I. Maryla.
Lepsza w kwietniu jedna chwilka,
Niż w jesieni całe grudnie...
Wielcy ludzie mają ten przywiléj czy téż tę niekorzyść, że każdy uważa się za uprawnionego do badania gruntu ich głowy i serca; że każdy radby wiedzieć, jakie pierwiastki złożyły się na utworzenie tego gienijuszu, który podziwiamy. Mówimy tu o miłości. O zagranicznych pisarzach mamy pod tym względem całe foliały, o największym naszym poecie - ledwie kilka kartek.
Jak wszyscy nasi i nie nasi poeci, Mickiewicz był bardzo wrażliwy na urok piękna niewieściego; znamy kilka postaci, ku którym serce jego zabiło przyśpieszonym tętnem, ale najpierwszą i na twórczość poetycką najbardziéj wpływową była niewątpliwie ta, co natchnęła poetę przepysznemi obrazami zawiedzionéj, cierpiącéj miłości w Dziadach.
Jeden z uniwersyteckich kolegów Mickiewicza, Tomasz Zan, wielki wielbiciel płci pięknéj, ku czci której "promionki" swego ducha w najróżnorodniejsze rymy zestrzeliwał, bawił poprzednich wakacyj u przyjaciela swego Michała Wereszczaki w Tuhanowiczach. Jest to wieś w powiecie nowogródzkim, na południe od Nowogródka, w pobliżu Płużyn i jeziora Świteź. Zan zachwycał się bezwątpienia i pięknością jeziora, ale więcéj jeszcze pięknością siostry swego przyjaciela Maryi, którą przezwał, ówczesnym zwyczajem zdrabniania imion, na wzór sielankowych poetów, Marylą. Pisał on mnóstwo wierszy do niéj i o niéj, jako o istocie arcy-poetyckiéj i opowiadał cuda o téj Świteziance. Otóż jadąc do Tuhanowicz na wakacye w r. 1818 namówił i Mickiewicza, ażeby także odwiedził spólnego kolegę i przyjaciela, Michała Wereszczakę. Nasz Adam nie był w owéj porze tak posępny i melancholiczny, jak go sobie czytelnicy Dziadów zwykli wyobrażać; owszem lubił być wesołym, kiedy się znajdował ze swojemi, mianowicie z Zanem, Czeczottem, Malewskim, i "dziwnie przyjemnym" był natenczas. Jego piękna twarz, koralowe usta, namiętne oczy, gęsty hebanowy włos, miły dźwięk mowy, pewność siebie bez zarozumiałości i niepospolita bystrość czyniły tego 20-letniego młodzieńca nader miłym towarzyszem wogóle a témbardziéj na wsi. Do Tuhanowicz przyjechali Zan i Mickiewicz nad wieczorem w sobotę, a więc w dzień Maryi. Gospodarzy w domu nie było; wyszli bowiem na gospodarską przechadzkę w pole. Zan chciał tymczasem pokazać koledze dom i swój dawny pokoik, w którym mieszkał za pierwszą bytnością. Tu ich zajął widok, którego się nie spodziewali. Na poręczach dwu krzeseł, ustawionych w środku pokoju, leżała deska do prasowania; na niéj stos kołnierzyków, chusteczek kobiecych i szeroka różowa szarfa; wyprasowana zaś już i wyświeżona na niedzielę biała sukienka wisiała u drzwi na zawiasie. W pokoiku nie było nikogo, gdyż prasująca dziewczyna dopiero co poszła właśnie po nową duszę do żelazka... Zan utrzymywał nie na żarty, że Adam, nim obaczył Marylę, którą wracającą z przechadzki na pół drogi wkrótce spotkali, już się naprzód w jéj sukience zakochał... Jak silne wrażenie wywarł na 20-letnim studencie ten prosty i tak zwyczajny widok, wiedzą czytelnicy Pana Tadeusza zaraz z początku księgi pierwszéj tego arcydzieła.
