Kłodzko (Tom 3). Mszary - Agata Kunderman

Kup ebooka

52.99 zł
43.98 zł (52,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

Ada Berg pstryknęła palcem w skierowaną ku górze strzałkę na panelu klimatyzacji. Cyferki zaczęły się zmieniać. Ustawiła dwadzieścia pięć stopni, ale w samochodzie i tak ciągle było zimno. Już dawno powinna coś z tym zrobić, bo ogrzewanie nie działało jak trzeba. Złożyła dłonie niczym do modlitwy i potarła nimi o siebie. Poczuła na skórze ciepło, ale zniknęło, gdy tylko chwyciła kierownicę.

Nad jej głową rozbłysło zielone światło. W czerni nocy wydawało się wyjątkowo jaskrawe, aż zmrużyła oczy. Wrzuciła jedynkę i niezbyt płynnie ruszyła do przodu. Uspokoiła silnik na wyższym biegu, a potem spojrzała w lusterko wsteczne. Przejeżdżała właśnie pod jedną z ulicznych latarni. Smuga jej światła na sekundę rozjaśniła tylną kanapę samochodu i twarz chłopca, który - opatulony polarkiem w czarno-czerwoną kratę - smacznie spał w dziecięcym foteliku. Jego główka podskoczyła, gdy Ada, wpatrując się w niego, przypadkowo zjechała jednym kołem na pobocze.

- Ogarnij się, Berg - szepnęła do siebie i zatrzymawszy samochód na kolejnym czerwonym świetle, przetarła oczy.

Tak, była zmęczona. Jesienne dni były już wyjątkowo krótkie, a gdy tylko robiło się ciemno, marzyła o ciepłym łóżku, solnej lampce świecącej w kącie pokoju i zapachu synka, który wtula się w nią podczas snu. Na myśl o Lucku znowu zerknęła w lusterko i uniosła kącik ust, gdy dostrzegła jego zamknięte powieki, zakończone długaśnymi, przepięknie wywiniętymi rzęsami. Ona mogłaby o takich jedynie pomarzyć. Nawet gdyby swoje podkreśliła najlepszą mascarą, nie uzyskałaby takiego efektu.

Jeszcze moment. Przyjadą do domu i weźmie go na ręce, próbując go nie obudzić. Zjadł kolację u pani Janinki, na pewno nie jest głodny. I nic się nie stanie, jeśli pójdzie dzisiaj spać na brudasa. Przynajmniej odpocznie. Ona sama kolację raczej odpuści. Weźmie szybki prysznic, by ogrzać się po podróży w dwudziestu pięciu stopniach, które w jej starym Volkswagenie miały wartość najwyżej piętnastu. Wskoczy w piżamę z grubego polaru, na myśl o której przez jej ciało popłynęły przyjemne ciarki. Zawinie się w miękką kołdrę tuż obok Lucka i przytuli nos do jego jasnej czuprynki. Zapach jego włosów przyniesie spokój, pewnie zaśnie w kilka minut.

Rozmarzyła się i ocknęła dopiero wtedy, gdy przez mokrą szybę czołową do samochodu przebiły się zielone smugi sygnalizacji świetlnej. Siłowała się moment ze sprzęgłem, które też już zawodziło w tym nieszczęsnym Passacie. Zaskoczyło. Już miała wrzucać pierwszy bieg i ruszać spod ostatnich na drodze do domu świateł, gdy tylne drzwi samochodu nagle się otworzyły. Do środka natychmiast wpadło kilka kropel deszczu i trochę zimnego powietrza. Błyskawicznie się odwróciła, a słowa sprzeciwu i niepohamowanej złości już huśtały się na jej strunach głosowych. Otworzyła usta, ale gdy tylko jej wzrok w gniewie i strachu odzyskał ostrość, zamarła. Wielkie srebrne ostrze noża wycelowanego prosto w falującą w spokojnym oddechu klatkę piersiową Lucka błysnęło ostrzegawczo. Wnętrze samochodu zalało czerwone światło, które właśnie rozbłysło na sygnalizatorze tuż nad szybą Volkswagena.

- Nic nie mów. Nie krzycz. Gdy zmieni się światło, ruszaj.

- Proszę - bąknęła słabym głosem, nie mogąc przestać spoglądać na połyskujący kawałek ostrego metalu, który od piersi jej dziecka dzieliło zaledwie kilkanaście centymetrów. - Proszę...

Strach ją sparaliżował. Dłonie całkowicie zdrętwiały, nie potrafiła poruszyć palcami. Już od dawna ataki nerwicowe sprawiały, że sztywniały jej kończyny, a potem język. Nie była w stanie wówczas wyraźnie mówić. Czuła, jak panika wykręca jej palce, a dywizje ciarek maszerują przez twarz, podniebienie, język. Jeszcze trochę i odłączy się od swojego ciała. Wówczas nie będzie mogła nic zrobić.

- Kiedy pojawi się zielone, pojedziesz prosto. Potem skręcisz w prawo, w przecinkę.

Próbowała pokręcić głową. Nie wiedziała jednak, czy poruszała nią na tyle, by ten gest był w ogóle zauważalny.

- Już!

Ręka trzymająca nóż niebezpiecznie się przesunęła. Odległość ostrza od klatki piersiowej Lucka zmalała z kilkunastu do kilku centymetrów.

- Pnosze... - wymamrotała cicho, próbując sztywny jak kłoda język ułożyć w ustach w taki sposób, by można było ją zrozumieć.

- Już...

Światło z zielonego zmieniło się na pomarańczowe, ostrzegając o kończącym się czasie na przejazd. Odwróciła się do kierownicy, z całej siły wcisnęła pedał sprzęgła, nawet nie próbując się zastanawiać, co będzie, jeśli samochód znowu zacznie odmawiać posłuszeństwa. Wbiła jedynkę, używając do tego wewnętrznej strony nadgarstka, bo sztywne palce nie były w stanie objąć gałki zmiany biegów. Docisnęła pedał gazu. Ciało jej nie słuchało. Każdy ruch wykonywała wbrew, a nie dzięki niemu.

Wzrok w panice przeskakiwał z drogi, po której wolno toczyły się koła Volkswagena, na tylną kanapę samochodu, gdzie jej synek spał spokojnie, nieświadomy zagrożenia. W rytm każdej najmniejszej dziury na drodze podskakiwało ostrze noża, które - gdyby wbiło się w jego klatkę piersiową - podziurawiłoby płuca, serduszko, tchawicę...

