Klekot tysięcy patyków - Jarosław Maślanek

Kup ebooka

54.00 zł
44.82 zł (44,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

III

[wszystkie przystanki świata]

Kobieta znad grobu dwa razy w tygodniu wędruje do Biedronki, wlokąc z powrotem kotwicę wózka obciążonego prowiantem. Zarys: żuk z garbem pancerza, z dwukołową torbą wypchaną zakupami jak zbędnym odnóżem opóźniającym marsz.

Pierwszy przystanek za drzwiami sklepu; spod szyldu patrzy ku blokowi, w którym mieszka. Choć blisko, z dnia na dzień coraz dalej.

Bierze oddech, głęboki na ile może, uspokaja się, chce się uspokoić, nie może. Pokłóciła się z kasjerką, która źle wydała pieniądze; jest pewna, musi być, nie dopuszcza myśli, że ona się pomyliła. Jeżeli myli się przy przeliczaniu pieniędzy, mylić się będzie przy wszystkim, przy dawkowaniu leków będzie się mylić, przy terminach wizyt u lekarza, przy dniach tygodnia, miesiącach, przy datach urodzin i imienin mylić się będzie, noc i dzień się pomieszają, i nic do tego nie będzie miało światło czy ciemność; będą się jej mylić godziny, a godzin nie odróżniać najgorzej. Zerka na listę zakupów na kartce, na której litery pokaleczone niewprawną ręką dziecka uczącego się pisać zjeżdżają w prawo i w dół do krawędzi, gubiąc końcówkę ostatniego słowa okrojonego do "jabł". Jeszcze raz przelicza pieniądze, w myślach, nie chce polegać na tym, co skrywa portmonetka. Przed wyjściem z mieszkania włożyła sto złotych, w jednym banknocie, miała też trochę drobnych z poprzedniego dnia, gdy kupowała papierosy, na które odłożyła dwadzieścia złotych z zakupów z ubiegłego tygodnia, z tymi dwudziestoma złotymi, w jednym banknocie, podreptała do kiosku przy bloku, blisko, kupiła najtańsze, spod lady, jak za komuny, tylko teraz przemycane, odkładają jej, od lat kupuje, stały klient, zapłaciła prawie dziesięć złotych, nie kupowałaby, gdyby nie skończył się [ ], którym nabija bibułki, ale się skończył, zanim kupi nowy, też w kiosku, zanim dostarczą, także z przemytu, musiała kupić paczkę papierosów, drożej, choć i tak taniej niż normalne, kalkulowała, by starczyło na zakupy, w domu stówa i trochę drobniaków, w portmonetce reszta po papierosach, dwa tygodnie do końca miesiąca, wszystko popłacone, o ile czegoś nie zapomniała, ostatnio światła opłacić zapomniała, cholery przyszły wyłączyć, na śmierć zapomniała, a miała odłożony rachunek na widoku, i pieniądze miała odłożone, rachunek przykryła krzyżówkami, pieniądze gdzieś się zawieruszyły, albo wydała, albo ktoś ukradł; ukradł? nikt do niej nie przychodzi, odkąd Hanka umarła, pustki; przelicza ponownie: chleb krojony wiejski, dłużej świeży i nie pleśnieje, masło w kostce, nie w plastiku, jajka, sześć, nie dziesięć, po co dziesięć dla niej samej, sześć wystarczy, od lat wystarczy sześć jajek na tydzień, pomidory, jabłka, jabłka oprócz chleba najważniejsze, kilo, choć nie powinna, nie że drogie, ale ciężkie, kilogram do zakupów to o pół kilo za dużo, ciężko iść, no więc jabłka, kilo, ziemniaków nie kupowała, za ciężko, z dodatkowym kilogramem jabłek nie dałaby rady dojść do mieszkania, a już wciągnąć wózek na schody - nie ma mowy, ziemniaków nie kupowała, dwa udka kurczaka, na dwa obiady, i kasza, opakowanie kaszy, nie tak ciężkie jak ziemniaki, a na więcej obiadów wystarczy, gumy do żucia, duża paczka, zamiast papierosów, od lat żuje zamiast papierosów, może w końcu zastąpi, na razie wieczorami, w łóżku, żeby się nie spalić, kiedyś usnęła z papierosem, oglądając w telewizji jakiś mało emocjonujący kryminał, i obudziła się, gdy pościel się tliła i dymiła, od tej pory nie pali w łóżku, żuje, chyba że chce się jej palić jak diabli, to wstaje, choć ciężko, siada na fotelu przy oknie, zaparza herbatę, pali, obserwuje ulicę oświetloną lampą, ocienioną drzewem, jedynym w zasięgu wzroku, lampa i drzewo, jak siostra i brat, jedno wspiera drugie, drugie chroni się w blasku pierwszego, cieniem i światłem zagarniają skrawek jej miejsca na ziemi, potrafi tak przesiedzieć do rana, pali papierosy jeden za drugim, pije herbatę po kawie, kawę po herbacie, nie wiadomo który raz zlicza ułożone rządkiem na gazecie pigułki, czeka na świt z radiem brzęczącym u stóp, bo przewód za krótki, nie wystarcza do ławy, między blokami migają światła pociągów przecinających miasto, kiedyś ją denerwowały, nie hałas, a drgania łóżka, w dzień niewyczuwalne, niedające spać nocą, gdy i tak jest milion powodów do niespania, teraz ją uspokajają, kawa w szklance drży, jej fale odbijają się od ścianek i nachodzą na siebie, łyżeczka na stoliku buja się obok pigułek tańczących na stosie krzyżówek, banknot stuzłotowy przykrywa hasła wypełnione i czekające na wypełnienie, tych drugich mniej, dobrze, przynajmniej pod tym względem jest dobrze.

Nie spała całą noc, mogła się pomylić w przeliczaniu pieniędzy; choć krzyżówki rozwiązuje sprawnie.

Opiera laskę i wózek z zakupami o murek przy wejściu do supermarketu.

Przed nią rozkłada się centrum miasta - fontanna, ławki, rynek wyłożony kostką, okalająca piętrowa zabudowa z solidnej wielkiej płyty z lat siedemdziesiątych, może osiemdziesiątych, raczej nie sześćdziesiątych ubiegłego już wieku, nie pamięta, a powinna, mieszka tu od urodzenia, od narodzin wyjechała stąd na dłużej może kilka razy.

Podmuch wiatru pobudza pamięć, wilgotny zapach drzew wygrzebuje wspomnienie letniego wypadu nad morze przed narodzinami pierwszego syna, który spędziła z mężem u jego rodziny; teść, leśniczy, udostępnił im pokój na parterze leśniczówki, codziennie spacerowali na plażę, brzegiem morza, i w głąb lasu. Każdego dnia napawała się życiem, przeczuwając, że później żyć za bardzo nie będzie.

Chiński market, bank, poczta, sklep Społem na śmierć konkurujący z Biedronką, pub kiedyś zwany piwiarnią, ocieniony parasolem z krwistym logo browarnego koncernu, pod którym intensywnieją twarze pijących, ławki wokół fontanny zajęte, ciepło. Przygląda się, czy kogoś nie rozpozna; sami młodzi, tak pod sześćdziesiątkę to młodzi, śmieje się w duchu, przestaje, gdy pomyśli, że niedawno sama miała tyle. Niedawno! Ze dwadzieścia lat będzie. Niedawno - doskonale pamięta, jak siadywała z innymi sześćdziesięciolatkami przy fontannie. Wszyscy umarli. Jeszcze raz taksuje ludzi - gówniarstwo nad telefonami, przy budce z lodami rozwrzeszczana dzieciarnia chłodzi struny głosowe świderkami waniliowo-czekoladowymi i gania za puchem sypiącym z kwitnącego drzewa; zawiesza wzrok na stoliku przed pubem, na rozpoznanych, mimo że zniekształconych alkoholem, twarzach, stamtąd może przyjść niebezpieczeństwo, chociaż jakie niebezpieczeństwo, najwyżej dwa złote któryś będzie chciał pożyczyć na wieczne nieoddanie. Nikogo znajomego, a przynajmniej znajomego na tyle, by do niej podszedł, bo z widzenia zna wszystkich, dzieci i wnuczki trupów, dzieci i wnuczki koleżanek i kolegów z jej młodości, niemający szans na dożycie wieku uprawniającego do przeniesienia się spod pubu między sześćdziesięciolatków przy fontannie.

Z torebki wyjmuje portmonetkę, rozpina błyszczące sztucznym tworzywem skrzydełka i zagląda do środka. Nie może się skupić na przeliczaniu pieniędzy, wiercenie w nosie, szczypanie oczu, swędzenie skóry, ból głowy potęgują łzawienie rozmazujące nominały; co dla innych jest powodem do radości, dla niej jest cierpieniem - puch ulatuje z gałęzi przy każdym podmuchu, wiruje wokół niej i ścieli się przy stopach. Może kasjerka wydała tyle, ile powinna, a ona nie może się doliczyć, ponieważ jest stara i wszystko się jej myli? Cholerne oczy, cholerna starość! Przeciera twarz przedramieniem, mruga, zmazuje łzy z policzków, liczy banknoty i monety; no, nie zgadza się, jak mocno nie płakać, brakuje dziesięciu złotych. Wrócić, wykłócać się? Odpuścić? To tylko dziesięć złotych, dziesięć w tę czy we w tę, paczka mniej. O nie, to paczka mniej. Nikt nie będzie kantował jej na paczkę papierosów, nie po tylu latach palenia, nie po tylu próbach rzucenia, po klęskach, potknięciach, oszustwach, gdy ostatecznie palenie zostało jedną z niewielu przyjemności, a właściwie jedyną, oprócz kremówek, ale nie papieskich - choć się śmieje, wkurzenie bierze górę. Żadna pinda, a tym bardziej pinda starej Skarbińskiej, nie będzie kantowała jej na paczce papierosów! Gdyby żyła jej matka! Ale nie żyje. To wygarnie córce! Wkłada portmonetkę do torebki, torebkę pod ramię, chwyta rączkę wózka i zawraca. Ktoś próbuje uchylić jej drzwi, odsuwa go, sama otwiera. Z łomoczącym sercem, z pulsującą w głowie krwią, z trzęsącymi się nie ze starości, a z gniewu rękami wkracza do wnętrza; mięśnie przypominają sobie młodość i wpasowują każdą kość w odpowiednie miejsce, prostując kręgosłup. Odsuwa siwe pasma z oczu, opiera wózek o boks kasowy, czeka, aż kasjerka skończy podliczać klienta; ten zerka na nią, kiwa głową, ona odkiwuje, zna go, jakby miała nie znać, mało kogo nie zna, przynajmniej z widzenia, tego zna nawet trochę bardziej niż z widzenia, ma punkt ksero po przeciwnej stronie placyku, na piętrze, chodził do szkoły z jej synem, potem wyszedł na ludzi, oprócz ksero ma produkty szkolne i papiernicze. Wyszedł na ludzi. Uspokaja oddech, choć to niełatwe, gdy organizm przygotował się do bitwy. Kasjerka kończy obsługiwać jednego, chce zabrać się za drugiego klienta, jeszcze jej nie zauważyła, dostrzega tych przed sobą i to, co wyłożyli na taśmę. Ona się przysuwa, szukając kamery, zawsze lepiej, gdy wszystko się nagra.

- Źle mi pani wydała.

Kasjerka unosi wzrok, rozpoznanie przechodzi w zniecierpliwienie, które szybko ustępuje wrogości.

- Już to wyjaśniłyśmy. Dobrze pani wydałam.

- Nie. Brakuje dziesięciu złotych.

- Coś się pani pomyliło. Wydałam dobrze.

- Nie. Proszę zobaczyć - podsuwa rozchyloną portmonetkę.

- Co pani.

- Proszę przeliczyć.

- Nic nie będę przeliczała. Wydałam dobrze i koniec.

Trzyosobowa kolejka nie do rytmu przestępuje z nogi na nogę; gdy pierwszy klient kiwa się w lewo, za nim drugi wychyla się w prawo, wystarczy, by dodatkowo ją zdenerwować, nie chce opóźniać zakupów, nie chce, żeby przez nią poczuli się niekomfortowo, nie chce też ustąpić, gdy teraz ustąpi, będzie oddawać pole walki zawsze. Nie o paczkę papierosów chodzi, nawet nie o dziesięć złotych.

- Wezwij kierownika.

- Co? - kasjerka obraca krzesło w jej stronę. - Nie będę wzywać kierownika.

- To ja wezwę policję.

- Co? - kobieta unosi się, siada, patrzy na nią, na zmarszczonej gniewem twarzy uszminkowane usta znikają między przygryzającymi je zębami.

- Myślisz, że jak jestem stara, to zapomniałam, jak się liczy?

Mierzą się wzrokiem.

- Słuchaj, znałam twoją matkę i babkę. Znałam też prababkę - dodaje ciszej. - Wydaj mi te dziesięć złotych.

Kasjerka patrzy na nią, a ona wie, że wygrała; mięśnie wiotczeją, ból kręgosłupa wraca, ciało może się skurczyć do starczego rozmiaru.

Kasjerka podlicza klienta, na taśmie stoją trzy piwa, więc szybko kończy, a ona się zastanawia, czy w sześciu złotych, które zapłacił, są dwa złote, które dała poprzedniego dnia za pomoc przy wymianie żarówki w kuchni. Dziewczyna wydaje resztę ostatniej obsługiwanej osobie, kładzie na taśmie tabliczkę z informacją, że kasa jest zamknięta, wylogowuje się i opuszcza boks.

- Lidka, otwórz u siebie, zaraz wracam - rzuca między regały i nie oglądając się, wychodzi ze sklepu. Zatrzymuje się przed drzwiami, zapala papierosa. Gdy staruszka doczłapuje, ciągnąc wózek, zerka do góry, ustalając pozycję względem kamer, odwraca się do nich plecami, wyciąga portfel i wręcza kobiecie dwie monety pięciozłotowe.

- Nie o pieniądze chodzi.

- Bierz i spieprzaj.

- Chamka.

- Babsztyl.

Gasi papierosa, sięga po kolejnego, zerka na staruszkę, chowa go i znika w sklepie. Kobieta zaciska dwie monety, czuje, jak przyjmując od niej ciepło, tracą chłód i stają się śliskie od potu. Jest zdenerwowana, niedobrze, krew pulsuje w głowie, przed oczami mroczki wywijają opętańce, serce tłucze o klatkę, próbując przebić pierś i domagając się haustu, którego ciało nie potrafi zapewnić.

Opiera wózek o szybę sklepu, pod zdjęciami mięsiwa i wędlin; przyciskając rękę do mostka, stara się nie dopuścić do rozerwania, jednocześnie zastanawiając się, czy sięgnąć po aplikator z nitrogliceryną, ale szum w uszach słabnie, ciemne płaty przed oczami powoli odkrywają, co zasłoniły.

- Źle się pani czuje?

Unosi głowę, pochyla się nad nią chłopiec trzymający deskorolkę pod pachą.

- Nic mi nie jest.

- Mogę kogoś zawołać.

- Nie, już lepiej. Naprawdę.

Chłopak chwilę się przygląda i odjeżdża.

Ona się prostuje, na ile pozwala pogruchotany zwyrodnieniami kręgosłup; uspokaja oddech, wsłuchując się w tętent serca, które niechętnie wraca do rytmu.

Niedoczekanie, myśli. Nie zejdę z powodu jakiejś gówniary!

Masuje klatkę piersiową.

IV

-

ma dwadzieścia osiem lat i płoną jej włosy;

nie powinna być tu i wysłuchiwać wrzasku kobiet,

przydział miała do innego budynku;

patrzy, jak z dłoni zwisają płaty skóry;

zanim dobiegnie do ściany i drzwi,

będzie naga,

zwęglone ubranie oprószy podłogę popiołem;

upada;

płacz dziecka, jej dziecka, przywołuje zza płomieni,

podnosi się, sunie na czworakach w kąt,

opiera się o maszynę do przesiewu prochu,

próbuje się wyprostować,

a skóra na plecach pęka;

poddaje się, kuli,

płacz milknie,

wrzaski zamierają;

ciało z wypaloną duszą

kurczy się,

zwija

w

kłębek;

fala uderzeniowa ucieka, wyrywając dach i zabierając płomienie

-

"Polski Kurjer", Warszawa, wtorek 3 marca 1937 r.

Katastrofalny wybuch w fabryce prochu w Pionkach

Wczoraj w godzinach przedpołudniowych w Państwowej Wytwórni Prochu w Pionkach wybuchł pożar, spowodowany zapaleniem się zapasów prochu przy ich sortowaniu.

Przy wybuchu 20 osób odniosło cięższe rany, a 3 lżejsze. Pogotowie lekarskie przewiozło rannych do szpitala w Radomiu.

4 osoby zmarły na skutek odniesionych poparzeń. Pożar został stłumiony.

Władze sądowe i bezpieczeństwa prowadzą dochodzenie.

-

"Express Popołudniówka Mazowiecka", środa 4 marca 1937 r.

14 ofiar śmiertelnych pożaru w Pionkach

Spośród przebywających w szpitalu w Radomiu ciężko poparzonych ofiar pożaru w fabryce prochu w Pionkach zmarło 14 osób.

-

"Express Wieczorny", czwartek 5 marca 1937 r.

Pogrzeb ofiar pożaru w Pionkach

Dziś odbył się pogrzeb 13 ofiar pożaru w Pionkach przy udziale około 8.000 ludzi.

Obecni byli przedstawiciele władz wojskowych i cywilnych oraz dyrekcja Wytwórni Prochu w Pionkach z dyr. Janem Protem na czele.

Przed opuszczeniem trumien do grobu przemówił ks. kanonik Paulewicz, podkreślając zasługi, położone na posterunku pracy przez tragicznie zmarłych.

arch. własne