Maryla, będąca o rok tylko młodszą od Adama, już wtedy miała konkurenta w osobie Wawrzyńca Puttkamera [dotychczas, opierając się na opowiadaniach Odyńca, utrzymywano powszechnie, iż Maryla była wówczas już zaręczoną; dopiero w końcu r. 1885 syn Maryli, Stanisław hr. Puttkamer, zaprzeczył temu stanowczo w liście do p. W. Bełzy, autora szkicu p. n. "Maryla i jéj stosunek do Mickiewicza" (Lwów, 1885)], zamożnego obywatela z Lidzkiego. Nie należy go sobie wyobrażać wedle niektórych ustępów w Dziadach jako starego bogacza, jako jaśnie pana, który najsłodsze uczucia kochanków goryczą i rozpaczą zatruwał. Jak świadczą znający go zblizka, Lorens (tak go w poufałém gronie nazywano) nietylko z powierzchownéj urody i wewnętrznego nastroju ducha, ale nawet z całego przebiegu i okoliczności życia, był "najpoetyczniejszym typem naszego szlacheckiego młodzieńca, co przecież w niczém, pod względem moralnym, tak w rodzinnych jak w społecznych stosunkach, nie ubliżało dojrzalszemu typowi obywatela-męża". Miał on wówczas lat 24 skończonych.
Nietylko zatém ze względu na "dobrą partyą", ale także zapewne i ze szczerego przywiązania, Marya Wereszczakówna mogła skłaniać swe serce ku Puttkamerowi. Ale wiadomo, jak u nas panny na wydaniu lubią korzystać z czasu, który im do zamążpójścia zostaje, jak lubią rozmarzyć się trochę, zanim przejdą do prozy życiowéj. Maryla żyła w chwili, gdy nawet i do skromnych dworków szlacheckich zachodziły odgłosy usposobienia sentymentalnego, które wśród wyższych klas towarzyskich panowało. Mając serce miękkie i wrażliwe, czytaniem sielankowych wierszy roztkliwione, rada była zapewne spożytkować czas swojéj wolności dziewiczéj na zamianę spojrzeń i słów z poetycznym studentem, ani myśląc oczywiście, żeby to mogło ją do czegokolwiek obowiązywać. Pozostałe dwa urywki listów Maryli do Adama świadczą, że była-to kobieta wychowana w okresie sentymentalności, przywykła używać wyrazów cudzoziemskich i wyrażeń francuskich, ceniąca w utworach poetów czułostkowość przedewszystkiém. Oto jeden urywek, który wybornie pod tym względem jéj usposobienie maluje: "Ponieważ pan przedsiębierzesz tłómaczyć nanowo Wertera; chciejże poprawić w tém dziele wady Getego, który zepsuł złém zakończeniem najpiękniejszy romans. Nadaj więcéj sentymentalności Werterowi, aby ten zakładał swe szczęście w uczuciach serca i był najszczęśliwszym z ludzi, chociaż nie zdawał się nim być w oczach świata. Ja zgadzam się z panem, iż nieszczęścia niektóre są szczęściem, lecz nie dla wszystkich, bo nie każdy jest tego sposobu myślenia, co my". Szczegółów dokładniejszych i perypetyj miłosnych nie znamy. Wiemy tylko, że Puttkamer otwarcie zapytał swego rywala, czy myśli starać się o rękę Maryi, że poeta usunął się dobrowolnie, że ślub Maryli z Puttkamerem odbył się 2 (14) lutego 1821 r. i że poeta pozostał z nowém małżeństwem w równie przyjaznych stosunkach, jak był poprzednio. Pierwsze widzenie się Adama z Marylą po jéj zamęściu nastąpiło podobno dopiero na wiosnę roku 1822 w Wilnie, gdzie poeta bawił wtedy za urlopem i zajmował się ogłoszeniem swoich ballad i romansów, rozgoryczając w sobie boleść zawiedzionéj miłości czytaniem poezyj namiętnych. W