Kobiety, które starają się za bardzo - Sylwia Sitkowska, Katarzyna Troszczyńska

Kup ebooka

33.90 zł
26.44 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Kiedy zosta­łam popro­szona o napi­sa­nie książki poświę­co­nej "kobie­tom, które sta­rają się za bar­dzo", pomy­śla­łam, że to cie­kawy temat, ale czy my, kobiety, naprawdę aż tak się sta­ramy?

Zaczę­łam więc o tym roz­ma­wiać z kole­żan­kami, klient­kami i wiele z nich rze­czy­wi­ście opo­wie­działo mi o wła­snych nad­mier­nych sta­ra­niach w róż­nych obsza­rach.

W trak­cie pisa­nia tej książki zasta­na­wia­łam się, jak to wygląda u mnie, i odkry­łam nie­mało wła­snych obsza­rów, w któ­rych swego czasu funk­cjo­no­wa­łam jak w kaj­da­nach, sta­ra­jąc się o różne, czę­sto prze­grane sprawy. Wiele lat pracy tera­peu­tycz­nej i tera­pii wła­snej w dużej mie­rze uwol­niło mnie od tej nad­mier­nej chęci sta­ra­nia się, nie­mniej mam to doświad­cze­nie zali­czone i wiem, jak ciężko mi było, gdy czu­łam wewnętrzny nakaz zro­bie­nia tego czy tam­tego. Robi­łam to nawet wtedy, gdy z góry wie­dzia­łam, że efektu nie będzie. Robi­łam, bo musia­łam, bo nie potra­fi­łam się powstrzy­mać, bo chcia­łam, aby było lepiej, moc­niej, wię­cej. Czę­sto kosz­tem sie­bie i bli­skich.

Doszłam zatem do wnio­sku, że taka książka może być pomocą dla wielu kobiet, rów­nież tych, które w pierw­szej chwili nie widzą sie­bie w tytu­ło­wej roli.

Naj­częst­sze obszary, w któ­rych sta­ramy się za bar­dzo, to:

Związki

Macie­rzyń­stwo

Pie­nią­dze

Praca zawo­dowa

Przy­jaź­nie

Wygląd

I na nich skon­cen­tro­wa­ły­śmy się wraz z Kasią Trosz­czyń­ską w tej książce.

Mam nadzieję, że ta lek­tura pozwoli ci spoj­rzeć na sie­bie łaskaw­szym okiem i uwol­nić się od cię­żaru nad­mier­nego sta­ra­nia się.

Bar­dzo ci tego życzę.

Pozdra­wiam

Syl­wia

* * *

Z czym koja­rzy ci się fraza "sta­rać się za bar­dzo"? Myślisz, że to doty­czy tylko innych kobiet? Też tak myśla­łam. Co wię­cej, zro­bi­łam krótki test wśród zna­jo­mych kobiet. Więk­szość mówiła, że to nie o nich, że są od tego wolne. Do czasu, kiedy "sta­ra­nie się" zaczę­ły­śmy roz­kła­dać na czyn­niki pierw­sze.

Bo co to wła­ści­wie jest "sta­ra­nie się za bar­dzo"? Mam wra­że­nie, że ono weszło tak głę­boko w nasze DNA, że nawet tego nie widzimy.

Cza­sem jest to napię­cie, które towa­rzy­szy nam od naj­młod­szych lat. Bądź grzeczna i miła, uśmiech­nij się, wypro­stuj. Powiedz ład­nie "dzień dobry", nie poka­zuj humo­rów, zrób to i tamto, tak wypada. Dziś wiele mło­dych kobiet twier­dzi, że to w ogóle nie o nich, bo mają to gdzieś. I nic nie muszą.

Ale sta­ra­nie się za bar­dzo to także per­fek­cjo­nizm. To ten impe­ra­tyw wewnętrzny, który każe nam zwy­cię­żać. Albo ze sobą, albo z innymi kobie­tami. Na przy­kład być zawsze ładną i pożą­daną. Dosko­nale przy­go­to­waną. To każdy moment, gdy czu­jesz, że powin­naś iść spać, bo padasz ze zmę­cze­nia, ale zmu­szasz swoje ciało do wysiłku. Albo do tre­ningu, albo do inte­lek­tu­al­nej walki z samą sobą. Muszę wię­cej, muszę moc­niej. Dam radę. To też moment, kiedy wbrew sobie jesteś dla innych miła. Nie masz czasu, ale poroz­ma­wiasz z kole­żanką, oddasz komuś przy­sługę, poświę­cisz noc, by pomóc.

Tak wiele kobiet musi ogar­niać życie na wszyst­kich polach. "Sta­ram się" to ich dewiza, nawet jeśli uży­wają innych słów: "Trzeba zawsze wszystko dopro­wa­dzić do końca", "Nie wolno się pod­dać", "Lepiej nie robić nic, niż zro­bić coś byle jak". Te kobiety od razu się zorien­tują, że ta książka jest o nich. Matki, które wstają o czwar­tej nad ranem, żeby upiec bułeczki, a potem ćwi­czą jogę, do nocy sprzą­tają miesz­ka­nie albo dom, zawsze orga­ni­zują rodzinne Wigi­lie.

Myśla­łam, że mnie to nie doty­czy. Bo nie jestem kobietą, która musi mieć ide­al­nie czy­sto w domu, musi podać rodzi­nie trzy­da­niowy obiad i wywie­sić pra­nie. Pod wpły­wem roz­mów z Syl­wią Sit­kow­ską zro­zu­mia­łam jed­nak, że muszę mnó­stwo innych rze­czy. Być miła. Wiel­ko­duszna. Rozu­mie­jąca. Muszę zawsze wspie­rać przy­ja­ciół i zna­jo­mych. Muszę być cier­pliwą matką.

Czuję się po książce z Syl­wią tak, jak­bym skoń­czyła naj­lep­szą tera­pię w życiu, za co jej z całego serca dzię­kuję, a wam życzę, żeby­ście po lek­tu­rze poczuły się tak samo.

A oto, co pisały moje kole­żanki na temat tego, jak się sta­rają:

Doro­sły ma zawsze rację, dziecko nic nie wie, zobacz, jak wyglą­dasz, co powie­dzą o tobie inni. Do dziś wal­czę z tym, co powie­dzą o mnie inni, i kom­pen­suję to obse­syj­nym sprzą­ta­niem.

Ni­gdy nie byłam wystar­cza­jąco dobra w tym, co robi­łam. I wciąż mam to w sobie - cały czas umniej­szam wszystko, co wiem, co robię. To się prze­kłada na to, że nie potra­fię zawal­czyć o dobro wła­snego dziecka, bo też widzę wię­cej tych rze­czy na "nie" niż na "tak".

Mam wdru­ko­wane, co się powinno, żeby być w porządku. Powinno się mieć suk­cesy w pracy, sprzą­tać, goto­wać, dbać o sie­bie, być świetną matką, być szczu­płą, jeść zdrowo, mieć czas na swoje pasje. No i jest wielki ból, bo tego się nie da wszyst­kiego. Nie­stety wciąż tego nie prze­wal­czy­łam, dalej się czuję "nie dość". Bo cią­gle w jakimś obsza­rze mi się roz­łazi. A i tak nie­ustan­nie coś robię i ogól­nie to padam na twarz, śpiąc po cztery godziny na dobę. I wciąż robię za mało.

Dopiero nie­dawno nauczy­łam się odpusz­czać, ale mam z tym pro­blem, ciężko mi to przy­cho­dzi. Jak coś robię, to musi być dobrze. Nie umiem po łeb­kach. Ale muszę tro­chę odpu­ścić, bo mój orga­nizm się bun­tuje. Dwa dni temu cukier spadł mi tak, że zemdla­łam, upa­dłam na kostkę bru­kową. Muszę poprze­sta­wiać tro­chę prio­ry­tety, a śred­nio mi to wycho­dzi.

We mnie długo sie­działo prze­świad­cze­nie z dzie­ciń­stwa wpa­jane przez matkę, że muszę, cią­gle muszę być grzeczna, uśmiech­nięta. Pamię­tam, jak szły­śmy cza­sem razem ulicą i mama zoba­czyła jakąś zna­jomą, to od razu mi mówiła: "Tylko ład­nie powiedz dzień dobry". Jak zosta­łam matką, też mnie cią­gle stro­fo­wała. Zresztą do dziś cza­sem to robi, ale już na to nie zwra­cam uwagi. Wycho­dze­nie z tego to był pro­ces.

Wycho­wy­wano nas prze­waż­nie na grzeczne dziew­czynki, pod­po­rząd­ko­wane, z czy­stym domem, zadba­nymi dziećmi i mężem. Męża odpu­ści­łam naj­pierw, duży jest, niech sam o sie­bie dba. Dzieci też już dora­stają, wszyst­kie rozumy poja­dły, to na co im ja? Wie­dzą, że jestem, że mogą na mnie liczyć, ale już prze­sta­łam tak bar­dzo tra­cić na nie ener­gię. Zostały mi dom i robota.

Ja tak mia­łam, a w pew­nych obsza­rach jesz­cze mam. Nie­stety osoba, która cho­ruje na auto­im­mu­no­lo­giczny musizm, cho­ruje nie­jako holi­stycz­nie. Nie jest tak, że w jed­nej sfe­rze sobie odpusz­cza, a w dru­giej nie. Prze­glą­dasz kartki w men­tal­nym note­siku, zatrzy­mu­jesz się na oso­bi­stym ran­kingu prio­ry­te­tów i lecisz od A do Z. Łatwiej będzie mi napi­sać, gdzie nie mam spiny: powiewa mi wiel­kim kolo­ro­wym sztan­da­rem to, gdzie pra­cuję, ile zara­biam i co posia­dam. Nie przej­muję się też zbyt­nio kon­we­nan­sami i tra­dy­cjami. Nie poświę­cam zbyt wielu myśli na to, co wypada, a czego nie. Lecz mam pro­blem z aser­tyw­no­ścią, czego oso­bi­ście nie zno­szę. Czę­sto pra­gnie­nia innych osób przed­kła­dam nad wła­sne. Lubię, jak ludziom jest dobrze, i pono­szę tego koszty. A kiedy odma­wiam, czuję wielki dys­kom­fort. Kie­dyś się nawet śmia­łam sama z sie­bie, że jeśli ktoś mnie będzie chciał napa­sto­wać w parku, to mu przy­grzeję z pra­wego sier­po­wego, bo piąstki mam mię­si­ste i zacne, a zaraz potem spy­tam, czy wszystko OK, czy potrze­buje pomocy. Skąd to się bie­rze? Pew­nie z kom­plek­sów. A skąd się one wzięły? Pew­nie z apo­dyk­tycz­no­ści i suro­wo­ści mojego taty, który zawsze chciał, żebym była na tip-top. A skąd to się wzięło? Pew­nie z jego kom­plek­sów, które wzięły się z tego, że był dziec­kiem "ruskiej" i "Żyda" i dosta­wał regu­lar­nie bęcki w szkole od chło­pa­ków z klasy.

Już i tak jest ze mną o wiele lepiej niż kie­dyś. Cały czas ewo­lu­uję, dora­stam chyba, im wię­cej mam lat, tym mniej się sta­ram.

Chyba dopiero teraz, kiedy nie mogę nad wszyst­kim zapa­no­wać, bo po pro­stu wielu rze­czy nie jestem w sta­nie zro­bić sama, poczu­łam, że mam z tym pro­blem. Nie bar­dzo umiem/lubię pro­sić o pomoc. Zawsze sta­ram się wszystko zro­bić, zapla­no­wać sama. I niby robię to dla sie­bie, ale tak naprawdę chyba zależy mi, żeby to było zauwa­żone. I doty­czy to zarówno domu, jak pracy. Dopiero jak się porząd­nie wku­rzę, to odpusz­czam.

Temat rzeka - dopiero parę lat temu zaczę­łam pewne rze­czy widzieć i rozu­mieć. Żałuję, że nie­które z tych wzo­rów prze­ka­za­łam dzie­ciom. Na przy­kład: trzeba się trzy­mać sztyw­nych zasad, nie zaj­mo­wać za dużo miej­sca, robić miej­sce innym, prze­pra­szać, nie można się roz­py­chać łok­ciami, trzeba innym robić dobrze.

Mimo że potra­fię wyra­zić swoje zda­nie, to w dzia­ła­niach już nie idzie mi tak łatwo, choć od jakie­goś czasu i to pierw­sze odpusz­czam: albo trzy­mam swoje zda­nie dla sie­bie (dopóki nie jestem zapy­tana), albo po pro­stu mil­czę i obser­wuję (ponoć w pracy tak jestem spo­strze­gana - cisza, a jak już mam coś do powie­dze­nia, to raczej z impe­tem).

Jed­no­cze­śnie nie zno­szę zaj­mo­wać miej­sca, przy­cią­gać uwagi, doda­wać komuś roboty. Sama po cichu zro­bię, żeby ktoś inny nie musiał się męczyć. Sobie nałożę na pęk­nięty talerz, a innym dam ładne. Nie zare­kla­muję źle wyko­na­nej usługi, zapłacę, pójdę do domu, popła­czę sobie i zapłacę komuś innemu za poprawkę. Nie chcę spra­wiać pro­blemu, zawra­cać głowy, obcią­żać sobą.

Ale zaczy­nam mieć tego świa­do­mość, więc jak mój mąż bie­rze się do goto­wa­nia albo sprzą­ta­nia, to nie lecę i nie wyry­wam mu już patelni czy przy­sło­wio­wej mio­tły z ręki, niech robi. Potra­fię stwier­dzić, że potrze­buję cze­goś dla sie­bie - fun­duję sobie małe luk­susy (albo i więk­sze, w końcu ciężko pra­cuję, zara­biam).

Zaczy­nam widzieć, że też mam war­tość i prawo do swo­jego miej­sca. I że mi też się coś należy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki