A miało być tak pięknie...
Teresa Sułowska-Bojarska, ps. Dzidzia-Klamerka, na wieść o zbliżającym się powstaniu odetchnęła z ulgą. Miała już dość konspiracji, stałego udawania, że tematy, którymi żyła cała Warszawa, w ogóle jej nie obchodziły. Zdawała sobie oczywiście sprawę, że trzeba będzie ponieść pewne ofiary. O tym, że być może zginie i ona sama, po prostu próbowała nie myśleć.
Smak strachu poznała krótko po rozpoczęciu walk na Mokotowie. Na pobliskiej ulicy Grażyny rozszalała się strzelanina. Teresa siedziała wtedy wraz z setką innych ludzi w gmachu "Społem". Żadna z przebywających tam osób nie posiadała broni. To chłopcy mieli walczyć i umierać. Wszystkim innym pozostało czekać na wynik akcji i w zależności od niego podjąć konkretne działania. Bezczynność w centrum śmierci, jak sama określiła to miejsce dziewczyna, była potworna. Nikt nie wiedział, co dzieje się na zewnątrz, skąd dochodziły nieustanne wrzaski Niemców i odgłosy strzałów.
Było jeszcze zupełnie jasno, długo przed kolacją, gdy mój żołądek odmówił posłuszeństwa. Zaczęłam wędrować do ubikacji. Nie mogłam opanować gastrycznych sensacji, skulona siedziałam na klozecie, kule strzaskały szyby, rozdarły dyktę kabinek, szyły nad głową. O takich sprawach na ogół powstańcy nie wspominają, nie zwierzają ich nawet w cztery oczy. A ja się bałam. Byłam ogarnięta obłędnym strachem. Przerażała wrzawa potyczki, która toczyła się tuż na ulicy, i beznadziejne czekanie na rozwój wypadków, bierność, bezczynność1.
Chwila próby nadeszła, gdy trzeba było przystąpić do akcji. W wyniku strzelaniny pojawili się pierwsi ranni. Dziewczęta przeszkolone na sanitariuszki miały zostać wysłane na linię walki, by udzielić im pomocy. Teresa zgłosiła się do wykonania tego zadania.
Gdy stała i czekała na właściwy moment, by przebiec przez ostrzeliwaną ulicę, zastanawiała się, czy we dwie z koleżanką, Izabelą Wiśniewską, ps. Iza, będą w stanie pomóc koledze, który dostał serię z karabinu maszynowego. Przecież w swojej niewielkiej torbie sanitarnej miała tylko dwa opatrunki. Nie była również pewna, czy bez noszy zdołają donieść w bezpieczne miejsce dorosłego mężczyznę.
Gdy grad pocisków na moment ustał, komendantka "Dzidzi", "Ena", przebiegła przez jezdnię. Kobieta została wprawdzie lekko ranna, ale ostatecznie udało jej się przedrzeć do bramy stojącego nieopodal budynku. Gestem dłoni pokazała podopiecznym, by na razie pozostały na swoim miejscu.
Czasami o ważnych sprawach w życiu człowieka decydują drobiazgi. Dla Teresy takim detalem okazał się widok krwi na zmęczonej twarzy podporucznik "Eny". Nagle przestała się bać.
Żołądek uspokoił się, wiedziałam, że jeżeli komendantka każe skakać za sobą, albo przebiegnę, albo trafią z bunkra obok. Nic innego nie może się zdarzyć. Wszystko wydało się lepsze niż dotychczasowa bezczynność2.
Po jakimś czasie groza sytuacji minęła. Jeden z rannych, niestety, wykrwawił się na śmierć, drugiemu udało się udzielić pomocy. Wieczór zakończył pierwszą walkę, ustanawiając swoiste status quo. Powstańcy powrócili na swoje kwatery.
Dziewczęta zajęły się rannymi. Jedna opatrzyła "Enę", druga udzieliła pomocy żołnierzowi z postrzałem uda. Kiedy zaczęły działać, nie myślały już o wcześniejszych obawach, czy sobie poradzą. Leżący na ławie powstaniec zachowywał się zresztą dość zabawnie. Z jednej strony wydawał się rozgoryczony tym, że już w pierwszych godzinach walki został z niej wyeliminowany. By dodać sobie animuszu, w dość niewybrednych słowach odgrażał się Niemcom. Z drugiej - nie potrafił ukryć tego, że dziewczęta, które się nim zajmowały, bezsprzecznie wpadły mu w oko i nieustannie prawił im komplementy.
Rozmowę, która się wkrótce nawiązała, przerwał porucznik "Ryś". Wbiegł do pokoju, robiąc zgromadzonym tam osobom karczemną wręcz awanturę.
- W jednym pokoju siedzi tyle kobiet, a na dole nie ma komu roznosić kolacji! - krzyczał. - Co to za porządki?! W powstańczej armii nie powinno dochodzić do takich zaniedbań!
Sytuację załagodziła komendantka dziewcząt, która obiecała, że zaraz wszystkie zejdą do stołówki, by pomóc koleżankom pełniącym tam dyżur.
- Jak tylko mnie opatrzą... - dodała spokojnym głosem.
Jej postawa zawstydziła nieco oficera. Nie wiedząc, jak się zachować, zaczął prawić "Enie" nieszczere komplementy.
Teresa schodziła na dół przygnębiona. Myślała o nieznanym poległym chłopcu, który umarł, leżąc samotnie na ulicy, nie doczekawszy pomocy. I o tym, że mężczyźni zawsze są gotowi do tego, by uwodzić kobiety i by zasiąść do jedzenia.
Hamując gniew, zaczęła roznosić półmiski z gorącym makaronem. Okazało się, że w tym momencie wszystko, co mogła zrobić dla powstania, to przyjęcie roli kelnerki! Nie tak to wszystko miało wyglądać3.
Teresa Wilska, ps. Czarna Bożena, po niedawno przeżytej wsypie podchodziła do powstania z większą dozą sceptycyzmu niż jej koleżanki. Nie było w niej ani radości, ani entuzjazmu. Odczuwała natomiast niepokój, pogłębiający się wraz z odgłosami strzałów, które rozlegały się coraz bliżej. Siedząc w pokoju w swoim punkcie mobilizacyjnym, jako jedyna nie podeszła do okna, by obserwować walkę rozpoczętą za wcześnie, jeszcze przed godziną W. Zaszyła się w najdalszym kącie i zatopiła we własnych myślach.
Oczywiście zdawała sobie sprawę z faktu, że powstanie to również śmierć i ofiara. Jednak przejmujący głos rannego proszącego o ratunek i fakt, że nie dało się nic zrobić, by przyjść mu z pomocą, uświadomiły jej, jak dalekie od rzeczywistości były jej wyobrażenia o walce. Wcześniej, tak jak cała warszawska młodzież, koncentrowała się przede wszystkim na romantycznych hasłach i ogromnym pragnieniu wolności. Przepełniała ją nieco naiwna, ale jakże charakterystyczna dla nastoletnich żołnierzy wiara w to, że wszystko musi się udać. Dziś rzeczywistość skonfrontowana została z wyobrażeniami. To, co zobaczyła, nie napawało jej optymizmem.
Najmniej spodziewała się jednak tego, że godzina W przyniesie jej przede wszystkim wprost obezwładniające uczucie strachu.
Boję się. Po prostu okropnie się boję... O siebie, o nich, o wszystkich. Więc to tak wygląda... (...) Pamiętam to wrażenie lęku i przygnębienia, jakie towarzyszyło mi całą noc. Nie, to nie było nic przemyślanego. (...) To po prostu zetknięcie się ze śmiercią, łuny pożarów, ciemna, hucząca strzałami ulica i ten jęk okropny, przeciągły jęk, na który nikt nie odpowiadał. Gdzieś na ulicy ginął człowiek zupełnie sam4.
Dzień 1 sierpnia 1944 roku odcisnął również silne piętno na losach czternastoletniej wówczas Eli Lesiak - dziewczynki pochodzenia żydowskiego, dla której czas wojny okazał się wyjątkowo okrutny. Jej matka zmarła podczas okupacji, a ojciec został zamordowany w obozie zagłady w Treblince. Samą Elę udało się przemycić z getta do aryjskiej części miasta, gdzie zaopiekowali się nią znajomi rodziców.
Wybuch walk powstańczych zastał dziewczynkę na Mokotowie, przy ulicy Puławskiej. Wybrała się tam wraz z ciężarną kobietą, u której mieszkała, i jej dwiema córeczkami. Poszły po wanienkę dla mającego się niebawem narodzić dziecka. Kiedy wracały, rozpoczęła się strzelanina. Przestraszone schroniły się w budynku na rogu ulic Puławskiej i Dworkowej. Niestety, słabo uzbrojeni powstańcy nie mogli stawić czoła nieprzyjacielowi. Dlatego Niemcy bardzo szybko opanowali teren. Niebawem pierwsi żandarmi pojawili się na podwórku domu, w którym ukryły się kobiety. Kazali wyjść stamtąd wszystkim mieszkańcom.
Początkowo zamierzali metodycznie zabrać się do realizacji rozkazu Hitlera, który rozwścieczony wiadomością o wybuchu walk w stolicy, kazał zgładzić wszystkich warszawiaków, a samo miasto zrównać z ziemią, tak by stało się zastraszającym przykładem dla całej Europy. Szybko okazało się jednak, że nie można wykonać tego polecenia ze względu na ograniczoną ilość amunicji.
Niemcy przegonili wszystkich w stronę pobliskich ogródków działkowych. Znajdowały się tam schody, po których grupa miała zejść na dół. Nagle rozległy się strzały. Ludzie zaczęli biec, chcąc uciec przed ogniem karabinów maszynowych ustawionych na samym szczycie wzniesienia. Powstało ogólne zamieszanie. Popchniętej dziewczynce spadł z nogi drewniak. Był dla niej cenny, ponieważ nie miała innych butów. Szybko zawróciła, by go zabrać. W tym momencie Niemcy otworzyli ogień do ostatniej grupy schodzących ludzi, którzy upadając, przykryli dziecko.
Przerażona leżała w bezruchu przez kilka godzin pod stertą martwych ciał. Pomiędzy trupami co jakiś czas przechadzał się niemiecki oficer i dobijał każdego, kto dawał jakiekolwiek oznaki życia.
Po pewnym czasie od strony ogródków działkowych nadszedł patrol Polskiego Czerwonego Krzyża. Dysponował niestety tylko jednymi noszami. Niosące je dziewczęta zapytały Niemców, czy mogą zabrać rannych. Wyrazili zgodę. Wezwano więc wszystkich, którzy ocaleli, do powstania. Przyznanie się do tego, że się przetrwało, było z jednej strony dość ryzykowne, ale z drugiej stanowiło jedyną szansę na to, by wyrwać się z tego piekła. Ela postanowiła spróbować. Rozprostowała najpierw obolałą rękę, po której żandarm przeszedł kilkakrotnie. Wówczas, sparaliżowana strachem, nawet nie drgnęła.
Okazało się, że tym razem Niemcy wykazali odrobinę dobrej woli. Pozwolili odejść wraz z sanitariuszkami tym, którzy byli w stanie poruszać się o własnych siłach. Ela również dołączyła do grupy. Wyglądała koszmarnie - miała na sobie krew i fragmenty czyjegoś mózgu. Kiedy doszła w końcu do zakonnic, które zaopiekowały się poszkodowanymi, nikt, łącznie z nią samą, nie mógł uwierzyć, że nie jest ranna. Kobiety rozebrały dziewczynkę, aby ją umyć. Wówczas okazało się, że poza obolałą ręką nie odniosła żadnych obrażeń. Wspominając tamten dzień, powiedziała:
Jak leżałam pod stertą ludzi, to byłam sparaliżowana strachem, który odbierał jasność myślenia (...). Tak (...) nie czułam bólu, nie czułam niczego - posikałam się. (...) Strach odbiera wszelkie czucie. To był straszny strach. Mało tego, że chodził Niemiec, mało tego, że cały czas były strzały - [jeszcze] cały czas latały samoloty, które było słychać. Jeśli się nawet ich nie widziało, to się słyszało. Nie wiadomo było, czy to są samoloty, które chcą pomóc, czy samoloty, z których będą strzelać albo coś zrzucą. Wszystko razem było tak paraliżujące, że odbierało świadomość5.
Danuta Szaflarska, ps. Młynarzówna, zapamiętała 1 sierpnia jako dzień pełen grozy. Przebywała wtedy wraz z mężem Janem Ekierem i roczną córeczką w domu znajomych przy ulicy Polnej 36. Wraz z nimi rodzina aktorki w chwili wybuchu powstania schroniła się w piwnicy. Niestety, właśnie przed tym budynkiem zatrzymał się niemiecki czołg. Wystrzelony z niego pocisk trafił w sąsiednią piwnicę, gdzie zginęło osiem osób. Uszkodził też pomieszczenie, w którym znajdowała się Danuta Szaflarska - jeden z rannych mężczyzn osunął się na jej nogi.
Gdy minął pierwszy moment grozy, wszyscy zerwali się do ucieczki. Ale ponieważ jedna z sanitariuszek doznała szoku, mąż Danuty zajął jej miejsce przy noszach, pomagając ewakuować rannego. Biegnąc ulicą, początkowo nawet nie zauważyli, że nad ich głowami pojawił się niemiecki samolot. Z karabinu maszynowego na jego pokładzie posypała się seria pocisków. Na szczęście wszyscy zdołali się ukryć w pobliskiej kamienicy. Po latach, ilekroć aktorka opowiadała o zrywie powstańczym, zawsze podkreślała, że nie ma pojęcia, jakim cudem i jej, i jej bliskim udało się przetrwać gehennę tych sześćdziesięciu trzech dni.
W zupełnie nieoczekiwany sposób o godzinie W dowiedziała się Hanka Brzezińska - aktorka, pieśniarka, tancerka, nazywana podczas okupacji słowikiem Warszawy i królową polskiego jazzu. Nie była bezpośrednio związana z konspiracją, więc nie wiedziała, którego dnia i o której godzinie zacznie się walka. Wybuch powstania zastał ją... u fryzjera przy ulicy Mazowieckiej. Kiedy opuszczała zakład, podszedł do niej jakiś nieznajomy młody człowiek.
- Pani Hanko, proszę wracać do domu, bo się zaczęło powstanie - powiedział.
Na szczęście mieszkała niedaleko, w budynku znajdującym się na rogu placu Teatralnego, przy ulicy Focha 8. Kiedy wbiegła do mieszkania, rozległy się pierwsze strzały. Stojąc przy oknie, widziała ludzi idących z podniesionymi rękami przez plac. Po kilku godzinach przeprowadzono tam egzekucję.
W mieszkaniu kobiety schroniło się kilku zaprzyjaźnionych z nią aktorów, których wybuch walk zastał w pracy - w Teatrze Jar. Byli wśród nich między innymi Józef Kempa i Józef Orwid. W pewnej chwili z placu Teatralnego ruszyły stojące tam czołgi. Podjechały pod magistrat, skąd zaczęły ostrzeliwać okoliczne budynki. Jeden z pocisków trafił w kamienicę, w której mieszkała Hanka Brzezińska. Dom zaczął płonąć. Niestety, pod jego bramę podeszli już Niemcy, trzeba więc było ratować się ucieczką piwnicami. Na zabranie z mieszkania kilku najpotrzebniejszych rzeczy kobieta miała zaledwie parę sekund. Odruchowo sięgnęła po te, które w tamtej chwili wydały się jej najpotrzebniejsze. Wzięła koc, futro, rulon nut z piosenkami, które śpiewała podczas okupacji, i... flakon perfum Chanel No. 56.
Barbara Matys-Wysiadecka - minerka nosząca dość niezwykły pseudonim Baśka-Bomba, idąc 1 sierpnia do swojego punktu koncentracji, czuła wielki niepokój. Dysproporcja, jaką dostrzegła między uzbrojeniem żołnierzy niemieckich a własnym ekwipunkiem, była kolosalna. Dlatego choć odczuwała ekscytację, nie potrafiła patrzeć w przyszłość optymistycznie. Wspominając tamte chwile, powiedziała:
Straszne było moje wrażenie, jak przechodziłam koło bunkrów domu akademickiego - stali tam żołdacy uzbrojeni po zęby, a ja szłam z malutkim, skromniutkim plecaczkiem i nie wiedziałam, jak nas uzbroją na punkcie zbornym. Muszę powiedzieć, że byłam przerażona7.
Dotarła jednak szczęśliwie na ulicę Ordynacką, gdzie wyznaczono miejsce zbiórki jej oddziału. Pierwsze kilka godzin walki upłynęło minerkom zebranym w mieszkaniu bezczynnie. Dopiero następnego dnia rano przybyła do nich łączniczka z informacją, że zostały przydzielone do Oddziału Osłonowego Wojskowych Zakładów Wydawniczych. Jednostka ta podlegała bezpośrednio dowódcy powstania - pułkownikowi Antoniemu Chruścielowi, ps. Monter. Od tego momentu dziewczęta nie mogły narzekać na brak zajęć.
Nie tak wyobrażała sobie rozpoczęcie walk również Danuta Mancewiczówna, ps. Danusia - łączniczka i sanitariuszka Oddziału Dyspozycyjnego "A" (zwanego również "Kolegium A"), a następnie batalionu "Zośka". Nie spodziewała się, że zostanie oddzielona od kolegów ze swojej jednostki i w ciągu niespełna godziny stanie się świadkiem tak wielu dramatów ludzkich, a na koniec, aby móc dołączyć do macierzystego oddziału, sprzeciwi się dowódcy i... zdezerteruje wraz z przyjaciółką z przydzielonej placówki.
Cały oddział dziewczyny walczył na Woli. Świetnie wyszkoleni żołnierze mieli pomóc w zdobyciu kilku strategicznych punktów, a następnie przejść do Śródmieścia. Niestety, ze względu na wielką wartość bojową jednostki zostali zatrzymani przez podpułkownika "Radosława" na Woli. W Śródmieściu przebywały natomiast sanitariuszki i łączniczki należące do "Kolegium A".
Dziewczęta swój chrzest bojowy przeszły w rejonie ulic Jasnej, Świętokrzyskiej i placu Dąbrowskiego. To tam "Danusia" przeżyła bardzo silne bombardowanie i ostrzeliwanie z broni pokładowej nadlatujących samolotów. Nieopodal znajdowała się kwatera dowódcy powstania, pułkownika "Montera", o czym Niemcy najprawdopodobniej wiedzieli. Dlatego w tym rejonie rozpętało się prawdziwe piekło.
Wynosiłyśmy stamtąd po nalocie zmasakrowanych rannych i kiedy opatrywałam pewną bardzo szczupłą niewiastę, usłyszałam od niej dość pogodne stwierdzenie, że śmierć nie musi być straszna: po prostu coś mnie uderzyło w głowę i straciłam przytomność. I te słowa jako wiatyk wzięłam na dalszą powstańczą wędrówkę, nie bojąc się śmierci. (...) Kiedy patrzę wstecz i wspominam, to właściwie często się dziwię, że żyję8.
Po kilku dniach dziewczyna wraz z paroma koleżankami postanowiła przedrzeć się do swojego oddziału. Ponieważ jej przełożona nie chciała się zgodzić na to, by z jednostki odeszło kilku tak dobrze wyszkolonych i przygotowanych do walki żołnierzy, "Danusia" i jej przyjaciółka po prostu uciekły. Po wielu trudach dotarły w końcu do swoich chłopaków. Okazało się, że były jednymi z ostatnich, którym się to udało. Niebawem przejście ze Śródmieścia na Wolę było już niemożliwe.
Alinę Janowską, ps. Alina lub Setka, godzina W zastała w sklepie przy ulicy Marszałkowskiej - w papeterii należącej do jej ciotki Ilse Glinickiej. Dziewczyna nie spodziewała się, że akurat tego dnia rozpoczną się walki. Ze względu na niedawne aresztowanie i pobyt na Pawiaku nie utrzymywała wówczas kontaktów konspiracyjnych ze swoim oddziałem. Sądziła, że jak zwykle o godzinie szesnastej czy siedemnastej zamknie sklep, pójdzie na lekcję tańca artystycznego do pani Mieczyńskiej, a potem wróci do domu i rodziców - do Tworek. Sprawy jednak potoczyły się zupełnie inaczej.
W pewnej chwili usłyszała strzał z czołgu stojącego przed Cafe Otto przy ulicy Marszałkowskiej. Domyśliła się, co to oznacza. Szybko policzyła dzienny utarg, zamknęła drzwi na kłódkę i pobiegła do domu przy ulicy Złotej 7, do mieszkania swojej ciotki. Krewną odnalazła w schronie - jak zwykle niosła komuś pomoc. Dziewczyna zapytała, czy może się przyłączyć. Lubiła czuć się potrzebna. Tam spotkała swojego przyszłego dowódcę - Wojtka Karpińskiego z batalionu "Kiliński". Zabrał ją do kina Stylowy i mianował swoją łączniczką. Od razu rzuciła się w wir pracy. Trzeba było pomyśleć o przygotowaniu posiłku dla żołnierzy, zorganizowaniu kwater i innych sprawach gospodarczych. Alina była w swoim żywiole. Kiedy pomiędzy jedną a drugą aktywnością usiadła na chwilę, by zaczerpnąć tchu, przechodził akurat jeden z powstańczych fotoreporterów. Piękna roześmiana dziewczyna od razu wpadła mu w oko. Wspominając tamten dzień, powiedziała:
Jest taka moja fotografia z tego dnia, że siedzę na ławce, w cywilnym ubraniu, a tam obok już jest Powstanie9.
Wanda Traczyk-Stawska, ps. Pączek, zawsze podkreśla, że 1 sierpnia był najpiękniejszym dniem w jej życiu. Tak jak reszta jej rówieśników, marzyła o tym, by pokonać Niemców i wyrzucić ich z miasta. Wszyscy z niecierpliwością i młodzieńczym entuzjazmem czekali na nadejście upragnionej wolności. Nie byli straceńcami, którzy chcieli zginąć w walce. Ale nie wyobrażali sobie również życia bez godności i prawa do stanowienia o sobie.
Jednak pomimo ogólnej radości i euforii godzina W przyniosła młodym żołnierzom również chwile smutku, a nawet momenty rozczarowania czy wręcz upokorzenia. Dla osoby tak pełnej energii jak Wanda Traczyk-Stawska bezczynne siedzenie i przyglądanie się walce było trudne do zniesienia.
Myślałam, że oknem wyskoczę, tak mnie nosiło! (...) A ja zamiast walczyć, czekam, nic nie robię i jeszcze słyszę polecenie, by parzyć kawę.
Wiele rzeczy potrafiłam robić, ale akurat kawy nie parzyłam nigdy. Po prostu życie nie dało mi takiej okazji, miałam dwanaście lat, jak wybuchła wojna, a w czasie okupacji w domu była taka bieda, że nie było nas stać na kawę. Czułam się niezwykle upokorzona tym, że czegoś nie umiem. Stałam więc bezczynnie i patrzyłam przez okno, na chłopaków, którzy biegną do ataku na Pocztę Główną.
Mój kochany dowódca "Hubert" [Aleksander Kamiński - przypis autorki] wyczuł, że coś jest nie tak, że jestem bliska płaczu. Wysłał mnie więc na ulicę z odezwą do ludności cywilnej. Miałam biec przez wyzwolone fragmenty miasta i rozdawać ludziom ulotki z informacją o wybuchu Powstania! I to właśnie wtedy przeżyłam najpiękniejsze chwile w swoim życiu10.
Po powrocie na kwaterę "Pączek" została wysłana z meldunkiem na plac Dąbrowskiego, gdzie stacjonował Oddział Osłony Wojskowych Zakładów Wydawniczych. Okazało się, że potrzebują łączniczki. Dziewczyna natychmiast zgłosiła się na ochotnika. Postawiła jednak warunek - zostanie przyjęta do oddziału jako łączniczka-strzelec. Początkowo ten pomysł spotkał się z dezaprobatą jej przyszłych dowódców. W końcu jednak się na to zgodzili, ale Wanda często musiała udawać mężczyznę. Chłopcy z innych oddziałów, dla których nie wystarczyło broni, nie znieśliby myśli, że pistolet maszynowy został oddany w ręce kobiety!
Anna Jakubowska, ps. Paulinka, 1 sierpnia pojechała rykszą wraz z koleżankami i całym wyposażeniem sanitarnym oddziału na Wolę. Tam przypadkowo spotkała znajomego lekarza - Zygmunta Kujawskiego, ps. Brom. Gdy tylko ją zobaczył, powiedział:
- O, "Paulinka", jak się cieszę, że jesteś. Organizuję punkt sanitarny, to mi pomożesz.
Nie była zachwycona - chciała dołączyć do chłopców z oddziału. Ale rozkaz to rozkaz! Na dodatek pierwszy ranny, którym musiała się zająć, był... Niemcem. Miał zwichniętą rękę. Trzeba ją było nastawić. Lekarz, wiedząc, że to bolesny zabieg, chciał go znieczulić. Kiedy zaczął nakładać mu na twarz maseczkę z chlorkiem etylu, ranny zaczął się bronić i krzyczeć:
- Nein! Nein! Nein!
Zaskoczona całą sytuacją dziewczyna zapytała doktora o dziwną reakcję rannego. Okazało się, że Niemiec był jednym z katów Gęsiówki (obozu, w którym przetrzymywani byli Żydzi). Miał wiele na sumieniu, dlatego sądził, że powstańcy postanowili go zabić. Wspominając tamte chwile, "Paulinka" powiedziała:
I to było moje pierwsze doświadczenie w czasie Powstania, zupełnie dla mnie niezrozumiałe. Jak ranny może przypuszczać, że lekarz i sanitariuszka chcą go zabić. Niezależnie od tego, czy to jest Niemiec, czy zbrodniarz (...).
Natomiast tego samego dnia, (...) w pierwszym natarciu zginęła moja przyjaciółka Dorota Łempicka. I przyznam się szczerze, że może wtedy jeszcze sobie nie zdawałam z tego sprawy. Bo tego pierwszego dnia była taka euforia, niezwykłe zjednoczenie wszystkich ludzi wokół myśli, że jesteśmy wreszcie wolni, (...) i możemy o sobie decydować, coś od nas zależy. W pierwszych dniach Powstania myśmy naprawdę nie zdawali sobie sprawy, że ci ludzie od nas odchodzą, że ci ranni już nie żyją. Jak małe dziecko, któremu się wydaje, że jak jest jakiś pogrzeb, to jednak, mimo wszystko, ta osoba wróci za chwilę, [zwłaszcza] jeżeli to dotyczy kogoś bliskiego11.
Maria Stypułkowska-Chojecka, ps. Kama, z batalionu "Parasol", 1 sierpnia przewoziła wraz z koleżanką z oddziału, "Tiną", granaty z Koła na ulicę Gibalskiego, nieopodal Żytniej. Tam znajdowała się pierwsza kwatera jej oddziału. Wkrótce po dotarciu dziewcząt do punktu odbyła się zbiórka, po której niektórzy chłopcy wyruszyli na swoją pierwszą akcję bojową. Inni, z pomocą ludności cywilnej, zaczęli budować barykady. Zapanował ogromny entuzjazm i radość. "Kama" również chciała się przyłączyć do akcji. Kiedy zgłosiła się do "Mirskiego" z prośbą o przydzielenie jej jakiegoś konkretnego zadania, usłyszała, że wyznaczono jej rolę łączniczki-intendenta. Pomimo wielkiego rozczarowania udała się wraz z koleżanką do szpitala dziecięcego Karola i Marii, gdzie w wielkiej kuchni musiała zająć się przygotowywaniem kanapek z marmoladą i kawy. To wszystko trzeba było później zanieść chłopakom na barykady.
Zdawała sobie sprawę, że w czasie walki posiłek jest dla żołnierza bardzo ważny, a kawa - nawet ta zbożowa - z pewnością postawi zmęczonych chłopców na nogi. Jednak po latach ze śmiechem przyznała, że kanapki, które wówczas przygotowywała, mogły być nieco słone. Gdy nikt nie patrzył, pozwoliła sobie na łzy. Musiała jakoś rozładować swoją złość, bezsilność i upokorzenie. Czuła się rozczarowana i niedoceniona. Przecież od lat jako doświadczona łączniczka Oddziału Specjalnego ("Agat", "Pegaz", "Parasol") uczestniczyła w najważniejszych akcjach, takich jak choćby zamach na Kutscherę, Koppego i Stamma. A teraz, w najważniejszym momencie, przydzielono jej tak mało znaczącą rolę.
Jako niezwykle rezolutna osoba "Kama" nie wytrzymała w kuchni polowej oddziału zbyt długo. Niebawem zameldowała się u "Mirskiego", prosząc o jakieś poważniejsze zadanie. Ku swojej wielkiej radości została łączniczką - miała zapewnić "Parasolowi" kontakt z dowódcą całego zgrupowania - podpułkownikiem Janem Mazurkiewiczem, ps. Radosław12.
Także dla piętnastoletniej wówczas harcerki, Aleksandry Diermajer-Sękowskiej, ps. Oleńka, 1 sierpnia wcale nie wyglądał tak, jak to sobie wymarzyła. Informacja na temat przydziału jej drużyny była dość mglista, dlatego pierwszy dzień walki spędziła wraz z koleżankami, czekając w mieszkaniu jednej z dziewcząt na dalsze rozkazy. Nikt jednak do nich nie dotarł z żadną informacją. Dlatego nazajutrz rozczarowane nastolatki same wyruszyły na poszukiwanie swojego przydziału. Nieoczekiwanie znalazły go w kuchni prowadzonej przez peżetki, które akurat bardzo potrzebowały kogoś do pomocy. W taki sposób "Oleńka" trafiła do byłej restauracji Yacht Klubu przy ulicy Sienkiewicza. Czy była zachwycona swoim przydziałem? Sądząc po słowach, które napisała, wspominając tamte chwile, można mieć pewne wątpliwości:
Pierwsze, najpiękniejsze godziny [Powstania] spędziłyśmy na... tarciu starych kartofli, przyniesionych z piwnicy. Gdy inni zatykali polskie sztandary na (...) budynkach, myśmy smażyły placki... Żołnierze wychodzili (...) pomagać sąsiednim oddziałom, a myśmy soliły setki kilogramów mięsa z rozbitego sklepu dla Niemców. Potem [w punkcie opieki nad dzieckiem] zamieniłam garnki na... pieluchy13.
Jadwiga Podrygałło, ps. Isia, Przybłęda, Szczeniak, podczas okupacji należała do grona najbardziej doświadczonych łączniczek "Dysku". Pierwszego sierpnia dowiedziała się, że koncentracja jej oddziału ma miejsce o godzinie szesnastej w fabryce Telefunken przy ulicy Mireckiego na Woli. Miała tam dotrzeć ze Śródmieścia po wydaniu z magazynu ostatniej paczki z bronią.
Niestety, trwało to dłużej, niż przewidywała, i przedarcie się do punktu okazało się już niemożliwe. Ulica Marszałkowska, przez którą musiałaby przebiec, była nieustannie ostrzeliwana.
Kiedy zmartwiona szła ulicą Kruczą, zauważyła, że w kamienicy pod numerem siedem zaczynają gromadzić się chłopcy. Zgłosiła się tam jako ochotniczka. Poinformowała przyjmującą ją do oddziału kobietę, że ukończyła podchorążówkę. Niestety była drobna i niewysoka, dlatego absolutnie nie wyglądała na swoje dwadzieścia pięć lat.
Komendantka spojrzała na nią z wyraźną dezaprobatą i, w ramach kary za zuchwałe kłamstwa, skierowała ją do mycia podłóg w mieszkaniu szykowanym na szpital polowy. Jadzia nie protestowała, przyjmując z pokorą to, co przyniósł jej los. Być może właśnie dlatego już niebawem miała okazję, by udowodnić swoją faktyczną wartość bojową.
W pobliskiej kaplicy wybuchł pożar. Bez chwili wahania włączyła się do akcji. Dzięki swojej odwadze i pomysłowości uratowała większość naczyń liturgicznych. Po tym wyczynie zyskała uznanie w oczach nowych kolegów i dowódcy.
O tym, że początkowo nie patrzono na nią zbyt przychylnie, świadczył przydomek, pod którym ją zarejestrowano - "Przybłęda". Teraz jednak wszyscy zaczęli się interesować tym, jaki ma pseudonim i skąd do nich trafiła. Ale młoda kobieta nie chciała nic o sobie opowiedzieć.
Pomyślała, że jeśli ma być o niej głośno, to ze względu na jej obecne dokonania, a nie okupacyjną przeszłość w "Dysku" i wcześniejsze zasługi. Jako swój pseudonim podała przezwisko, które już do niej przylgnęło w nowym oddziale: "Szczeniak". Tym razem dowódcy poważnie potraktowali informację o tym, że ma ukończoną podchorążówkę. Niebawem zrobiono jej egzamin sprawdzający wiedzę i umiejętności. Jego pomyślny wynik sprawił, że porucznik Mieczysław Falęcki, ps. Kwiatkowski, przyjął Jadzię do 24 kompanii "Narew" zgrupowania "Kryska". Została jego łączniczką do zadań specjalnych14.
Zupełnie inaczej wyglądał dzień 1 sierpnia dla Aliny Woźniak-Hofman, ps. Halka - łączniczki i sanitariuszki piaseczyńskiego 1704 plutonu V Rejonu "Gątyń". W godzinach przedpołudniowych pojechała kolejką wraz z kilkoma innymi żołnierzami z oddziału do Warszawy. Wieźli żywność dla chłopców z Piaseczna należących do plutonu Iwo Rydla, ps. Bogusław, zgrupowanych na Ochocie w domu przy ulicy Niemcewicza 7. Stamtąd dziewczyna wróciła do Piaseczna.
Informacja o godzinie W dotarła do miasta około południa. Po godzinie trzynastej "Halka" była już w drodze do Jeziorny, by przekazać rozkazy jednemu z oficerów. Dotarcie tam i powrót zajęły jej kolejne dwie godziny.
Sama miała stawić się przed godziną siedemnastą w Lesie Kabackim, gdzie zbierało się dowództwo rejonu. Podjęte w Piasecznie walki zakończyły się, tak jak w stolicy, niepowodzeniem. Nie zdobyto również większości innych lokalnych celów. Dlatego rozbite oddziały wycofały się do okolicznych lasów, gdzie łatwiej było znaleźć schronienie.
Z przytoczonych historii wynika, że 1 sierpnia wiele dziewcząt zmuszonych było do szukania sobie nowej służby.
Tego dnia zdarzały się jednak również humorystyczne sytuacje. Śmiech pozwalał rozładować stres i napięcie towarzyszące pierwszym chwilom walki. A także nabrać dystansu do tego, co się dzieje. Dotyczyło to zwłaszcza młodych dziewcząt przepełnionych chęcią dokonania wielkich czynów. O tym, że los bywa przewrotny, przekonała się wówczas Barbara Chrzanowska, ps. Małgosia Dębińska, sanitariuszka punktu sanitarnego numer 104 na Żoliborzu znajdującego się przy ulicy Czarnieckiego 49. Dziewczyna została tam przydzielona wraz z koleżankami ze szkoły ogrodniczej. Wszystkie były młode, skore do śmiechu i psot. Dlatego czuwała nad nimi nieco starsza, doświadczona pielęgniarka - Ziuta Zambrowicz.
Nastolatki z przejęciem czekały na rannych, którym mogłyby udzielić pomocy. Jednak pierwszy pacjent do szpitalika przyszedł sam. Na dodatek nie był wcale młodym pięknym chłopcem z Armii Krajowej, w zakrwawionym mundurze poszarpanym od kul. Nie nosił nawet biało-czerwonej opaski. Brudnawy mężczyzna, sądząc po ubiorze, prawdopodobnie pochodzący ze wsi, ewidentnie nie miał zaufania do kobiet pełniących służbę medyczną. Z miejsca zażądał widzenia się z "dochtorem", jak mawiano wówczas w gwarze mazowieckiej. Ziuta, będąca doświadczoną pielęgniarką, próbowała się dowiedzieć, co mu dolega.
- Doktor zaraz przyjdzie, chcę pana przygotować do wizyty lekarskiej - powiedziała ze stoickim spokojem.
Siedzące obok nastolatki przyglądały się całej sytuacji z dużym zaciekawieniem, choć pomału zaczęła je ogarniać tak charakterystyczna dla ich wieku wesołość. Szczególnie trudno było Basi ukryć rozbawienie. Zastanawiała się, dlaczego przybysz zachowuje się dziwnie, a jej starsza koleżanka mimo to jest tak grzeczna i przykładna, że mogłaby uchodzić za wzór idealnej pielęgniarki.
Mężczyzna patrzył na Ziutę jeszcze chwilę w milczeniu, wreszcie na ponowne jej pytanie, co mu dolega, wycedził:
- Mam wrzód na d...
Gdyby pocisk wpadł do sali, nie sprawiłby chyba większego wrażenia niż słowa wystrzały, które trzepnęły w bohaterską ciszę. Skuliłyśmy się na ławce, by nie huknąć głośnym śmiechem. W tym momencie, jak zwalone bombą gruzy domu, sypały się nasze marzenia o bohaterstwie! Jakże żałosna okazała się rzeczywistość. Jak z oddalenia dotarły do mnie wypowiedziane spokojnym tonem słowa Ziuty:
- Zaraz pana przygotuję do opatrunku, a wy - zwróciła się do nas - nie macie tu co robić, idźcie do swego pokoju15.
1 Teresa Sułowska-Bojarska, Codzienność. Sierpień-wrzesień 1944, Wydawnictwo Trio, Warszawa 1993, s. 10-12.
3 Tamże, s. 10-12, a także Teresa Bojarska w: www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/teresa-bojarska,404.html (dostęp 14.04.2020), relacje rodziny Teresy Bojarskiej.
4 Teresa Wilska, Oszczędzajcie filipinki, w: Pełnić służbę... Z pamiętników i wspomnień harcerek Warszawy 1939-1945, pod redakcją Anny Zawadzkiej i Zofii Zawadzkiej, PIW, Warszawa 1983, s. 277-278.
5 Elżbieta Lesiak w: www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/elzbieta-lesiak,1905.html (dostęp 3.03.2020).
6 Hanka Brzezińska w: www.polskieradio24.pl/80/4198/Artykul/1325753, Piosenka-z-barykad (dostęp 30.03.2020).
7 Barbara Matys-Wysiadecka w: www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/barbara-matys-wysiadecka,1476.html (dostęp 10.02.2020).
8 Ludzie teatru w Powstaniu Warszawskim, "Teatr" 1994, nr 10, s. 39-40.
9 Patrycja Bukalska, Sierpniowe dziewczęta '44, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2013, s. 23.
10 Wanda Traczyk-Stawska w: ciekawostkihistoryczne.pl/2019/07/08/siedemnastolatka-ktora-chciala-zabijac-niemcow-niezwykla-historia--z-powstania-warszawskiego (dostęp 16.01.2020), także Magda Łucyan, Powstańcy. Ostatni świadkowie walczącej Warszawy, Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2019, s. 199.
11 Anna Jakubowska w: www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/anna-jakubowska,277.html (dostęp 3.03.2020).
12 Maria Stypułkowska-Chojecka w: www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/maria-stypulkowska-chojecka,468.html (dostęp 6.03.2020).
13 A. Diermajer-Sękowska w: Harcerki 1939-1945, PWN, Warszawa 1983, s. 325.
14 Jadwiga Tomaszewska-Podrygałło w: www.1944.pl/powstancze-biogramy/jadwiga-tomaszewska,46038.html (dostęp 16.01.2020), relacja ustna Jadwigi Tomaszewskiej-Podrygałło.
15 Barbara Chrzanowska, ps. Małgosia Dębińska, Sanitariuszka punktu sanitarnego 104, Pamiętnik Małgosi (fragmenty), w: "Służba Sanitarna Żoliborza", Zeszyt nr 4, ZBoWiD, Zarząd Dzielnicowy Warszawa Żoliborz, s. 27-28.