WSTĘP
Kiedy zostałam poproszona o napisanie
książki poświęconej "kobietom, które starają się za bardzo", pomyślałam,
że to ciekawy temat, ale czy my, kobiety, naprawdę aż tak się staramy?
Zaczęłam więc o tym rozmawiać z koleżankami, klientkami i wiele z nich
rzeczywiście opowiedziało mi o własnych nadmiernych staraniach w różnych
obszarach.
W trakcie pisania tej książki zastanawiałam się, jak to wygląda u mnie,
i odkryłam niemało własnych obszarów, w których swego czasu
funkcjonowałam jak w kajdanach, starając się o różne, często przegrane
sprawy. Wiele lat pracy terapeutycznej i terapii własnej w dużej mierze
uwolniło mnie od tej nadmiernej chęci starania się, niemniej mam to
doświadczenie zaliczone i wiem, jak ciężko mi było, gdy czułam
wewnętrzny nakaz zrobienia tego czy tamtego. Robiłam to nawet wtedy, gdy
z góry wiedziałam, że efektu nie będzie. Robiłam, bo musiałam, bo nie
potrafiłam się powstrzymać, bo chciałam, aby było lepiej, mocniej,
więcej. Często kosztem siebie i bliskich.
Doszłam zatem do wniosku, że taka książka może być pomocą dla wielu
kobiet, również tych, które w pierwszej chwili nie widzą siebie w tytułowej roli.
Najczęstsze obszary, w których staramy się za bardzo, to:
Związki
Macierzyństwo
Pieniądze
Praca zawodowa
Przyjaźnie
Wygląd
I na nich skoncentrowałyśmy się wraz z Kasią Troszczyńską w tej książce.
Mam nadzieję, że ta lektura pozwoli ci spojrzeć na siebie łaskawszym
okiem i uwolnić się od ciężaru nadmiernego starania się.
Bardzo ci tego życzę.
Pozdrawiam
Sylwia
* * *
Z czym kojarzy ci się fraza "starać się za bardzo"? Myślisz, że to
dotyczy tylko innych kobiet? Też tak myślałam. Co więcej, zrobiłam
krótki test wśród znajomych kobiet. Większość mówiła, że to nie o nich,
że są od tego wolne. Do czasu, kiedy "staranie się" zaczęłyśmy rozkładać
na czynniki pierwsze.
Bo co to właściwie jest "staranie się za bardzo"? Mam wrażenie, że ono
weszło tak głęboko w nasze DNA, że nawet tego nie widzimy.
Czasem jest to napięcie, które towarzyszy nam od najmłodszych lat. Bądź
grzeczna i miła, uśmiechnij się, wyprostuj. Powiedz ładnie "dzień
dobry", nie pokazuj humorów, zrób to i tamto, tak wypada. Dziś wiele
młodych kobiet twierdzi, że to w ogóle nie o nich, bo mają to gdzieś. I nic nie muszą.
Ale staranie się za bardzo to także perfekcjonizm. To ten imperatyw
wewnętrzny, który każe nam zwyciężać. Albo ze sobą, albo z innymi
kobietami. Na przykład być zawsze ładną i pożądaną. Doskonale
przygotowaną. To każdy moment, gdy czujesz, że powinnaś iść spać, bo
padasz ze zmęczenia, ale zmuszasz swoje ciało do wysiłku. Albo do
treningu, albo do intelektualnej walki z samą sobą. Muszę więcej, muszę
mocniej. Dam radę. To też moment, kiedy wbrew sobie jesteś dla innych
miła. Nie masz czasu, ale porozmawiasz z koleżanką, oddasz komuś
przysługę, poświęcisz noc, by pomóc.
Tak wiele kobiet musi ogarniać życie na wszystkich polach. "Staram się"
to ich dewiza, nawet jeśli używają innych słów: "Trzeba zawsze wszystko
doprowadzić do końca", "Nie wolno się poddać", "Lepiej nie robić nic,
niż zrobić coś byle jak". Te kobiety od razu się zorientują, że ta
książka jest o nich. Matki, które wstają o czwartej nad ranem, żeby
upiec bułeczki, a potem ćwiczą jogę, do nocy sprzątają mieszkanie albo
dom, zawsze organizują rodzinne Wigilie.
Myślałam, że mnie to nie dotyczy. Bo nie jestem kobietą, która musi mieć
idealnie czysto w domu, musi podać rodzinie trzydaniowy obiad i wywiesić
pranie. Pod wpływem rozmów z Sylwią Sitkowską zrozumiałam jednak, że
muszę mnóstwo innych rzeczy. Być miła. Wielkoduszna. Rozumiejąca. Muszę
zawsze wspierać przyjaciół i znajomych. Muszę być cierpliwą matką.
Czuję się po książce z Sylwią tak, jakbym skończyła najlepszą terapię w życiu, za co jej z całego serca dziękuję, a wam życzę, żebyście po
lekturze poczuły się tak samo.
A oto, co pisały moje koleżanki na temat tego, jak się starają:
Dorosły ma zawsze rację, dziecko nic nie wie, zobacz, jak wyglądasz, co
powiedzą o tobie inni. Do dziś walczę z tym, co powiedzą o mnie inni, i kompensuję to obsesyjnym sprzątaniem.
Nigdy nie byłam wystarczająco dobra w tym, co robiłam. I wciąż mam to w sobie - cały czas umniejszam wszystko, co wiem, co robię. To się
przekłada na to, że nie potrafię zawalczyć o dobro własnego dziecka, bo
też widzę więcej tych rzeczy na "nie" niż na "tak".
Mam wdrukowane, co się powinno, żeby być w porządku. Powinno się mieć
sukcesy w pracy, sprzątać, gotować, dbać o siebie, być świetną matką,
być szczupłą, jeść zdrowo, mieć czas na swoje pasje. No i jest wielki
ból, bo tego się nie da wszystkiego. Niestety wciąż tego nie
przewalczyłam, dalej się czuję "nie dość". Bo ciągle w jakimś obszarze
mi się rozłazi. A i tak nieustannie coś robię i ogólnie to padam na
twarz, śpiąc po cztery godziny na dobę. I wciąż robię za mało.
Dopiero niedawno nauczyłam się odpuszczać, ale mam z tym problem,
ciężko mi to przychodzi. Jak coś robię, to musi być dobrze. Nie umiem po
łebkach. Ale muszę trochę odpuścić, bo mój organizm się buntuje. Dwa dni
temu cukier spadł mi tak, że zemdlałam, upadłam na kostkę brukową. Muszę
poprzestawiać trochę priorytety, a średnio mi to wychodzi.
We mnie długo siedziało przeświadczenie z dzieciństwa wpajane przez
matkę, że muszę, ciągle muszę być grzeczna, uśmiechnięta. Pamiętam, jak
szłyśmy czasem razem ulicą i mama zobaczyła jakąś znajomą, to od razu mi
mówiła: "Tylko ładnie powiedz dzień dobry". Jak zostałam matką, też mnie
ciągle strofowała. Zresztą do dziś czasem to robi, ale już na to nie
zwracam uwagi. Wychodzenie z tego to był proces.
Wychowywano nas przeważnie na grzeczne dziewczynki, podporządkowane, z czystym domem, zadbanymi dziećmi i mężem. Męża odpuściłam najpierw, duży
jest, niech sam o siebie dba. Dzieci też już dorastają, wszystkie rozumy
pojadły, to na co im ja? Wiedzą, że jestem, że mogą na mnie liczyć, ale
już przestałam tak bardzo tracić na nie energię. Zostały mi dom i robota.
Ja tak miałam, a w pewnych obszarach jeszcze mam. Niestety osoba, która
choruje na autoimmunologiczny musizm, choruje niejako holistycznie. Nie
jest tak, że w jednej sferze sobie odpuszcza, a w drugiej nie.
Przeglądasz kartki w mentalnym notesiku, zatrzymujesz się na osobistym
rankingu priorytetów i lecisz od A do Z. Łatwiej będzie mi napisać,
gdzie nie mam spiny: powiewa mi wielkim kolorowym sztandarem to, gdzie
pracuję, ile zarabiam i co posiadam. Nie przejmuję się też zbytnio
konwenansami i tradycjami. Nie poświęcam zbyt wielu myśli na to, co
wypada, a czego nie. Lecz mam problem z asertywnością, czego osobiście
nie znoszę. Często pragnienia innych osób przedkładam nad własne. Lubię,
jak ludziom jest dobrze, i ponoszę tego koszty. A kiedy odmawiam, czuję
wielki dyskomfort. Kiedyś się nawet śmiałam sama z siebie, że jeśli ktoś
mnie będzie chciał napastować w parku, to mu przygrzeję z prawego
sierpowego, bo piąstki mam mięsiste i zacne, a zaraz potem spytam, czy
wszystko OK, czy potrzebuje pomocy. Skąd to się bierze? Pewnie z kompleksów. A skąd się one wzięły? Pewnie z apodyktyczności i surowości
mojego taty, który zawsze chciał, żebym była na tip-top. A skąd to się
wzięło? Pewnie z jego kompleksów, które wzięły się z tego, że był
dzieckiem "ruskiej" i "Żyda" i dostawał regularnie bęcki w szkole od
chłopaków z klasy.
Już i tak jest ze mną o wiele lepiej niż kiedyś. Cały czas ewoluuję,
dorastam chyba, im więcej mam lat, tym mniej się staram.
Chyba dopiero teraz, kiedy nie mogę nad wszystkim zapanować, bo po
prostu wielu rzeczy nie jestem w stanie zrobić sama, poczułam, że mam z tym problem. Nie bardzo umiem/lubię prosić o pomoc. Zawsze staram się
wszystko zrobić, zaplanować sama. I niby robię to dla siebie, ale tak
naprawdę chyba zależy mi, żeby to było zauważone. I dotyczy to zarówno
domu, jak pracy. Dopiero jak się porządnie wkurzę, to odpuszczam.
Temat rzeka - dopiero parę lat temu zaczęłam pewne rzeczy widzieć i rozumieć. Żałuję, że niektóre z tych wzorów przekazałam dzieciom. Na
przykład: trzeba się trzymać sztywnych zasad, nie zajmować za dużo
miejsca, robić miejsce innym, przepraszać, nie można się rozpychać
łokciami, trzeba innym robić dobrze.
Mimo że potrafię wyrazić swoje zdanie, to w działaniach już nie idzie
mi tak łatwo, choć od jakiegoś czasu i to pierwsze odpuszczam: albo
trzymam swoje zdanie dla siebie (dopóki nie jestem zapytana), albo po
prostu milczę i obserwuję (ponoć w pracy tak jestem spostrzegana -
cisza, a jak już mam coś do powiedzenia, to raczej z impetem).
Jednocześnie nie znoszę zajmować miejsca, przyciągać uwagi, dodawać
komuś roboty. Sama po cichu zrobię, żeby ktoś inny nie musiał się
męczyć. Sobie nałożę na pęknięty talerz, a innym dam ładne. Nie
zareklamuję źle wykonanej usługi, zapłacę, pójdę do domu, popłaczę sobie
i zapłacę komuś innemu za poprawkę. Nie chcę sprawiać problemu, zawracać
głowy, obciążać sobą.
Ale zaczynam mieć tego świadomość, więc jak mój mąż bierze się do
gotowania albo sprzątania, to nie lecę i nie wyrywam mu już patelni czy
przysłowiowej miotły z ręki, niech robi. Potrafię stwierdzić, że
potrzebuję czegoś dla siebie - funduję sobie małe luksusy (albo i większe, w końcu ciężko pracuję, zarabiam).
Zaczynam widzieć, że też mam wartość i prawo do swojego miejsca. I że
mi też się coś należy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki