Klucz - Iza Iwan

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (16,76 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

IV

Poniedziałkowy ranek obudził Artura słońcem. Złota polska jesień wdarła się do jego sypialni i jasnymi promieniami rozesłała po pościeli. Przeciągając się nad pierwszym kubkiem kawy Artur postanowił oderwać się trochę od pracy i nadrobić zaległości w domowych obowiązkach. Ustalili z Julią, że w ciągu tygodnia będą omawiać swoje sprawy tylko wieczorami, no chyba, żeby coś nagłego... Miecio ma szkołę i obowiązki u siebie w gospodarstwie, więc Julia musi poświęcić więcej uwagi córce.

Artur zastanawiał się od czego zacząć, bo zarówno porządek jak i zawartość lodówki pozostawiały wiele do życzenia. Miał ochotę wyrwać się z domu, choćby na zakupy, bo pogoda była naprawdę super, ale po chwili wahania pedantyczna natura zwyciężyła. Artur miał co prawda panią Halinkę, która przychodziła sprzątać we wtorki, ale nie byłby sobą, gdyby dał kurzowi zbierać się przez cały tydzień. Kwestia bałaganu w ogóle nie wchodziła w rachubę, bo Madejski zawsze odkładał rzeczy na swoje miejsce. Marynarki wisiały w szafie, elegancko rozpostarte na wieszakach, brudne skarpetki w koszu koło pralki a buty, uprzednio starannie oczyszczone z błota, stały w przedpokoju ustawione równiutko jak od linijki. Dawid zawsze naśmiewał się z tych jego nawyków. Jesteś jak stara panna- mawiał, kiedy Artur próbował wyegzekwować taki sam porządek w kancelarii- Wyluzuj.

I w sprawie miejsca pracy Artur rzeczywiście wyluzował, bo doskonale wiedział, że pedanteria jest strasznie uciążliwa dla osób, których bałagan nie razi. Ale w domu, to co innego.

Tak więc po kolei sprzątanie, potem duże zakupy w supermarkecie i o wpół do trzeciej Artur miał już czas tylko dla siebie. Zjadł szybki obiad i postanowił połazić po Rynku. Szedł wolno, leniwie gapiąc się na grupki turystów oblegających Sukiennice i Kościół Mariacki. Okoliczne knajpki nie były dziś zbyt zatłoczone. W końcu to październik, a na "lunch" już za późno. Artur nabrał ochoty na zimne piwko w jakimś zacisznym kącie. Myśl o piwie niemal natychmiast pobudziła potrzebę zapalenia papierosa, więc Artur ruszył w stronę najbliższego kiosku. Pochylił się do okienka, by poprosić o paczkę Marlboro, kiedy coś z ogromnym impetem uderzyło w jego nogi. Odruchowo chwycił za parapet przy okienku i z trudem udało mu się utrzymać równowagę. Drugą ręką złapał napastnika i w ostatniej chwili ocalił go przed lądowaniem w kałuży. Ciemnowłosy chłopiec, mniej więcej dziesięcioletni, podniósł na Artura zawstydzone spojrzenie, mamrocząc przeprosiny i w ułamku sekundy jego twarz rozjaśniła się uśmiechem.

- Ja pana znam! - wykrzyknął cofając się o krok. Artur uśmiechnął się w odpowiedzi, chociaż najchętniej odwróciłby się na pięcie i odszedł. Przeszło mu przez myśl, że jego popularność po ostatnich wystąpieniach w telewizji chyba posunęła się już o krok za daleko. Czy teraz będzie nagabywany na ulicy nawet przez dzieciaki i proszony o autograf? Rozejrzał się dokoła ale nigdzie nie zauważył nikogo, kto mógłby być opiekunem chłopca.

- Jestem Artur, a ty? - zapytał.

- Jaś - odpowiedział mały z powagą.

- A skąd mnie znasz? - zapytał Artur.

- Widziałem pana na zdjęciach w albumie mojej mamy - wyjaśnił chłopiec i też się rozejrzał. - Chyba właśnie mi się zgubiła- dodał zmartwiony.

Artura uderzyło jakieś dziwne uczucie, którego nie potrafił sprecyzować.

- Na pewno zaraz ją znajdziemy - powiedział uspokajająco do Jasia, który coraz niespokojniej rozglądał się po okolicy. - Musi być gdzieś w pobliżu.

Chłopiec wyjaśnił, że mama bardzo długo oglądała jakieś obrazy, rozwieszone na całej ścianie. Jasiowi znudziło się to wreszcie i postanowił się trochę rozejrzeć. Niechcący wplątał się w grupę wycieczkową i kiedy udało mu się wydostać z tłumu, mamy już nigdzie nie było. Artur pomyślał, że tam trzeba zacząć poszukiwania i razem z chłopcem ruszył w stronę Bramy Floriańskiej.

- Może pamiętasz, jak była ubrana? - zapytał chłopca zdając sobie sprawę, że mały może nie dostrzec jej wśród turystów.

- Na zielono - odpowiedział Jaś po chwili wahania.

- Czemu mnie to nie dziwi? - pomyślał Artur i uśmiechnął się do siebie. Poprosił chłopca, żeby przypomniał sobie jakieś inne szczegóły jej wyglądu, jednocześnie powątpiewając, by dziesięciolatek zwracał jakakolwiek uwagę na strój czy fryzurę swojej mamy. Stanęli na moment i Artur patrzył jak mały marszczy czoło usiłując najwyraźniej przypomnieć sobie jakieś istotne szczegóły. To dziwne wrażenie, które odczuł na początku stawało się coraz silniejsze. Coś jakby dejavu. Coś w sposobie mówienia chłopca, w jego ruchach wydawało się Arturowi znajome, nie potrafił jednak tego skojarzyć z konkretną osobą albo zdarzeniem.

- Jak nazywa się twoja mama? - zapytał nagle i uważnie przyjrzał się chłopcu. Układ oczu i ich przejrzyście niebieski kolor, wyrazisty podbródek... Artur znał odpowiedź zanim jeszcze usłyszał ją z ust małego.

- Joanna Madejska-Kieresz - wyrecytował chłopiec jednym tchem. Artur nie mógł w to uwierzyć. Boże, co za zbieg okoliczności!

Uśmiechnął się na myśl, że Aśka zostawiła sobie jego nazwisko. Teraz stało się jasne, dlaczego jej syn rozpoznał Artura. A on, głupi, przypisał to swojej rzekomej sławie. Zrobili jeszcze parę kroków rozglądając się i nagle Artur ją zobaczył. Miała na sobie długi zielony płaszcz, eleganckie czarne spodnie i szpilki. Kiedyś, gdy byli małżeństwem, ubierała się zupełnie inaczej. Nosiła jeansy, sportowe kurtki i buty na płaskiej podeszwie. Dopiero parę miesięcy przed ich rozstaniem zaczęła częściej zakładać sukienki i biżuterię. Artur uświadomił to sobie, kiedy odeszła i zrozumiał, że w ten sposób próbowała przyciągnąć jego uwagę i zainteresować go sobą. Tylko, że on był wtedy ślepy na wszystko poza pracą.

Aśka dostrzegła ich w tym samym momencie, a na jej twarzy widać było mieszankę ulgi i absolutnego zaskoczenia.

- Artek? Co ty tu robisz? Jasiek, gdzie ty byłeś? Jak wy się... - popatrzyła na nich w zdumieniu, jakby zmieszana. Jaś zaczął ze szczegółami opowiadać, w jaki sposób się spotkali, a Artur miał chwilę, by dokładnie przyjrzeć się swojej byłej żonie. Nie zmieniła się bardzo przez te dziesięć lat od czasu ich rozwodu. Była może trochę okrąglejsza, pełniejsza w biodrach i miała grzywkę. Wciąż była piękna. Artur ze zdziwieniem zauważył perłowe kolczyki w jej uszach.

Kiedyś, niedługo po ślubie kupił jej bransoletkę. Była zrobiona z różowych pereł, z ozdobnym zapięciem z oksydowanego srebra. Była potwornie droga. Artur wydał na nią niemal połowę swojej pensji, chciał jednak, żeby jego piękna żona miała coś wyjątkowego. Kiedy podarował Aśce bransoletkę od razu zobaczył, że coś jest nie tak. Jego żona próbowała pozorować zachwyt, ale nie udało jej się zatuszować rozczarowania, które ukazało się na jej twarzy po odpakowaniu prezentu. Tak długo naciskał na nią aż w końcu przyznała, że nienawidzi pereł. Obrzydliwie jej się kojarzyły - z jakąś opasłą ciotką, która uwielbiała perły i nawet w trumnie kazała się spowić w ich sznury. Aśka jako mała dziewczynka uczestniczyła w jej pogrzebie i te perły błyszczące na woskowym ciele ciotki jakoś jej się wryły w pamięć. Jak widać gust jej się zmienił i wstręt do pereł jakoś zmalał... Z zamyślenia wyrwał go głos Aśki. Zapytała go o coś i teraz patrzyła na niego wyczekująco.

- Przepraszam Asiu, zagapiłem się na ciebie - powiedział po prostu Artur. - O co pytałaś?

- Słyszałam, że masz własną kancelarię. Z Dawidem? - Artur przytaknął. - Widziałam cię w telewizji, chyba nieźle wam idzie?

- No, nie narzekam-odpowiedział skromnie Artur. To by było na tyle, jeśli chodzi o jego oszałamiającą karierę w mediach. Na Aśce najwyraźniej nie zrobiło to żadnego wrażenia.

- Macierzyństwo ci służy. Pięknie wyglądasz. - powiedział, żeby zmienić temat. - Nie wiedziałem, że mieszkasz w Krakowie...