Załkała głośno, próbując utrzymać kierownicę nadgarstkami.

- Pilnuj skrętu! - Warknięcie mężczyzny sprawiło, że głośno nabrała powietrza i stłumiła szloch.

Zbliżali się do wąskiej leśnej drogi, na którą można było skręcić z asfaltu. Z jednej strony wjazd w przecinkę zablokowany był przez zielony szlaban. Przy drugim poboczu takie samo ramię było wyłamane, a pozostałości po metalowych podporach sterczały żałośnie, będąc przykrym pomnikiem wandalizmu.

- Skręcaj. - Głos był zimny i na tyle stanowczy, że nie dawał przestrzeni do żadnego sprzeciwu.

Zerknęła jeszcze raz na Lucka, który pod wpływem kołysania się samochodu zjeżdżającego właśnie na falistą szutrową drogę poruszył się i zamruczał przez sen. Blond włoski przykleiły mu się do czoła w miejscu, które jeszcze przed chwilą przyciskał do zagłówka fotelika.

- Jedź dalej.

- Nie... - Znowu załkała i opuściła ręce.

Poczuli szarpnięcie, a potem silnik zgasł, bo Ada przestała panować zarówno nad kierownicą, jak i sprzęgłem.

- Nie... - powtórzyła i chciała odwrócić głowę, ale wtedy pęd powietrza, który pojawił się tuż obok jej prawego ucha, sprawił, że wyprostowała się szybko i wstrzymała oddech. Nóż. Napastnik tylko na moment oddalił go od serduszka Lucka. Po to, by machnąć nim tuż obok jej głowy.

Łkając i pociągając nosem, odpaliła silnik i przejechała jeszcze kilkanaście metrów. Dusiła się własnymi łzami, a rytm jej oddechu wyznaczało kołysanie samochodu na grząskiej leśnej dróżce. W światłach reflektorów widziała przed sobą chaszcze. Droga była porośnięta coraz gęściej i Ada wiedziała, że dalej nie będzie w stanie pojechać.

- Zatrzymaj się - padł rozkaz.

Posłuchała. Wcisnęła hamulec, a potem znowu odpuściła sprzęgło. Silnik zamilkł i nagle zrobiło się bardzo cicho. Powoli odwróciła głowę w stronę tylnej kanapy, starając się tłumić płacz. Lucek spał, a pluszowa zabawka stanowiła lekko zgniecioną podpórkę dla jego łokci.

- Teraz wypierdalaj.

Słowa były wyszeptane, a mimo to niemal raniły skórę. Miała wrażenie, że ton i tembr, z jakimi były wypowiadane, dałoby się wyczuć pod palcami. I gdyby złapać te słowa w dłoń, pokaleczyłyby ją niczym kawałki ostrego szkła.

- Proszę... - Mimo odrętwienia twarzy była już w stanie w miarę wyraźnie mówić. Łzy płynęły po jej policzkach gorącymi strumieniami i znikały gdzieś w zagięciach bawełnianego szalika.

- Każde kolejne słowo i każda próba wykręcenia głupiego numeru to jeden centymetr bliżej jego tętnicy.

Po tym ostrzeżeniu nóż zbliżył się do szyi Lucka tak bardzo, że jeśli napastnik spełniłby groźbę, ostrze przebiłoby skórę zaraz przy pierwszej próbie negocjacji.

Uniosła obie dłonie, starając się maksymalnie wyprostować i otworzyć sparaliżowane od nerwów palce, by udowodnić czyste intencje i sprawić, że paskudny ostry kawał metalu odsunie się od ciała jej synka choć na kilka milimetrów. Oddychała ciężko, starając się nie dławić łzami.

- Dobrze - powiedziała cicho, a jej dłoń powoli powędrowała w stronę klamki. - Wysiądę. Tylko błagam, nie rób mu krzywdy.

Od razu pociągnęła za kawałek plastiku, by jej prośba nie została uznana za próbę odwlekania i nie sprawiła, że ostrze noża rozetnie skórę Lucka. Nóż co prawda znowu niebezpiecznie powędrował w jego kierunku, ale nadal go nie dotykał.

Przesunęła stopy w stronę progu, potem delikatnie postawiła jedną z nich na miękkiej ściółce. Zaszeleściły suche liście, usłyszała strzelanie łamiących się pod jej ciężarem maleńkich gałązek.

- Zrobię, co zechcesz - spróbowała jeszcze raz, ale gdy w świetle samochodowej lampki zapalającej się każdorazowo przy otwarciu drzwi zobaczyła, że czubek noża dotyka szyi Lucka, odskoczyła do tyłu. - NIE! - Znowu uniosła ręce, a zaraz potem upadła na kolana. Dusiła się, nie potrafiła złapać oddechu.

- Do tyłu!

Teraz nóż ustawiony był dokładnie pod kątem prostym do szyi jej dziecka. Jeden błąd. Jedno słowo, które rozsierdzi napastnika. Jedno błaganie... i czerwony kraciasty polarek pokryje się brunatną cieczą. Oparła więc dłonie o wilgotne leśne podłoże i zaczęła się cofać. Nie czuła bólu, gdy ostre kawałki połamanych gałązek wbijały jej się we wnętrza dłoni. Po prostu sunęła, mając nadzieję, że każdy jej ruch to dodatkowych kilka milimetrów przestrzeni między ostrzem noża a ciałkiem jej synka.

Tak się stało. Nóż oddalił się od Lucka na bezpieczną odległość. Choć słowo "bezpieczna" w jej myślach wybrzmiało gorzkim, żałosnym śmiechem. Napastnik wysiadł z samochodu, sprawnie przeskakując wcześniej przez fotelik chłopca, i choć nie miał z nim już bezpośredniego kontaktu, to nadal był blisko. Mogłaby spróbować doskoczyć, kopnąć go, usiłować wyrwać mu nóż, a następnie najlepiej wbić go w tętnicę, która wyprowadzała krew z jego serca. Albo w samo serce.

Wiedziała jednak, że się nie uda. Jej ciało w tym momencie nie należało do niej. Odrętwiałe kończyny, powykręcane palce, wykrzywiona w nienaturalnym grymasie twarz, nad którą nie potrafiła zapanować. Jeśli spróbuje, narazi Lucka na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Narazi? Już naraziła. Nie zamykając od środka cholernych drzwi. Nie spodziewając się, że może spotkać ich coś takiego. To przez nią jej synek został sam w samochodzie opanowanym przez porywacza. Teraz spał. Ale co będzie, kiedy się obudzi? Jak bardzo będzie płakał? Jak bardzo będzie się bał?

Trzasnęły drzwi Passata, te, za którymi został Lucek. Teraz napastnik celował nożem w nią, ale tylko po to, by się go bała i nie próbowała się na niego rzucić. Sam wskoczył na fotel kierowcy i już miał zamykać drzwi, gdy Ada resztkami sił i matczynej rozpaczy rzuciła się do ataku jak rozwścieczona lwica. Nie wiedziała, co robi. Prowadziły ją panika i adrenalina, płynące przez jej żyły z zawrotną prędkością.

Uderzyła sztywnymi palcami w zamykające się drzwi kierowcy. Poczuła ból, choć na razie niewielki. Połamane paznokcie dopiero za jakiś czas miały dać o sobie znać bólem palącym i trudnym do zignorowania. Teraz czuła jedynie, jak przesuwają się po ciemnej blasze Volkswagena. Usłyszała paskudny zgrzyt.

- NIEEE! - ryknęła, kiedy szczęk zamka pozbawił ją nadziei, że jeszcze doskoczy do tego człowieka i spróbuje rozpaczliwej walki wręcz.

Odepchnęła się od ziemi i choć pozostawała na kolanach, mogła zerknąć w szybę drzwi kierowcy. Jej samochód ruszał właśnie do tyłu leśną ścieżką, a Ada Berg widziała jedynie zarys postaci, która siedziała za kierownicą. Ciemny cień bez twarzy.

Samochód, mocno kołysząc się na nierównościach pobocza, wjechał na asfalt. Auto z piskiem opon odjechało w ciemność. A w nim spokojnie śpiący i niczego nieświadomy mały Lucek. Czteroletnie, jedyne szczęście Ady.

Długo patrzyła w miejsce, w którym przygasały światła oddalającego się wozu. W jej wilgotnych oczach były rozmazane, niewyraźne, choć nadal tak samo przerażające. Zapomniała o oddychaniu i mruganiu. A kiedy światła jej samochodu zniknęły zupełnie, straciła przytomność. Upadła twarzą w wilgotną ściółkę, a fragmenty przysychających gałązek wplotły się jej we włosy i poraniły twarz.

Nie zdążyła poczuć bólu.

* * *

Jesień w górach pachnie inaczej. Mech i ziemia nasiąkają intensywnością, żywiczna nuta iglaków tańczy w nozdrzach, powietrze jest ostre i czyste do granic. Czuć to zwłaszcza po zmroku, gdy nogi już idą na pamięć, a wąska strużka czołówki rozświetla tylko tyle, ile potrzeba do zrobienia jednego kroku.

Miron Zaleski słyszał własny oddech. Jednak ten był tylko tłem dla wszystkich dźwięków, które wydawał z siebie las. Stawiał krok za krokiem, choć musiał nieco zwolnić, bo mgła osiadła na szlaku i można było trafić na mokry i śliski jak cholera kamień.

- Iskra? - Przystanął i wsłuchał się w odgłosy w pobliżu.

Jeszcze przed chwilą biały puszysty ogon goldenki co jakiś czas migał mu w świetle latarki, jednak zdał sobie sprawę, że od dobrych kilku minut go nie widział.

- Iiiiskra! - powtórzył przeciągle i gwizdnął, próbując przywołać suczkę.

Coś zaszeleściło w ciemności, a gdy przeniósł wzrok i promień czołówki w tamto miejsce, widział jedynie pierwszy rząd drzew. Tuż za nim rozciągała się gęsta ciemność. Szelest nie ustawał, ale nie wiedział, co go wywołuje. Zaklął w myślach, bo nie powinien był jej pozwolić schodzić bez smyczy. Przez większość czasu szła przy nodze, owszem, ale teraz zniknęła.

- Iskra? Iskra! Masz!

Stary numer z przywołaniem "masz" działał właściwie zawsze. Łakoma bestia zjawiała się w trzy sekundy, nawet jeśli wcześniej udawała umierającą ze zmęczenia na swoim legowisku. Szelest się nasilił i Zaleski był przekonany, że i tym razem dała się przechytrzyć, ale minęło kolejnych kilka sekund i suczka nie zjawiła się w zasięgu jego wzroku.

Coraz częściej mówiło się o wilkach w Sudetach. Podobno piękne stado pojawiło się w okolicach Śnieżnika. Przed ludźmi uciekały, ale pies...? Cholera jasna! Jak mógł być tak głupi i nie przypiąć jej smyczy! Przecież...

Usłyszał kolejny głośny szelest tuż obok, mniej więcej za swoimi plecami. Natychmiast się odwrócił, czując, jak serce rozłomotało się w jego piersi. Liczył się z tym, że może to być dzikie zwierzę, jednak tym razem przyszło mu odetchnąć z ulgą.

W świetle jego latarki zmaterializowała się ubłocona niemal po uszy, zasapana i najwyraźniej bardzo z siebie zadowolona Iskra.

- Ej! Paskudniaku jeden! - Roześmiał się na jej widok i natychmiast wystartował do niej z rękami.

Głaskał ją po boku, a drugą ręką drapał za uszami. Nie widział tego w ciemności, ale na jego sportowych, cholernie drogich górskich ubraniach właśnie wykwitały błotniste plamy, pomieszane w dodatku z kłębami mokrej, śmierdzącej sierści. Iskra najpewniej miała to w nosie. Pozwoliła się pogłaskać, ale potem usiadła i spoglądała wyczekująco na swojego pana. Wyraźnie dawała do zrozumienia, że nie robi się psu takich rzeczy, by najpierw krzyczeć "masz", a potem jedynie machać mu przed pyskiem pustymi łapami.

- No dobra, cwaniaro, masz! - Sięgnął do saszetki, którą miał zapiętą na biodrach, i wyciągnął kawałek czegoś, co wyglądało jak kabanos. Łatwo można byłoby się pomylić i wziąć ten przysmak za przygotowany dla ludzi, gdyby nie jego intensywny i paskudny przy tym zapach.

Miron skrzywił się, łamiąc psiego kabanosa na pół, ale Iskra była wniebowzięta. Radośnie przyjęła pierwszy kawałek i połknęła go w całości, bo sprawę załatwiła jednym kłapnięciem pyskiem. Potem znieruchomiała i przypatrywała się Mironowi z miną psa, który czeka, ale uprzedza, że cierpliwości zbyt wiele nie ma. Dostała drugi kawałek.

Musiało skończyć się smyczą, Zaleski nie chciał popełnić drugi raz tego samego błędu. Na szlak wyszedł dzisiaj późno. Wiedział, że będzie schodził w ciemności i dla bezpieczeństwa tej maleńkiej grupki piechurów, którą stanowił on sam i jego wiecznie głodny pies, należało trzymać się szlaku. Zielonego, schodząc ze Śnieżnika do wysokości Dziczego Grzbietu, a potem odbić na żółty i pójść w stronę Kamienicy. Gdzieś po drodze na jednej z leśnych dróżek wypatrzyć starego Land Cruisera, który od dobrych kilku godzin stał samotnie między drzewami i czekał na powrót kierowcy i futrzastego pasażera.

Chciał pobyć sam. No, może nie do końca sam, bo jednak był z nim pies, ale akurat Iskra była kompanką idealną. Dzięki niej czuł przyjazną postać w pobliżu, nie musząc rezygnować z ciszy i milczenia, których bardzo teraz potrzebował. Chłonął wszystkie te niezwykłe zapachy, które oferował las i pusty o tej porze szlak. Słyszał oddech tego, co go otaczało, a czego nie potrafił nawet objąć słowami. Zimne powietrze drażniło jego nozdrza, ale dzięki temu czuł, jak karmi płuca. I po raz pierwszy od dawna mógł słuchać własnych myśli. Był w stanie je poukładać, zrozumieć, wywrócić na lewą stronę i dokładnie obejrzeć.

Polubił tę ciemność. Dokładne przeciwieństwo jasności, którą niósł ze sobą ogień.

- Hej, wiem, że się spieszysz, ale tobie na tych czterech łapach łatwiej - zwrócił się do Iskry, która czasami nadawała zbyt szybkie tempo ich wędrówce. Ta nawet na niego nie spojrzała. Biały grzbiet i czarne od błota podwozie sunęły pewnie w dół.

Zaleski nagle się zatrzymał. Najbliższe metry przed nim oświetlała czołówka, ale nie mógł oprzeć się wrażeniu, że coś majaczy na granicy jego pola widzenia. Dziwne błyski, które równie dobrze mogły być wytworem zmęczonego umysłu w zmęczonym ciele. Patrzył długo w jeden punkt, próbując wyłapać, czy to, co zwróciło jego uwagę, wciąż gdzieś jest.

Zgasił latarkę.

Nie mylił się. Za linią drzew po prawej stronie szlaku dostrzegł kilka świetlnych punktów, które zdawały się lewitować nad ziemią. Stał w całkowitej ciemności i obserwował ten spektakl, doskonale wiedząc, na co patrzy. Poczuł na sobie dziwny ciężar, choć stał w bezruchu i był tu zupełnie sam. Iskra zapiszczała, najwyraźniej manifestując swój strach przed całkowitą ciemnością i nieruchomym tkwieniem na leśnym szlaku.

- Chodź - szepnął i zrobił krok w tamtą stronę.

Przeskoczył przez niewielki rowek między szlakiem a drzewami. Wylądował miękko na gęstym mchu.

Pociągnął za sobą niechętną Iskrę i poszedł naprzód, w kierunku coraz bardziej widocznych, lekko niebieskawych punktów.

- Skąd to...? - mruknął tym razem do siebie.

Przeszedł jeszcze kilkanaście metrów i znalazł się na skraju niewielkiej polany. W gęstej czerni nocy nie miałby szansy jej dostrzec, jednak to, co rozgrywało się w tej chwili tuż nad ziemią, sprawiało, że widział inaczej, więcej. I choć wiedział, co widzi, nie mógł w to uwierzyć.

Pochodził z Pomorza, na którym spędził całe dzieciństwo i część dorosłego życia. Nie mogli się tam poszczycić takimi krajobrazami, jakie miało południe Polski. Bez wzgórz i pagórków, bez męczących podejść, bez patrzenia z góry na jakikolwiek krajobraz. Jego dawny dom był miejscem podmokłych pól i torfowisk, którym sprzyjała bliska odległość Bałtyku. W tamtym miejscu takie spektakle mógł obserwować znacznie częściej. Ale tutaj?

- Diabeł chodzi z latarnią... - rzucił pod nosem, a jego słowa w pustym, ciemnym lesie zabrzmiały jak okropna wróżba.

Poczuł ciarki na ramionach. Niepokój, nad którym nie potrafił zapanować. Stał u podnóży pięknego Śnieżnika i patrzył na błędne ogniki, których nigdy wcześniej tu nie widział. Wróciły mu przed oczy wspomnienia, które już dawno zatarł czas. Miał w nich kilkanaście lat i razem z młodszą siostrą pytał babcię, co to za dziwne światła tańczą nad polami.

- Diabeł chodzi tam z latarnią - odpowiadała babcia konspiracyjnym szeptem.

Pytali dalej, więc opowiadała. Że te ogniki to pokutujące dusze zmarłych. Każdy blady płomień nad mokradłami i cmentarzami to jedna taka dusza, która z powodu złych uczynków za życia nie może zaznać spokoju. Dusze krążą między światem żywych i umarłych, a ciekawskich gapiów zwabiają w topieliska i bagna.

Dzisiaj Miron wiedział, że babcia przestrzegała ich przed błędnymi ogniami głównie po to, by nie przyszło im do głowy wchodzić na mokradła. Demony wciągające ludzi w topiel miały odstraszyć ciekawe dzieci i robiły to z pewnością skuteczniej niż prawdziwe wyjaśnienie tego zjawiska, jakim był samozapłon gazów. Czy babcia o tym wiedziała? Nie był pewien. Miał wrażenie, że do końca wierzyła w demony i cierpiące w czyśćcu dusze, do których nie należy się zbliżać.

Tam, skąd pochodził, różnie się o błędnych ognikach mówiło. Mimo to większość ludzi była zgodna co do jednej ludowej prawdy: błędne ogniki to omen nieszczęścia. Omen rychłej śmierci.

Nigdy w to nie wierzył. Ale teraz, stojąc na progu torfowiska Sadzonki, które kojarzył jako wypłaszczenie terenu ubrane latem w obłędną zieleń, a jesienią w dziesiątki ciepłych barw, myślał inaczej. Tej nocy torfowisko naprawdę wyglądało jak stary cmentarz. Poschnięte rośliny na podłożu przybrały ciemną barwę. Pewnie brązową, choć w chłodnym odcieniu błędnych ogników niskie krzaki wydawały się czarne. Suche, powykręcane drzewa sprawiały wrażenie, jakby miały wściekle ruszyć na człowieka, który śmiał przyjść tu po zmroku. Tlące się gdzieniegdzie ogniki w tej scenerii przywodziły na myśl tylko jedno: byty nie z tego świata. Mszary, pochłaniające kroki i odcinające echo.

- Ja pieprzę... - Zaleski naprawdę poczuł strach. Nie ten, do którego przywykł, wykonując od lat mało bezpieczną pracę. Inny. Jakby naprawdę znalazł się na obcej ziemi, która należała do istot z zaświatów. Istot, które nie mogą zaznać spokoju. W ich obcym porządku, który nie był ani żywy, ani martwy.

Dosyć tego. Trącił palcem przycisk na czołówce, która znowu rzuciła promień światła. Iskra tuż obok jego nogi nieco się ożywiła. Wcześniej, podobnie jak on, musiała być zszokowana tym, co widziała. Albo raczej czuła. Psy mają przecież kiepski wzrok, ale genialny węch i... czują więcej niż ludzie. Czy w tym miejscu... coś wyczuła?

Prychnął, próbując przekonać samego siebie, że to ciemność i samotność sprawiają, że zaczyna projektować w myślach coś, czego nie ma. Odwrócił się, zeskoczył na wąską ścieżkę i ruszył nią w dół, chcąc jak najszybciej zostawić za sobą las i pokutujące na torfowisku dusze. Nie jego sprawa, niech pokutują.

Nie mógł jednak wyprzeć z głowy słów nieżyjącej już babci, która z powagą i mądrością, do końca widoczną w jej rozwodnionych ze starości oczach, mawiała:

- Chowaj się przed nimi, gdy zobaczysz. Bo jak diabeł latarnią w ciebie zaświeci, to śmierć za progiem już czeka...

ROZDZIAŁ II

Maszerowali jeszcze przez ponad godzinę. I choć lubił stan, w który wprowadzały go góry, tym razem poczuł ulgę, gdy w świetle latarki dostrzegł lekko zdezelowany zderzak swojego samochodu. Iskra też musiała być zmęczona, bo na widok wozu przyspieszyła i przysiadła obok niego, wyczekując wpuszczenia do środka. Miron otworzył jej drzwi i pozwolił usadowić się na miękkim legowisku, które zajmowało całą przestrzeń z tyłu. Do szelek suczki przypiął specjalny pas. Machnąłby na to ręką, ale jego wyobraźnia zaczęła pracować na pełnych obrotach, gdy oglądał czasem zdjęcia z wypadków samochodowych. Trzydziestokilowe zwierzę, które siedzi niezabezpieczone w żaden sposób, podczas kolizji drogowej zamienia się w pocisk o masie tony. Śmiertelne dla zwierzęcia, a przy okazji może i dla ludzi, którzy mieli pecha znaleźć się w jego trajektorii. Iskra, która szybko przyzwyczaiła się do tych realiów, nie protestowała. Pas kliknął, a ona ułożyła się wygodnie na przyjemnie przepastnej poduszce.

- Dziadu jeden - burknął żartobliwie Miron. - A ja znowu muszę prowadzić?

Silnik Toyoty zarzęził nieprzyjemnie, chociaż Zaleski wiedział, że to tylko takie przekomarzanki. Staroć działał bez zarzutu. Wprawione w ruch koła wytoczyły się z szutru na asfalt i wiekowa terenówka ruszyła w stronę Kłodzka.

Nie wiedział, jak długo jechał, zanim jego wzrok wyłapał festiwal niebieskich świateł, jaki rozgrywał się gdzieś przed nim. Za paręset metrów miał dotrzeć do miejsca, gdzie najwyraźniej się coś stało, bo już z daleka ostrzegawczo błyskały koguty wozów policyjnych i strażackich. Ciemność była od nich piękniejsza, dlatego Zaleski zmrużył oczy i rzucił pod nosem niewinne przekleństwo.

Na miejscu musiało dojść do czegoś poważnego. Droga była zablokowana, a na prawym pasie jezdni ustawiły się w kolejce cztery samochody, których służby nie chciały przepuścić. Czyżby śmiertelny? Próbował dojrzeć, czy za policyjnymi taśmami widać choćby fragment czerwonego parawanu straży, stawianego w takich sytuacjach. Działo się jednak za dużo.

Zerknął na Iskrę, która za nic miała ludzkie sprawy i wyglądała, jakby nie tyle zasnęła, co straciła przytomność po długiej górskiej wędrówce. Uniósł kącik ust, pokręcił głową, a potem wysiadł z samochodu. Zapiął pod szyję kurtkę, bo lodowaty podmuch wiatru natychmiast wpełzł w okolice jego karku, niosąc ze sobą przenikliwe zimno.

- Dzień dobry - przywitał się z funkcjonariuszem, który stał najbliżej taśmy i pilnował, by nikt nie prześlizgnął się na miejsce wypadku.

- Dobry wieczór - burknął tamten, tonem wyraźnie zaznaczając, że nie ma ochoty na żadną pogawędkę.

- Coś poważnego? Długo postoimy?

- Nie wywróżę. - Kolejne warknięcie.

- Jakiś objazd?

- Na razie czekać.

Miron westchnął i obdarzył policjanta długim, przenikliwym spojrzeniem. Tamtemu w końcu ciężar wzroku Zaleskiego zaczął przeszkadzać, bo obejrzał się za siebie, jakby chciał zweryfikować, czy jest tu jakaś droga ucieczki.

- To może jakoś pomóc? - odezwał się Miron.

Funkcjonariusz zmierzył go tak, jakby został właśnie zapytany o to, czy wierzy w Świętego Mikołaja. Już nabrał powietrza w płuca, by wyrzucić z siebie kolejną porcję frustracji, ale wtedy gdzieś z oddali doszedł ich kobiecy głos.

- Miron? A co ty tu robisz, komisarzu?

W ich stronę dziarsko maszerowała filigranowa policjantka o brązowych włosach. Miała lekko przestraszoną minę, a Zaleski przez moment miał wrażenie, że patrzy na niego tak, jakby zobaczyła ducha. Potrząsnął lekko głową, by pozbyć się tej myśli. Nie był cholernym pępkiem świata, by we wszystkich wywoływać jakieś skrajne emocje.

- Cześć, pani aspirant - zwrócił się do kobiety, która podała mu rękę przez policyjną taśmę.

Kątem oka zerknął na mundurowego, który zajęty był wyjątkowo drobiazgowym oglądaniem rękawów swojej policyjnej kurtki. Robił wszystko, by nie trafić na oczy Mirona. Policjantka rzuciła krótkie spojrzenie koledze, ale zaraz potem znowu zatrzymała wzrok na Mironie. Nie, jednak nie miał paranoi. Coś dziwnego czaiło się w jej tęczówkach.

Anitę Starską poznał kilka miesięcy wcześniej podczas wspólnej akcji lądeckich i kłodzkich policjantów. Wszyscy, którzy ją znali, wypowiadali się o niej w samych superlatywach. Po jej występie w tamtym wydarzeniu sam był gotów przystąpić do grupy sypiącej w jej stronę pochwałami. Teraz jednak nie mógł oprzeć się wrażeniu, że coś jest nie tak. Wydawała się przestraszona, żeby nie powiedzieć: zszokowana.

- Dzwonili do ciebie? - zapytała, siląc się na zdawkowy ton.

Zaskoczyło go to. Kończył właśnie dwutygodniowy urlop i szczęśliwie przez ten czas nie odbierał zbyt wielu telefonów. Po jej słowach odruchowo złapał się za kieszenie kurtki, ale były puste. Przypomniał sobie, że rozładowany telefon leży gdzieś w Toyocie. Nie spieszyło mu się, by go naładować. Milczący był najlepszy.

- Nie, gdzieś wrzuciłem telefon, wyłączony - odparł bezładnie. - Ale jestem na urlopie, raczej mam spokój.

- Mhm...

Zawahała się. Dwukrotnie otworzyła usta tylko po to, by zaraz je zamknąć. Zastanawiała się, co może mu powiedzieć. I już tych kilka dziwnych gestów wzbudziło w nim niepokój, którego nie potrafił opanować. Natychmiast zapragnął włączonego telefonu w dłoni i dostępu do wszystkich informacji, jeśli miały okazać się dla niego istotne.

- Co się stało? - ponaglił Starską, a ta obejrzała się za siebie. - Anita?

Milczała, wyraźnie bijąc się z myślami. W końcu chwyciła za policyjną taśmę i uniosła ją na wysokość wyprostowanej ręki.

- Chodź.

Pochylony przeszedł pod falującą pod wpływem jesiennych podmuchów folią. Napotkał spojrzenie mrukliwego policjanta, ale wydawało się, że cała ta rozmowa jest mu kompletnie obojętna. Szedł za Starską, która prowadziła go w stronę karetki. Gdy byli zaledwie kilka kroków od niej, policjantka zatrzymała się i odwróciła gwałtownie w jego stronę.

- Tam zerknij - zaordynowała. - Znasz tę kobietę?

Musiał się bardzo mocno skupić, by w intensywnym błysku niebieskich świateł dostrzec cokolwiek. Wpatrywał się w jeden punkt - jasne wnętrze karetki, w którym siedziała kobieta z burzą czarnych loków na głowie. Na plecy miała narzuconą folię, wyglądającą stąd jak złoty płaszcz.

- Kto to? - zapytał.

- Znasz?

- No nie znam, przecież mówię.

- Miron, jesteś absolutnie pewien?

Zaleski jeszcze raz przyjrzał się kobiecie. Nie widział dobrze jej twarzy, ale zdecydowanie zapamiętałby jej charakterystyczną fryzurę. Siedziała z pochyloną głową, jej usta poruszały się powoli, jakby mamrotała coś pod nosem.

- Tak, jestem pewien.

- Niech to szlag!

Starska zatopiła palce w ciemnych włosach i utkwiła spojrzenie gdzieś w konarach drzew, migających uciążliwie pod wpływem strażackich i policyjnych kogutów.

- Anita, co jest? - zapytał znowu, a rosnący niepokój gościł się coraz śmielej w kolejnych tkankach jego ciała.

- Porwano jej dziecko - odparła, dyskretnie wskazując głową na kobietę siedzącą w karetce.

Milczał. To z pewnością nie był koniec wyjaśnień.

- Ocknęła się w lesie, tu niedaleko, bo z nerwów straciła przytomność. Wezwała nas i...

- No okej, to wniosek o Child Alert, psy tropiące...

- Miron... - przerwała mu.

- No?

- Musisz o czymś wiedzieć.

Chwyciła go za przedramię i pociągnęła w stronę dwóch stojących na sygnale radiowozów. Zauważył dwa psy w policyjnych szelkach i stojących przy nich opiekunów. Starska jednak prowadziła go dalej. Jego niepokój wciąż rósł, a apogeum osiągnął wtedy, gdy Zaleski w grupce funkcjonariuszy zobaczył nadkomisarza Daniela Gronia, swojego bezpośredniego przełożonego z kłodzkiej komendy.

- Zaleski. - Groń rzucił mu krótkie spojrzenie i to musiało wystarczyć za przywitanie. - Nie odbierasz telefonu.

- Mam go... - Miron zaczął tłumaczenie, ale szef mu przerwał.

- Znasz tę kobietę? - Wskazał brodą na tył karetki, dając do zrozumienia, że chodzi o czarnowłosą dziewczynę.

- Już mówiłem, że nie...

- Poprosiła o ciebie.

Komisarz Miron Zaleski uniósł brwi. Ten komunikat zaskoczył go na tyle, że zabrakło mu słów na odpowiedź.

- Co znaczy: "poprosiła"?

Groń nie odpowiedział. Tymczasem Anita Starska sięgnęła do kieszeni i wyjęła telefon. Postukała w jego ekran, a potem obróciła go w stronę Mirona.

- Mniej więcej tyle to znaczy - powiedziała.

Na szklanej tafli wyświetlało się zdjęcie przedstawiające inny telefon. Z kolei na tym telefonie widoczna była wiadomość. Zielony dymek czatu był niewielki, bo zawierał tylko kilka słów: "Komisarz Miron Zaleski, Kłodzko. Żadnej innej policji". Pod nim widoczny był fragment zdjęcia. Miało kiepską jakość, ale wystarczającą, by zobaczyć w mieniących się teraz pikselach, że to fragment dziecięcego fotelika, z którego wystaje blond czupryna małego chłopca.

Zaleski drżącą dłonią przejął telefon aspirantki Starskiej i wpatrywał się w zdjęcie wiadomości oczami, które w sekundę urosły do rozmiarów pięciozłotówek.

- Dlatego - odezwał się Groń, wypuszczając z płuc kłąb papierosowego dymu - przyjrzyj się jeszcze raz tej kobiecie. Dokładnie. I przypomnij sobie, czy możesz ją znać. - Po czym dodał już nieco przygaszonym tonem: - Dzieciak ma cztery lata.

* * *

Las w pobliżu Kamienicy, pierwsza godzina po porwaniu

Pionowe uszy owczarka belgijskiego malinois sterczały tak wyraźnie, że zwierzę wyglądało, jakby było w stanie usłyszeć czułe szepty matek kładących swoje dzieci spać w sąsiedniej wsi. Miron, przyzwyczajony do opadających, lekko ciamajdowatych uszu Iskry, miał wrażenie, że te należące do policyjnego psa tropiącego zostały przyklejone do jego głowy, a wcześniej stanowiły zupełnie niezależne byty.

Szumiało mu w głowie po słowach nadkomisarza Gronia. "Poprosiła o ciebie". Właściwie nie ona, tylko porywacz. Czego mógł chcieć? Zaleski poczuł nieprzyjemne swędzenie na karku. Pomieszanie ciekawości z czystym strachem.

- Miron. - Anita Starska stanęła obok niego i posłała mu zatroskane spojrzenie.

Zachował się niegrzecznie, bo zignorował jej troskę i ruszył w stronę swojego samochodu. Wygrzebał ze schowka rozładowany telefon, a potem powerbank z bocznej kieszeni plecaka. Podłączył urządzenie do ładowania i zanim trzasnął drzwiami Toyoty, zerknął na tylne siedzenie. Iskra spała, wymęczona i kompletnie niewzruszona wydarzeniami wokół.

Wracając do Gronia i Starskiej, minął gburowatego funkcjonariusza, który tym razem podniósł przed nim taśmę policyjną tak, by komisarz nie musiał się schylać. Nie spotkali się spojrzeniami. Miron wypatrywał czarnowłosej kobiety w karetce, licząc na to, że tym razem ją rozpozna. Siedziała ze spuszczoną głową i twarzą wykrzywioną płaczem. Ratownik pogotowia wtłaczał w jej żyły jakiś specyfik za pomocą całkiem sporej strzykawki. Czy wyglądała znajomo? Chyba nie. Ot, kobieta jakich wiele. Przeciętna uroda, średni wzrost, normalna figura. Chyba, bo widział tylko tę część jej ciała, której nie zakrywała folia.

Telefon w jego dłoni zawibrował krótko. Urządzenie dało znać, że po podłączeniu do prądu i zyskaniu kilku procent mocy baterii jest gotowe do pracy. Ręce komisarza zaczęły drżeć. W jakiś sposób już to wiedział. Jego ciało przygotowywało się na wyrzut adrenaliny, który musiał się zaraz wydarzyć. Gdy tylko odblokuje telefon...

- Kto kazał przyjechać z psami?

Usłyszał głos nadkomisarza Gronia i od razu podszedł do grupki policjantów, którzy toczyli ze sobą ciche, pełne napięcia rozmowy.

- Ja poprosiłam - przyznała Starska. - Zgłoszenie dotyczyło porwania, ale matka chłopca była przerażona i podobno niezbyt składnie rozmawiała z konsultantem na sto dwanaście. Na początku zrozumieliśmy, że porwanie miało miejsce w lesie, ale tak... no wiecie... na piechotę.

- Chyba trzeba ich odesłać - bąknął Groń, w którego dłoni tlił się skrawek papierosa. Wyglądało na to, że zaraz zacznie palić się filtr i poparzy palce policjanta.

Wszyscy spojrzeli na imponująco spokojnego owczarka ze spiczastymi uszami, który z dumnie wypiętą piersią siedział u boku swojego przewodnika i czekał na zadania. Od czasu do czasu zerkał ku górze, jakby chciał wzrokiem przypomnieć, że gdyby była taka potrzeba, to służy pomocą. I choć trudno było w to uwierzyć, naprawdę wydawało się, że to wzrok pełen profesjonalizmu. Prawdziwego, oddanego służbie policjanta.

Przewodnik owczarka musiał poczuć na sobie wzrok całej trójki, bo przerwał rozmowę z innym funkcjonariuszem i podszedł do Starskiej, Zaleskiego i Gronia. Malinois nie odstąpił go nawet na krok i wydawał się przyklejony do nogi swojego pana, choć smycz pozostawała luźna.

- Nie mogę zbyt wiele obiecać, ale spróbujmy - odezwał się niskim radiowym głosem opiekun psa. - Miles potrafi pracować na górnym wietrze.

Zaleski wiedział, że psy tropiące to pojęcie bardzo ogólne, bo tak naprawdę zwierzęta były szkolone tak, by potem pracować nosem przy różnych sprawach, w zależności od potrzeb. Jedne szukały narkotyków, inne podążały śladem, a kolejne potrafiły wskazać zwłoki. Owczarek wypiął pierś jeszcze bardziej znacząco, a Miron miał wrażenie, że wręcz zatrzeszczały szelki, w które był ubrany. Zupełnie jakby wiedział, że właśnie się o nim rozmawia.

- I to może nam pomóc? - zapytał Groń.

- Nie obiecuję oczywiście - odparł przewodnik - ale nie zaszkodzi spróbować. Miles będzie wówczas próbował znaleźć zapach, który mu wskażemy, jeśli taki jest gdzieś w pobliżu. Porywacz oddalił się samochodem?

Kiwnęli głowami.

- No to ewentualnie możemy próbować szczęścia, licząc na to, że gdzieś się zatrzymał i próbuje przeczekać w lesie.

- Marne szanse - skomentował Zaleski.

- Marne - przyznał tamten.

- Ale wyraźnie wyrywa się do roboty. - Komisarz z lekkim uśmiechem wskazał na Milesa, którego szyja wydłużyła się tak, jakby chciał zaznaczyć swoją obecność i powiedzieć: "Tak, tak! Pomogę!".

- Jak to żołnierz. - Opiekun pochylił się i poklepał psa po boku. Kiedy dostrzegł pytające spojrzenie Mirona, wyjaśnił: - Miles to po łacinie "żołnierz".

- Albo towarzysz - odezwała się Starska, która przysłuchiwała się dyskusji.

- Albo towarzysz - zgodził się przewodnik. - Jedno i drugie pasuje.

Zaleski przez moment obserwował, jak Miles szykuje się do pracy i z jakim zaangażowaniem słucha komunikatów swojego, w zasadzie można było go tak nazwać, przełożonego. Już po kilku minutach patrzyli, jak pies porusza się zygzakiem, co chwilę unosząc wysoko głowę, by jakakolwiek, choćby najdrobniejsza cząsteczka zapachu powiązana z małym Luckiem mogła trafić w jego niezwykle czułe nozdrza. Miron przypomniał sobie o telefonie, który tkwił w jego dłoni. Zadziwiające, jak posiadanie psa uwrażliwiło go na inne zwierzęta. Nie mógł oderwać wzroku od tego owczarka i sposobu, w jaki pracuje.

Wrócił nieprzyjemny niepokój, gdy ponownie spojrzał na ekran telefonu. Cyferka "4" pojawiła się na zielonej ikonie słuchawki, co oznaczało nieodebrane połączenia. Wszystkie od jego szefa, Daniela Gronia. Ale była też wiadomość. Stuknął palcem w ikonę koperty. Na ekranie grubą czcionką wyróżniał się numer zaczynający się od "+420", co oznaczało Czechy.

- Szlag - mruknął pod nosem.

To była jedna z pierwszych rzeczy, o jakich pomyślał, gdy dowiedział się o porwaniu. Znajdowali się cholernie blisko granicy. Okoliczni mieszkańcy czasem przekraczali ją codziennie po kilka razy, bo jeśli spojrzeć na mapę, to wszystko wokół było małym polskim cypelkiem wchodzącym na teren Czech. Jeśli ktoś chciał pojechać z Lądka-Zdroju na Opolszczyznę, najkrócej było przez Czechy. Leśne górskie drogi wiły się i plątały, a zimą trzeba było mieć do nich sporo cierpliwości, ale finalnie przejeżdżało się przez całkiem przyjemny dla oka czeski Javornik i docierało do Polski. A już sam Śnieżnik leżał dokładnie na granicy państw, podobnie jak kilka innych okolicznych szczytów. I wszystko w strefie Schengen. Doskonałe miejsce dla każdego typa spod ciemnej gwiazdy. Wystarczy zachowywać się spokojnie i grzecznie, by niemal do zera ograniczyć ryzyko, że zainteresuje się tobą jakikolwiek patrol policji lub straży granicznej. Bez dokumentów, bez kontroli, bez problemu.

Mironowi polsko-czeskie krajobrazy i strzępki myśli o tym, jak łatwo uciec za granicę, mknęły przez głowę dokładnie w momencie, gdy jego palec stuknął w nieodczytaną jeszcze wiadomość. Na wyświetlaczu pojawiła się cała treść. Patrzył na nią, nie mając wątpliwości, że została wysłana przez porywacza lub kogoś, kto razem z nim w tym wszystkim uczestniczył.

- Napisał do mnie. - Komisarz odezwał się tak, by reszta mogła go usłyszeć.

Anita Starska od razu znalazła się tuż przy jego ramieniu, a na twarzy czuł palące spojrzenie szefa.

- No?! - ponaglił go Groń.

- "Chodzi Lucek koło drogi, nie ma ręki ani nogi. Uszu nie ma ani ćwierci i dwa kroczki mu do śmierci".

- Ja pierdolę...

Wulgarne podsumowanie Gronia zabrzmiało jak zła wróżba, kiedy Miron skończył odczytywać treść wiadomości na swoim telefonie.

- Co to ma być? - zapytała Starska.

- Jest jeszcze zdjęcie.

Miron wpatrywał się w obrazek, który wyświetlał się na ekranie. Czuł, jak robi mu się niedobrze, bo w połączeniu z ohydną rymowanką zdjęcie dawało upiorny efekt. Był na nim chłopiec. Kilkulatek spał w swoim foteliku, przytulony czołem do zagłówka chroniącego głowę. Jeszcze nieświadomy, że kiedy otworzy oczy, znajdzie się w zupełnie innym świecie niż ten, który zna.

- To jest...? - zaczęła Starska, zaglądając mu przez ramię. - O Boże...

- Tak, to jest nóż - potwierdził Miron, patrząc z obrzydzeniem na długie ostrze, połyskujące leniwie w kiepskim świetle zdjęcia. Narzędzie leżało na klatce piersiowej dziecka. Ostrze, długie i wyglądające, jakby było przeznaczone do uboju zwierząt, znajdowało się bardzo blisko szyi Lucka. Sprawiało to wrażenie, jakby chłopiec się do niego przytulał.

- To jakiś psychol - skomentował Groń.

Ciche piknięcie oznajmiło nadejście kolejnej wiadomości. Tym razem została wysłana z innego numeru, również z czeskim kierunkowym. Miron natychmiast stuknął w dymek, który wysunął się na górze ekranu.

- Kolejne zdjęcie - poinformował, a potem musiał zmrużyć oczy, próbując dostrzec, co przedstawia.

- Znam to miejsce - powiedziała Starska, wpatrując się w ekran razem z nim.

- Ja też - odparł komisarz. - Trochę się włóczyłem po tutejszych lasach. Co za pierdolony psychol...

Zaleski patrzył na fotografię przedstawiającą niewielką drewnianą tabliczkę. Miała formę małej budki, wbito ją w ziemię, a czas, deszcze i spływająca po zboczach gór woda sprawiły, że konstrukcja mocno się przekrzywiła. Widzieli jednak wyraźnie obrazek i napisy, które się na niej znajdowały.

Pierwsza stacja drogi krzyżowej: Pan Jezus skazany na śmierć.

Pod zdjęciem było jeszcze jedno zdanie: "Tylko Zaleski, żadnej innej policji".