domu Puttkamerów bywał dość często razem z przyjaciołmi swemi Zanem lub Czeczottem. Wówczas-to zapewne zaproszony został przez młodą parę do odwiedzenia jéj na wsi, niedaleko Wilna, w Bolciennikach. Wybrał się tam na Zielone Świątki i przepędził czas jakiś. O tych odwiedzinach i wogóle o stosunku swoim do Maryli pisał w tym czasie do jednego z serdecznych towarzyszów: "Dziennik mojego życia i zatrudnień arcy-monotonny i krótki: śpię, a częściéj nie śpię, chodzę wiele, piszę wiersze i komentarze, a raczéj pisałem, bo teraz mnieéj coraz; czas schodził prędko; widziałem się kilka razy z Maryą, bawiłem z nią dwa tygodnie. Jéj widok i rozmowy najwięcéj mnie uspokajają. Co daléj będzie, nie wiem!" W liście zaś do Maryi, pisanym w czerwcu, niebawem po owéj w Bolciennikach bytności, stara się utrzymać ton swobodny: "Z listu Pani... dowiadujemy się, iż po naszym odjeździe Pani byłaś nieco chorą. Powtórzyliśmy z téj okoliczności litanią tylekroć śpiewaną w Bolciennikach, iż należałoby więcéj szanować zdrowie, drogie tylu osobom... Muszę wytłomaczyć się z nierzetelności, za którą tak prędko zostałem ukarany, nie poczuwając się do winy. Ballady moje dawno już byłyby w Bolciennikach, ale dziś ledwo uzyskałem bilet z cenzury. Posyłam tymczasem egzemplarz, jaki mi się nawinął, dla pana Wawrzyńca; inne zaś, przeznaczone dla Pani i dla Tuhanowicza, są jeszcze w oprawie; chyba więc za dni kilka pójdą w drogę. Spodziewam się, iż Panią jeszcze znajdę w Bolciennikach. Przepraszam jeszcze za nudy, których byłem przyczyną, niedobrze wybrawszy książkę do lektury. Dowiedziałem się teraz, iż tłomacz francuski Goethego, oprócz imion, nic w przekładzie nie zostawił; na niego więc spada wina. Tymczasem wdzięczen jestem za grzeczne: chacun son go?t i, jeśli broszurkę moję (tj. ballady) tenże los co Goethego spotka, zamawiam sobie tęż samę ekskuzę... Życzę Pani dobrego zdrowia i wesołości".
W wierszu "Do M..." pochodzącym z tych czasów, pocieszał się poeta tém przeświadczeniem, iż zawsze i wszędzie wspomnienie jego nie odstąpi ukochanéj:
Jak cień tém dłuższy, gdy padnie zdaleka,
Tém szerzéj koło żałobne roztoczy,
Tak moja postać, im daléj ucieka,
Tém grubszym kirem twą pamięć pomroczy.
Na każdém miejscu i o każdéj dobie,
Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił,
Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie,
Bom wszędzie cząstkę méj duszy zostawił.
W tém przekonaniu nie mylił się Adam. Marya i Puttkamer zachowali najprzyjaźniejsze dla niego uczucia, a ulubioną piosnkę białoruską, którą poeta i Maryla śpiewywali razem, zaczynającą się od wierszy:
Da czeres moj dwor, da czeres moj dwor
Da cieciera lacieła...
późniéj wygrywała Marya na fortepianie, sama dorobiwszy nuty, a mąż jéj pięknym swym głosem dalsze słowa piosenki wygłaszał:
Nie dau mnie Boh, nie dau mnie Boh,
Kaho ja chacieła!...
Sama kompozytorka nie brała bynajmniéj bardzo na seryo całéj melancholii tkwiącéj w pieśni i zawsze z tkliwością wielką była dla swego męża, który stał się jednym z najgorliwszych wielbicieli talentu Adama, broniąc go wobec Śniadeckich zarówno w Wilnie jak w Jaszunach, dopóki wszystkich przyjaciół i znajomych na wiarę swoję nie nawrócił.
