Krzywdy tego świata
- Nikomu chyba nie będzie przeszkadzało, jeśli chwilowo się tego
pozbędę? - Orso rzucił koronę na stół i rozmasował obolałe miejsca
powyżej skroni. Błyskotka zakręciła się na blacie, złoto zalśniło w snopie światła wiosennego słońca rozproszonego na drobinkach kurzu. -
Diabelstwo strasznie obciera skórę.
Gdzieś tu kryła się metafora: brzemię władzy, ciężar królewskiej
korony... Ale Zamknięta Rada na pewno wszystko to słyszała już
wcześniej.
Gdy tylko usiadł, zaczęli zajmować miejsca. Krzywili się, gnąc stare
grzbiety. Stękali, sadzając stare tyłki na twardym drewnie krzeseł.
Pojękiwali, wsuwając stare kolana pod stół uginający się pod stosami
papierów.
- Gdzie naczelnik wydziału podatkowego? - zapytał ktoś, wskazując ruchem
głowy puste krzesło.
- Musiał wyjść. Pęcherz go dręczy.
Odpowiedzią był chóralny jęk.
- Możesz zwyciężyć w tysiącu bitew - rzekł lord marszałek Brint,
wpatrzony w dal, jakby stał naprzeciw wrogiej armii, i okręcił
pierścionek na małym palcu - ale z własnym pęcherzem nie wygrasz.
Orso (młodszy od pozostałych zebranych o dobre trzydzieści lat) uważał
swój pęcherz za jeden z najmniej interesujących organów.
- Jest jedna sprawa - powiedział - nim zaczniemy.
Wszyscy spojrzeli na niego - wszyscy prócz siedzącego przy przeciwległym
krańcu stołu Bayaza: legendarny mag wyglądał przez okno na pałacowe
ogrody, w których pojawiały się pierwsze pąki kwiatów.
- Postanowiłem udać się na objazd Unii - zaczął Orso, siląc się na
stanowczy ton. Władczy nawet. Królewski. - Zamierzam odwiedzić każdą
prowincję i każde duże miasto. Kiedy po raz ostatni król wizytował
Starikland? Czy mój ojciec kiedykolwiek tam był?
Arcylektor Glokta się skrzywił. Bardziej niż zwykle.
- Starikland zawsze miał opinię niebezpiecznego miejsca, Wasza Wysokość
- odparł.
- I niepokorny charakter. - Lord kanclerz Gorodets z roztargnieniem
przygładzał długą brodę w szpic, mierzwił ją i znów ugłaskiwał. - A teraz jest jeszcze gorzej.
- Ale ja muszę wyjść do ludzi! - Dla dodania powagi swoim słowom Orso
grzmotnął dłonią w stół. Jego doradcy nie mieli w sobie za grosz
ludzkich uczuć! Wszystko w Białej Sali było zimne, oschłe, beznamiętne,
wyrachowane. - Muszę im pokazać, że wszyscy jesteśmy częściami jednego
wielkiego przedsięwzięcia. Członkami jednej rodziny. Jesteśmy Unią czy
nie? Bo jeśli tak, to powinniśmy się zunifikować, do diabła!
Nigdy nie chciał zasiadać na tronie, bycie królem bawiło go jeszcze
mniej niż wcześniej bycie następcą tronu, choć wydawało się to
niemożliwe, ale skoro już tym królem został, to zamierzał zrobić ze
swojej roli dobry użytek.
- To wspaniały pomysł, Wasza Wysokość. - Na znak aprobaty lord szambelan
Hoff wiotką dłonią poklepał lekko blat stołu.
- Wspaniały - zawtórował mu najwyższy sędzia Bruckel, który miał talent
oratorski dzięcioła i dość podobny dziób. - Pomysł.
- Szlachetny zamiar - dodał Gorodets, choć uznanie zawarte w jego
słowach nie znalazło odbicia w oczach. - W dodatku świetnie ujęty w słowa.
Jeden starzec przekładał papiery, inny wpatrywał się w swoje wino z taką
miną, jakby coś zdechło mu w kieliszku. Gorodets w dalszym ciągu gładził
się po brodzie, minę miał jednak taką, jakby na języku czuł smak szczyn.
- Ale? - Orso zaczynał się uczyć, że w Zamkniętej Radzie zawsze jest co
najmniej jedno "ale".
- Ale... - Hoff zerknął na Bayaza, który odpowiedział ledwie zauważalnym
przyzwalającym skinieniem głowy. - Może warto byłoby poczekać na lepszy,
bardziej sprzyjający moment? Na spokojniejsze czasy? Tu, na miejscu,
jest wystarczająco wiele pilnych spraw, które wymagają uwagi Waszej
Wysokości.
- Wiele. - Najwyższy sędzia sapnął ciężko. - Pilnych spraw.
Z piersi Orso wydarło się coś pomiędzy gardłowym pomrukiem i westchnieniem. Jego ojciec zawsze nienawidził Białej Sali, jej surowych,
twardych krzeseł i zasiadających na nich surowych, twardych ludzi.
Przestrzegał go, że z posiedzeń Zamkniętej Rady nigdy nie wynika nic
dobrego - ale jeśli nie mógł czegoś załatwić tutaj, to gdzie? Przecież
to ta mała, duszna, pozbawiona wyrazu komnata była ośrodkiem władzy.
- Sugerujecie, że beze mnie tryby machiny państwowej się zatrą? -
zapytał. - Nie przesadzacie z tym słodzeniem mi?
- Niektórych spraw król musi doglądać osobiście - zauważył Glokta. - W Valbecku zadano Destruktorom miażdżący cios...
- Niewdzięczne zadanie - wtrącił Hoff pochlebczo lepkim, oślizłym głosem
- które zostało doskonale wykonane, Wasza Wysokość.
- ...ale daleko jeszcze do ich unicestwienia - podjął Glokta. - Ci zaś,
którzy zbiegli, od tamtej pory dodatkowo się... zradykalizowali.
- Robotnicy. - Najwyższy sędzia Bruckel gwałtownie pokręcił głową. -
Buntują się. Organizują. Strajkują. Napadają. Na ludzi. Fabryki.
- I jeszcze te parszywe ulotki - dodał Brint.
Znów rozległ się chóralny jęk.
- Przeklęte. Ulotki.
- Dawniej uważałem próby edukowania pospólstwa za stratę czasu. Dzisiaj
sądzę, że stanowią zagrożenie.
- Ten przeklęty Tkacz ma lekkie pióro.
- A te obsceniczne drzeworyty?
- Podburzają lud do nieposłuszeństwa!
- Wzniecają niepokoje!
- Mówią o nadchodzącej Wielkiej Zmianie.
Seria tików wstrząsnęła lewą częścią zmasakrowanej twarzy Glokty.
- Obwiniają Otwartą Radę - powiedział. Publikowane przez buntowników
karykatury przedstawiały członków Otwartej Rady jako świnie walczące o dostęp do koryta. - Obwiniają Zamkniętą Radę. - Na karykaturach
członkowie Zamkniętej Rady dymali się nawzajem. - Obwiniają Waszą
Wysokość. - A król dymał wszystko, co napotkał. - Obwiniają banki.
- Rozpowszechniają niedorzeczne plotki, jakoby dług wobec domu bankowego
Valint i Balk paraliżował kraj... - Gorodets zawiesił głos.
W sali zapadło nerwowe milczenie.
Bayaz w końcu oderwał harde spojrzenie zielonych oczu od okna i spojrzał
na siedzących przy stole.
- Trzeba położyć kres temu zalewowi fałszywych informacji - stwierdził.
- Zniszczyliśmy tuzin pras drukarskich - odparł Glokta - ale oni cały
czas budują nowe, coraz mniejsze i mniejsze. Dzisiaj każdy głupiec może
napisać, wydrukować i opublikować swoje zdanie na każdy temat.
- Postęp! - biadał Bruckel, przewracając oczami.
- Ci przeklęci Destruktorzy są jak krety w ogrodzie - poskarżył się lord
marszałek Rucksted. Ustawił krzesło nieco krzywo, bokiem do stołu, by
dać wyraz swojej nieustraszoności i werwie. - Zabijesz pięć sztuk,
uczcisz to lampką wina, a rano trawnik znów masz usiany tymi ich
przeklętymi kopczykami.
- Są bardziej irytujący niż mój pęcherz - powiedział Brint, którego
słowa przyjęto powszechnymi chichotami.
Glokta mlasnął językiem o puste dziąsła.
- Są jeszcze Podpalacze.
- Szaleńcy! - wysapał Hoff. - Ta cała Sędzia.
Wszyscy wokół stołu wzdrygnęli się z niesmakiem - trudno powiedzieć, czy
na myśl o kobiecie w ogóle, czy tylko o tym konkretnym przykładzie.
- Ponoć na trakcie do Kelnu znaleziono zamordowanego właściciela
fabryki. - Gorodets wyjątkowo mocno szarpnął brodę. - Przybili mu ulotkę
wywrotowców do twarzy.
Rucksted uderzył masywnymi pięściami w blat.
- Inny został zadławiony tysiącem egzemplarzy regulaminu, które rozdawał
pracownikom.
- Można by powiedzieć, że nasza reakcja tylko pogorszyła sprawę -
zauważył Orso. Przypomniał mu się Malmer w kołysanej wiatrem klatce, z nogami zwieszonymi na zewnątrz. - Może przydałoby się wykonać jakiś gest
dobrej woli? Płaca minimalna? Poprawa warunków pracy? Podobno w niedawnym pożarze fabryki zginęło piętnaścioro zatrudnionych w niej
dzieci...
- Głupotą byłoby utrudnianie działania wolnego rynku - odparł Bayaz,
znów zainteresowany pałacowym ogrodem.
- Wolny rynek służy wszystkim - poparł go lord kanclerz.
- Dobrobyt - zgodził się z nim najwyższy sędzia. - Bezprecedensowy.
- Dzieci też na pewno byłyby zachwycone - powiedział Orso.
- Bez wątpienia - przytaknął lord Hoff.
- Gdyby nie spłonęły żywcem.
- Drabina, w której szczeble są tylko na samej górze - wtrącił Bayaz -
nie ma racji bytu.
Orso już otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale ubiegł go najwyższy
konsul Matstringer:
- Nie zapominajmy o prawdziwej feerii wrogów za granicą. - W swoich
wypowiedziach koordynator polityki zagranicznej Unii niezawodnie mylił
zagmatwanie formy z przenikliwością treści. - Gurkhulczycy toną
wprawdzie po szyję we własnych wszechogarniających tarapatach...
Na te słowa Bayaz zareagował rzadkim u niego pomrukiem satysfakcji.
- ...ale u naszych zachodnich granic cesarscy żołnierze nie przestają
wymachiwać mieczami i podburzać mieszkańców Stariklandu do trwania w nielojalności. Na wschodzie Styria również podnosi łeb.
- Budują flotę wojenną. - To lord admirał wybudził się z półdrzemki, by
zabrać głos. - Nową, uzbrojoną w armaty. Tymczasem nasze okręty,
skrajnie niedoinwestowane, gniją w portach.
Tym razem Bayaz odpowiedział doskonale znajomym pomrukiem
niezadowolenia.
- Działają także potajemnie - mówił dalej Matstringer. - Sieją ferment w Zachodnim Porcie, podburzają do buntu tamtejszych deputowanych. Ba,
udało im się zaplanować na ten miesiąc głosowanie, które ma przesądzić o ewentualnym wystąpieniu miasta z Unii!
Widząc, jak ci starcy prześcigają się w okazywaniu patriotycznego
wzmożenia, Orso sam miał ochotę wystąpić z Unii.
- Nielojalność - zrzędził najwyższy sędzia. - Niesnaski.
- Przeklęci Styryjczycy! - warknął Rucksted. - To w ich stylu, takie
ukradkowe pociąganie za sznurki!
- My też nie pozostajemy bierni - zauważył Glokta takim tonem, że pod
ciężkim od szamerunku mundurem wszystkie włoski na ciele Orso stanęły
dęba. - Moi najlepsi ludzie nieustannie pracują nad zagwarantowaniem nam
lojalności Zachodniego Portu.
- Przynajmniej na północy panuje spokój - wtrącił Orso, rozpaczliwie
złakniony odrobiny optymizmu.
- Taaak... - Najwyższy konsul jednym afektowanym odęciem warg rozwiał
jego nadzieje. - Polityka wobec Północy to istny tygiel, zresztą nie od
dziś. Wilczarz się postarzał. Podupadł na zdrowiu. Nikt nie potrafi
przewidzieć, jaki los czeka Protektorat po jego śmierci. Lord gubernator
Brock zdołał, zdaje się, wykuć silną więź łączącą go z nowym Królem
Północnych, Stourem Zmierzchunem...
- To na pewno dobrze wróży - wtrącił Orso.
Siedzący przy stole wymienili pełne powątpiewania spojrzenia.
- Przynajmniej dopóki ta więź nie stanie się... zbyt silna - zauważył
Glokta.
- Młody lord gubernator jest bardzo popularny - przyznał Gorodets.
- Popularny. - Najwyższy sędzia zacmokał. - Niech go szlag.
- Przystojniak z niego - powiedział Brint. - I zasłużenie cieszy się
opinią niezłego wojownika.
- Poparcie Anglandu, Stour jako sojusznik... Może być groźny.
Rucksted uniósł krzaczaste brwi bardzo, bardzo wysoko.
- Nie zapominajmy, że jego dziadek był niesławnym zdrajcą!
- Nie zgadzam się na to, by kogokolwiek potępiać za czyny jego przodków!
- podniósł głos Orso, którego dziadkowie cieszyli się wątpliwą
reputacją, oględnie mówiąc. - Leo dan Brock zaryzykował życie, gdy w moim imieniu stanął do pojedynku!
- Zadanie Zamkniętej Rady - przypomniał Glokta - polega na przewidywaniu
zagrożeń dla Waszej Wysokości, zanim staną się zagrożeniami.
- Bo potem może być za późno - zauważył przytomnie Bayaz.
- Ludzie są wciąż zagubieni po śmierci ojca Waszej Wysokości -
powiedział Gorodets. - Zmarł tak młodo. Tak nieoczekiwanie.
- Młodo. Nieoczekiwanie.
- Wasza Wysokość zaś jest...
- Powszechnie pogardzany? - podsunął Orso.
- Niesprawdzony. - Gorodets uśmiechnął się pobłażliwie. - A w takich
czasach ludzie pragną stabilizacji.
- Otóż to - poparł go lord Hoff. - Niewątpliwie znakomitym posunięciem
ze strony Waszej Wysokości byłoby... - Odchrząknął. - Małżeństwo.
Orso zamknął oczy i przycisnął powieki kciukiem i palcem wskazującym.
- Czy to naprawdę konieczne?
Małżeństwo było ostatnią rzeczą, o jakiej miał teraz ochotę rozmawiać. W szufladzie nocnej szafki nadal trzymał liścik od Savine, co wieczór
patrzył na te okrutne słowa i odczytywał je na nowo, jakby skubał strup
na świeżej ranie: Moja odpowiedź musi być odmowna. Proszę, żebyś się
więcej ze mną nie kontaktował. Nigdy więcej.
Hoff znowu odkaszlnął.
- Pozycja nowego króla zawsze jest trochę niepewna.
- A króla pozbawionego następcy? - dodał Glokta. - W dwójnasób.
- Niewyjaśniona kwestia sukcesji jest źródłem kłopotliwego wrażenia
tymczasowości - zauważył Matstringer.
- Może z pomocą matki Waszej Wysokości mógłbym sporządzić listę panien
do wzięcia, dobrych partii, zarówno w kraju, jak i za granicą? - Hoff
trzeci raz odchrząknął. - To znaczy... nową listę.
- Ależ oczywiście, zrób tak - burknął Orso, wymawiając każde słowo z osobna z bezlitosną precyzją.
- Jest jeszcze Fedor - wymamrotał najwyższy sędzia. - Dan Wetterlant.
Permanentny grymas na twarzy Glokty dodatkowo się pogłębił.
- Nie zamierzałem zaprzątać tą sprawą uwagi Jego Wysokości - odparł.
- Już została zaprzątnięta - warknął Orso. - Fedor dan Wetterlant... Czy
ja z nim kiedyś nie grywałem w karty?
- Mieszkał w Adui do czasu odziedziczenia rodowej posiadłości. Miał
reputację...
- Niewiele lepszą niż moja? - podsunął Orso.
Przypominał sobie Fedora: miękka twarz, harde oczy, za często się
uśmiechał. Zupełnie jak lord Hoff, który właśnie w tej chwili wykrzywiał
twarz w skrajnie służalczym grymasie.
- Fatalną - powiedział. - Tak właśnie zamierzałem powiedzieć, Wasza
Wysokość: miał fatalną reputację. Został oskarżony o poważne
przestępstwa.
- Zgwałcił praczkę - wyjaśnił Glokta. - Pomagał mu w tym jego ogrodnik.
Kiedy jej mąż zaczął się domagać sprawiedliwości, Wetterlant go
zamordował, również z pomocą ogrodnika, tyle że w karczmie, na oczach
siedemnastu świadków. - Beznamiętny ton zgrzytliwego głosu arcylektora
przyprawiał Orso o mdłości. - A potem się napił, jakby nigdy nic.
Ogrodnik mu polewał, zdaje się.
- Wielkie nieba... - mruknął Orso.
- To tylko zarzuty - przypomniał Matstringer.
- Sam Wetterlant im nie zaprzecza - zauważył Glokta.
- Ale jego matka już tak - podkreślił Gorodets.
Odpowiedziały mu liczne jęki.
- Lady Wetterlant! Na miłość losu, co za jędza!
- Bezwzględnie. Megiera.
- Powiem tak: nie przepadam za wieszaniem - odparł Orso - ale widziałem,
jak ludzie trafiali na szubienicę za mniejsze przewiny.
- Ogrodnika już powieszono - poinformował go Glokta.
- Szkoda. - Głos Brinta ociekał ironią. - Sądząc po tych opowieściach,
uroczy był z niego facet.
- Wetterlant chce stanąć przed sądem królewskim - dodał Bruckel.
- To żądanie jego matki!
- A ponieważ zasiada w Otwartej Radzie...
- Tylko teoretycznie, jego tyłek nie tknął tamtejszych ławek.
- ...ma prawo być osądzony przez równych sobie, z Waszą Wysokością w roli przewodniczącego sądu. Nie możemy mu odmówić.
- Możemy natomiast przewlekać postępowanie - zauważył Glokta. - Otwarta
Rada ma swoje wady, ale jeśli chodzi o opóźnianie spraw, nie ma sobie
równych.
- Odwlec. Przeciągnąć. Odroczyć. Mogę go omotać. Procedurami.
Formalnościami. Aż umrze w więzieniu. - Najwyższy sędzia uśmiechnął się,
jakby to właśnie było najlepsze rozwiązanie.
- Czyli co, odmówimy mu rozprawy i już? - zapytał Orso, chociaż taka
perspektywa napawała go obrzydzeniem niewiele mniejszym niż zbrodnia,
której miała dotyczyć.
- Oczywiście, że nie - odparł Bruckel.
- Absolutnie nie - zawtórował mu Gorodets. - Niczego mu nie odmówimy.
- Po prostu niczego mu nie damy - wyjaśnił Glokta.
Rucksted pokiwał głową.
- Nie uważam, żeby zasrany Fedor dan Wetterlant albo jego przeklęta
matka mieli prawo przystawiać państwu nóż do gardła tylko dlatego, że on
nie potrafi nad sobą zapanować.
- A skoro już koniecznie chciał stracić panowanie nad sobą, to mógł
lepiej wybrać moment i nie robić tego na oczach siedemnastu świadków.
Uwaga Gorodetsa została skwitowana sporadycznymi chichotami.
- Czyli nie przeszkadza nam, że zgwałcił i zabił, tylko że dał się na
tym nakryć, tak? - upewnił się Orso.
Hoff powiódł wzrokiem po innych radnych, jakby ciekaw, czy ktoś się
sprzeciwi.
- No cóż...
- Dlaczego nie miałbym wysłuchać zainteresowanych stron i rozsądzić
sprawy na podstawie faktów, w taki czy inny sposób?
Twarz Glokty wykrzywiła się jeszcze mocniej niż dotychczas.
- Jakikolwiek wyrok postanowi Wasza Wysokość wydać, będzie on
postrzegany jako stronniczy - wyjaśnił. Otaczający go starcy kiwali
głowami, pochrząkiwali, robili zbolałe miny i wiercili się na
niewygodnych krzesłach. - Uniewinnienie Wetterlanta zostanie uznane za
przejaw koteryjności i nepotyzmu i wzmocni pozycję zdrajców takich jak
Destruktorzy, którzy podburzą lud przeciw Waszej Wysokości.
- Natomiast skazanie Wetterlanta... - Gorodets z nieszczęśliwym wyrazem
twarzy skubnął brodę. Pomruki innych zebranych dowodziły przejmującej
ich zgrozy. - Arystokracja uzna to za afront, atak, zdradę. Wyrok
skazujący doda skrzydeł przeciwnikom Waszej Wysokości w Otwartej Radzie
w tych trudnych czasach, gdy zależy nam na bezproblemowym zapewnieniu
ciągłości władzy.
Orso jeszcze raz roztarł obolałe skronie.
- Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że każda decyzja, jaką przychodzi mi
podjąć w tej sali, sprowadza się do wyboru między dwiema równie
fatalnymi ewentualnościami, przez co najlepszym możliwym wyjściem staje
się niepodejmowanie żadnej decyzji!
- Hmm... - Hoff ponownie popatrzył po zebranych.
- Opowiadanie się przez króla po którejkolwiek ze stron zawsze jest złym
pomysłem - powiedział Pierwszy Wśród Magów.
Wszyscy pokiwali z namaszczeniem głowami, jakby właśnie usłyszeli
największą mądrość wszechczasów. Aż dziw brał, że nie zerwali się na
równe nogi, by zgotować Bayazowi owację na stojąco. Orso nie miał już
cienia wątpliwości, przy którym krańcu stołu znajduje się rzeczywisty
ośrodek władzy w kraju. Przypomniał sobie wyraz twarzy ojca, gdy Bayaz
przemawiał. Przypomniał sobie malujący się na niej strach.
Podjął jeszcze jedną rozpaczliwą próbę odgadnięcia najlepszego wyjścia z sytuacji.
- Sprawiedliwości powinno stać się zadość, czyż nie? To chyba oczywiste.
Bo inaczej... inaczej... to nie będzie żadna sprawiedliwość! Nie mam
racji?
Najwyższy sędzia Bruckel obnażył zęby jakby w grymasie ogromnego bólu.
- Na tak wysokim szczeblu. Takie idee. Stają się... płynne. Wasza
Wysokość. Sprawiedliwość nie może być twarda. Nieugięta. Jak żelazo.
Musi być bardziej jak... galareta. Musi się dostosować. Do ważniejszych
spraw.
- Ale przecież... przecież właśnie na tym szczeblu, najwyższym,
sprawiedliwość powinna być najbardziej niewzruszona. Musi stanowić
moralną opokę! Nie można jej poświęcać, ot tak sobie, na rzecz...
pragmatyzmu?
Zirytowany Hoff przeniósł wzrok na przeciwległy koniec stołu.
- Lordzie Bayazie, zechciałbyś może...
Pierwszy Wśród Magów westchnął ciężko, pochylił się, oparł splecione
dłonie na blacie i zmierzył Orso przeciągłym spojrzeniem spod na wpół
przymkniętych powiek. To było westchnienie zaprawionego w bojach
dyrektora szkoły, który po raz nie wiadomo który musi wyłożyć
obowiązujące w szkole reguły nowemu rocznikowi tępaków.
- Wasza Wysokość, naszą rolą tutaj nie jest naprawianie wszystkich
krzywd tego świata.
Orso wytrzeszczył oczy.
- A co nią jest, wobec tego?
Bayaz nie uśmiechnął się ani nie spochmurniał.
- Dopilnowanie, żebyśmy na nich skorzystali.
Daleko od Adui
Superior Lorsen opuścił trzymany w ręce list i marszcząc brwi, spojrzał
na Vick sponad szkieł okularów. Wyglądał na człowieka, który dawno się
nie uśmiechał. Może nawet nigdy.
- Jego Eminencja arcylektor wystawił pani znakomite świadectwo. Podobno
odegrała pani kluczową rolę w stłumieniu powstania w Valbecku. Uważa, że
mogę potrzebować pani pomocy.
Odwrócił się w stronę Łoja, który stał skrępowany w kącie, i posłał mu
takie spojrzenie, jakby sama idea jego pomocności była afrontem dla
zdrowego rozsądku. Vick wciąż nie bardzo wiedziała, dlaczego
przyprowadziła chłopaka ze sobą. Pewnie dlatego, że nie miała nikogo
innego.
- Nie chodzi o to, superiorze, że może pan potrzebować mojej pomocy -
odparła, pomna faktu, że żaden niedźwiedź, borsuk ani szerszeń
zawziętością w obronie swojego terytorium nie dorównuje superiorowi
inkwizycji. - Nie muszę jednak tłumaczyć panu, jak wielkie szkody
finansowe, polityczne i dyplomatyczne poniosłaby Unia, gdyby Zachodni
Port opowiedział się za secesją.
- Nie - odparł oschle Lorsen. - Nie musi pani.
Jako superior Zachodniego Portu byłby bezrobotny.
- Dlatego właśnie Jego Eminencja uznał, że moja pomoc może się panu
przydać.
Lorsen odłożył list, poprawił jego ułożenie na biurku i wstał.
- Proszę wybaczyć mi moje powątpiewanie, inkwizytorko, ale operacja
chirurgiczna na polityce jednego z największych miast świata to jednak
nie to samo, co zdławienie strajku.
Otworzył drzwi prowadzące na balkon zawieszony wysoko nad podłogą
wielkiej sali.
- Zagrożenia są poważniejsze, a łapówki okazalsze - zgodziła się z nim
Vick, gdy razem wyszli na balkon. Łój, szurając stopami, ruszył za nimi.
- Z pewnością nie brakuje jednak podobieństw.
- W takim razie przedstawiam pani naszych hardych robotników: oto
deputowani z Zachodniego Portu.
Lorsen podszedł do balustrady i wskazał w dół.
A tam, na zdobionej geometrycznymi wzorami z półszlachetnych kamieni
posadzce przepastnej Sali Zgromadzenia Zachodniego Portu, przywódcy
miasta prowadzili arcyważną dysputę o wystąpieniu z Unii. Niektórzy na
stojąco wygrażali komuś pięściami i trzymanymi w rękach dokumentami.
Inni siedzieli, łapali się za głowę i posępnym wzrokiem śledzili rozwój
wypadków. Jeszcze inni przekrzykiwali się nawzajem w co najmniej pięciu
różnych językach; dźwięczne echo uniemożliwiało choćby rozpoznanie
mówców, nie mówiąc już o zrozumieniu treści ich wystąpień. Inni
półgłosem porozumiewali się z kolegami albo ziewali, przeciągali się,
drapali i gapili w przestrzeń. W kącie pięciu lub sześciu deputowanych
zebrało się przy herbatce. Ludzie wszelkich rozmiarów, kształtów i kolorów, przekrój nieprzytomnie różnorodnej populacji miasta nazywanego
Skrzyżowaniem Świata, które zajmowało wąski skrawek wysuszonej ziemi
wciśnięty pomiędzy Styrię i Południe, pomiędzy Unię i Tysiąc Wysp.
- Według najnowszej rachuby jest ich łącznie dwustu trzynastu i każdy ma
prawo głosu. - Ostatnie słowa Lorsen wypowiedział z wyraźnym niesmakiem.
- Mieszkańcy Zachodniego Portu słyną na całym świecie ze swojego talentu
do kłótni, a tutaj ich najniezłomniejsi dyskutanci przerzucają się
najbardziej nieodpartymi argumentami. - Mrużąc oczy, spojrzał na zegar
zawieszony przy przeciwległym krańcu balkonu. - Dzisiaj trwa to już
siódmą godzinę.
Vick wcale nie była tym zaskoczona. Powietrze kleiło się od marnowanego
przez mówców tchu. Zachodni Port był dla niej zbyt ciepły nawet teraz,
wiosną, ale podobno latem po szczególnie intensywnych sesjach w Sali
Zgromadzenia spadał deszcz, mżawka skroplin napuszonego języka
rozjuszonych deputowanych.
- Wygląda na to, że niektórzy nie są skłonni do zmiany poglądów.
- Takich niezłomnych i tak jest zbyt mało. Trzydzieści lat temu, po tym,
jak pobiliśmy Gurkhulczyków, nie znalazłoby się tu choćby pięciu
zwolenników secesji, ale ostatnio frakcja styryjska urosła w siłę.
Wojny. Długi. Powstanie w Valbecku. Śmierć króla Jezala, którego syn nie
jest w dodatku traktowany zbyt poważnie na arenie międzynarodowej.
Mówiąc wprost...
- Nasz prestiż poszedł w diabły - dokończyła Vick.
- Przystaliśmy do Unii ze względu na jej potęgę militarną! - Czyjś
naprawdę potężny głos w końcu wzniósł się ponad ogólną wrzawę. Jego
właściciel, krzepki, ciemnoskóry i ogolony na łyso, gestykulował przy
tym z niespodziewaną delikatnością. - Kiedy cesarstwo gurkhulskie
zagrażało nam od południa, potrzebowaliśmy silnego sojusznika, by je
odstraszyć. Ale za przynależność do Unii przyszło nam słono zapłacić:
całe tony skarbów, a cena cały czas rośnie!
Echo przyniosło narastający pomruk na wysokość balkonu.
- Co to za krzykacz? - zainteresowała się Vick.
- Solumeo Shudra - odparł skwaszony Lorsen. - Przywódca frakcji
prostyryjskiej i potężny wrzód na mojej dupie. Pół Sipani, pół
Kadirczyk: idealny symbol tego kulturowego tygla.
Oczywiście Vick wszystko to wiedziała już wcześniej, zawsze starała się
być jak najlepiej przygotowana do każdej nowej misji, ale w miarę
możliwości wolała zachowywać swoją wiedzę dla siebie. Niech inni mają
się za wielkich specjalistów.
- Przez te czterdzieści lat, odkąd przystąpiliśmy do Unii, świat zmienił
się nie do poznania! - grzmiał tymczasem Shudra. - Cesarstwo gurkhulskie
legło w gruzach, podczas gdy Styria przeobraziła się ze zlepka
wojujących miast-państw w silny, zjednoczony kraj pod rządami silnego
króla. Pokonała Unię nie w jednej, nie w dwóch, lecz aż w trzech
wojnach! Wojnach, do których pchnęły Unię próżność i wybujałe ambicje
królowej Terez. Wojnach, za które słono zapłaciliśmy srebrem i krwią.
- Ma gadane - zauważył półgłosem Łój.
- To prawda - przytaknęła Vick. - Jak go słucham, to sama prawie mam
ochotę dołączyć do Styrii.
- Unia to potęga chyląca się ku upadkowi! - ciągnął Shudra. - Styria zaś
jest naszym naturalnym sojusznikiem. Diuszesa Monzcarro Murcatto wyciąga
do nas przyjazną dłoń. Powinniśmy ją przyjąć, póki możemy. Przyjaciele,
apeluję do was: głosujcie razem ze mną za wystąpieniem z Unii!
Buczenie było głośne, ale wiwaty głośniejsze. Zdegustowany Lorsen
pokręcił głową.
- W Adui moglibyśmy tam wkroczyć, zwlec go z krzesła, wyciągnąć z niego
zeznanie i przy następnym odpływie odesłać do Anglandu.
- Ale jesteśmy daleko od Adui - mruknęła Vick.
- Każda ze stron niepokoi się, że otwarta demonstracja siły obróci
przeciw niej większość deputowanych, ale w miarę zbliżania się
głosowania sytuacja będzie się zmieniać. Zwolennicy i przeciwnicy
secesji okopują się na swoich pozycjach, miejsca w środku zostaje coraz
mniej. Shylo Vitari, Minister Szeptów w służbie Murcatto, prowadzi
szeroko zakrojoną kampanię gróźb, korupcji, szantażu i przymusu.
Drukowane ulotki fruną z dachów, a malowane slogany pojawiają się na
murach tak szybko, że nie nadążamy z ich zamazywaniem.
- Słyszałam, że Casamir dan Shenkt przybył do Zachodniego Portu. Ponoć
Murcatto płaci mu sto tysięcy za przechylenie szali na jej korzyść. Cel
ma uświęcać środki.
- Ja również słyszałem... te pogłoski.
Vick odniosła wrażenie, że Lorsen słyszał dokładnie te same plotki co
ona, szeptane bez tchu i obfitujące w drastyczne szczegóły: że talenty
Shenkta wykraczają poza umiejętności zwykłego śmiertelnika i zahaczają o magię; że jest czarownikiem, który ściągnął na siebie potępienie, żywiąc
się ludzkim mięsem. W Zachodnim Porcie, gdzie wezwania do modłów co
godzinę niosły się nad miastem, a na każdym rogu jakiś tani prorok
wygłaszał swoje kazania, takich pomysłów nie dawało się łatwo zbyć
machnięciem ręki.
- Pożyczyć pani kilku praktyków? - Lorsen zerknął z ukosa na Łoja.
Prawdę powiedziawszy, chłopak wyglądał, jakby mógł się złożyć wpół pod
silniejszym podmuchem wiatru, nie mówiąc o stawieniu czoła
magowi-ludożercy. - Jeżeli najsłynniejszy styryjski zabójca rzeczywiście
grasuje w naszym mieście, dodatkowa ochrona może się pani przydać.
- Zbrojna eskorta mogłaby być myląca. - W dodatku i tak by się na nic
nie zdała, gdyby plotki miały się potwierdzić. - Mam przekonywać, nie
zastraszać. Po to mnie przysłano.
- Naprawdę? - Lorsen nie wyglądał na przekonanego.
- Tak to ma wyglądać.
- Niewczesna śmierć wysłanniczki Jego Eminencji wyglądałaby fatalnie.
- Nie śpieszy mi się do grobu, zapewniam pana.
- Mało komu się śpieszy, a mimo to ziemia w końcu połyka nas wszystkich.
- Co pan zamierza, superiorze?
- Mam huk roboty z ochroną naszych deputowanych - odparł z ciężkim
westchnieniem Lorsen. - Do wyborów zostało dziewiętnaście dni, nie
możemy sobie pozwolić na stratę choćby jednego głosu.
- Zatem warto byłoby odjąć głosy przeciwnikom.
- Byle subtelnie. Jeżeli pojawią się trupy, nastroje antyunijne z pewnością się nasilą. Obecny stan równowagi jest nadzwyczaj delikatny. -
Lorsen zacisnął dłonie na poręczy. Niezmordowany Solumeo Shudra cały
czas donośnym głosem zachwalał styryjską propozycję sojuszu. - Shudra ma
dar przekonywania. Ludzie go uwielbiają. Ostrzegam panią, inkwizytorko:
radzę nie brać go na cel.
- Bez urazy, superiorze, ale arcylektor przysłał mnie tutaj, bym robiła
rzeczy, których pan robić nie może. Podlegam wyłącznie jego rozkazom.
Lorsen zmierzył Vick przeciągłym, lodowatym spojrzeniem. Być może ten
wzrok mroził krew w żyłach ludziom nawykłym do ciepłego klimatu
Zachodniego Portu, ale Vick harowała kiedyś w zalewanej wodą kopalni w samym środku anglandzkiej zimy i byle co nie przyprawiało jej o dreszcz.
- Wobec tego - wycedził Lorsen - proszę panią, żeby pani tego nie
robiła.
Shudra zakończył właśnie swój hałaśliwy wywód przy wtórze ogłuszającego
aplauzu zwolenników i nie mniej głośnych wyrazów dezaprobaty ze strony
przeciwnej. Słuchacze wygrażali sobie pięściami, rzucali papierami,
miotali obelgi. Jeszcze dziewiętnaście dni tego przedstawienia z udziałem pociągającej za sznurki Shylo Vitari. Kto wie, jaki będzie
ostateczny wynik?
- Jego Eminencja chce, żeby Zachodni Port pozostał w Unii. Mam tego
dopilnować. - Vick ruszyła do drzwi. Łój deptał jej po piętach. - Za
wszelką cenę.
Morze kłopotów
- Witam wszystkich po raz piętnasty na odbywającym się co pół roku
spotkaniu Adueńskiego Towarzystwa Słonecznego!
Curnsbick (który wyglądał olśniewająco w kamizelce haftowanej w srebrne
kwiaty) uniósł wielgachne dłonie, prosząc o ciszę, chociaż wiwaty i tak
były raczej skromne. Niegdyś od entuzjazmu publiki dach teatru prawie
fruwał w powietrzu. Savine dobrze pamiętała tamte chwile.
- Dziękuję w tym miejscu naszym szacownym mecenasom: lady Ardee i jej
córce Savine dan Glokcie.
Tradycyjnie teatralnym, zamaszystym gestem wskazał lożę, w której
siedziała Savine. Aplauz był jeszcze wątlejszy niż przed chwilą. Czyżby
z dołu doleciały pierwsze znaczące szepty?
"Nie jest już taka jak dawniej, rozumiesz. Nie jest nawet w połowie taka
jak dawniej...".
- Niewdzięczne dranie - wycedziła z twarzą stężałą w uśmiechu. Czy
naprawdę zaledwie parę miesięcy wcześniej ci sami ludzie robili w gacie
na dźwięk jej nazwiska?
- Mógłbym stwierdzić, że za nami ciężki rok... - Curnsbick spojrzał w notatki i zasępił się, jakby stanowiły przykrą lekturę. - Ale byłoby to
grube niedopowiedzenie, zważywszy na to, z jakimi problemami przyszło
nam się zmagać.
- Co racja, to racja, do kurwy nędzy.
Savine schroniła się za wachlarzem, by wciągnąć szczyptę perłowego
proszku. Odrobinę, ot, żeby wydobyć się z bagna. Zejść z mielizny. Znowu
złapać wiatr w żagle.
- Wojna na północy. Ciągłe kłopoty ze Styrią. Do tego śmierć Jego
Wysokości króla Jezala Pierwszego. Zmarł tak młodo, tak wcześnie odszedł
z tego świata... - Głos Curnsbicka zaczął się leciutko łamać. - Wielka
rodzina, jaką jest nasz naród, straciła ojca.
Savine wzdrygnęła się na dźwięk tego ostatniego słowa, zmuszona
dyskretnie otrzeć oko koniuszkiem małego palca, chociaż roniła łzy
raczej nad sobą i swoimi przejściami niż nad ojcem, którego praktycznie
nie znała i z całą pewnością nie darzyła szacunkiem. W ostatecznym
rozrachunku zawsze opłakujemy samych siebie.
- A potem straszne wypadki w Valbecku. - Po teatrze rozszedł się smętny
pomruk i szmer, gdy wszyscy kręcili głowami. - Utracone aktywa. Polegli
przyjaciele. Manufaktury, które zadziwiały cały świat, w ruinie. -
Curnsbick uderzył dłonią w pulpit. - Ale z popiołów już rodzi się nowy
przemysł! Na gruzach slumsów wyrastają nowoczesne domy i nowe, większe
fabryki, wyposażone w wydajniejsze maszyny obsługiwane przez bardziej
zdyscyplinowanych robotników!
Savine starała się nie myśleć o dzieciach zatrudnionych w jej fabryce w Valbecku, zanim ta uległa zniszczeniu. Małe prycze upchane wśród
maszynerii. Dławiący gorąc. Ogłuszający zgiełk. Duszący pył. Ale jakie
one były przerażająco zdyscyplinowane... jakie okrutnie wydajne.
- Kryzys zachwiał rynkiem - lamentował dalej Curnsbick - inwestorzy się
wahają, lecz z chaosu mogą się narodzić nowe sposobności. - Jeszcze raz
grzmotnął w pulpit. - Nie tylko mogą, ale wręcz muszą! Jego Wysokość
król Orso poprowadzi nas w nową epokę. Postęp musi trwać! Nie dopuścimy,
by cokolwiek go powstrzymało! Dla dobra wszystkich my, zrzeszeni w Towarzystwie Słonecznym, będziemy trudzić się niezmordowanie, by wydobyć
Unię z grobu niewiedzy na zalane słońcem równiny oświecenia!
Tym razem oklaski trwały długo. Niektórzy słuchacze zerwali się na równe
nogi.
- Tak jest! - ryknął ktoś. - Dobrze mówi!
- Postęp! - wypalił ktoś inny.
- Przemowa inspirująca jak najlepsze kazania w wielkiej świątyni w Shaffie - mruknęła Zuri.
- Gdybym go nie znała - odparła Savine - pomyślałabym, że też coś
wciągnął dla kurażu.
Pod osłoną wachlarza przyjęła kolejną dawkę proszku, tylko jedną,
ostatnią, żeby być gotową do walki.
Pod żyrandolami w foyer batalia rozgorzała na dobre - uczestników było
mniej niż na poprzednich zebraniach, zdawali się też bardziej ociężali,
ale w rzeczywistości było w nich więcej zaciekłości: bardziej
wygłodniałe psy, którym przyszło rozszarpywać skromniejszą niż dawniej
zdobycz.
Ścisk w holu przypomniał jej tłumy gromadzące się w Valbecku, gdy
Destruktorzy rozprowadzali jedzenie w slumsach. Ci tutaj nosili
wprawdzie jedwabie zamiast łachmanów, pachnieli perfumami zamiast
zjełczałego potu, a zagrażała im co najwyżej ruina finansowa zamiast
przemocy fizycznej, ale ich łapczywość i gwałtowność były bardzo
podobne.
"Tylko spokojnie" - poruszyła bezgłośnie ustami. Spróbowała rozluźnić
ramiona, żeby ręce jej się nie trzęsły, ale natychmiast straciła
cierpliwość i tylko bardziej się spięła. "Spokojnie, spokojnie,
spokojnie".
Z trudem przywołała uśmiech na twarz, z trzaskiem rozłożyła wachlarz i -
z Zuri u boku - wbiła się w ciżbę. Nie przywykła do tak hardych spojrzeń
- jakby ludzie raczej taksowali ją badawczym wzrokiem, niż po prostu
podziwiali, patrzyli raczej ze wzgardą niż z zazdrością. Kiedyś tłoczyli
się wokół niej jak świnie przy jedynym korycie na gumnie, dziś
najatrakcyjniejsze kąski znajdowały się gdzie indziej. Ledwie widziała
Selest dan Heugen, otoczoną wianuszkiem dopominających się o jej uwagę
admiratorów: ot, błysnęła w tłumie ta jej ruda peruka, rozległ się ten
odrażający, krzykliwy, przesadzony śmiech, który inne kobiety uczyły się
naśladować.
- Na miłość losu, jak ja tej baby nienawidzę! - mruknęła.
- To dla niej największy komplement z twojej strony. - Zuri posłała jej
ostrzegawcze spojrzenie znad książki. - Obdarzając coś nienawiścią,
potwierdzamy istotność tego czegoś.
Miała oczywiście rację, jak zawsze. Odkąd Selest zainwestowała w przedsięwzięcie Kaspara dan Arinhorma - przyjąwszy propozycję, którą
Savine jednoznacznie odrzuciła - odnosiła sukces za sukcesem. Inwestycja
Savine w anglandzkie kopalnie mocno ucierpiała, gdy Arinhorm zaczął
instalować swoje nowe pompy w całej prowincji.
A nie było to jej jedyne rozczarowanie na polu zawodowym w ostatnim
czasie. Dawniej umiała jednym uśmiechem zapewnić powodzenie wybranemu
przedsięwzięciu; teraz każde jabłko, w które postanowiła się wgryźć,
okazywało się zgniłe. Nie została całkiem sama, co to, to nie, ale jej
wachlarz znacznie częściej usiłował przywoływać adoratorów niż ich
spławić.
Była zmuszona porozmawiać ze starym Ricartem dan Sleisholtem, który snuł
jakieś chore wizje pozyskania energii poprzez zatamowanie Białej Strugi.
Od razu było po nim widać, że jest życiowym nieudacznikiem, ramiona
marynarki miał obficie oprószone łupieżem, a Savine musiała sprawiać
wrażenie, że jest bardzo zajęta. Sleisholt gadał więc i gadał, a ona
próbowała odsiać z dobiegających ją zewsząd rozmów okazję do zrobienia
interesu. Czuła się trochę jak poszukiwacz złota cedzący na sicie wodę z lodowatych strumieni Dalekiej Krainy.
- ...zastawę, ozdobne draperie i zegary. Ludzie mają pieniądze i chcą za
nie dostać...
- ...podobno Valint i Balk upomnieli się o spłatę kredytów. Bogacz z rana, żebrak wieczorem. Pouczająca lekcja dla nas wszystkich...
- ...nieruchomości w Valbecku. Nie uwierzyłbyś, ile można zarobić na
tamtejszych pustostanach. To znaczy... nie do końca pustostanach, ale
tych szumowin łatwo się pozbyć...
- ...nie sposób przewidzieć, co zadecyduje Zamknięta Rada w kwestii
podatków. W finansach państwa zieje potężna dziura, właściwie cały
skarbiec jest jedną wielką dziurą...
- ...zapowiedziałem im, że jeśli nie wezmą się do pracy, to sprowadzę na
ich miejsce brązowoskórych skurczybyków, którzy zrobią to za nich. W końcu grzecznie wrócili do maszyn...
- ...arystokraci się wściekli, pospólstwo się wściekło, kupcy się
wściekli, moja żona wprawdzie jeszcze się nie wściekła, ale jej niewiele
trzeba...
- Rozumiesz zatem, pani - to Sleisholt zbliżał się do wielkiego finału -
że dopóki Biała Struga pozostaje nieujarzmiona niczym rumak bez uzdy...
- Za pozwoleniem! - Curnsbick ujął Savine pod łokieć i zręcznie
odciągnął ją na bok.
- Nieujarzmiona, lady Savine! - zawołał za nią Sleisholt. - Chętnie
przedyskutuję tę sprawę w szczegółach w dogodnym dla pani terminie!
I zgiął się wpół w napadzie kaszlu, który utonął w gwarze rozmów.
- Niech ci los wynagrodzi, Curnsbick - mruknęła Savine. - Myślałam, że
już nigdy się nie uwolnię od tego starego błazna.
- Coś tu masz... - Curnsbick odwrócił wzrok, przytykając palec do nosa w znaczącym geście.
- Oż kurwa...
Savine dała nura pod wachlarz i otarła resztki proszku z obolałych
nozdrzy.
Kiedy się wynurzyła, Curnsbick przyglądał się jej z troską spod brwi,
których siwiznę przetykały pojedyncze, uparte rude włoski.
- Zaliczam cię do grona moich najbliższych przyjaciół, Savine.
- Nadzwyczaj miło z twojej strony.
- Wiem, że masz szczodre serce...
- W takim razie znasz mnie lepiej niż ja sama.
- ...i ogromnie szanuję twój instynkt, nieustępliwość, bystry umysł...
- Nie trzeba być geniuszem, żeby wyczuć, kiedy zbliża się wielkie "ale".
- Martwię się o ciebie. - Curnsbick zniżył głos. - Doszły mnie plotki,
Savine. Niepokoję się o... hm... trzeźwość twoich sądów.
Skóra pod sukienką nieprzyjemnie ją mrowiła.
- Trzeźwość moich sądów? - powtórzyła szeptem, z wysiłkiem odsłaniając w uśmiechu dodatkowo po jeszcze jednym zębie z każdej strony.
- Ten interes w Kelnie, który właśnie się posypał... Ostrzegałem cię, że
nic z tego nie będzie. Statki tej wielkości...
- Na pewno jesteś zachwycony, że twoje przewidywania się sprawdziły.
- Co takiego? W żadnym razie! Ani trochę. Domyślam się, że utopiłaś
tysiące w finansowaniu Dywizji Następcy Tronu.
Raczej miliony niż tysiące.
- Podobno prace przy budowie kanału Korta ślimaczą się z powodu twoich
kłopotów z robotnikami - mówił dalej Curnsbick.
Nie tyle się ślimaczą, ile praktycznie zamarły.
- Nie jest też tajemnicą, że w Valbecku poniosłaś potężne straty...
- Nie masz, kurwa, zielonego pojęcia, co straciłam w Valbecku! -
Zaskoczony Curnsbick aż cofnął się o krok, a Savine zdała sobie sprawę,
że wygraża mu trzymanym w zaciśniętej kurczowo pięści wachlarzem. - Nie
masz pojęcia.
Wstrząśnięta odkryła, że w nosie wierci ją od wzbierających łez. Musiała
kolejny raz rozłożyć wachlarz, by pod jego osłoną otrzeć łzy, nie
rozmazując sobie przy tym pudru.
Trzeźwość sądów to betka. Była coraz bliższa chwili, w której nie będzie
mogła zaufać własnym oczom.
A jednak kiedy podniosła wzrok, Curnsbick w ogóle na nią nie patrzył:
odwrócony bokiem spoglądał ponad tłumem w stronę wejścia.
Ożywione rozmowy przycichły, tłum się rozstąpił i w jego środek wszedł
młody mężczyzna z licznym orszakiem strażników, oficerów, asystentów i pieczeniarzy. Piaskowej barwy włosy miał starannie ułożone w taki
sposób, by sprawiały wrażenie nieuczesanych. Jego biały mundur był
obwieszony medalami.
- A niech mnie... - mruknął Curnsbick. Ścisnął łokieć Savine. - Toż to
król we własnej osobie!
Bez względu na zalew krytyki (obfitszy niż kiedykolwiek przedtem,
regularnie publikowane ulotki nie szczędziły czytelnikom barwnych
szczegółów) trzeba było przyznać, że król Orso prezentuje się iście po
królewsku. Według Savine bardzo przypominał swojego ojca.
Ojca nas obojga, poprawiła się w myślach z niesmakiem.
A Orso się śmiał, ściskał dłonie, poklepywał ludzi po plecach, żartował.
Tak samo jak Jezal tryskał dobrym humorem przemieszanym z odrobiną
roztargnienia.
- Wasza Wysokość - zagulgotał przypochlebnie Curnsbick - opromienia
swoim blaskiem całe Towarzystwo Słoneczne. Obawiam się, że rozpoczęliśmy
obrady, nie czekając na przybycie Waszej Wysokości.
- Bez obaw, panie Curnsbick. - Orso klepnął go w ramię jak starego,
dobrego druha. - Wątpię, żebym się wam do czegoś przydał, gdy wdajecie
się w rozważania natury technicznej.
Wielki machineus parsknął wybitnie mechanicznym śmiechem.
- Z pewnością zna Wasza Wysokość naszego mecenasa, lady Savine dan
Gloktę.
Ich oczy spotkały się dosłownie na moment, ale ten moment wystarczył.
Savine przypomniała sobie, jak Orso dawniej na nią patrzył, przypomniała
sobie ten figlarny błysk w jego oku, jakby potajemnie brali udział w cudownej grze, o której nikt inny nie wie. To było dawno, zanim odkryła,
że mają wspólnego ojca, kiedy Orso był jeszcze następcą tronu, a trzeźwości jej sądów nikt nie podawał w wątpliwość. Teraz jego
spojrzenie było puste, beznamiętne, martwe - jak spojrzenie żałobnika na
pogrzebie obcej mu osoby.
Oświadczył jej się. Chciał, żeby została jego królową. A ona bardzo
chciała się zgodzić. Kochał ją, a ona kochała jego.
Ich oczy spotkały się dosłownie na moment, ale ten moment wystarczył.
Dłużej by tego nie zniosła.
Dygnęła najniżej, jak się dało; żałowała, że wykafelkowana posadzka nie
może jej pochłonąć.
- Wasza Wysokość...
- Lady Selest! - usłyszała jego głos. Strzelił obcasami, odwracając się
od niej. - Zechce mnie pani oprowadzić?
- Będę zaszczycona, Wasza Wysokość.
Triumfalny śmiech Selest dan Heugen sprawił Savine ból, jakby ktoś nalał
jej wrzątku do uszu.
Taka zniewaga nie mogła ujść niczyjej uwagi. Orso wyrządziłby jej
mniejszą krzywdę, gdyby po prostu przewrócił ją na ziemię i przydepnął
jej szyję butem. Wyprostowała się. Wszyscy wokół szeptali: oto została
wzgardzona przez króla na własnym przyjęciu.
Z uśmiechem przyklejonym do pałającej rumieńcem twarzy przeszła przez
tłum do wyjścia, skąd, potykając się na schodach, zbiegła na tonącą w półmroku zmierzchu ulicę. Żołądek jej się burzył. Szarpnęła kołnierzyk
sukni, ale prędzej przeryłaby się paznokciami przez więzienny mur, niż
poluzowała te potrójne szwy.
- Lady Savine? - usłyszała zatroskany głos Zuri.
Zatoczyła się za róg budynku, w mroczny zaułek, zgięła bezradnie wpół i zwymiotowała na ścianę. Rzyganie przypomniało jej Valbeck. Wszystko
przypominało jej Valbeck.
Wyprostowała się i wydmuchnęła parzący śluz z nosa.
- Nawet własny żołądek mnie zdradza.
Jedno oko Zuri zabłysło, gdy wąski promyk światła padł na jej śniadą
twarz.
- Kiedy ostatnio miałaś miesiączkę? - zapytała półgłosem.
Savine przez chwilę stała bez ruchu, dysząc ciężko, chrapliwie, po czym
wzruszyła ramionami.
- Tuż przed tym, jak Leo dan Brock przybył do Aduy. Kto by pomyślał, że
zatęsknię za comiesięczną torturą?
Chrapliwy, urywany oddech powinien pewnie przejść w zdławiony szloch, a ona sama powinna paść w ramiona Zuri i wypłakać całe to wielkie
nieszczęście, jakim się stała. Curnsbick miał rację, stary dureń:
straciła trzeźwość osądu i takie były skutki.
Zamiast się rozpłakać, zaczęła się śmiać.
- No proszę, rzygam w jakimś zaszczanym zaułku, w sukience za pięćset
marek, z bękartem w brzuchu. Ja pierdolę, jaka ja jestem żałosna. -
Śmiech uwiązł jej w gardle. Oparła się o ścianę, ocierając lepki od
wymiocin język o zęby. - Im wyżej się wespniesz, tym dłużej spadasz i tym większe zrobisz z siebie widowisko przy upadku. To się nazywa
dramat, co? A widzowie nawet nie muszą kupować biletów. - Zacisnęła
pięści. - Wszystkim się wydaje, że już po mnie, ale jeżeli myślą, że
poddam się bez walki, to się grubo...
Schyliła się i zwymiotowała ponownie, tym razem wąską strużką żółci.
Znów parsknęła śmiechem wstrząsana wymiotnymi spazmami. Wypluła resztkę
żółci i otarła usta wierzchem dłoni w rękawiczce. Ręka znów jej się
trzęsła.
- Spokojnie - mruknęła. - Uspokój się, ty pojebana suko.
Zuri miała zatroskaną minę - a ona nigdy nie miewała zatroskanej miny.
- Poproszę Rabika, żeby przyprowadził powóz. Powinnaś wrócić do domu.
- Dajże spokój, noc jeszcze młoda.
Savine wyjęła puzderko z perłowym proszkiem. Jeszcze szczypta, ostatnia,
żeby pokonać chwilowe wyboje i iść dalej.
Wyszła z zaułka.
- Mam ochotę pooglądać pana Pleczystego przy pracy.
Rutyna
- Znaczy... jesteście tu szczęśliwe, tak?
Liddy się roześmiała. Czasem całymi tygodniami Pleczysty nie widział, by
się choć uśmiechnęła, a ostatnio śmiała się nieustannie.
- Gunnarze! Wcześniej mieszkaliśmy w piwnicy.
- Cuchnącej piwnicy - dodała tak samo uśmiechnięta May.
Trudno było sobie to wyobrazić, gdy promienie zachodzącego słońca
wpadały do jadalni przez trzy ogromne okna.
- Żywiliśmy się obierkami i piliśmy wodę z kałuż - dodała Liddy,
nakładając Pleczystemu na talerz kolejny plaster mięsa.
- I czekaliśmy w kolejce, żeby wysrać się do dziury w ziemi -
powiedziała May.
Liddy się skrzywiła.
- Nie wyrażaj się w ten sposób.
- Ale przecież tak było, prawda? Nie można o tym mówić?
- Chodzi mi o formę, nie o treść. - Liddy uczyła się zachowywać jak
prawdziwa dama i świetnie się przy tym bawiła. - Ale poza tym masz
rację: tak właśnie było. Jak moglibyśmy nie być teraz szczęśliwi?
Podsunęła mężowi sosjerkę. Dawniej Pleczysty nie przypuszczał nawet, że
istnieje coś takiego jak specjalny dzbanuszek na sos. Tym bardziej nie
wyobrażał sobie, że mógłby taki dzbanuszek mieć.
Też się uśmiechnął. Z wysiłkiem, ale się uśmiechnął.
- Oczywiście - zgodził się. - Jak moglibyśmy nie być szczęśliwi?
Nabrał groszku na widelec i nawet zdołał donieść kilka ziarenek do ust,
zanim wszystkie pospadały.
- Kiepsko sobie radzisz z widelcem - zauważyła May.
Popychał sztućcem jedzenie na talerzu. Ręka mu drętwiała od samego
trzymania tego draństwa, zbyt delikatnego dla jego obolałych palców.
- Tak sobie miarkuję, że w pewnym wieku trudniej uczyć się nowych
rzeczy.
- Za młody jesteś, żeby tkwić w przeszłości.
- Czy ja wiem... - Dziabnął mięso widelcem. Pociekła odrobina krwi. -
Przeszłość potrafi się uczepić człowieka.
Zapadło niezręczne milczenie.
- Powiedz, że dziś zostajesz na noc w domu - poprosiła Liddy.
- Chciałbym. Ale muszę nadzorować prace przy kanale.
- W środku nocy?
- To nie potrwa długo. Mam nadzieję. - Odłożył sztućce i wstał. - Trzeba
pilnować, żeby robota posuwała się naprzód.
- I lady Savine sobie bez ciebie nie poradzi?
May wypięła dumnie pierś.
- Mówiła mi, że coraz chętniej na nim polega.
- Powiedz jej, że musi cię dzielić z rodziną.
- Sama jej powiedz, jakeś taka mądra - prychnął Pleczysty, obchodząc
stół dookoła.
Liddy z uśmiechem uniosła głowę, kiedy ich usta się spotkały. Przybrała
na wadze, wszyscy troje przytyli od czasu Valbecku, a ona odzyskała
dawne krągłe kształty i blask na policzkach z czasów, gdy zaczynali się
spotykać. Pachniała tak samo, jak kiedy pierwszy raz się całowali.
Minęło tyle czasu, a on wciąż tak samo ją kochał.
- Udało nam się - powiedziała, musnąwszy palcami jego policzek. -
Prawda?
- Nie moja zasługa. - Coś dławiło go w gardle. - Przepraszam za
wszystkie kłopoty, jakie na nas ściągnąłem...
- To już mamy za sobą - przerwała mu stanowczo. - Pracujemy dla pięknej
damy i nie mamy żadnych problemów.
- Właśnie - przytaknął. - Żadnych problemów.
I powlókł się do wyjścia.
- Nie przepracowuj się, tatku! - zawołała za nim May.
Kiedy się odwrócił, uśmiechała się do niego. Ten uśmiech coś w nim
poruszył, jakby w jego piersi tkwił wbity hak, za który May szarpała
każdym swoim słowem i gestem.
Uśmiechnął się w odpowiedzi, podniósł rękę w nieporadnym pożegnalnym
geście... Zobaczył tatuaż na wierzchu dłoni i natychmiast ją cofnął,
schował, wciągnął w mankiet pięknej, nowej marynarki.
Bardzo starannie zamknął za sobą drzwi.
***
Szedł przez las łuszczących się żelaznych kolumn. W mrokach magazynu
majaczyła wyspa światła lampy. Jego kroki niosły się echem w atramentowej czerni.
Halder czekał z rękami założonymi na piersi i twarzą skrytą w cieniu.
Należał do ludzi, którzy lubią pracować w milczeniu. Obok stał oparty o kolumnę Bannerman, po swojemu zawadiacko przegięty w biodrach. Należał
do ludzi, którzy zawsze za dużo mówią.
Ich gość siedział na jednym z trzech sfatygowanych krzeseł. Ręce miał
skrępowane za plecami, nogi przywiązane do nóg krzesła na wysokości
kostek. Pleczysty stanął przed nim i ponuro spojrzał na niego z góry.
- Ty jesteś Chudy? - zapytał.
- Tak.
Przynajmniej nie próbował zaprzeczać. Bo niektórzy próbowali. Pleczysty
nie miał do nich o to pretensji.
- Śmieszna ksywa, nie? - Bannerman spojrzał na Chudego takim wzrokiem,
jakim mógłby obrzucić grudę gliny. - Bo właściwie to on jest całkiem
krzepki. Może nie gruby, ale chudym na pewno bym go nie nazwał.
- Trochę szacunku - zgasił go Pleczysty, zdejmując marynarkę. - Róbmy,
co do nas należy. Nie musimy być przy tym niegrzeczni.
- To coś zmieni?
Pleczysty przewiesił marynarkę przez oparcie drugiego krzesła i bokiem
dłoni wygładził fałdy na materiale.
- Dla mnie tak.
- Nie przyszliśmy się tu zaprzyjaźniać.
- Wiem, po co przyszliśmy. - Pleczysty spojrzał Bannermanowi w oczy i wytrzymał jego spojrzenie do chwili, gdy tamten oblizał nerwowo wargi i odwrócił wzrok.
Pleczysty obrócił krzesło i usiadł naprzeciw Chudego. Podsunął opadające
okulary wyżej na nos i splótł dłonie. Przekonał się, że dobrze jest
czasem popaść w rutynę. Docenił ją, kiedy sprzątał w browarze w Valbecku. Ot, robota jak każda inna.
Chudy wpatrywał się w niego bez przerwy. Przerażone oczy, naturalnie.
Pot na czole. Ale i determinacja. Łatwo nie pęknie. Ale wszystko pęka,
wystarczy odpowiednio mocno przycisnąć.
- Jestem Pleczysty - powiedział. Zauważył, że wzrok Chudego spoczął na
tatuażu na wierzchu jego dłoni. Odczekał chwilę. - Kiedyś byłem
żołnierzem.
- Jak my wszyscy - wtrącił Bannerman.
- Wiesz, dla kogo obecnie pracujemy?
Chudy przełknął ślinę.
- Dla Korta?
- Nie.
Tym razem przełknięcie przyszło mu z większym wysiłkiem.
- Dla Savine dan Glokty - domyślił się.
- Otóż to. Doszły nas słuchy, że próbujesz podburzać robotników, Chudy.
Że namawiasz ich do odrzucenia narzędzi.
Bannerman zacmokał z dezaprobatą.
- Zważywszy na warunki pracy w kopalni - odparł Chudy - godziny pracy,
nędzne płace... Nie trzeba ich bardzo namawiać.
Pleczysty zsunął okulary niżej, rozmasował obolałą nasadę nosa i umieścił je z powrotem na swoim miejscu.
- Wyglądasz mi na porządnego człowieka, Chudy, dlatego staram ci się dać
szansę, ale lady Savine chce, żeby jej kanał został ukończony. Zapłaciła
za to. I coś ci powiem: wiem z doświadczenia, że jak pani Savine za coś
zapłaciła, to nie warto wchodzić jej w drogę. Naprawdę nie warto.
Chudy wychylił się na krześle daleko w przód, na ile pozwalały mu więzy.
- Przedwczoraj zginął chłopak. Belka rozporowa go zmiażdżyła. Miał
czternaście lat. - Wykręcił szyję, żeby spojrzeć na Bannermana. -
Wiedzieliście o tym?
- Coś słyszałem. - Sądząc po tym, z jakim namaszczeniem Bannerman
oglądał sobie paznokcie, miał to w dupie.
- Szkoda chłopka. - Pleczysty pstryknął obolałymi palcami przed nosem
Chudego, żeby zwrócić jego uwagę. - Wielka szkoda. Pytanie brzmi: w jaki
sposób zmiażdżenie ciebie miałoby mu pomóc?
Chudy się nie poddawał. Zadarł arogancko głowę. Przypadł Pleczystemu do
gustu. Mogliby być sprzymierzeńcami. Pewnie nawet byli, całkiem
niedawno.
- Mogę pomóc innym - powiedział Chudy. - Ale tacy jak ty tego nie
zrozumieją.
- Zdziwiłbyś się. Byłem w Valbecku, bracie. Z Destruktorami. Toczyliśmy
słuszną walkę. Tak mi się przynajmniej wydawało. Wcześniej byłem w Styrii, tam też wydawało mi się, że to słuszna walka. Przez całe życie
walczyłem w słusznych sprawach i wiesz, co z tego mam?
- Nic? - podpowiedział Bannerman.
Pleczysty spiorunował go wzrokiem.
- Musisz mi psuć puentę?
- Powinieneś odświeżyć repertuar.
- Pewnie masz rację. Odkryłem, że kiedy walka rozpocznie się na dobre,
wszystko, co słuszne, z niej ulatuje.
Ważąc słowa, Pleczysty zaczął podwijać rękawy koszuli. Powoli.
Starannie. Rutyna dobra rzecz. Powtarzał sobie, że robi to dla May i Liddy. Zastanowił się przez chwilę, co by zrobiły, gdyby się o tym
dowiedziały. Wnioski nie przypadły mu do gustu. Dlatego nie mogły się
dowiedzieć. Nigdy.
- Zabiłem... tak sobie myślę... z pięćdziesięciu ludzi. Może więcej.
Jeńców, głównie. Niby tylko wykonywałem rozkazy, ale jednak... zabiłem
ich. Z początku liczyłem, potem próbowałem stracić rachubę... - Spojrzał
na skrawek posadzki między butami Chudego. - Prawdę mówiąc, najczęściej
byłem pijany. Nawalony jak stodoła. Wszystko mi się miesza. Pamiętam
takiego jednego gościa, z wojny. Chyba Styryjczyk. Gadał coś do mnie i gadał, a ja nie miałem zielonego pojęcia, co mówi. Zrzuciłem go z murów.
To było w Musselii, tam mury mają... ile? Ze trzydzieści kroków
wysokości? - Spojrzał pytająco na Haldera. - Byłeś w Musselii, nie?
Halder skinął głową.
- Raczej dwadzieścia - powiedział.
- Tak czy inaczej, wystarczyło. Spadł na wóz. - Pleczysty przytknął dłoń
do żeber, wskazując miejsce uderzenia. - Złożył się wpół, ale tak na
bok, w sposób, w jaki żywy człowiek za diabła się nie zegnie. Stopy
wykręciły mu się na wspak. I wtedy zaczął wydawać taki dźwięk... -
Pokręcił głową. - Słowo daję, to był odgłos piekła. Jęczał, zawodził i nie przestawał. Na wojnie widzi się różne rzeczy. To zmienia człowieka.
- Fakt - potwierdził Halder.
Chudy wytrzeszczył oczy.
- Uważasz, że jest się czym chwalić?
- Chwalić?! - Pleczysty spojrzał na niego z niedowierzaniem sponad
okularów. Chudy stał się rozmazaną jasną plamą w blasku lampy. - Kurwa,
no co ty... W życiu. Budzę się spocony jak mysz w połogu. Czasem płaczę,
w tych spokojniejszych chwilach. Nie wstydzę się tego.
- Ja też - dodał Halder.
- Po prostu... - Pleczysty pchnął okulary w górę, moszcząc je w wyrobionym zagłębieniu na nosie. - Chcę, żebyś zrozumiał, do czego to
zmierza. Żebyś zrozumiał, nim zabrniemy za daleko i stwierdzimy, że...
że wcale nie chcieliśmy się tam znaleźć. - Skrzywił się z niesmakiem.
Źle to zabrzmiało. Żałował, że nie jest bardziej wygadany, ale prawda
była taka, że same słowa w tej robocie rzadko wystarczały. Malmer miał
gadane i co? Jak skończył? - Zmierzam do tego...
- Panie Pleczysty?
Odwrócił się zaskoczony. W kantorku na antresoli w głębi magazynu paliło
się światło, ktoś stał przy prowadzących na górę schodach, jakaś
kobieta: wysoka, smukła, pełna gracji.
Ze strachu ścisnęło go w żołądku. Nastały takie czasy, że drobne kobiety
napawały go większym lękiem niż barczyści mężczyźni.
- Poczekaj chwilę - powiedział do Chudego i wstał.
- Nigdzie się nie wybiera - zapewnił Bannerman. Poklepał Chudego po
policzku, aż ten się wzdrygnął.
- Pamiętaj: szacunek - upomniał go Pleczysty i ruszył w stronę kantorka.
- To nic nie kosztuje.
To była Zuri, wyraźnie zaniepokojona - co z kolei zaniepokoiło jego. Nie
znał chyba drugiej osoby, która miałaby równie stalowe nerwy.
- Co się stało?
Skinieniem głowy wskazała schody.
- Przyszła pani Savine.
- Jest teraz tutaj?
- Chce popatrzeć, jak pan pracuje.
Słowa zawisły między nimi w ciemności. Co innego robić takie rzeczy -
Pleczysty umiał sobie wmówić, że nie ma wyboru - a co innego chcieć na
to patrzeć.
- Może mógłby jej pan to... wyperswadować?
Skrzywił się.
- Gdybym umiał przemawiać ludziom do rozsądku samym gadaniem, nie
musiałbym stosować innych metod.
- Mój nauczyciel Pisma mawiał, że ci, którzy próbują i przegrywają, są
tak samo błogosławieni jak ci, którym się udaje.
- Życie nauczyło mnie inaczej.
- Spróbować nie zawadzi.
- W tej kwestii również życie nauczyło mnie inaczej - mruknął Pleczysty
i wszedł za Zuri na schody.
Widziana z progu Savine wyglądała całkiem zwyczajnie - spokojna,
opanowana, cała ona. Dopiero z bliska, w lepszym świetle, Pleczysty
stwierdził, że coś jest nie w porządku. Obrzeża nozdrzy miała brzydko
zaróżowione, oczy błyszczące osobliwym zapałem, perukę w lekkim
nieładzie. Dostrzegł też plamy na żakiecie - rzecz tak samo
wstrząsającą, jak w przypadku innej osoby byłaby nagość.
- Lady Savine... Na pewno chce pani przy tym być? - zapytał.
- Rozczula mnie twoja troska, ale zapewniam, mam mocny żołądek.
- Nie wątpię. I nie myślałem o pani. - Zniżył głos. - Prawda jest taka,
że wyzwala pani we mnie najgorsze instynkty.
- Twój problem, Pleczysty, polega na tym, że mylisz to, co najlepsze, z tym, co najgorsze. Praca przy budowie kanału musi zostać wznowiona jutro
z samego rana. Z samego rana, powtarzam. Kanał musi zostać otwarty i zacząć przynosić dochody.
Ostatnie słowo wypowiedziała z gniewnym grymasem, szczerząc zęby. Na
widok jej gniewu Pleczystemu serce zabiło żywiej. Była od niego o głowę
niższa, mogłaby być nawet jeszcze mniejsza, a i tak by go przerażała.
Nie przez to, co mogła zrobić, tylko przez to, do czego mogła go zmusić.
- A teraz bądź tak miły i załatw to - dodała.
Pleczysty obejrzał się na Zuri, której ciemne oczy zalśniły w półmroku.
- Wszyscy jesteśmy palcami Bożej dłoni - mruknęła przepraszająco,
wzruszając ramionami.
Szedł przez magazyn z powrotem w stronę plamy światła. Echo niosło jego
kroki, a on wmawiał sobie, że jego zapał jest udawany; że tylko gra
wyznaczoną rolę. Prawda była taka, że nigdy nie był wielkim aktorem i teraz nie mógł się doczekać, kiedy zabierze się do pracy.
Być może Chudy zobaczył coś w jego oczach. Skulił się i wykręcił na
krześle, jakby mógł uniknąć tego, co nieuchronne. Ale żaden z nich nie
mógł przed tym uciec.
- Zaczekaj chwi...
Wytatuowana pięść Pleczystego grzmotnęła go w żebra. Krzesło zatoczyło
się w tył. Bannerman złapał je i postawił do pionu. Druga pięść
Pleczystego trafiła w drugi bok. Chudy skręcił się w więzach, oczy
wychodziły mu z orbit. Przez chwilę trwał w takiej pozycji, drżący, z siniejącą twarzą. Zdążył jeden raz wciągnąć ze świstem powietrze do
płuc, zanim zwymiotował.
Zwymiotował na kolana i podłogę. Bannerman cofnął się o krok, z niesmakiem patrząc na swoje nowiutkie, wyglansowane buty.
- Rzygacz nam się trafił...
Powstrzymanie się od dalszych ciosów wymagało wysiłku, podobnie jak
opanowanie się i próba powiedzenia czegoś. Kiedy jednak Pleczysty
przemówił, sam się zdziwił, że jego głos brzmi tak spokojnie.
- Czas cywilizowanych metod dobiegł końca. Dawajcie go tutaj.
Halder wynurzył się z mroku, wlokąc za sobą młodego chłopaka, związanego
i bulgoczącego w knebel.
- Nie! - wyrzęził Chudy.
Halder pchnął chłopaka na krzesło i Pleczysty zaczął go do niego
przywiązywać.
- Nie, nie, nie... - Strużka śliny sączyła się z kącika ust Chudego.
- Człowiek potrafi dużo znieść, kiedy myśli, że walczy w słusznej
sprawie. - Pleczysty rozmasował knykcie. - Dobrze o tym wiem. Ale kiedy
musi patrzeć, jak coś takiego robią jego dziecku? To zupełnie co innego.
Chłopak toczył wzrokiem dookoła, łzy spływały mu po twarzy. Pleczysty
żałował, że nie może się napić. Prawie czuł smak alkoholu na języku.
Picie wszystko ułatwiało - przynajmniej w trakcie roboty, bo potem było
gorzej.
Odsunął tę myśl od siebie.
- Tym też nie zamierzam się chwalić - podjął. Sprawdził, czy rękawy ma
należycie zakasane. Z jakiegoś powodu wydało mu się to niezmiernie
ważne. - Ale kiedy dorzucić to na szalę do wszelkiego innego kurestwa,
jakiego się dopuszczałem, waga nawet nie drgnie.
Podniósł głowę i spojrzał w stronę kantorka. Może miał nadzieję, że
Savine zamacha do niego, każe mu przestać, ale nikogo nie zobaczył. Było
tylko światło, które dowodziło, że patrzy. Człowiek musi umieć się
pohamować, on jednak nigdy nie był w tym dobry. Odwrócił się do
chłopaka.
- Chciałbym wrócić do domu - powiedział. Zdjął okulary, złożył je i schował do kieszeni koszuli. Twarze w świetle lampy rozmazały się w niewyraźne plamy. - Ale jeśli będzie trzeba, zostanę tu do rana. -
Przerażenie chłopaka, zgroza Chudego, beztroska Bannermana... Trudno
było je odróżnić, gdy rozpływały mu się przed oczami. - Spróbuj sobie
wyobrazić - ciągnął - w jakim wtedy będziecie stanie. - Krzesło
skrzypnęło pod chłopakiem, gdy ustawił je w pożądanym miejscu. -
Spodziewam się, że wkrótce obaj będziecie wydawali ten dźwięk. -
Podwinął rękawy jeszcze oczko wyżej. Rutyna, rutyna, rutyna. - Odgłos
piekła.
Wiedział, jak sam by się czuł, gdyby tkwił bezradnie przywiązany do
jednego krzesła i miał przed sobą May przywiązaną do drugiego. Dlatego
był w zasadzie pewien, że to podziała.
- Nie będzie strajku! - wysapał Chudy. - Nie będzie żadnego strajku!
Pleczysty się wyprostował. Zamrugał.
- To bardzo dobra wiadomość - powiedział.
Wcale nie czuł się tak, jakby usłyszał dobrą wiadomość. W głębi ducha
był rozczarowany. Z wysiłkiem rozluźnił pięści. Z wysiłkiem wyjął z kieszeni okulary, założył je na nos i zahaczył za uszy. Były zbyt
delikatne dla jego obolałych palców.
- Twój syn zostanie z nami, na wypadek gdybyś zmienił zdanie -
powiedział.
Chłopak szarpał się w uścisku Bannermana, gdy ten wlókł go po podłodze w ciemność.
- Tylko z szacunkiem! - zawołał za nimi Pleczysty, zajęty starannym
opuszczaniem rękawów.
Rutyna dobra rzecz.
Sztuka kompromisu
- Precyzja, matołki! - Filio poderwał się z ławki, wrzeszcząc na parę
szermierzy, którzy patrzyli na niego z rozdziawionymi ustami i opuszczoną bronią. - Precyzja! Szybkość to zbędna bufonada i efekciarstwo, kiedy brakuje precyzji.
Dobiegał sześćdziesiątki, ale nadal był całkiem żwawy i przystojny. Vick
miała chyba więcej siwych włosów niż on. Klapnął na ławkę obok niej,
klnąc po styryjsku pod nosem.
- Ech, ci dzisiejsi młodzieńcy... - W końcu przeszedł na wspólną mowę. -
Czekają, aż ktoś im poda świat na złotej paterze!
Vick zerknęła na Łoja. Wyglądał, jakby w życiu nie widział z bliska
żadnej patery, zwłaszcza złotej. Nawet teraz, w schludnym czarnym stroju
praktyka inkwizycji, przypominał jej brata. Tak samo przepraszająco się
garbił, jakby stale się spodziewał, że ktoś go spoliczkuje.
- Niektórzy nie mają lekko - zauważyła.
- Mojemu siostrzeńcowi przydałaby się twardsza szkoła życia. - Filio
pokręcił głową, patrząc, jak fechmistrze szurają stopami po kręgu
treningowym. Pokolenia miękkich szermierskich butów wygładziły deski na
wysoki połysk. - Ma talent i szybką rękę, ale musi się jeszcze wiele
nauczyć. - Jęknął, gdy jeden z młodzików chybił w wypadzie. - Mam
nadzieję, że pewnego dnia będzie reprezentował nasze miasto w Turnieju w Adui, ale talent zda się na nic bez dyscypliny... - Znów zerwał się na
równe nogi. - Myśl, ośle! Myśl!
- Sam brałeś udział w Turnieju.
Filio uśmiechnął się chytrze i usiadł.
- Sprawdzałaś mnie?
- W półfinale przegrałeś z przyszłym królem Jezalem. Walka była zacięta
do samego końca, jeśli mnie pamięć nie myli.
- Byłaś tam?! Ile miałaś lat, dziesięć?
- Osiem.
Dobry kłamca trzyma się faktów, na ile to możliwe. Rzeczywiście miała
osiem lat, kiedy rozegrał się tamten pojedynek, ale kuliła się wtedy w ciemnej, cuchnącej ładowni statku, przykuta do grubego łańcucha
łączącego ją z całą rodziną i kilkudziesięciorgiem innych skazańców.
Zmierzali do obozów pracy w Anglandzie, z których tylko ona jedna
zdołała wrócić. Nie spodziewała się, że prawda wzbudzi taki sam zachwyt
Filia, którego oczy rozbłysły na wspomnienie dawnej chwały. Cała prawda
mało kogo uszczęśliwia.
- Wiwatujące tłumy, zgrzyt stali, krąg szermierczy wytyczony wśród
najwspanialszych budowli Agriontu. W żaden inny dzień nie rozpierała
mnie taka duma jak wtedy!
Filio podziwiał strukturę polityczną Unii i towarzyszącą jej
bombastyczność, doceniał wagę precyzji i dyscypliny. To dlatego Vick
włożyła pełny galowy mundur specjalnego inkwizytora, wypucowała buty na
wysoki połysk, zrobiła sobie przedziałek od linijki, włosy brutalnie
zaczesała w tył i ciasno związała.
Filio skinął w stronę połyskujących kling.
- Zatem jest pani miłośniczką tej pięknej nauki?
- A kto nie jest? - odpowiedziała pytaniem, chociaż sama nią nie była.
- Domyślam się, że przyszła pani zabiegać o głosy.
- Jego Wysokości bardzo zależy na tym, żeby Zachodni Port pozostał w Unii, gdzie jego miejsce.
- Jego Wysokości czy raczej Jego Eminencji? - mruknął Filio, nie
spuszczając z oka fechtujących młodzików. - Z kim jeszcze pani
rozmawiała?
- Pan jest pierwszy. - W rzeczywistości był czwarty, ale Vick wiedziała
z doświadczenia, że należy zachować szczególną ostrożność, by nie urazić
dumy średnio wpływowych ludzi. Zranić ich było znacznie łatwiej niż tych
dzierżących prawdziwą władzę. - Superior Lorsen nie może się pana
nachwalić: starszy deputowany, darzony powszechnym szacunkiem... Wokół
kogoś takiego delegaci mogliby się zjednoczyć.
- Pochlebia mi pani, naturalnie, ale superior jest nazbyt łaskawy w swojej ocenie. Gdyby jedność miasta zależała od jednego głosu... to może
Zachodni Port nie byłby tak skłócony.
- Może moglibyśmy panu pomóc go zjednoczyć. Wiem, że wierzy pan w Unię.
- Ależ oczywiście! Zawsze wierzyłem, przez całe życie. Mój dziadek
należał do ludzi, którzy nas do niej wprowadzili. - Filio spoważniał. -
Ale sprawy się skomplikowały. Wszyscy wiedzieliśmy, czego spodziewać się
po królu Jezalu. Król Orso jest zaś młody... - skrzywił się, gdy jego
siostrzeniec popisał się zamaszystym manewrem - ...i sądząc po tym, co
się o nim mówi, przejawia wszystkie wady młodego człowieka, aż do
przesady. Niepowodzenia w wojnach ze Styrią też wam nie pomagają. A teraz jeszcze ten Solumeo Shudra! - Zacmokał z troską. - Słyszała pani,
jak przemawia?
- Tylko przez chwilę.
- Potrafi przykuć uwagę. Ma dar przekonywania i jest niezwykle... jak to
się mówi... charyzmatyczny. Ludzie go kochają, ponieważ kochają
polityków, którzy nie mają żadnej władzy: wiedzą, że się nie rozczarują.
Wielu przekonał do swoich racji. Unia nie ma nikogo, kto mógłby się z nim równać, wasi politycy są ociężali i niestrawni. Chociaż oczywiście
trudno z zapałem zachwalać coś, co człowiek już ma, prawda? To nudne. Co
innego piękne alternatywy, toż to istny bukiet obietnic! Worek z marzeniami! Cudowny statek wiozący fantazje i niezagrożony zderzeniem z przykrą koniecznością ich realizacji.
- Czy zatem Jego Wysokość może liczyć na pańskie poparcie?
- Chciałbym móc odpowiedzieć prostym, jednoznacznym unijnym "tak",
obawiam się jednak, że chwilowo... - Filio skrzywił się z niesmakiem. -
Mogę dać pani jedynie tradycyjne styryjskie "być może". Tutaj, w Zachodnim Porcie, balansując na Skrzyżowaniu Świata pomiędzy Gurkhulem,
Styrią i Unią, musimy doskonalić się w sztuce kompromisu. Nie
przetrwałbym tak długo na scenie politycznej naszego miasta, gdybym
uparcie trzymał się raz ustalonego zestawu przekonań.
- Przekonania są jak ubiór. - Vick obciągnęła poły kurtki. - Trzeba je
zmieniać, by dostosować się do oczekiwań widowni.
- Otóż to. Może w odpowiednim czasie podyskutujemy o tym, jaka byłaby
cena za to, bym przywdział te lub inne barwy, na razie jednak głupotą
byłoby pochopne opowiedzenie się po jednej ze stron. Mógłbym
sprzymierzyć się z pokonanymi!
Vick nie mogła mieć do Filia pretensji. Życie w obozach nauczyło ją
jednego: trzeba trzymać ze zwycięzcami.
- Wrócimy zatem do tej rozmowy, gdy przyszłość nabierze bardziej
konkretnych kształtów - zapowiedziała.
Wstała z ławki, starając się nie zwracać uwagi na rwanie w okaleczonym
biodrze, strzeliła obcasami i złożyła oficjalny ukłon.
Filio sprawiał wrażenie zadowolonego - choć nie na tyle, by obiecać jej
swój głos.
- Mam taką nadzieję - odparł. - Nie traćmy jednak więcej czasu, dopóki
nie będziemy pewni naszych rachunków... Oj! - Zerwał się z ławki, gdy
czubek klingi jego siostrzeńca zarysował skraj kręgu. - Uważaj na nogę
zakroczną, głupcze! Precyzja!
***
W publicznych ogrodach Zachodniego Portu powiewał rzadki w tych rejonach
wiaterek, niosący zapachy żywicy, kwiatów i przypraw ze znajdującego się
za murem bazaru. Setki różnych liści trzepotały, szeleściły i szeptały.
Mocne promienie wiosennego słońca padały na wodną mgiełkę z fontanny i rozpraszały się w ulotną tęczę.
Cień padł na Vick.
- Mogę się przysiąść?
Stała nad nią barczysta kobieta ubrana - na południową modłę - w luźną
lnianą szatę. Była ciemnoskóra, miała twarz o wyrazistych rysach i puszek krótko przyciętych szpakowatych włosów na głowie.
- Przykro mi - odparła we wspólnej mowie Vick - nie znam styryjskiego.
Półkłamstwo: umiała się dogadać, co najwyżej nie wychwytywała wszystkich
niuansów słowa mówionego, ale w negocjacjach tak delikatnych jak te nie
mogła sobie pozwolić na pomyłkę. A poza tym wolała być niedocenianą.
- Typowe dla władz Unii - odparła z westchnieniem nieznajoma. -
Przysyłają negocjatora, który nawet nie zna naszego języka.
- Podobno w miejscu zwanym Skrzyżowaniem Świata mówi się wszystkimi
językami. Pani Dayep Mozolia, jak mniemam.
- A pani to Victarine dan Teufel.
- Niestety.
Vick doszła do wniosku, że arystokratyczny wydźwięk pełnego nazwiska -
choć w tej akurat chwili zupełnie do niej niepasującego - posłuży jej
najlepiej przy tym spotkaniu. Mozolia miała opinię upartej kobiety
interesów, więc Vick postanowiła się zaprezentować jak pragmatyczna
aduenka na zagranicznej wycieczce. Włosy zaplotła w warkocze i starannie
upięła, niedopięty górny guzik bluzki miał sugerować swobodną
przystępność. Dawno już nie wkładała spódnicy i czuła się w niej tak
samo skrępowana jak pod swoim pełnym nazwiskiem, ale luksus
nieskrępowania raczej szkodził szpiegom, niż pomagał.
- Jak się pani podobają nasze ogrody? - zagadnęła Mozolia.
- Piękne, choć suchawe.
- Ufundowała je bezdzietna dziedziczka pokaźnej fortuny kupieckiej. -
Mozolia nieśpiesznie sadowiła się na ławce. - Przemierzyła cały Krąg
Świata w nadziei zgromadzenia wszystkich drzew stworzonych przez Boga. -
Skinieniem ręki wskazała niebotyczną jodłę, której dolne gałęzie były
zupełnie nagie, a i wyżej ocalały tylko nieliczne suche igły. - Niestety
nie wszystkie dobrze się przyjmują w naszym klimacie.
Zerknęła na Łoja w liberii służącego, którego pokryta plamami rumieńców
twarz ociekała potem.
Niepotrzebnie go ze sobą zabrała. Zdawała sobie sprawę, że najlepiej
poradzi sobie sama: tę lekcję wyniosła z obozów po tym, jak całą rodzinę
złożyła w skutej lodem ziemi. Ojciec: drżący z zimna, sinousty, z okaleczonymi, poczerniałymi palcami. Matka: wiecznie dopytująca się,
czym zasłużyła na taki los, tak jakby zasługi miały z tym cokolwiek
wspólnego. Zdobycie lekarstwa dla siostry wymagało wiele bólu i potu, a gdy wróciła do domu, ściskając kurczowo fiolkę, zastała siostrę zimną i sztywną pod wytartym przykryciem; brat trzymał ją jeszcze za rękę. Potem
zostali tylko we dwoje: ona i brat. Miał wielkie, smutne oczy. Całkiem
jak Łój.
Nie da się w nieskończoność utrzymać na wodzie kogoś, kto sam nie umie
pływać. Prędzej czy później pociągnie nas na dno.
Mozolia z westchnieniem zarzuciła ramię na oparcie ławki.
- Domyślam się jednak, że nie po to przybyła pani z drugiego krańca
Kręgu Świata, żeby dyskutować o drzewach.
- Nie. Chcę porozmawiać o zbliżającym się głosowaniu.
- To główny temat wszystkich rozmów tutaj. Doniosła decyzja, w której
podjęciu ani pani, ani ja nie będziemy miały jednak żadnego udziału.
Kobiety nie mogą być deputowanymi.
- Może same nie zasiadają w Zgromadzeniu - prychnęła Vick - ale z całą
pewnością mogą sterować deputowanymi. Ma pani w kieszeni co najmniej
pięć głosów.
Mozolia wzruszyła szerokimi ramionami.
- Sześć - odparła. - Może nawet siedem.
- Zastanawiam się, czy dałaby się pani przekonać do poparcia Unii.
- Nie wykluczam tego, ale łatwo nie będzie. Jedno z moich dziadków
pochodziło z Yashtavitu, drugie z Sikkuru, trzecie z Osprii, a czwarte
ze Starego Cesarstwa. Jestem równie mile (lub równie niemile) widziana w pięciu różnych świątyniach w mieście. Czasami zapominam, do której
wersji Boga powinnam się modlić. W innych krajach nazwano by mnie
kundlem. W tym mieście kundli jestem normą. - Mozolia z uśmiechem
powiodła wzrokiem po zżółkłych trawnikach, gdzie ludzie wszystkich
możliwych kolorów i rozmiarów spacerowali, siedzieli, gawędzili w cieniu
najprzedziwniejszych i najcudowniejszych drzew, jakie wyszły spod Bożej
ręki. - Kupiec bławatny musi mieć szerokie horyzonty. Prowadzę interesy
w całym Kręgu Świata, handluję suljuckim jedwabiem, gurkhulskim płótnem,
cesarską bawełną i wełną z Północy.
- Nie mówiąc już o tych wszystkich pięknych tkaninach z unijnych fabryk.
- Otóż to.
- Szkoda by było, gdyby kupiec bławatny został nagle odcięty od
największego rynku zbytu na świecie.
- Naturalnie byłoby to frustrujące, ale handel jest jak woda: z czasem
przeciśnie się przez każdą szczelinę. Zresztą unia ze Styrią też miałaby
swoje zalety.
- Podobno Żmija z Talinsu to wymagająca kochanka. Despotyczna. Tak
słyszałam.
Tym razem to Mozolia prychnęła lekceważąco.
- O czym niejeden unijny generał przekonał się na własnej skórze -
przyznała. - Potrafi jednak być rozsądna, gdy dostrzeże po drugiej
stronie wolę kompromisu. Proszę tylko pomyśleć, jak Talins rozkwitł pod
jej rządami. Poza tym podoba mi się idea, że to kobieta rządzi, choćby
nawet despotyczna. Pani nie? My, kobiety, powinnyśmy współpracować.
- A nie lepiej byłoby naśladować mężczyzn, zapomnieć o sentymentach i po
prostu zarabiać pieniądze?
Mozolia odpowiedziała ledwie dostrzegalnym uśmieszkiem.
- No, no... Jednak zna pani styryjski. Mam nadzieję, że Jego Eminencja
przysłał wraz z panią jakąś całkiem niesentymentalną sumkę pieniędzy.
- Przysłał coś lepszego. - Vick otworzyła list i ujęła go w dwa palce. U dołu pisma widniał podpis arcylektora Glokty, niczym zabójcza puenta. -
Przywileje handlowe dawniej pozostawały w gestii gildii bławatników, ale
od trzydziestu lat zarządza nimi Inkwizycja Jego Królewskiej Mości. Jego
Eminencja jest gotowy się nimi podzielić. Dobrze pani na tym wyjdzie.
Mozolia wzięła list do ręki i z uwagą przeczytała każde słowo. Vick nie
próbowała jej ponaglać: przymknęła powieki, wystawiła twarz na słońce i zaciągnęła się balsamicznym powietrzem. Bardzo rzadko miała okazję tak
po prostu posiedzieć i nic nie robić.
- Bardzo zgrabna łapówka. - Mozolia opuściła list. - Celnie wymierzona.
- O ile mi wiadomo, cenicie sobie w Zachodnim Porcie szczerość w kontekście korupcji.
- Cofam wszystko, co wcześniej powiedziałam: po mistrzowsku włada pani
styryjskim. - Mozolia bujnęła się na ławce w przód i wstała, ponownie
rzucając cień na Vick. - Rozważę waszą propozycję.
- Byle nie trwało to zbyt długo. My, kobiety, rzeczywiście powinnyśmy
współpracować.
***
Lekko rozchyliła grube, ciężkie kotary i wyjrzała na zewnątrz. To był
zmarnowany dzień. Słońce zachodziło - rozmazana plama jasności nad
mrowiem niepasujących do siebie dachów, spragnionych wody drzew,
dymiących kominów i iglic setki świątyń poświęconych tuzinowi wariantów
Wszechmogącego.
Ciekawe, pomyślała, czy wiara w Boga pomaga? Czy kiedy człowiek żyje w przeświadczeniu, że całe to gówno, które ma przed sobą, jest częścią
jakiegoś wielkiego boskiego planu, to bardziej go to przeraża, czy
podnosi na duchu?
Przycisnęła kciuk do obolałego biodra. Patrzyła na płomyki świec
zapalanych w jakiejś thondyjskiej kaplicy, na migoczące światła w oknach, podrygujące pochodnie przewodników prowadzących cudzoziemców do
najlepszych gospód, najlepszych restauracji i w ciemne zaułki, w których
roiło się od najlepszych bandziorów. Pomruk głosów przybliżył się do
drzwi i oddalił, z głębi korytarza dobiegł zalotny śmiech.
Łój wodził smętnym wzrokiem po pokoju, urządzonym tak, jak półgłówek
mógłby sobie wyobrażać pałac, z mnóstwem aksamitów i obłażącej pozłoty.
- Co za dupek umawia się na spotkanie w burdelu?
- Dupek, który lubi dziwki i chce, żeby jego rozmówca poczuł się
niezręcznie - odparła Vick.
Sądząc po tym, co o nim mówiono, Sanders Rosimiche spełniał oba te
warunki. Poza tym był pyszny jak paw i pyskaty, ale w przeszłości
popierał Unię, a teraz każdy głos się liczył. Ludzie mawiają, że
tyranowi należy się postawić, ale Vick odkryła, że znacznie lepiej dla
niej będzie, kiedy pozwoli im się tyranizować. Dlatego udała się z -
rzadką u niej - wizytą do krawcowej, by ta pomogła jej przybrać jak
najbardziej kobiecy, uległy wygląd. Spięła włosy, natłuściła je oliwą i zaczesała zgodnie z obowiązującą w Zachodnim Porcie modą. Na miłość
losu, użyła nawet perfum! Zrezygnowała tylko z butów na wysokim obcasie:
w jej fachu człowiek nigdy nie wiedział, kiedy będzie musiał salwować
się ucieczką - albo kopnąć kogoś w twarz.
- Jak ja tego, kurwa, nie znoszę... - Westchnęła, szarpiąc się z gorsetem.
Próbowała go obciągnąć, poluzować, ułożyć wygodniej, ale bez powodzenia.
Mimo że szyty na miarę, fatalnie na niej leżał: całkiem możliwe, że
został skrojony nie na prawdziwą Vick, lecz na kobietę, którą inni
chcieli w niej widzieć.
Zastanawiała się, co by powiedział Sibalt, gdyby zobaczył ją w takim
przebraniu. Może coś takiego:
- Szkoda, że nie poznaliśmy się wcześniej. Może inaczej by się między
nami ułożyło.
- Ale się nie poznaliśmy - odparłaby wtedy - i się nie ułożyło.
A wtedy on posłałby jej ten swój znużony uśmiech i dodał:
- Twarda z ciebie sztuka, Vick.
I miałby rację.
W najdziwniejszych momentach łapała się na tym, że za nim tęskni - za
jego ciepłem, ciężarem w objęciach, dotykiem tulących ją ramion.
Brakowało jej kogoś, kogo mogłaby dotknąć.
Ale Sibalt poderżnął sobie gardło po tym, jak go zdradziła. Szkoda czasu
na gdybanie.
Puściła skraj kotary i odwróciła się. Łój przyglądał jej się z marsową
miną, jakby miał przed sobą łamigłówkę, której nie potrafi rozgryźć.
- Musisz się tak gapić? - warknęła.
- Przepraszam. - Skulił się jak kopnięty szczeniaczek. - Po prostu
wyglądasz...
- Niedorzecznie?
- Wyglądasz inaczej...
- Nie zapominaj, że pod spodem jest wciąż ta sama kobieta. Ta, która
wzięła twoją siostrę na zakładniczkę.
- Łatwo o tym nie zapomnę, zapewniam cię - odwarknął.
W jego głosie zabrzmiała nuta urażonego, bezużytecznego gniewu. Nawet w tym przypominał jej brata. Przypomniała sobie jego minę, gdy tłumaczył
jej, że powinni pomóc innym, na co ona odparła, że muszą pomóc przede
wszystkim samym sobie. Pamiętała tę zranioną prawość malującą się na
jego twarzy.
- Dlaczego w ogóle tu przyjechałaś?
- Dobrze wiesz dlaczego. Unia jest słaba, zewsząd osaczają ją wrogowie.
Jeżeli nie zdołamy utrzymać tego, co mamy...
- Pytam, dlaczego się tym przejmujesz. Przecież to oni zesłali cię do
obozów, prawda? Na twoim miejscu zaśmiewałbym się do rozpuku, gdyby cała
ta zasrana Unia utonęła w morzu. Dlaczego tu jesteś?
Skrzywiła się gotowa rzucić zjadliwą ripostę: przyjechała do Zachodniego
Portu, bo miała do spłacenia dług u Jego Eminencji. Bo szantaż i zdrada
były jedynymi umiejętnościami, które opanowała do perfekcji. Bo trzeba
trzymać ze zwycięzcami. Miała pół tuzina gotowych odpowiedzi - sęk w tym, że żadna z nich nie była dobra. Mogła przecież zrobić cokolwiek
innego, chociażby uciec do Dalekiej Krainy, o czym zawsze żartowali z Sibaltem. A jednak, kiedy Jego Eminencja powiedział "Zachodni Port",
natychmiast zaczęła się szykować do wyjazdu.
Stała tak z otwartymi ustami, z których nie dobyło się ani jedno słowo,
gdy drzwi otworzyły się z rozmachem i do pokoju dumnie wkroczył
Rosimiche. Nie postarał się tak jak ona: miał na sobie rozchełstany do
pasa szlafrok, pod który nie włożył chyba nic innego. Spomiędzy poł
szlafroka łyskały owłosiona pierś i brzuch.
- Przykro mi, że kazałem ci czekać - powiedział. Wcale nie było mu
przykro.
- Nie szkodzi - odparła z wymuszonym uśmiechem Vick. - Wiem, że jest pan
zajętym człowiekiem.
- Co prawda, to prawda. Byłem zajęty ruchaniem.
- Moje gratulacje. - Trudno było jej utrzymać ten uśmiech.
- I chętnie bym do tego wrócił, więc przejdźmy do rzeczy. Zachodni Port
dołączy do Styrii. Łączą nas linia brzegowa i wspólna kultura, a trudno
się spierać jednocześnie z geografią i historią. Bez urazy.
Tego zwrotu używają ludzie zawsze wtedy, gdy zamierzają cię obrazić.
- Mnie niełatwo urazić - powiedziała Vick nieco ostrzejszym tonem. - Co
innego arcylektora.
- Był taki czas, że na wzmiankę o Kalece ludzie srali w gacie. -
Rosimiche uśmiechnął się szyderczo, nalewając sobie wina. - Ale dziś w Styrii rządzi Żmija z Talinsu. Murcatto zjednoczyła kraj, tymczasem Unia
pruje się w szwach, arystokracja i rząd skaczą sobie do gardeł, do tego
jeszcze ci Destruktorzy...
Brak szacunku wobec niej samej jej nie przeszkadzał, ale to lekceważenie
- spotkanie w burdelu, szlafrok i tak dalej - kiedy wiedział, dla kogo
Vick pracuje? To było niepokojące. Tak jakby Rosimiche wiedział, że
zwolennicy sojuszu ze Styrią przeważą, i próbował się im podlizać,
upokarzając przedstawicielkę Unii.
- Nie ma rozwoju bez cierpienia - odparła. - Cały świat zazdrości Unii
jej przemysłu. Jeżeli Zachodni Port zbłądzi, sam odbierze sobie
możliwość zajęcia w przyszłości miejsca, które mu się należy.
Rozmawiałam już z kilkoma osobami, które myślą podobnie...
- Masz na myśli tę zdzirę Mozolię? Ha! Słyszałem, że Shudra już ją
przeciągnął na swoją stronę. Może lepiej wiedział, czym ją przekupić? Bo
widzisz, na tym właśnie polega problem z kobietami: myślą pizdą. Dlatego
w sprawach z pizdą niezwiązanych nie powinny zabierać głosu. Ruchanie i rodzenie, to wszystko.
- Nie zapominajmy o comiesięcznym krwawieniu - zauważyła Vick. - Pizda
to bardzo uniwersalny organ, często niedoceniany przez mężczyzn.
Rzadko pozwalała sobie na luksus nielubienia kogokolwiek - tak samo
zresztą jak i na luksus lubienia: jedno i drugie mogło okazać się
słabością. Ale przy tym skurwielu zaczynała tracić cierpliwość.
Rosimiche zjeżył się rozdrażniony, że nie zraził jej swoją tępą
gburowatością. Podszedł do niej zawadiackim krokiem, pyszniąc się i zionąc pogardą.
- Podobno Murcatto chce tu przysłać Casamira dan Shenkta.
- Plotki mnie nie przerażają. Może zacznę się bać, kiedy faktycznie
przybędzie.
- Może już przybył. - Rosimiche nachylił się ku niej tak blisko, że
widziała pot perlący mu się u nasady nosa. - Mówi się, że nie tylko
zabija tych, których mu kazano, lecz także ich zjada.
Do diaska, ależ żałowała teraz tego przebrania! Wolałaby mieć na sobie
zbroję.
- Ciekawe, od czego by zaczął w twoim przypadku... - ciągnął tymczasem
Rosimiche. - Może od wątroby? - Łypnął okiem na Łoja. - A może na
początek zarżnąłby twojego chłoptasia na posyłki?
Nagle wszystko inne przestało się liczyć i przed oczami stanęła jej
twarz brata, zranionego i bezgranicznie zaskoczonego, gdy praktycy
wynurzyli się z cienia.
Wstrząśnięty Rosimiche kwiknął cicho, gdy pięść Vick trafiła go w twarz.
Wcześniej trzymała kastet po prostu w ręce, ale przed zadaniem ciosu
wsunęła go na palce. Rosimiche zatoczył się do tyłu i złapał kotary.
Krwawił obficie z nosa. Uderzyła go z boku w żuchwę, aż chrupnęło.
Wypuścił z rąk kieliszek, ochlapując winem ich oboje. Zanim upadł,
zdzierając przy okazji zasłony, kastet trafił go jeszcze w czubek głowy.
Zwinął się w kłębek, plując i sapiąc, a wtedy Vick przyklęknęła na jedno
kolano, przycisnęła nim bark Rosimiche'a do ziemi i zaczęła go okładać
po całym ciele. Straciła rachubę ciosów.
Ktoś złapał ją za rękę i omal nie przewrócił: to Łój próbował ją
odciągnąć.
- Kurwa, przestań! - wykrzyknął. - Zostaw! Zabijesz go!
Zadyszana Vick oderwała się od Rosimiche'a. Sukienkę miała poplamioną
winem, dłoń zachlapaną krwią, zmierzwione włosy opadały jej na twarz;
kiedy je odgarnęła, poczuła oliwę między palcami. To nie była stylizacja
dobrze dobrana do bicia ludzi.
Skulony na ziemi Rosimiche pojękiwał cicho. Łój gapił się na niego
szeroko otwartymi oczami.
- Dlaczego to zrobiłaś?
W ogóle się nad tym nie zastanawiała, nie ważyła ryzyka, nie skupiała
się na konsekwencjach, nie myślała nawet o tym, gdzie bić i jak
dopilnować, żeby jej nie oddał. Gdyby był silniejszy, sprawy mogły się
bardzo nieprzyjemnie skomplikować.
- Zanim odrzucisz propozycję Jego Eminencji, przemyśl kwestię swoich
długów. - Teraz mówiła zupełnie inaczej, ostro, chrapliwie, bardziej jak
windykatorka niż dama z socjety. Rzuciła otrzymany od Glokty dokument na
podłogę, gdzie upadł obok kolan Rosimiche'a. - Jesteś winny domowi
bankierskiemu Valint i Balk siedem tysięcy szalek z groszami, a oni, w odróżnieniu od ciebie, bardzo poważnie traktują swoją przyjaźń z Unią. -
Szturchnęła papier stopą w praktycznym obuwiu; Rosimiche wzdrygnął się,
gdy dotknął jego nagiej skóry. - Za radą Jego Eminencji postanowili
upomnieć się o spłatę zobowiązania. Zabiorą ci twoje domy, twoje
dziwki... Zapomnij o Shenkcie, oni pierwsi wyrwą ci wątrobę. - Może
jednak niektórym tyranom należy się postawić? Nachyliła się i wysyczała:
- Dlatego zagłosujesz, jak ci każemy, zrozumiano? Albo zagłosujesz, jak
chcemy, albo zgnieciemy cię jak pluskwę.
- Zagłozuję jak chdzedzie - wybełkotał Rosimiche, łapiąc się drżącą ręką
za głowę. Mały palec miał wyłamany w bok. - Zagłozuję jak chdzedzie...
***
Szła ulicą sztywnym krokiem, zgoła niepasującym do pięknej, choć
zaplamionej sukienki. Ból w zaciśniętej pięści przeszedł w lodowate
pulsowanie, uszkodzone biodro rwało ją coraz mocniej. Stare rany. Rany z długiego życia.
Łój ją dogonił.
- Można chyba powiedzieć, że sam się prosił - powiedział.
Milczenie.
- Gdybyś pozwoliła mu tak dalej gadać, sam bym mu chętnie przywalił.
Milczenie.
- Może by się tym nie przejął, ale i tak bym mu przywalił.
- To był błąd - burknęła Vick. - Nic nie poradzimy na fakt, że świat
jest pełen łajdaków. Możemy co najwyżej decydować o tym, jak sobie z nimi radzić.
Łój uśmiechnął się do niej nieśmiało.
- Więc nie jesteś wcale z drewna - zauważył.
Poruszała obolałymi palcami i skrzywiła się z bólu.
- Moja ręka na pewno nie jest.
- Mogło być gorzej. Przynajmniej teraz tubylcy dowiedzą się o czymś, w co ja nigdy nie wątpiłem. - Uśmiechnął się nieco odważniej. - Że nie
warto z tobą zadzierać.
Nie odpowiedziała uśmiechem. Ludzie, do których się uśmiechała, źle
kończyli.
- Fakty są takie, że drepczemy w miejscu. Zostały dwa tygodnie, a my
więcej głosów straciliśmy, niż pozyskaliśmy. Zasrany Solumeo Shudra jest
za dobry w swoim fachu. - Vick z roztargnieniem rozmasowała obite
knykcie. - Musimy go wyeliminować z gry.
- Niby tak, ale... - Łój nachylił się ku niej, szepcząc: - Jeżeli go
zabijesz, wszyscy zwrócą się przeciwko nam. To słowa Lorsena.
- Za wszelką cenę - przypomniała Vick. - To słowa Jego Eminencji.
Łój znów zrobił zmartwioną minę.
- Łatwo mu mówić. Nie on będzie płacił.
Niektóre rany nigdy się nie goją
- Zgniotę cię jak pluskwę - warknął Leo.
Dźgnął i zmusił Juranda do sparowania pchnięcia. Słysząc szczęk stali,
od razu poczuł się lepiej. Na pamięć poległych, ależ się stęsknił za
mieczem w dłoni!
- Tak jak zgniotłeś Stoura Zmierzchuna? - Jurand odpowiedział
pchnięciem. Stal ponownie zgrzytnęła o stal.
- Właśnie tak.
Leo zrobił wypad... i niemal zawył z bólu, czując znajome szarpnięcie w zranionym udzie. Musiał powstrzymać cios i udać, że to tylko finta.
Rozczarowanie zabolało jeszcze bardziej.
Jurand przeszedł do natarcia, szczerząc zęby w uśmiechu.
- Czyli wykrwawisz się niemal na śmierć, okażesz się ewidentnie słabszym
szermierzem i mimo to wygrasz, ponieważ ja jestem aroganckim durniem?
Antaup, Glaward i Jin parsknęli śmiechem. Jakżeby inaczej. Leo się nie
śmiał. Im więcej upływało czasu, tym mniej podobała mu się opowiadana
przez jego przyjaciół wersja tamtej historii - wolał tę bardziej
pochlebną, znalezioną pewnego dnia w jakimś pamflecie, wedle której
niezrównany Młody Lew pokonał Stoura Zmierzchuna w pojedynku, rzucił
żart albo dwa, po czym kazał mu gryźć ziemię na oczach stryja, a wszystko to w obronie honoru pięknej czarodziejki. Nie było w niej mowy
o tym, że od tamtej pory nie może normalnie chodzić.
Nie licząc prawdziwych pojedynków, walki sparingowe zawsze były jego
ulubionym zajęciem. Próbował teraz wykrzesać z siebie ten swobodny
uśmiech, z jakim zwykł był fechtować: jak kot, który bawi się myszą.
Może nie dorównywał Stourowi Zmierzchunowi w sztuce władania mieczem,
ale od Juranda zawsze był wyraźnie lepszy - i zamierzał to udowodnić,
nie oglądając się na ból.
- Ha!
Dwoma zajadłymi cięciami zbił klingę Juranda najpierw w jedną stronę,
potem w drugą. O tak, od razu lepiej! Zrobił wypad, szykując się do
pchnięcia, które będzie musiało zaboleć nawet przy stępionym ostrzu... i nagle sapnął i stęknął, gdy po przeniesieniu ciężaru ciała zraniona noga
ugięła się pod nim.
Jurand z dziecinną łatwością uniknął jego słabowitego pchnięcia, wyminął
go i ciął odsłonięty bok. Leo skręcił się w talii, próbując odbić cios.
Niemal stracił przy tym równowagę i krzyknął jak mała dziewczynka. Ból
przeszył jego udo, kolano nie wytrzymało, a on złapał się za nogę i runął jak długi na plecioną z sitowia matę.
- Do diabła! Nic ci się nie stało?
- Nie! - burknął, odtrącając wyciągniętą dłoń Juranda. - Ta przeklęta
noga daje mi w kość jak nigdy dotąd!
Chciało mu się rzygać. Miał dość bólu, dość współczucia, dość wściekania
się i dość przepraszania za to, że się wścieka.
Widząc urażoną minę Juranda, z wysiłkiem wziął się w garść.
- Przepraszam, zawsze myślałem, że uda mi się zbywać ból śmiechem, ale
on nie ustępuje ani na chwilę. Boli, kiedy się budzę, i boli, kiedy
kładę się spać. Przejście przez pokój to walka. Zostawienie czegoś przez
nieuwagę na piętrze to katastrofa.
- Daj, pomogę ci. - Glaward wyciągnął do niego rękę jak ojciec do
zapłakanego berbecia.
- Łapy precz! Nie jestem kaleką, do kurwy nędzy!
Jin z Antaupem wymienili zatroskane spojrzenia. Nic tak głośno nie
krzyczy "Jestem kaleką!", jak uparte zaprzeczanie temu faktowi.
Zanim Glaward zdążył cofnąć dłoń, Leo złapał ją, podciągnął się i wstał.
Przez chwilę stał tak, balansując na zdrowej nodze i dysząc ciężko,
zanim w końcu zazgrzytał zębami i pogodził się z tym, co nieuchronne.
- Podaj mi laskę! - warknął do Juranda.
- Wiesz, co by ci dobrze zrobiło? - Glaward zmiażdżył ramiona Leo w uścisku, od którego ten poczuł się jeszcze gorzej. - Gdybyś znowu
dosiadł konia.
- Bo tam jest twoje miejsce - dodał Antaup, unosząc zaciśniętą pięść. -
Powinieneś jechać na czele szyku! Prowadzić ludzi!
- Do tego przydałaby się jakaś bitwa - mruknął niechętnie Leo. - A może
sugerujesz, że miałbym ich prowadzić w kółko dookoła rezydencji lorda
gubernatora?
- W Stariklandzie zawsze ktoś z kimś walczy - zauważył Glaward. -
Podobno buntownicy dają ostatnio nieźle popalić lordowi gubernatorowi
Skaldowi. Nie odtrąciłby pomocnej dłoni.
- A niechęć wobec Styryjczyków narasta - dodał Antaup. - Zachodni Port
to dziś istna beczka prochu, tak słyszałem: wystarczy jednak iskra i...
BAM! - Uśmiechnął się, pokazując gestami wybuch. - A tamtejsze
kobiety... - Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Zatroskany Kipielnik Jin przeczesał palcami coraz gęstszą brodę.
- Nie powiem, żeby śpieszno mi było do wojny ze Żmiją z Talinsu -
przyznał. - Trzy razy pokonała króla Jezala, a dziś jest jeszcze
silniejsza.
- Nie trzeba było być Stolicusem, żeby pobić Jezala - wytknął mu Leo,
ale Jin w gruncie rzeczy miał rację: historia pochopnych najazdów na
Styrię nie wyglądała zachęcająco.
- Jeżeli szukasz słabego przeciwnika - Glaward odął dolną wargę - to
Gurkhulczycy powinni się nadać. Cesarstwo legło w gruzach. Stracili
Proroka. Kapłani, książęta, watażkowie i gubernatorzy walczą między sobą
o władzę.
- Jak na Północy w dawnych, niedobrych czasach - powiedział Jin.
W dawnych niedobrych czasach na Północy rozgrywały się porywające
opowieści o wyczynach Wilczarza. To wtedy wykuwała się legenda takich
imion jak Bethod, Czarny Dow i Krwawa Dziewiątka. Imion, na których
dźwięk burzyła się krew.
- Tak mówisz? - Leo zacisnął pięści.
Antaup uniósł brwi bardzo, bardzo wysoko.
- Unia zgłasza słuszne pretensje do Dagoski.
Leo zrobił podobną minę.
- Dagoska powinna należeć do nas - zauważył.
Spojrzeli we czterech po sobie, niepewni, czy jeszcze żartują, czy już
mówią serio.
- Trzeba przyznać, że klimat mają tam przyjemny. - Jin poklepał Leo po
twarzy wielgachną łapą. - Od razu wróciłyby ci rumieńce!
Leo odepchnął jego rękę, ale pomysł przypadł mu do gustu. Na samą myśl o tym, że mógłby znów prowadzić kampanię wojskową, rwanie w nodze słabło.
Odzyskać Dagoskę dla Unii? Ach, jak by go wtedy wychwalano w pamfletach!
Wszyscy musieliby mu oddać hołd i dać nagrodę lepszą niż tandetnie
błyszczący miecz.
- Jak myślisz, Jurandzie, jak moglibyśmy przetransportować tam wojsko?
Wytrzeszczone oczy i zgroza malująca się na twarzy przyjaciela nieco
ostudziły jego zapał.
- Powiedz, że żartujesz - poprosił Jurand.
- Jak to?
Jurand spojrzał spode łba na pozostałych, którzy - niczym psotne
dzieciaki przyłapane przez dyrektora szkoły na rozrabianiu - jeden po
drugim spuszczali głowy z zażenowaniem.
- Jeszcze nie wydobrzał po poprzednim pojedynku na śmierć i życie, a wy
już na wyścigi namawiacie go do kolejnego?
- Gadasz jak moja matka! - żachnął się Leo.
- Ktoś musi. Już wcześniej, kiedy byłeś po prostu Młodym Lwem, bywałeś
nieznośny. Dziś jesteś lordem gubernatorem Anglandu, do licha! Masz pod
sobą całą prowincję, rzeszę ludzi, którzy na ciebie liczą. Nie możesz
wywoływać wojen, kiedy przyjdzie ci na to ochota, tylko dlatego, że się
nudzisz!
Leo jeszcze przez chwilę stał i szczerzył ze złością zęby, gotowy do
bójki, ale zaraz oklapł. Nie umiał długo złościć się na Juranda.
- Masz rację, draniu - przyznał.
- On zawsze ma rację - dodał smętnie Glaward.
- Jest z nas najmądrzejszy - zawtórował mu Antaup, odrzucając z czoła
kosmyk ciemnych włosów.
- Zdrowy rozsądek zwyciężył - powiedział Jurand. Wcisnął laskę w dłoń
Leo i odszedł, kręcąc głową.
- Trochę szkoda - mruknął Jin.
- Ano szkoda - zgodził się z nim Leo.
***
- Otrzymaliśmy list od Jego Wysokości...
- Od jego Zamkniętej Rady, chciałaś powiedzieć - mruknął zrzędliwie lord
Mustred.
- Albo od Kulasa i jego kumpli - burknął równie zrzędliwie lord
Clensher.
Ci dwaj potrafili zrzędzić jak nikt inny. Mogliby startować w konkursach
na największego zrzędę. Do czego zresztą sprowadzały się te narady.
Matka Leo odkaszlnęła.
- Proszą nas o ściągnięcie dodatkowych stu tysięcy marek w podatkach...
- Znowu?! - zapytał Leo głosem piskliwym ze zgrozy.
Zebrane przy stole dostojne persony - zarówno siwowłose, jak i całkiem
łyse - zgodnie pokręciły głowami.
- Twierdzą, że skoro na Północy zapanował pokój, dochody powinny
wzrosnąć. Ich zdaniem Angland nie potrzebuje już też tak licznej
armii...
- Przecież ten pokój utrzymuje się właśnie dlatego, że mamy liczną
armię! - Leo spróbował zerwać się na równe nogi, ale tylko się skrzywił,
gdy ból przeszył mu udo, i bezradnie osunął się z powrotem na krzesło.
Zacisnął zęby, zacisnął pięści, w ogóle wszystko zacisnął. - Może
zamierzają przynajmniej pokryć koszty wojny?
Jego matka znów odchrząknęła.
- Nic o tym nie piszą...
- Jesteśmy poddanymi króla czy jego żywym inwentarzem? - warknął
Mustred. - To nie do przyjęcia!
- Hańba! - zawtórował mu Clensher.
- Absurd!
- Łotry bezczelne! - Leo grzmotnął pięścią w stół, aż podskoczyły
wszystkie papiery na blacie i większość starców na krzesłach. - Jak
śmią, łajdaki?! Podczas wojny przysyłali tylko życzenia powodzenia, a dziś, w czasach pokoju, wysuwają coraz to nowe żądania! Słowo daję,
zażyczyliby sobie moich jąder w worku, gdyby tylko uznali, że mogą za
nie dostać dobrą cenę!
- Panowie? - Matka Leo z uśmiechem powiodła wzrokiem po sali. - Możecie
na chwilę zostawić nas samych?
Starzy lordowie Anglandu powlekli się do wyjścia - znużone głosy,
znużone nogi, a jednak Leo miał wrażenie, że nie są nawet w połowie tak
zmęczeni, jak on się czuje. Jako lord gubernator miał masę obowiązków.
Gdyby nie spędzał po cztery godziny dziennie za biurkiem, utonąłby w papierach. Nie miał pojęcia, jak matka sobie z tym radziła, i jakaś jego
cząstka, wcale niemała, żałowała, że musiał przejąć jej kompetencje.
- Ma pan nasze pełne poparcie, lordzie Brock. - Wąsy Mustreda aż
zawibrowały z lojalności, gdy przystanął na chwilę w progu.
- Bezwarunkowe. - Policzki Clenshera zatrzęsły się, gdy z animuszem
kiwał głową. - Niech piekło pochłonie tych drani z Zamkniętej Rady!
I zamknął za sobą drzwi.
W ponurej komnacie na moment zrobiło się cicho. Złość powoli opuszczała
Leo. Zbierał się na odwagę, żeby spojrzeć matce w oczy i zobaczyć w nich
znajomą mieszankę rozczarowania, irytacji i rezygnacji, którą
doskonaliła, odkąd pamiętał.
- Co teraz, kolejne przeklęte kazanie?
- Raczej usilna prośba, Leo. - Wzięła go za rękę i mocno ścisnęła. -
Jestem tak samo poirytowana jak ty, naprawdę, ale jesteś teraz lordem
gubernatorem. Musisz zachować cierpliwość.
- Jak mam to zrobić?
Nie mógł usiedzieć spokojnie. Wyrwał dłoń z dłoni matki, przekuśtykał do
jednego z wąskich okien i z wysiłkiem je otworzył, stęskniony za świeżym
powietrzem. Spojrzał ponad lśniącymi od deszczu dachami Ostenhormu w stronę szarego morza. Rozmasował obolałą nogę.
- Jesteś pewna, że się do tego nadaję? Do rozpatrywania błahych skarg?
Szczęśliwszy jestem na wojnie niż w czasach pokoju.
- Twój ojciec był taki sam, ale rolą lorda gubernatora jest zarządzanie
krajem w czasie pokoju. Zamknięta Rada wie, że Zmierzchun cię szanuje...
- Wielki Wilk szanuje tylko but, który depcze mu kark! A oni chcą nas
rozbroić! Jak można być tak ślepym?! Nie minęło pół roku, odkąd
musieliśmy walczyć o życie, nie mogąc liczyć na żadną pomoc tych
łajdaków!
- Wiem o tym, ale jeżeli będziesz się złościł za każdym razem, gdy
Zamknięta Rada zrobi coś irytującego, bez przerwy będziesz chodził
wściekły. Gniew, który ogarnia cię z rzadka, bywa inspirujący, ale gniew
ustawiczny zasługuje tylko na pogardę.
Leo odetchnął głęboko. Rozluźnił ramiona. Na pamięć poległych, ostatnio
rzeczywiście stale się wściekał.
- Masz rację - przyznał - i ja o tym wiem.
Powiało zimnem. Zamknął okno, zacisnął dłoń na udzie i kulejąc, wrócił
na swoje krzesło. Do swojego więzienia. Usiadł ciężko.
- Może powinieneś przestać ćwiczyć - zasugerowała matka. - Dałbyś nodze
odpocząć...
- Kiedy dałem jej odpocząć, tylko mnie bardziej rozbolała. Zacząłem
ćwiczyć. Było jeszcze gorzej. Więc dałem jej odpocząć. Nie pomogło. Nic
nie pomaga, psiakrew. Nic! Czuję się przez nią jak w potrzasku!
- Może zmiana scenerii dobrze by ci zrobiła? Lord Isher zaprasza nas na
wesele. Wycieczka do Aduy może być dobrą okazją.
- Do czego? Żeby pocałować króla w tyłek?
- Żeby przedstawić mu swoje racje. Sam mówisz, że to rozsądny człowiek.
Leo spochmurniał. Nie cierpiał tych chwil, gdy jego matka mówiła tak
sensownie; trudno mu się było wtedy z nią spierać, bo sam zaczynał gadać
od rzeczy. We dwoje z Jurandem trzymali go w bezlitosnych szczypcach
zdrowego rozsądku.
- Tak mi się wydaje - przyznał niechętnie.
- No to z nim porozmawiaj. Znajdź nowych przyjaciół w Otwartej Radzie i sojuszników w Zamkniętej. Wykorzystaj ich rywalizację dla swoich celów.
Kiedy chcesz, potrafisz być uroczy, Leo. Oczaruj ich.
Uśmiechnął się wbrew sobie.
- Czy nie mogłabyś choć raz się mylić, matko?
- Próbowałam, nawet kilkakrotnie. Ale to nie w moim stylu.
- Na pamięć poległych, co za smród! - Leo krzywił się z bólu i niesmaku,
gdy lepkie bandaże niechętnie odklejały się od zranionego uda.
- Odór jest czymś całkowicie naturalnym, Wasza Łaskawość.
Medyk nadgarstkiem poprawił zsuwające się okulary. Można by się
spodziewać, że człowiek, który nosi okulary, ale do pracy potrzebuje obu
rąk, znajdzie sobie przynajmniej taki egzemplarz, który nie będzie mu
ustawicznie spadał z nosa, ale wyglądało na to, że i w tej kwestii
(podobnie jak w wielu innych) Leo czekało rozczarowanie.
- Zepsucie wkradło się w ranę.
- Zepsucie? W jaki sposób?
- Niektóre rany tak mają, że się psują.
- Jak wszystko, psiamać.
Leo syknął, gdy chirurg przycisnął kciukami brzegi rany, wyciskając z nich gęstą żółtą łzę. Rana wyglądała jak zaczerwienione oko, które
uparcie zaciska powieki, bo woli pozostać ślepe na prawdę.
- Widziałem ludzi, którzy wracali do pełni sił po najgorszych nawet
obrażeniach - mówił dalej medyk takim tonem, jakby rozmawiali o ciekawostce naukowej, a nie o życiu Leo. - Ale widziałem też takich,
którzy umierali od ukłucia cierniem.
- A toś mi dodał otuchy...
- Jak stara jest ta rana?
- Pięć miesięcy? - stęknął Leo przez zaciśnięte zęby. - Nie, sześć...
Auć!
- Zadana mieczem?
- Zadana tym samym mieczem i w tym samym czasie, co inne. - Leo wskazał
bladą krechę blizny przecinającą mu twarz, cięcie na boku tułowia i jeszcze jedno, na ramieniu. - Tylko że tamte się zagoiły, a ta...
wygląda coraz gorzej.
- Będziemy musieli ją odsączyć. To powinno złagodzić ból.
- Rób, co musisz - wyszeptał Leo i przedramieniem otarł łzy.
- Na pewno nie chce Wasza Łaskawość plew, żeby...
- Nie! - Przed oczami Leo miał postać ojca, który pod koniec życia
majaczył i ślinił się bezrozumnie. - Nie. Muszę... zachować trzeźwość
umysłu.
Tylko po co? Żeby mógł siedzieć na krześle i patrzeć, jak jego
przyjaciele fechtują? Uczestniczyć w niekończących się dyskusjach na
temat podatków? O tak, na ten ból plewy byłyby w sam raz.
Medyk podsunął mu skórzany pasek, żeby miał na czym zacisnąć zęby.
- Radzę odwrócić wzrok, Wasza Łaskawość.
- Tak zrobię.
Dawniej błysk stali go zachwycał. Teraz, kiedy słońce zalśniło na
malutkim ostrzu, zrobiło mu się słabo.
Był Młodym Lwem! Najdzielniejszym z dzielnych! Nie przerażała go szarża
na szyk pikinierów! A teraz krzywił się z bólu na myśl o tym, że miałby
poruszyć tą nogą, dotknąć jej, oprzeć się na niej. To była jego pierwsza
refleksja, zanim cokolwiek zrobił: jak bardzo zaboli? Ktoś mógłby
pomyśleć, że człowiek stale cierpiący ból stopniowo się do niego
przyzwyczaja, ale było dokładnie odwrotnie: godzina po godzinie, dzień
po dniu ból wyczerpywał cierpliwość Leo, aż dosłownie wszystko stawało
się nie do zniesienia.
Zamiast więc cierpieć w heroicznym milczeniu, trząsł się i skomlał
podczas zabiegu, szlochał przy każdym muśnięciu noża, przy każdym
spodziewanym muśnięciu noża. Kiedy było po wszystkim, wyciągnął
ośliniony kawałek skóry spomiędzy zębów.
- Słowo daję - wychrypiał - boli bardziej, niż kiedy zadano mi tę ranę.
- W ogniu walki ból zostaje przytępiony - odparł medyk. Otarł ranę do
sucha, powąchał szmatę i skrzywił się. - Zawsze trudniej znieść ból
przewlekły niż chwilowy.
Leo wyciągnął się wygodniej, bezwładny jak wyżęta szmata.
- Kiedy się zagoi?
- Może za kilka tygodni, a może za kilka miesięcy.
- Miesięcy? - Zacisnął pięść, jakby zamierzał grzmotnąć nią w udo, ale w porę się pohamował.
- Wasza Łaskawość powinien jednak mieć świadomość... - Medyk pochylił
się nad nim, wycierając ręce. - Niektóre rany nigdy się nie goją.
- To znaczy, że już zawsze może być tak jak teraz?
- Nie można tego wykluczyć.
Leo odwrócił się do okna i zapatrzył na szare dachy i szare morze po
drugiej stronie mokrych od deszczu, deformujących obraz szybek. Czy
zostanie kaleką? Takim jak ten drań Glokta, uwięzionym za biurkiem i grzęznącym w papierach jak robal w brudzie?
Widok za oknem rozpłynął się we łzach. Żałował, że nie ma przy nim
Rikke: ona na pewno umiałaby obrócić wszystko w żart, pobłaznować, przy
niej poczułby się... dobrze. A dawno już nie czuł się dobrze.
- No, gotowe - orzekł medyk i zaczął bandażować udo, by ukryć to
obrzmiałe zaczerwienione oko.
Dawniej Leo marzył o dowodzeniu wojskiem i wielkich triumfach na polach
bitew - jak w opowieściach o bohaterach. Marzył o pojedynkach w kręgu i sławie wielkiego wojownika - jak w pieśniach. Marzył o wyjściu z cienia
matki, by pławić się w blasku chwały i uwielbienia jako lord gubernator
Anglandu.
A potem dokonał tego wszystkiego - i jak skończył?
Na tym właśnie polega problem z pieśniami: kończą się, zanim wszystko
obróci się w gówno.
Z prądem
Feler patrzył spode łba na wypalone skorupy szop i domów. Ocalały ze dwa
kominy, kilka osmolonych belek dźgało różowe niebo poranka. Odkaszlnął,
przeżuł flegmę, jakby smakował piwo, i splunął.
Lubił sobie dobrze splunąć. To chyba była jego ulubiona rozrywka.
Zaraz po zabijaniu.
- Jak wioska, z której pochodzę - powiedział.
- Coś w tym jest - zgodził się z nim Koniczyna. - Po spaleniu wszystkie
wioski wyglądają podobnie.
- Mówisz, jakbyś ich trochę widział.
- Dawno temu. - Koniczyna zamyślił się, odchrząknął, zrobił smętną minę.
- W czasie wojen, jeszcze przed twoim urodzeniem, łatwiej było na
Północy znaleźć spaloną wieś niż niespaloną. Miałem nadzieję, że tamte
dni minęły bezpowrotnie, ale wiesz, jak jest. Kiedy człowiek ma na coś
nadzieję, to jakby się dopominał o coś dokładnie przeciwnego. - Odwrócił
się, słysząc bulgoczący odgłos wymiotowania. - Ty masz jeszcze czym
rzygać?
- Już mi tylko... - Prztyczek wyprostował się i otarł usta - ...taka
jakby żółć leci.
Zerknął w stronę wioski, ale ukradkiem, kątem oka, jakby od tego miała
wyładnieć.
Dało się poznać, że to byli ludzie - tu dłoń, tam twarz - ale w większości pozostały skrawki mięsa, poprzybijane na wysokości albo
powieszone na spalonych drzewach pośrodku wioski, gdzie deszcz
przemienił popiół w czarną maź. Wokół jednego z pni coś owijało się
niczym wąż; Koniczyna miał nieprzyjemne przeczucie, że to ludzkie
wnętrzności. Scena jak żywcem wyjęta z sennego koszmaru.
- Jebani płaskogłowi - mruknął Prztyczek. Zgiął się, skulił i wykaszlał
kolejną porcję zgęstniałej, kwaśnej plwociny.
- Wodzu?
- Na pamięć poległych! - wykrzyknął Koniczyna i niemal podskoczył ze
strachu.
Sholla wychynęła z gąszczu krzewów, cicha jak wyrzut sumienia, i przycupnęła niespełna o krok od niego. Jedno wielkie, szeroko otwarte
oko błyszczało w jej umazanej popiołem twarzy, drugie ledwie łyskało
spod skudlonych włosów.
- Do nich się podkradaj, dziewczyno, nie do mnie! - zrugał ją Koniczyna.
- Mało się nie posrałem!
Prawdę mówiąc, bał się, że jednak trochę się posrał. Troszeczkę.
- Przykro mi - powiedziała.
Nie wyglądała, jakby było jej przykro. Wyglądało nijako, czyli jak
zwykle. Była zupełnie bez wyrazu.
- Powinienem ci przyczepić dzwoneczek - mruknął Koniczyna. Pochylił się
i czekał, aż serce mu się uspokoi. - Co masz?
- Płaskogłowi zostawili ślady. Zabrali owce, wełna pozaczepiała się na
gałązkach. Tropy są wszędzie, równie dobrze mogli przyjechać wozem.
Wytropię ich bez trudu. Mam to zrobić? Bo mogę. Chcesz, żebym to
zrobiła? - Może za dużo czasu spędzała w samotności, mając tylko drzewa
za towarzystwo, bo wyraźnie nie umiała odpowiednio dawkować słów: albo
mówiła mało i niechętnie, albo gadała jak najęta. - Chcesz za nimi
pójść, wodzu?
Koniczynie nadal nie odpowiadało to nazywanie go "wodzem". Najwyższy
kwiat jest często pierwszy do ścięcia, a żaden "wódz" nie dożył
przyjemnej emerytury.
- Nie - odparł. - Niespecjalnie chcę za nimi pójść. - Wskazał przybite
do drzewa szczątki. - Nie uśmiecha mi się wizja moich bebechów
wystawionych w ten sposób na pokaz.
Zapadła cisza. Spojrzenie oczu Sholli - tego widocznego i tego na wpół
ukrytego - przeskoczyło najpierw na Felera, który wzruszył potężnymi
ramionami, potem na Prztyczka, który wyprostował się z jękiem i znów
otarł usta, a potem na szczątki wśród drzew, które - rzecz jasna -
tkwiły nieruchomo na swoich miejscach.
W końcu znów spojrzała na Koniczynę.
- Ale mimo to za nimi pójdziemy? - zapytała.
Koniczyna odął policzki. Odymał je tak co rusz, odkąd Stour przydzielił
mu tę bandę wyskrobków i kazał zapolować na szanków. Kiedy wódz wysyła
cię z misją, to bierzesz się do roboty, prawda? Tak czy nie? Nawet jeśli
jest to misja odległa od tej, jaką sam byś dla siebie wybrał.
- Ano tak. - Westchnął. - Pójdziemy.
***
- Wodzu?
- No?
Prztyczek klęczał w mokrej gęstwinie, nerwowo zaciskając zbielałe pięści
na drzewcu włóczni.
- O czym myślisz?
Koniczyna wstał, wypatrując luki w listowiu, przez którą mógłby spojrzeć
w głąb doliny. Stęknął, rozprostował jedną obolałą nogę, potem drugą, w końcu znowu przykucnął.
- O przeszłości - odparł. - O wyborach, których dokonałem. O rzeczach,
które zrobiłem.
- Żal ogarnia, co? - Prztyczek z mądrą miną pokiwał głową, jakby
wiedział wszystko na temat żalu. Chociaż Koniczyna zdziwiłby się, gdyby
się okazało, że chłopak przeżył więcej niż szesnaście zim na świecie.
- A może wcale nie? Może to było pasmo triumfów i parada sukcesów, hę?
- Jakoś mi się nie wydaje.
- Cóż... - Koniczyna wziął głęboki wdech przez nos. - Trzeba płynąć z prądem. Zapomnieć o przeszłości. Rozpamiętywanie błędów nikomu nie
służy.
- Naprawdę tak uważasz?
Koniczyna już, już miał coś odpowiedzieć, ale wzruszył ramionami.
- Stale wygaduję takie rzeczy - powiedział. - Pogwarzymy jeszcze trochę
i znów palnę coś o wybieraniu właściwego momentu.
- Siła nawyku, co?
- Jestem jak żona, która od lat co wieczór podaje tę samą potrawkę i z każdym dniem coraz bardziej jej nienawidzi, ale niczego innego nie umie
ugotować.
Feler podniósł wzrok znad ostrza topora.
- Kto by się chciał ożenić z taką cipą? - prychnął.
Koniczyna odął policzki.
- Oto jest pytanie.
W tej samej chwili wróciła Sholla: pędziła w górę żlebu, przeskakiwała z kamienia na kamień, w ogóle nie próbowała się skradać. Rzuciła się w gąszcz i wyhamowała gwałtownie w poszyciu tuż obok Koniczyny. Była
zadyszana i spocona, ale poza tym wcale nie wyglądała na ofiarę pościgu,
której śmierć depcze po piętach.
- Idą? - zapytał Prztyczek głosem piskliwym ze strachu.
- Idą.
- Wszyscy? - zapytał Feler głosem chrapliwym z podniecenia.
- Praktycznie tak.
- Jesteś pewna? - spytał Koniczyna.
Spojrzała na niego zza zasłony włosów, w które wplątały się kawałki
gałązek.
- Nikt mi się nie oprze - odparła.
- Z pewnością. - Koniczyna uśmiechnął się lekko. Cudna mogłaby
powiedzieć coś takiego.
Wtedy ich usłyszał i natychmiast spoważniał. Najpierw włos mu się zjeżył
na karku od wycia jakby grasującej gdzieś w oddali wilczej sfory. Potem
zaschło mu w ustach, gdy dobiegł go klekot i szczęk jakby śpieszących mu
na spotkanie zbrojnych. A potem dłonie go zaświerzbiły, gdy usłyszał
obłąkane węszenie, chrząkanie, jazgotanie i pohukiwanie, jakby stado
wygłodniałych wieprzy skrzyżowane z bandą rozjuszonych gęsi pędziło mu
na spotkanie.
- Przygotować się! - syknął. Otaczający go ludzie mocniej ścisnęli broń.
- Jak mawiał Rudd Trójdrzewiec: postarajmy się zrobić to tak, żebyśmy to
my zabili ich, a nie odwrotnie. - Szturchnął Shollę rantem tarczy. -
Cofnij się, ale już.
- Umiem walczyć - odparowała szeptem. W rękach trzymała siekierę i paskudny długi nóż o wąskim ostrzu. - Na pewno lepiej niż ten mistrz
rzygania.
Prztyczek zrobił urażoną minę, ale nie dało się ukryć, że z lekka
pozieleniał na twarzy.
- Takich, co umieją walczyć, to ja mam na pęczki - powiedział Koniczyna
- ale mam tylko jedną taką, która potrafi się podkraść i zaskoczyć
wiewiórkę. Cofnij się, powiedziałem.
Dostrzegł coś wśród drzew, jakiś ruch, za chwilę drugi, a potem wypadli
z gąszczu na otwartą przestrzeń, wyroili się w żlebie i wtłoczeni między
strome zbocza rzucili się w górę, prosto na niego. Dokładnie tak, jak to
zaplanował.
Chociaż w tej akurat chwili ten plan nie wydawał się najszczęśliwszy.
Wrzeszczeli i zawodzili, biegli, pędzili, gnali na złamanie karku,
kuśtykali na nogach nierównej długości, wściekła, zbita masa, mrowie
zębów i kłąb pazurów, powykręcani i zdeformowani, ludzkie karykatury
ugniecione z gliny przez dzieci pozbawione smykałki do rzeźbienia.
- O kurwa... - jęknął Prztyczek.
Koniczyna mocno ścisnął go za ramię.
- Tylko spokojnie.
W takiej chwili każdy choć trochę myśli o tym, żeby rzucić się do
ucieczki, a wystarczy jeden, który naprawdę to zrobi, by przekonać
wszystkich, że to znakomity pomysł - i zanim się człowiek zorientuje,
staje się zwierzyną ściganą przez las, zamiast świętować zwycięstwo. A kolana Koniczyny stanowczo za bardzo zesztywniały z wiekiem, żeby mógł
być choćby myśliwym, nie mówiąc o byciu zwierzyną.
- Spokojnie - syknął ponownie.
Szankowie byli coraz bliżej, słońce lśniło na ich poszczerbionej broni,
pancerzach i nitach wprawionych wprost w gruzłowate ciała.
- Spokojnie - powtórzył bezgłośnie.
Patrzył, czekał, starał się wyczuć najlepszą chwilę. Teraz już widział
ich twarze - o ile można było to coś nazwać twarzami. Ten na przedzie
miał na głowie zakrwawiony kobiecy czepek, drugi wymachiwał zardzewiałym
mieczem, trzeci nałożył sobie końską czaszkę, a czwarty hełm zrobiony z łyżek powyginanych w ogniu albo może przybitych do głowy, bo poharatane
ciało nabrzmiało wokół metalowych prętów.
Trzeba łapać chwilę, zanim przecieknie ci przez palce.
- Włócznie! - ryknął Koniczyna.
Z podszycia wychynęli zbrojni, mierząc długimi włóczniami w dół, w stronę żlebu, żeby odciąć płaskogłowym możliwość ucieczki. Zaskoczeni
lasem lśniących ostrzy szankowie próbowali się zatrzymać, drapiąc ziemię
pazurami. Jednemu się nie udało: wpadł na włócznie, z których jedna
przebiła mu gardło, i zawisł na niej. Próbował jeszcze zawrócić, ale z niejakim zdumieniem stwierdził, że nie może tego zrobić.
Koniczynie prawie zrobiło się go żal, ale żałowanie kogokolwiek zawsze
jest stratą czasu. Zwłaszcza podczas bitwy.
- Strzały! - zakomenderował.
Łucznicy wychynęli zza głazów po obu bokach żlebu. Zaśpiewały cięciwy i strzały sypnęły się na szanków: rykoszetowały, klekotały, trafiały w ciało. Jeden płaskogłowy machał bezradnie ramionami, próbując wykręcić
rękę i dosięgnąć tkwiącego w szyi drzewca. Strzelcy napinali łuki i słali strzałę za strzałą, z wielką łatwością, jakby dokonywali rzezi
jagniąt w zagrodzie. Jakaś zabłąkana włócznia pofrunęła w drugą stronę,
ale odbiła się od głazu, nie czyniąc nikomu krzywdy.
Płaskogłowi byli wstrząśnięci. Wyglądało na to, że szankowie wcale nie
różnią się tak bardzo od ludzi, gdy stłoczyć ich w żlebie i zasypać
deszczem strzał. Jeden próbował się wspiąć po skałach: zebrał trzy
strzały i spadł na drugiego, idącego za nim. Trzeci rzucił się na
zjeżone włócznie: jeden grot rozpruł mu bebechy, inne zerwały z barku
metalową płytę pancerza i przeszły na wylot. Czwarty wlókł piątego, ze
strzałą w piersi, próbując odciągnąć go na tyły szyku.
Całkiem jak człowiek, pomyślał Koniczyna. I to lepszy człowiek niż ja.
Krzyczą jak ludzie, krwawią jak ludzie... Ciekawe, czy czują też jak
ludzie.
Wlokący dostał strzałą w czoło, padł na wleczonego i na tym skończyło
się okazywanie ludzkich uczuć - z obu stron.
Koniczyna wyczuł, że szyk szanków zaraz się załamie.
- Topory! - zagrzmiał.
Włócznicy się rozstąpili. Wyszło im to całkiem sprawnie, niewiele gorzej
niż na ćwiczeniach, co - zważywszy na okoliczności - zakrawało na cud.
Przez lukę przelała się fala najlepszych wojowników, jakich dał mu
Stour: kolczugi, tarcze i solidne topory runęły na szanków z góry z takim łoskotem, jakby grad bębnił w blaszany dach.
Feler znalazł się w pierwszy szeregu, naturalnie. To był kawał
skurczybyka, i to szurniętego skurczybyka, kompletnie obojętnego na
własne bezpieczeństwo; zwykle człowiek albo szybko z tego wyrasta, albo
jeszcze szybciej od tego ginie. Świetny wojownik, którego jednak nikt
nie chciał mieć u siebie w drużynie, bo łatwo ponosiły go emocje, a wtedy nie oglądał się na to, komu pierwszemu przywali.
Z drugiej strony, kiedy każą ci walczyć z potworami, warto mieć potwora
albo dwa w swoich szeregach. Feler najszczęśliwszy był wtedy, kiedy
szarżował wprost na Wielkiego Rozjemcę - przypominał tym Koniczynie jego
samego sprzed dwudziestu lat, kiedy nazywali go Jonasem Stromiarzem, a niepowodzenia jeszcze nie nauczyły go ostrożności. Właśnie zaczynał
sobie gratulować w duchu, że trzyma się z dala od walki, gdy jeden z włóczników zarzęził przeraźliwie i padł, trzymając się za bark, a ze
sfory wynurzył się ryczący szanka-olbrzym z nabijaną ćwiekami pałą w garści.
Koniczyna nigdy jeszcze nie widział szanki, który by był taki wielki i tak bardzo zakuty w żelazo. Płaskogłowi lubili sobie przynitowywać do
ciała wszelkie kawałki metalu, jakie wpadły im w łapy, ale ten był
dosłownie w całości okryty płytami kutej stali. Ślina pryskała mu z pyska, gdy uderzeniem pałki powalił kolejnego przeciwnika. Ludzie cofali
się przed nim pośpiesznie, a Koniczyna - z nisko opuszczoną głową i wysoko podniesioną tarczą - wcale nie wstydził się przyznać, że też
znalazł się wśród nich.
Wielki szanka zrobił krok do przodu, zamachnął się pałą... a potem
zaskrzeczał i osunął się na jedno kolano. To Sholla zakradła się do
niego od tyłu, wsunęła ostrze noża w szparę między dwiema płytami
okrywającymi mu łeb i spokojnie, jakby wbijała gwóźdź, grzmotnęła
toporkiem w głowicę noża. Z charakterystycznym głuchym bonk! nóż
wszedł w głowę szanki aż po rękojeść i wyłupił jedno ślepie z zakutej w stal czaszki. Szanka runął na ziemię z takim hukiem jak skrzynia pełna
garnków.
- O kurwa... - sapnął Koniczyna.
- Mówiłam przecież, że umiem walczyć - przypomniała mu Sholla.
Wyglądało na to, że walka się skończyła. Niedobitki szanków rzuciły się
do ucieczki. Koniczyna patrzył, jak jeden z nich zostaje ścięty w fontannie krwi, drugi pada ze strzałą w plecach, a dwóch kolejnych pędzi
w dół żlebu dwakroć szybciej, niż wcześniej przybyli.
- Nie strzelajcie! - zawołał do łuczników. - Niech uciekają, zaniosą
wiadomość do swoich. Dopóki zostaną po północnej stronie gór, będą mieli
spokój. Zapuszczą się na południe? Wielki Rozjemca czeka.
Feler odprowadził uciekinierów dzikim wzrokiem; miał pianę na brodzie i krew na twarzy. Nikt nie miał ochoty go powstrzymywać, Koniczyna
również, prawdę mówiąc, ale jak się jest wodzem, to czasem człowiek nie
ma innego wyjścia. Czasem nie można rozłożyć rąk i powiedzieć, że to nie
twój problem.
Dlatego podszedł do Felera. Jedną dłoń uniósł w pojednawczym geście,
drugą muskał rękojeść noża za pasem. Zawsze warto mieć nóż pod ręką.
- Spokojnie - powiedział jak do rozjuszonego psa. - Spokojnie.
Feler zmierzył go spojrzeniem - całkiem łagodnym jak na niego.
- Jestem spokojny, wodzu. - Starł krew zalewającą mu oczy. - Ale
krwawię.
- Własna gęba to kiepski oręż.
Koniczyna cofnął rękę znad noża i powiódł wzrokiem po posiekanych,
podziurawionych włóczniami i najeżonych strzałami trupach zaściełających
żleb. Walka wygrana, a on w ogóle nie musiał użyć broni.
- Na pamięć poległych... - mruknął Prztyczek. Nabity na czubek jego
włóczni szanka wciąż jeszcze drżał spazmatycznie.
- Trafiłeś jednego - zauważył Feler. Przydepnął kark płaskogłowego i rozrąbał mu czaszkę.
- Na pamięć poległych - powtórzył Prztyczek, wypuścił włócznię z rąk i zwymiotował.
- Pewne rzeczy się nie zmieniają - zauważyła Sholla, usiłując wyrwać nóż
tkwiący w głowie olbrzymiego szanki.
- Poszło dokładnie tak, jak mówiłeś, wodzu. - Feler kopniakiem odwrócił
trupa na wznak. Szanka gapił się teraz w niebo.
- Nie powinieneś był we mnie wątpić - odparł Koniczyna. - Najważniejszą
bronią w walce nie jest włócznia, łuk ani topór.
- Tylko co? - Prztyczek zamrugał. - Miecz?
- Zaskoczenie - wyjaśnił Koniczyna. - Zaskoczony bohater tchórzy, siłacz
słabnie, a mędrzec głupieje.
- Paskudne z nich skurwysyny, nie? - Sholla pociągnęła raz, drugi,
trzeci, ostatecznie zatoczyła się w tył i omal nie przewróciła, gdy w końcu udało jej się oswobodzić ostrze.
- Nie lubię krytykować wyglądu innych - powiedział Koniczyna. - Czuję,
że wchodzę wtedy na grząski grunt. Powiedz mi, Feler, nie terminowałeś
ty kiedy u rzeźnika?
- Terminowałem.
- W takim razie pokierujesz porąbaniem skurczybyków na kawałki.
- A ty co, kiełbaski z nich chcesz porobić?
Niektórzy roześmiali się na te słowa - teraz, gdy walka się skończyła, a ich czekała nagroda, byli gotowi śmiać się z byle czego.
- Problem z kiełbasą polega na tym, że nigdy nie wiadomo, co jest w środku - powiedział Koniczyna - a ja nie chcę, żeby ktoś miał
jakiekolwiek wątpliwości. Urządź im taką samą jatkę, jak oni mieszkańcom
wioski. Może nie umiemy się z szankami dogadywać, ale głowy powieszone
na drzewie to uniwersalny język. Przy okazji zbierz parę łbów do
jakiegoś wora, zaniesiemy je Stourowi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki