Kobieta z morza krwi - Malwina Chojnacka

-
Proszę czekać

GERARD

Czarna Woda, 14 sierpnia, godz. 16.23

Gdybym ją zamordował, popełniłbym grzech śmiertelny.

Gdybym ją zniszczył, byłbym szczęśliwy, że zapłaciła za to, co lata temu zrobiła mojej rodzinie.

Gdybym...

Parkuję Audi przed białą willą otoczoną zadbanym ogrodem. Kładę dłonie na kierownicy. Czuję lodowaty podmuch klimy na zarośniętych policzkach. Pół roku temu zapuściłem brodę. Perfekcyjnie przygotowałem się do przyjazdu tutaj.

To jej królestwo. Kameralny pensjonat nad Bałtykiem. Kilometr do dzikiej plaży. Na stronie internetowej Pensjonatu Odetchnij jest mnóstwo podrasowanych zdjęć rustykalnej willi, w której Inez Skowron stworzyła swoje miejsce na Ziemi. Uważnie czytałem opinie zachwyconych gości. Być może były pisane z fejkowych kont.

Inez Skowron od lat kreuje wokół siebie fikcję.

 

Odetchnij to czarodziejskie miejsce, w którym odpoczniesz, zresetujesz się, pozwolisz odrodzić się duszy i ciału. Willa niedaleko małej, nieodkrytej przez turystów miejscowości Czarna Woda, z sekretną ścieżką na plażę i przede wszystkim - z charyzmatyczną właścicielką, której nie sposób nie polubić od pierwszego wejrzenia.

 

Inez, dziękujemy za magiczny tydzień w Twoim domu. Odetchnij to nie pensjonat, nie hotel... to Dom Gościnny, jak nazywa go twórczyni tego miejsca.

 

Inez to niesamowita osoba, której energia nas uleczyła. To autorka przecudownej powieści... pisarka, malarka, artystka...

 

Przed przyjazdem tutaj przeczytałem jedną powieść napisaną przez Inez Skowron. A także artykuły na jej stronie internetowej. Ich tytuły sugerowały, jakie pompatyczne brednie czytelnik znajdzie w środku: Uwalnianie twórczej energii, Magia pierwszych słów przelanych na papier, Odblokowanie pisarskiego ja, Wyobraźnia własnych trzewi.

Parskałem szyderczym śmiechem, czytając wypunktowane pogrubioną czcionką porady Inez Skowron dla początkujących pisarzy. Co ciekawe, wymądrzała się tak osoba, która sama stworzyła tylko jedną serię obyczajówek Pod brzozą i klonem. Z wielkim trudem przeczytałem pierwszy tom, dzielnie walcząc z sennością.

Wiedziałem, że muszę poznać Inez jak najlepiej. Chociaż miałem wrażenie, że znam ją od zawsze.

Dwadzieścia osiem lat temu, gdy znalazłem ciało mojego starszego brata wiszące na drewnianej belce na poddaszu domu naszych dziadków, jeszcze nie przypuszczałem, że tragedia naszej rodziny będzie związane właśnie z nią...

Z Inez Skowron.

Sebastian nigdy mi się nie zwierzał. Była między nami zbyt duża różnica wieku. Gdy się powiesił, miał prawie siedemnaście lat, a ja tylko dwanaście. Wyglądałem na mniej. Byłem za mały i za chudy jak na swój wiek. Dlatego zawsze dostawałem wpierdol. W podstawówce wszyscy mówili na mnie Mysza. Bolało jak cholera.

Mój brat też tak mnie nazywał. Nienawidziłem go za to i płaczliwie prosiłem, żeby tego nie robił. Droczył się ze mną. Testował moją cierpliwość. Miesiąc przed samobójczą śmiercią zrobił coś, co przekonało mnie, że jednak mnie kocha i zawsze mogę na niego liczyć.

Gdy wracałem ze szkoły do domu przez ponure blokowiska na warszawskiej Woli, na tyłach monopolowego otoczyła mnie grupa gówniarzy z mojej klasy. Zaczęło się od plucia i wyzwisk. Jeden z nich mocno szarpnął za pasek mojego tornistra. Poleciałem na chodnik na plecy. Na szczęście nie uderzyłem łbem o beton, ale na moment straciłem oddech. Nie byłem w stanie wstać. Przebierałem chudymi nogami jak chrabąszcz przewrócony na swój pancerzyk. A ci gnoje stali wokół mnie, kopiąc co jakiś czas moje chude łydki i śmiejąc się z moich zalanych łzami policzków.

- Mysza, zeszczałeś się już? Wstań, kurwa, na tych cienkich nóżkach! Mysza! Lej się z nami! Mysza! Zapierdalaj! Broń się!

Bałem się wtedy tak, że myślałem o śmierci. Prawie nic już nie widziałem, zaryczany i obrzydliwie zasmarkany. I nagle najbardziej wrzaskliwy gnojek poleciał prosto na mnie. Ktoś popchnął go tak, że wyrżnął, waląc mnie czaszką w podbródek. Zszokowany, zobaczyłem wysoką sylwetkę nad nami.

Rozpoznałem głos mojego brata. Widziałem wszystko jak przez mgłę. Popuściłem, krztusząc się piachem i łzami, które zalewały mi gardło. Gówniarze z mojej klasy uciekli jak przepłoszone stado wróbli. Został tylko ten jeden, który na mnie leżał, i nieporadnie próbował wstać. Mój brat podniósł go jedną ręką, a drugą przywalił mu w żołądek. Obserwowałem tę scenę, nie wierząc, że to się dzieje naprawdę, że to nie sen, nie film...

- Jeszcze raz, kurwa, tkniecie mojego brata, to wam nogi z dupy powyrywam! - krzyknął Sebastian do mojego zaryczanego oprawcy.

Puścił go, bo zobaczył dwóch ochroniarzy z monopolowego, którzy zauważyli, że coś się dzieje na zapleczu sklepu. Pomógł mi wstać, dopytując się, czy nic mi nie jest. Pokręciłem głową. Nie byłem w stanie wydusić słowa. Zauważył żółtą plamę na moich krótkich spodenkach. Nie skomentował tego. Zarzucił mój tornister na plecy i ruszyliśmy w stronę naszego bloku. Wlokłem się za nim, lekko kulejąc. Z przetartej na łokciu skóry leciała mi krew.

Już w domu, w łazience Sebastian zrobił mi opatrunek. Całkiem porządny. Dopytywał, od kiedy mnie tak prześladują i co jeszcze mi zrobili. Powtarzałem mu kilka razy cienkim głosem, że to tylko wyzwiska, nie bicie.

Nie wspomniałem, że zimą napchali mi w szatni śniegu do plecaka. To przecież było dawno. A teraz było lato. Obserwowałem Sebastiana, jak miotał się po naszej małej łazience, szukając w szafkach plastrów i wody utlenionej. Sięgałem mu zaledwie do ramienia. Był napakowanym siedemnastolatkiem, szerokim w barach, z czarnymi jak smoła włosami i zrośniętymi brwiami. Opalony jak Włoch. Takiego go pamiętam z ostatnich tygodni jego życia...

Miesiąc później Sebastian powiesił się w domu naszych dziadków w Pogorzelach na Pomorzu, gdzie często spędzaliśmy wakacje. Gdybym wtedy wiedział w tej ciasnej łazience, że to jedna z naszych ostatnich rozmów, to przeciągałbym ją w nieskończoność. Słuchałbym go uważniej. A ja tylko chciałem stamtąd wyjść, bo było mi wstyd. Podskórnie czułem, że go zawiodłem. Obronił mnie. Nastraszył tych gnoi. Ale to dlatego, że sam nie mogłem sobie z nimi poradzić. Byłem frajerem, chudą Myszą, której muszą bronić inni. Na przykład starszy o pięć lat brat.

Gdy znalazłem go powieszonego na strychu, był jeszcze bardziej opalony i miał na sobie tę samą koszulkę, co w dniu, w którym mnie obronił. Czarna z logo The Doors. To był dla mnie znak. Tak zaaranżował swoją śmierć, żebym to ja go znalazł. Nie dziadkowie, którzy tego dnia pojechali na odpust.

Gdy wtedy wszedłem do ich starego domu, uderzyła mnie dziwna cisza. Sebastian zawsze głośno słuchał muzyki. Darł się do niej. Czasem sam śpiewał, przygrywając sobie na gitarze. Miał perkusję w garażu. Robił wokół siebie dużo szumu. Ciągle gadał. Nie umiał słuchać. Może ja też nie umiałem? Dlaczego wcześniej nie wyłapałem, że coś złego się z nim dzieje? Przecież wtedy, w wakacje, spędzaliśmy ze sobą dużo czasu. Jednak bardziej obok siebie niż razem.

Wisiał na jednej z belek. Na podłodze leżał przewrócony kuchenny taboret. Nie krzyknąłem na początku, bo myślałem...

Jezu... Co myślałem dwadzieścia osiem lat temu? Że to, kurwa, jakiś jego żart? Wygłupy? Co w ogóle myślałem, gdy dotknąłem drżącą dłonią jego wiszącego martwego ciała?

Obróciło się nagle i zobaczyłem jego twarz. Wybałuszone oczy, potworny grymas zniekształcający rysy, siną pręgę na szyi... i muchę, która powoli wpełzała pod jego powiekę. Coraz głębiej. Było tak gorąco... Morderczy upał nad Bałtykiem.

Tak jak teraz. Wycieram dłonią zarośnięty policzek. Mrugam nerwowo, żeby odpędzić niepotrzebne łzy, które pchają mi się do oczu.

Mój brat dwadzieścia osiem lat temu powiesił się na strychu w domu naszych dziadków, a ja dziś spojrzę w oczy kobiecie, przez którą to zrobił...

Życzę jej śmierci tak samo okrutnej, jak ta, którą wybrał Sebastian. Marzę, żeby jej życie zakończyło się trudną do opisania męką.

Jeszcze jedno spojrzenie w lusterko samochodowe. Wyglądam całkiem nieźle. Przez lata robiłem wszystko, żeby stać się podobny do Sebastiana. Ćwiczyłem, biegałem, podnosiłem ciężary. Brodaty, zadbany czterdziestolatek. Jestem jego wzrostu. Lniana koszula podkreśla mięśnie. Na przegubie zajebiście drogi zegarek. Moje zawodowe życie to ciągłe pasmo sukcesów, które jednak w ogóle mnie nie cieszą.

Już widzę Inez Skowron na tarasie pensjonatu. Rozpoznaję ją od razu. Od kilku miesięcy niemal codziennie przeglądam jej wpisy i zdjęcia w mediach społecznościowych. Mała, drobna, opalona blondynka, starsza ode mnie o cztery lata. Nie wygląda na swój wiek. Jej półdługie proste włosy rozwiewa nadmorska bryza. Ma dziewczęcą figurę. Być może korzysta z usług chirurgów plastycznych czy drogich zabiegów wygładzających zmarszczki. Ale to wątpliwa hipoteza. Inez jest spłukana. Podejrzewam, że niedługo komornik zajmie jej piękną willę nad morzem, w której urządza warsztaty pisarskie.

Wiem o niej wszystko. Były mąż zostawił ją z długami i zabrał jej syna. Widzę, jak Inez przykłada dłoń do czoła, bo razi ją słońce. Jest na bosaka. Biała sukienka na ramiączkach, kolorowe kolczyki w uszach.

Mój brat zakochał się w niej, gdy miała piętnaście lat. Domyślam się, że ujęła go jej delikatność. Przy tym napakowanym byku wyglądała bardzo krucho.

Co jeszcze pamiętam? Dlaczego im mocniej próbuję sobie przypomnieć wydarzenia sprzed niemal trzydziestu lat, tym mocniej moja pamięć szwankuje? Może mój umysł właśnie w ten sposób broni mnie przed przywoływaniem koszmarnych wspomnień?

Widok Sebastiana wiszącego na jednej z belek na strychu stał się traumą, która zdefiniowała moje życie.

Zniszczyła je na zawsze.

Gdy odkryłem, że Inez jest właścicielką pensjonatu nad Bałtykiem we wsi Czarna Woda, oddalonej zaledwie dwanaście kilometrów od miejscowości Pogorzele, w której rodzice mojej matki mieli dom, pomyślałem, że to nie może być przypadek.

Pierwsza dziewczyna mojego brata mieszka teraz tak blisko miejsca, w którym Sebastian się powiesił?! Pamiętałem doskonale, że jako nastolatka przyjeżdżała nad Bałtyk z Warszawy. Dlaczego po latach wróciła tu na stałe? Akurat w te okolice? Zapomniała, co tu się stało? Spłynęło to po niej? Wtedy była gówniarą, nastolatką malującą się prowokująco i kręcącą się wokół miejscowych chłopaków i letników.

Gdy to odkryłem, zalała mnie fala wściekłości. Próbowałem sprawdzić, kiedy i w jakich okolicznościach Inez Skowron kupiła dom w Czarnej Wodzie. Pomógł mi prywatny detektyw. Powęszył dla mnie za grubą kasę.

Inez Skowron (to jej panieńskie nazwisko) skończyła antropologię kultury w Warszawie. Zaraz po obronie pracy magisterskiej przyjechała do Czarnej Wody. Wynajęła pokój w centrum wsi, nad sklepem i zatrudniła się w smażalni, która już nie istnieje. Potem dostała pracę w oddalonym o dwanaście kilometrów domu kultury w Pogorzelach. Organizowała festyny i wystawy prac lokalnych artystów. Jeszcze na studiach wyszła za mąż za inżyniera, który mieszkał w stolicy i robił błyskawiczną karierę. Kupili willę do remontu w lesie niedaleko wydm i dzikiej plaży. Dzielili czas między Warszawę a Czarną Wodę. Urodził się im syn Leon, teraz już nastolatek. Z biegiem lat Inez coraz częściej przyjeżdżała tu sama.

W nocy przed przyjazdem do Czarnej Wody przeglądałem jeszcze raz plik z informacjami na temat Inez, który przesłał mi prywatny detektyw. Numery ksiąg wieczystych mieszkania w Warszawie, które po rozwodzie przypadło jej mężowi, i kilka informacji na temat willi nad Bałtykiem, z którą najwyraźniej ta kobieta wciąż nie może się rozstać. Rozwód był bez orzekania o winie. Jednak jestem pewien, że to mąż miał jej dość.

Zdemoralizowana, pozbawiona zasad, nawiedzona, manipulująca facetami egoistka. Współczułem jej byłemu mężowi, chociaż nie widziałem go na oczy. Dał się nabrać na jej kruchość, delikatność, melodyjny, cichy głos, duże oczy dziecka, pełne wargi, piegi i bujne cycki. Oglądałem filmiki z jej spotkań autorskich w necie. Próbowała zaistnieć jako pisarka. Słabo jej szło.

Gdy odkryłem, że organizuje sierpniowe weekendowe warsztaty dla przyszłych pisarzy, zapragnąłem poznać ją jeszcze lepiej. Znaleźć sposób, żeby się zemścić i przede wszystkim odkryć, dlaczego wciąż mieszka nad Bałtykiem, niedaleko miejsca, gdzie powiesił się mój brat.

Wtedy, trzydzieści lat temu, przyjechała tu z matką na wakacje. Wybrały małą miejscowość Pogorzele. Zamieszkały u sąsiadów moich dziadków, którzy wynajmowali pokoje letnikom. Tych kilka tygodni zdecydowało o śmierci mojego brata... jego znajomość z nią... pierwszy seks na wydmach...

Skąd to wiem? Sebastian nigdy mi się nie zwierzał. Nigdy nie mówił, co go dręczy. Dwa lata temu, gdy zdecydowałem się w końcu sprzedać ruderę po dziadkach w miejscowości Pogorzele, bo jakiś zapaleniec zaproponował mi za nią dużą kasę, znalazłem coś ważnego na strychu. Były tam stosy pudeł ze szpargałami. Gdy ktoś umiera, zostają tylko rzeczy. Ciuchy, durnostojki, bibeloty. Porzucone, przesiąknięte zapachem właściciela.

Moi dziadkowie zmarli w odstępie jednego roku. Nie mogli bez siebie żyć. Ich dom nad Bałtykiem napawał mnie przerażeniem. Nie chciałem tam niczego dotykać. Wynająłem specjalistyczną firmę, która popakowała ich rzeczy w wielkie pudła i przeniosła na strych. Okna zabito dechami. Założono kłódki. Przez lata opłacałem podatek od nieruchomości, prąd, z którego nikt nie korzystał, i wodę, która ciekła z zardzewiałych kranów.

Dom moich dziadków stał pusty kilkanaście lat. Zapadał się w siebie. Niszczał. Tęsknił za kimkolwiek, kto go ożywi. I wtedy znajomy z mojej korpo przypadkiem się o nim dowiedział. Podpytywał mnie, czy nie chcę go sprzedać, skoro stoi pusty, a ja w nim nie bywam. Ciągle mnie męczył, żebym mu go pokazał. Niechętnie się zgodziłem. Natychmiast zakochał się w potencjale, jaki tkwił w tym starym domu. Oczywiście nie wspomniałem mu ani słowem, że to tam, na strychu powiesił się mój starszy brat. Zaoferował mi dobrą cenę. Obiecałem, że szybko go opróżnię, żeby był gotowy do remontu.

I tak wbrew sobie zacząłem przeglądać pudła na strychu. Znalazłem zmechacone swetry dziadka, szarobure garsonki babki, jej różańce, modlitewniki, święte obrazy. Po śmierci Sebastiana nie przestawała się modlić. Obwiniała się, bo przecież powiesił się w jej domu, na jej strychu. Jej najstarszy wnuk, i to podczas wakacji u niej. Coś musiała zrobić. To była tylko jej wina. Tak powtarzała przez łzy. Nie byłem w stanie jej wtedy słuchać... zanurzony we własnym bólu.

W jednym z rozpadających się tekturowych pudeł znalazłem gruby brulion zapisany znajomym pismem. Sebastian czasem odrabiał za mnie lekcje. Pisał mi wypracowania, bo kochał czytać i był na bieżąco z moimi lekturami dwunastolatka. W tym brulionie były jego zapiski. Czytałem je potem nocami w Warszawie - przerażony, zszokowany i pełen narastającej nienawiści do dziewczyny, przez którą zmarł mój brat.

Inez Skowron.

Rzucam okiem na sportową torbę na siedzeniu pasażera. To właśnie w niej jest ten pamiętnik. Zabrałem go do Czarnej Wody, żeby ożywić potworne wspomnienia sprzed dwudziestu ośmiu lat, żeby się z nimi zmierzyć.

Żeby Inez zapłaciła za to, co zrobiła...

Widzę, jak teraz na tarasie macha do mnie z serdecznym uśmiechem. Nad jej głową kołysze się ozdobny szyld z namalowanym ręcznie napisem: "Pensjonat Odetchnij".

Tak robię.

Oddycham głęboko. Posyłam jej ciepły uśmiech. Niespiesznie wysiadam z samochodu.

INEZ

Czarna Woda, 14 sierpnia, godz. 20.14

Gerard zjawił się jako ostatni. Spóźniony o dobre dwie godziny. Dzwoniłam do niego kilka razy, ale nie odbierał.

Teraz, przy kolacji mogę przyjrzeć mu się uważnie. Odstaje od całej grupy. Jemy na tarasie mojego pensjonatu w promieniach zachodzącego słońca.

Gerard wygląda jak znudzony biznesmen. Gęsta, modnie przystrzyżona czarna broda, lniana koszula, eleganckie granatowe spodnie, skórzane mokasyny.

Pozostali trzej mężczyźni to totalni luzacy. Najbardziej hałaśliwy z nich to otyły muzyk koło pięćdziesiątki, w wymiętym podkoszulku, ze śmieszną siwą brodą, w którą wplątane są dredy. Poprosił, żeby mówić na niego Omar. Planuje pisanie tekstów piosenek do swoich aranżacji. Stąd decyzja o wzięciu udziału w warsztatach, które zorganizowałam w ten weekend.

Drugi to Paweł - wysoki, przygarbiony student informatyki, który nie napisał w życiu jeszcze nic, ale ma pomysł na trylogię science fiction, która jego zdaniem zmieni świat. Lekko jąkający się marzyciel. No i jeszcze jeden. Ma na imię Igor. Wysoki trzydziestoparolatek o barczystej sylwetce, obcięty tuż przy skórze i mocno opalony. Gdy minutę temu powiedział nam przy stole, jaki zawód wykonuje, na moment zapadła dziwna cisza.

Uśmiecham się do niego z niedowierzaniem. Może nas wkręca? Nikt z tej grupy nie przedstawił się z nazwiska. Za moje warsztaty zapłacili gotówką z wiadomych względów. Prowadzę działalność gospodarczą, ale zaniżam koszty przychodów. Podczas rozmowy telefonicznej przed ich przyjazdem od razu podpytałam, czy będzie im potrzebna faktura lub rachunek. Tylko Gerard odpowiedział, że tak. Jakoś z tego wybrnę. Może zapomni?

- Jesteś policjantem, Igor? Serio?! Ja pierdolę! - Omar gwałtownie nabiera powietrza i zaczyna bujać się na wiklinowym krześle.

Nie wiem, czy ten stary mebel wytrzyma takie manewry.

- W czym problem? - Uśmiecham się do Omara, ale strużka potu spływa mi po plecach.

Jednak będę musiała pomyśleć o rachunkach i fakturach dla gości. Być może okaże się, że nic nie zarobię podczas tego długiego weekendu. Tak liczyłam na tę kasę! Spoglądam na Igora, który uśmiecha się nieśmiało.

- Mam tydzień urlopu. Pomyślałem, że się podszkolę i w końcu zacznę pisać coś, co siedzi mi w głowie.

- Nie macie pojęcia, ilu policjantów to pisarze! - wchodzę mu w słowo.

Atmosfera przy stole robi się sztywna. Tylko najmłodsza z uczestniczek, dwudziestoletnia Alina, spogląda na Igora coraz bardziej zafascynowana.

- To, co pan pisze, to...

- Nie pan. Igor.

- To, co piszesz, Igor... to będzie kryminał?

- Chyba nie wyobrażasz sobie, że miałbym napisać romans? - Igor parska chrapliwym śmiechem.

- Dlaczego nie? - Gerard odwraca się w jego stronę. - Policjanci nic nie wiedzą o miłości? Nie mają serc?

- Może mają. Ale nie potrafią o tym pisać.

- A szkoda. - Gerard elegancko wyciera usta serwetką. - Byłbyś pierwszy.

- No, kurwa, racja! - Omar znowu sięga po kufel piwa. - Może nasza Inez wyszkoli cię tak, że po tym weekendzie będziesz chciał pisać o gołąbkach i dymaniu, a nie o flakach i mordowaniu?

Znowu zapada cisza. Omar wzdycha teatralnie.

- No! Sorry! No! Kumpli muzyków moje kurwy nie gorszą, ale tu, widzę, mamy towarzystwo na poziomie.

- Chyba nie słyszałeś policjantów na odprawie. - Igor unosi kufel piwa w stronę Omara; po pomieszczeniu niosą się ich nieśmiałe chichoty.

- Przyjechałeś tu z bronią? - Alina wpatruje się w Igora z rosnącą fascynacją.

- Po co miałbym przyjeżdżać z bronią na warsztaty literackie nad morzem? Do kogo miałbym strzelać? Do kaczek?

- Tu nie ma kaczek. Są mewy - odzywam się uprzejmie, wciąż ze sztucznym uśmiechem.

- Moim zdaniem to cudownie, że wśród policjantów jest coraz więcej osób zainteresowanych tworzeniem literatury - mówi cicho Maria.

To dobiegająca czterdziestki bibliotekarka. Przemiła osoba, która sprawia wrażenie nieśmiałej i niepewnej siebie. Powiedziała mi, że marzy o wydaniu zbioru baśni dla najmłodszych. Napisała już trzy do szuflady. Czuje się zablokowana. Ma wrażenie, że naśladuje znanych autorów książek dla dzieci, zamiast stworzyć coś swojego.

- Nie wiem, czy to, co piszą policjanci, można nazwać literaturą? - dodaje prowokacyjnie Gerard.

Dlaczego teraz patrzy na mnie? Nie na Igora, który marszczy brwi i odstawia kufel. Nie na Marię, która nerwowo wyłamuje palce. Moja młodsza siostra Sonia wchodzi właśnie na werandę z tacą zapełnioną sernikiem i szarlotką. Przysłuchuje się wymianie zdań i zaskoczona spogląda na mnie.

- Pojmuję, Gerard, chłopie, że jesteś ekspertem i to ty powinieneś poprowadzić zajęcia literackie, a nie Inez! - śmieje się Omar, który jest już mocno na rauszu. - Powiedz nam coś o sobie, bo jesteś zajebiście tajemniczy. Po co tu przyjechałeś? Wyglądasz jak korpoludek. Powinieneś założyć krawat do kolacji.

- Tak się znasz na krawatach? - Gerard wbija w Omara chłodne spojrzenie zielonych oczu. - Zaszczałeś sobie spodnie. Następnym razem uważaj w kiblu.

Osłupiały Omar spogląda na nogawki swoich krótkich spodenek. Rzeczywiście, na jednej z nich widać żółtą plamę. Robi mi się niedobrze. Muszę ratować sytuację i być dla nich miła. Zapłacili naprawdę sporo za moje warsztaty literackie. Muszę zrobić wszystko, żeby czuli się tu dobrze.

- Kochani... Sonia właśnie przyniosła deser. Częstujcie się i pamiętajcie, że u mnie wszyscy lubimy się i szanujemy. Proponuję...

Nagle ciszę przecina ostry, przeciągły dźwięk. Widzę migające światła tuż przy furtce. Zaskoczona, zrywam się z wiklinowego krzesła, które z hałasem przewraca się na drewnianą podłogę tarasu.

- To radiowóz - mówi cicho moja siostra.

SONIA

Czarna Woda, 14 sierpnia, godz. 21.20

- Dobry wieczór. Czy coś się stało? - zagaduję ich, gdy wysiadają z samochodu.

Obaj w mundurach. Jeden wyższy i starszy. Drugi to gówniarz, który ma ze dwadzieścia parę lat i pewnie jest policjantem od niedawna.

- Pani jest właścicielką pensjonatu?

- Nie ja. Moja starsza siostra Inez Skowron. Mamy teraz warsztaty literackie, przyjechali goście z Warszawy i z Wrocławia, i...

- To pani siostra? - Starszy wskazuje na Inez stojącą na tarasie. - Proszę ją zawołać.

Zanim zdążę cokolwiek zrobić, Inez schodzi z tarasu i idzie w naszym kierunku. W ciemnościach widzę, jak błyszczą jej oryginalne ciężkie kolczyki w kształcie motyli, które rok temu przywiozła z Hiszpanii. Ma zmęczone oczy, ale jej uroda jest bezdyskusyjna. Pełne usta, mały, kształtny nos, półdługie blond włosy zlepione od potu na czole. Jest bardzo gorąco. Noc będzie parna. Nie możemy włączyć w pensjonacie klimy, bo rachunki za prąd nas zabiją.

- Dobry wieczór. Jaki jest powód niespodziewanej wizyty panów o tak późnej porze? Za bardzo hałasujemy? Przecież muzyka gra cicho, a sąsiadów nie ma tu w promieniu dwóch kilometrów - mówi do nich Inez z czarującym uśmiechem.

- Dobry wieczór. Nie chodzi o hałas. Nie zauważyły panie nic podejrzanego w okolicy?

- Co to znaczy: podejrzanego? - W głosie mojej siostry wybrzmiewa z trudem maskowane zniecierpliwienie. - Czarna Woda to spokojna miejscowość...

- Pani pensjonat jest właściwie za Czarną Wodą. Na zachód, w głąb lasu za wydmami - to jakieś dwa kilometry. To pewnie dlatego jeszcze pani nie wie, co się stało.

- A co się takiego stało?

W ciemnościach niedaleko ogrodzenia dostrzegam brodatego faceta w eleganckich ciuchach przysłuchującego się naszej rozmowie. Zapomniałam, jak ma na imię. Czuję jego wzrok na plecach. Reszta gości została na tarasie, ale gapią się w naszą stronę. Zajebiście źle się zaczął ten pierwszy wieczór. Najpierw wulgarne złośliwości przy stole, a teraz wieczorna wizyta policji.

- Kojarzą panie nowe osiedle apartamentowców Bryza Jeden? Niedaleko linii brzegowej, jedenaście kilometrów od Czarnej Wody. - Starszy policjant ścisza głos.

- Oczywiście. Latem sporo osób pewnie tam przyjeżdża, bo to w większości apartamenty na wynajem - odpowiadam szybko.

- Ludzie tam też normalnie mieszkają... w sensie mieszkali, bo teraz... - Młodszy policjant milknie i spuszcza wzrok.

- Niech panie dobrze zamkną furtkę i drzwi wejściowe po naszym wyjeździe. Macie tu alarm, monitoring i psa?

- Monitoring nam się zepsuł tydzień temu. Mamy dużego psa. Ale Tora tylko wygląda groźnie. Nie szczeka, nie warczy. Kocha wszystkich. Nieważne, czy obcy, czy nie - tłumaczę szybko.

- To niedobrze. Proszę pamiętać o środkach ostrożności, które wymieniłem. I nie wpuszczać nikogo obcego.

- Już wpuściłam dziś po południu sześć obcych osób na warsztaty literackie! Powie pan nam w końcu, co się stało, czy nie? - Zdenerwowana Inez podnosi głos.

Rzucam jej zdumione spojrzenie. Ona, uosobienie spokoju i dobrej energii, teraz z trudem ukrywa niepokój. Nie rozumiem, co się z nią ostatnio dzieje. Nigdy taka nie była. Przyjechałam tu dwa dni temu, żeby pomóc jej przygotowywać posiłki dla gości. Bardzo rzadko bywam w Czarnej Wodzie, bo Inez niechętnie mnie tu zaprasza. No fakt, że ostatnio, jak byłam tu rok temu z chłopakiem i mieliśmy jej pomagać, to trochę daliśmy dupy. W sensie spaliśmy do późna i mocno olewaliśmy nasze obowiązki. Ale teraz jest inaczej. Jestem singielką. Ogarnęłam się. Tylko ciągle brakuje mi kasy. Koszt wynajmu kawalerki w Warszawie to masakryczna dla mnie kwota. Rok temu skończyłam historię sztuki w Krakowie. I ciągle udaje mi się znaleźć jedynie dorywczą robotę. Marzyłam o pracy w galerii czy muzeum. Ale tam chcą ludzi z doświadczeniem. A ja czym mam się pochwalić? Od matury dorabiam jako kelnerka.

Jestem młodsza od Inez o dziewiętnaście lat. Między nami zawsze była przepaść. Mamy różnych ojców. Jej zginął w wypadku, gdy chodziła do podstawówki. Zawsze mi imponowała. I nigdy jej nie rozumiałam.

- Stała się tragedia... na Osiedlu Bryza. Jeden z mieszkańców zastrzelił żonę i dziecko. To noworodek... Przywiózł ich z kliniki w południe... rozumie pani... Odebrał żonę i dziecko po porodzie, przywiózł do mieszkania i... Trwają czynności operacyjne, a my mamy za zadanie ostrzec mieszkańców okolicznych miejscowości.

- Ostrzec przed czym? - pytam go ze ściśniętym gardłem, bo Inez nie mówi zupełnie nic.

Jest jak skamieniała. Śmiertelnie blada. Opiera dłonie o pordzewiałą furtkę, którą tak naprawdę można otworzyć jednym kopnięciem.

- Sprawca zbiegł. Bardzo możliwe, że ma przy sobie broń. Może ukrywać się w pobliskich lasach. Czekamy na posiłki z Gdańska. Będziemy przeczesywać okolicę z psami.

Głos policjanta dochodzi do mnie z coraz większym trudem. Jakby to wszystko było snem. Pensjonat mojej siostry na skraju lasu. Wydmy, do których można dojść polną drogą. Dzika plaża, którą kocham i spędzam na niej mnóstwo czasu, jak tylko tu przyjeżdżam. W Czarnej Wodzie nawet latem jest pusto i spokojnie. Turyści są w innej części wybrzeża. Nawet ci z Osiedla Bryza nie odkryli jeszcze naszej plaży. Wolą tamtą od wschodniej strony. Jedenaście kilometrów stąd. Tam jest kilka smażalni i budki z lodami. W Czarnej Wodzie nie ma nic. Dlatego tak tu pięknie.

- To człowiek, którego szukamy. - Młodszy policjant podsuwa mi pod nos ekran swojego telefonu i zaczynam mrugać nerwowo. - Olgierd Staszic. Lat czterdzieści pięć. Funkcjonariusz Służby Więziennej. Może mieć przy sobie służbową broń.

Wpatruję się w jego zdjęcie. Mężczyzna ma na sobie uniform strażnika więziennego. Gładko ogolona twarz, opadające powieki, garbaty nos. Włosy obcięte tuż przy skórze. Ani specjalnie brzydki, ani przystojny. Jedynie ten nos jest dość charakterystyczny.

- Nigdy go nie widziałam - mówię cicho. - Słabo znam ludzi stąd. Przyjeżdżam do siostry wyłącznie w wakacje. Raz na dwa, trzy lata. Kojarzę jedynie kilku pijaczków, bo często kręcą się pod tylko spożywczakiem w Czarnej Wodzie. Ale nie znam ich nazwisk.

- Rozmawialiśmy z nimi. Ludzie się boją. Pozamykali się w domach. I paniom także radzę zrobić to samo. Dopóki go nie złapiemy, proszę nie chodzić na plażę czy do lasu. To kwestia kilkunastu godzin...

- Tak pan optymistycznie zakłada? - przerywam mu, coraz bardziej zdenerwowana. - Jest lato! Piękna pogoda! A ten człowiek jest zdeterminowany i wyszkolony, żeby wytrwać w trudnych warunkach, więc tym bardziej...

- Mamy swoje sposoby, proszę pani - przerywa mi niecierpliwie starszy stopniem policjant i spogląda na Inez. - Kojarzy go pani? Mieszka pani na stałe w Czarnej Wodzie, w przeciwieństwie do młodszej siostry, prawda?

Inez przez chwilę milczy. Na jej twarzy falują cienie rzucane przez lampiony zawieszone na tarasie. Jej podbródek drży.

- Nigdy nie widziałam tego człowieka.

Coś w jej głosie mnie zastanawia. Ta sztuczna pewność. Ta nagła stanowczość.

Podświadomie czuję, że kłamie...

GERARD

Czarna Woda, 14 sierpnia, godz. 23.50

Słyszałem ich rozmowę z policją. Stałem w ciemnościach, częściowo zasłonięty sosnami rosnącymi koło ogrodzenia. Żaden z nich mnie nie dostrzegł, a może nie zwracali na mnie uwagi, bo mieli do przekazania informacje przeznaczone wyłącznie dla właścicielki pensjonatu. Zastanowiło mnie, dlaczego nie weszli do środka i nie sprawdzili, kto jest na tarasie? Z drugiej strony, nie mieli oficjalnego nakazu. Ich zadaniem było ostrzeganie mieszkańców, a nie przeczesywanie każdego domu w okolicy.

Wróciłem na taras, zanim Inez skończyła rozmowę z policją. W milczeniu przyglądałem się jej gościom. Omar i Igor palili papierosy oparci o barierkę. Strzepywali popiół na starannie wypielęgnowane grządki. Gadali o muzyce. Dwie kobiety przy stole. Starsza, chyba bibliotekarka, i młodsza, zapewne studentka, pokazywały sobie coś w telefonach. Przed nimi w kieliszkach błyszczały resztki czerwonego wina. Senne pszczoły łaziły po tacy z resztkami szarlotki i sernika. Paweł, chorobliwie chudy student informatyki, rozsiadł się z laptopem w wiklinowym fotelu.

- Już coś piszesz? Masz natchnienie? - Uśmiechnąłem się do niego i uniosłem kieliszek.

Zaskoczony odwrócił się w moją stronę. Zdjął słuchawki z uszu.

- Inez zapowiedziała, że jutro rano po śniadaniu będziemy omawiać ze wszystkimi nasze próby literackie. A ja nie mam nic. To znaczy, na razie mam wszystko w głowie. Piszę plan... w punktach... wojna światów... zderzenie starej cywilizacji z nową... - zaczął opowiadać mi z wielkim zapałem, ale szybko mu przerwałem.

- Brzmi mega oryginalnie. - Uśmiechnąłem się do niego, dbając, żeby nie wyczuł ironii w moim głosie. - Możesz na moment przerwać i otworzyć stronę Pomorze Zachodnie wiadomości lokalne?

- Jasne.

Pogrzebał w laptopie. Pochyliłem się nad nim, dotykając oparcia bujanego fotela, na którym siedział. Oczywiście mogłem sobie to wszystko przeczytać w telefonie.

Ale chciałem, żeby to dzięki mnie dowiedzieli się, co się stało, żeby poczuli strach i panikę. Marzyłem, żeby wyjechali stąd jak najszybciej, żebym mógł zostać z Inez sam na sam...

- Co oni tu, kurwa, piszą? Ja pierdolę! To koło nas! Piszą o Czarnej Wodzie! - Głos chłopaka brzmiał coraz bardziej histerycznie.

Na tarasie zapadła cisza. Poczułem zapach jego potu. Odsunąłem się od niego, tłumiąc grymas obrzydzenia. Omar i Igor zastygli na moment zaskoczeni przy balustradzie z kuflami piwa w dłoniach. Słyszałem głośne bzyczenie owadów obijających się o lampiony rozwieszone na tarasie.

 

Wokół wsi Czarna Woda, Bryza Jeden, Czarne Błota, Pogorzele w województwie pomorskim trwa obława na Olgierda S. (45 l.), który zabił swoją tygodniową córeczkę i żonę Katarzynę S. (34 l.). Do zdarzenia doszło dziś w godzinach popołudniowych na Osiedlu Bryza Jeden. Sąsiedzi zawiadomili policję, gdy usłyszeli strzały i krzyki w jednym z mieszkań na parterze. Sprawca zbrodni prawdopodobnie uciekł przez balkon, zabierając narzędzie zbrodni. Policja zabezpiecza monitoring z budynku. W akcji biorą udział śmigłowce, drony i psy tropiące oraz kilkuset mundurowych. Za Olgierdem S. wystawiono list gończy. Policja ostrzega, że Olgierd S., który jest strażnikiem więziennym, może być niebezpieczny. Rysopis podejrzanego o podwójną zbrodnię...

 

Paweł urwał na chwilę. Dostrzegłem na tarasie śmiertelnie bladą Inez. Miała łzy w oczach. Zastanowiło mnie, czy znała zamordowaną kobietę? Ale przecież zaprzeczyła temu w obecności dwóch policjantów.

Spojrzałem jej w oczy. Przeszyły mnie na wylot. Przez sekundę wydawało mi się, że mnie rozpoznała. Poczułem strużkę potu na plecach.

Dwadzieścia osiem lat temu widziałem ją tylko raz... gdy przyszła do domu naszych dziadków w Pogorzelach z pojemnikiem malin...

Sebastian wtedy mnie spławił. Dał mi kilka banknotów i z bezczelnym uśmiechem kazał mi iść kolejny raz do wesołego miasteczka. Chociaż byłem tam już z piętnaście razy i zaczęło mnie nudzić.

- Przejdź się, Mysza, na spacer. Kup sobie lody i żetony na strzelnicę. Nie pojawiaj mi się tu przed siódmą.

Udawałem, że się zgadzam i że idę w stronę furtki. Pomachał mi jeszcze na progu, obejmując Inez opalonym ramieniem. Wiedziałem, co będą robić na strychu. Widziałem, jak godzinę wcześniej Sebastian rozłożył tam materac, narwał kwiatów w ogrodzie i powstawiał do szklanek wokół niego. Dostrzegłem flachę wódki, sok w kartonie i pudełko prezerwatyw na zakurzonym parapecie. Marzyłem, że jakimś cudem obejrzę sobie, jak on ją rozbiera z tej obcisłej sukienki w białe groszki... Ale okno strychu było tak wysoko... nie dałbym rady podstawić drabiny. A gdyby Sebastian mnie na tym przyłapał... Nie chcę nawet wyobrażać sobie jego wściekłości.

Szesnastoletnia, drobna, ale biuściasta Inez, pachnąca tanimi perfumami, w sukience na ramiączkach w groszki i w słomkowym kapeluszu, szła powoli na strych, żeby kochać się z moim bratem. Minęła mnie na schodach i nie rzuciła nawet cześć. Ja, dwunastoletni gówniarz, byłem dla niej przezroczysty.

Szła na strych, gdzie dwa tygodnie później Sebastian się powiesił.

Nie zjawiła się na jego pogrzebie w Warszawie. Chociaż mieszkaliśmy w tym samym mieście. Zapomniała o nim.

Ale ja jej o nim przypomnę...

Teraz jest noc. Mój pokój w jej willi jest ciasny i duszny. Ubrany wyłącznie w lniane spodnie, otwieram szeroko okno. Pali się tylko przykurzony kinkiet przy łóżku. Na drewnianej boazerii widzę coraz więcej lecących do światła komarów. Słyszę ciche kobiece głosy na tarasie. To Inez i jej młodsza siostra Sonia.

Intuicja mówi mi, że dziś nie zasną.

Po chwili, w dżinsowej kurtce zarzuconej na nagi tors, schodzę powoli po drewnianych schodach. Nie zapalam górnego światła. Lampiony na tarasie sprawiają, że korytarz jest częściowo widoczny. Światło z zewnątrz wpada przez wąskie okna. Wszędzie ściany pokryte jasnym drewnem. Na nich niewielkie obrazy namalowane przez Inez. Na każdym z nich morze. Nie znam się na sztuce. Znam się na cyfrach, tabelach w Excelu. Mój umysł nie ogarnia tego, co ulotne, niepojęte, niezdefiniowane.

Dlatego Sebastian pisał za mnie wypracowania, gdy żył. Ale za to byłem najlepszy z matmy.

Jeszcze jeden krok. Głosy na dole cichną. Zastanawiam się, czy pozostali goście śpią w swoich pokojach. Wydaje mi się, że zza jednych drzwi dobiega cicha muzyka. Może to złudzenie? Przez cały wieczór po wizycie policji na tarasie trwała nerwowa dyskusja. Inez drżącym głosem zapewniała wszystkich, że nie odwołuje warsztatów. Przecież służby działają na miejscu i sprawa na pewno szybko się rozwiąże.

- Co ty gadasz? Tak ekspresowo go złapią? Nie znasz psów? Robią dużo szumu, a potem... - Omar przerwał bełkotliwy monolog i rzucił okiem na Igora, który wciąż uparcie milczał.

- Zapewniano mnie, że sytuacja jest pod kontrolą. Proszono tylko, żeby nie opuszczać domów na czas obławy, bo to utrudnia pracę policji - tłumaczyła Inez coraz cichszym głosem.

- Czyli w ogóle nie możemy iść ani do lasu, ani na plażę? - zasypywali ją histerycznymi pytaniami, a ona stała wśród nich, blada jak ściana, z trudem zachowując spokój.

- Do jutra na pewno wszystko wróci do normy. Tego człowieka szuka kilkuset policjantów. - Sonia zaczęła sprzątać naczynia ze stołu, dając nam do zrozumienia, że chyba czas zakończyć dyskusję.

- Tego człowieka? To morderca, który zabił żonę i dziecko! Zamordował tygodniowego noworodka! Jeżeli był w stanie zrobić coś tak potwornego, to nie jest człowiek! To bestia w ludzkiej skórze! - Maria, bibliotekarka, zalała się łzami i zamilkła na moment.

- Bardzo was proszę, nie wpadajmy w panikę! Dajmy sobie czas do rana. Zapewniam was, że zrobię wszystko, żebyście czuli się u mnie bezpiecznie. - Inez usiadła na wiklinowym fotelu koło Marii i objęła ją ramieniem.

- Nie ma tu ani alarmów, ani monitoringu. Twój dom jest dwa kilometry od najbliższych zabudowań. - Igor zapalił papierosa i oparł się ramionami o barierkę.

Obserwowałem go w milczeniu. Zastanawiałem się, jaki ma stopień w policji. Czy naprawdę marzy mu się kariera literacka? Nie powiedział nam ani słowa, w jakiej jednostce służy i czym naprawdę się zajmuje. Wyglądał na byczka, służbistę, ale mogłem się mylić.

- Proponowałbym, żeby w nocy każdy zamknął się w swoim pokoju od wewnątrz. I optowałbym za zamknięciem wszystkich okien na dole. Nie macie tu żaluzji antywłamaniowych? - Igor wbił uważne spojrzenie w Inez, która spuściła wzrok.

- Nie mamy. Jak zamkniemy okna, udusimy się od upału. Klima jest zepsuta. Tu zawsze w nocy bywa raczej chłodno. Dziś tylko jest niemożliwy zaduch. - Sonia westchnęła.

- Zrobimy tak, jak radzi Igor - odezwała się w końcu Inez.

Ten samozwańczy glina szybko przejął inicjatywę. Po kilku minutach zrobił mały obchód wokół posesji i ogrodzenia. Wrócił na taras i znowu zapalił papierosa.

- No i? - Omar odstawił swój kufel piwa na balustradę. - Jakie wrażenia? Bardziej chujowo już być nie może?

- Spróbujmy myśleć tak jak morderca, którego szuka policja. Na pewno widział helikoptery godzinę temu. Wie, że mieszkańcy okolicznych miejscowości zostali ostrzeżeni. Musiałby być kompletnym idiotą, gdyby próbował się gdzieś włamać. Na jego miejscu planowałbym przerwać kordon... i oddalić się od terenu, gdzie szuka go najliczniejsza grupa z psami.

- To logiczne, co mówisz - wszedłem Igorowi w słowo. - Ale jednej rzeczy nie wziąłeś pod uwagę! Morderca, jak wynika z opisu zdarzeń, działał w afekcie. Zastrzelił żonę i dziecko we własnym mieszkaniu. I wybiegł stamtąd tylko z bronią i zapewne z telefonem, który prawdopodobnie gdzieś wypierdoli, bo przecież wie, że dzięki niemu mogą go namierzyć. Nie ma żarcia na zapas i pewnie większej kasy. Przemieszcza się na piechotę. Potrzebuje samochodu, żeby spierdolić stąd jeszcze dalej.

- Są blokady na drogach i na wylotówce na Gdańsk - przerwał mi Igor. - Ale dobra, mów dalej...

- Ten skurwysyn potrzebuje nie tylko auta, ale też nowych dokumentów. I większej kasy. Moim zdaniem jest bardzo prawdopodobne, że będzie próbował zdobyć to wszystko właśnie w nocy. A nie w biały dzień. Powiedziałeś, żebyśmy spróbowali myśleć tak jak on.

- Tak powiedziałem.

- Właśnie! - Oparłem dłonie o balustradę i spojrzałem w ciemność przed nami. - Nie planował tego. Przecież gdyby wywiózł do lasu żonę z noworodkiem i zastrzelił z zimną krwią, to zanim by się to wydało, zyskałby więcej czasu. Staszic zrobił to w mieszkaniu, gdzie za ścianą są sąsiedzi i jest zewnętrzny monitoring.

- To znaczy, że jest kompletnym pojebem zdolnym do wszystkiego! - przerwał mi Omar i rozkaszlał się mocno.

- To znaczy, że w mieszkaniu stało się coś, co zmusiło go do takiego działania! Przywiózł do domu wykończoną porodem żonę i tygodniowego dzieciaka...

Przerwałem. Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie potworne okoliczności tej zbrodni. Nie mam dzieci. Miałem żonę, która zanim się rozwiedliśmy, dwukrotnie poroniła. Za każdym razem była to tragedia dla nas obojga. Nagle poczułem czyjeś intensywne spojrzenie. Inez wpatrywała się we mnie, jakby czytała w moich myślach. Inni milczeli.

Zastanawiałem się, co naprawdę się stało w mieszkaniu na Osiedlu Bryza, kilkanaście kilometrów stąd. Dlaczego ten skurwiel zabił żonę? Powodów mogły być miliony: zazdrość, jakieś jej zachowanie po porodzie, które go wkurwiło. Ale co mu zrobił tygodniowy dzieciak? Co mu nie pasowało, że go zastrzelił? Bo płakał? Tygodniowe maleństwo płacze bez łez... kwili jak kot...

Przeczytałem kilka podręczników dla rodziców, zanim moja była poroniła. Oboje cieszyliśmy się jak wariaci, że zostaniemy rodzicami. Mieliśmy wszystko. Dobrą robotę w korpo. Kasę na spłatę kredytu we frankach, na egzotyczne wakacje i na wizyty w prywatnych klinikach. Pokój dla dziecka był przygotowany. Daria zmieniła się po drugim poronieniu. Zaczęła brać szkolenia w całej Polsce. Zatraciła się w pracy. I powiedziała mi o zdradzie. Zaraz po tym, jak to zrobiła. Zaszalała z kolegą z działu. Chciała, żebyśmy natychmiast poszli na terapię. Opowiadała mi, że wciąż o nim myśli, ale z tym walczy. Pracuje nad sobą. Wszystkie jebane szczegóły tego romansu - co jej robił, kiedy i jak - dawkowała mi codziennie. Z maniakalnym uporem.

Nie byłem w stanie tego słuchać! Chyba wolałbym żyć w błogiej nieświadomości, niż dostać obuchem w łeb od najbliższej osoby. Nie chciałem nic naprawiać. Nie mogłem na nią patrzeć. Rzygać mi się chciało, gdy prosiła mnie o drugą szansę.

Teraz wracają do mnie bolesne chwile, gdy schodzę powoli po drewnianych schodach w pensjonacie Inez. Myślę o byłej żonie, o naszych dzieciach, które mogły się urodzić, ale tak się nie stało, i o noworodku zamordowanym kilkanaście kilometrów stąd.

Znowu słyszę kobiece głosy na tarasie. Wchodzę do ciemnej jadalni, starając się robić to bezszelestnie. Widzę sylwetki Inez i Soni na tarasie. Ta ostatnia ma na sobie tylko podkoszulek na ramiączkach i spodnie od piżamy. Podchodzę jak najbliżej oszklonych drzwi uchylonych na taras.

- Oddaj kluczyki! - W głosie Inez brzmi histeria.

- Nie słyszałaś, co się dzieje? Ostrzegali nas, żeby...

Inez nie patrzy na siostrę. Wciąż ma na sobie kwiecistą sukienkę na ramiączkach, w której powitała nas dziś po południu. Zmyła makijaż. Zdjęła kolczyki. Robię jeszcze jeden krok w stronę szklanych drzwi, żeby jak najlepiej słyszeć ich słowa.

- Dokąd chcesz jechać o północy? Odbiło ci? - Głos Soni drży.

- Muszę z kimś porozmawiać o tym, co się stało!

- Nie możesz zadzwonić do tej osoby? Nie wypuszczę cię stąd! Nie wiesz, co robisz!

- Wiem, co robię. Wrócę za godzinę - odpowiada Inez bardzo cicho.

Opuszcza taras i podchodzi do Skody zaparkowanej przy ogrodzeniu.

Mija ją i otwiera furtkę. Sonia zbiega z tarasu na bosaka, ale już nie krzyczy, nie błaga jej, żeby wróciła. Obserwuje ją krótko. Inez idzie przez chwilę polną drogą, wzdłuż ogrodzenia. Ma niewielką żółtą torebkę przewieszoną przez ramię. Morska bryza rozwiewa jej włosy. Morze jest bardzo blisko. Kilkadziesiąt metrów stąd. Wciąż słychać jego szum. Głośniejszy nocą. Za dnia niemal niesłyszalny.

Sonia woła coś jeszcze do siostry, ale nie wyłapuję jej słów. Potem bezskutecznie próbuje się do kogoś dodzwonić. Gdy znika w kuchni, schodzę z tarasu i biegnę w stronę furtki. Zamykam ją po chwili. Zastanawia mnie beztroska Soni. Dlaczego nie zamknęła jej porządnie? Może jest pewna, że siostra za moment wróci?

Widzę sylwetkę Inez przed sobą. Idzie coraz szybciej polną drogą w kierunku lasu. Tam jest ścieżka prowadząca na dziką plażę. Opowiadała nam o tym dziś po południu, zachwalając pensjonat. Zastanawia mnie, dlaczego biegnie właśnie tam, na plażę. Nie w drugą stronę, gdzie po dwóch kilometrach widać zabudowania wsi Czarna Woda...

Czuję, jak moje ciało poci się pod dżinsową kurtką. Cieszę się, że mam w kieszeni telefon i portfel. Ale gdy zagłębiam się za nią w sosnowy las, moja pewność siebie gaśnie. Inez zna te tereny. Może poszła na spacer, żeby ochłonąć? Mam cichą nadzieję, że zaraz wróci. Trzymam spory dystans, żeby mnie nie dostrzegła.

Nagle uświadamiam sobie, że to nie jest spacer. Gdy przed nami powoli wyrastają dzika plaża i wydmy, Inez zrzuca buty, bierze je w dłonie i zaczyna biec po piasku. Próbuję za nią nadążyć. Spienione fale przybierają dziwne kształty. Są niemal czarne. Zaczynam kaszleć, gdy morska bryza ciska mi nagle piachem w twarz.

Na moment sylwetka Inez znika mi z oczu. Po chwili widzę ją, jak biegnie wzdłuż brzegu, w stronę urwiska. Tam, gdzie kiedyś pewnie zerwał się kawał ziemi, zostawiając zapadlisko, kamienie i piach.

Zaczynam mrugać nerwowo, próbując jak najwięcej dostrzec w ciemnościach.

Koło niej pojawia się ktoś jeszcze. Dużo od niej wyższy. To mężczyzna. Przystaję na krótko, oddychając z trudem. Widzę, jak rozmawiają. Gestykulują. Nie słyszę ich słów. Szum fal narasta, powodując u mnie irracjonalny strach.

Po chwili znowu ich dostrzegam. Szarpią się po pas w wodzie. Inez wyciąga ramiona. On próbuje odepchnąć jej dłonie.

Biegnę w ich stronę, już nie dbając o to, czy mnie zobaczą, czy nie. Jakaś wewnętrzna myśl nie daje mi spokoju. Nie jestem w stanie jej stłumić.

Muszę jej pomóc!

SONIA

Czarna Woda, 15 sierpnia, godz. 0.23

Sypialnia mojej siostry tonie w półmroku. Mieści się na piętrze, na końcu korytarza. Drzwi były zamknięte na klucz, co mnie nie zdziwiło, bo przecież dziś w jej domu nocuje sześć obcych osób. Udało mi się znaleźć pęk kluczy w szufladzie kredensu w kuchni. Nie mam pojęcia, dlaczego to robię. Dlaczego zakradam się do sypialni Inez pod jej nieobecność, zamiast zrobić wszystko, żeby jak najszybciej wróciła?

Nagrałam się jej kilkanaście razy. Chyba zablokowałam jej pocztę głosową. Ma mnie w dupie! Zawsze traktowała mnie jak mało rozgarniętą gówniarę. Teraz uświadamiam sobie, jak zajebiście mało o niej wiem. Wcześniej przyjeżdżałam tu z chłopakiem i byliśmy zajęci głównie sobą. Owszem, pomagaliśmy Inez, gdy byli tu jej goście. Robiliśmy duże zakupy, sprzątaliśmy i słaliśmy łóżka. Ale byliśmy tak zanurzeni we własnej bańce, we własnym pożądaniu, miłości, że mało do nas docierało z zewnątrz. Odwalaliśmy obowiązki raz lepiej, raz gorzej, odliczając czas do słodkiego sam na sam.

Teraz przyjechałam do jej pensjonatu nad Bałtykiem już całkiem sama. Cztery miesiące temu rozstałam się z Norbertem. Inez skwitowała to tak, że to bardzo dobrze, bo zawsze ją irytował.

Czuję się coraz bardziej nieswojo. Zwłaszcza po tym, co powiedzieli nam policjanci. Przecież mieszkamy na totalnym odludziu! Najbliższe zabudowania są dwa kilometry stąd! Na dodatek Inez zniknęła i nie odbiera moich telefonów! Co jej odbiło?! Dokąd poszła? Dlaczego ma głęboko gdzieś to, że od godziny bezskutecznie do niej wydzwaniam? Zapomniała, co się stało kilkanaście kilometrów stąd? Wyleciało jej nagle z głowy, że policjanci polecili, żeby w nocy nikt nie opuszczał pensjonatu?

Uchylam drzwi do jej sypialni, ściskając w dłoni pęk kluczy z breloczkiem w kształcie motyla. Inez ma obsesję na ich punkcie. Malowała je rok temu na Ibizie, a kilka obrazów powiesiła w salonie. Jest lekko nawiedzona. Kreuje się na artystkę. Jest i malarką, i pisarką. Chociaż nie ma na koncie wielkich sukcesów w żadnej z tych dziedzin.

Nie mam pojęcia, czego szukam w jej sypialni, ale wciąż nie mogę zapomnieć wyrazu jej oczu, kiedy rozmawiała z policjantami. Gdy pokazali jej zdjęcie człowieka podejrzanego o podwójne zabójstwo, zobaczyłam na jej twarzy taki ból, jakiego nie widziałam nigdy! Zaprzeczyła, że go zna, ale...

Czuję, że kłamie! Czego się boi? Nawet jeżeli go zna, to przecież nie zbrodnia! Mogła go spotkać - czy w sklepie w Czarnej Wodzie, czy w domu kultury w Pogorzelach albo na plaży. Sporo ludzi stąd pewnie go zna. Przecież to nie turysta, nie letnik, tylko miejscowy! Mieszkał z rodziną na nowym Osiedlu Bryza Jeden.

Pamiętam, jak je budowali. Przejeżdżałam tamtędy, wzdłuż ogrodzenia na rowerze z moim chłopakiem. Zastanawialiśmy się, czy mieszkania na osiedlu powstającym w środku niczego, niedaleko lasu i dzikich plaż, znajdą nabywców. Fakt, że okolica tam jest spoko. Ale nie ma nic. Do Pogorzeli, gdzie są sklepy, dwie szkoły, szpital i dom kultury, to kilkanaście kilometrów. Do Czarnej Wody, gdzie jest tylko jeden sklep - jeszcze dalej. Bez samochodu trudno gdziekolwiek się dostać.

Jednak inwestorzy kupowali mieszkania na tym osiedlu na wynajem krótkoterminowy, bo latem bywa tu trochę letników. Ale nie tłumy. Raczej amatorzy rowerowych wypadów czy długich pieszych wędrówek, bo jest tu mnóstwo lasów.

Wciąż myślę o nowym Osiedlu Bryza, siadając przy biurku Inez. Dębowe, podniszczone, solidne. Na nim w ramce zdjęcie jej syna Leona, który niedługo skończy szesnaście lat. Fajny chłopak. Zajebiście gra w tenisa i idzie mu coraz lepiej. Rzadko się widujemy. Tak naprawdę to tylko podczas świąt. Leon mieszka z ojcem, ale to nie znaczy, że nic go z Inez nie łączy. Gadają ze sobą czasem na Zoomie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio był w jej pensjonacie.

Coś uderza mnie na tej fotce, którą widziałam przecież kilkadziesiąt razy. Leon stoi na tarasie pensjonatu w samych krótkich spodenkach. Opalony, wysoki, świetna sylwetka. Przy jego kolanach wilczyca Tora z wywalonym do obiektywu jęzorem.

Biorę oprawione zdjęcie do ręki. Oglądam je uważnie. Za plecami Leona okna pensjonatu zasłonięte koronkowymi firankami. Wydaje mi się, że za szybą ktoś jest. Jakby obserwował sesję fotograficzną i nie chciał, żeby ktokolwiek odkrył jego obecność. Gdyby było inaczej, otworzyłby okno i zapozował, zamachał, zrobił cokolwiek.

Obracam fotografię w dłoniach. Moja podejrzliwość wydaje mi się potwornie głupia. Tym kimś... tym facetem na zdjęciu może być któryś z gości Inez.

Tylko dlaczego jego strój mi nie pasuje? Czarna koszula z krótkim rękawem, naszywki nad kieszeniami na klatce piersiowej. Nie jestem w stanie odczytać napisów. Robię zdjęcia telefonem i odstawiam fotkę na miejsce. Totalnie mi odbija przez to, co stało się w okolicy kilka godzin temu. Przez to potworne morderstwo i przez zachowanie Inez! Ona nigdy nie zachowywała się do końca racjonalnie. Urodziłam się, gdy wyfrunęła już z domu na studia do Warszawy, a ona zawsze traktowała mnie z dystansem. Nigdy mi się nie zwierzała. Tak mi zależy, żeby wreszcie rozbić jej skorupę, żeby przestała traktować mnie jak pięciolatkę!

Nerwowo przełykam ślinę. Rozglądam się. W jej sypialni panuje artystyczny nieład. Kolorowe poduchy na łóżku. Regały zawalone książkami i albumami. Dostrzegam jej laptop, częściowo wsunięty pod łóżko.

Wiem, że nie powinnam. Coraz mocniej mi odbija, ale nie mogę się powstrzymać. Uruchamiam go, ale jest zahasłowany. Zrezygnowana, wpycham laptop z powrotem do czarnej torby. Uświadamiam sobie, że coś w niej jeszcze jest. Wymacuję dłonią plastikową teczkę. Zaintrygowana siadam na drewnianej podłodze, oparta plecami o wielkie łóżko. Ostrożnie wyjmuję pożółkłe wycinki z gazet spięte spinaczem. Unoszę je. Oglądam papier tak kruchy, jakby miał rozpaść mi się w dłoniach. Osłupiała wpatruję się w nagłówek jednego z artykułów:

 

Szokujące zarzuty dla bioenergoterapeuty Michała M. (24 l.) z miejscowości Pogorzele. Mężczyzna został zatrzymany w domu swojego ojca, który wprowadzał go w tajniki pracy polegającej na uzdrawianiu przez dotyk. Michałowi M. postawiono zarzuty z artykułu 197 i 2 KK mówiące o doprowadzeniu podstępem osoby małoletniej do obcowania płciowego i poddania się innej czynności seksualnej.

 

Tylko tyle. Nagłówek sprzed niemal trzydziestu lat. Lokalna gazeta "Wiadomości Pomorskie". Zaciekawiona odkładam wycinek na bok i przeglądam kolejne. To ta sama gazeta. Wycinki z 14 i 15 sierpnia, rok później.

 

Bioenergoterapeuta Michał M. (25 l.). ze wsi Pogorzele uniewinniony. Rodzice poszkodowanych dzieci wycofali zeznania. Mężczyzna zamierza ubiegać się o odszkodowanie za rok spędzony w areszcie. Michał M. zapewnił dawnych pacjentów, że ponownie otworzy gabinet w miejscowości Pogorzele. Gdy wychodził z aresztu, powitało go kilkanaście osób z transparentami. A także ojciec Zygmunt M. (49 l.), który do końca wierzył w niewinność syna.

 

Jeszcze zamazane czarno-białe zdjęcie. Młody, długowłosy, wychudzony mężczyzna w pogniecionej koszuli obejmujący potężnego brodacza, chyba ojca. Podwinięte rękawy. Na ramieniu tatuaż w kształcie wielkiego sześcianu. Z tyłu, za nimi, kilkanaście osób. Transparenty z napisami, których nie da się odczytać, bukiety kwiatów i fotoreporter robiący zdjęcie z boku.

Nie mam pojęcia, dlaczego serce mi tak szaleńczo łomocze. Robi mi się zimno, chociaż w sypialni Inez jest bardzo duszno.

Po co jej te stare wycinki o jakimś uzdrawiaczu, którego niesłusznie oskarżono o molestowanie dzieci? Miasteczko Pogorzele leży jedenaście kilometrów od Czarnej Wody. Dość daleko od morza, więc letnicy tam nie przyjeżdżają. Jeździłam tam z moim już byłym chłopakiem na rowerze. Śmialiśmy się z tej nazwy.

Pogorzele...

Nie przypominam sobie żadnego szyldu, żadnej informacji, że przyjmuje tam bioenergoterapeuta, uzdrawiacz czy znachor.

Dlaczego Inez tak zainteresowała się tą sprawą? Wiem, że jako nastolatka przyjeżdżała tu na wakacje z naszą mamą, gdy mnie nie było jeszcze na świecie. Znała tego człowieka? Niemożliwe! Nie wierzę!

Nasza mama to uosobienie racjonalności. Wyśmiewa alternatywną medycynę. Mieszka teraz w Krakowie z trzecim mężem, bo z moim ojcem się rozwiodła. Jest już na emeryturze. Od zawsze cyniczna, nieco złośliwa, z cholernie przenikliwym umysłem. Nie wyobrażam sobie, żeby kiedykolwiek zaprowadziła Inez do znachora. Zawsze denerwowały ją zabobony. Wyśmiewała nawet moje nieśmiałe próby leczenia się ziołami, gdy w podstawówce miałam mega trądzik.

Robię zdjęcia artykułów telefonem. Po chwili chowam je do teczki, którą upycham do torby z laptopem. Mój niepokój rośnie. Znowu wybieram w telefonie numer Inez. Tym razem poczta głosowa nie jest zapchana. To znak, że odsłuchała wszystkie wiadomości.

- Gdzie jesteś? Wracaj! Martwię się o ciebie, a ty masz to w dupie! Policja nas ostrzegała przed tym pojebem, który zamordował żonę i dziecko! Wracaj natychmiast, bo ja... ja...

Wybucham płaczem i się rozłączam. Wciąż siedząc na podłodze jej sypialni, rozglądam się z oczami pełnymi łez. Między nami jest przepaść, i zawsze będzie! Te dziewiętnaście lat różnicy, ta jej introwertyczna, pokręcona osobowość, jej dziwne znajomości i ta nieodparta chęć przeniesienia się nad Bałtyk, na to pustkowie... Nasza mama bezskutecznie próbowała wybić jej to z głowy. Nie ogarniała, po co wywalać ogromną kasę na podniszczoną willę nad morzem. Ale jednak w końcu podżyrowała kredyt Inez i wsparła ją finansowo, żaląc się wszystkim znajomym, że jej starsza córka to totalna wariatka i jej pomysły ją wykończą.

Próbując nieporadnie usunąć ślady mojej obecności w sypialni Inez, uświadamiam sobie, że nasza mama prawie nigdy tu nie bywa. Nie lubi tu przyjeżdżać. Uważa, że Czarna Woda to beznadziejne zadupie. Nie jest typem kobiety, która rozkoszuje się wyłącznie przyrodą i cieszy się, że do najbliższego spożywczaka trzeba zasuwać dwa kilometry. Nasza mama jest do szpiku kości miastowa. Wieś ją potwornie nudzi. Dużo gada i dużo się śmieje. Pali jak smok i kocha niezdrowe żarcie. Poza tym przecież zna dobrze te okolice, bo przyjeżdżała tu na wakacje z Inez, gdy moja siostra była nastolatką. Mama zawsze powtarzała, że decydowała się spędzać tu urlop wyłącznie dlatego, że w okolicach Pogorzeli i Czarnej Wody były tanie kwatery dla turystów.

Podnoszę się z kolan i rozglądam jeszcze raz. W sypialni Inez nie ma więcej zdjęć. Wyłącznie oprawiona fotka Leona ustawiona na biurku. No cóż... widocznie ani ja, jej młodsza o prawie dwadzieścia lat siostra, ani nasza matka nie jesteśmy dla Inez specjalnie ważne. Wściekła i zrozpaczona wzruszam ramionami. Mam do niej coraz więcej żalu. Ukrywa coś, czego nie pojmuję!

Gdy wychodzę z sypialni Inez na tonący w półmroku korytarz, wpadam na Marię, nieśmiałą bibliotekarkę, która przyjechała do nas na warsztaty. Tłumię krzyk, bo ta rozczochrana kobieta wygląda naprawdę dziwnie. Owinięta starym szlafrokiem, na bosaka chwyta mnie nagle mocno za łokieć.

- Nie mogę spać... Jezu, nie mogę spać! - mamrocze cicho.

- Proszę pani... Policja niedługo znajdzie tego... tego człowieka. Proszę wrócić do pokoju i spróbować zasnąć. Wszystko niedługo się uspokoi! - odpowiadam szybko, zmuszając się do uśmiechu.

W oczach ma szaleństwo. Wciąż mamrocze coś do siebie. Spogląda w stronę małego okna na korytarzu, w którego szyby mocno uderzają szarpane przez wiatr gałęzie.

- On jest coraz bliżej! Przyjdzie do nas! Zobaczysz... Jezu... przyjdzie...