Cierpienia jednak poety nie umniejszyły się przez to. Lat parę był w stanie nienormalnym; zdrowie mu nie służyło; próbował się rozerwać. W listach do przyjaciół odzywał się nieraz żartobliwie, ale były to próżne usiłowania; serce jego i cały stan duszy podobny był (wedle wyrażenia Zana) do lasu, w którym pożoga przeszła. I Marya również odczuła chwilowo silne skutki tego potężnego uczucia. Zan, który był pośrednikiem pomiędzy obojgiem i korespondencyą im ułatwiał, pisze do przyjaciół na początku r. 1823, kiedy się drukował drugi tomik poezyj Mickiewicza: "Adam cierpko do mnie piszący niegdyś za myśl w rozdziałku wywiedzioną o niestateczności uczuć człowieka, już zaprzestał korespondencyi ze mną, ma tylko z Janem (Czeczottem) drukarską... Marya czasem pisuje, spuszcza się na moje rady i niektóre usiłuje dopełniać; pocieszam ją i rozrywam rozumniejszemi rozdziałami. Byliśmy z Janem u niéj w Bolciennikach całą dobę; jéj stan uniesienia i uczuć bardzo go zajął; ja surowego przed nią udaję a pobłażenie (sic) nieobacznością pokrywam. Nie widzieli się z sobą od listopada i to na dobro; głuche uspokojenie może do harmonii władze przywiedzie". W maju zaś tegoż roku donosił: "Usiłowałem i usiłuję uczuciom Adama i Maryi nadać pogodniejsze dążenie, nie jestem pewny skutku zupełnego, zdaje mi się atoli, że ich cierpienia złagodzone. I z nim i z nią w tym widoku koresponduję; ona mię drogim i dobrodziejem nazywa... Czytałeś Upiora, przeczytasz Dziady; nie wielebym co miał pisać o Adamie; sądzę, że może niewczesne wyjawienie się ze swojemi miłosnemi uczuciami niezbyt pochlebne i przyjemne czyni na wielu wrażenie. W czasie świąt oni byli w Wilnie przez dwa prawie tygodnie; usiłowania moje na uspokojenie poszły w niwecz; nie wiem co daléj, tak to wszystko daleko i nieszczęśliwie zaszło tak, że niegdyś obrońca miłości, ledwobym otwartéj przeciwko niéj nie wypowiedział wojny".
Jakiemi urokami umiała Maryla podbić serce poety - nie wiemy. Więcéj posiadamy danych o brzozie, zasadzonej ręką Mickiewicza opodal owéj sławnéj altany, która była "kolebką i grobem jego szczęścia" - aniżeli o duszy kochanéj przez niego kobiety. A przecież, cokolwiekbądź przypuścimy o ubieraniu kochanek poetów w szaty własnego ich ducha; cokolwiek zechcemy powiedzieć o niewybredności niedoświadczonego, świeżego i niewinnego serca w 20 roku życia; głębokie i długotrwałe uczucie, jakiém Mickiewicz przejęty był dla Maryi, musiało mieć źródło choć nie w przymiotach jéj umysłu, to najniezawodniéj - serca. Jeżeli zdaniem tych, którzy "zimnym cyrklem chcą mierzyć piękności zalety," była to sobie zwyczajna szlachcianka ("at sobie kobieta..."),wychowana wedle sentymentalnego wzorca w zaciszu wiejskiego dworku; jeżeli oprócz Nowéj Heloizy i kilku innych romansów, będących wówczas w modzie jak np. Walerya baronowéj Krüdener, nie zdołała podążyć nawet okiem za orlim lotem poety: - to musiało tam być coś w charakterze kobiety, co braki owe wynagradzało.
