Kłopotliwy pokój - Joe Abercrombie

Kup ebooka

46.00 zł
39.10 zł (38,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Krzywdy tego świata

- Nikomu chyba nie będzie prze­szka­dzało, jeśli chwi­lowo się tego pozbędę? - Orso rzu­cił koronę na stół i roz­ma­so­wał obo­lałe miej­sca powy­żej skroni. Bły­skotka zakrę­ciła się na bla­cie, złoto zalśniło w sno­pie świa­tła wio­sen­nego słońca roz­pro­szo­nego na dro­bin­kach kurzu. - Dia­bel­stwo strasz­nie obciera skórę.

Gdzieś tu kryła się meta­fora: brze­mię wła­dzy, cię­żar kró­lew­skiej korony... Ale Zamknięta Rada na pewno wszystko to sły­szała już wcze­śniej.

Gdy tylko usiadł, zaczęli zaj­mo­wać miej­sca. Krzy­wili się, gnąc stare grzbiety. Stę­kali, sadza­jąc stare tyłki na twar­dym drew­nie krze­seł. Poję­ki­wali, wsu­wa­jąc stare kolana pod stół ugi­na­jący się pod sto­sami papie­rów.

- Gdzie naczel­nik wydziału podat­ko­wego? - zapy­tał ktoś, wska­zu­jąc ruchem głowy puste krze­sło.

- Musiał wyjść. Pęcherz go drę­czy.

Odpo­wie­dzią był chó­ralny jęk.

- Możesz zwy­cię­żyć w tysiącu bitew - rzekł lord mar­sza­łek Brint, wpa­trzony w dal, jakby stał naprze­ciw wro­giej armii, i okrę­cił pier­ścio­nek na małym palcu - ale z wła­snym pęche­rzem nie wygrasz.

Orso (młod­szy od pozo­sta­łych zebra­nych o dobre trzy­dzie­ści lat) uwa­żał swój pęcherz za jeden z naj­mniej inte­re­su­ją­cych orga­nów.

- Jest jedna sprawa - powie­dział - nim zaczniemy.

Wszy­scy spoj­rzeli na niego - wszy­scy prócz sie­dzą­cego przy prze­ciw­le­głym krańcu stołu Bay­aza: legen­darny mag wyglą­dał przez okno na pała­cowe ogrody, w któ­rych poja­wiały się pierw­sze pąki kwia­tów.

- Posta­no­wi­łem udać się na objazd Unii - zaczął Orso, siląc się na sta­now­czy ton. Wład­czy nawet. Kró­lew­ski. - Zamie­rzam odwie­dzić każdą pro­win­cję i każde duże mia­sto. Kiedy po raz ostatni król wizy­to­wał Sta­ri­kland? Czy mój ojciec kie­dy­kol­wiek tam był?

Arcy­lek­tor Glokta się skrzy­wił. Bar­dziej niż zwy­kle.

- Sta­ri­kland zawsze miał opi­nię nie­bez­piecz­nego miej­sca, Wasza Wyso­kość - odparł.

- I nie­po­korny cha­rak­ter. - Lord kanc­lerz Goro­dets z roz­tar­gnie­niem przy­gła­dzał długą brodę w szpic, mierz­wił ją i znów ugła­ski­wał. - A teraz jest jesz­cze gorzej.

- Ale ja muszę wyjść do ludzi! - Dla doda­nia powagi swoim sło­wom Orso grzmot­nął dło­nią w stół. Jego doradcy nie mieli w sobie za grosz ludz­kich uczuć! Wszystko w Bia­łej Sali było zimne, oschłe, bez­na­miętne, wyra­cho­wane. - Muszę im poka­zać, że wszy­scy jeste­śmy czę­ściami jed­nego wiel­kiego przed­się­wzię­cia. Człon­kami jed­nej rodziny. Jeste­śmy Unią czy nie? Bo jeśli tak, to powin­ni­śmy się zuni­fi­ko­wać, do dia­bła!

Ni­gdy nie chciał zasia­dać na tro­nie, bycie kró­lem bawiło go jesz­cze mniej niż wcze­śniej bycie następcą tronu, choć wyda­wało się to nie­moż­liwe, ale skoro już tym kró­lem został, to zamie­rzał zro­bić ze swo­jej roli dobry uży­tek.

- To wspa­niały pomysł, Wasza Wyso­kość. - Na znak apro­baty lord szam­be­lan Hoff wiotką dło­nią pokle­pał lekko blat stołu.

- Wspa­niały - zawtó­ro­wał mu naj­wyż­szy sędzia Bruc­kel, który miał talent ora­tor­ski dzię­cioła i dość podobny dziób. - Pomysł.

- Szla­chetny zamiar - dodał Goro­dets, choć uzna­nie zawarte w jego sło­wach nie zna­la­zło odbi­cia w oczach. - W dodatku świet­nie ujęty w słowa.

Jeden sta­rzec prze­kła­dał papiery, inny wpa­try­wał się w swoje wino z taką miną, jakby coś zde­chło mu w kie­liszku. Goro­dets w dal­szym ciągu gła­dził się po bro­dzie, minę miał jed­nak taką, jakby na języku czuł smak szczyn.

- Ale? - Orso zaczy­nał się uczyć, że w Zamknię­tej Radzie zawsze jest co naj­mniej jedno "ale".

- Ale... - Hoff zer­k­nął na Bay­aza, który odpo­wie­dział led­wie zauwa­żal­nym przy­zwa­la­ją­cym ski­nie­niem głowy. - Może warto byłoby pocze­kać na lep­szy, bar­dziej sprzy­ja­jący moment? Na spo­koj­niej­sze czasy? Tu, na miej­scu, jest wystar­cza­jąco wiele pil­nych spraw, które wyma­gają uwagi Waszej Wyso­ko­ści.

- Wiele. - Naj­wyż­szy sędzia sap­nął ciężko. - Pil­nych spraw.

Z piersi Orso wydarło się coś pomię­dzy gar­dło­wym pomru­kiem i wes­tchnie­niem. Jego ojciec zawsze nie­na­wi­dził Bia­łej Sali, jej suro­wych, twar­dych krze­seł i zasia­da­ją­cych na nich suro­wych, twar­dych ludzi. Prze­strze­gał go, że z posie­dzeń Zamknię­tej Rady ni­gdy nie wynika nic dobrego - ale jeśli nie mógł cze­goś zała­twić tutaj, to gdzie? Prze­cież to ta mała, duszna, pozba­wiona wyrazu kom­nata była ośrod­kiem wła­dzy.

- Suge­ru­je­cie, że beze mnie tryby machiny pań­stwo­wej się zatrą? - zapy­tał. - Nie prze­sa­dza­cie z tym sło­dze­niem mi?

- Nie­któ­rych spraw król musi doglą­dać oso­bi­ście - zauwa­żył Glokta. - W Val­becku zadano Destruk­to­rom miaż­dżący cios...

- Nie­wdzięczne zada­nie - wtrą­cił Hoff pochleb­czo lep­kim, ośli­złym gło­sem - które zostało dosko­nale wyko­nane, Wasza Wyso­kość.

- ...ale daleko jesz­cze do ich uni­ce­stwie­nia - pod­jął Glokta. - Ci zaś, któ­rzy zbie­gli, od tam­tej pory dodat­kowo się... zra­dy­ka­li­zo­wali.

- Robot­nicy. - Naj­wyż­szy sędzia Bruc­kel gwał­tow­nie pokrę­cił głową. - Bun­tują się. Orga­ni­zują. Straj­kują. Napa­dają. Na ludzi. Fabryki.

- I jesz­cze te par­szywe ulotki - dodał Brint.

Znów roz­legł się chó­ralny jęk.

- Prze­klęte. Ulotki.

- Daw­niej uwa­ża­łem próby edu­ko­wa­nia pospól­stwa za stratę czasu. Dzi­siaj sądzę, że sta­no­wią zagro­że­nie.

- Ten prze­klęty Tkacz ma lek­kie pióro.

- A te obsce­niczne drze­wo­ryty?

- Pod­bu­rzają lud do nie­po­słu­szeń­stwa!

- Wznie­cają nie­po­koje!

- Mówią o nad­cho­dzą­cej Wiel­kiej Zmia­nie.

Seria tików wstrzą­snęła lewą czę­ścią zma­sa­kro­wa­nej twa­rzy Glokty.

- Obwi­niają Otwartą Radę - powie­dział. Publi­ko­wane przez bun­tow­ni­ków kary­ka­tury przed­sta­wiały człon­ków Otwar­tej Rady jako świ­nie wal­czące o dostęp do koryta. - Obwi­niają Zamkniętą Radę. - Na kary­ka­tu­rach człon­ko­wie Zamknię­tej Rady dymali się nawza­jem. - Obwi­niają Waszą Wyso­kość. - A król dymał wszystko, co napo­tkał. - Obwi­niają banki.

- Roz­po­wszech­niają nie­do­rzeczne plotki, jakoby dług wobec domu ban­ko­wego Valint i Balk para­li­żo­wał kraj... - Goro­dets zawie­sił głos.

W sali zapa­dło ner­wowe mil­cze­nie.

Bayaz w końcu ode­rwał harde spoj­rze­nie zie­lo­nych oczu od okna i spoj­rzał na sie­dzą­cych przy stole.

- Trzeba poło­żyć kres temu zale­wowi fał­szy­wych infor­ma­cji - stwier­dził.

- Znisz­czy­li­śmy tuzin pras dru­kar­skich - odparł Glokta - ale oni cały czas budują nowe, coraz mniej­sze i mniej­sze. Dzi­siaj każdy głu­piec może napi­sać, wydru­ko­wać i opu­bli­ko­wać swoje zda­nie na każdy temat.

- Postęp! - bia­dał Bruc­kel, prze­wra­ca­jąc oczami.

- Ci prze­klęci Destruk­to­rzy są jak krety w ogro­dzie - poskar­żył się lord mar­sza­łek Ruck­sted. Usta­wił krze­sło nieco krzywo, bokiem do stołu, by dać wyraz swo­jej nie­ustra­szo­no­ści i werwie. - Zabi­jesz pięć sztuk, uczcisz to lampką wina, a rano traw­nik znów masz usiany tymi ich prze­klę­tymi kop­czy­kami.

- Są bar­dziej iry­tu­jący niż mój pęcherz - powie­dział Brint, któ­rego słowa przy­jęto powszech­nymi chi­cho­tami.

Glokta mla­snął języ­kiem o puste dzią­sła.

- Są jesz­cze Pod­pa­la­cze.

- Sza­leńcy! - wysa­pał Hoff. - Ta cała Sędzia.

Wszy­scy wokół stołu wzdry­gnęli się z nie­sma­kiem - trudno powie­dzieć, czy na myśl o kobie­cie w ogóle, czy tylko o tym kon­kret­nym przy­kła­dzie.

- Ponoć na trak­cie do Kelnu zna­le­ziono zamor­do­wa­nego wła­ści­ciela fabryki. - Goro­dets wyjąt­kowo mocno szarp­nął brodę. - Przy­bili mu ulotkę wywro­tow­ców do twa­rzy.

Ruck­sted ude­rzył masyw­nymi pię­ściami w blat.

- Inny został zadła­wiony tysią­cem egzem­pla­rzy regu­la­minu, które roz­da­wał pra­cow­ni­kom.

- Można by powie­dzieć, że nasza reak­cja tylko pogor­szyła sprawę - zauwa­żył Orso. Przy­po­mniał mu się Mal­mer w koły­sa­nej wia­trem klatce, z nogami zwie­szo­nymi na zewnątrz. - Może przy­da­łoby się wyko­nać jakiś gest dobrej woli? Płaca mini­malna? Poprawa warun­ków pracy? Podobno w nie­daw­nym poża­rze fabryki zgi­nęło pięt­na­ścioro zatrud­nio­nych w niej dzieci...

- Głu­potą byłoby utrud­nia­nie dzia­ła­nia wol­nego rynku - odparł Bayaz, znów zain­te­re­so­wany pała­co­wym ogro­dem.

- Wolny rynek służy wszyst­kim - poparł go lord kanc­lerz.

- Dobro­byt - zgo­dził się z nim naj­wyż­szy sędzia. - Bez­pre­ce­den­sowy.

- Dzieci też na pewno byłyby zachwy­cone - powie­dział Orso.

- Bez wąt­pie­nia - przy­tak­nął lord Hoff.

- Gdyby nie spło­nęły żyw­cem.

- Dra­bina, w któ­rej szcze­ble są tylko na samej górze - wtrą­cił Bayaz - nie ma racji bytu.

Orso już otwo­rzył usta, żeby odpo­wie­dzieć, ale ubiegł go naj­wyż­szy kon­sul Mat­strin­ger:

- Nie zapo­mi­najmy o praw­dzi­wej feerii wro­gów za gra­nicą. - W swo­ich wypo­wie­dziach koor­dy­na­tor poli­tyki zagra­nicz­nej Unii nie­za­wod­nie mylił zagma­twa­nie formy z prze­ni­kli­wo­ścią tre­ści. - Gur­khul­czycy toną wpraw­dzie po szyję we wła­snych wszech­ogar­nia­ją­cych tara­pa­tach...

Na te słowa Bayaz zare­ago­wał rzad­kim u niego pomru­kiem satys­fak­cji.

- ...ale u naszych zachod­nich gra­nic cesar­scy żoł­nie­rze nie prze­stają wyma­chi­wać mie­czami i pod­bu­rzać miesz­kań­ców Sta­ri­klandu do trwa­nia w nie­lo­jal­no­ści. Na wscho­dzie Sty­ria rów­nież pod­nosi łeb.

- Budują flotę wojenną. - To lord admi­rał wybu­dził się z pół­drzemki, by zabrać głos. - Nową, uzbro­joną w armaty. Tym­cza­sem nasze okręty, skraj­nie nie­do­in­we­sto­wane, gniją w por­tach.

Tym razem Bayaz odpo­wie­dział dosko­nale zna­jo­mym pomru­kiem nie­za­do­wo­le­nia.

- Dzia­łają także pota­jem­nie - mówił dalej Mat­strin­ger. - Sieją fer­ment w Zachod­nim Por­cie, pod­bu­rzają do buntu tam­tej­szych depu­to­wa­nych. Ba, udało im się zapla­no­wać na ten mie­siąc gło­so­wa­nie, które ma prze­są­dzić o ewen­tu­al­nym wystą­pie­niu mia­sta z Unii!

Widząc, jak ci starcy prze­ści­gają się w oka­zy­wa­niu patrio­tycz­nego wzmo­że­nia, Orso sam miał ochotę wystą­pić z Unii.

- Nie­lo­jal­ność - zrzę­dził naj­wyż­szy sędzia. - Nie­sna­ski.

- Prze­klęci Sty­ryj­czycy! - wark­nął Ruck­sted. - To w ich stylu, takie ukrad­kowe pocią­ga­nie za sznurki!

- My też nie pozo­sta­jemy bierni - zauwa­żył Glokta takim tonem, że pod cięż­kim od sza­me­runku mun­du­rem wszyst­kie wło­ski na ciele Orso sta­nęły dęba. - Moi naj­lepsi ludzie nie­ustan­nie pra­cują nad zagwa­ran­to­wa­niem nam lojal­no­ści Zachod­niego Portu.

- Przy­naj­mniej na pół­nocy panuje spo­kój - wtrą­cił Orso, roz­pacz­li­wie złak­niony odro­biny opty­mi­zmu.

- Taaak... - Naj­wyż­szy kon­sul jed­nym afek­to­wa­nym odę­ciem warg roz­wiał jego nadzieje. - Poli­tyka wobec Pół­nocy to istny tygiel, zresztą nie od dziś. Wil­czarz się posta­rzał. Pod­upadł na zdro­wiu. Nikt nie potrafi prze­wi­dzieć, jaki los czeka Pro­tek­to­rat po jego śmierci. Lord guber­na­tor Brock zdo­łał, zdaje się, wykuć silną więź łączącą go z nowym Kró­lem Pół­noc­nych, Sto­urem Zmierz­chu­nem...

- To na pewno dobrze wróży - wtrą­cił Orso.

Sie­dzący przy stole wymie­nili pełne powąt­pie­wa­nia spoj­rze­nia.

- Przy­naj­mniej dopóki ta więź nie sta­nie się... zbyt silna - zauwa­żył Glokta.

- Młody lord guber­na­tor jest bar­dzo popu­larny - przy­znał Goro­dets.

- Popu­larny. - Naj­wyż­szy sędzia zacmo­kał. - Niech go szlag.

- Przy­stoj­niak z niego - powie­dział Brint. - I zasłu­że­nie cie­szy się opi­nią nie­złego wojow­nika.

- Popar­cie Anglandu, Stour jako sojusz­nik... Może być groźny.

Ruck­sted uniósł krza­cza­ste brwi bar­dzo, bar­dzo wysoko.

- Nie zapo­mi­najmy, że jego dzia­dek był nie­sław­nym zdrajcą!

- Nie zga­dzam się na to, by kogo­kol­wiek potę­piać za czyny jego przod­ków! - pod­niósł głos Orso, któ­rego dziad­ko­wie cie­szyli się wąt­pliwą repu­ta­cją, oględ­nie mówiąc. - Leo dan Brock zary­zy­ko­wał życie, gdy w moim imie­niu sta­nął do poje­dynku!

- Zada­nie Zamknię­tej Rady - przy­po­mniał Glokta - polega na prze­wi­dy­wa­niu zagro­żeń dla Waszej Wyso­ko­ści, zanim staną się zagro­że­niami.

- Bo potem może być za późno - zauwa­żył przy­tom­nie Bayaz.

- Ludzie są wciąż zagu­bieni po śmierci ojca Waszej Wyso­ko­ści - powie­dział Goro­dets. - Zmarł tak młodo. Tak nie­ocze­ki­wa­nie.

- Młodo. Nie­ocze­ki­wa­nie.

- Wasza Wyso­kość zaś jest...

- Powszech­nie pogar­dzany? - pod­su­nął Orso.

- Nie­spraw­dzony. - Goro­dets uśmiech­nął się pobłaż­li­wie. - A w takich cza­sach ludzie pra­gną sta­bi­li­za­cji.

- Otóż to - poparł go lord Hoff. - Nie­wąt­pli­wie zna­ko­mi­tym posu­nię­ciem ze strony Waszej Wyso­ko­ści byłoby... - Odchrząk­nął. - Mał­żeń­stwo.

Orso zamknął oczy i przy­ci­snął powieki kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym.

- Czy to naprawdę konieczne?

Mał­żeń­stwo było ostat­nią rze­czą, o jakiej miał teraz ochotę roz­ma­wiać. W szu­fla­dzie noc­nej szafki na­dal trzy­mał liścik od Savine, co wie­czór patrzył na te okrutne słowa i odczy­ty­wał je na nowo, jakby sku­bał strup na świe­żej ranie: Moja odpo­wiedź musi być odmowna. Pro­szę, żebyś się wię­cej ze mną nie kon­tak­to­wał. Ni­gdy wię­cej.

Hoff znowu odkaszl­nął.

- Pozy­cja nowego króla zawsze jest tro­chę nie­pewna.

- A króla pozba­wio­nego następcy? - dodał Glokta. - W dwój­na­sób.

- Nie­wy­ja­śniona kwe­stia suk­ce­sji jest źró­dłem kło­po­tli­wego wra­że­nia tym­cza­so­wo­ści - zauwa­żył Mat­strin­ger.

- Może z pomocą matki Waszej Wyso­ko­ści mógł­bym spo­rzą­dzić listę panien do wzię­cia, dobrych par­tii, zarówno w kraju, jak i za gra­nicą? - Hoff trzeci raz odchrząk­nął. - To zna­czy... nową listę.

- Ależ oczy­wi­ście, zrób tak - burk­nął Orso, wyma­wia­jąc każde słowo z osobna z bez­li­to­sną pre­cy­zją.

- Jest jesz­cze Fedor - wymam­ro­tał naj­wyż­szy sędzia. - Dan Wet­ter­lant.

Per­ma­nentny gry­mas na twa­rzy Glokty dodat­kowo się pogłę­bił.

- Nie zamie­rza­łem zaprzą­tać tą sprawą uwagi Jego Wyso­ko­ści - odparł.

- Już została zaprząt­nięta - wark­nął Orso. - Fedor dan Wet­ter­lant... Czy ja z nim kie­dyś nie gry­wa­łem w karty?

- Miesz­kał w Adui do czasu odzie­dzi­cze­nia rodo­wej posia­dło­ści. Miał repu­ta­cję...

- Nie­wiele lep­szą niż moja? - pod­su­nął Orso.

Przy­po­mi­nał sobie Fedora: miękka twarz, harde oczy, za czę­sto się uśmie­chał. Zupeł­nie jak lord Hoff, który wła­śnie w tej chwili wykrzy­wiał twarz w skraj­nie słu­żal­czym gry­ma­sie.

- Fatalną - powie­dział. - Tak wła­śnie zamie­rza­łem powie­dzieć, Wasza Wyso­kość: miał fatalną repu­ta­cję. Został oskar­żony o poważne prze­stęp­stwa.

- Zgwał­cił praczkę - wyja­śnił Glokta. - Poma­gał mu w tym jego ogrod­nik. Kiedy jej mąż zaczął się doma­gać spra­wie­dli­wo­ści, Wet­ter­lant go zamor­do­wał, rów­nież z pomocą ogrod­nika, tyle że w karcz­mie, na oczach sie­dem­na­stu świad­ków. - Bez­na­miętny ton zgrzy­tli­wego głosu arcy­lek­tora przy­pra­wiał Orso o mdło­ści. - A potem się napił, jakby ni­gdy nic. Ogrod­nik mu pole­wał, zdaje się.

- Wiel­kie nieba... - mruk­nął Orso.

- To tylko zarzuty - przy­po­mniał Mat­strin­ger.

- Sam Wet­ter­lant im nie zaprze­cza - zauwa­żył Glokta.

- Ale jego matka już tak - pod­kre­ślił Goro­dets.

Odpo­wie­działy mu liczne jęki.

- Lady Wet­ter­lant! Na miłość losu, co za jędza!

- Bez­względ­nie. Megiera.

- Powiem tak: nie prze­pa­dam za wie­sza­niem - odparł Orso - ale widzia­łem, jak ludzie tra­fiali na szu­bie­nicę za mniej­sze prze­winy.

- Ogrod­nika już powie­szono - poin­for­mo­wał go Glokta.

- Szkoda. - Głos Brinta ocie­kał iro­nią. - Sądząc po tych opo­wie­ściach, uro­czy był z niego facet.

- Wet­ter­lant chce sta­nąć przed sądem kró­lew­skim - dodał Bruc­kel.

- To żąda­nie jego matki!

- A ponie­waż zasiada w Otwar­tej Radzie...

- Tylko teo­re­tycz­nie, jego tyłek nie tknął tam­tej­szych ławek.

- ...ma prawo być osą­dzony przez rów­nych sobie, z Waszą Wyso­ko­ścią w roli prze­wod­ni­czą­cego sądu. Nie możemy mu odmó­wić.

- Możemy nato­miast prze­wle­kać postę­po­wa­nie - zauwa­żył Glokta. - Otwarta Rada ma swoje wady, ale jeśli cho­dzi o opóź­nia­nie spraw, nie ma sobie rów­nych.

- Odwlec. Prze­cią­gnąć. Odro­czyć. Mogę go omo­tać. Pro­ce­du­rami. For­mal­no­ściami. Aż umrze w wię­zie­niu. - Naj­wyż­szy sędzia uśmiech­nął się, jakby to wła­śnie było naj­lep­sze roz­wią­za­nie.

- Czyli co, odmó­wimy mu roz­prawy i już? - zapy­tał Orso, cho­ciaż taka per­spek­tywa napa­wała go obrzy­dze­niem nie­wiele mniej­szym niż zbrod­nia, któ­rej miała doty­czyć.

- Oczy­wi­ście, że nie - odparł Bruc­kel.

- Abso­lut­nie nie - zawtó­ro­wał mu Goro­dets. - Niczego mu nie odmó­wimy.

- Po pro­stu niczego mu nie damy - wyja­śnił Glokta.

Ruck­sted poki­wał głową.

- Nie uwa­żam, żeby zasrany Fedor dan Wet­ter­lant albo jego prze­klęta matka mieli prawo przy­sta­wiać pań­stwu nóż do gar­dła tylko dla­tego, że on nie potrafi nad sobą zapa­no­wać.

- A skoro już koniecz­nie chciał stra­cić pano­wa­nie nad sobą, to mógł lepiej wybrać moment i nie robić tego na oczach sie­dem­na­stu świad­ków.

Uwaga Goro­detsa została skwi­to­wana spo­ra­dycz­nymi chi­cho­tami.

- Czyli nie prze­szka­dza nam, że zgwał­cił i zabił, tylko że dał się na tym nakryć, tak? - upew­nił się Orso.

Hoff powiódł wzro­kiem po innych rad­nych, jakby cie­kaw, czy ktoś się sprze­ciwi.

- No cóż...

- Dla­czego nie miał­bym wysłu­chać zain­te­re­so­wa­nych stron i roz­są­dzić sprawy na pod­sta­wie fak­tów, w taki czy inny spo­sób?

Twarz Glokty wykrzy­wiła się jesz­cze moc­niej niż dotych­czas.

- Jaki­kol­wiek wyrok posta­nowi Wasza Wyso­kość wydać, będzie on postrze­gany jako stron­ni­czy - wyja­śnił. Ota­cza­jący go starcy kiwali gło­wami, pochrzą­ki­wali, robili zbo­lałe miny i wier­cili się na nie­wy­god­nych krze­słach. - Unie­win­nie­nie Wet­ter­lanta zosta­nie uznane za prze­jaw kote­ryj­no­ści i nepo­ty­zmu i wzmocni pozy­cję zdraj­ców takich jak Destruk­to­rzy, któ­rzy pod­bu­rzą lud prze­ciw Waszej Wyso­ko­ści.

- Nato­miast ska­za­nie Wet­ter­lanta... - Goro­dets z nie­szczę­śli­wym wyra­zem twa­rzy skub­nął brodę. Pomruki innych zebra­nych dowo­dziły przej­mu­ją­cej ich zgrozy. - Ary­sto­kra­cja uzna to za afront, atak, zdradę. Wyrok ska­zu­jący doda skrzy­deł prze­ciw­ni­kom Waszej Wyso­ko­ści w Otwar­tej Radzie w tych trud­nych cza­sach, gdy zależy nam na bez­pro­ble­mo­wym zapew­nie­niu cią­gło­ści wła­dzy.

Orso jesz­cze raz roz­tarł obo­lałe skro­nie.

- Nie mogę się oprzeć wra­że­niu, że każda decy­zja, jaką przy­cho­dzi mi pod­jąć w tej sali, spro­wa­dza się do wyboru mię­dzy dwiema rów­nie fatal­nymi ewen­tu­al­no­ściami, przez co naj­lep­szym moż­li­wym wyj­ściem staje się nie­podej­mo­wa­nie żad­nej decy­zji!

- Hmm... - Hoff ponow­nie popa­trzył po zebra­nych.

- Opo­wia­da­nie się przez króla po któ­rej­kol­wiek ze stron zawsze jest złym pomy­słem - powie­dział Pierw­szy Wśród Magów.

Wszy­scy poki­wali z namasz­cze­niem gło­wami, jakby wła­śnie usły­szeli naj­więk­szą mądrość wszech­cza­sów. Aż dziw brał, że nie zerwali się na równe nogi, by zgo­to­wać Bay­azowi owa­cję na sto­jąco. Orso nie miał już cie­nia wąt­pli­wo­ści, przy któ­rym krańcu stołu znaj­duje się rze­czy­wi­sty ośro­dek wła­dzy w kraju. Przy­po­mniał sobie wyraz twa­rzy ojca, gdy Bayaz prze­ma­wiał. Przy­po­mniał sobie malu­jący się na niej strach.

Pod­jął jesz­cze jedną roz­pacz­liwą próbę odgad­nię­cia naj­lep­szego wyj­ścia z sytu­acji.

- Spra­wie­dli­wo­ści powinno stać się zadość, czyż nie? To chyba oczy­wi­ste. Bo ina­czej... ina­czej... to nie będzie żadna spra­wie­dli­wość! Nie mam racji?

Naj­wyż­szy sędzia Bruc­kel obna­żył zęby jakby w gry­ma­sie ogrom­nego bólu.

- Na tak wyso­kim szcze­blu. Takie idee. Stają się... płynne. Wasza Wyso­kość. Spra­wie­dli­wość nie może być twarda. Nie­ugięta. Jak żelazo. Musi być bar­dziej jak... gala­reta. Musi się dosto­so­wać. Do waż­niej­szych spraw.

- Ale prze­cież... prze­cież wła­śnie na tym szcze­blu, naj­wyż­szym, spra­wie­dli­wość powinna być naj­bar­dziej nie­wzru­szona. Musi sta­no­wić moralną opokę! Nie można jej poświę­cać, ot tak sobie, na rzecz... prag­ma­ty­zmu?

Ziry­to­wany Hoff prze­niósł wzrok na prze­ciw­le­gły koniec stołu.

- Lor­dzie Bay­azie, zechciał­byś może...

Pierw­szy Wśród Magów wes­tchnął ciężko, pochy­lił się, oparł sple­cione dło­nie na bla­cie i zmie­rzył Orso prze­cią­głym spoj­rze­niem spod na wpół przy­mknię­tych powiek. To było wes­tchnie­nie zapra­wio­nego w bojach dyrek­tora szkoły, który po raz nie wia­domo który musi wyło­żyć obo­wią­zu­jące w szkole reguły nowemu rocz­ni­kowi tępa­ków.

- Wasza Wyso­kość, naszą rolą tutaj nie jest napra­wia­nie wszyst­kich krzywd tego świata.

Orso wytrzesz­czył oczy.

- A co nią jest, wobec tego?

Bayaz nie uśmiech­nął się ani nie spo­chmur­niał.

- Dopil­no­wa­nie, żeby­śmy na nich sko­rzy­stali.

Daleko od Adui

Supe­rior Lor­sen opu­ścił trzy­many w ręce list i marsz­cząc brwi, spoj­rzał na Vick spo­nad szkieł oku­la­rów. Wyglą­dał na czło­wieka, który dawno się nie uśmie­chał. Może nawet ni­gdy.

- Jego Emi­nen­cja arcy­lek­tor wysta­wił pani zna­ko­mite świa­dec­two. Podobno ode­grała pani klu­czową rolę w stłu­mie­niu powsta­nia w Val­becku. Uważa, że mogę potrze­bo­wać pani pomocy.

Odwró­cił się w stronę Łoja, który stał skrę­po­wany w kącie, i posłał mu takie spoj­rze­nie, jakby sama idea jego pomoc­no­ści była afron­tem dla zdro­wego roz­sądku. Vick wciąż nie bar­dzo wie­działa, dla­czego przy­pro­wa­dziła chło­paka ze sobą. Pew­nie dla­tego, że nie miała nikogo innego.

- Nie cho­dzi o to, supe­rio­rze, że może pan potrze­bo­wać mojej pomocy - odparła, pomna faktu, że żaden niedź­wiedź, bor­suk ani szer­szeń zawzię­to­ścią w obro­nie swo­jego tery­to­rium nie dorów­nuje supe­rio­rowi inkwi­zy­cji. - Nie muszę jed­nak tłu­ma­czyć panu, jak wiel­kie szkody finan­sowe, poli­tyczne i dyplo­ma­tyczne ponio­słaby Unia, gdyby Zachodni Port opo­wie­dział się za sece­sją.

- Nie - odparł oschle Lor­sen. - Nie musi pani.

Jako supe­rior Zachod­niego Portu byłby bez­ro­botny.

- Dla­tego wła­śnie Jego Emi­nen­cja uznał, że moja pomoc może się panu przy­dać.

Lor­sen odło­żył list, popra­wił jego uło­że­nie na biurku i wstał.

- Pro­szę wyba­czyć mi moje powąt­pie­wa­nie, inkwi­zy­torko, ale ope­ra­cja chi­rur­giczna na poli­tyce jed­nego z naj­więk­szych miast świata to jed­nak nie to samo, co zdła­wie­nie strajku.

Otwo­rzył drzwi pro­wa­dzące na bal­kon zawie­szony wysoko nad pod­łogą wiel­kiej sali.

- Zagro­że­nia są poważ­niej­sze, a łapówki oka­zal­sze - zgo­dziła się z nim Vick, gdy razem wyszli na bal­kon. Łój, szu­ra­jąc sto­pami, ruszył za nimi. - Z pew­no­ścią nie bra­kuje jed­nak podo­bieństw.

- W takim razie przed­sta­wiam pani naszych har­dych robot­ni­ków: oto depu­to­wani z Zachod­niego Portu.

Lor­sen pod­szedł do balu­strady i wska­zał w dół.

A tam, na zdo­bio­nej geo­me­trycz­nymi wzo­rami z pół­sz­la­chet­nych kamieni posadzce prze­past­nej Sali Zgro­ma­dze­nia Zachod­niego Portu, przy­wódcy mia­sta pro­wa­dzili arcy­ważną dys­putę o wystą­pie­niu z Unii. Nie­któ­rzy na sto­jąco wygra­żali komuś pię­ściami i trzy­ma­nymi w rękach doku­men­tami. Inni sie­dzieli, łapali się za głowę i posęp­nym wzro­kiem śle­dzili roz­wój wypad­ków. Jesz­cze inni prze­krzy­ki­wali się nawza­jem w co naj­mniej pię­ciu róż­nych języ­kach; dźwięczne echo unie­moż­li­wiało choćby roz­po­zna­nie mów­ców, nie mówiąc już o zro­zu­mie­niu tre­ści ich wystą­pień. Inni pół­gło­sem poro­zu­mie­wali się z kole­gami albo zie­wali, prze­cią­gali się, dra­pali i gapili w prze­strzeń. W kącie pię­ciu lub sze­ściu depu­to­wa­nych zebrało się przy her­batce. Ludzie wszel­kich roz­mia­rów, kształ­tów i kolo­rów, prze­krój nie­przy­tom­nie róż­no­rod­nej popu­la­cji mia­sta nazy­wa­nego Skrzy­żo­wa­niem Świata, które zaj­mo­wało wąski skra­wek wysu­szo­nej ziemi wci­śnięty pomię­dzy Sty­rię i Połu­dnie, pomię­dzy Unię i Tysiąc Wysp.

- Według naj­now­szej rachuby jest ich łącz­nie dwu­stu trzy­na­stu i każdy ma prawo głosu. - Ostat­nie słowa Lor­sen wypo­wie­dział z wyraź­nym nie­sma­kiem. - Miesz­kańcy Zachod­niego Portu słyną na całym świe­cie ze swo­jego talentu do kłótni, a tutaj ich naj­nie­złom­niejsi dys­ku­tanci prze­rzu­cają się naj­bar­dziej nie­od­par­tymi argu­men­tami. - Mru­żąc oczy, spoj­rzał na zegar zawie­szony przy prze­ciw­le­głym krańcu bal­konu. - Dzi­siaj trwa to już siódmą godzinę.

Vick wcale nie była tym zasko­czona. Powie­trze kle­iło się od mar­no­wa­nego przez mów­ców tchu. Zachodni Port był dla niej zbyt cie­pły nawet teraz, wio­sną, ale podobno latem po szcze­gól­nie inten­syw­nych sesjach w Sali Zgro­ma­dze­nia spa­dał deszcz, mżawka skro­plin napu­szo­nego języka roz­ju­szo­nych depu­to­wa­nych.

- Wygląda na to, że nie­któ­rzy nie są skłonni do zmiany poglą­dów.

- Takich nie­złom­nych i tak jest zbyt mało. Trzy­dzie­ści lat temu, po tym, jak pobi­li­śmy Gur­khul­czy­ków, nie zna­la­złoby się tu choćby pię­ciu zwo­len­ni­ków sece­sji, ale ostat­nio frak­cja sty­ryj­ska uro­sła w siłę. Wojny. Długi. Powsta­nie w Val­becku. Śmierć króla Jezala, któ­rego syn nie jest w dodatku trak­to­wany zbyt poważ­nie na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej. Mówiąc wprost...

- Nasz pre­stiż poszedł w dia­bły - dokoń­czyła Vick.

- Przy­sta­li­śmy do Unii ze względu na jej potęgę mili­tarną! - Czyjś naprawdę potężny głos w końcu wzniósł się ponad ogólną wrzawę. Jego wła­ści­ciel, krzepki, ciem­no­skóry i ogo­lony na łyso, gesty­ku­lo­wał przy tym z nie­spo­dzie­waną deli­kat­no­ścią. - Kiedy cesar­stwo gur­khul­skie zagra­żało nam od połu­dnia, potrze­bo­wa­li­śmy sil­nego sojusz­nika, by je odstra­szyć. Ale za przy­na­leż­ność do Unii przy­szło nam słono zapła­cić: całe tony skar­bów, a cena cały czas rośnie!

Echo przy­nio­sło nara­sta­jący pomruk na wyso­kość bal­konu.

- Co to za krzy­kacz? - zain­te­re­so­wała się Vick.

- Solu­meo Shu­dra - odparł skwa­szony Lor­sen. - Przy­wódca frak­cji pro­sty­ryj­skiej i potężny wrzód na mojej dupie. Pół Sipani, pół Kadir­czyk: ide­alny sym­bol tego kul­tu­ro­wego tygla.

Oczy­wi­ście Vick wszystko to wie­działa już wcze­śniej, zawsze sta­rała się być jak naj­le­piej przy­go­to­wana do każ­dej nowej misji, ale w miarę moż­li­wo­ści wolała zacho­wy­wać swoją wie­dzę dla sie­bie. Niech inni mają się za wiel­kich spe­cja­li­stów.

- Przez te czter­dzie­ści lat, odkąd przy­stą­pi­li­śmy do Unii, świat zmie­nił się nie do pozna­nia! - grzmiał tym­cza­sem Shu­dra. - Cesar­stwo gur­khul­skie legło w gru­zach, pod­czas gdy Sty­ria prze­obra­ziła się ze zlepka woju­ją­cych miast-państw w silny, zjed­no­czony kraj pod rzą­dami sil­nego króla. Poko­nała Unię nie w jed­nej, nie w dwóch, lecz aż w trzech woj­nach! Woj­nach, do któ­rych pchnęły Unię próż­ność i wybu­jałe ambi­cje kró­lo­wej Terez. Woj­nach, za które słono zapła­ci­li­śmy sre­brem i krwią.

- Ma gadane - zauwa­żył pół­gło­sem Łój.

- To prawda - przy­tak­nęła Vick. - Jak go słu­cham, to sama pra­wie mam ochotę dołą­czyć do Sty­rii.

- Unia to potęga chy­ląca się ku upad­kowi! - cią­gnął Shu­dra. - Sty­ria zaś jest naszym natu­ral­nym sojusz­ni­kiem. Diu­szesa Monz­carro Mur­catto wyciąga do nas przy­ja­zną dłoń. Powin­ni­śmy ją przy­jąć, póki możemy. Przy­ja­ciele, ape­luję do was: gło­suj­cie razem ze mną za wystą­pie­niem z Unii!

Bucze­nie było gło­śne, ale wiwaty gło­śniej­sze. Zde­gu­sto­wany Lor­sen pokrę­cił głową.

- W Adui mogli­by­śmy tam wkro­czyć, zwlec go z krze­sła, wycią­gnąć z niego zezna­nie i przy następ­nym odpły­wie ode­słać do Anglandu.

- Ale jeste­śmy daleko od Adui - mruk­nęła Vick.

- Każda ze stron nie­po­koi się, że otwarta demon­stra­cja siły obróci prze­ciw niej więk­szość depu­to­wa­nych, ale w miarę zbli­ża­nia się gło­so­wa­nia sytu­acja będzie się zmie­niać. Zwo­len­nicy i prze­ciwnicy sece­sji oko­pują się na swo­ich pozy­cjach, miej­sca w środku zostaje coraz mniej. Shylo Vitari, Mini­ster Szep­tów w służ­bie Mur­catto, pro­wa­dzi sze­roko zakro­joną kam­pa­nię gróźb, korup­cji, szan­tażu i przy­musu. Dru­ko­wane ulotki fruną z dachów, a malo­wane slo­gany poja­wiają się na murach tak szybko, że nie nadą­żamy z ich zama­zy­wa­niem.

- Sły­sza­łam, że Casa­mir dan Shenkt przy­był do Zachod­niego Portu. Ponoć Mur­catto płaci mu sto tysięcy za prze­chy­le­nie szali na jej korzyść. Cel ma uświę­cać środki.

- Ja rów­nież sły­sza­łem... te pogło­ski.

Vick odnio­sła wra­że­nie, że Lor­sen sły­szał dokład­nie te same plotki co ona, szep­tane bez tchu i obfi­tu­jące w dra­styczne szcze­góły: że talenty Shenkta wykra­czają poza umie­jęt­no­ści zwy­kłego śmier­tel­nika i zaha­czają o magię; że jest cza­row­ni­kiem, który ścią­gnął na sie­bie potę­pie­nie, żywiąc się ludz­kim mię­sem. W Zachod­nim Por­cie, gdzie wezwa­nia do modłów co godzinę nio­sły się nad mia­stem, a na każ­dym rogu jakiś tani pro­rok wygła­szał swoje kaza­nia, takich pomy­słów nie dawało się łatwo zbyć mach­nię­ciem ręki.

- Poży­czyć pani kilku prak­ty­ków? - Lor­sen zer­k­nął z ukosa na Łoja. Prawdę powie­dziaw­szy, chło­pak wyglą­dał, jakby mógł się zło­żyć wpół pod sil­niej­szym podmu­chem wia­tru, nie mówiąc o sta­wie­niu czoła magowi-ludo­żercy. - Jeżeli naj­słyn­niej­szy sty­ryj­ski zabójca rze­czy­wi­ście gra­suje w naszym mie­ście, dodat­kowa ochrona może się pani przy­dać.

- Zbrojna eskorta mogłaby być myląca. - W dodatku i tak by się na nic nie zdała, gdyby plotki miały się potwier­dzić. - Mam prze­ko­ny­wać, nie zastra­szać. Po to mnie przy­słano.

- Naprawdę? - Lor­sen nie wyglą­dał na prze­ko­na­nego.

- Tak to ma wyglą­dać.

- Nie­wcze­sna śmierć wysłan­niczki Jego Emi­nen­cji wyglą­da­łaby fatal­nie.

- Nie śpie­szy mi się do grobu, zapew­niam pana.

- Mało komu się śpie­szy, a mimo to zie­mia w końcu połyka nas wszyst­kich.

- Co pan zamie­rza, supe­rio­rze?

- Mam huk roboty z ochroną naszych depu­to­wa­nych - odparł z cięż­kim wes­tchnie­niem Lor­sen. - Do wybo­rów zostało dzie­więt­na­ście dni, nie możemy sobie pozwo­lić na stratę choćby jed­nego głosu.

- Zatem warto byłoby odjąć głosy prze­ciw­ni­kom.

- Byle sub­tel­nie. Jeżeli poja­wią się trupy, nastroje anty­unijne z pew­no­ścią się nasilą. Obecny stan rów­no­wagi jest nad­zwy­czaj deli­katny. - Lor­sen zaci­snął dło­nie na porę­czy. Nie­zmor­do­wany Solu­meo Shu­dra cały czas dono­śnym gło­sem zachwa­lał sty­ryj­ską pro­po­zy­cję soju­szu. - Shu­dra ma dar prze­ko­ny­wa­nia. Ludzie go uwiel­biają. Ostrze­gam panią, inkwi­zy­torko: radzę nie brać go na cel.

- Bez urazy, supe­rio­rze, ale arcy­lek­tor przy­słał mnie tutaj, bym robiła rze­czy, któ­rych pan robić nie może. Pod­le­gam wyłącz­nie jego roz­ka­zom.

Lor­sen zmie­rzył Vick prze­cią­głym, lodo­wa­tym spoj­rze­niem. Być może ten wzrok mro­ził krew w żyłach ludziom nawy­kłym do cie­płego kli­matu Zachod­niego Portu, ale Vick haro­wała kie­dyś w zale­wa­nej wodą kopalni w samym środku anglandz­kiej zimy i byle co nie przy­pra­wiało jej o dreszcz.

- Wobec tego - wyce­dził Lor­sen - pro­szę panią, żeby pani tego nie robiła.

Shu­dra zakoń­czył wła­śnie swój hała­śliwy wywód przy wtó­rze ogłu­sza­ją­cego aplauzu zwo­len­ni­ków i nie mniej gło­śnych wyra­zów dez­apro­baty ze strony prze­ciw­nej. Słu­cha­cze wygra­żali sobie pię­ściami, rzu­cali papie­rami, mio­tali obe­lgi. Jesz­cze dzie­więt­na­ście dni tego przed­sta­wie­nia z udzia­łem pocią­ga­ją­cej za sznurki Shylo Vitari. Kto wie, jaki będzie osta­teczny wynik?

- Jego Emi­nen­cja chce, żeby Zachodni Port pozo­stał w Unii. Mam tego dopil­no­wać. - Vick ruszyła do drzwi. Łój dep­tał jej po pię­tach. - Za wszelką cenę.

Morze kło­po­tów

- Witam wszyst­kich po raz pięt­na­sty na odby­wa­ją­cym się co pół roku spo­tka­niu Adu­eń­skiego Towa­rzy­stwa Sło­necz­nego!

Curns­bick (który wyglą­dał olśnie­wa­jąco w kami­zelce hafto­wa­nej w srebrne kwiaty) uniósł wiel­gachne dło­nie, pro­sząc o ciszę, cho­ciaż wiwaty i tak były raczej skromne. Nie­gdyś od entu­zja­zmu publiki dach teatru pra­wie fru­wał w powie­trzu. Savine dobrze pamię­tała tamte chwile.

- Dzię­kuję w tym miej­scu naszym sza­cow­nym mece­na­som: lady Ardee i jej córce Savine dan Glok­cie.

Tra­dy­cyj­nie teatral­nym, zama­szy­stym gestem wska­zał lożę, w któ­rej sie­działa Savine. Aplauz był jesz­cze wątlej­szy niż przed chwilą. Czyżby z dołu dole­ciały pierw­sze zna­czące szepty?

"Nie jest już taka jak daw­niej, rozu­miesz. Nie jest nawet w poło­wie taka jak daw­niej...".

- Nie­wdzięczne dra­nie - wyce­dziła z twa­rzą stę­żałą w uśmie­chu. Czy naprawdę zale­d­wie parę mie­sięcy wcze­śniej ci sami ludzie robili w gacie na dźwięk jej nazwi­ska?

- Mógł­bym stwier­dzić, że za nami ciężki rok... - Curns­bick spoj­rzał w notatki i zasę­pił się, jakby sta­no­wiły przy­krą lek­turę. - Ale byłoby to grube nie­do­po­wie­dze­nie, zwa­żyw­szy na to, z jakimi pro­ble­mami przy­szło nam się zma­gać.

- Co racja, to racja, do kurwy nędzy.

Savine schro­niła się za wachla­rzem, by wcią­gnąć szczyptę per­ło­wego proszku. Odro­binę, ot, żeby wydo­być się z bagna. Zejść z mie­li­zny. Znowu zła­pać wiatr w żagle.

- Wojna na pół­nocy. Cią­głe kło­poty ze Sty­rią. Do tego śmierć Jego Wyso­ko­ści króla Jezala Pierw­szego. Zmarł tak młodo, tak wcze­śnie odszedł z tego świata... - Głos Curns­bicka zaczął się leciutko łamać. - Wielka rodzina, jaką jest nasz naród, stra­ciła ojca.

Savine wzdry­gnęła się na dźwięk tego ostat­niego słowa, zmu­szona dys­kret­nie otrzeć oko koniusz­kiem małego palca, cho­ciaż roniła łzy raczej nad sobą i swo­imi przej­ściami niż nad ojcem, któ­rego prak­tycz­nie nie znała i z całą pew­no­ścią nie darzyła sza­cun­kiem. W osta­tecz­nym roz­ra­chunku zawsze opła­ku­jemy samych sie­bie.

- A potem straszne wypadki w Val­becku. - Po teatrze roz­szedł się smętny pomruk i szmer, gdy wszy­scy krę­cili gło­wami. - Utra­cone aktywa. Pole­gli przy­ja­ciele. Manu­fak­tury, które zadzi­wiały cały świat, w ruinie. - Curns­bick ude­rzył dło­nią w pul­pit. - Ale z popio­łów już rodzi się nowy prze­mysł! Na gru­zach slum­sów wyra­stają nowo­cze­sne domy i nowe, więk­sze fabryki, wypo­sa­żone w wydaj­niej­sze maszyny obsłu­gi­wane przez bar­dziej zdy­scy­pli­no­wa­nych robot­ni­ków!

Savine sta­rała się nie myśleć o dzie­ciach zatrud­nio­nych w jej fabryce w Val­becku, zanim ta ule­gła znisz­cze­niu. Małe pry­cze upchane wśród maszy­ne­rii. Dła­wiący gorąc. Ogłu­sza­jący zgiełk. Duszący pył. Ale jakie one były prze­ra­ża­jąco zdy­scy­pli­no­wane... jakie okrut­nie wydajne.

- Kry­zys zachwiał ryn­kiem - lamen­to­wał dalej Curns­bick - inwe­sto­rzy się wahają, lecz z cha­osu mogą się naro­dzić nowe spo­sob­no­ści. - Jesz­cze raz grzmot­nął w pul­pit. - Nie tylko mogą, ale wręcz muszą! Jego Wyso­kość król Orso popro­wa­dzi nas w nową epokę. Postęp musi trwać! Nie dopu­ścimy, by cokol­wiek go powstrzy­mało! Dla dobra wszyst­kich my, zrze­szeni w Towa­rzy­stwie Sło­necz­nym, będziemy tru­dzić się nie­zmor­do­wa­nie, by wydo­być Unię z grobu nie­wie­dzy na zalane słoń­cem rów­niny oświe­ce­nia!

Tym razem okla­ski trwały długo. Nie­któ­rzy słu­cha­cze zerwali się na równe nogi.

- Tak jest! - ryk­nął ktoś. - Dobrze mówi!

- Postęp! - wypa­lił ktoś inny.

- Prze­mowa inspi­ru­jąca jak naj­lep­sze kaza­nia w wiel­kiej świą­tyni w Shaf­fie - mruk­nęła Zuri.

- Gdy­bym go nie znała - odparła Savine - pomy­śla­ła­bym, że też coś wcią­gnął dla kurażu.

Pod osłoną wachla­rza przy­jęła kolejną dawkę proszku, tylko jedną, ostat­nią, żeby być gotową do walki.

Pod żyran­do­lami w foyer bata­lia roz­go­rzała na dobre - uczest­ni­ków było mniej niż na poprzed­nich zebra­niach, zda­wali się też bar­dziej ocię­żali, ale w rze­czy­wi­sto­ści było w nich wię­cej zacie­kło­ści: bar­dziej wygłod­niałe psy, któ­rym przy­szło roz­szar­py­wać skrom­niej­szą niż daw­niej zdo­bycz.

Ścisk w holu przy­po­mniał jej tłumy gro­ma­dzące się w Val­becku, gdy Destruk­to­rzy roz­pro­wa­dzali jedze­nie w slum­sach. Ci tutaj nosili wpraw­dzie jedwa­bie zamiast łach­ma­nów, pach­nieli per­fu­mami zamiast zjeł­cza­łego potu, a zagra­żała im co naj­wy­żej ruina finan­sowa zamiast prze­mocy fizycz­nej, ale ich łap­czy­wość i gwał­tow­ność były bar­dzo podobne.

"Tylko spo­koj­nie" - poru­szyła bez­gło­śnie ustami. Spró­bo­wała roz­luź­nić ramiona, żeby ręce jej się nie trzę­sły, ale natych­miast stra­ciła cier­pli­wość i tylko bar­dziej się spięła. "Spo­koj­nie, spo­koj­nie, spo­koj­nie".

Z tru­dem przy­wo­łała uśmiech na twarz, z trza­skiem roz­ło­żyła wachlarz i - z Zuri u boku - wbiła się w ciżbę. Nie przy­wy­kła do tak har­dych spoj­rzeń - jakby ludzie raczej tak­so­wali ją badaw­czym wzro­kiem, niż po pro­stu podzi­wiali, patrzyli raczej ze wzgardą niż z zazdro­ścią. Kie­dyś tło­czyli się wokół niej jak świ­nie przy jedy­nym kory­cie na gum­nie, dziś naja­trak­cyj­niej­sze kąski znaj­do­wały się gdzie indziej. Led­wie widziała Selest dan Heu­gen, oto­czoną wia­nusz­kiem dopo­mi­na­ją­cych się o jej uwagę admi­ra­to­rów: ot, bły­snęła w tłu­mie ta jej ruda peruka, roz­legł się ten odra­ża­jący, krzy­kliwy, prze­sa­dzony śmiech, który inne kobiety uczyły się naśla­do­wać.

- Na miłość losu, jak ja tej baby nie­na­wi­dzę! - mruk­nęła.

- To dla niej naj­więk­szy kom­ple­ment z two­jej strony. - Zuri posłała jej ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie znad książki. - Obda­rza­jąc coś nie­na­wi­ścią, potwier­dzamy istot­ność tego cze­goś.

Miała oczy­wi­ście rację, jak zawsze. Odkąd Selest zain­we­sto­wała w przed­się­wzię­cie Kaspara dan Arin­horma - przy­jąw­szy pro­po­zy­cję, którą Savine jed­no­znacz­nie odrzu­ciła - odno­siła suk­ces za suk­cesem. Inwe­sty­cja Savine w anglandz­kie kopal­nie mocno ucier­piała, gdy Arin­horm zaczął insta­lo­wać swoje nowe pompy w całej pro­win­cji.

A nie było to jej jedyne roz­cza­ro­wa­nie na polu zawo­do­wym w ostat­nim cza­sie. Daw­niej umiała jed­nym uśmie­chem zapew­nić powo­dze­nie wybra­nemu przed­się­wzię­ciu; teraz każde jabłko, w które posta­no­wiła się wgryźć, oka­zy­wało się zgniłe. Nie została cał­kiem sama, co to, to nie, ale jej wachlarz znacz­nie czę­ściej usi­ło­wał przy­wo­ły­wać ado­ra­to­rów niż ich spła­wić.

Była zmu­szona poroz­ma­wiać ze sta­rym Ricar­tem dan Sle­ishol­tem, który snuł jakieś chore wizje pozy­ska­nia ener­gii poprzez zata­mo­wa­nie Bia­łej Strugi. Od razu było po nim widać, że jest życio­wym nie­udacz­ni­kiem, ramiona mary­narki miał obfi­cie opró­szone łupie­żem, a Savine musiała spra­wiać wra­że­nie, że jest bar­dzo zajęta. Sle­isholt gadał więc i gadał, a ona pró­bo­wała odsiać z dobie­ga­ją­cych ją zewsząd roz­mów oka­zję do zro­bie­nia inte­resu. Czuła się tro­chę jak poszu­ki­wacz złota cedzący na sicie wodę z lodo­wa­tych stru­mieni Dale­kiej Kra­iny.

- ...zastawę, ozdobne dra­pe­rie i zegary. Ludzie mają pie­nią­dze i chcą za nie dostać...

- ...podobno Valint i Balk upo­mnieli się o spłatę kre­dy­tów. Bogacz z rana, żebrak wie­czo­rem. Poucza­jąca lek­cja dla nas wszyst­kich...

- ...nie­ru­cho­mo­ści w Val­becku. Nie uwie­rzył­byś, ile można zaro­bić na tam­tej­szych pusto­sta­nach. To zna­czy... nie do końca pusto­sta­nach, ale tych szu­mo­win łatwo się pozbyć...

- ...nie spo­sób prze­wi­dzieć, co zade­cy­duje Zamknięta Rada w kwe­stii podat­ków. W finan­sach pań­stwa zieje potężna dziura, wła­ści­wie cały skar­biec jest jedną wielką dziurą...

- ...zapo­wie­dzia­łem im, że jeśli nie wezmą się do pracy, to spro­wa­dzę na ich miej­sce brą­zo­wo­skó­rych skur­czy­by­ków, któ­rzy zro­bią to za nich. W końcu grzecz­nie wró­cili do maszyn...

- ...ary­sto­kraci się wście­kli, pospól­stwo się wście­kło, kupcy się wście­kli, moja żona wpraw­dzie jesz­cze się nie wście­kła, ale jej nie­wiele trzeba...

- Rozu­miesz zatem, pani - to Sle­isholt zbli­żał się do wiel­kiego finału - że dopóki Biała Struga pozo­staje nie­ujarz­miona niczym rumak bez uzdy...

- Za pozwo­le­niem! - Curns­bick ujął Savine pod łokieć i zręcz­nie odcią­gnął ją na bok.

- Nie­ujarz­miona, lady Savine! - zawo­łał za nią Sle­isholt. - Chęt­nie prze­dys­ku­tuję tę sprawę w szcze­gó­łach w dogod­nym dla pani ter­mi­nie!

I zgiął się wpół w napa­dzie kaszlu, który uto­nął w gwa­rze roz­mów.

- Niech ci los wyna­gro­dzi, Curns­bick - mruk­nęła Savine. - Myśla­łam, że już ni­gdy się nie uwol­nię od tego sta­rego bła­zna.

- Coś tu masz... - Curns­bick odwró­cił wzrok, przy­ty­ka­jąc palec do nosa w zna­czą­cym geście.

- Oż kurwa...

Savine dała nura pod wachlarz i otarła resztki proszku z obo­la­łych noz­drzy.

Kiedy się wynu­rzyła, Curns­bick przy­glą­dał się jej z tro­ską spod brwi, któ­rych siwi­znę prze­ty­kały poje­dyn­cze, uparte rude wło­ski.

- Zali­czam cię do grona moich naj­bliż­szych przy­ja­ciół, Savine.

- Nad­zwy­czaj miło z two­jej strony.

- Wiem, że masz szczo­dre serce...

- W takim razie znasz mnie lepiej niż ja sama.

- ...i ogrom­nie sza­nuję twój instynkt, nie­ustę­pli­wość, bystry umysł...

- Nie trzeba być geniu­szem, żeby wyczuć, kiedy zbliża się wiel­kie "ale".

- Mar­twię się o cie­bie. - Curns­bick zni­żył głos. - Doszły mnie plotki, Savine. Nie­po­koję się o... hm... trzeź­wość two­ich sądów.

Skóra pod sukienką nie­przy­jem­nie ją mro­wiła.

- Trzeź­wość moich sądów? - powtó­rzyła szep­tem, z wysił­kiem odsła­nia­jąc w uśmie­chu dodat­kowo po jesz­cze jed­nym zębie z każ­dej strony.

- Ten inte­res w Kel­nie, który wła­śnie się posy­pał... Ostrze­ga­łem cię, że nic z tego nie będzie. Statki tej wiel­ko­ści...

- Na pewno jesteś zachwy­cony, że twoje prze­wi­dy­wa­nia się spraw­dziły.

- Co takiego? W żad­nym razie! Ani tro­chę. Domy­ślam się, że uto­pi­łaś tysiące w finan­so­wa­niu Dywi­zji Następcy Tronu.

Raczej miliony niż tysiące.

- Podobno prace przy budo­wie kanału Korta śli­ma­czą się z powodu two­ich kło­po­tów z robot­ni­kami - mówił dalej Curns­bick.

Nie tyle się śli­ma­czą, ile prak­tycz­nie zamarły.

- Nie jest też tajem­nicą, że w Val­becku ponio­słaś potężne straty...

- Nie masz, kurwa, zie­lo­nego poję­cia, co stra­ci­łam w Val­becku! - Zasko­czony Curns­bick aż cof­nął się o krok, a Savine zdała sobie sprawę, że wygraża mu trzy­ma­nym w zaci­śnię­tej kur­czowo pię­ści wachla­rzem. - Nie masz poję­cia.

Wstrzą­śnięta odkryła, że w nosie wierci ją od wzbie­ra­ją­cych łez. Musiała kolejny raz roz­ło­żyć wachlarz, by pod jego osłoną otrzeć łzy, nie roz­ma­zu­jąc sobie przy tym pudru.

Trzeź­wość sądów to betka. Była coraz bliż­sza chwili, w któ­rej nie będzie mogła zaufać wła­snym oczom.

A jed­nak kiedy pod­nio­sła wzrok, Curns­bick w ogóle na nią nie patrzył: odwró­cony bokiem spo­glą­dał ponad tłu­mem w stronę wej­ścia.

Oży­wione roz­mowy przy­ci­chły, tłum się roz­stą­pił i w jego śro­dek wszedł młody męż­czy­zna z licz­nym orsza­kiem straż­ni­ków, ofi­ce­rów, asy­sten­tów i pie­cze­nia­rzy. Pia­sko­wej barwy włosy miał sta­ran­nie uło­żone w taki spo­sób, by spra­wiały wra­że­nie nie­ucze­sa­nych. Jego biały mun­dur był obwie­szony meda­lami.

- A niech mnie... - mruk­nął Curns­bick. Ści­snął łokieć Savine. - Toż to król we wła­snej oso­bie!

Bez względu na zalew kry­tyki (obfit­szy niż kie­dy­kol­wiek przed­tem, regu­lar­nie publi­ko­wane ulotki nie szczę­dziły czy­tel­ni­kom barw­nych szcze­gó­łów) trzeba było przy­znać, że król Orso pre­zen­tuje się iście po kró­lew­sku. Według Savine bar­dzo przy­po­mi­nał swo­jego ojca.

Ojca nas obojga, popra­wiła się w myślach z nie­sma­kiem.

A Orso się śmiał, ści­skał dło­nie, pokle­py­wał ludzi po ple­cach, żar­to­wał. Tak samo jak Jezal try­skał dobrym humo­rem prze­mie­sza­nym z odro­biną roz­tar­gnie­nia.

- Wasza Wyso­kość - zagul­go­tał przy­po­chleb­nie Curns­bick - opro­mie­nia swoim bla­skiem całe Towa­rzy­stwo Sło­neczne. Oba­wiam się, że roz­po­czę­li­śmy obrady, nie cze­ka­jąc na przy­by­cie Waszej Wyso­ko­ści.

- Bez obaw, panie Curns­bick. - Orso klep­nął go w ramię jak sta­rego, dobrego druha. - Wąt­pię, żebym się wam do cze­goś przy­dał, gdy wda­je­cie się w roz­wa­ża­nia natury tech­nicz­nej.

Wielki machi­neus par­sk­nął wybit­nie mecha­nicz­nym śmie­chem.

- Z pew­no­ścią zna Wasza Wyso­kość naszego mece­nasa, lady Savine dan Gloktę.

Ich oczy spo­tkały się dosłow­nie na moment, ale ten moment wystar­czył.

Savine przy­po­mniała sobie, jak Orso daw­niej na nią patrzył, przy­po­mniała sobie ten figlarny błysk w jego oku, jakby pota­jem­nie brali udział w cudow­nej grze, o któ­rej nikt inny nie wie. To było dawno, zanim odkryła, że mają wspól­nego ojca, kiedy Orso był jesz­cze następcą tronu, a trzeź­wo­ści jej sądów nikt nie poda­wał w wąt­pli­wość. Teraz jego spoj­rze­nie było puste, bez­na­miętne, mar­twe - jak spoj­rze­nie żałob­nika na pogrze­bie obcej mu osoby.

Oświad­czył jej się. Chciał, żeby została jego kró­lową. A ona bar­dzo chciała się zgo­dzić. Kochał ją, a ona kochała jego.

Ich oczy spo­tkały się dosłow­nie na moment, ale ten moment wystar­czył. Dłu­żej by tego nie znio­sła.

Dygnęła naj­ni­żej, jak się dało; żało­wała, że wyka­fel­ko­wana posadzka nie może jej pochło­nąć.

- Wasza Wyso­kość...

- Lady Selest! - usły­szała jego głos. Strze­lił obca­sami, odwra­ca­jąc się od niej. - Zechce mnie pani opro­wa­dzić?

- Będę zaszczy­cona, Wasza Wyso­kość.

Trium­falny śmiech Selest dan Heu­gen spra­wił Savine ból, jakby ktoś nalał jej wrzątku do uszu.

Taka znie­waga nie mogła ujść niczy­jej uwagi. Orso wyrzą­dziłby jej mniej­szą krzywdę, gdyby po pro­stu prze­wró­cił ją na zie­mię i przy­dep­nął jej szyję butem. Wypro­sto­wała się. Wszy­scy wokół szep­tali: oto została wzgar­dzona przez króla na wła­snym przy­ję­ciu.

Z uśmie­chem przy­kle­jo­nym do pała­ją­cej rumień­cem twa­rzy prze­szła przez tłum do wyj­ścia, skąd, poty­ka­jąc się na scho­dach, zbie­gła na tonącą w pół­mroku zmierz­chu ulicę. Żołą­dek jej się burzył. Szarp­nęła koł­nie­rzyk sukni, ale prę­dzej prze­ry­łaby się paznok­ciami przez wię­zienny mur, niż polu­zo­wała te potrójne szwy.

- Lady Savine? - usły­szała zatro­skany głos Zuri.

Zato­czyła się za róg budynku, w mroczny zaułek, zgięła bez­rad­nie wpół i zwy­mio­to­wała na ścianę. Rzy­ga­nie przy­po­mniało jej Val­beck. Wszystko przy­po­mi­nało jej Val­beck.

Wypro­sto­wała się i wydmuch­nęła parzący śluz z nosa.

- Nawet wła­sny żołą­dek mnie zdra­dza.

Jedno oko Zuri zabły­sło, gdy wąski pro­myk świa­tła padł na jej śniadą twarz.

- Kiedy ostat­nio mia­łaś mie­siączkę? - zapy­tała pół­gło­sem.

Savine przez chwilę stała bez ruchu, dysząc ciężko, chra­pli­wie, po czym wzru­szyła ramio­nami.

- Tuż przed tym, jak Leo dan Brock przy­był do Aduy. Kto by pomy­ślał, że zatę­sk­nię za comie­sięczną tor­turą?

Chra­pliwy, ury­wany oddech powi­nien pew­nie przejść w zdła­wiony szloch, a ona sama powinna paść w ramiona Zuri i wypła­kać całe to wiel­kie nie­szczę­ście, jakim się stała. Curns­bick miał rację, stary dureń: stra­ciła trzeź­wość osądu i takie były skutki.

Zamiast się roz­pła­kać, zaczęła się śmiać.

- No pro­szę, rzy­gam w jakimś zaszcza­nym zaułku, w sukience za pięć­set marek, z bękar­tem w brzu­chu. Ja pier­dolę, jaka ja jestem żało­sna. - Śmiech uwiązł jej w gar­dle. Oparła się o ścianę, ocie­ra­jąc lepki od wymio­cin język o zęby. - Im wyżej się wesp­niesz, tym dłu­żej spa­dasz i tym więk­sze zro­bisz z sie­bie wido­wi­sko przy upadku. To się nazywa dra­mat, co? A widzo­wie nawet nie muszą kupo­wać bile­tów. - Zaci­snęła pię­ści. - Wszyst­kim się wydaje, że już po mnie, ale jeżeli myślą, że pod­dam się bez walki, to się grubo...

Schy­liła się i zwy­mio­to­wała ponow­nie, tym razem wąską strużką żółci. Znów par­sk­nęła śmie­chem wstrzą­sana wymiot­nymi spa­zmami. Wypluła resztkę żółci i otarła usta wierz­chem dłoni w ręka­wiczce. Ręka znów jej się trzę­sła.

- Spo­koj­nie - mruk­nęła. - Uspo­kój się, ty poje­bana suko.

Zuri miała zatro­skaną minę - a ona ni­gdy nie mie­wała zatro­ska­nej miny.

- Popro­szę Rabika, żeby przy­pro­wa­dził powóz. Powin­naś wró­cić do domu.

- Dajże spo­kój, noc jesz­cze młoda.

Savine wyjęła puz­derko z per­ło­wym prosz­kiem. Jesz­cze szczypta, ostat­nia, żeby poko­nać chwi­lowe wyboje i iść dalej.

Wyszła z zaułka.

- Mam ochotę pooglą­dać pana Ple­czy­stego przy pracy.

Rutyna

- Zna­czy... jeste­ście tu szczę­śliwe, tak?

Liddy się roze­śmiała. Cza­sem całymi tygo­dniami Ple­czy­sty nie widział, by się choć uśmiech­nęła, a ostat­nio śmiała się nie­ustan­nie.

- Gun­na­rze! Wcze­śniej miesz­ka­li­śmy w piw­nicy.

- Cuch­ną­cej piw­nicy - dodała tak samo uśmiech­nięta May.

Trudno było sobie to wyobra­zić, gdy pro­mie­nie zacho­dzą­cego słońca wpa­dały do jadalni przez trzy ogromne okna.

- Żywi­li­śmy się obier­kami i pili­śmy wodę z kałuż - dodała Liddy, nakła­da­jąc Ple­czy­stemu na talerz kolejny pla­ster mięsa.

- I cze­ka­li­śmy w kolejce, żeby wysrać się do dziury w ziemi - powie­działa May.

Liddy się skrzy­wiła.

- Nie wyra­żaj się w ten spo­sób.

- Ale prze­cież tak było, prawda? Nie można o tym mówić?

- Cho­dzi mi o formę, nie o treść. - Liddy uczyła się zacho­wy­wać jak praw­dziwa dama i świet­nie się przy tym bawiła. - Ale poza tym masz rację: tak wła­śnie było. Jak mogli­by­śmy nie być teraz szczę­śliwi?

Pod­su­nęła mężowi sosjerkę. Daw­niej Ple­czy­sty nie przy­pusz­czał nawet, że ist­nieje coś takiego jak spe­cjalny dzba­nu­szek na sos. Tym bar­dziej nie wyobra­żał sobie, że mógłby taki dzba­nu­szek mieć.

Też się uśmiech­nął. Z wysił­kiem, ale się uśmiech­nął.

- Oczy­wi­ście - zgo­dził się. - Jak mogli­by­śmy nie być szczę­śliwi?

Nabrał groszku na wide­lec i nawet zdo­łał donieść kilka zia­re­nek do ust, zanim wszyst­kie pospa­dały.

- Kiep­sko sobie radzisz z widel­cem - zauwa­żyła May.

Popy­chał sztuć­cem jedze­nie na tale­rzu. Ręka mu drę­twiała od samego trzy­ma­nia tego drań­stwa, zbyt deli­kat­nego dla jego obo­la­łych pal­ców.

- Tak sobie miar­kuję, że w pew­nym wieku trud­niej uczyć się nowych rze­czy.

- Za młody jesteś, żeby tkwić w prze­szło­ści.

- Czy ja wiem... - Dziab­nął mięso widel­cem. Pocie­kła odro­bina krwi. - Prze­szłość potrafi się ucze­pić czło­wieka.

Zapa­dło nie­zręczne mil­cze­nie.

- Powiedz, że dziś zosta­jesz na noc w domu - popro­siła Liddy.

- Chciał­bym. Ale muszę nad­zo­ro­wać prace przy kanale.

- W środku nocy?

- To nie potrwa długo. Mam nadzieję. - Odło­żył sztućce i wstał. - Trzeba pil­no­wać, żeby robota posu­wała się naprzód.

- I lady Savine sobie bez cie­bie nie pora­dzi?

May wypięła dum­nie pierś.

- Mówiła mi, że coraz chęt­niej na nim polega.

- Powiedz jej, że musi cię dzie­lić z rodziną.

- Sama jej powiedz, jakeś taka mądra - prych­nął Ple­czy­sty, obcho­dząc stół dookoła.

Liddy z uśmie­chem unio­sła głowę, kiedy ich usta się spo­tkały. Przy­brała na wadze, wszy­scy troje przy­tyli od czasu Val­becku, a ona odzy­skała dawne krą­głe kształty i blask na policz­kach z cza­sów, gdy zaczy­nali się spo­ty­kać. Pach­niała tak samo, jak kiedy pierw­szy raz się cało­wali.

Minęło tyle czasu, a on wciąż tak samo ją kochał.

- Udało nam się - powie­działa, musnąw­szy pal­cami jego poli­czek. - Prawda?

- Nie moja zasługa. - Coś dła­wiło go w gar­dle. - Prze­pra­szam za wszyst­kie kło­poty, jakie na nas ścią­gną­łem...

- To już mamy za sobą - prze­rwała mu sta­now­czo. - Pra­cu­jemy dla pięk­nej damy i nie mamy żad­nych pro­ble­mów.

- Wła­śnie - przy­tak­nął. - Żad­nych pro­ble­mów.

I powlókł się do wyj­ścia.

- Nie prze­pra­co­wuj się, tatku! - zawo­łała za nim May.

Kiedy się odwró­cił, uśmie­chała się do niego. Ten uśmiech coś w nim poru­szył, jakby w jego piersi tkwił wbity hak, za który May szar­pała każ­dym swoim sło­wem i gestem.

Uśmiech­nął się w odpo­wie­dzi, pod­niósł rękę w nie­po­rad­nym poże­gnal­nym geście... Zoba­czył tatuaż na wierz­chu dłoni i natych­miast ją cof­nął, scho­wał, wcią­gnął w man­kiet pięk­nej, nowej mary­narki.

Bar­dzo sta­ran­nie zamknął za sobą drzwi.

***

Szedł przez las łusz­czą­cych się żela­znych kolumn. W mro­kach maga­zynu maja­czyła wyspa świa­tła lampy. Jego kroki nio­sły się echem w atra­men­to­wej czerni.

Hal­der cze­kał z rękami zało­żo­nymi na piersi i twa­rzą skrytą w cie­niu. Nale­żał do ludzi, któ­rzy lubią pra­co­wać w mil­cze­niu. Obok stał oparty o kolumnę Ban­ner­man, po swo­jemu zawa­diacko prze­gięty w bio­drach. Nale­żał do ludzi, któ­rzy zawsze za dużo mówią.

Ich gość sie­dział na jed­nym z trzech sfa­ty­go­wa­nych krze­seł. Ręce miał skrę­po­wane za ple­cami, nogi przy­wią­zane do nóg krze­sła na wyso­ko­ści kostek. Ple­czy­sty sta­nął przed nim i ponuro spoj­rzał na niego z góry.

- Ty jesteś Chudy? - zapy­tał.

- Tak.

Przy­naj­mniej nie pró­bo­wał zaprze­czać. Bo nie­któ­rzy pró­bo­wali. Ple­czy­sty nie miał do nich o to pre­ten­sji.

- Śmieszna ksywa, nie? - Ban­ner­man spoj­rzał na Chu­dego takim wzro­kiem, jakim mógłby obrzu­cić grudę gliny. - Bo wła­ści­wie to on jest cał­kiem krzepki. Może nie gruby, ale chu­dym na pewno bym go nie nazwał.

- Tro­chę sza­cunku - zga­sił go Ple­czy­sty, zdej­mu­jąc mary­narkę. - Róbmy, co do nas należy. Nie musimy być przy tym nie­grzeczni.

- To coś zmieni?

Ple­czy­sty prze­wie­sił mary­narkę przez opar­cie dru­giego krze­sła i bokiem dłoni wygła­dził fałdy na mate­riale.

- Dla mnie tak.

- Nie przy­szli­śmy się tu zaprzy­jaź­niać.

- Wiem, po co przy­szli­śmy. - Ple­czy­sty spoj­rzał Ban­ner­ma­nowi w oczy i wytrzy­mał jego spoj­rze­nie do chwili, gdy tam­ten obli­zał ner­wowo wargi i odwró­cił wzrok.

Ple­czy­sty obró­cił krze­sło i usiadł naprze­ciw Chu­dego. Pod­su­nął opa­da­jące oku­lary wyżej na nos i splótł dło­nie. Prze­ko­nał się, że dobrze jest cza­sem popaść w rutynę. Doce­nił ją, kiedy sprzą­tał w bro­wa­rze w Val­becku. Ot, robota jak każda inna.

Chudy wpa­try­wał się w niego bez prze­rwy. Prze­ra­żone oczy, natu­ral­nie. Pot na czole. Ale i deter­mi­na­cja. Łatwo nie pęk­nie. Ale wszystko pęka, wystar­czy odpo­wied­nio mocno przy­ci­snąć.

- Jestem Ple­czy­sty - powie­dział. Zauwa­żył, że wzrok Chu­dego spo­czął na tatu­ażu na wierz­chu jego dłoni. Odcze­kał chwilę. - Kie­dyś byłem żoł­nie­rzem.

- Jak my wszy­scy - wtrą­cił Ban­ner­man.

- Wiesz, dla kogo obec­nie pra­cu­jemy?

Chudy prze­łknął ślinę.

- Dla Korta?

- Nie.

Tym razem prze­łknię­cie przy­szło mu z więk­szym wysił­kiem.

- Dla Savine dan Glokty - domy­ślił się.

- Otóż to. Doszły nas słu­chy, że pró­bu­jesz pod­bu­rzać robot­ni­ków, Chudy. Że nama­wiasz ich do odrzu­ce­nia narzę­dzi.

Ban­ner­man zacmo­kał z dez­apro­batą.

- Zwa­żyw­szy na warunki pracy w kopalni - odparł Chudy - godziny pracy, nędzne płace... Nie trzeba ich bar­dzo nama­wiać.

Ple­czy­sty zsu­nął oku­lary niżej, roz­ma­so­wał obo­lałą nasadę nosa i umie­ścił je z powro­tem na swoim miej­scu.

- Wyglą­dasz mi na porząd­nego czło­wieka, Chudy, dla­tego sta­ram ci się dać szansę, ale lady Savine chce, żeby jej kanał został ukoń­czony. Zapła­ciła za to. I coś ci powiem: wiem z doświad­cze­nia, że jak pani Savine za coś zapła­ciła, to nie warto wcho­dzić jej w drogę. Naprawdę nie warto.

Chudy wychy­lił się na krze­śle daleko w przód, na ile pozwa­lały mu więzy.

- Przed­wczo­raj zgi­nął chło­pak. Belka roz­po­rowa go zmiaż­dżyła. Miał czter­na­ście lat. - Wykrę­cił szyję, żeby spoj­rzeć na Ban­ner­mana. - Wie­dzie­li­ście o tym?

- Coś sły­sza­łem. - Sądząc po tym, z jakim namasz­cze­niem Ban­ner­man oglą­dał sobie paznok­cie, miał to w dupie.

- Szkoda chłopka. - Ple­czy­sty pstryk­nął obo­la­łymi pal­cami przed nosem Chu­dego, żeby zwró­cić jego uwagę. - Wielka szkoda. Pyta­nie brzmi: w jaki spo­sób zmiaż­dże­nie cie­bie mia­łoby mu pomóc?

Chudy się nie pod­da­wał. Zadarł aro­gancko głowę. Przy­padł Ple­czy­stemu do gustu. Mogliby być sprzy­mie­rzeń­cami. Pew­nie nawet byli, cał­kiem nie­dawno.

- Mogę pomóc innym - powie­dział Chudy. - Ale tacy jak ty tego nie zro­zu­mieją.

- Zdzi­wił­byś się. Byłem w Val­becku, bra­cie. Z Destruk­to­rami. Toczy­li­śmy słuszną walkę. Tak mi się przy­naj­mniej wyda­wało. Wcze­śniej byłem w Sty­rii, tam też wyda­wało mi się, że to słuszna walka. Przez całe życie wal­czy­łem w słusz­nych spra­wach i wiesz, co z tego mam?

- Nic? - pod­po­wie­dział Ban­ner­man.

Ple­czy­sty spio­ru­no­wał go wzro­kiem.

- Musisz mi psuć puentę?

- Powi­nie­neś odświe­żyć reper­tuar.

- Pew­nie masz rację. Odkry­łem, że kiedy walka roz­pocz­nie się na dobre, wszystko, co słuszne, z niej ula­tuje.

Ważąc słowa, Ple­czy­sty zaczął pod­wi­jać rękawy koszuli. Powoli. Sta­ran­nie. Rutyna dobra rzecz. Powta­rzał sobie, że robi to dla May i Liddy. Zasta­no­wił się przez chwilę, co by zro­biły, gdyby się o tym dowie­działy. Wnio­ski nie przy­pa­dły mu do gustu. Dla­tego nie mogły się dowie­dzieć. Ni­gdy.

- Zabi­łem... tak sobie myślę... z pięć­dzie­się­ciu ludzi. Może wię­cej. Jeń­ców, głów­nie. Niby tylko wyko­ny­wa­łem roz­kazy, ale jed­nak... zabi­łem ich. Z początku liczy­łem, potem pró­bo­wa­łem stra­cić rachubę... - Spoj­rzał na skra­wek posadzki mię­dzy butami Chu­dego. - Prawdę mówiąc, naj­czę­ściej byłem pijany. Nawa­lony jak sto­doła. Wszystko mi się mie­sza. Pamię­tam takiego jed­nego gościa, z wojny. Chyba Sty­ryj­czyk. Gadał coś do mnie i gadał, a ja nie mia­łem zie­lo­nego poję­cia, co mówi. Zrzu­ci­łem go z murów. To było w Mus­se­lii, tam mury mają... ile? Ze trzy­dzie­ści kro­ków wyso­ko­ści? - Spoj­rzał pyta­jąco na Hal­dera. - Byłeś w Mus­se­lii, nie?

Hal­der ski­nął głową.

- Raczej dwa­dzie­ścia - powie­dział.

- Tak czy ina­czej, wystar­czyło. Spadł na wóz. - Ple­czy­sty przy­tknął dłoń do żeber, wska­zu­jąc miej­sce ude­rze­nia. - Zło­żył się wpół, ale tak na bok, w spo­sób, w jaki żywy czło­wiek za dia­bła się nie zegnie. Stopy wykrę­ciły mu się na wspak. I wtedy zaczął wyda­wać taki dźwięk... - Pokrę­cił głową. - Słowo daję, to był odgłos pie­kła. Jęczał, zawo­dził i nie prze­sta­wał. Na woj­nie widzi się różne rze­czy. To zmie­nia czło­wieka.

- Fakt - potwier­dził Hal­der.

Chudy wytrzesz­czył oczy.

- Uwa­żasz, że jest się czym chwa­lić?

- Chwa­lić?! - Ple­czy­sty spoj­rzał na niego z nie­do­wie­rza­niem spo­nad oku­la­rów. Chudy stał się roz­ma­zaną jasną plamą w bla­sku lampy. - Kurwa, no co ty... W życiu. Budzę się spo­cony jak mysz w połogu. Cza­sem pła­czę, w tych spo­koj­niej­szych chwi­lach. Nie wsty­dzę się tego.

- Ja też - dodał Hal­der.

- Po pro­stu... - Ple­czy­sty pchnął oku­lary w górę, mosz­cząc je w wyro­bio­nym zagłę­bie­niu na nosie. - Chcę, żebyś zro­zu­miał, do czego to zmie­rza. Żebyś zro­zu­miał, nim zabrniemy za daleko i stwier­dzimy, że... że wcale nie chcie­li­śmy się tam zna­leźć. - Skrzy­wił się z nie­sma­kiem. Źle to zabrzmiało. Żało­wał, że nie jest bar­dziej wyga­dany, ale prawda była taka, że same słowa w tej robo­cie rzadko wystar­czały. Mal­mer miał gadane i co? Jak skoń­czył? - Zmie­rzam do tego...

- Panie Ple­czy­sty?

Odwró­cił się zasko­czony. W kan­torku na antre­soli w głębi maga­zynu paliło się świa­tło, ktoś stał przy pro­wa­dzą­cych na górę scho­dach, jakaś kobieta: wysoka, smu­kła, pełna gra­cji.

Ze stra­chu ści­snęło go w żołądku. Nastały takie czasy, że drobne kobiety napa­wały go więk­szym lękiem niż bar­czy­ści męż­czyźni.

- Pocze­kaj chwilę - powie­dział do Chu­dego i wstał.

- Ni­gdzie się nie wybiera - zapew­nił Ban­ner­man. Pokle­pał Chu­dego po policzku, aż ten się wzdry­gnął.

- Pamię­taj: sza­cu­nek - upo­mniał go Ple­czy­sty i ruszył w stronę kan­torka. - To nic nie kosz­tuje.

To była Zuri, wyraź­nie zanie­po­ko­jona - co z kolei zanie­po­ko­iło jego. Nie znał chyba dru­giej osoby, która mia­łaby rów­nie sta­lowe nerwy.

- Co się stało?

Ski­nie­niem głowy wska­zała schody.

- Przy­szła pani Savine.

- Jest teraz tutaj?

- Chce popa­trzeć, jak pan pra­cuje.

Słowa zawi­sły mię­dzy nimi w ciem­no­ści. Co innego robić takie rze­czy - Ple­czy­sty umiał sobie wmó­wić, że nie ma wyboru - a co innego chcieć na to patrzeć.

- Może mógłby jej pan to... wyper­swa­do­wać?

Skrzy­wił się.

- Gdy­bym umiał prze­ma­wiać ludziom do roz­sądku samym gada­niem, nie musiał­bym sto­so­wać innych metod.

- Mój nauczy­ciel Pisma mawiał, że ci, któ­rzy pró­bują i prze­gry­wają, są tak samo bło­go­sła­wieni jak ci, któ­rym się udaje.

- Życie nauczyło mnie ina­czej.

- Spró­bo­wać nie zawa­dzi.

- W tej kwe­stii rów­nież życie nauczyło mnie ina­czej - mruk­nął Ple­czy­sty i wszedł za Zuri na schody.

Widziana z progu Savine wyglą­dała cał­kiem zwy­czaj­nie - spo­kojna, opa­no­wana, cała ona. Dopiero z bli­ska, w lep­szym świe­tle, Ple­czy­sty stwier­dził, że coś jest nie w porządku. Obrzeża noz­drzy miała brzydko zaró­żo­wione, oczy błysz­czące oso­bli­wym zapa­łem, perukę w lek­kim nie­ła­dzie. Dostrzegł też plamy na żakie­cie - rzecz tak samo wstrzą­sa­jącą, jak w przy­padku innej osoby byłaby nagość.

- Lady Savine... Na pewno chce pani przy tym być? - zapy­tał.

- Roz­czula mnie twoja tro­ska, ale zapew­niam, mam mocny żołą­dek.

- Nie wąt­pię. I nie myśla­łem o pani. - Zni­żył głos. - Prawda jest taka, że wyzwala pani we mnie naj­gor­sze instynkty.

- Twój pro­blem, Ple­czy­sty, polega na tym, że mylisz to, co naj­lep­sze, z tym, co naj­gor­sze. Praca przy budo­wie kanału musi zostać wzno­wiona jutro z samego rana. Z samego rana, powta­rzam. Kanał musi zostać otwarty i zacząć przy­no­sić dochody.

Ostat­nie słowo wypo­wie­działa z gniew­nym gry­ma­sem, szcze­rząc zęby. Na widok jej gniewu Ple­czy­stemu serce zabiło żywiej. Była od niego o głowę niż­sza, mogłaby być nawet jesz­cze mniej­sza, a i tak by go prze­ra­żała. Nie przez to, co mogła zro­bić, tylko przez to, do czego mogła go zmu­sić.

- A teraz bądź tak miły i załatw to - dodała.

Ple­czy­sty obej­rzał się na Zuri, któ­rej ciemne oczy zalśniły w pół­mroku.

- Wszy­scy jeste­śmy pal­cami Bożej dłoni - mruk­nęła prze­pra­sza­jąco, wzru­sza­jąc ramio­nami.

Szedł przez maga­zyn z powro­tem w stronę plamy świa­tła. Echo nio­sło jego kroki, a on wma­wiał sobie, że jego zapał jest uda­wany; że tylko gra wyzna­czoną rolę. Prawda była taka, że ni­gdy nie był wiel­kim akto­rem i teraz nie mógł się docze­kać, kiedy zabie­rze się do pracy.

Być może Chudy zoba­czył coś w jego oczach. Sku­lił się i wykrę­cił na krze­śle, jakby mógł unik­nąć tego, co nie­uchronne. Ale żaden z nich nie mógł przed tym uciec.

- Zacze­kaj chwi...

Wyta­tu­owana pięść Ple­czy­stego grzmot­nęła go w żebra. Krze­sło zato­czyło się w tył. Ban­ner­man zła­pał je i posta­wił do pionu. Druga pięść Ple­czy­stego tra­fiła w drugi bok. Chudy skrę­cił się w wię­zach, oczy wycho­dziły mu z orbit. Przez chwilę trwał w takiej pozy­cji, drżący, z sinie­jącą twa­rzą. Zdą­żył jeden raz wcią­gnąć ze świ­stem powie­trze do płuc, zanim zwy­mio­to­wał.

Zwy­mio­to­wał na kolana i pod­łogę. Ban­ner­man cof­nął się o krok, z nie­sma­kiem patrząc na swoje nowiut­kie, wyglan­so­wane buty.

- Rzy­gacz nam się tra­fił...

Powstrzy­ma­nie się od dal­szych cio­sów wyma­gało wysiłku, podob­nie jak opa­no­wa­nie się i próba powie­dze­nia cze­goś. Kiedy jed­nak Ple­czy­sty prze­mó­wił, sam się zdzi­wił, że jego głos brzmi tak spo­koj­nie.

- Czas cywi­li­zo­wa­nych metod dobiegł końca. Dawaj­cie go tutaj.

Hal­der wynu­rzył się z mroku, wlo­kąc za sobą mło­dego chło­paka, zwią­za­nego i bul­go­czą­cego w kne­bel.

- Nie! - wyrzę­ził Chudy.

Hal­der pchnął chło­paka na krze­sło i Ple­czy­sty zaczął go do niego przy­wią­zy­wać.

- Nie, nie, nie... - Strużka śliny sączyła się z kącika ust Chu­dego.

- Czło­wiek potrafi dużo znieść, kiedy myśli, że wal­czy w słusz­nej spra­wie. - Ple­czy­sty roz­ma­so­wał knyk­cie. - Dobrze o tym wiem. Ale kiedy musi patrzeć, jak coś takiego robią jego dziecku? To zupeł­nie co innego.

Chło­pak toczył wzro­kiem dookoła, łzy spły­wały mu po twa­rzy. Ple­czy­sty żało­wał, że nie może się napić. Pra­wie czuł smak alko­holu na języku. Picie wszystko uła­twiało - przy­naj­mniej w trak­cie roboty, bo potem było gorzej.

Odsu­nął tę myśl od sie­bie.

- Tym też nie zamie­rzam się chwa­lić - pod­jął. Spraw­dził, czy rękawy ma nale­ży­cie zaka­sane. Z jakie­goś powodu wydało mu się to nie­zmier­nie ważne. - Ale kiedy dorzu­cić to na szalę do wszel­kiego innego kure­stwa, jakiego się dopusz­cza­łem, waga nawet nie drgnie.

Pod­niósł głowę i spoj­rzał w stronę kan­torka. Może miał nadzieję, że Savine zama­cha do niego, każe mu prze­stać, ale nikogo nie zoba­czył. Było tylko świa­tło, które dowo­dziło, że patrzy. Czło­wiek musi umieć się poha­mo­wać, on jed­nak ni­gdy nie był w tym dobry. Odwró­cił się do chło­paka.

- Chciał­bym wró­cić do domu - powie­dział. Zdjął oku­lary, zło­żył je i scho­wał do kie­szeni koszuli. Twa­rze w świe­tle lampy roz­ma­zały się w nie­wy­raźne plamy. - Ale jeśli będzie trzeba, zostanę tu do rana. - Prze­ra­że­nie chło­paka, zgroza Chu­dego, bez­tro­ska Ban­ner­mana... Trudno było je odróż­nić, gdy roz­pły­wały mu się przed oczami. - Spró­buj sobie wyobra­zić - cią­gnął - w jakim wtedy będzie­cie sta­nie. - Krze­sło skrzyp­nęło pod chło­pa­kiem, gdy usta­wił je w pożą­da­nym miej­scu. - Spo­dzie­wam się, że wkrótce obaj będzie­cie wyda­wali ten dźwięk. - Pod­wi­nął rękawy jesz­cze oczko wyżej. Rutyna, rutyna, rutyna. - Odgłos pie­kła.

Wie­dział, jak sam by się czuł, gdyby tkwił bez­rad­nie przy­wią­zany do jed­nego krze­sła i miał przed sobą May przy­wią­zaną do dru­giego. Dla­tego był w zasa­dzie pewien, że to podziała.

- Nie będzie strajku! - wysa­pał Chudy. - Nie będzie żad­nego strajku!

Ple­czy­sty się wypro­sto­wał. Zamru­gał.

- To bar­dzo dobra wia­do­mość - powie­dział.

Wcale nie czuł się tak, jakby usły­szał dobrą wia­do­mość. W głębi ducha był roz­cza­ro­wany. Z wysił­kiem roz­luź­nił pię­ści. Z wysił­kiem wyjął z kie­szeni oku­lary, zało­żył je na nos i zaha­czył za uszy. Były zbyt deli­katne dla jego obo­la­łych pal­ców.

- Twój syn zosta­nie z nami, na wypa­dek gdy­byś zmie­nił zda­nie - powie­dział.

Chło­pak szar­pał się w uści­sku Ban­ner­mana, gdy ten wlókł go po pod­ło­dze w ciem­ność.

- Tylko z sza­cun­kiem! - zawo­łał za nimi Ple­czy­sty, zajęty sta­ran­nym opusz­cza­niem ręka­wów.

Rutyna dobra rzecz.

Sztuka kom­pro­misu

- Pre­cy­zja, matołki! - Filio pode­rwał się z ławki, wrzesz­cząc na parę szer­mie­rzy, któ­rzy patrzyli na niego z roz­dzia­wio­nymi ustami i opusz­czoną bro­nią. - Pre­cy­zja! Szyb­kość to zbędna bufo­nada i efek­ciar­stwo, kiedy bra­kuje pre­cy­zji.

Dobie­gał sześć­dzie­siątki, ale na­dal był cał­kiem żwawy i przy­stojny. Vick miała chyba wię­cej siwych wło­sów niż on. Klap­nął na ławkę obok niej, klnąc po sty­ryj­sku pod nosem.

- Ech, ci dzi­siejsi mło­dzieńcy... - W końcu prze­szedł na wspólną mowę. - Cze­kają, aż ktoś im poda świat na zło­tej pate­rze!

Vick zer­k­nęła na Łoja. Wyglą­dał, jakby w życiu nie widział z bli­ska żad­nej patery, zwłasz­cza zło­tej. Nawet teraz, w schlud­nym czar­nym stroju prak­tyka inkwi­zy­cji, przy­po­mi­nał jej brata. Tak samo prze­pra­sza­jąco się gar­bił, jakby stale się spo­dzie­wał, że ktoś go spo­licz­kuje.

- Nie­któ­rzy nie mają lekko - zauwa­żyła.

- Mojemu sio­strzeń­cowi przy­da­łaby się tward­sza szkoła życia. - Filio pokrę­cił głową, patrząc, jak fech­mi­strze szu­rają sto­pami po kręgu tre­nin­go­wym. Poko­le­nia mięk­kich szer­mier­skich butów wygła­dziły deski na wysoki połysk. - Ma talent i szybką rękę, ale musi się jesz­cze wiele nauczyć. - Jęk­nął, gdy jeden z mło­dzi­ków chy­bił w wypa­dzie. - Mam nadzieję, że pew­nego dnia będzie repre­zen­to­wał nasze mia­sto w Tur­nieju w Adui, ale talent zda się na nic bez dys­cy­pliny... - Znów zerwał się na równe nogi. - Myśl, ośle! Myśl!

- Sam bra­łeś udział w Tur­nieju.

Filio uśmiech­nął się chy­trze i usiadł.

- Spraw­dza­łaś mnie?

- W pół­fi­nale prze­gra­łeś z przy­szłym kró­lem Jeza­lem. Walka była zacięta do samego końca, jeśli mnie pamięć nie myli.

- Byłaś tam?! Ile mia­łaś lat, dzie­sięć?

- Osiem.

Dobry kłamca trzyma się fak­tów, na ile to moż­liwe. Rze­czy­wi­ście miała osiem lat, kiedy roze­grał się tam­ten poje­dy­nek, ale kuliła się wtedy w ciem­nej, cuch­ną­cej ładowni statku, przy­kuta do gru­bego łań­cu­cha łączą­cego ją z całą rodziną i kil­ku­dzie­się­cior­giem innych ska­zań­ców. Zmie­rzali do obo­zów pracy w Anglan­dzie, z któ­rych tylko ona jedna zdo­łała wró­cić. Nie spo­dzie­wała się, że prawda wzbu­dzi taki sam zachwyt Filia, któ­rego oczy roz­bły­sły na wspo­mnie­nie daw­nej chwały. Cała prawda mało kogo uszczę­śli­wia.

- Wiwa­tu­jące tłumy, zgrzyt stali, krąg szer­mier­czy wyty­czony wśród naj­wspa­nial­szych budowli Agriontu. W żaden inny dzień nie roz­pie­rała mnie taka duma jak wtedy!

Filio podzi­wiał struk­turę poli­tyczną Unii i towa­rzy­szącą jej bom­ba­stycz­ność, doce­niał wagę pre­cy­zji i dys­cy­pliny. To dla­tego Vick wło­żyła pełny galowy mun­dur spe­cjal­nego inkwi­zy­tora, wypu­co­wała buty na wysoki połysk, zro­biła sobie prze­dzia­łek od linijki, włosy bru­tal­nie zacze­sała w tył i cia­sno zwią­zała.

Filio ski­nął w stronę poły­sku­ją­cych kling.

- Zatem jest pani miło­śniczką tej pięk­nej nauki?

- A kto nie jest? - odpo­wie­działa pyta­niem, cho­ciaż sama nią nie była.

- Domy­ślam się, że przy­szła pani zabie­gać o głosy.

- Jego Wyso­ko­ści bar­dzo zależy na tym, żeby Zachodni Port pozo­stał w Unii, gdzie jego miej­sce.

- Jego Wyso­ko­ści czy raczej Jego Emi­nen­cji? - mruk­nął Filio, nie spusz­cza­jąc z oka fech­tu­ją­cych mło­dzi­ków. - Z kim jesz­cze pani roz­ma­wiała?

- Pan jest pierw­szy. - W rze­czy­wi­sto­ści był czwarty, ale Vick wie­działa z doświad­cze­nia, że należy zacho­wać szcze­gólną ostroż­ność, by nie ura­zić dumy śred­nio wpły­wo­wych ludzi. Zra­nić ich było znacz­nie łatwiej niż tych dzier­żą­cych praw­dziwą wła­dzę. - Supe­rior Lor­sen nie może się pana nachwa­lić: star­szy depu­to­wany, darzony powszech­nym sza­cun­kiem... Wokół kogoś takiego dele­gaci mogliby się zjed­no­czyć.

- Pochle­bia mi pani, natu­ral­nie, ale supe­rior jest nazbyt łaskawy w swo­jej oce­nie. Gdyby jed­ność mia­sta zale­żała od jed­nego głosu... to może Zachodni Port nie byłby tak skłó­cony.

- Może mogli­by­śmy panu pomóc go zjed­no­czyć. Wiem, że wie­rzy pan w Unię.

- Ależ oczy­wi­ście! Zawsze wie­rzy­łem, przez całe życie. Mój dzia­dek nale­żał do ludzi, któ­rzy nas do niej wpro­wa­dzili. - Filio spo­waż­niał. - Ale sprawy się skom­pli­ko­wały. Wszy­scy wie­dzie­li­śmy, czego spo­dzie­wać się po królu Jezalu. Król Orso jest zaś młody... - skrzy­wił się, gdy jego sio­strze­niec popi­sał się zama­szy­stym manew­rem - ...i sądząc po tym, co się o nim mówi, prze­ja­wia wszyst­kie wady mło­dego czło­wieka, aż do prze­sady. Nie­po­wo­dze­nia w woj­nach ze Sty­rią też wam nie poma­gają. A teraz jesz­cze ten Solu­meo Shu­dra! - Zacmo­kał z tro­ską. - Sły­szała pani, jak prze­ma­wia?

- Tylko przez chwilę.

- Potrafi przy­kuć uwagę. Ma dar prze­ko­ny­wa­nia i jest nie­zwy­kle... jak to się mówi... cha­ry­zma­tyczny. Ludzie go kochają, ponie­waż kochają poli­ty­ków, któ­rzy nie mają żad­nej wła­dzy: wie­dzą, że się nie roz­cza­rują. Wielu prze­ko­nał do swo­ich racji. Unia nie ma nikogo, kto mógłby się z nim rów­nać, wasi poli­tycy są ocię­żali i nie­strawni. Cho­ciaż oczy­wi­ście trudno z zapa­łem zachwa­lać coś, co czło­wiek już ma, prawda? To nudne. Co innego piękne alter­na­tywy, toż to istny bukiet obiet­nic! Worek z marze­niami! Cudowny sta­tek wio­zący fan­ta­zje i nie­za­gro­żony zde­rze­niem z przy­krą koniecz­no­ścią ich reali­za­cji.

- Czy zatem Jego Wyso­kość może liczyć na pań­skie popar­cie?

- Chciał­bym móc odpo­wie­dzieć pro­stym, jed­no­znacz­nym unij­nym "tak", oba­wiam się jed­nak, że chwi­lowo... - Filio skrzy­wił się z nie­sma­kiem. - Mogę dać pani jedy­nie tra­dy­cyjne sty­ryj­skie "być może". Tutaj, w Zachod­nim Por­cie, balan­su­jąc na Skrzy­żo­wa­niu Świata pomię­dzy Gur­khu­lem, Sty­rią i Unią, musimy dosko­na­lić się w sztuce kom­pro­misu. Nie prze­trwał­bym tak długo na sce­nie poli­tycz­nej naszego mia­sta, gdy­bym upar­cie trzy­mał się raz usta­lo­nego zestawu prze­ko­nań.

- Prze­ko­na­nia są jak ubiór. - Vick obcią­gnęła poły kurtki. - Trzeba je zmie­niać, by dosto­so­wać się do ocze­ki­wań widowni.

- Otóż to. Może w odpo­wied­nim cza­sie pody­sku­tu­jemy o tym, jaka byłaby cena za to, bym przy­wdział te lub inne barwy, na razie jed­nak głu­potą byłoby pochopne opo­wie­dze­nie się po jed­nej ze stron. Mógł­bym sprzy­mie­rzyć się z poko­na­nymi!

Vick nie mogła mieć do Filia pre­ten­sji. Życie w obo­zach nauczyło ją jed­nego: trzeba trzy­mać ze zwy­cięz­cami.

- Wró­cimy zatem do tej roz­mowy, gdy przy­szłość nabie­rze bar­dziej kon­kret­nych kształ­tów - zapo­wie­działa.

Wstała z ławki, sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwagi na rwa­nie w oka­le­czo­nym bio­drze, strze­liła obca­sami i zło­żyła ofi­cjalny ukłon.

Filio spra­wiał wra­że­nie zado­wo­lo­nego - choć nie na tyle, by obie­cać jej swój głos.

- Mam taką nadzieję - odparł. - Nie traćmy jed­nak wię­cej czasu, dopóki nie będziemy pewni naszych rachun­ków... Oj! - Zerwał się z ławki, gdy czu­bek klingi jego sio­strzeńca zary­so­wał skraj kręgu. - Uwa­żaj na nogę zakroczną, głup­cze! Pre­cy­zja!

***

W publicz­nych ogro­dach Zachod­niego Portu powie­wał rzadki w tych rejo­nach wia­te­rek, nio­sący zapa­chy żywicy, kwia­tów i przy­praw ze znaj­du­ją­cego się za murem bazaru. Setki róż­nych liści trze­po­tały, sze­le­ściły i szep­tały. Mocne pro­mie­nie wio­sen­nego słońca padały na wodną mgiełkę z fon­tanny i roz­pra­szały się w ulotną tęczę.

Cień padł na Vick.

- Mogę się przy­siąść?

Stała nad nią bar­czy­sta kobieta ubrana - na połu­dniową modłę - w luźną lnianą szatę. Była ciem­no­skóra, miała twarz o wyra­zi­stych rysach i puszek krótko przy­cię­tych szpa­ko­wa­tych wło­sów na gło­wie.

- Przy­kro mi - odparła we wspól­nej mowie Vick - nie znam sty­ryj­skiego.

Pół­kłam­stwo: umiała się doga­dać, co naj­wy­żej nie wychwy­ty­wała wszyst­kich niu­an­sów słowa mówio­nego, ale w nego­cja­cjach tak deli­kat­nych jak te nie mogła sobie pozwo­lić na pomyłkę. A poza tym wolała być nie­do­ce­nianą.

- Typowe dla władz Unii - odparła z wes­tchnie­niem nie­zna­joma. - Przy­sy­łają nego­cja­tora, który nawet nie zna naszego języka.

- Podobno w miej­scu zwa­nym Skrzy­żo­wa­niem Świata mówi się wszyst­kimi języ­kami. Pani Dayep Mozo­lia, jak mnie­mam.

- A pani to Vic­ta­rine dan Teu­fel.

- Nie­stety.

Vick doszła do wnio­sku, że ary­sto­kra­tyczny wydźwięk peł­nego nazwi­ska - choć w tej aku­rat chwili zupeł­nie do niej nie­pa­su­ją­cego - posłuży jej naj­le­piej przy tym spo­tka­niu. Mozo­lia miała opi­nię upar­tej kobiety inte­re­sów, więc Vick posta­no­wiła się zapre­zen­to­wać jak prag­ma­tyczna adu­enka na zagra­nicz­nej wycieczce. Włosy zaplo­tła w war­ko­cze i sta­ran­nie upięła, nie­do­pięty górny guzik bluzki miał suge­ro­wać swo­bodną przy­stęp­ność. Dawno już nie wkła­dała spód­nicy i czuła się w niej tak samo skrę­po­wana jak pod swoim peł­nym nazwi­skiem, ale luk­sus nie­skrę­po­wa­nia raczej szko­dził szpie­gom, niż poma­gał.

- Jak się pani podo­bają nasze ogrody? - zagad­nęła Mozo­lia.

- Piękne, choć suchawe.

- Ufun­do­wała je bez­dzietna dzie­dziczka pokaź­nej for­tuny kupiec­kiej. - Mozo­lia nie­śpiesz­nie sado­wiła się na ławce. - Prze­mie­rzyła cały Krąg Świata w nadziei zgro­ma­dze­nia wszyst­kich drzew stwo­rzo­nych przez Boga. - Ski­nie­niem ręki wska­zała nie­bo­tyczną jodłę, któ­rej dolne gałę­zie były zupeł­nie nagie, a i wyżej oca­lały tylko nie­liczne suche igły. - Nie­stety nie wszyst­kie dobrze się przyj­mują w naszym kli­ma­cie.

Zer­k­nęła na Łoja w libe­rii słu­żą­cego, któ­rego pokryta pla­mami rumień­ców twarz ocie­kała potem.

Nie­po­trzeb­nie go ze sobą zabrała. Zda­wała sobie sprawę, że naj­le­piej pora­dzi sobie sama: tę lek­cję wynio­sła z obo­zów po tym, jak całą rodzinę zło­żyła w sku­tej lodem ziemi. Ojciec: drżący z zimna, sino­usty, z oka­le­czo­nymi, poczer­nia­łymi pal­cami. Matka: wiecz­nie dopy­tu­jąca się, czym zasłu­żyła na taki los, tak jakby zasługi miały z tym cokol­wiek wspól­nego. Zdo­by­cie lekar­stwa dla sio­stry wyma­gało wiele bólu i potu, a gdy wró­ciła do domu, ści­ska­jąc kur­czowo fiolkę, zastała sio­strę zimną i sztywną pod wytar­tym przy­kry­ciem; brat trzy­mał ją jesz­cze za rękę. Potem zostali tylko we dwoje: ona i brat. Miał wiel­kie, smutne oczy. Cał­kiem jak Łój.

Nie da się w nie­skoń­czo­ność utrzy­mać na wodzie kogoś, kto sam nie umie pły­wać. Prę­dzej czy póź­niej pocią­gnie nas na dno.

Mozo­lia z wes­tchnie­niem zarzu­ciła ramię na opar­cie ławki.

- Domy­ślam się jed­nak, że nie po to przy­była pani z dru­giego krańca Kręgu Świata, żeby dys­ku­to­wać o drze­wach.

- Nie. Chcę poroz­ma­wiać o zbli­ża­ją­cym się gło­so­wa­niu.

- To główny temat wszyst­kich roz­mów tutaj. Donio­sła decy­zja, w któ­rej pod­ję­ciu ani pani, ani ja nie będziemy miały jed­nak żad­nego udziału. Kobiety nie mogą być depu­to­wa­nymi.

- Może same nie zasia­dają w Zgro­ma­dze­niu - prych­nęła Vick - ale z całą pew­no­ścią mogą ste­ro­wać depu­to­wa­nymi. Ma pani w kie­szeni co naj­mniej pięć gło­sów.

Mozo­lia wzru­szyła sze­ro­kimi ramio­nami.

- Sześć - odparła. - Może nawet sie­dem.

- Zasta­na­wiam się, czy dałaby się pani prze­ko­nać do popar­cia Unii.

- Nie wyklu­czam tego, ale łatwo nie będzie. Jedno z moich dziad­ków pocho­dziło z Yash­ta­vitu, dru­gie z Sik­kuru, trze­cie z Osprii, a czwarte ze Sta­rego Cesar­stwa. Jestem rów­nie mile (lub rów­nie nie­mile) widziana w pię­ciu róż­nych świą­ty­niach w mie­ście. Cza­sami zapo­mi­nam, do któ­rej wer­sji Boga powin­nam się modlić. W innych kra­jach nazwano by mnie kun­dlem. W tym mie­ście kun­dli jestem normą. - Mozo­lia z uśmie­chem powio­dła wzro­kiem po zżół­kłych traw­ni­kach, gdzie ludzie wszyst­kich moż­li­wych kolo­rów i roz­mia­rów spa­ce­ro­wali, sie­dzieli, gawę­dzili w cie­niu naj­prze­dziw­niej­szych i naj­cu­dow­niej­szych drzew, jakie wyszły spod Bożej ręki. - Kupiec bła­watny musi mieć sze­ro­kie hory­zonty. Pro­wa­dzę inte­resy w całym Kręgu Świata, han­dluję sul­juc­kim jedwa­biem, gur­khul­skim płót­nem, cesar­ską bawełną i wełną z Pół­nocy.

- Nie mówiąc już o tych wszyst­kich pięk­nych tka­ni­nach z unij­nych fabryk.

- Otóż to.

- Szkoda by było, gdyby kupiec bła­watny został nagle odcięty od naj­więk­szego rynku zbytu na świe­cie.

- Natu­ral­nie byłoby to fru­stru­jące, ale han­del jest jak woda: z cza­sem prze­ci­śnie się przez każdą szcze­linę. Zresztą unia ze Sty­rią też mia­łaby swoje zalety.

- Podobno Żmija z Talinsu to wyma­ga­jąca kochanka. Despo­tyczna. Tak sły­sza­łam.

Tym razem to Mozo­lia prych­nęła lek­ce­wa­żąco.

- O czym nie­je­den unijny gene­rał prze­ko­nał się na wła­snej skó­rze - przy­znała. - Potrafi jed­nak być roz­sądna, gdy dostrzeże po dru­giej stro­nie wolę kom­pro­misu. Pro­szę tylko pomy­śleć, jak Talins roz­kwitł pod jej rzą­dami. Poza tym podoba mi się idea, że to kobieta rzą­dzi, choćby nawet despo­tyczna. Pani nie? My, kobiety, powin­ny­śmy współ­pra­co­wać.

- A nie lepiej byłoby naśla­do­wać męż­czyzn, zapo­mnieć o sen­ty­men­tach i po pro­stu zara­biać pie­nią­dze?

Mozo­lia odpo­wie­działa led­wie dostrze­gal­nym uśmiesz­kiem.

- No, no... Jed­nak zna pani sty­ryj­ski. Mam nadzieję, że Jego Emi­nen­cja przy­słał wraz z panią jakąś cał­kiem nie­sen­ty­men­talną sumkę pie­nię­dzy.

- Przy­słał coś lep­szego. - Vick otwo­rzyła list i ujęła go w dwa palce. U dołu pisma wid­niał pod­pis arcy­lek­tora Glokty, niczym zabój­cza puenta. - Przy­wi­leje han­dlowe daw­niej pozo­sta­wały w gestii gil­dii bła­wat­ni­ków, ale od trzy­dzie­stu lat zarzą­dza nimi Inkwi­zy­cja Jego Kró­lew­skiej Mości. Jego Emi­nen­cja jest gotowy się nimi podzie­lić. Dobrze pani na tym wyj­dzie.

Mozo­lia wzięła list do ręki i z uwagą prze­czy­tała każde słowo. Vick nie pró­bo­wała jej pona­glać: przy­mknęła powieki, wysta­wiła twarz na słońce i zacią­gnęła się bal­sa­micz­nym powie­trzem. Bar­dzo rzadko miała oka­zję tak po pro­stu posie­dzieć i nic nie robić.

- Bar­dzo zgrabna łapówka. - Mozo­lia opu­ściła list. - Cel­nie wymie­rzona.

- O ile mi wia­domo, ceni­cie sobie w Zachod­nim Por­cie szcze­rość w kon­tek­ście korup­cji.

- Cofam wszystko, co wcze­śniej powie­dzia­łam: po mistrzow­sku włada pani sty­ryj­skim. - Mozo­lia buj­nęła się na ławce w przód i wstała, ponow­nie rzu­ca­jąc cień na Vick. - Roz­ważę waszą pro­po­zy­cję.

- Byle nie trwało to zbyt długo. My, kobiety, rze­czy­wi­ście powin­ny­śmy współ­pra­co­wać.

***

Lekko roz­chy­liła grube, cięż­kie kotary i wyj­rzała na zewnątrz. To był zmar­no­wany dzień. Słońce zacho­dziło - roz­ma­zana plama jasno­ści nad mro­wiem nie­pa­su­ją­cych do sie­bie dachów, spra­gnio­nych wody drzew, dymią­cych komi­nów i iglic setki świą­tyń poświę­co­nych tuzi­nowi warian­tów Wszech­mo­gą­cego.

Cie­kawe, pomy­ślała, czy wiara w Boga pomaga? Czy kiedy czło­wiek żyje w prze­świad­cze­niu, że całe to gówno, które ma przed sobą, jest czę­ścią jakie­goś wiel­kiego boskiego planu, to bar­dziej go to prze­raża, czy pod­nosi na duchu?

Przy­ci­snęła kciuk do obo­la­łego bio­dra. Patrzyła na pło­myki świec zapa­la­nych w jakiejś thon­dyj­skiej kaplicy, na migo­czące świa­tła w oknach, podry­gu­jące pochod­nie prze­wod­ni­ków pro­wa­dzą­cych cudzo­ziem­ców do naj­lep­szych gospód, naj­lep­szych restau­ra­cji i w ciemne zaułki, w któ­rych roiło się od naj­lep­szych ban­dzio­rów. Pomruk gło­sów przy­bli­żył się do drzwi i odda­lił, z głębi kory­ta­rza dobiegł zalotny śmiech.

Łój wodził smęt­nym wzro­kiem po pokoju, urzą­dzo­nym tak, jak pół­głó­wek mógłby sobie wyobra­żać pałac, z mnó­stwem aksa­mi­tów i obła­żą­cej pozłoty.

- Co za dupek uma­wia się na spo­tka­nie w bur­delu?

- Dupek, który lubi dziwki i chce, żeby jego roz­mówca poczuł się nie­zręcz­nie - odparła Vick.

Sądząc po tym, co o nim mówiono, San­ders Rosi­mi­che speł­niał oba te warunki. Poza tym był pyszny jak paw i pyskaty, ale w prze­szło­ści popie­rał Unię, a teraz każdy głos się liczył. Ludzie mawiają, że tyra­nowi należy się posta­wić, ale Vick odkryła, że znacz­nie lepiej dla niej będzie, kiedy pozwoli im się tyra­ni­zo­wać. Dla­tego udała się z - rzadką u niej - wizytą do kraw­co­wej, by ta pomo­gła jej przy­brać jak naj­bar­dziej kobiecy, ule­gły wygląd. Spięła włosy, natłu­ściła je oliwą i zacze­sała zgod­nie z obo­wią­zu­jącą w Zachod­nim Por­cie modą. Na miłość losu, użyła nawet per­fum! Zre­zy­gno­wała tylko z butów na wyso­kim obca­sie: w jej fachu czło­wiek ni­gdy nie wie­dział, kiedy będzie musiał sal­wo­wać się ucieczką - albo kop­nąć kogoś w twarz.

- Jak ja tego, kurwa, nie zno­szę... - Wes­tchnęła, szar­piąc się z gor­se­tem.

Pró­bo­wała go obcią­gnąć, polu­zo­wać, uło­żyć wygod­niej, ale bez powo­dze­nia. Mimo że szyty na miarę, fatal­nie na niej leżał: cał­kiem moż­liwe, że został skro­jony nie na praw­dziwą Vick, lecz na kobietę, którą inni chcieli w niej widzieć.

Zasta­na­wiała się, co by powie­dział Sibalt, gdyby zoba­czył ją w takim prze­bra­niu. Może coś takiego:

- Szkoda, że nie pozna­li­śmy się wcze­śniej. Może ina­czej by się mię­dzy nami uło­żyło.

- Ale się nie pozna­li­śmy - odpar­łaby wtedy - i się nie uło­żyło.

A wtedy on posłałby jej ten swój znu­żony uśmiech i dodał:

- Twarda z cie­bie sztuka, Vick.

I miałby rację.

W naj­dziw­niej­szych momen­tach łapała się na tym, że za nim tęskni - za jego cie­płem, cię­ża­rem w obję­ciach, doty­kiem tulą­cych ją ramion. Bra­ko­wało jej kogoś, kogo mogłaby dotknąć.

Ale Sibalt pode­rżnął sobie gar­dło po tym, jak go zdra­dziła. Szkoda czasu na gdy­ba­nie.

Puściła skraj kotary i odwró­ciła się. Łój przy­glą­dał jej się z mar­sową miną, jakby miał przed sobą łami­główkę, któ­rej nie potrafi roz­gryźć.

- Musisz się tak gapić? - wark­nęła.

- Prze­pra­szam. - Sku­lił się jak kop­nięty szcze­nia­czek. - Po pro­stu wyglą­dasz...

- Nie­do­rzecz­nie?

- Wyglą­dasz ina­czej...

- Nie zapo­mi­naj, że pod spodem jest wciąż ta sama kobieta. Ta, która wzięła twoją sio­strę na zakład­niczkę.

- Łatwo o tym nie zapo­mnę, zapew­niam cię - odwark­nął.

W jego gło­sie zabrzmiała nuta ura­żo­nego, bez­u­ży­tecz­nego gniewu. Nawet w tym przy­po­mi­nał jej brata. Przy­po­mniała sobie jego minę, gdy tłu­ma­czył jej, że powinni pomóc innym, na co ona odparła, że muszą pomóc przede wszyst­kim samym sobie. Pamię­tała tę zra­nioną pra­wość malu­jącą się na jego twa­rzy.

- Dla­czego w ogóle tu przy­je­cha­łaś?

- Dobrze wiesz dla­czego. Unia jest słaba, zewsząd osa­czają ją wro­go­wie. Jeżeli nie zdo­łamy utrzy­mać tego, co mamy...

- Pytam, dla­czego się tym przej­mu­jesz. Prze­cież to oni zesłali cię do obo­zów, prawda? Na twoim miej­scu zaśmie­wał­bym się do roz­puku, gdyby cała ta zasrana Unia uto­nęła w morzu. Dla­czego tu jesteś?

Skrzy­wiła się gotowa rzu­cić zja­dliwą ripo­stę: przy­je­chała do Zachod­niego Portu, bo miała do spła­ce­nia dług u Jego Emi­nen­cji. Bo szan­taż i zdrada były jedy­nymi umie­jęt­no­ściami, które opa­no­wała do per­fek­cji. Bo trzeba trzy­mać ze zwy­cięz­cami. Miała pół tuzina goto­wych odpo­wie­dzi - sęk w tym, że żadna z nich nie była dobra. Mogła prze­cież zro­bić cokol­wiek innego, cho­ciażby uciec do Dale­kiej Kra­iny, o czym zawsze żar­to­wali z Sibal­tem. A jed­nak, kiedy Jego Emi­nen­cja powie­dział "Zachodni Port", natych­miast zaczęła się szy­ko­wać do wyjazdu.

Stała tak z otwar­tymi ustami, z któ­rych nie dobyło się ani jedno słowo, gdy drzwi otwo­rzyły się z roz­ma­chem i do pokoju dum­nie wkro­czył Rosi­mi­che. Nie posta­rał się tak jak ona: miał na sobie roz­cheł­stany do pasa szla­frok, pod który nie wło­żył chyba nic innego. Spo­mię­dzy poł szla­froka łyskały owło­siona pierś i brzuch.

- Przy­kro mi, że kaza­łem ci cze­kać - powie­dział. Wcale nie było mu przy­kro.

- Nie szko­dzi - odparła z wymu­szo­nym uśmie­chem Vick. - Wiem, że jest pan zaję­tym czło­wie­kiem.

- Co prawda, to prawda. Byłem zajęty rucha­niem.

- Moje gra­tu­la­cje. - Trudno było jej utrzy­mać ten uśmiech.

- I chęt­nie bym do tego wró­cił, więc przejdźmy do rze­czy. Zachodni Port dołą­czy do Sty­rii. Łączą nas linia brze­gowa i wspólna kul­tura, a trudno się spie­rać jed­no­cze­śnie z geo­gra­fią i histo­rią. Bez urazy.

Tego zwrotu uży­wają ludzie zawsze wtedy, gdy zamie­rzają cię obra­zić.

- Mnie nie­ła­two ura­zić - powie­działa Vick nieco ostrzej­szym tonem. - Co innego arcy­lek­tora.

- Był taki czas, że na wzmiankę o Kalece ludzie srali w gacie. - Rosi­mi­che uśmiech­nął się szy­der­czo, nale­wa­jąc sobie wina. - Ale dziś w Sty­rii rzą­dzi Żmija z Talinsu. Mur­catto zjed­no­czyła kraj, tym­cza­sem Unia pruje się w szwach, ary­sto­kra­cja i rząd ska­czą sobie do gar­deł, do tego jesz­cze ci Destruk­to­rzy...

Brak sza­cunku wobec niej samej jej nie prze­szka­dzał, ale to lek­ce­wa­że­nie - spo­tka­nie w bur­delu, szla­frok i tak dalej - kiedy wie­dział, dla kogo Vick pra­cuje? To było nie­po­ko­jące. Tak jakby Rosi­mi­che wie­dział, że zwo­len­nicy soju­szu ze Sty­rią prze­ważą, i pró­bo­wał się im pod­li­zać, upo­ka­rza­jąc przed­sta­wi­cielkę Unii.

- Nie ma roz­woju bez cier­pie­nia - odparła. - Cały świat zazdro­ści Unii jej prze­my­słu. Jeżeli Zachodni Port zbłą­dzi, sam odbie­rze sobie moż­li­wość zaję­cia w przy­szło­ści miej­sca, które mu się należy. Roz­ma­wia­łam już z kil­koma oso­bami, które myślą podob­nie...

- Masz na myśli tę zdzirę Mozo­lię? Ha! Sły­sza­łem, że Shu­dra już ją prze­cią­gnął na swoją stronę. Może lepiej wie­dział, czym ją prze­ku­pić? Bo widzisz, na tym wła­śnie polega pro­blem z kobie­tami: myślą pizdą. Dla­tego w spra­wach z pizdą nie­zwią­za­nych nie powinny zabie­rać głosu. Rucha­nie i rodze­nie, to wszystko.

- Nie zapo­mi­najmy o comie­sięcz­nym krwa­wie­niu - zauwa­żyła Vick. - Pizda to bar­dzo uni­wer­salny organ, czę­sto nie­do­ce­niany przez męż­czyzn.

Rzadko pozwa­lała sobie na luk­sus nie­lu­bie­nia kogo­kol­wiek - tak samo zresztą jak i na luk­sus lubie­nia: jedno i dru­gie mogło oka­zać się sła­bo­ścią. Ale przy tym skur­wielu zaczy­nała tra­cić cier­pli­wość.

Rosi­mi­che zje­żył się roz­draż­niony, że nie zra­ził jej swoją tępą gbu­ro­wa­to­ścią. Pod­szedł do niej zawa­diac­kim kro­kiem, pysz­niąc się i zio­nąc pogardą.

- Podobno Mur­catto chce tu przy­słać Casa­mira dan Shenkta.

- Plotki mnie nie prze­ra­żają. Może zacznę się bać, kiedy fak­tycz­nie przy­bę­dzie.

- Może już przy­był. - Rosi­mi­che nachy­lił się ku niej tak bli­sko, że widziała pot per­lący mu się u nasady nosa. - Mówi się, że nie tylko zabija tych, któ­rych mu kazano, lecz także ich zjada.

Do dia­ska, ależ żało­wała teraz tego prze­bra­nia! Wola­łaby mieć na sobie zbroję.

- Cie­kawe, od czego by zaczął w twoim przy­padku... - cią­gnął tym­cza­sem Rosi­mi­che. - Może od wątroby? - Łyp­nął okiem na Łoja. - A może na począ­tek zarżnąłby two­jego chłop­ta­sia na posyłki?

Nagle wszystko inne prze­stało się liczyć i przed oczami sta­nęła jej twarz brata, zra­nio­nego i bez­gra­nicz­nie zasko­czo­nego, gdy prak­tycy wynu­rzyli się z cie­nia.

Wstrzą­śnięty Rosi­mi­che kwik­nął cicho, gdy pięść Vick tra­fiła go w twarz. Wcze­śniej trzy­mała kastet po pro­stu w ręce, ale przed zada­niem ciosu wsu­nęła go na palce. Rosi­mi­che zato­czył się do tyłu i zła­pał kotary. Krwa­wił obfi­cie z nosa. Ude­rzyła go z boku w żuchwę, aż chrup­nęło. Wypu­ścił z rąk kie­li­szek, ochla­pu­jąc winem ich oboje. Zanim upadł, zdzie­ra­jąc przy oka­zji zasłony, kastet tra­fił go jesz­cze w czu­bek głowy.

Zwi­nął się w kłę­bek, plu­jąc i sapiąc, a wtedy Vick przy­klęk­nęła na jedno kolano, przy­ci­snęła nim bark Rosi­mi­che'a do ziemi i zaczęła go okła­dać po całym ciele. Stra­ciła rachubę cio­sów.

Ktoś zła­pał ją za rękę i omal nie prze­wró­cił: to Łój pró­bo­wał ją odcią­gnąć.

- Kurwa, prze­stań! - wykrzyk­nął. - Zostaw! Zabi­jesz go!

Zady­szana Vick ode­rwała się od Rosi­mi­che'a. Sukienkę miała popla­mioną winem, dłoń zachla­paną krwią, zmierz­wione włosy opa­dały jej na twarz; kiedy je odgar­nęła, poczuła oliwę mię­dzy pal­cami. To nie była sty­li­za­cja dobrze dobrana do bicia ludzi.

Sku­lony na ziemi Rosi­mi­che poję­ki­wał cicho. Łój gapił się na niego sze­roko otwar­tymi oczami.

- Dla­czego to zro­bi­łaś?

W ogóle się nad tym nie zasta­na­wiała, nie ważyła ryzyka, nie sku­piała się na kon­se­kwen­cjach, nie myślała nawet o tym, gdzie bić i jak dopil­no­wać, żeby jej nie oddał. Gdyby był sil­niej­szy, sprawy mogły się bar­dzo nie­przy­jem­nie skom­pli­ko­wać.

- Zanim odrzu­cisz pro­po­zy­cję Jego Emi­nen­cji, prze­myśl kwe­stię swo­ich dłu­gów. - Teraz mówiła zupeł­nie ina­czej, ostro, chra­pli­wie, bar­dziej jak win­dy­ka­torka niż dama z socjety. Rzu­ciła otrzy­many od Glokty doku­ment na pod­łogę, gdzie upadł obok kolan Rosi­mi­che'a. - Jesteś winny domowi ban­kier­skiemu Valint i Balk sie­dem tysięcy sza­lek z gro­szami, a oni, w odróż­nie­niu od cie­bie, bar­dzo poważ­nie trak­tują swoją przy­jaźń z Unią. - Szturch­nęła papier stopą w prak­tycz­nym obu­wiu; Rosi­mi­che wzdry­gnął się, gdy dotknął jego nagiej skóry. - Za radą Jego Emi­nen­cji posta­no­wili upo­mnieć się o spłatę zobo­wią­za­nia. Zabiorą ci twoje domy, twoje dziwki... Zapo­mnij o Shenk­cie, oni pierwsi wyrwą ci wątrobę. - Może jed­nak nie­któ­rym tyra­nom należy się posta­wić? Nachy­liła się i wysy­czała: - Dla­tego zagło­su­jesz, jak ci każemy, zro­zu­miano? Albo zagło­su­jesz, jak chcemy, albo zgnie­ciemy cię jak plu­skwę.

- Zagło­zuję jak chdze­dzie - wybeł­ko­tał Rosi­mi­che, łapiąc się drżącą ręką za głowę. Mały palec miał wyła­many w bok. - Zagło­zuję jak chdze­dzie...

***

Szła ulicą sztyw­nym kro­kiem, zgoła nie­pa­su­ją­cym do pięk­nej, choć zapla­mio­nej sukienki. Ból w zaci­śnię­tej pię­ści prze­szedł w lodo­wate pul­so­wa­nie, uszko­dzone bio­dro rwało ją coraz moc­niej. Stare rany. Rany z dłu­giego życia.

Łój ją dogo­nił.

- Można chyba powie­dzieć, że sam się pro­sił - powie­dział.

Mil­cze­nie.

- Gdy­byś pozwo­liła mu tak dalej gadać, sam bym mu chęt­nie przy­wa­lił.

Mil­cze­nie.

- Może by się tym nie prze­jął, ale i tak bym mu przy­wa­lił.

- To był błąd - burk­nęła Vick. - Nic nie pora­dzimy na fakt, że świat jest pełen łaj­da­ków. Możemy co naj­wy­żej decy­do­wać o tym, jak sobie z nimi radzić.

Łój uśmiech­nął się do niej nie­śmiało.

- Więc nie jesteś wcale z drewna - zauwa­żył.

Poru­szała obo­la­łymi pal­cami i skrzy­wiła się z bólu.

- Moja ręka na pewno nie jest.

- Mogło być gorzej. Przy­naj­mniej teraz tubylcy dowie­dzą się o czymś, w co ja ni­gdy nie wąt­pi­łem. - Uśmiech­nął się nieco odważ­niej. - Że nie warto z tobą zadzie­rać.

Nie odpo­wie­działa uśmie­chem. Ludzie, do któ­rych się uśmie­chała, źle koń­czyli.

- Fakty są takie, że drep­czemy w miej­scu. Zostały dwa tygo­dnie, a my wię­cej gło­sów stra­ci­li­śmy, niż pozy­ska­li­śmy. Zasrany Solu­meo Shu­dra jest za dobry w swoim fachu. - Vick z roz­tar­gnie­niem roz­ma­so­wała obite knyk­cie. - Musimy go wyeli­mi­no­wać z gry.

- Niby tak, ale... - Łój nachy­lił się ku niej, szep­cząc: - Jeżeli go zabi­jesz, wszy­scy zwrócą się prze­ciwko nam. To słowa Lor­sena.

- Za wszelką cenę - przy­po­mniała Vick. - To słowa Jego Emi­nen­cji.

Łój znów zro­bił zmar­twioną minę.

- Łatwo mu mówić. Nie on będzie pła­cił.

Nie­które rany ni­gdy się nie goją

- Zgniotę cię jak plu­skwę - wark­nął Leo.

Dźgnął i zmu­sił Juranda do spa­ro­wa­nia pchnię­cia. Sły­sząc szczęk stali, od razu poczuł się lepiej. Na pamięć pole­głych, ależ się stę­sk­nił za mie­czem w dłoni!

- Tak jak zgnio­tłeś Sto­ura Zmierz­chuna? - Jurand odpo­wie­dział pchnię­ciem. Stal ponow­nie zgrzyt­nęła o stal.

- Wła­śnie tak.

Leo zro­bił wypad... i nie­mal zawył z bólu, czu­jąc zna­jome szarp­nię­cie w zra­nio­nym udzie. Musiał powstrzy­mać cios i udać, że to tylko finta. Roz­cza­ro­wa­nie zabo­lało jesz­cze bar­dziej.

Jurand prze­szedł do natar­cia, szcze­rząc zęby w uśmie­chu.

- Czyli wykrwa­wisz się nie­mal na śmierć, oka­żesz się ewi­dent­nie słab­szym szer­mie­rzem i mimo to wygrasz, ponie­waż ja jestem aro­ganc­kim dur­niem?

Antaup, Gla­ward i Jin par­sk­nęli śmie­chem. Jak­żeby ina­czej. Leo się nie śmiał. Im wię­cej upły­wało czasu, tym mniej podo­bała mu się opo­wia­dana przez jego przy­ja­ciół wer­sja tam­tej histo­rii - wolał tę bar­dziej pochlebną, zna­le­zioną pew­nego dnia w jakimś pam­fle­cie, wedle któ­rej nie­zrów­nany Młody Lew poko­nał Sto­ura Zmierz­chuna w poje­dynku, rzu­cił żart albo dwa, po czym kazał mu gryźć zie­mię na oczach stryja, a wszystko to w obro­nie honoru pięk­nej cza­ro­dziejki. Nie było w niej mowy o tym, że od tam­tej pory nie może nor­mal­nie cho­dzić.

Nie licząc praw­dzi­wych poje­dyn­ków, walki spa­rin­gowe zawsze były jego ulu­bio­nym zaję­ciem. Pró­bo­wał teraz wykrze­sać z sie­bie ten swo­bodny uśmiech, z jakim zwykł był fech­to­wać: jak kot, który bawi się myszą. Może nie dorów­ny­wał Sto­urowi Zmierz­chu­nowi w sztuce wła­da­nia mie­czem, ale od Juranda zawsze był wyraź­nie lep­szy - i zamie­rzał to udo­wod­nić, nie oglą­da­jąc się na ból.

- Ha!

Dwoma zaja­dłymi cię­ciami zbił klingę Juranda naj­pierw w jedną stronę, potem w drugą. O tak, od razu lepiej! Zro­bił wypad, szy­ku­jąc się do pchnię­cia, które będzie musiało zabo­leć nawet przy stę­pio­nym ostrzu... i nagle sap­nął i stęk­nął, gdy po prze­nie­sie­niu cię­żaru ciała zra­niona noga ugięła się pod nim.

Jurand z dzie­cinną łatwo­ścią unik­nął jego sła­bo­wi­tego pchnię­cia, wymi­nął go i ciął odsło­nięty bok. Leo skrę­cił się w talii, pró­bu­jąc odbić cios. Nie­mal stra­cił przy tym rów­no­wagę i krzyk­nął jak mała dziew­czynka. Ból prze­szył jego udo, kolano nie wytrzy­mało, a on zła­pał się za nogę i runął jak długi na ple­cioną z sito­wia matę.

- Do dia­bła! Nic ci się nie stało?

- Nie! - burk­nął, odtrą­ca­jąc wycią­gniętą dłoń Juranda. - Ta prze­klęta noga daje mi w kość jak ni­gdy dotąd!

Chciało mu się rzy­gać. Miał dość bólu, dość współ­czu­cia, dość wście­ka­nia się i dość prze­pra­sza­nia za to, że się wścieka.

Widząc ura­żoną minę Juranda, z wysił­kiem wziął się w garść.

- Prze­pra­szam, zawsze myśla­łem, że uda mi się zby­wać ból śmie­chem, ale on nie ustę­puje ani na chwilę. Boli, kiedy się budzę, i boli, kiedy kładę się spać. Przej­ście przez pokój to walka. Zosta­wie­nie cze­goś przez nie­uwagę na pię­trze to kata­strofa.

- Daj, pomogę ci. - Gla­ward wycią­gnął do niego rękę jak ojciec do zapła­ka­nego ber­be­cia.

- Łapy precz! Nie jestem kaleką, do kurwy nędzy!

Jin z Antau­pem wymie­nili zatro­skane spoj­rze­nia. Nic tak gło­śno nie krzy­czy "Jestem kaleką!", jak uparte zaprze­cza­nie temu fak­towi.

Zanim Gla­ward zdą­żył cof­nąć dłoń, Leo zła­pał ją, pod­cią­gnął się i wstał. Przez chwilę stał tak, balan­su­jąc na zdro­wej nodze i dysząc ciężko, zanim w końcu zazgrzy­tał zębami i pogo­dził się z tym, co nie­uchronne.

- Podaj mi laskę! - wark­nął do Juranda.

- Wiesz, co by ci dobrze zro­biło? - Gla­ward zmiaż­dżył ramiona Leo w uści­sku, od któ­rego ten poczuł się jesz­cze gorzej. - Gdy­byś znowu dosiadł konia.

- Bo tam jest twoje miej­sce - dodał Antaup, uno­sząc zaci­śniętą pięść. - Powi­nie­neś jechać na czele szyku! Pro­wa­dzić ludzi!

- Do tego przy­da­łaby się jakaś bitwa - mruk­nął nie­chęt­nie Leo. - A może suge­ru­jesz, że miał­bym ich pro­wa­dzić w kółko dookoła rezy­den­cji lorda guber­na­tora?

- W Sta­ri­klan­dzie zawsze ktoś z kimś wal­czy - zauwa­żył Gla­ward. - Podobno bun­tow­nicy dają ostat­nio nie­źle popa­lić lor­dowi guber­na­to­rowi Skal­dowi. Nie odtrą­ciłby pomoc­nej dłoni.

- A nie­chęć wobec Sty­ryj­czy­ków nara­sta - dodał Antaup. - Zachodni Port to dziś istna beczka pro­chu, tak sły­sza­łem: wystar­czy jed­nak iskra i... BAM! - Uśmiech­nął się, poka­zu­jąc gestami wybuch. - A tam­tej­sze kobiety... - Uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej.

Zatro­skany Kipiel­nik Jin prze­cze­sał pal­cami coraz gęst­szą brodę.

- Nie powiem, żeby śpieszno mi było do wojny ze Żmiją z Talinsu - przy­znał. - Trzy razy poko­nała króla Jezala, a dziś jest jesz­cze sil­niej­sza.

- Nie trzeba było być Sto­li­cu­sem, żeby pobić Jezala - wytknął mu Leo, ale Jin w grun­cie rze­czy miał rację: histo­ria pochop­nych najaz­dów na Sty­rię nie wyglą­dała zachę­ca­jąco.

- Jeżeli szu­kasz sła­bego prze­ciw­nika - Gla­ward odął dolną wargę - to Gur­khul­czycy powinni się nadać. Cesar­stwo legło w gru­zach. Stra­cili Pro­roka. Kapłani, ksią­żęta, wataż­ko­wie i guber­na­to­rzy wal­czą mię­dzy sobą o wła­dzę.

- Jak na Pół­nocy w daw­nych, nie­do­brych cza­sach - powie­dział Jin.

W daw­nych nie­do­brych cza­sach na Pół­nocy roz­gry­wały się pory­wa­jące opo­wie­ści o wyczy­nach Wil­cza­rza. To wtedy wyku­wała się legenda takich imion jak Bethod, Czarny Dow i Krwawa Dzie­wiątka. Imion, na któ­rych dźwięk burzyła się krew.

- Tak mówisz? - Leo zaci­snął pię­ści.

Antaup uniósł brwi bar­dzo, bar­dzo wysoko.

- Unia zgła­sza słuszne pre­ten­sje do Dago­ski.

Leo zro­bił podobną minę.

- Dago­ska powinna nale­żeć do nas - zauwa­żył.

Spoj­rzeli we czte­rech po sobie, nie­pewni, czy jesz­cze żar­tują, czy już mówią serio.

- Trzeba przy­znać, że kli­mat mają tam przy­jemny. - Jin pokle­pał Leo po twa­rzy wiel­gachną łapą. - Od razu wró­ci­łyby ci rumieńce!

Leo ode­pchnął jego rękę, ale pomysł przy­padł mu do gustu. Na samą myśl o tym, że mógłby znów pro­wa­dzić kam­pa­nię woj­skową, rwa­nie w nodze sła­bło. Odzy­skać Dago­skę dla Unii? Ach, jak by go wtedy wychwa­lano w pam­fle­tach! Wszy­scy musie­liby mu oddać hołd i dać nagrodę lep­szą niż tan­det­nie błysz­czący miecz.

- Jak myślisz, Juran­dzie, jak mogli­by­śmy prze­trans­por­to­wać tam woj­sko?

Wytrzesz­czone oczy i zgroza malu­jąca się na twa­rzy przy­ja­ciela nieco ostu­dziły jego zapał.

- Powiedz, że żar­tu­jesz - popro­sił Jurand.

- Jak to?

Jurand spoj­rzał spode łba na pozo­sta­łych, któ­rzy - niczym psotne dzie­ciaki przy­ła­pane przez dyrek­tora szkoły na roz­ra­bia­niu - jeden po dru­gim spusz­czali głowy z zaże­no­wa­niem.

- Jesz­cze nie wydo­brzał po poprzed­nim poje­dynku na śmierć i życie, a wy już na wyścigi nama­wia­cie go do kolej­nego?

- Gadasz jak moja matka! - żach­nął się Leo.

- Ktoś musi. Już wcze­śniej, kiedy byłeś po pro­stu Mło­dym Lwem, bywa­łeś nie­zno­śny. Dziś jesteś lor­dem guber­na­to­rem Anglandu, do licha! Masz pod sobą całą pro­win­cję, rze­szę ludzi, któ­rzy na cie­bie liczą. Nie możesz wywo­ły­wać wojen, kiedy przyj­dzie ci na to ochota, tylko dla­tego, że się nudzisz!

Leo jesz­cze przez chwilę stał i szcze­rzył ze zło­ścią zęby, gotowy do bójki, ale zaraz oklapł. Nie umiał długo zło­ścić się na Juranda.

- Masz rację, dra­niu - przy­znał.

- On zawsze ma rację - dodał smęt­nie Gla­ward.

- Jest z nas naj­mą­drzej­szy - zawtó­ro­wał mu Antaup, odrzu­ca­jąc z czoła kosmyk ciem­nych wło­sów.

- Zdrowy roz­są­dek zwy­cię­żył - powie­dział Jurand. Wci­snął laskę w dłoń Leo i odszedł, krę­cąc głową.

- Tro­chę szkoda - mruk­nął Jin.

- Ano szkoda - zgo­dził się z nim Leo.

***

- Otrzy­ma­li­śmy list od Jego Wyso­ko­ści...

- Od jego Zamknię­tej Rady, chcia­łaś powie­dzieć - mruk­nął zrzę­dli­wie lord Mustred.

- Albo od Kulasa i jego kum­pli - burk­nął rów­nie zrzę­dli­wie lord Clen­sher.

Ci dwaj potra­fili zrzę­dzić jak nikt inny. Mogliby star­to­wać w kon­kur­sach na naj­więk­szego zrzędę. Do czego zresztą spro­wa­dzały się te narady.

Matka Leo odkaszl­nęła.

- Pro­szą nas o ścią­gnię­cie dodat­ko­wych stu tysięcy marek w podat­kach...

- Znowu?! - zapy­tał Leo gło­sem piskli­wym ze zgrozy.

Zebrane przy stole dostojne per­sony - zarówno siwo­włose, jak i cał­kiem łyse - zgod­nie pokrę­ciły gło­wami.

- Twier­dzą, że skoro na Pół­nocy zapa­no­wał pokój, dochody powinny wzro­snąć. Ich zda­niem Angland nie potrze­buje już też tak licz­nej armii...

- Prze­cież ten pokój utrzy­muje się wła­śnie dla­tego, że mamy liczną armię! - Leo spró­bo­wał zerwać się na równe nogi, ale tylko się skrzy­wił, gdy ból prze­szył mu udo, i bez­rad­nie osu­nął się z powro­tem na krze­sło. Zaci­snął zęby, zaci­snął pię­ści, w ogóle wszystko zaci­snął. - Może zamie­rzają przy­naj­mniej pokryć koszty wojny?

Jego matka znów odchrząk­nęła.

- Nic o tym nie piszą...

- Jeste­śmy pod­da­nymi króla czy jego żywym inwen­ta­rzem? - wark­nął Mustred. - To nie do przy­ję­cia!

- Hańba! - zawtó­ro­wał mu Clen­sher.

- Absurd!

- Łotry bez­czelne! - Leo grzmot­nął pię­ścią w stół, aż pod­sko­czyły wszyst­kie papiery na bla­cie i więk­szość star­ców na krze­słach. - Jak śmią, łaj­daki?! Pod­czas wojny przy­sy­łali tylko życze­nia powo­dze­nia, a dziś, w cza­sach pokoju, wysu­wają coraz to nowe żąda­nia! Słowo daję, zaży­czy­liby sobie moich jąder w worku, gdyby tylko uznali, że mogą za nie dostać dobrą cenę!

- Pano­wie? - Matka Leo z uśmie­chem powio­dła wzro­kiem po sali. - Może­cie na chwilę zosta­wić nas samych?

Sta­rzy lor­do­wie Anglandu powle­kli się do wyj­ścia - znu­żone głosy, znu­żone nogi, a jed­nak Leo miał wra­że­nie, że nie są nawet w poło­wie tak zmę­czeni, jak on się czuje. Jako lord guber­na­tor miał masę obo­wiąz­ków. Gdyby nie spę­dzał po cztery godziny dzien­nie za biur­kiem, uto­nąłby w papie­rach. Nie miał poję­cia, jak matka sobie z tym radziła, i jakaś jego cząstka, wcale nie­mała, żało­wała, że musiał prze­jąć jej kom­pe­ten­cje.

- Ma pan nasze pełne popar­cie, lor­dzie Brock. - Wąsy Mustreda aż zawi­bro­wały z lojal­no­ści, gdy przy­sta­nął na chwilę w progu.

- Bez­wa­run­kowe. - Policzki Clen­shera zatrzę­sły się, gdy z ani­mu­szem kiwał głową. - Niech pie­kło pochło­nie tych drani z Zamknię­tej Rady!

I zamknął za sobą drzwi.

W ponu­rej kom­na­cie na moment zro­biło się cicho. Złość powoli opusz­czała Leo. Zbie­rał się na odwagę, żeby spoj­rzeć matce w oczy i zoba­czyć w nich zna­jomą mie­szankę roz­cza­ro­wa­nia, iry­ta­cji i rezy­gna­cji, którą dosko­na­liła, odkąd pamię­tał.

- Co teraz, kolejne prze­klęte kaza­nie?

- Raczej usilna prośba, Leo. - Wzięła go za rękę i mocno ści­snęła. - Jestem tak samo poiry­to­wana jak ty, naprawdę, ale jesteś teraz lor­dem guber­na­to­rem. Musisz zacho­wać cier­pli­wość.

- Jak mam to zro­bić?

Nie mógł usie­dzieć spo­koj­nie. Wyrwał dłoń z dłoni matki, prze­kuś­ty­kał do jed­nego z wąskich okien i z wysił­kiem je otwo­rzył, stę­sk­niony za świe­żym powie­trzem. Spoj­rzał ponad lśnią­cymi od desz­czu dachami Osten­hormu w stronę sza­rego morza. Roz­ma­so­wał obo­lałą nogę.

- Jesteś pewna, że się do tego nadaję? Do roz­pa­try­wa­nia bła­hych skarg? Szczę­śliw­szy jestem na woj­nie niż w cza­sach pokoju.

- Twój ojciec był taki sam, ale rolą lorda guber­na­tora jest zarzą­dza­nie kra­jem w cza­sie pokoju. Zamknięta Rada wie, że Zmierz­chun cię sza­nuje...

- Wielki Wilk sza­nuje tylko but, który dep­cze mu kark! A oni chcą nas roz­broić! Jak można być tak śle­pym?! Nie minęło pół roku, odkąd musie­li­śmy wal­czyć o życie, nie mogąc liczyć na żadną pomoc tych łaj­da­ków!

- Wiem o tym, ale jeżeli będziesz się zło­ścił za każ­dym razem, gdy Zamknięta Rada zrobi coś iry­tu­ją­cego, bez prze­rwy będziesz cho­dził wście­kły. Gniew, który ogar­nia cię z rzadka, bywa inspi­ru­jący, ale gniew usta­wiczny zasłu­guje tylko na pogardę.

Leo ode­tchnął głę­boko. Roz­luź­nił ramiona. Na pamięć pole­głych, ostat­nio rze­czy­wi­ście stale się wście­kał.

- Masz rację - przy­znał - i ja o tym wiem.

Powiało zim­nem. Zamknął okno, zaci­snął dłoń na udzie i kule­jąc, wró­cił na swoje krze­sło. Do swo­jego wię­zie­nia. Usiadł ciężko.

- Może powi­nie­neś prze­stać ćwi­czyć - zasu­ge­ro­wała matka. - Dał­byś nodze odpo­cząć...

- Kiedy dałem jej odpo­cząć, tylko mnie bar­dziej roz­bo­lała. Zaczą­łem ćwi­czyć. Było jesz­cze gorzej. Więc dałem jej odpo­cząć. Nie pomo­gło. Nic nie pomaga, psia­krew. Nic! Czuję się przez nią jak w potrza­sku!

- Może zmiana sce­ne­rii dobrze by ci zro­biła? Lord Isher zapra­sza nas na wesele. Wycieczka do Aduy może być dobrą oka­zją.

- Do czego? Żeby poca­ło­wać króla w tyłek?

- Żeby przed­sta­wić mu swoje racje. Sam mówisz, że to roz­sądny czło­wiek.

Leo spo­chmur­niał. Nie cier­piał tych chwil, gdy jego matka mówiła tak sen­sow­nie; trudno mu się było wtedy z nią spie­rać, bo sam zaczy­nał gadać od rze­czy. We dwoje z Juran­dem trzy­mali go w bez­li­to­snych szczyp­cach zdro­wego roz­sądku.

- Tak mi się wydaje - przy­znał nie­chęt­nie.

- No to z nim poroz­ma­wiaj. Znajdź nowych przy­ja­ciół w Otwar­tej Radzie i sojusz­ni­ków w Zamknię­tej. Wyko­rzy­staj ich rywa­li­za­cję dla swo­ich celów. Kiedy chcesz, potra­fisz być uro­czy, Leo. Ocza­ruj ich.

Uśmiech­nął się wbrew sobie.

- Czy nie mogła­byś choć raz się mylić, matko?

- Pró­bo­wa­łam, nawet kil­ka­krot­nie. Ale to nie w moim stylu.

- Na pamięć pole­głych, co za smród! - Leo krzy­wił się z bólu i nie­smaku, gdy lep­kie ban­daże nie­chęt­nie odkle­jały się od zra­nio­nego uda.

- Odór jest czymś cał­ko­wi­cie natu­ral­nym, Wasza Łaska­wość.

Medyk nad­garst­kiem popra­wił zsu­wa­jące się oku­lary. Można by się spo­dzie­wać, że czło­wiek, który nosi oku­lary, ale do pracy potrze­buje obu rąk, znaj­dzie sobie przy­naj­mniej taki egzem­plarz, który nie będzie mu usta­wicz­nie spa­dał z nosa, ale wyglą­dało na to, że i w tej kwe­stii (podob­nie jak w wielu innych) Leo cze­kało roz­cza­ro­wa­nie.

- Zepsu­cie wkra­dło się w ranę.

- Zepsu­cie? W jaki spo­sób?

- Nie­które rany tak mają, że się psują.

- Jak wszystko, psia­mać.

Leo syk­nął, gdy chi­rurg przy­ci­snął kciu­kami brzegi rany, wyci­ska­jąc z nich gęstą żółtą łzę. Rana wyglą­dała jak zaczer­wie­nione oko, które upar­cie zaci­ska powieki, bo woli pozo­stać ślepe na prawdę.

- Widzia­łem ludzi, któ­rzy wra­cali do pełni sił po naj­gor­szych nawet obra­że­niach - mówił dalej medyk takim tonem, jakby roz­ma­wiali o cie­ka­wo­stce nauko­wej, a nie o życiu Leo. - Ale widzia­łem też takich, któ­rzy umie­rali od ukłu­cia cier­niem.

- A toś mi dodał otu­chy...

- Jak stara jest ta rana?

- Pięć mie­sięcy? - stęk­nął Leo przez zaci­śnięte zęby. - Nie, sześć... Auć!

- Zadana mie­czem?

- Zadana tym samym mie­czem i w tym samym cza­sie, co inne. - Leo wska­zał bladą kre­chę bli­zny prze­ci­na­jącą mu twarz, cię­cie na boku tuło­wia i jesz­cze jedno, na ramie­niu. - Tylko że tamte się zago­iły, a ta... wygląda coraz gorzej.

- Będziemy musieli ją odsą­czyć. To powinno zła­go­dzić ból.

- Rób, co musisz - wyszep­tał Leo i przed­ra­mie­niem otarł łzy.

- Na pewno nie chce Wasza Łaska­wość plew, żeby...

- Nie! - Przed oczami Leo miał postać ojca, który pod koniec życia maja­czył i śli­nił się bez­ro­zum­nie. - Nie. Muszę... zacho­wać trzeź­wość umy­słu.

Tylko po co? Żeby mógł sie­dzieć na krze­śle i patrzeć, jak jego przy­ja­ciele fech­tują? Uczest­ni­czyć w nie­koń­czą­cych się dys­ku­sjach na temat podat­ków? O tak, na ten ból plewy byłyby w sam raz.

Medyk pod­su­nął mu skó­rzany pasek, żeby miał na czym zaci­snąć zęby.

- Radzę odwró­cić wzrok, Wasza Łaska­wość.

- Tak zro­bię.

Daw­niej błysk stali go zachwy­cał. Teraz, kiedy słońce zalśniło na malut­kim ostrzu, zro­biło mu się słabo.

Był Mło­dym Lwem! Naj­dziel­niej­szym z dziel­nych! Nie prze­ra­żała go szarża na szyk piki­nie­rów! A teraz krzy­wił się z bólu na myśl o tym, że miałby poru­szyć tą nogą, dotknąć jej, oprzeć się na niej. To była jego pierw­sza reflek­sja, zanim cokol­wiek zro­bił: jak bar­dzo zaboli? Ktoś mógłby pomy­śleć, że czło­wiek stale cier­piący ból stop­niowo się do niego przy­zwy­czaja, ale było dokład­nie odwrot­nie: godzina po godzi­nie, dzień po dniu ból wyczer­py­wał cier­pli­wość Leo, aż dosłow­nie wszystko sta­wało się nie do znie­sie­nia.

Zamiast więc cier­pieć w hero­icz­nym mil­cze­niu, trząsł się i skom­lał pod­czas zabiegu, szlo­chał przy każ­dym muśnię­ciu noża, przy każ­dym spo­dzie­wa­nym muśnię­ciu noża. Kiedy było po wszyst­kim, wycią­gnął ośli­niony kawa­łek skóry spo­mię­dzy zębów.

- Słowo daję - wychry­piał - boli bar­dziej, niż kiedy zadano mi tę ranę.

- W ogniu walki ból zostaje przy­tę­piony - odparł medyk. Otarł ranę do sucha, pową­chał szmatę i skrzy­wił się. - Zawsze trud­niej znieść ból prze­wle­kły niż chwi­lowy.

Leo wycią­gnął się wygod­niej, bez­władny jak wyżęta szmata.

- Kiedy się zagoi?

- Może za kilka tygo­dni, a może za kilka mie­sięcy.

- Mie­sięcy? - Zaci­snął pięść, jakby zamie­rzał grzmot­nąć nią w udo, ale w porę się poha­mo­wał.

- Wasza Łaska­wość powi­nien jed­nak mieć świa­do­mość... - Medyk pochy­lił się nad nim, wycie­ra­jąc ręce. - Nie­które rany ni­gdy się nie goją.

- To zna­czy, że już zawsze może być tak jak teraz?

- Nie można tego wyklu­czyć.

Leo odwró­cił się do okna i zapa­trzył na szare dachy i szare morze po dru­giej stro­nie mokrych od desz­czu, defor­mu­ją­cych obraz szy­bek. Czy zosta­nie kaleką? Takim jak ten drań Glokta, uwię­zio­nym za biur­kiem i grzę­zną­cym w papie­rach jak robal w bru­dzie?

Widok za oknem roz­pły­nął się we łzach. Żało­wał, że nie ma przy nim Rikke: ona na pewno umia­łaby obró­cić wszystko w żart, pobła­zno­wać, przy niej poczułby się... dobrze. A dawno już nie czuł się dobrze.

- No, gotowe - orzekł medyk i zaczął ban­da­żo­wać udo, by ukryć to obrzmiałe zaczer­wie­nione oko.

Daw­niej Leo marzył o dowo­dze­niu woj­skiem i wiel­kich trium­fach na polach bitew - jak w opo­wie­ściach o boha­te­rach. Marzył o poje­dyn­kach w kręgu i sła­wie wiel­kiego wojow­nika - jak w pie­śniach. Marzył o wyj­ściu z cie­nia matki, by pła­wić się w bla­sku chwały i uwiel­bie­nia jako lord guber­na­tor Anglandu.

A potem doko­nał tego wszyst­kiego - i jak skoń­czył?

Na tym wła­śnie polega pro­blem z pie­śniami: koń­czą się, zanim wszystko obróci się w gówno.

Z prą­dem

Feler patrzył spode łba na wypa­lone sko­rupy szop i domów. Oca­lały ze dwa kominy, kilka osmo­lo­nych belek dźgało różowe niebo poranka. Odkaszl­nął, prze­żuł flegmę, jakby sma­ko­wał piwo, i splu­nął.

Lubił sobie dobrze splu­nąć. To chyba była jego ulu­biona roz­rywka.

Zaraz po zabi­ja­niu.

- Jak wio­ska, z któ­rej pocho­dzę - powie­dział.

- Coś w tym jest - zgo­dził się z nim Koni­czyna. - Po spa­le­niu wszyst­kie wio­ski wyglą­dają podob­nie.

- Mówisz, jak­byś ich tro­chę widział.

- Dawno temu. - Koni­czyna zamy­ślił się, odchrząk­nął, zro­bił smętną minę. - W cza­sie wojen, jesz­cze przed twoim uro­dze­niem, łatwiej było na Pół­nocy zna­leźć spa­loną wieś niż niespa­loną. Mia­łem nadzieję, że tamte dni minęły bez­pow­rot­nie, ale wiesz, jak jest. Kiedy czło­wiek ma na coś nadzieję, to jakby się dopo­mi­nał o coś dokład­nie prze­ciw­nego. - Odwró­cił się, sły­sząc bul­go­czący odgłos wymio­to­wa­nia. - Ty masz jesz­cze czym rzy­gać?

- Już mi tylko... - Przty­czek wypro­sto­wał się i otarł usta - ...taka jakby żółć leci.

Zer­k­nął w stronę wio­ski, ale ukrad­kiem, kątem oka, jakby od tego miała wyład­nieć.

Dało się poznać, że to byli ludzie - tu dłoń, tam twarz - ale w więk­szo­ści pozo­stały skrawki mięsa, poprzy­bi­jane na wyso­ko­ści albo powie­szone na spa­lo­nych drze­wach pośrodku wio­ski, gdzie deszcz prze­mie­nił popiół w czarną maź. Wokół jed­nego z pni coś owi­jało się niczym wąż; Koni­czyna miał nie­przy­jemne prze­czu­cie, że to ludz­kie wnętrz­no­ści. Scena jak żyw­cem wyjęta z sen­nego kosz­maru.

- Jebani pła­sko­głowi - mruk­nął Przty­czek. Zgiął się, sku­lił i wykasz­lał kolejną por­cję zgęst­nia­łej, kwa­śnej plwo­ciny.

- Wodzu?

- Na pamięć pole­głych! - wykrzyk­nął Koni­czyna i nie­mal pod­sko­czył ze stra­chu.

Sholla wychy­nęła z gąsz­czu krze­wów, cicha jak wyrzut sumie­nia, i przy­cup­nęła nie­spełna o krok od niego. Jedno wiel­kie, sze­roko otwarte oko błysz­czało w jej uma­za­nej popio­łem twa­rzy, dru­gie led­wie łyskało spod sku­dlo­nych wło­sów.

- Do nich się pod­kra­daj, dziew­czyno, nie do mnie! - zru­gał ją Koni­czyna. - Mało się nie posra­łem!

Prawdę mówiąc, bał się, że jed­nak tro­chę się posrał. Tro­szeczkę.

- Przy­kro mi - powie­działa.

Nie wyglą­dała, jakby było jej przy­kro. Wyglą­dało nijako, czyli jak zwy­kle. Była zupeł­nie bez wyrazu.

- Powi­nie­nem ci przy­cze­pić dzwo­ne­czek - mruk­nął Koni­czyna. Pochy­lił się i cze­kał, aż serce mu się uspo­koi. - Co masz?

- Pła­sko­głowi zosta­wili ślady. Zabrali owce, wełna poza­cze­piała się na gałąz­kach. Tropy są wszę­dzie, rów­nie dobrze mogli przy­je­chać wozem. Wytro­pię ich bez trudu. Mam to zro­bić? Bo mogę. Chcesz, żebym to zro­biła? - Może za dużo czasu spę­dzała w samot­no­ści, mając tylko drzewa za towa­rzy­stwo, bo wyraź­nie nie umiała odpo­wied­nio daw­ko­wać słów: albo mówiła mało i nie­chęt­nie, albo gadała jak najęta. - Chcesz za nimi pójść, wodzu?

Koni­czy­nie na­dal nie odpo­wia­dało to nazy­wa­nie go "wodzem". Naj­wyż­szy kwiat jest czę­sto pierw­szy do ścię­cia, a żaden "wódz" nie dożył przy­jem­nej eme­ry­tury.

- Nie - odparł. - Nie­spe­cjal­nie chcę za nimi pójść. - Wska­zał przy­bite do drzewa szczątki. - Nie uśmie­cha mi się wizja moich bebe­chów wysta­wio­nych w ten spo­sób na pokaz.

Zapa­dła cisza. Spoj­rze­nie oczu Sholli - tego widocz­nego i tego na wpół ukry­tego - prze­sko­czyło naj­pierw na Felera, który wzru­szył potęż­nymi ramio­nami, potem na Prztyczka, który wypro­sto­wał się z jękiem i znów otarł usta, a potem na szczątki wśród drzew, które - rzecz jasna - tkwiły nie­ru­chomo na swo­ich miej­scach.

W końcu znów spoj­rzała na Koni­czynę.

- Ale mimo to za nimi pój­dziemy? - zapy­tała.

Koni­czyna odął policzki. Ody­mał je tak co rusz, odkąd Stour przy­dzie­lił mu tę bandę wyskrob­ków i kazał zapo­lo­wać na szan­ków. Kiedy wódz wysyła cię z misją, to bie­rzesz się do roboty, prawda? Tak czy nie? Nawet jeśli jest to misja odle­gła od tej, jaką sam byś dla sie­bie wybrał.

- Ano tak. - Wes­tchnął. - Pój­dziemy.

***

- Wodzu?

- No?

Przty­czek klę­czał w mokrej gęstwi­nie, ner­wowo zaci­ska­jąc zbie­lałe pię­ści na drzewcu włóczni.

- O czym myślisz?

Koni­czyna wstał, wypa­tru­jąc luki w listo­wiu, przez którą mógłby spoj­rzeć w głąb doliny. Stęk­nął, roz­pro­sto­wał jedną obo­lałą nogę, potem drugą, w końcu znowu przy­kuc­nął.

- O prze­szło­ści - odparł. - O wybo­rach, któ­rych doko­na­łem. O rze­czach, które zro­bi­łem.

- Żal ogar­nia, co? - Przty­czek z mądrą miną poki­wał głową, jakby wie­dział wszystko na temat żalu. Cho­ciaż Koni­czyna zdzi­wiłby się, gdyby się oka­zało, że chło­pak prze­żył wię­cej niż szes­na­ście zim na świe­cie.

- A może wcale nie? Może to było pasmo trium­fów i parada suk­ce­sów, hę?

- Jakoś mi się nie wydaje.

- Cóż... - Koni­czyna wziął głę­boki wdech przez nos. - Trzeba pły­nąć z prą­dem. Zapo­mnieć o prze­szło­ści. Roz­pa­mię­ty­wa­nie błę­dów nikomu nie służy.

- Naprawdę tak uwa­żasz?

Koni­czyna już, już miał coś odpo­wie­dzieć, ale wzru­szył ramio­nami.

- Stale wyga­duję takie rze­czy - powie­dział. - Pogwa­rzymy jesz­cze tro­chę i znów palnę coś o wybie­ra­niu wła­ści­wego momentu.

- Siła nawyku, co?

- Jestem jak żona, która od lat co wie­czór podaje tę samą potrawkę i z każ­dym dniem coraz bar­dziej jej nie­na­wi­dzi, ale niczego innego nie umie ugo­to­wać.

Feler pod­niósł wzrok znad ostrza topora.

- Kto by się chciał oże­nić z taką cipą? - prych­nął.

Koni­czyna odął policzki.

- Oto jest pyta­nie.

W tej samej chwili wró­ciła Sholla: pędziła w górę żlebu, prze­ska­ki­wała z kamie­nia na kamień, w ogóle nie pró­bo­wała się skra­dać. Rzu­ciła się w gąszcz i wyha­mo­wała gwał­tow­nie w poszy­ciu tuż obok Koni­czyny. Była zady­szana i spo­cona, ale poza tym wcale nie wyglą­dała na ofiarę pościgu, któ­rej śmierć dep­cze po pię­tach.

- Idą? - zapy­tał Przty­czek gło­sem piskli­wym ze stra­chu.

- Idą.

- Wszy­scy? - zapy­tał Feler gło­sem chra­pli­wym z pod­nie­ce­nia.

- Prak­tycz­nie tak.

- Jesteś pewna? - spy­tał Koni­czyna.

Spoj­rzała na niego zza zasłony wło­sów, w które wplą­tały się kawałki gałą­zek.

- Nikt mi się nie oprze - odparła.

- Z pew­no­ścią. - Koni­czyna uśmiech­nął się lekko. Cudna mogłaby powie­dzieć coś takiego.

Wtedy ich usły­szał i natych­miast spo­waż­niał. Naj­pierw włos mu się zje­żył na karku od wycia jakby gra­su­ją­cej gdzieś w oddali wil­czej sfory. Potem zaschło mu w ustach, gdy dobiegł go kle­kot i szczęk jakby śpie­szą­cych mu na spo­tka­nie zbroj­nych. A potem dło­nie go zaświerz­biły, gdy usły­szał obłą­kane węsze­nie, chrzą­ka­nie, jazgo­ta­nie i pohu­ki­wa­nie, jakby stado wygłod­nia­łych wie­przy skrzy­żo­wane z bandą roz­ju­szo­nych gęsi pędziło mu na spo­tka­nie.

- Przy­go­to­wać się! - syk­nął. Ota­cza­jący go ludzie moc­niej ści­snęli broń. - Jak mawiał Rudd Trój­drze­wiec: posta­rajmy się zro­bić to tak, żeby­śmy to my zabili ich, a nie odwrot­nie. - Szturch­nął Shollę ran­tem tar­czy. - Cof­nij się, ale już.

- Umiem wal­czyć - odpa­ro­wała szep­tem. W rękach trzy­mała sie­kierę i paskudny długi nóż o wąskim ostrzu. - Na pewno lepiej niż ten mistrz rzy­ga­nia.

Przty­czek zro­bił ura­żoną minę, ale nie dało się ukryć, że z lekka pozie­le­niał na twa­rzy.

- Takich, co umieją wal­czyć, to ja mam na pęczki - powie­dział Koni­czyna - ale mam tylko jedną taką, która potrafi się pod­kraść i zasko­czyć wie­wiórkę. Cof­nij się, powie­działem.

Dostrzegł coś wśród drzew, jakiś ruch, za chwilę drugi, a potem wypa­dli z gąsz­czu na otwartą prze­strzeń, wyro­ili się w żle­bie i wtło­czeni mię­dzy strome zbo­cza rzu­cili się w górę, pro­sto na niego. Dokład­nie tak, jak to zapla­no­wał.

Cho­ciaż w tej aku­rat chwili ten plan nie wyda­wał się naj­szczę­śliw­szy.

Wrzesz­czeli i zawo­dzili, bie­gli, pędzili, gnali na zła­ma­nie karku, kuś­ty­kali na nogach nie­rów­nej dłu­go­ści, wście­kła, zbita masa, mro­wie zębów i kłąb pazu­rów, powy­krę­cani i zde­for­mo­wani, ludz­kie kary­ka­tury ugnie­cione z gliny przez dzieci pozba­wione smy­kałki do rzeź­bie­nia.

- O kurwa... - jęk­nął Przty­czek.

Koni­czyna mocno ści­snął go za ramię.

- Tylko spo­koj­nie.

W takiej chwili każdy choć tro­chę myśli o tym, żeby rzu­cić się do ucieczki, a wystar­czy jeden, który naprawdę to zrobi, by prze­ko­nać wszyst­kich, że to zna­ko­mity pomysł - i zanim się czło­wiek zorien­tuje, staje się zwie­rzyną ści­ganą przez las, zamiast świę­to­wać zwy­cię­stwo. A kolana Koni­czyny sta­now­czo za bar­dzo zesztyw­niały z wie­kiem, żeby mógł być choćby myśli­wym, nie mówiąc o byciu zwie­rzyną.

- Spo­koj­nie - syk­nął ponow­nie.

Szan­ko­wie byli coraz bli­żej, słońce lśniło na ich poszczer­bio­nej broni, pan­cer­zach i nitach wpra­wio­nych wprost w gru­zło­wate ciała.

- Spo­koj­nie - powtó­rzył bez­gło­śnie.

Patrzył, cze­kał, sta­rał się wyczuć naj­lep­szą chwilę. Teraz już widział ich twa­rze - o ile można było to coś nazwać twa­rzami. Ten na prze­dzie miał na gło­wie zakrwa­wiony kobiecy cze­pek, drugi wyma­chi­wał zardze­wia­łym mie­czem, trzeci nało­żył sobie koń­ską czaszkę, a czwarty hełm zro­biony z łyżek powy­gi­na­nych w ogniu albo może przy­bi­tych do głowy, bo poha­ra­tane ciało nabrzmiało wokół meta­lo­wych prę­tów.

Trzeba łapać chwilę, zanim prze­ciek­nie ci przez palce.

- Włócz­nie! - ryk­nął Koni­czyna.

Z pod­szy­cia wychy­nęli zbrojni, mie­rząc dłu­gimi włócz­niami w dół, w stronę żlebu, żeby odciąć pła­sko­gło­wym moż­li­wość ucieczki. Zasko­czeni lasem lśnią­cych ostrzy szan­ko­wie pró­bo­wali się zatrzy­mać, dra­piąc zie­mię pazu­rami. Jed­nemu się nie udało: wpadł na włócz­nie, z któ­rych jedna prze­biła mu gar­dło, i zawisł na niej. Pró­bo­wał jesz­cze zawró­cić, ale z nie­ja­kim zdu­mie­niem stwier­dził, że nie może tego zro­bić.

Koni­czy­nie pra­wie zro­biło się go żal, ale żało­wa­nie kogo­kol­wiek zawsze jest stratą czasu. Zwłasz­cza pod­czas bitwy.

- Strzały! - zako­men­de­ro­wał.

Łucz­nicy wychy­nęli zza gła­zów po obu bokach żlebu. Zaśpie­wały cię­ciwy i strzały syp­nęły się na szan­ków: ryko­sze­to­wały, kle­ko­tały, tra­fiały w ciało. Jeden pła­sko­głowy machał bez­rad­nie ramio­nami, pró­bu­jąc wykrę­cić rękę i dosię­gnąć tkwią­cego w szyi drzewca. Strzelcy napi­nali łuki i słali strzałę za strzałą, z wielką łatwo­ścią, jakby doko­ny­wali rzezi jagniąt w zagro­dzie. Jakaś zabłą­kana włócz­nia pofru­nęła w drugą stronę, ale odbiła się od głazu, nie czy­niąc nikomu krzywdy.

Pła­sko­głowi byli wstrzą­śnięci. Wyglą­dało na to, że szan­ko­wie wcale nie róż­nią się tak bar­dzo od ludzi, gdy stło­czyć ich w żle­bie i zasy­pać desz­czem strzał. Jeden pró­bo­wał się wspiąć po ska­łach: zebrał trzy strzały i spadł na dru­giego, idą­cego za nim. Trzeci rzu­cił się na zje­żone włócz­nie: jeden grot roz­pruł mu bebe­chy, inne zerwały z barku meta­lową płytę pan­ce­rza i prze­szły na wylot. Czwarty wlókł pią­tego, ze strzałą w piersi, pró­bu­jąc odcią­gnąć go na tyły szyku.

Cał­kiem jak czło­wiek, pomy­ślał Koni­czyna. I to lep­szy czło­wiek niż ja. Krzy­czą jak ludzie, krwa­wią jak ludzie... Cie­kawe, czy czują też jak ludzie.

Wlo­kący dostał strzałą w czoło, padł na wle­czo­nego i na tym skoń­czyło się oka­zy­wa­nie ludz­kich uczuć - z obu stron.

Koni­czyna wyczuł, że szyk szan­ków zaraz się zała­mie.

- Topory! - zagrzmiał.

Włócz­nicy się roz­stą­pili. Wyszło im to cał­kiem spraw­nie, nie­wiele gorzej niż na ćwi­cze­niach, co - zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści - zakra­wało na cud. Przez lukę prze­lała się fala naj­lep­szych wojow­ni­ków, jakich dał mu Stour: kol­czugi, tar­cze i solidne topory runęły na szan­ków z góry z takim łosko­tem, jakby grad bęb­nił w bla­szany dach.

Feler zna­lazł się w pierw­szy sze­regu, natu­ral­nie. To był kawał skur­czy­byka, i to szur­nię­tego skur­czy­byka, kom­plet­nie obo­jęt­nego na wła­sne bez­pie­czeń­stwo; zwy­kle czło­wiek albo szybko z tego wyra­sta, albo jesz­cze szyb­ciej od tego ginie. Świetny wojow­nik, któ­rego jed­nak nikt nie chciał mieć u sie­bie w dru­ży­nie, bo łatwo pono­siły go emo­cje, a wtedy nie oglą­dał się na to, komu pierw­szemu przy­wali.

Z dru­giej strony, kiedy każą ci wal­czyć z potwo­rami, warto mieć potwora albo dwa w swo­ich sze­re­gach. Feler naj­szczę­śliw­szy był wtedy, kiedy szar­żo­wał wprost na Wiel­kiego Roz­jemcę - przy­po­mi­nał tym Koni­czy­nie jego samego sprzed dwu­dzie­stu lat, kiedy nazy­wali go Jona­sem Stro­mia­rzem, a nie­po­wo­dze­nia jesz­cze nie nauczyły go ostroż­no­ści. Wła­śnie zaczy­nał sobie gra­tu­lo­wać w duchu, że trzyma się z dala od walki, gdy jeden z włócz­ni­ków zarzę­ził prze­raź­li­wie i padł, trzy­ma­jąc się za bark, a ze sfory wynu­rzył się ryczący szanka-olbrzym z nabi­janą ćwie­kami pałą w gar­ści.

Koni­czyna ni­gdy jesz­cze nie widział szanki, który by był taki wielki i tak bar­dzo zakuty w żelazo. Pła­sko­głowi lubili sobie przy­ni­to­wy­wać do ciała wszel­kie kawałki metalu, jakie wpa­dły im w łapy, ale ten był dosłow­nie w cało­ści okryty pły­tami kutej stali. Ślina pry­skała mu z pyska, gdy ude­rze­niem pałki powa­lił kolej­nego prze­ciw­nika. Ludzie cofali się przed nim pośpiesz­nie, a Koni­czyna - z nisko opusz­czoną głową i wysoko pod­nie­sioną tar­czą - wcale nie wsty­dził się przy­znać, że też zna­lazł się wśród nich.

Wielki szanka zro­bił krok do przodu, zamach­nął się pałą... a potem zaskrze­czał i osu­nął się na jedno kolano. To Sholla zakra­dła się do niego od tyłu, wsu­nęła ostrze noża w szparę mię­dzy dwiema pły­tami okry­wa­ją­cymi mu łeb i spo­koj­nie, jakby wbi­jała gwóźdź, grzmot­nęła topor­kiem w gło­wicę noża. Z cha­rak­te­ry­stycz­nym głu­chym bonk! nóż wszedł w głowę szanki aż po ręko­jeść i wyłu­pił jedno śle­pie z zaku­tej w stal czaszki. Szanka runął na zie­mię z takim hukiem jak skrzy­nia pełna garn­ków.

- O kurwa... - sap­nął Koni­czyna.

- Mówi­łam prze­cież, że umiem wal­czyć - przy­po­mniała mu Sholla.

Wyglą­dało na to, że walka się skoń­czyła. Nie­do­bitki szan­ków rzu­ciły się do ucieczki. Koni­czyna patrzył, jak jeden z nich zostaje ścięty w fon­tan­nie krwi, drugi pada ze strzałą w ple­cach, a dwóch kolej­nych pędzi w dół żlebu dwa­kroć szyb­ciej, niż wcze­śniej przy­byli.

- Nie strze­laj­cie! - zawo­łał do łucz­ni­ków. - Niech ucie­kają, zaniosą wia­do­mość do swo­ich. Dopóki zostaną po pół­noc­nej stro­nie gór, będą mieli spo­kój. Zapusz­czą się na połu­dnie? Wielki Roz­jemca czeka.

Feler odpro­wa­dził ucie­ki­nie­rów dzi­kim wzro­kiem; miał pianę na bro­dzie i krew na twa­rzy. Nikt nie miał ochoty go powstrzy­my­wać, Koni­czyna rów­nież, prawdę mówiąc, ale jak się jest wodzem, to cza­sem czło­wiek nie ma innego wyj­ścia. Cza­sem nie można roz­ło­żyć rąk i powie­dzieć, że to nie twój pro­blem.

Dla­tego pod­szedł do Felera. Jedną dłoń uniósł w pojed­naw­czym geście, drugą muskał ręko­jeść noża za pasem. Zawsze warto mieć nóż pod ręką.

- Spo­koj­nie - powie­dział jak do roz­ju­szo­nego psa. - Spo­koj­nie.

Feler zmie­rzył go spoj­rze­niem - cał­kiem łagod­nym jak na niego.

- Jestem spo­kojny, wodzu. - Starł krew zale­wa­jącą mu oczy. - Ale krwa­wię.

- Wła­sna gęba to kiep­ski oręż.

Koni­czyna cof­nął rękę znad noża i powiódł wzro­kiem po posie­ka­nych, podziu­ra­wio­nych włócz­niami i naje­żo­nych strza­łami tru­pach zaście­ła­ją­cych żleb. Walka wygrana, a on w ogóle nie musiał użyć broni.

- Na pamięć pole­głych... - mruk­nął Przty­czek. Nabity na czu­bek jego włóczni szanka wciąż jesz­cze drżał spa­zma­tycz­nie.

- Tra­fi­łeś jed­nego - zauwa­żył Feler. Przy­dep­nął kark pła­sko­gło­wego i roz­rą­bał mu czaszkę.

- Na pamięć pole­głych - powtó­rzył Przty­czek, wypu­ścił włócz­nię z rąk i zwy­mio­to­wał.

- Pewne rze­czy się nie zmie­niają - zauwa­żyła Sholla, usi­łu­jąc wyrwać nóż tkwiący w gło­wie olbrzy­miego szanki.

- Poszło dokład­nie tak, jak mówi­łeś, wodzu. - Feler kop­nia­kiem odwró­cił trupa na wznak. Szanka gapił się teraz w niebo.

- Nie powi­nie­neś był we mnie wąt­pić - odparł Koni­czyna. - Naj­waż­niej­szą bro­nią w walce nie jest włócz­nia, łuk ani topór.

- Tylko co? - Przty­czek zamru­gał. - Miecz?

- Zasko­cze­nie - wyja­śnił Koni­czyna. - Zasko­czony boha­ter tchó­rzy, siłacz słab­nie, a mędrzec głu­pieje.

- Paskudne z nich skur­wy­syny, nie? - Sholla pocią­gnęła raz, drugi, trzeci, osta­tecz­nie zato­czyła się w tył i omal nie prze­wró­ciła, gdy w końcu udało jej się oswo­bo­dzić ostrze.

- Nie lubię kry­ty­ko­wać wyglądu innych - powie­dział Koni­czyna. - Czuję, że wcho­dzę wtedy na grzą­ski grunt. Powiedz mi, Feler, nie ter­mi­no­wa­łeś ty kiedy u rzeź­nika?

- Ter­mi­no­wa­łem.

- W takim razie pokie­ru­jesz porą­ba­niem skur­czy­by­ków na kawałki.

- A ty co, kieł­ba­ski z nich chcesz poro­bić?

Nie­któ­rzy roze­śmiali się na te słowa - teraz, gdy walka się skoń­czyła, a ich cze­kała nagroda, byli gotowi śmiać się z byle czego.

- Pro­blem z kieł­basą polega na tym, że ni­gdy nie wia­domo, co jest w środku - powie­dział Koni­czyna - a ja nie chcę, żeby ktoś miał jakie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści. Urządź im taką samą jatkę, jak oni miesz­kań­com wio­ski. Może nie umiemy się z szan­kami doga­dy­wać, ale głowy powie­szone na drze­wie to uni­wer­salny język. Przy oka­zji zbierz parę łbów do jakie­goś wora, zanie­siemy je Sto­urowi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki