Kobiety kontra mafia - Patryk Szulc

Reflow text when sidebars are open.
Niemal dokładnie rok temu kończyłem prace nad moją poprzednią książką, Mafia po polsku. To swoista encyklopedia polskich grup przestępczych, które działały w naszym kraju od lat dziewięćdziesiątych, a część z nich w nieco już innej formie funkcjonuje nawet do dziś. Swoją drogą, dziennikarze przywykli określać choćby podstawowe formy przestępczości zorganizowanej "mafią" i stąd nieco przewrotnie wzięła się Mafia po polsku - bo prawdziwa mafia i mafia w odniesieniu do polskich gangów to dwie zupełnie inne rzeczy. W każdym razie opisałem wtedy kilkadziesiąt mniejszych i większych gangów, co było podsumowaniem wiadomości, które konsekwentnie zbierałem przez blisko dekadę - z jednej strony jako dziennikarz, a z drugiej prawnik - w obu przypadkach specjalizujący się w zagadnieniach z zakresu przestępczości zorganizowanej.
Pamiętam, że pisałem wtedy o tym, skąd wzięło się u mnie zainteresowanie taką tematyką. Powtórzę się - wszystko za sprawą kultowego już programu dokumentalnego Alfabet mafii. Bynajmniej nie dlatego, że pierwszy raz z bliska pokazano tam gangsterów i rozmowy z nimi. W gangsterce nie ma nic do podziwiania czy naśladowania. Imponujące było coś innego - dociekliwość i odwaga prowadzących program dziennikarzy, Ewy Ornackiej oraz nieżyjącego już Piotra Pytlakowskiego, ich upór w dążeniu do prawdy, choćby była ona najbardziej mroczna i niebezpieczna.
Swoją drogą właśnie dlatego, gdy napisałem swój pierwszy artykuł o przestępczości zorganizowanej, a konkretnie o łódzkiej "ośmiornicy", przesłałem go z prośbą o opinię do Ewy Ornackiej. W odpowiedzi otrzymałem krótki, lecz rzeczowy i konstruktywny komentarz. Był to dla mnie ogromny zastrzyk motywacji. Nie mam wątpliwości, że to dzięki takim sytuacjom jestem dziś tutaj i piszę te słowa.
Przez lata bywały oczywiście wzloty i upadki, pojawiał się hejt, zarzuty przedstawiania gangsterów jako bohaterów. Tak jak wspomniałem - całkowicie się z tym nie zgadzam. Owszem, rozmawiałem z gangsterami i świadkami koronnymi, tak jak rozmawiałem z policjantami, prokuratorami, adwokatami. Z niektórymi znam się lepiej, z innymi gorzej, ale zawsze są to relacje czysto zawodowe. Na tym polega moja praca i tego wymaga rzetelność oraz obiektywizm, przestępczość zorganizowana zaś to jedna z najnowszych części historii naszego kraju. Opisuję ją bez koloryzowania, bez fascynacji i bez opowiadania się po którejś ze stron, ale dając dojść do głosu każdej. Fakty pozostaną faktami, a ja mam wrażenie, że w wielu historiach jest jeszcze o czym mówić.
Zarys tego, jaką formę przyjmie ta książka, zrodził się w mojej głowie już podczas prac nad Mafią po polsku. Gorąco zachęcała mnie do tego moja żona, Zuza. Tym razem będzie to coś zupełnie innego niż encyklopedia przestępczości zorganizowanej. Szczere, życiowe, bardzo rzeczowe i merytoryczne rozmowy z kobietami, które w różny sposób zetknęły się z przestępczością zorganizowaną, bez wyjątku stojąc po stronie prawdy i sprawiedliwości.
Bohaterkami książki są:
Barbara Zapaśnik - prokurator w stanie spoczynku Grażyna Biskupska - emerytowana policjantka Barbara Markowska - emerytowana policjantka Ewa Ornacka - dziennikarka śledcza Anna Maria Wesołowska - sędzia w stanie spoczynku Elżbieta Krakowska - była rzeczniczka prasowa Dyrektora Generalnego Służby Więziennej Dorota Wyląg - była dyrektorka Aresztu Śledczego w Bytomiu Karolina Turlik-Wiśniewska - kierowniczka Działu Penitencjarnego Aresztu Śledczego w ŁodziNa temat przestępczości zorganizowanej, szczególnie tej z lat dziewięćdziesiątych, powstało mnóstwo publikacji, w tym opracowań naukowych. Wybierać też można z całej listy seriali, filmów różnych gatunków, powieści czy wywiadów rzek. Duża część z nich pokazuje wydarzenia z perspektywy byłych czy nawet obecnych gangsterów. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że druga strona barykady - czyli organy ścigania i szeroko rozumiany wymiar sprawiedliwości - wciąż pozostaje pod tym względem nieco na uboczu. Jeśli już, to maluje się obraz przeciętnego policjanta walczącego z mafią jako mężczyzny, który z papierosem w zębach i pistoletem w kaburze na szelkach idzie na wódkę z kolegami, a niekiedy i z gangsterami. Wszystko po to, by bezwzględnie, działając w zasadzie na granicy prawa, wsadzać kolejnych przestępców za kratki.
Oczywiście, tacy policjanci istnieli i takie sytuacje rzeczywiście miały miejsce. Nasuwa się jednak pytanie - gdzie w tym wszystkim był prokurator, a później sędzia? I czy aby na pewno każdy policjant to "Brudny Harry" w polskim wydaniu? Zdecydowanie nie. Pociągnięcie do odpowiedzialności przestępców to proces, w którym uczestniczy wiele ogniw - policja, prokuratura, sąd, służba więzienna, - a każde z nich wnosi do tego procesu coś, w czym nie może być zastąpione przez inne. Ważna jest jednak pełna transparentność. Tylko wtedy możemy mówić o kompletnym obrazie sytuacji, skuteczności i sukcesach. Gdy jej zabraknie - rodzi się prawdziwa mafia.
Czy w tych działaniach wymiaru sprawiedliwości albo dla rzetelności dziennikarskiej ma znaczenie płeć? Nie, a przynajmniej nie powinna go mieć, choć każdy bez wątpienia wykorzystuje swoje indywidualne cechy i predyspozycje, dążąc do wspólnego celu. W idealnym świecie zarzuty powinny być zawsze oparte na konkretnym materiale dowodowym, wyroki - adekwatne, a relacje medialne - obiektywne, każdy skazany zaś powinien pomyślnie przejść proces resocjalizacji i wrócić do społeczeństwa, nie schodząc już więcej na drogę przestępczą. Jednocześnie w tym wszystkim każdy powinien pozostać człowiekiem, który widzi, słyszy i czuje, choć nie każdy chce mówić o swoich wnioskach i doznaniach.
Ta książka nie jest próbą stworzenia jednej, spójnej narracji. To zbiór świadectw - różnych od siebie, a przez to tworzących jeszcze pełniejszy i bardziej autentyczny obraz. Pozwalają one zajrzeć za kulisy spraw i działań śledczych, o których wiedzieliśmy jedynie z medialnych nagłówków i krótkich komunikatów.
Moje rozmówczynie na konkretnych przykładach opowiadają o tym, co dzieje się, gdy przestępczość wylewa się na ulice. Ukazują mechanizmy zwalczania przestępczości zorganizowanej, trudnego budowania skuteczności państwa i poczucia sprawiedliwości, a także mówią wprost, jak wygląda starcie z układem, gdy do głosu dochodzi prawdziwa mafia.
Patryk Szulc: Jak to jest z tymi przestępcami? Niektórzy wpadają, odbywają karę, czegoś się uczą i postanawiają, że kończą z takim życiem. Ale bardzo wielu wraca na drogę przestępczą. Są tacy, którzy robią to regularnie. Choćby Marek M. pseudonim "Oczko". Czy z pani punktu widzenia jako oskarżyciela, jeśli doprowadzamy do skazania przestępcy, a potem ten człowiek znów wraca na złą drogę, to nadal można mówić o sukcesie czy już o porażce?
Barbara Zapaśnik: Dotknął pan bardzo ważnych problemów. Myślę, że to należałoby również rozpatrywać w kategoriach naszego systemu penitencjarnego, czy jest wydolny, czy niewydolny. Nie chciałabym w tej chwili tak głęboko w to wchodzić, ale od strony czysto osobniczej są ludzie, którzy zdecydowali, że będą przestępcami zawodowymi. To jest ich sposób na życie. Muszę powiedzieć, że większość z tych, którym przedstawiałam zarzuty, a potem przeciwko nim kierowałam akt oskarżenia, nie wróciła do przestępstwa i zakończyła swoją działalność w tej sferze. Oczywiście jest pewien procent, który te przestępstwa nadal popełnia, bo nie chce zmieniać branży, stylu życia i dalej w tym tkwi. Po prostu ten typ tak ma.
W maju 1997 roku Rafał Ch. pseudonim "Czarny" zaczął zeznawać przeciwko Markowi M. pseudonim "Oczko". Drugim obciążającym Marka M. człowiekiem był Artur R. pseudonim "Tuła". To ich wiedza, wykorzystana przez prokurator Barbarę Zapaśnik, pozwoliła na rozbicie w lutym 1998 roku gangu "Oczki". Zatrzymano wówczas kilkudziesięciu gangsterów, w tym samego Marka M. i Marka D. pseudonim "Duduś". Dalej czekał ich proces, który zakończył się w grudniu 1999 roku. Skazano w nim "Oczkę" i "Dudusia" na kary 13 lat pozbawienia wolności. Pozostali usłyszeli mniejsze wyroki.
Są też tacy jak Rafał Ch. pseudonim "Czarny", który pod koniec lat dziewięćdziesiątych pogrążył grupę "Oczki", nie dostając tak naprawdę nic w zamian, bo nie było wtedy jeszcze choćby instytucji świadka koronnego.
B.Z.: Jaka była faktycznie jego motywacja, tylko on wiedział. Ja wiem tyle, ile on mi powiedział na temat tego, jakim motywem kierował się, podejmując ze mną rozmowę. Mogłam wywnioskować, że był po prostu rozżalony postawą swoich wspólników, którzy zamiast go wspierać, kiedy był tymczasowo aresztowany, okradali jego i jego najbliższych. Poczuł się zdradzony i oszukany, więc postanowił, że weźmie pewnego rodzaju odwet. Skoro oni się zachowali wobec niego nie w porządku, to on nie czuł się już związany jakimiś tam zasadami solidarności i zaczął ujawniać ich działania przestępcze. Tyle. W tamtym czasie, kiedy on zaczynał składać zawiadomienia o przestępstwie, nie mógł liczyć na żadne formalne profity, bo wtedy faktycznie nie było jeszcze stosownych przepisów. One się pojawiły w późniejszej kodyfikacji, w postaci artykułu 60 z nadzwyczajnym złagodzeniem kary (Artykuł 60 § 3 Kodeksu karnego, wprowadzający instytucję tak zwanego małego świadka koronnego, w przestępczym slangu zwanego odtąd "sześćdziesioną", co jest synonimem kapusia, kabla, donosiciela - przypis autora). W tamtym okresie tego nowego kodeksu jeszcze nie było, więc nie było też podstaw do jakiegoś szczególnego traktowania Rafała Ch. Owszem, postawa, jaką wykazuje dana osoba, nawet w innym postępowaniu, jest brana pod uwagę i to w poprzedniej regulacji prawnej też obowiązywało. Ale nie istniały takie gwarancje, jak w nowym kodeksie karnym.
Jak wyglądał Szczecin końcówki lat dziewięćdziesiątych, kiedy właśnie "Czarny" zdecydował się na współpracę? Pamiętam choćby z Alfabetu mafii takie obrazki, jak "Oczko" parkował pod komendą swoje żółte Ferrari, a gangsterzy ostentacyjnie panoszyli się w mieście. Trzeba było stawić temu czoła i coś z tym zrobić, by na ulicach zwykli ludzie znów mogli poczuć się bezpiecznie.
B.Z.: Tak było. Choćby restauratorzy musieli się im opłacać, znosić ich zachowania, które były nie do przyjęcia. W zasadzie, gdy się pojawiali chłopcy z miasta, to w tym momencie już inni goście wychodzili z lokalu, bo nie czuli się bezpiecznie. Szczecin nie był bezpiecznym miastem. Pamiętam jedną ze spraw, kiedy doszło do strzelaniny. Pocisk trafił przez okno do przypadkowego mieszkania. Tamtejszy lokator miał dużo szczęścia - przeżył tylko dlatego, że usiadł w fotelu, a nie stał.
Kiedy instytucje takie jak policja, prokuratura zorientowały się, że w Szczecinie naprawdę źle się dzieje? Tak jak pani powiedziała, ulice były pod kontrolą chłopców z miasta, ale to nie stało się z dnia na dzień.
B.Z.: Proszę pamiętać, że w tym czasie była zmiana władz w Polsce. To były zmiany bardzo dalekie i głębokie, a wraz z nimi walka o władzę i wpływy. W takich sytuacjach siły i środki uruchamia się w zupełnie innym kierunku, a ulica i obywatele są daleko w tle, bo państwo jest zajęte zupełnie czymś innym. W tym momencie zaczynają się właśnie rodzić te wszystkie grupy. Trzeba pamiętać, że przestępczość zorganizowana była, jest i będzie. Chodzi o skalę, na jaką ona występuje. Są momenty w funkcjonowaniu państwa, kiedy ta przestępczość jest cały czas tropiona i ścigana, więc ona nie ma możliwości, aby się rozwijać, i funkcjonuje w ukryciu, aby nie narażać się organom ścigania. Jeśli państwo zajęte będzie czymś innym, to wtedy te grupy zaczynają szaleć i właśnie chłopcy z miasta wchodzą do lokali i rządzą, a obywatel niestety musi wtedy wyjść, jeżeli nie chce się mierzyć z silną grupą. Jak już państwo nie interesuje się tym, co się dzieje na ulicy, w mieście i w życiu obywateli, bo jest zajęte czymś innym, to w tym momencie do głosu dochodzą właśnie te grupy przestępcze, które wychodzą spod ziemi. Na przełomie wieków XX i XXI nasze państwo zajmowało się ukształtowaniem swojego ustroju i w związku z tym nie interesowało się przestępczością zorganizowaną. Gangsterzy się rozpanoszyli i obywatele byli niezadowoleni z tej sytuacji. Restauratorzy byli niezadowoleni, bo przecież ich "haraczowano" w pierwszej kolejności. Organy musiały zacząć działać, co było dosyć trudne, bo te grupy były dość liczne, przeciętny dzielnicowy nie wiedział o nich wszystkiego. Brakowało rozeznania, trzeba było je zrobić. Myślę, że to niezadowolenie obywateli wymusiło działania organów ścigania. Prokurator sam z siebie nie może wszcząć czegokolwiek, musiał ktoś przyjść albo złożyć zawiadomienie na piśmie. Oczywiście nie chodzi o to, żeby ten ktoś sam chodził po mieście, ustalał świadków i okoliczności zdarzenia. Jak przyjdzie i złoży zawiadomienie, że spotkało go to i to, ja już mogę wszcząć postępowanie. Tyle że taki restaurator nie przyjdzie i nie powie, że jest "haraczowany", bo wtedy sam wystawiłby się bandytom na rzeź. Ludzie bali się zemsty. Nawet jeśli czasami sprawy kończyły się skierowaniem aktu oskarżenia do sądu, to poszkodowani się wycofywali i nie dochodziło do procesu. Ewentualnie, gdy już dochodziło, przychodzili do sądu i mówili, że nic nie pamiętają. Dlaczego? Myślę, że to jasne.
Wszyscy byli zastraszeni...
B.Z.: Tak, i dlatego ten zwykły tryb przewidziany w procedurze karnej, kiedy przychodzi pokrzywdzony i zawiadamia, co zrobili mu X i Y, nie wchodził w grę. Trzeba było zrobić to inaczej, cały czas chroniąc tego pokrzywdzonego i nie narażając go. A z drugiej strony ja musiałam mieć jakiś dokument, formalne podstawy, by działać. Nie mogłam oczekiwać od obywateli heroizmu, aby ten pokrzywdzony stanął oko w oko z bandytami i wprost powiedział, który i co mu zrobił. Tu bez wątpienia z pomocą przyszły te nowe instytucje, takie jak "duży" i "mały" świadek koronny. Jeżeli był jakiś złapany na gorącym uczynku przestępca, który przeliczył sobie, że nie opłaca mu się siedzieć, bo będzie siedział za długo, ale może poprawić swoją sytuację, jak na przykład powie o tym, że ktoś zrobił to, a inny tamto, to ten artykuł 60 i nadzwyczajne złagodzenie kary bardzo fajnie działały. Tymczasem ustawa o świadku koronnym, która później się pojawiła, wydaje mi się, że nie jest najszczęśliwszym rozwiązaniem. Myślę, że dobrze by było, żeby ta ustawa o świadku koronnym jednak została zmieniona lub stworzona od nowa. To, co praktyka z nią zrobiła, pokazuje szereg lat jej stosowania. Słynny przykład "Masy".
Nadużyć instytucji "małego" świadka koronnego też nieco jest, prawda? Ona również nie zawsze dobrze działa.
B.Z.: Akurat ten przepis według mnie zdał egzamin. Ktoś, kto jest nieuczciwy od początku do końca, to będzie wszystkiego nadużywał. To już nasza głowa w tym, żeby nie dać się zwieść. Czyli krótko mówiąc, jeżeli złapany za rękę przez policję mówi: "to ja wam opowiem o tym czy o tamtym", to ja go wysłucham, taka moja rola. Tylko potem muszę poszukać innych dowodów i to sprawdzić. Naszym obowiązkiem jest weryfikować, bo przestępca o czymś mówi, mając z tego określoną korzyść. Najważniejsze są czyny, nie musi być nawet wskazania na określone osoby. To jest mój punkt wyjścia.
Jeszcze drążąc temat tego "małego" świadka koronnego, przypomnę sytuację poniekąd dotyczącą Szczecina, chociaż mały świadek koronny był z zupełnie innej miejscowości, konkretnie z Poznania. Paweł P. pseudonim "Ramzes". Zatrzymanie Michała Materli, zawodnika MMA ze Szczecina, który trafił do aresztu, usłyszał poważne zarzuty, a dziś walczy o odszkodowanie, bo okazało się, że miał zostać przez "Ramzesa" pomówiony. Czasem jednak to idzie na tyle daleko, że śledczy dają wiarę w takie zeznanie i dopiero kiedy już ktoś jest w areszcie, ma zarzuty, okazuje się, że jednak to nie była prawda i że siedzi człowiek niewinny. Co wtedy?
B.Z.: W mojej ocenie podstawą pracy prokuratora jest zasada wskazania, czy to na czyn, czy na osobę. Ja to muszę sprawdzić. Nie mogę na wiarę przyjmować, że to prawda. W tych sprawach, które prowadziłam, pojawiali się panowie, którzy chcieli poprawić swoją sytuację i składali wyjaśnienia, mówiąc o innych czynach, mówiąc o innych osobach. To nie oznacza, że było to już dla mnie pełnowartościowym, stuprocentowym dowodem na sprawstwo tej innej osoby. Mój sposób prowadzenia spraw polegał na tym, że jeśli miałam określoną wiedzę o czynach, a tu cały czas będę się upierała przy tym, że to najistotniejszy element, to trafia się potem na sprawcę, na jego motywację, oskarżenie, na żądanie określonej kary. Punktem wyjścia zawsze jest czyn. Mając taką wiedzę, staram się to sprawdzić, potwierdzić, czy dane zdarzenie miało miejsce, ile osób brało w nim udział albo czy miało ono związek z konkretną grupą przestępczą. Potem trzeba zweryfikować zakres i sposób działania takiej grupy, dalej szukać i dojść do sedna.
To bardziej forma działania operacyjnego?
B.Z.: Prokurator nie prowadzi już działań operacyjnych, to przede wszystkim policja. Prokurator działa, wszczynając postępowanie, do czego musi mieć podstawy. Rozgraniczmy dwa etapy - jest rozpracowanie, prokuratora tam w ogóle nie ma, nie bierze w tym udziału i nawet go to do końca nie interesuje. To jest coś, czym zajmuje się policja. Oni ustalają, badają grupy przestępcze, konkretne osoby, zakres terytorialny ich działania. Gdy już mają szerokie spektrum ustaleń, to wtedy mogą rozmawiać z prokuratorem. Pokazują, co mają i że już są gotowi do tego, żeby przejść na proces, jak to się mówi. Wtedy musi zaistnieć czynność procesowa, która to rozpocznie - na przykład zawiadomienie o przestępstwie.
Kto składa zawiadomienie w sytuacji, kiedy policja operacyjnie ma już materiał i konkretne ustalenia, ale nie ma pokrzywdzonego czy świadka, który zdecyduje się na złożenie zawiadomienia?
B.Z.: Powiedzmy, że jest restaurator pokrzywdzony wymuszaniem od niego haraczy. On może ograniczyć swoje zawiadomienie, że przychodzi do niego bliżej nieokreślona grupa osób i wymusza od niego pieniądze pod groźbą zrobienia mu krzywdy czy zdemolowania lokalu. Mamy więc do czynienia z wymuszeniem rozbójniczym. Wtedy można przesłuchać w charakterze świadka incognito jego pracownika i to on wskazuje dokładne rysopisy czy okoliczności. To minimalizuje ryzyko dla restauratora, bo jak przyjdą do niego chłopcy z miasta i powiedzą, że ma wycofać zawiadomienie, to przecież on nie złożył zawiadomienia przeciwko nim. Inaczej on by za miesiąc przyszedł i faktycznie powiedział, że się wycofuje, bo znów go nachodzą i mu grożą. Oczywiście po takich zawiadomieniach policja musiała mieć baczenie na bezpieczeństwo tego człowieka.
To było wtedy obwarowane przepisami i procedurami, że policja ma mu zapewnić bezpieczeństwo, czy to działało bardziej na słowo honoru?
B.Z.: Bardziej było to związane z tym, że tak po prostu trzeba - skoro obywatel jest zagrożony lub czuje się zagrożony, to policja ma obowiązek na zasadach ogólnych zadbać o bezpieczeństwo tego człowieka.
Mówiła pani przed chwilą o instytucji świadka incognito. W jakim stopniu jest to instytucja skuteczna i bezpieczna? Pytam dlatego, że znam wiele przypadków, w których świadek incognito okazuje się nie do końca incognito.
B.Z.: Ustanowiłam w swojej pracy, odkąd pojawiła się ta możliwość, wielu świadków incognito i powiem szczerze, że nigdy się nie zawiodłam. Oczywiście, że wymagało to odpowiedniej wiedzy, przygotowania, czy faktycznie ta osoba może, czy nie może być tym świadkiem, i to było dyskutowane, bo w tej instytucji chodzi o to, by sprawca nie mógł świadka zidentyfikować. Akurat w działalności grupy Marka M. pseudonim "Oczko" była forma "haraczowania" prostytutek stojących przy trasie. Skąd oni mogli wiedzieć, która z nich akurat składa zeznania? Tam właśnie zdecydowałam się na wykorzystanie świadka incognito.
Czy technicznie taka osoba odgrywa w postępowaniu podwójną rolę - jako pokrzywdzona i świadek incognito?
B.Z.: Taka osoba od razu oświadczała, że ona rezygnuje ze wszelkich form dochodzenia swoich praw jako pokrzywdzona.
Zastanawiało mnie właśnie to, czy taka osoba składa w postępowaniu podwójne zeznania.
B.Z.: Osoba pokrzywdzona ma określone prawa w procesie. Jeśli zrezygnowała z tych wszystkich praw, bo chce tylko złożyć obciążające zeznania, robi to wyłącznie jako świadek, mając zapewnioną anonimowość. Co do skuteczności samej instytucji, nie spotkałam się z tym, by ustanowieni przeze mnie świadkowie incognito składali fałszywe zeznania. Rzecz w tym, że postanowienie o utajnieniu zeznań jest czynnością wtórną - świadek najpierw składa zeznania, a dopiero potem utajniamy świadka. On do samego końca nie wie, czy tak się stanie. To nie może działać tak, że świadek stawia nam warunek - jak utajnicie moje dane, to ja zeznam. To dopiero tworzyłoby pole do nadużyć.
To jest troszkę jak ze świadkiem koronnym, że on też najpierw musi opowiedzieć, a dopiero potem ocenia się, w jakim stopniu to jest wartościowe.
B.Z.: Tak, najpierw powiedz, a ja zdecyduję, czy faktycznie to jest mocny materiał.
Samodzielna dekonspiracja świadka incognito - takie przypadki zdarzają się w praktyce.
B.Z.: Nawet gdybym wiedziała, to i tak nic bym nie powiedziała w tym zakresie. Ogólnie powiem tylko tyle, że jeżeli ktoś sam się dekonspiruje, to sam się dekonspiruje, ale to wcale nie oznacza, że ja muszę to potwierdzić. Musi być zachowana procedura, czyli krótko mówiąc, musi być postanowienie o uchyleniu postanowienia o uznaniu jego danych za tajemnicę. Aby móc cokolwiek zrobić, to najpierw trzeba wydać stosowne postanowienia. Może być tak, że prokurator uchyli postanowienie o utajnieniu i dana osoba już nie jest świadkiem incognito, ale chodzi sobie i opowiada różne rzeczy, a my już nie mamy z tym nic wspólnego. W każdym razie do momentu wydania postanowienia ze wszystkimi jego rygorami - możliwością złożenia zażalenia i tym podobnymi - nie można ani potwierdzić, ani zaprzeczyć, czy ktoś jest świadkiem incognito.
Na pewnym etapie właśnie choćby przez pozyskanie osób współpracujących z wymiarem sprawiedliwości czy nakłanianie pokrzywdzonych do składania zawiadomień udało się rozpracować takie grupy jak ta Marka M. pseudonim "Oczko". Jak wyglądały wtedy możliwości prokuratury, a jak możliwości środowisk przestępczych? Czy to był swego rodzaju wyścig? Kto był w nim górą?
B.Z.: Przegraną było już to, że te grupy się tak rozpanoszyły w naszym życiu. Przegraną dla policji i prokuratorów. To, że wchodzą do lokalu chłopcy z miasta i tam rządzą, a zwykli klienci muszą wyjść. Organy państwa były raczej w defensywie, byliśmy daleko z tyłu i dopiero upowszechnienie się tego zjawiska wymusiło przyspieszone działania. Pojawił się zespół śledczy, wprowadzono przepisy, które na coś więcej już pozwalały. Choćby instytucja świadka koronnego to odpowiedź na to, co grupy przestępcze zrobiły z naszym państwem. Zdewastowały porządek prawny, nie było dla niego żadnego poszanowania. Oni byli przed nami, a my próbowaliśmy przywrócić ten porządek.
Z czego mogło wynikać to rozpanoszenie, poza wspomnianym faktem, że władza skupiona była na innych rzeczach?
B.Z.: Próbuję przypomnieć sobie czas, kiedy instytucje podległe ministerstwu spraw wewnętrznych czy wymiar sprawiedliwości były poważnie dofinansowywane (śmiech). Prawdę mówiąc, zwykle wyglądało to cienko... Kiedy już była totalna ruina, dewastacja i bieda, to wtedy ktoś szedł po rozum do głowy i jakieś pieniądze przekazywano, czy to na policję, czy prokuraturę. Zazwyczaj jednak te nasze resorty funkcjonowały w niedostatku. Inna kwestia to instrumenty prawne. Jeśli mam odpowiednie instrumenty, to łatwiej mi poprowadzić postępowanie, schwytać określone osoby i postawić je przed sądem.
Czy na tamtym etapie bywało tak, że gangsterzy wam jako instytucjom wprost śmiali się w twarz? Powiedzmy, że dochodzi do zatrzymania, przesłuchania, a gangster siada rozparty na krześle i mówi "nic na mnie nie macie". A wy wiecie, że ma rację.
B.Z.: Na początku niektórzy panowie w ten sposób się zachowywali. Ja jednak nie jestem taka wrażliwa, więc nawet jeśli siedział rozparty, to nie robiło na mnie wrażenia. Robiłam swoje.
Zdarzały się odwrotne sytuacje? Że ktoś z grupy chciał, choćby nieformalnie, przekazać sam z siebie pewne informacje?
B.Z.: Takiej rozmowy to ja bym się bała. Zastanowiłabym się też, czy to nie jest stracony czas, bo jaki interes ma gangster, żeby mi szczerze powiedzieć, co wie i o czym myśli? Chyba tylko, żeby wystawić mi konkurencję. I w porządku, mam tę jego konkurencję i dla mnie jest obojętne, czy najpierw ścigam jego, czy jego oponentów. I tak będę ich ścigała. Raz miałam sytuację, że tymczasowo aresztowany fałszerz dokumentów powiedział mi, jakie dokumenty zamawiały u niego konkretne grupy. To już mi dużo ułatwiło, bo mogłam dane dokumenty i przestępstwa powiązać z właściwymi grupami.
Co on z tego miał?
B.Z.: Nic, bo to nie było formalnie nigdzie protokołowane. On o tym wiedział. Powiedzmy, że nie był do końca taki zły i chciał mi pomóc. Owszem, ja mogę potem złożyć stosowne wnioski o złagodzenie kary, ale muszę to czymś uzasadnić, choćby tym, że powiedział i wyjaśnił mi jedno, ułatwił drugie, miał taką postawę procesową. Jeśli jednak ta postawa nie wynika z akt, to nie mam argumentów.
Mówiliśmy wcześniej o tym, że zorganizowane grupy przestępcze istniały, istnieją i istnieć będą. Gdy władza na nie patrzy, to one działają po cichu, a jeśli nie patrzy, to się panoszą. Czy można z tego wyciągnąć wniosek, że zawsze chodzi przede wszystkim o pieniądze?
B.Z.: To też zależy od właściwości osobniczych szefów, bo to oni niejako kształtują te grupy. Jeśli szef chce tylko zarabiać, to tak będzie i nie skończy się niczym bardziej ambitnym. Są jednak tacy, którzy chcą większej władzy, szerszego terenu działania, eliminacji konkurencji. Niektórzy chcą też dbać o swoją ekipę, a więc potrzebują dobrych prawników, bo wiadomo, że jak jest na przykład handel narkotykami, to gdzieś jego ludzie będą wpadać. Dobry adwokat pomoże wyciągnąć ich z aresztu, ma też jakieś kontakty. Słowem - charakter grupy zależy od cech osobniczych szefa.
Zostańmy jeszcze przez moment przy grupie Marka M. pseudonim "Oczko". Były po drodze takie epizody gangsterskich porachunków, jak zabójstwo Wiktora Fiszmana albo zajście w agencji towarzyskiej El Chico w Poznaniu. To są sprawy, które ciągnęły się później przez wiele lat. Ostatnie decyzje w sprawie zabójstwa Fiszmana zapadły niedawno i to nie były rozstrzygnięcia pozytywne dla prokuratury. Dlaczego to mogło tyle trwać i tak się skończyć?
B.Z.: Dokładnie tych spraw nie znam, bo nie ja je prowadziłam. W moich sprawach maksymalny czas aresztu, od zatrzymania do skierowania aktu oskarżenia do sądu, to był rok. Jak sprawa z tymczasowo aresztowanymi była skierowana do sądu, to niejako wymuszało też na sądzie, aby w miarę szybko rozstrzygnął. To i tak był krótki czas w porównaniu z tym, co się dzieje dzisiaj. A im krótszy ten czas, tym lepiej, bo choćby świadkowie więcej pamiętają. Tam do wezwania świadka przed sąd mijało około półtora roku, a nie tak, jak to się teraz zdarza, że świadek jest wzywany na rozprawę po piętnastu czy dwudziestu latach. Krótki czas prowadzenia sprawy wpływa na to, że ona obroni się przed sądem. Im dłużej trwa, tym gorzej dla sprawy. Wykruszają się świadkowie - do jednych docierają przestępcy i zastraszają, inni z racji chorób czy wieku umierają. Swoje sprawy starałam się prowadzić szybko, oczywiście bez uszczerbku dla jakości. Taktyka była taka, że zbliżałam się maksymalnie do momentu, kiedy żeby coś zrobić dalej, konieczne były już zatrzymania i zarzuty. Potem ruszały przesłuchania i nawet czasem denerwowałam się, kiedy podejrzany chciał poprawić swoją sytuację procesową i opowiedzieć mi o rzeczach, które nie do końca były w moim przedmiocie zainteresowania. To wydłużało całe postępowanie, ale przecież musiałam go wysłuchać. I wtedy faktycznie do momentu skierowania aktu oskarżenia mógł minąć rok. W innych sprawach średnio pół roku. Sprawa "Oczki" to było kilkanaście osób, same areszty i materiał wobec nich wszystkich został przekazany sądowi jednocześnie. To istotne, bo przy zarzutach dotyczących grupy przestępczej nie można dopuścić do tego, by oni wymieniali się informacjami, zaczęli docierać do świadków czy inaczej wpływać na postępowanie. Dlatego synchronizacja aresztowań i innych działań jest konieczna. Co innego dla przykładu pijany kierowca. Jechał pod wpływem alkoholu, został zatrzymany, usłyszał zarzuty, będzie oskarżony i tyle. Nie ma tam jakiegoś poważnego ryzyka mataczenia, zastraszania świadków, uzgadniania wyjaśnień. Mogą być więc stosowane wolnościowe środki zapobiegawcze.
W lipcu 1995 roku do klubu nocnego El Chico (czytaj: El Cziko) przy ulicy Umultowskiej w Poznaniu weszło trzech mężczyzn. Zamówili drinka, potem jeden z nich szukał telefonu. Zaprowadził go do niego ochroniarz - wtedy doszło do szarpaniny. Napastnicy pobili ochroniarzy. Do tego Piotr J. został postrzelony. Z ranami postrzałowymi brzucha, uda i łokcia w ciężkim stanie trafił do szpitala - udało mu się przeżyć. Drugi ochroniarz, Dariusz K., zginął - również od ran postrzałowych. W 2002 roku odciski palców z paczki papierosów, szklanego stolika z klubu i mapy pozostawionej w samochodzie odstawionym po zbrodni do warsztatu dopasowano do jednego z kilerów - Aleksandra S. Wpadł on chwilę wcześniej jako podejrzany o rozbój w Niemczech. Zgubił wcześniej w pociągu dokumenty na nazwisko Zbigniew L. Niebawem kluczowe dowody z El Chico (między innymi wspomniana paczka papierosów) - zniknęły. Za tę wpadkę skazano później jednego z byłych już funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego. Dopiero po blisko dwudziestu latach od wydarzeń w El Chico, w grudniu 2014 roku, za podejrzanych o pomocnictwo w zbrodni uznano bossów szczecińskiego półświatka przestępczego - Marka M. pseudonim "Oczko" oraz Marka D. pseudonim "Duduś". Najazd na El Chico miał być elementem walki o kontrolę nad agencjami towarzyskimi przy późniejszej autostradzie A1. W 2015 roku Aleksander S. został skazany na karę dożywotniego pozbawienia wolności za zabójstwo i usiłowanie zabójstwa w El Chico. Rok później karę obniżono do 25 lat więzienia. Wtedy też "Oczko" i "Duduś" zostali natomiast skazani za pomocnictwo w zabójstwie ochroniarza w Poznaniu na 15 lat pozbawienia wolności. Sąd apelacyjny uchylił później ten wyrok, bo uznał, że było to bardziej podżeganie do wymuszenia rozbójniczego, a nie pomocnictwo w zabójstwie, choć zdaniem prokuratury, bazującej na zeznaniach świadków, to "Oczko" i "Duduś" mieli dostarczyć rosyjskim kilerom broń, zorganizować transport, wyżywienie i nocleg. W 2018 roku sąd nieprawomocnie w kolejnym procesie uznał jednak, że mogliby odpowiadać nie za pomocnictwo w zbrodni, a co najwyżej za podżeganie do niej, i umorzył postępowanie ze względu na przedawnienie karalności czynu. W 2020 roku, w piątym procesie w tej sprawie, znów uznano, że było to podżeganie do wymuszenia rozbójniczego, które już się przedawniło. Postępowanie ponownie umorzono. Zdaniem sądu motywy sprawców nie były jasne, nie było też wystarczających dowodów na to, że rosyjscy gangsterzy jechali do El Chico po to, by dokonać egzekucji. Nie można ponadto podżegać do zabójstwa bliżej nieokreślonej osoby.
Zwolnienie z aresztu podejrzanego, który zdecydował się na współpracę, to dziś bardzo częsta praktyka...
B.Z.: Ani razu, nawet jak w sprawie "Oczki" pojawił się człowiek, który chciał coś ujawnić, nie wchodziło w grę jego zwolnienie. Inna sprawa, że tak jak mówiłam, te dodatkowe informacje wymagały też kolejnych czynności, a sprawę nadal trzeba było doprowadzić szybko do końca. Tu dużą rolę odgrywała szczegółowość przesłuchania - miejsca, daty, godziny, konkretne osoby, rysopisy. To wszystko trzeba było zweryfikować. Znów punktem wyjścia był czyn, a w miarę potwierdzania informacji i zbierania dowodów te rewelacje podejrzanego stawały się dodatkiem do całości. Były dwa główne powody, dla których nie uchylałam tymczasowego aresztowania. Pierwszy to najważniejsza weryfikacja, czyli złożenie wyjaśnień przed sądem. Przesłuchania w prokuraturze nie dawały mocnego przekonania o wiarygodności. Tymczasem na sali sądowej, publicznie patrząc w oczy wspólnikom, ten oskarżony miał ich obciążyć. Drugi powód to stały, niczym nieutrudniony kontakt, bo przecież trzeba było zadać dodatkowe pytania czy wykonać inne czynności z jego udziałem. Tymczasowe aresztowanie zapewniało pełną dyspozycyjność takiej osoby. Przy tym pojawił się trzeci powód, już nie tak istotny z procesowego punktu widzenia. W ten sposób, paradoksalnie, zapewniane było bezpieczeństwo takiej osobie. Ten specyficzny podejrzany był umieszczany na oddziale chronionym, w specjalnej celi z wszystkimi gwarancjami i to dawało pewność, że nikt nie jest w stanie go zastraszyć ani wyrządzić krzywdy.
Jakie to uczucie, gdy te osoby, które kiedyś się oskarżało i były potem skazywane, wracają dziś na szczecińskie ulice? Co więcej, niejednokrotnie, nawet w ostatnich latach, znów uczestniczą w porachunkach.
B.Z.: Jeśli mamy nastawienie, że sprawa i wyrok zmienią człowieka, to mamy raczej złe albo idealistyczne podejście. Są tacy, na których kara robi wrażenie, a są tacy, na których wrażenia nie robi i oni będą dalej realizować swój pomysł na życie. A ten pomysł jest taki, by stać się zawodowymi przestępcami. Nie bardzo chcę się do tego odnosić, przyjmuję, że po prostu tak jest.
A to, że oni mogą się teraz mścić za wyeliminowanie ich z rynku, kiedy nie mogli zarabiać i poszerzać swoich wpływów? Czy jest gdzieś z tyłu głowy taka świadomość, że może coś się wydarzyć? Nie da się ukryć, że wielu osobom zaszła pani za skórę.
B.Z.: Jeżeli będą chcieli coś zrobić, to po prostu to zrobią. Nie umiem w tej chwili ustosunkować się do tak postawionego problemu, bo w zasadzie to nawet nie jest pytanie, to jest problem. Muszę się nad tym zastanowić. Na pewno nie ucieknie się przed jakimkolwiek zagrożeniem, bo jak ktoś chce kogoś znaleźć, to i tak go znajdzie. Bez sensu są jakieś zabiegi, żeby zmieniać miejsce zamieszkania czy się ukrywać.
To teraz przenieśmy się do czasów nieco wcześniejszych niż grupa Marka M. pseudonim "Oczko". Jak wygląda ścieżka zawodowa prokuratora od samego momentu podjęcia decyzji, że chce się zostać prokuratorem, do tego, że pozostaje się w tym zawodzie czterdzieści lat?
B.Z.: Sporo, prawda? Zaczynałam pracę jeszcze na kodeksie karnym z 1969 roku.
A ja pamiętam, jak jeszcze w zasadzie będąc dzieciakiem, oglądałem program dokumentalny Ewy Ornackiej Świadek, w którym pani się wypowiadała. Program o Rafale Ch. pseudonim "Czarny" z grupy "Oczki". To było 21 lat temu...
B.Z.: Kończyłam w liceum klasę matematyczno-fizyczną i kiedy powiedziałam w klasie maturalnej, że będę zdawała na prawo, zadziwiłam wszystkich. Po takiej klasie nikt nie myślał o prawie. Inni szli na politechnikę, na akademię rolniczą, ale nie na prawo. Ja o tym pomyślałam dopiero w czwartej klasie, kiedy trzeba było wypełnić deklarację co do tego, co chce się robić dalej. Poważnie się nad tym zastanawiałam, bo chciałam robić coś, co połączy logiczne myślenie typowe dla matematyków z wiedzą chemiczną i fizyczną czy naukami biologicznymi, a do tego bardzo lubiłam też język polski. Wyszło mi, że wszystko to łączy prawo. Dostałam się na prawo, może niekoniecznie byłam najlepszą studentką, ale zdałam wszystko w terminie, obroniłam pracę.
Od razu pani wiedziała, że chce zostać prokuratorem?
B.Z.: To wyszło trochę przez przypadek, bo akurat miałam do wyboru aplikację radcowską i prokuratorską. Pomyślałam sobie, że nie bardzo widzę poszukiwanie zakładu pracy, w którym mogę pracować jako radca, a w prokuraturze była jeszcze wtedy aplikacja zawodowa. Przyjmujący mnie wówczas prokurator wojewódzki nie był zbyt entuzjastycznie nastawiony, ale w tamtym czasie kobiet w zasadzie nie zachęcano do jakiejkolwiek pracy, bo jeszcze zajdzie w ciążę, pójdzie na wychowawczy i będzie zajmować się dziećmi. Minęło czterdzieści lat i w tym zakresie niewiele się zmieniło - dominuje ta sama narracja o ciąży, zwolnieniach na chore dziecko, a etat będzie zajęty. Muszę jednak przyznać, że faktycznie miałam taki czas, kiedy więcej mnie w pracy nie było, niż byłam, bo szłam na zwolnienie lekarskie. Trwało to tak długo, aż dziecko wyrosło ze wszystkich chorób. Potem musiałam nadgonić ten czas, kiedy nie było mnie w pracy, i to też było trudne, ale już byłam w pracy stale, nie tylko kilka razy w miesiącu. Pracując w prokuraturze w Stargardzie, prowadziłam sporo spraw o oszustwa, to dobrze mi wychodziło. Kiedyś nawet sąd odwoławczy napisał, że zebrałam bogaty materiał dowodowy. Czułam się dumna z tego, że sąd to docenił, bo zwykle sądy do organów takich jak policja czy prokuratura podchodzą bardzo krytycznie. Inna, dość trudna sprawa dotyczyła lekarza, przez którego zaniechanie doszło do śmierci noworodka. W zasadzie to dziecko zostało wydobyte z ciała kobiety już bez oznak życia. Głośno było w Stargardzie o tej sprawie. Tym bardziej że oskarżony to ordynator oddziału.
Powinien być doświadczony i odpowiedzialny.
B.Z.: Pan ordynator stwierdził, że kobieta sama urodzi. A to nie miało prawa się udać.
Lata minęły, a ja mam wrażenie, że do dziś takie przypadki się zdarzają...
B.Z.: Niestety... Przełożeni przyglądali mi się, jak sobie poradzę z takimi tematami. Poradziłam sobie. Gdy wyrok zapadł i już się uprawomocnił, ta kobieta i jej mąż przyszli do prokuratury z olbrzymim bukietem kwiatów. Pokrzywdzeni potrafią okazać wdzięczność za naszą pracę. A ta praca polegała na wykazaniu, że ktoś był winny określonego zachowania. Inna kwestia, że w tej sytuacji wymagało to też pewnej odwagi, żeby przeciwstawić się wysoko postawionemu lekarzowi z kontaktami.
Na jaką karę został wtedy skazany?
B.Z.: Dostał zakaz wykonywania obowiązków ordynatora i karę pozbawienia wolności w zawieszeniu. To nie była kara bezwzględna, bo jego związek z tym zdarzeniem polegał na tym, że powiedział, że ta pani ma urodzić sama i tyle, nie był to błąd w działaniu.
Bardziej wyglądało to na zaniechanie.
B.Z.: Dokładnie, dlatego też nie można było tego uznać za działanie bezpośrednie. Ten lekarz przestał być ordynatorem, ale najdziwniejsze w tej sprawie było to, że lekarze, którzy mogli złożyć obciążające go zeznania, bo mieli odpowiednią wiedzę, podejrzenia i mogli wyciągnąć wnioski, nie powiedzieli nic. Zrobiła to pielęgniarka.
Nie wiem dlaczego, ale wcale mnie to nie dziwi...
B.Z.: To powiem jeszcze coś. Ja ten akt oskarżenia napisałam wbrew opinii, którą wydali biegli sądowi z zakresu ginekologii i położnictwa. Poszłam całkowicie pod prąd, co później zdarzało się jeszcze wiele razy.
Znów mam wrażenie, że przez lata nic się nie zmieniło. Głośna sprawa Izabeli z Pszczyny. Ostatnio zapadł wyrok skazujący lekarzy na karę bezwzględnego pozbawienia wolności.
B.Z.: Gdyby cokolwiek zrobiono, nawet gdyby tam, powiedzmy, coś się wydarzyło w trakcie, zdarzają się przecież różne sytuacje, to nie mielibyśmy takich pretensji. Tutaj jednak nic się nie wydarzyło. Ona w miejscu, gdzie miano jej udzielić pomocy, czekała i czekała, żeby się nią zajęto, i co?
I nic, właśnie o to chodzi.
B.Z.: Tak, i uważam, że o tym trzeba mówić. Jako dziennikarze macie być tym wyrzutem sumienia. Wyczulać, uczulać, mówić. Ktoś to musi robić. Będąc jeszcze czynnym prokuratorem, nie mogłam mówić nigdzie indziej poza salą rozpraw, ale państwo jako dziennikarze mają o wiele większe możliwości, aby nagłaśniać, przypominać, wyczulać, budzić sumienia ludzi. Choćby w sytuacjach przemocowych - sąsiedzie, jeśli widzisz coś takiego, zainteresuj się, zareaguj.
Niestety widoczna jest tendencja do udawania, że dany problem nas nie dotyczy.
B.Z.: Oczywiście, to widać nawet w kontekście przestępczości zorganizowanej. Ona na co dzień nie dotyka bezpośrednio zwykłych ludzi, więc wydaje nam się, że to nie jest wymierzone w nas. Jak ktoś sobie handluje narkotykami czy wyłudza podatki, to niech sobie to robi. Tyle że przestępczość zorganizowana generuje całe mnóstwo innych przestępstw. Trzeba na to patrzeć szeroko, bo chociaż ktoś gdzieś organizuje przemyt czy produkcję narkotyków, obraca tonami tych środków, to na dole jest zwykły diler, od którego narkotyki może kupować nasze dziecko. Pamiętajmy też o tym, że jak dziś ktoś handluje ilościami liczonymi w gramach i nie wpadnie, to jutro będzie już handlował kilogramami i angażował do tego inne osoby. Jeśli się tego nie zatrzyma, to będzie się rozrastać.
Jak prokurator dochodzi do tego momentu, w którym zaczyna zajmować się coraz poważniejszymi formami przestępczości zorganizowanej?
B.Z.: Dostałam na swoje biurko sprawę dotyczącą grupy zajmującej się kradzieżami samochodów. To była końcówka lat dziewięćdziesiątych. Zatrzymany został też fałszerz, który wyrabiał dokumenty legalizacyjne do tych samochodów, które pochodziły z naprawdę różnych źródeł. Zajmowałam się tym kilka lat i to była dla mnie taka szkoła, jak funkcjonują grupy przestępcze. Swoją drogą, tutaj widać, jak historia lubi płatać figle, bo w jednej z takich grup działał niejaki Robert S. Ten sam, za którego zabójstwo niesłusznie skazano potem Arkadiusza Kraskę. Ta grupa była świetnie zorganizowana, samochody pozyskiwano z terenu Niemiec i przerzucano przez Polskę na tereny państw postradzieckich przez różne przejścia, w różnych wariantach, w różny sposób. I tak Robert S. stał się jednym z oskarżanych przeze mnie o udział w tej grupie. Zawsze nadrzędnym celem postępowania było ustalenie, do kogo należał dany samochód, na czyją szkodę został skradziony czy wyłudzony. Dalej, kto zajmował się jego przetransportowaniem z Niemiec przez granicę polską i potem na Wschód, kto go tam przejmował. Polska była w tym przypadku tylko krajem tranzytowym. Mnie nigdy samochody wybitnie nie interesowały i nie stanowiło to przedmiotu moich marzeń. Pamiętam, jak rozmawiałam z funkcjonariuszem prowadzącym tę sprawę i on powiedział, że mamy skradziony ciągnik siodłowy. Zapytałam go wtedy takim słodkim, niewinnym głosem: "To oni traktory też kradną?". Ten policjant spojrzał na mnie wtedy z przerażeniem. Bał się, że będziemy tę sprawę w pewnym sensie prowadzić razem. Prowadziliśmy, i to z wieloma sukcesami. Sporo osób zostało skazanych. Prawda jest też taka, że to, czy skradziono samochód osobowy, traktor czy ciągnik siodłowy, też nie miało aż tak wielkiego znaczenia. Najważniejsze było ustalenie, na czyją szkodę, o jakiej wartości i jakie przestępstwo zostało popełnione.
W ostatecznym rozrachunku liczy się efekt.
B.Z.: Efekt był taki, że zapadły same wyroki skazujące. Udało się nawet ustalić Niemców, którzy byli tu, w Polsce, i byli tak zwanymi wozakami, czyli kierowcami szmuglującymi te samochody. Chodzi o to, że jak pojazd miał niemieckie numery rejestracyjne i prowadził go Niemiec, to nie wzbudzało podejrzeń. Ta sprawa była olbrzymia. Powiedzmy, że w komputerze u fałszerza ujawniliśmy dane tysiąca pojazdów, powiązaliśmy to z dziuplami, a tam dokumenty kolejnych samochodów i nagle robiło się tysiąc razy dziesięć. Tego było bardzo dużo i cały sposób funkcjonowania tego procederu nie mieścił się już w kodeksowej formule działania "wspólnie i w porozumieniu". Jeden wyłudzał samochód z jakiejś wypożyczalni w Niemczech, przekazywał go wozakowi, on dostarczał samochód do Szczecina, a dalej jechał nim ktoś inny. Każdy odpowiadał za swój wycinek procederu i nie znał innych elementów ani osób - stąd formuła "wspólnie i w porozumieniu" nie znalazłaby tu zastosowania. To już bardziej formuła działania w grupie przestępczej, bo niejako spełniała wszystkie kryteria. Tyle że początkowo sądów nie przekonywały takie akty oskarżenia. To trwało kilka lat, zanim skutecznie można było ten przepis stosować.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki