Kobieta morska - Henryk Ibsen

Kup ebooka

24.49 zł
20.08 zł (19,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Scena II

BALLESTED, LYNGSTRAND wchodzi drogą z prawéj strony i zatrzymując się przy żywopłocie, patrzy z zajęciem na sztalugi i malarskie przyrządy. Jest to wątły młodzieniec, skromnie, ale przyzwoicie ubrany, wyglądający mizernie.

LYNGSTRAND ( z tamtéj strony żywopłotu). Dzień dobry. BALLESTED ( zwracając się ku niemu). Ha! - Dzień dobry ( podnosi flagę). Tak, - teraz dobrze idzie ( przymocowywa sznury a potém zatrudnia się około sztalugi). Dzień dobry, szanowny panie. Co prawda, niemam przyjemności... LYNGSTRAND. Pan jest pewnie malarzem? BALLESTED. Ma się rozumiéć. Dlaczegóż nie miałbym być malarzem. LYNGSTRAND. Widzę to. Czy mógłbym tu wejść na chwilę? BALLESTED. Chcesz pan może obejrzeć moją robotę? LYNGSTRAND. Pragnąłbym bardzo... BALLESTED. Niéma jeszcze nic do widzenia. Ale jeśli pan ciekawy, to proszę, wejdź. LYNGSTRAND. Stokrotne dzięki ( wchodzi przez ogrodową furtkę). BALLESTED ( maluje). Jestem teraz na fiordzie pomiędzy wyspami. LYNGSTRAND. Widzę to. BALLESTED. Jeszcze brakuje figur. Tuta nie można dostać modelu. LYNGSTRAND. Więc tu jeszcze będzie figura? BALLESTED. Tak, na pierwszym planie, tutaj na brzegu, leżéć będzie nawpół martwa kobieta morska. LYNGSTRAND. Dlaczegóż pół martwa? BALLESTED. Zabłąkała się na lądzie, nie może trafić do morza i zamiera w kałuży, rozumie pan przecie. LYNGSTRAND. Ach! Tak. BALLESTED. Pani tego domu podała mi myśl do obrazu. LYNGSTRAND. A jak go pan zatytułuje, gdy będzie ukończony? BALLESTED. Sądzę, że "Koniec morskiéj kobiety". LYNGSTRAND. Bardzo stosowne. Można z tego zrobić coś dobrego. BALLESTED. Może pan jest także... LYNGSTRAND. Malarzem? BALLESTED. Tak. LYNGSTRAND. Nie, malarzem nie jestem, ale będę rzeźbiarzem, nazywam się Jan Lyngstrand. BALLESTED. Więc pan chce być rzeźbiarzem? także piękna sztuka rzeźbiarstwo. Zdaje mi się, żem pana parę razy spotkał na ulicy. Czy pan tu od dawna? LYNGSTRAND. Bawię tu od kilkunastu dni, ale będę się starał spędzić tu całe lato. BALLESTED. Aby używać przyjemności kąpielowych, nieprawdaż? LYNGSTRAND. Chciałbym trochę sił nabrać. BALLESTED. Przecież nie jesteś pan chory. LYNGSTRAND. Trochę. Czuję się osłabiony, ale to nie jest niebezpieczne. Coś nakształt astmy BALLESTED. Ba! mała rzecz. Powinien pan jednak poradzić się biegłego doktora. LYNGSTRAND. Myślałem już o tém, ażeby przy sposobności zasięgnąć rady doktora Wangla. BALLESTED. Zrób to pan ( ogląda się na lewo). Znowu przypływa parowiec. Mnóstwo podróżnych na pokładzie. Napływ podróżnych wzmógł się, w niebywały sposób, ostatniemi czasy. LYNGSTRAND. Tak, zdaje mi się, że tu napływ jest wielki. BALLESTED. Mamy także wielu przybywających na lato. Boję się czasem, ażeby nasze poczciwe miasto, z powodu tylu obcych, nie utraciło swego charakteru. LYNGSTRAND. Pan się tutaj urodził? BALLESTED. Nie, alem się tutaj akla... aklimatyzował. Przywyknienie i czas związały mnie z tą miejscowością. LYNGSTRAND. Więc pan tu już mieszka od dawna? BALLESTED. No tak, ze siedemnaście, osiemnaście lat. Przybyłem z towarzystwem dramatyczném, Skives'a. Potém, mieliśmy trudności pieniężne, towarzystwo się rozwiązało i rozpierzchło na wszystkie strony. LYNGSTRAND. A pan tu pozostał? BALLESTED. Zostałem. I dobrze mi się dzieje. Muszę panu powiedzieć, żem się głównie w teatrze zajmował dekoracyami.

Scena V

CIŻ I DOKTÓR WANGEL w podróżnym stroju, z torebką w ręku, idzie ścieżką z prawéj strony.

WANGEL. Otóż jestem, moje dzieci. ( wchodzi do ogrodu). BOLETA ( spotykając go w ogrodzie). Ach! jak to ładnie, że wracasz. HILDA ( idąc także naprzeciw niego). Czyś się już na cały dzień uwolnił, ojcze? WANGEL. Nie. Późniéj muszę jeszcze na chwilę być w biurze. Ale powiedzcie, nie słyszałyście, czy Arnholm przyjechał? BOLETA. Tak, wczoraj wieczór przyjechał. Posyłałyśmy do hotelu. WANGEL. Nie widziałyście go jeszcze? BOLETA. Nie, ale pewno przyjdzie jeszcze przed południem. WANGEL. Zapewne. HILDA ( ciągnąc go). Ojcze, obejrzyjże się. WANGEL ( spogląda na werandę). Widzę, widzę, dzieci, dom wygląda świątecznie. BOLETA. Czyśmy nie ładnie go przystroiły? WANGEL. Tak, muszę przyznać. Czy... czy sami jesteśmy w domu? HILDA. Ona sobie poszła. BOLETA ( przerywając szybko). Mama poszła do kąpieli. WANGEL ( spogląda przyjaźnie na Boletę i głaszcze jéj włosy. Potém mówi z pewném wahaniem). Słuchajcie, dzieci. Czy wszystko ma tak pozostać dzień cały? I flaga wywieszona także? HILDA. Naturalnie, ojczulku. WANGEL. Hm! No tak - ale widzicie... BOLETA ( mruga i przytakuje mu). Możesz sobie wyobrazić, że to wszystko na cześć Arnholma. Skoro tak dobry przyjaciel, pierwszy raz cię odwiedza... HILDA ( śmiejąc się i wstrząsając głową). Pomyśl tylko, ojczulku. On był nauczycielem Bolety. WANGEL ( z półuśmiechem). Jakie wy przebiegłe! Mój Boże, to przecie rzecz naturalna, iż pamiętamy o tych, co nie są z nami. A prócz tego... Masz, Hildo ( daje jéj podróżną torebkę) zanieś to do biura. - Nie, dzieci, ja tego nie chcę. Nie w taki sposób przynajmniéj, wiecie o tém. Tak rok rocznie. Cóż na to powiedzą? I nie można tego zmienić? HILDA ( chce iść z torebką przez ogród, ale zatrzymuje się, odwraca, i wskazuje). Patrzcie na tego pana, co idzie. To pewnie profesor. BOLETA ( spoglądając). Ten sam? ( śmieje się). Paradna jesteś. Ten pan taki podstarzały, miałby by być Arnholmem? WANGEL. Czekajcie, moje dzieci. Tak, zdaje mi się, że to on. On niezawodnie. BOLETA ( patrzy zdumiona). Tak, Bóg widzi - zdaje mi się, że tak jest.

Scena IV

LYNGSTRAND, BOLETA, HILDA, wychodzą z domu na werandę.

HILDA ( z podnóżkiem). BOLETA ( przynosi więcéj kwiatów). LYNGSTRAND ( kłania się Hildzie z ogrodu). HILDA ( przy balustradzie nie odkłaniając się). Mówiła mi już Boleta, żeś się pan w końcu wejść odważył. LYNGSTRAND. Tak, ośmieliłem się to uczynić. HILDA. Czy pan już odbył poranny spacer? LYNGSTRAND. Nie, dziś nie zamierzałem dłuższéj przechadzki. HILDA. Może byłeś pan w kąpieli? LYNGSTRAND. Tak jest, i widziałem matkę pani, szła właśnie do swojéj kabiny. HILDA. Kto szedł? LYNGSTRAND. Matka pani. HILDA. Ach! tak... o! ( stawia podnóżek przy biegunowym fotelu). BOLETA. ( jakby przerywając). Czy nie widziałeś pan na fiordzie łodzi ojca? LYNGSTRAND. Tak, zdaje mi się, że widziałem łódź żaglową, zmierzającą do lądu. BOLETA. To pewno był ojciec. Miał on chorych na wyspach. ( porządkując na stole). LYNGSTRAND ( posuwając się o krok do werandy). Jak tu wszystko kwiatami przystrojone. BOLETA. Nieprawdaż, że to ładnie wygląda? LYNGSTRAND. Prześlicznie. Jakby w domu było jakie święto. BOLETA. Bo téż tak jest. LYNGSTRAND. Może urodziny ojca. BOLETA ( przestrzegając Hildę). Hm! hm! HILDA ( nie zważając na to). Nie, to urodziny mamy. LYNGSTRAND. Tak - urodziny matki pań. BOLETA ( pocichu z gniewem). Ależ Hildo. HILDA ( tak samo). Dajże mi pokój. ( do Lyngstranda). Pan teraz pewno wraca do hotelu na śniadanie. LYNGSTRAND. ( schodząc ze stopni). Tak, muszę trochę przekąsić. HILDA. Czy pan się w hotelu jeszcze nie rozgościł na dobre? LYNGSTRAND. Nie mieszkam już w hotelu, to dla mnie za drogo. HILDA. A gdzież pan teraz mieszka? LYNGSTRAND. Na górze u pani Jensen. HILDA. U jakiéj pani Jensen? LYNGSTRAND. Akuszerki. HILDA. Przepraszam, panie Lyngstrand, ale mam tyle zajęcia, że... LYNGSTRAND. Ach! nie powinienem był tego mówić. HILDA. Czego? LYNGSTRAND. Tego, co powiedziałem. HILDA ( patrząc na niego niechętnie). Wcale pana nie rozumiem. LYNGSTRAND. Nie, nie, ale teraz muszę panie pożegnać. BOLETA ( na stopniach werandy). Żegnam. Niech pan dzisiaj wybaczy, ale późniéj, jeśli znajdziesz pan czas - przyjdź pan odwiedzić ojca - i nas także. LYNGSTRAND. Stokrotne dzięki. Chętnie to uczynię. ( kłania się i wychodzi przez ogrodową furtkę. Za ogrodem, zwracając się na lewo, kłania się raz jeszcze. HILDA ( półgłosem). Adieu, mój panie. Proszę się odemnie kłaniać matce Jensen. BOLETA ( cicho wstrząsając jéj rękę). Hildo! Jakżeś źle wychowana! Czyś oszalała! Mógł cię usłyszeć. HILDA. Ba! Cóż to szkodzi. BOLETA ( spoglądając na prawo). Ojciec idzie.