
Nawet nie próbowała ukryć swojej tożsamości. Tak pewnie się czuje?
- Skąd wiedziałaś, że tu jestem, Manuela?
- Wiem wiele rzeczy, ale to teraz nieistotne. Ważne, że obu nam zależy, by Ángel wyszedł z tego żywy, prawda?
- Ty go masz?
- Nie, ja nie wiem, gdzie jest Zárate, ale wiem, czego chcą. Właściwie to nic trudnego. Musisz tylko porozmawiać z Renterem, żeby złożyć u niego swoją rezygnację i zamknąć BAC. Kiedy brygada zakończy działalność, znów porozmawiamy.
Echo ostatniego sygnału przeciąga się w jej wspomnieniu niczym krakanie wrony. "Nie pozwolę ci umrzeć, Ángel", szepnęła ledwie kilka sekund temu. "I jak to zrobisz, Eleno?" - kpi z niej jakiś wewnętrzny głos. Wraca do mieszkania, nielicznych tandetnych mebli, nieładu po walce.
Mogłaby zadzwonić do swoich kolegów z BAC i przeprowadzić specjalistyczne badanie miejsca zbrodni, pobrać odciski palców, ślady DNA. Jeśli to zrobi, Zárate zginie.
Mogłaby popytać sąsiadów - o ile ktoś tu jest, bo osiedle Mar Tirreno wydało jej się całkiem opustoszałe - albo ludzi z miasteczka. Może ktoś widział Ángela... To mogłoby ją naprowadzić na trop, co robił w San Juan de los Terreros, czego tu szukał. Jeśli to zrobi, Zárate zginie.
Lista możliwości ciągnie się niemal w nieskończoność, ale zawsze prowadzą do tego samego finału: śmierci Ángela. Ile bólu jest w stanie udźwignąć jeden człowiek? Elena wie, że tylko cudem przeżyła śmierć swojego syna Lucasa. Podniosła się, próbowała sobie wmówić, że ma powody, by dalej walczyć, ale ta nowa Elena jest krucha niczym rysunek na piasku: wiatr czy morska fala mogą ją wymazać. Musiała zmierzyć się z tą możliwością, jaką jest śmierć Ángela, by uświadomić sobie, jak bardzo go potrzebuje. Tylko on może podtrzymać tę niestabilną konstrukcję, na której się wspiera.
Nie ma sensu dłużej tu siedzieć. Jeżeli czegoś jest pewna, to tego, że nie uda jej się znaleźć Záratego. Wraca do auta, do Łady, którą zachowała, jakby to była kotwica łącząca ją z odległą przeszłością, z czasem, kiedy sądziła, że może być szczęśliwa. Nagle wydaje się jej śmieszne to kurczowe trzymanie się kiepskiego, niewygodnego samochodu, nie tyle zabytkowego, co zwyczajnie starego. Prowadzi po ciemku, lśnią gwiazdy, wszystko wygląda na ładniejsze niż w świetle słońca, bo noc skrywa pospolite kontury rzeczywistości. Jak mogła dopuścić, by Manuela znalazła się w BAC? Wyczuwała, że doszło do czegoś pomiędzy nią a Záratem, nie chciała jednak o tym z nim rozmawiać, nie tyle z obawy przed kłótnią, co ze strachu przed tym, że jeśli nada temu formę słów, stanie się to prawdą i na zawsze ich rozdzieli.
"Byliśmy parą idiotów, nie sądzisz? Straciliśmy czas na jakieś bzdury, a teraz... pewnie już jest za późno", powiedział Zárate, zanim wysłał jej swoją lokalizację. Dlaczego nie wspomniał jej nic o Klanie? Elena się domyśla, że jakoś wiąże się to ze śmiercią jego ojca, bo on od miesięcy hoduje w sobie tę furię, to ona kazała mu rzucić się na sędziego Beltrána i Rentera. Czy również z tego powodu zbliżył się do Manueli? Nie znosi mysiej twarzy asystentki Buendíi, jej ciągłego poprawiania sobie okularów na nosie, jej loczków niewinnej dziewczynki.
Jest po północy, kiedy wybiera numer patologa BAC.
- Elena? Byłem już w łóżku...
Nie przeprasza go, od razu rzuca pytanie, które od dłuższego czasu nie daje jej spokoju.
- Buendía, w jaki sposób Manuela znalazła się w BAC? Skąd ona się wzięła?
- Coś się stało?
- Nie, zastanawiam się nad tym od kilku dni i właśnie mi się przypomniało.
- Miała dobre CV i rekomendacje.
- Od kogo?
- Od Rentera...
Elena przez chwilę nic nie mówi. Próbuje sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek widziała Rentera z Manuelą, czy się znają, ale nie udaje jej się to. Dlaczego Renterowi na tym zależało? Jest w to wszystko zamieszany? "Przerobiłem to na własnej skórze, Elena. Wiem, o czym mówię", powiedział, kiedy wypłynął temat śmierci Eugenia Záratego. "Widziałem wielu, którzy zginęli, bo nie umieli wycofać się w porę". To absurd: Rentero łatwiej niż ktokolwiek inny mógłby rozwiązać BAC. Gdyby to on stał za Manuelą, dlaczego miałby zlecać to zadanie Elenie?
- Gdzie jest teraz Manuela?
- Wzięła kilka dni urlopu. Stało się coś?
- Nie, nic, Buendía... Jutro pogadamy.
Szosa ciągnie się w mroku po horyzont. Wyznaczają ją światełka odblaskowe na barierkach. Ruch jest niewielki, tylko czasem przejedzie jakaś ciężarówka. Zażądali od niej rzeczy niemożliwej - kim jest, aby rozwiązać BAC? To nie leży w jej gestii. Nawet nie zdając sobie z tego sprawy, uznała, że jedynym wyjściem jest ulec szantażowi Manueli. Ale czy to prawdziwy szantaż? A może tylko bawią się nią jak kot rannym ptakiem? Dlaczego zażądali czegoś, choć dobrze wiedzą, że nie może tego spełnić?
Kiedy dociera do Madrytu, na parking, gdzie zawsze zostawia auto, czuje, jak bardzo jest wykończona. Prowadziła niemal dziesięć godzin z rzędu, z Madrytu do Almeríi i z powrotem. Chce tylko dotrzeć do domu i zniknąć. Choć na chwilę wyłączyć umysł, bo już dawno zatraciła obiektywność. Dała się porwać wirowi zepsutych myśli, zainfekowanych pewnością, że tak naprawdę Zárate już nie żyje, że Manuela czy ktokolwiek inny stojący za tym całym Klanem tylko się nią bawią. To akt sadyzmu, przed którym nie potrafi uciec.
Wchodzi do swojego mieszkania i stwierdza, że ktoś w nim był. Balkon jest otwarty, niemożliwe, by ona tak go zostawiła w środku zimy. Na dole widać budki świątecznego kiermaszu, puste o tej porze. Nagle czuje się uwolniona: możliwe, że ta osoba jest jeszcze w środku, i najbliższym, co poczuje, będzie strzał w głowę. Jednak dzieje się co innego. Włącza się telewizor w salonie i cały ekran zajmuje zdjęcie Eleny w jej gabinecie w BAC. Fotografia pochodzi sprzed kilku lat, nawet sprzed sprawy cygańskiej narzeczonej - wtedy Elena nosiła dużo krótsze włosy, jak na tym ujęciu, które wykonała kamera monitoringu. Policjantka robi kilka kroków w stronę odbiornika, chce się przyjrzeć szczegółom, w nadziei, że one wyjaśnią jej, dlaczego zdjęcie pojawiło się teraz na ekranie. Jednak ono znika, by ustąpić miejsca kolejnemu, na którym Elenę widać w pokoju przesłuchań. Nie ma czasu umiejscowić tego ujęcia w czasie, bo trwa ono zaledwie moment, a po nim następują dziesiątki innych, z których każde wyświetlane jest niecałą sekundę. Strumień obrazów, w których ona odgrywa główną rolę, ukazuje lata w BAC, z Buendíą, z Mariajo, ale też z Ordu?em, z Chescą i Reyes, na wielu pojawia się Zárate, a na kilku z sali zebrań widać nawet Manuelę.
Elena szuka pilota, próbuje zatrzymać tę kaskadę zdjęć, których są już setki, ale przyciski nie odpowiadają. Pośród fotografii zaczynają się pojawiać raporty ze spraw, nie ma czasu przeczytać których, aż nagle lawina obrazów zatrzymuje się na ostatnim ujęciu. Jako jedyne pochodzi spoza biura BAC. Zárate leży na jezdni, krew wypływająca z brzucha tworzy kałużę na asfalcie. Jest nagi. Ma uchylone powieki, ale Elena nie umie stwierdzić, czy jest żywy czy martwy.
Potem telewizor się wyłącza. Elena szuka histerycznie przycisków za ekranem, uruchamia odbiornik, ale ten emituje tylko obrazy z telesklepu, gdzie ktoś zachwala zalety beztłuszczowej frytkownicy. Zdesperowana zmienia kanał, chociaż wie, że nie zdoła odzyskać tamtej sekwencji. Ani zdjęcia Záratego. W poczuciu bezsilności uderza pięścią w ekran, a ten pokrywa się pajęczynką. Cienkie niteczki wędrują po ledowej powierzchni, zaburzając kolor. Ogarnia ją niepohamowana frustracja - zrzuca wszystko, co jest na stole, nie panuje nad sobą, nie tyle potrzebuje coś zniszczyć, co zadać sobie ból. Nawet nie wie, czym skaleczyła sobie dłoń; zmywa krew pod kranem w kuchni. Na blacie stoi butelka grappy Nonino. Otwiera ją i zanim weźmie pierwszy łyk, polewa ranę, żeby ją odkazić.
Nie wie, ile czasu minęło, widzi tylko, że już się rozwidnia, kiedy kończy się grappa w butelce. Głowa jej ciąży. Alkohol przynajmniej znieczulił ją na tyle, że żadna myśl nie rani jej mózgu niczym ostra żyletka. Przypomina sobie o hakerskim włamaniu do intranetu BAC, pewnie w ten sposób zdobyli te wszystkie zdjęcia. Wmawia sobie, że Zárate jeszcze żyje, nawet wyobraziła sobie, jak leży na ziemi, nagi, krwawiąc i błagając o pomoc. I chyba zrozumiała, co chcieli jej przekazać tą serią zdjęć i raportów z BAC.
- Jesteś pijana.
Elena nie próbuje zaprzeczać. Rentero jeszcze się nie ubrał, otworzył jej drzwi w szlafroku w kratkę narzuconym na piżamę i z kubkiem w ręku. Która może być godzina? Nie wie. Chyba koło ósmej, słońce do tej pory nie wyszło, a może to skierowane na Park Retiro okna w mieszkaniu Rentera utrzymują je w cieniu.
- Wejdź, zaparzyłem kawę. Dobrze ci zrobi. Całe szczęście, że Luisa poszła zrobić badania. Oszczędziła sobie twojego widoku w rozsypce. A ty przypadkiem nie odstawiłaś alkoholu?
Idzie za Renterem do jego gabinetu. Komisarz nalewa dla niej kawy z termosu. Uwagę Eleny zwraca, że używa kubka z tekstem ze starego serialu telewizyjnego Posterunek przy Hill Street. Możliwe, że już nikt go nie pamięta, jednak formułkę, jaką sierżant Esterhaus żegnał swoich kolegów co rano - "Jeszcze coś... Uważajcie na siebie" - wciąż można usłyszeć na wielu komisariatach niemal codziennie rano. Młodzi policjanci pewnie nawet nie wiedzą, skąd się wzięła. Czemu myśli teraz o takich bzdurach?
- Domyślam się, że właśnie rozgrywa się jakiś dramat. Wnioskując po godzinie i twoim stanie.
Elenie zaschło w ustach, mówi z trudem. Opiera się o stół, by nie stracić równowagi. Już nie płacze, grappa pomogła jej znaleźć determinację i wmówić sobie, że to uratuje Záratego.
- Chcę złożyć dymisję i chcę, żebyś zamknął BAC.
Rentero bierze łyk kawy, zanim odpowie, jakby potrzebował czasu, by się zastanowić.
- Co do pierwszej sprawy, przyjmuję twoją dymisję. To stanowisko pod wielką presją i widać wyraźnie, że nie masz sił jej znosić. To cię niszczy, a ja nie chcę widzieć cię w takim stanie. Nie mówię tego tylko ze względu na to przedstawienie, już powziąłem decyzję, żeby cię zastąpić, właśnie dziś miałem cię o tym powiadomić.
Elenie przebiega przez głowę pytanie: dlaczego Rentero chciał ją odsunąć? Od kiedy to liczy się dla niego coś poza wynikami? Nigdy nie zaprzątał sobie głowy jej uczuciami, drażni ją ta fałszywa dobrotliwość przebrana za serdeczność, ale wie, że nie ma sensu się teraz nad tym zatrzymywać.
- I co do drugiej sprawy też. Musisz zamknąć BAC.
- A kim ty jesteś, żeby o tym decydować?
- Ja jestem BAC. Zbudowałam tę brygadę i uczyniłam z niej to, czym jest obecnie. Beze mnie jej działanie nie ma sensu.
- Elena, nie ulega wątpliwości, że przesadziłaś z alkoholem. Za kogo ty się uważasz? Za kogoś w rodzaju Boga? Powinnaś wiedzieć, że wszyscy jesteśmy zastępowalni. Ty w pierwszej kolejności. Świat bez ciebie się nie zawali. Real Madryt wygra Ligę Mistrzów, politycy dalej będą kradli, kawa nadal będzie gorzka, a BAC wciąż będzie działać.
- Nie zmuszaj mnie, żebym zniszczyła ci życie.
- Idź do domu i się prześpij, Elena. Jutro spojrzysz na to wszystko inaczej.
- Nigdzie nie pójdę!
Zrzuca wszystko, co leży na stole - popielniczkę, papiery, lampkę, która zawisa na kablu. Rentero bierze kolejny łyk kawy. Nie zamierza ulec pod wrażeniem paru krzyków i drobnych zniszczeń.
- Wybrałem już twoją następczynię. Być może kiedyś nadejdzie dzień, gdy BAC straci rację bytu, ale na razie wciąż go potrzebuję.
- Gówno z tego wszystkiego rozumiesz, Rentero. Trzeba to zamknąć. Powołaj inną brygadę, pod inną nazwą, możesz to zrobić. Wy z Gálvezem możecie zrobić, na co wam przyjdzie ochota.
- W tym punkcie masz rację. Mogę robić, co zechcę. I to właśnie robię.
Elena w desperacji miele w ustach przekleństwa. Gabinet wiruje jej przed oczami. Za wielkim oknem Park Retiro lśni w blasku świtu niczym rozżarzony kamień. Elena nie panuje już nad sobą, o ile można powiedzieć, że wcześniej panowała. Chciałaby mu powiedzieć o Manueli, zdjęciu Záratego, szantażu, ale co, jeżeli jedno słowo na ten temat okaże się wyrokiem na Ángela? Czuje się zagubiona w tej grze, której zasad nie rozumie: Klan, Rentero, śmierć ojca Záratego, sprawa Miramar, Manuela i to ultimatum, które jej postawiła. Nie potrafi połączyć tych elementów w spójną całość. Popycha ją do działania jedynie instynktowna, niemal zwierzęca potrzeba - pragnie znów objąć Ángela, poczuć jego ciepło i zapach, jakby się tym żywiła.
Szuka punktu oparcia na stole. Jej ręka napotyka szklany przycisk do papieru w postaci kuli ze śniegiem, z malutkim domkiem w środku. Kto nie chciałby żyć w takim miejscu, oddzielony od wszelkiego zła wokół grubą szybą?
- Zrób, co mówię, albo pójdę z tym do prasy. - Wie, że tę broń podsunęła jej kaskada zdjęć. - Opowiem im, ile razy podeptaliśmy prawo i że zawsze byłeś o tym poinformowany. Ukryłeś, że Zárate zabił morderców Cheski. Pogrzebałeś autopsję Violety, chociaż doskonale wiedziałeś, że to ja do niej strzeliłam, mimo że nie miała przy sobie broni. To będzie twój koniec, Rentero. Nie pójdziesz do więzienia, ale staniesz się trędowatym. Zapomnij o swoich ambicjach politycznych i obecnym stylu życia.
- Nie wiesz, co mówisz. Jesteś w desperacji.
Ten protekcjonalny ton jeszcze bardziej rozpala jej gniew. Czy nic go nie obchodzi całe to cierpienie, które na nią spada? Elena chwyta się mocniej szklanej kuli.
- Nieważne, jak ja się czuję. - Wbija w niego spojrzenie zaczerwienionych oczu, zmącone grappą. - Po prostu zrób to, co mówię.
Rentero pochyla się lekko ku niej i patrzy na nią odrobinę kpiąco.
- Naprawdę sądzisz, że w ten sposób uratujesz Záratego?
Elena czuje palące gorąco w trzewiach, gorąco, które rozlewa się na całe ciało i mąci jej rozum.
Gabinet Mariajo - kanciapa, jak go nazywa - to miejsce niezrozumiałe dla każdego oprócz niej: plątanina kabli, połączonych ze sobą urządzeń, których przeznaczenie zna tylko ona, różne monitory, na których bezustannie ukazują się długie szeregi cyfr... Zwykle tam nie siedzi, woli pracować we wspólnej strefie z kolegami, przed zwykłym komputerem. Kiedy wchodzi do kanciapy, kiedy majstruje tam coś godzinami, to znaczy, że jest pogrążona w jakimś karkołomnym poszukiwaniu lub programuje coś, co kiedyś się przyda.
Buendía zatrzymuje się w drzwiach i zastaje ją z okularami na czubku nosa, jak zawsze kiedy hakerka się nad czymś głowi. Przypomina mu szalonego wynalazcę, gotowego z równym zaangażowaniem zaprojektować automatyczną drapaczkę do pleców, jak portal do przemieszczania się pomiędzy różnymi wymiarami.
- Kiedy ostatnio byłaś w domu?
- Pójdę tam, gdy zrozumiem, w jaki sposób zhakowali nam intranet.
- Zdarzyło się coś jeszcze?
- Ci, którzy się włamali do intranetu BAC, nie skopiowali tylko plików związanych ze sprawą fermy matek zastępczych. Skopiowali nagrania z przesłuchań, zaszyfrowane pliki, te najbardziej chronione. A co najgorsze, nie mam pojęcia, jak im się to udało. Po raz pierwszy od dwudziestu lat zdarzyło się, że ktoś złamał te zabezpieczenia. A ja myślałam, że to najlepiej strzeżone miejsce na świecie, bardziej niż Pentagon...
- Kawy?
Gdy czekają, aż maszyna napełni ich papierowe kubki, Buendía stara się podnieść koleżankę na duchu, chociaż wie dobrze, że będzie to trudne. Podejrzewa, że Mariajo nie tyle martwi się materiałem, który mógł zostać wykradziony, co frustruje ją, że została pokonana: wszystkie środki bezpieczeństwa, jakie zainstalowała w sieci BAC, zostały złamane.
- Czułeś kiedyś, że poniosłeś życiową porażkę?
- Od razu widać, że nie masz dzieci - próbuje zażartować Buendía. - Poprosisz o pomoc Wydział Informatyki?
- Ty też myślisz, że jestem za stara i nie zdołam sobie z tym poradzić?
- Nikt tak nie myśli.
- Ja! Ja tak myślę. Chyba powinnam przejść na emeryturę, tak jak ty. Powinnam pozwolić, by zajął się tym wszystkim jeden z tych chłopaków z kolczykami w nosie, koczkiem i tatuażami. Siedzę nad tym od kilku dni i nic nie mam: ani skąd nastąpił atak, ani jak udało im się skopiować wszystkie nasze pliki w tak krótkim czasie. Weszli i wyszli, nie zostawiając żadnego śladu.
- Przecież sama mówiłaś, że najważniejsze rzeczy były zakodowane.
- Buendía, oni weszli do naszego systemu jak ktoś, kto otwiera zabawkowy sejf. Kodowanie też mogli złamać bez większych problemów. Muszę porozmawiać z Eleną.
- Wiesz, gdzie ona jest? Wczoraj w nocy do mnie dzwoniła. To był bardzo dziwny telefon. Było już po północy, przestraszyłem się, że stało się coś poważnego.
- I?
- Nic, zapytała mnie, w jaki sposób Manuela trafiła do BAC.
- Dlaczego?
- Też chciałbym wiedzieć. A Manuela przedwczoraj wzięła kilka dni urlopu.
- I dałeś jej? Myślałam, że ma być z tobą i się uczyć, dopóki nie przejdziesz na emeryturę.
- Dostała w Dziale Personalnym, podanie nie przeszło przez moje ręce.
Mariajo cmoka z dezaprobatą.
- Nigdy mi się nie podobała ta dziewczyna. Mówiłam ci. Akurat teraz wybrała się na wakacje... Jak ktoś chce być w BAC, powinien najpierw myśleć o brygadzie, a dopiero potem o kilku dniach w domku na wsi.
- My tak robiliśmy, ale może to był błąd? Zapomnieliśmy, że poza tym trzeba jeszcze żyć.
Rozmowę przerywa im nadejście Ordu?a.
- Wiecie, gdzie jest Elena?
- Nie mamy pojęcia. Czy to nie dzisiaj Reyes miała składać zeznania w prokuraturze w sprawie Sekcji? Myślałam, że z nią pójdziesz.
- Ja też tak myślałem, ale wczoraj mi powiedziała, żebym wybił to sobie z głowy. Nie wiem, co się dzieje z tą dziewczyną. W sumie to nie wiem, co się dzieje z całą brygadą. Pamiętacie, jak kiedyś wszyscy byliśmy w tym razem, gotowi duszą i ciałem oddać się śledztwu? Gdyby to ode mnie zależało, poprosiłbym o przeniesienie do drogówki. Tylko pomyślcie, co za życie... Decydujesz, kto pierwszy przejedzie przez skrzyżowanie i wlepiasz mandaty na prawo i lewo...
- Nie nadawałbyś się do tego...
- Przekonałbym się.
Buendía robi kawę dla Ordu?a, a Mariajo myśli o tym, co powiedział, o ich przerwanej rozmowie: nie umieli żyć, wszyscy poświęcili się BAC i zapomnieli, że prawdziwe życie toczy się poza murami biura przy Barquillo. Wiele razy myślała, że jej koledzy z brygady są jej prawdziwą rodziną, ale czy przypadkiem nie jedyną? Czy naprawdę ich wybrała? Poza tymi murami osacza ich samotność, jak gdyby wstąpienie do BAC gwarantowało, że cały ich wszechświat obróci się w ruinę.
Chesca, Ordu?o, Buendía... Wszyscy padli ofiarą tej swoistej klątwy, która największe piętno odcisnęła na Elenie i Záratem. Co zostało z tego policjanta pełnego ideałów, który przyłączył się do nich podczas sprawy Miguela Vistasa? Nigdy nie lubiła użalania się nad sobą, ale Mariajo sądzi, że to po prostu obiektywna ocena sytuacji, taka jest prawda. Zhakowanie sieci stanowiło cios wymierzony w jej poczucie własnej wartości, prawdopodobnie ostatnią rzecz, jaka pozostała u niej we względnie nienaruszonym stanie. Emerytura, którą tyle razy straszył Buendía, teraz wydaje się najbardziej honorowym rozwiązaniem. Ale co miałaby robić Mariajo w pełnej Niemców kawiarni w Benidormie? Jakie życie ją czeka, kiedy zgasną światła BAC?
- Dzień dobry...
Z trudem rozpoznaje Reyes w tej ciemnoszarej prostej sukience. Dziewczyna wygląda w niej jak przedstawicielka katalońskiej klasy średniej. Hakerka zawsze uważała, że Reyes ma swój styl - nawet kiedy chce być ekstrawagancka, jej zestawienia są atrakcyjne. W tym tak oficjalnym stroju wydaje się starsza. Pewnie uznała, że taki ubiór będzie najwłaściwszy do sądu.
- Jak poszły zeznania? - pyta Ordu?o niecierpliwie.
- Dobrze, w porządku... Sprawdzę wczorajsze zgłoszenia, może będzie coś ciekawego.
Nie daje im czasu na dalsze pytania i zostawia trójkę swoich kolegów koło maszyny z kawą.
- Uważacie, że to normalne? Wraca po złożeniu zeznań w prokuraturze i mówi nam tylko, że jest w porządku...
- Pewnie było w porządku - próbuje uspokoić Ordu?a Buendía.
- A jednak mnie będzie musiała opowiedzieć wszystko co do słowa.
Ordu?o idzie za nią. Mariajo wie, że to błąd, że powinien zostawić ją na chwilę w spokoju, ale to facet i nie posłucha jej.
Reyes słyszy za sobą kroki Ordu?a, dlatego chowa się w łazience. Nie chce niczego wyjaśniać, męczy ją to. Powinna wziąć kilka dni urlopu, ale pomyślała, że wtedy jej koledzy będą się o nią martwić jeszcze bardziej i będzie jeszcze więcej pytań, więcej odpowiedzi, których nie chce i nie umie udzielić. Patrzy w lustro na tę dziewczynę ubraną jak czterdziestolatka. Myśli, że brak jej tylko okularów w plastikowej oprawie, by idealnie wpasować się w ten styl.
Od dawna własna tożsamość nie stanowi już dla niej problemu, ale w ostatnich dniach nie wie, kim właściwie jest ani dlaczego robi to, co robi. Nie żałuje, że dokonała aborcji, nie chciała mieć tego dziecka, nawet nie dlatego, że nie wiedziała, czy ojcem jest Ordu?o czy Fabián, po prostu doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że to nie jest dla niej odpowiedni moment na bycie matką. To przeświadczenie nie zmniejsza jednak jej przygnębienia, nikt nie chce stawać przed taką decyzją. Może to moralniak po tym smutku, który coraz bardziej przypomina bezsilność. Z jej powodu nie lubi teraz własnego odbicia. Nie wie, czy nie popełniła w sądzie wielkiego błędu.
- Pytali cię o Sekcję?
Ordu?o idzie za Reyes korytarzem, czekał na nią pod drzwiami łazienki.
- No raczej, Ordu?o. Jeżeli wzywają cię do prokuratury, żebyś złożył zeznania w sprawie Sekcji, pytają o Sekcję.
- Na pewno powiedziałaś o wszystkich: o Gregorze, o Nombeli, o Richim, o Fabiánie...
Gdyby Ordu?o był bardziej spostrzegawczy, zauważyłby zakłopotanie swojej koleżanki na wzmiankę o Fabiánie.
- Składałeś kiedyś zeznania przed prokuratorem? Pierwszą rzeczą, o jakiej ci przypominają, jest to, że masz zachować dla siebie wszystko, o czym będzie mowa.
- Reyes, jesteśmy kolegami...
- I właśnie dlatego nie powinieneś pytać.
- Nie masz do mnie zaufania? Cholera, wiem, że to było do dupy, że musiałaś działać pod przykrywką na komisariacie w Villaverde, lepiej by było, gdyby Cristo przeżył i trafił za kratki. Nie wszystko wyszło tak, jak powinno, ale Reyes, czy nie widzisz, że próbuję ci pomóc poradzić sobie z tym?
- Właśnie tego nie rozumiesz: nie muszę sobie z niczym radzić.
Reyes pojmuje, że Ordu?o nie potrzebuje więcej słów, umie odczytać chłód w jej oczach, dumny dystans, który okazuje mu od wielu dni. Ona znajduje się w miejscu, do którego on nie ma dostępu, stracił ją i odbiera to niczym odkrycie. Słowa, które mu się wyrywają, nie wyrażają oskarżenia, lecz smutek klęski:
- Chroniłaś Fabiána?
Reyes nie rozumie tego, co się dzieje, począwszy od tej chwili. Ma wrażenie, że nastąpiło trzęsienie ziemi, które zakwestionowało wszystko, co do tej pory uważała za pewne. Z krzykiem wbiega Buendía, coś się stało i muszą natychmiast iść. Jakieś zabójstwo, udaje się wywnioskować Reyes z nieskładnych słów patologa. Nigdy nie widziała, by do tego stopnia stracił panowanie nad sobą. Łapie swój płaszcz, ale wpada na Mariajo, która ją zatrzymuje. Dlaczego nie chce jej pozwolić, żeby z nimi jechała? Zdaje sobie sprawę, że Ordu?o wybiegł z biura. Słyszy syreny, wycie syren, ale nie potrafi określić, czy docierało ono do niej już przy Barquillo, czy później, kiedy odepchnęła hakerkę i wybiegła. "To jej decyzja, zostaw ją", powiedział Ordu?o, pamięta te słowa. To musiało być później, kiedy już jechali samochodem. "Lepiej, żeby nie wchodziła".
Zobaczyła kilka ptaków podrywających się do lotu z drzew w Parku Retiro. Trzęsienie ziemi trwa nadal, drży asfalt i drżą ściany budynku, w którym była tyle razy. Słyszy szloch, nigdy dotąd nie widziała swojej cioci Luisy płaczącej. Po drodze mija policjantów i techników w białych kombinezonach. Od jakiegoś czasu nie dociera do niej, co mówi Ordu?o, który idzie obok. Nie potrafi określić, ile czasu upłynęło między rozmową, jaką prowadziła z nim w biurze BAC, a tą chwilą, kiedy przekracza próg gabinetu. Za oknem wisi jasne, chłodne niebo. Wokół niej krążą jakieś cienie, policjanci i jej koledzy z brygady. Podejrzewa, że Ordu?o już wydaje pierwsze polecenia. Mariajo próbuje pewnie skontaktować się z Eleną Blanco. Na podłodze obok biurka leżą zwłoki jej wujka Rentera. Na czole ma głęboką ranę, z której wypłynęła krew plamiąca dywan. Kilka centymetrów dalej leży potłuczona kula ze śniegiem. Małe płatki z tego miniaturowego świata zabarwiły się na czerwono. Reyes chce płakać jak jej ciocia w sąsiednim pokoju, rozpaczliwie, histerycznie, ale ból pali ją od środka i nie umie skroplić go w łzy.
Zwymiotowała na rogu Dos Hermanas i Embajadores. Jakaś staruszka z psem spojrzała na nią z niesmakiem. Już myślała, że tamta da jej torebkę na psie kupy, żeby posprzątała chodnik, ale pewnie zdążyła się przyzwyczaić do takich widoków i poszła dalej. Elena ma wrażenie, że porusza się w jakiejś dziwnej mgławicy, kombinacja nieprzespanych nocy z grappą wciąż plącze jej myśli. Czuje się, jakby przemierzała jakąś krainę we śnie.
- Dziecko, kochanie, wszystko w porządku?
To znowu ta staruszka, która teraz stoi obok niej ze swoim małym pudelkiem. Ostrzygła go, zostawiając mu chmurkę sierści na głowie i drugą na końcu ogona. Żal patrzeć na biedne zwierzę.
- Chcesz, żebym wezwała karetkę?
Do Eleny dociera, że kobieta wskazuje na jej prawą rękę: jest zakrwawiona, podobnie jak jej ubranie. W krótkim przebłysku przypomina jej się atak wściekłości, jakiemu uległa u siebie w domu, gdy zobaczyła na ekranie telewizora zdjęcie Záratego.
- To nic takiego. Wygląda groźnie, ale... mieszkam tu obok.
Sama nie wie, jakim cudem zdobyła się na taką odpowiedź. Zataczając się, wchodzi w ulicę Dos Hermanas. Przez chwilę nie wie, co robi w rejonie targu Rastro. Tutaj urzędował Capi, wujek sióstr Macaya - pewnie nadal stoi na czele okolicznych Cyganów. Ale nie przyszła tu ze względu na niego, teraz sobie przypomina, jest tu z powodu Manueli Conte. Z jej kwestionariusza osobowego w BAC wie, że mieszka pod numerem 20. "To malutkie mieszkanko, ledwie sześćdziesiąt metrów, ale jakoś się mieścimy", powiedziała jej kiedyś, gdy piły kawę w biurze. Dzieliła lokum z jakąś pielęgniarką, a może studentką pielęgniarstwa. Zresztą co za różnica? - myśli Elena i wciska kolejne guziki domofonu, aż wreszcie ktoś odpowiada i na hasło "poczta" otwiera jej drzwi. Szuka na skrzynkach pocztowych nazwiska Manueli i znajduje je - drugie piętro, drzwi po lewej. Wchodzi na górę, przytrzymując się poręczy. Powstrzymuje mdłości, jeszcze nie pozbyła się całego alkoholu, który w siebie wlała. Nie zdaje sobie z tego sprawy, ale na drewnianych schodach krople krwi znaczą jej szlak.
Wciska dzwonek i myśli sobie, że byłoby śmiesznie, gdyby otworzyła jej Manuela w piżamie, zaprosiła ją do środka, a potem, częstując tostami, powiedziała jej, że Zárate nie żyje. Że od początku był martwy. A poprosiła ją o to wszystko tylko dla jaj. Jednak nikt nie reaguje na dzwonek. Całe szczęście, że nie zgubiła portfela - otwarcie drzwi z pomocą karty bankomatowej zajmuje jej niecałe trzydzieści sekund. Może nie jest z nią tak źle. Może chęć zemsty stanowi dobre antidotum na alkohol i zmęczenie.
"Naprawdę sądzisz, że w ten sposób uratujesz Záratego?", zapytał Rentero. Co stało się potem? Co zrobiła? Co za różnica? Nie przyszła tu, żeby kogokolwiek ratować, nawet siebie samej. Przyszła, żeby wyrównać rachunki.
Mieszkanie jest małe, ale czyste i zadbane: dwie sypialnie, łazienka, kuchnia, w której na blacie leży szynka z nożem obok, i salon, gdzie rzuca się w oczy zbyt duży jak na tę przestrzeń telewizor. Jest regał z książkami: niemal wszystkie dotyczą pielęgniarstwa. Wygląda na to, że Manuela nie zalicza się do szczególnie zagorzałych czytelniczek. Obie sypialnie są podobnej wielkości. Elena domyśla się, która należy do Manueli, po korkowej tablicy z przyczepionymi do niej wieloma jej zdjęciami, takimi, jakie mogłaby mieć każda młoda dziewczyna: w Paryżu przed Wieżą Eiffla, na plaży, chyba La Conchy, inne przed zamkami w miasteczkach, które wyglądają na hiszpańskie... Brzydzi ją ta radosna twarz, dołeczki w policzkach pojawiające się, gdy się uśmiecha, wszędzie taka wesoła i pełna życia.
Poczeka na nią.
Ale czy czekanie nie jest absurdem? Dlaczego Manuela miałaby wracać do tego domu? Po ich rozmowie telefonicznej to będzie ostatnie miejsce, w którym się pojawi.
Nie zachowuje się jak policjantka. Przeszukuje pokój bez żadnej metody, wyrzucając ozdoby z regału, opróżniając szuflady na podłogę... Jedna z nich zawiera kolekcję bielizny i erotycznych gadżetów, plastikowe kajdanki oklejone różowym futerkiem, żele, prezerwatywy, wibratory. Tak naprawdę nie szuka niczego konkretnego - raz jeszcze bezsilność popycha ją do zdemolowania sypialni Manueli, jakby w ten sposób wyładowywała się na niej samej.
Kiedy siada na łóżku, boli ją ręka. Wyciera ją w pościel, ale dłoń nadal krwawi. Drze prześcieradło i owija ranę. W głębi duszy sprawia jej przyjemność ta utrata krwi, lekkie pieczenie.
- Naprawdę sądzisz, że w ten sposób uratujesz Záratego? - powiedział Rentero.
- Skąd o tym wiesz?
- Klan nie bierze jeńców.
Ile czasu minęło, od kiedy wyszła od Rentera? Nie wie. Nie pamięta niczego, co się wydarzyło po tamtych słowach komisarza. To był cios, który zupełnie wyrzucił ją z rzeczywistości. Jedyna nadzieja, jakiej mogła się uchwycić, by myśleć, że Zárate jeszcze żyje, prysła. Była kretynką i naiwniaczką, myśląc, że może go uratować. Jest sama, zupełnie sama i nie ma już żadnych powodów, by dalej to ciągnąć. Dlaczego musiała się zachować jak Elena, którą kiedyś była? Tamta Elena, która kochała Záratego, która myślała, że jeszcze może być z nim szczęśliwa, już nie istnieje. Zostały tylko złość i pragnienie ukarania tych wszystkich, którzy skradli jej tę możliwość.
Błądzi wzrokiem po pokoju i zatrzymuje na chwilę spojrzenie na minikomodzie z szufladkami, którą zrzuciła z biurka. Pośród rachunków i materiałów papierniczych dostrzega mały twardy dysk. W pokoju Manueli nie ma komputera, więc wraca do salonu. Podłącza dysk do telewizora i na ekranie pojawia się lista plików oznaczonych datami. Najstarszy ma jakieś dwa lata. To filmy. Wybiera jeden na chybił trafił i go odtwarza.
Widać sypialnię Manueli pod szerokim kątem, z łóżkiem pośrodku. Elena wraca na chwilę do tego pokoju, by potwierdzić swoje podejrzenie: wysoko na szafie, schowana w pudełku, które wygląda jak na ubranie, jest kamera. Nie zaskakują jej jęki dobiegające z telewizora. Kiedy wchodzi do salonu, widzi Manuelę kochającą się z jakimś facetem. Musi być mniej więcej w jej wieku, około trzydziestu lat. Zatrzymuje film i wybiera inny plik. Jest podobny: Manuela kocha się w najróżniejszych pozach z różnymi mężczyznami, żaden się nie powtarza, czasem jest też jakiś trójkąt. Są również kobiety, ale mniej. Przewija nagrania w przyspieszonym tempie. Szuka filmu z najświeższą datą. Manuela pojawia się na nim z dwiema kobietami: krótkowłosą dziewczyną z lekką nadwagą i drugą z pięknie wyrzeźbionym ciałem, z doskonale widocznym każdym mięśniem. Przez jej plecy ciągnie się długa blizna, musiało tam być ze dwadzieścia szwów. Chociaż dziewczyna ma ciemne włosy i fryzurę afro, Elena bez trudu rozpoznaje, że widziała ją na innych filmach, pewnie używa peruki.
Słyszy odgłos zamykanych drzwi. Zaabsorbowana oglądaniem zmniejszyła czujność. Teraz obraca się w stronę przedpokoju, ale jest już za późno. Jednak kiedy widzi, kto stoi w progu salonu, nie potrafi powstrzymać śmiechu: to ta krótkowłosa dziewczyna z nadwagą z nagrania, a zarazem współlokatorka Manueli. Gdy tamta odkrywa Elenę, z filmem z ich trójką lecącym za jej plecami, wypuszcza torby z zakupami z rąk. Puszki z piwem i pory rozsypują się u jej stóp.
- Co...? Kim jesteś?
Pielęgniarka bełkocze, niezdolna rozstrzygnąć, na czym skupić uwagę: na ekranie telewizora, skąd dobiega jej przyspieszone dyszenie zmieszane z jękami Manueli i dziewczyny z afro, czy na Elenie, która zdaje sobie sprawę, że jej wygląd - z brudnymi od wymiotów butami, plamami krwi na spodniach i ręką owiniętą w strzęp zabarwionego na czerwono prześcieradła - nie budzi zaufania. Pielęgniarka obraca się na pięcie i rzuca do ucieczki.
- Wynoś się z mojego domu! Zadzwonię po policję! - wrzeszczy.
Elena rusza wielkimi susami i dopada dziewczynę w kuchni. Bez ceregieli łapie ją od tyłu i popycha na ścianę. Kilka pojemników z przyprawami spada z wiszącej półki na podłogę. Tyle wystarcza, by pielęgniarka wybuchnęła płaczem.
- Nie rób mi krzywdy.
- Gdzie jest Manuela?
- Nie widziałam jej od dwóch czy trzech dni. Nic o niej nie wiem, tylko mieszkamy razem.
- Naprawdę?
Elena chwyta ją za szyję i dociska do ściany.
- Nie wiedziałam, że... ten film... ale to było tylko trzy razy.
- Nie obchodzi mnie, ile razy pieprzyłaś się z Manuelą. Muszę ją znaleźć. Jeżeli tu jej nie ma, to gdzie może być? Co o niej wiesz?
- Boli.
Palce Eleny wbijają się jeszcze mocniej w szyję pielęgniarki. Dziewczyna już prawie nie może mówić.
- Nie wiem... Manuela jest dziwna... Czasem bardzo sympatyczna, innym razem oschła, niekontaktowa. Wiem tylko o pracy, jest policjantką... Nie wiem, nie znam...
- Musiała zadawać się z kimś oprócz policjantów! A ta druga dziewczyna, ta z fryzurą afro, która pojawia się na kilku filmach... Były razem?
- Nie wiem...
Jak daleko jest w stanie się posunąć? Ma wrażenie, że ta ręka, która dusi pielęgniarkę, nie należy do niej. Wydaje się jej, że to wszystko nie dzieje się naprawdę. To poczucie odrealnienia może się okazać najprostszą drogą do skrzywdzenia drugiej osoby. Rozwiera palce, pielęgniarka łapie haust powietrza. Na jej skórze pozostaje białawy odcisk dłoni.
- Jak się nazywa? Ta dziewczyna z afro. Chyba mi nie powiesz, że bzykałaś się z nią, nie znając jej imienia. I jeszcze jej numer telefonu.
- Kira. Nie mam jej telefonu, ale mieszka przy Claudio Coello, nie znam numeru, obok bramy jest apteka. Na drugim piętrze... Raz u niej byłyśmy.
- Nie dzwoń na policję, nie mów nikomu, że tu byłam. Jeśli mnie nie posłuchasz, wrócę, a wiem, że tego nie chcesz.
Pielęgniarka cała się trzęsie, łzy płyną jej po policzkach, a do Eleny dociera, jak bardzo musi być w tym momencie przerażona. Zalewa ją fala poczucia winy, jakby wreszcie otrzeźwiała. Kim ona się stała?
Jego głos wyrywa ją z zamyślenia. Nie rozumie zbyt dobrze, co mówi, ale rozpoznaje głos. To Zárate. Czy ja wariuję? - myśli. "Całkiem miły pokój", słyszy teraz. Wychodzi z kuchni, a gdy dociera do salonu, może go zobaczyć na ekranie. Całuje Manuelę, a ona w tym czasie go rozbiera. Nic więcej nie mówią, słychać tylko urywane oddechy. Ona ściąga mu koszulkę, on zsuwa z niej sukienkę i zdejmuje biustonosz. Ona gryzie go w szyję. Elena nie czuje ukłucia zazdrości, lecz melancholię kogoś, kto przegląda nagrania z osobą, która już nie żyje. Widok Manueli wbijającej zęby w szyję Ángela przywodzi jej na myśl hienę pożywiającą się trupem.