W parę lat po smutnéj rozłące, na wiosnę 1823, kiedy go odwiedził Odyniec, poeta deklamował mu tłómaczenie z Byrona: "Pożegnanie Child-Harolda". Słowa: "Czegóż mam płakać, za kim i po kim, kiedy nikt po mnie nie płacze" - przypomniały mu dzieje jego serca; wzruszony, zbladł jak chusta i upadł na ziemię w omdleniu. Kiedy ogłosił drugi tomik swoich poezyj tegoż 1823 r. [w spisie prenumeratorów można było czytać nazwisko: Marya Puttkamer], zwrócił się do swéj Maryi, nazywając ją "siostrą swoją;" przypomniał, że oni pobratani "nie krewnym łańcuchem, ale umysłem i duchem;" prosił ją, "by inném okiem spojrzała w przeminione lata i pamiątki kochanka przyjęła z rąk brata". A gdy w r. 1824 miał się nazawsze z Litwy oddalić, przypomniał w jéj sztambuchu, pod datą 22 października, znane słowa Dantego, że niema większéj boleści nad rozpamiętywanie czasów szczęśliwych wśród nędzy i pod tém mottem skreślił smętny czterowiersz:
Bolesne mię dni błogich wspomnienie spotyka,
Chociaż mię dziś Marya w swój imionnik przyjmie;
Bo gdym do swego Maryą wpisał imionnika,
Wpisałem tylko jéj imię.
Postać Maryi długo, bardzo długo jeszcze przesuwała się przed oczyma duszy poety: w snach i widzeniach zjawiała się jak niebianka - ("więcéj boska, bo więcéj piękną być nie zdoła"); ścigała go wszędzie, czy był w gronie przyjaciół, czy na stepach akermańskich, czy wśród arystokratycznego towarzystwa w Odesie, Moskwie czy Petersburgu, czy wreszcie na szczytach gór Alpejskich... Napróżno starał się rozerwać, napróżno się pocieszał, że, gdy podniesie bardon, "namiętność w zapomnienia pogrąży się toni;" napróżno przyznawał sam sobie, że ten najnieszczęśliwszy, "kto nie kocha - że kochał, zapomnieć nie zdoła...". Jeszcze 25-go września 1829 r. (w jedenaście lat po poznaniu się z Maryą), wstąpiwszy na szczyt Splügen (w Alpach), zamarzył o szczęściu, jakiegoby mógł doznawać, będąc tu razem z ukochaną, i nietyle może z goryczą, ile ze smutkiem wołał:
Nigdy więc, nigdy z tobą rozstać się nie mogę!
Morzem płyniesz i lądem idziesz za mną w drogę.
Na lodowiskach widzę błyszczące twe ślady
I głos twój słyszę w szumie alpejskiéj kaskady;
I włosy mi się jeżą, kiedy się oglądam
I postać twoję widzieć lękam się i żądam.
Co więcéj, jeszcze 2 stycznia 1832 pisząc z Poznania do Ignacego Domejki i wzmiankując o dawniejszym tegoż "smutnym" liście, który odebrał w Rzymie, dodaje: "Było tam kilka słów Maryi. Widok jéj ręki tak mnie upoił, że płakałem jak dziecko. Pierwszy to był płacz od pożegnania się z Czeczottem i Zanem. Nie będziemy już nigdy widzieć się ze sobą. Ale powiedz jéj, że ona zawsze ma w sercu mojém miejsce, z którego nikt jéj nigdy nie usunął i gdzie jéj nikt nie zastąpi".
Całkiem pospolita kobieta tak silnego uczucia wzbudzićby nie zdołała.
Postarajmy się, obok tych nielicznych świadectw, zmozajkować postać Maryli z dosyć znacznych urywków, jakie napotykamy w pojedyńczych poezyach, balladach, sonetach i w Dziadach. Zastrzegam tylko, że obraz będzie niedokładny, ułamkowy.
Co do postaci zewnętrznéj dwa jedynie szczegóły wymienić tu mogę: Maryla miała oczy niebieskie i "złote włosów pierścienie jak zwiędła cyprysu gałązka". Była piękna, bogata (ojciec "pierwszy urzędnik w powiecie"), "tłumem gardziła bez braku," "choć jéj kto kocham mówił po sto razy, nie rzekła nawet i lubię". Jest to rys nadzwyczaj ważny: nie była płochą, zalotną, wyróżniała się od wielkiego ogółu swoich rówienniczek: pozwalała przypuszczać, że za wyższym goni ideałem. Była tak czuła "jako na trawce wiosenne puchy, które lada zefiru zwiewają podmuchy i lada rosa obrywa;" a od cienia smutku ukochanego jéj wesołość gaśnie. Nie składała atoli żadnych przysiąg, nie dawała obietnic; kochanek nawet "przez sen nie miał nadziei". Wprawdzie Gustaw w przystępie obłąkania nazywa ją "wyrodkiem niewiasty;" wyrzuca jéj zaślepienie złotem i "honorów świecącą bańką wewnątrz pustą"; przeklina ją, że "sercem oziębłém, obojętną twarzą, wyrzekła słowo jego zguby;" - ale w chwilach przytomności musi wyznać, że ona była niewinna. Zgrzeszyła może brakiem woli, energii, nie chcąc się sprzeciwiać rozkazowi rodziców; a może téż fatalność tylko należałoby obwinić, że ona kochała go jak brata jedynie, jak przyjaciela... Może kochanek ulegał złudzeniu i oburzał się potém na lubą, że go "chce wciągnąć w rozmowy potoczne, wczorajsze, zawczorajsze i zaprzeszłoroczne..."
Maryla wychodzi za mąż. "Dość było wyrazu, - powiada poeta - ażeby postać godna równać się z niebiany, zamieniła się w posąg z lodu uciosany!" Są-to słowa strony pokrzywdzonéj: przyjmujemy je więc z pewną nieufnością. Chcielibyśmy posłuchać także i Maryli. Niepodobieństwo! - musimy się domyślać. Jesteśmy w ogrodzie. Altana: miejsce pamiętne w dziejach miłości. W oknach pałacu czy dworku światło jarzące. Przemknęło się coś w bieli. To Maryla w sukni ślubnéj. A tam daléj oparty o drzewo stoi kochanek blady, zrozpaczony. Ona zrywa gałązkę cyprysu, podaje smutnemu. "To wszystko, co nam tu na ziemi zostaje" - mówi. Ale to niedosyć. Potrzeba pocieszyć kochanka, wskazać mu jakiś cel wyższy. "Człowiek nie jest stworzony na łzy i uśmiechy" - powiada. Pomyśl o kraju, o ludziach, twoich spółbraciach, pracuj dla nich; zapomnij o swojém zmartwieniu; zważ na to, że w życiu masz spełnić wzniosłe zadanie. "Ta myśl wielka pomniejsze zapały przystudzi..." Gdy wymawiała te słowa, które jéj miłość sprowadzały do znaczenia drobnostki, może łzy zalewały jéj gardło, może przeczuwała, że stanie się głazem. Na razie słowa te odzywały się gorzką ironią w sercu kochanka, bo jéj "tchnienie rozwiało już owe kształty olbrzymie," został się "cienik, mara blada:"
Zrobiwszy mię komarem - mówi - chce zmienić w Atlasa,
Dźwigającego nieba kamienném ramieniem!.."
Słowa Maryli wydawały mu się szyderstwem, chłodnemi i pospolitemi ogólnikami, które się wypowiada w braku słów serdecznych, gorących. Przebaczmy mu; "tak prędko przebiegł gościniec tak długi;" zaledwie uśmiechnęło się szczęście, już je musiał opłakiwać; ze szczytu spadł w głębię. Gdy miną pierwsze paroksyzmy bólu, uzna prawdę słów Maryli i stanie się bohaterem narodu - nie Gustawem już, ale Konradem. Wówczas nie będzie "cieniem lubéj postaci;" - nie zjawi się w noc Dziadów na wezwanie guślarza, na prośbę kochanki, która przyjdzie po latach i pytać się oń będzie. Raz tylko rzuci okiem na błonia wspomnień i ukaże wielką ranę na czole... Kobieta pozna wówczas cały ogrom tego, co straciła; zapłacze strasznie i modlić się będzie do Boga, ażeby jéj ukochanego po drogach życia prowadził... Przeklinać jéj niepodobna; żałować - można. Jaka będzie w przyszłości - nie wiemy; nie radzibyśmy podzielać gorączkowych przypuszczeń Gustawa:
Niewinna, nieznająca, niewiedząca, głucha,
Jaką będzie? - Wstyd mówić, choć mię nikt nie słucha.
Na wywróżenie atoli pomyślniejszéj przepowiedni nie mamy żadnych danych. Za nic ręczyć nie można. W téj dobie życia, w któréj ją poznajemy, jest ona majowym uśmiechem młodości, który zmroził nagle śnieg spadły niespodziewanie. Przed nią lato całe i jesień życia. W głębi jéj ducha odkryliśmy pewne przymioty, które nie pozwalają na hurtowne zaliczenie jéj do gawiedzi bezmyślnwj, pustéj. Nie chcąc się wdawać w szczegóły domowego ogniska, które poeta w rozdrażnieniu "niecném" nazwał, ale które w rzeczywistości zacném było i serdeczném, wolimy widzieć na skroni Maryli (zmarłéj 8 stycznia r. 1864) ów wieniec z polnych kwiatów, który kochanek z pieni nieśmiertelnych uwił, a przy jéj sercu ów listek cyprysu, który w wieczorze rozstania wzajem sobie dali, zaprzysięgając wieczne milczenie... Jakkolwiek smutno pomyśleć, że drogi ich rozeszły się w strony przeciwne; toć przecie wspomnienie potomnych połączy te dwa imiona, i być może, z większém mówić o nich będzie spółczuciem i szacunkiem, niż o obojętnie dumnéj Laurze i napuszenie czułym Petrarce, niż o poddańczo uległéj Heloizie i wstrętnie despotycznym Abelardzie...
Kobieta w rzeczywistości i w poezyi.
Po raz-to trzeci w XIX wieku kobiety nasze i same głos podniosły w sprawie współudziału swego w życiu społeczném i stały się przedmiotem bardzo licznych, bardzo ożywionych a niekiedy i bardzo namiętnych dyskusyj. Każde z tych wystąpień miało swoje charakterystyczne oznaki i każde starało się posunąć choćby o krok tylko naprzód, zarówno kwestyą usposobień i uzdolnień kobiecych, jak i kwestyą praktycznego ich zastosowania w dziedzinie robót i prac ogółu.
Z początku, w chwili najżywszwéj i najrozleglejszéj działalności Klementyny Tańskiej, kobiety nie chcąc się bynajmniéj wychylać poza obręb domowego ogniska, starały się jedynie pozyskać możność i prawo systematycznego kształcenia się wedle skali jak najskromniejszéj, byleby tylko umiały i zdołały kierować rozumnie pierwszemi krokami dzieci, których były naturalnemi wychowawczyniami.
Potém w chwili rozbudzenia się namiętniejszych i szerszych pragnień, w chwili, gdy Entuzyastki z Narcyzą Żmichowską na czele rozumować i pisać zaczęły, żądały one najprzód podniesienia skali swego wykształcenia, by mogły narówni z silniejszą a brzydszą połową rodu ludzkiego pojmować wszechświat, odczuwać jego piękności, rozkoszować się tém, co praca duchowa ludziom zapewnić może; - a powtóre domagały się pewnych swobód towarzyskich jako panny, pewnéj opieki społecznéj jako żony.
Nareszcie, gdy w najnowszych już czasach podniesiono napowrót sprawę kobiecą, okazała się potrzeba dopełnienia żądań powyższych jednym z najważniejszych postulatów - postulatem rozszerzenia zakresu pracy kobiecéj. Po roku zwłaszcza 1864 nietylko spostrzeżono, (bo spostrzeżenie takie łatwem było do zrobienia i dawniéj), ale - co ważniejsza - odczuto konieczność, konieczność nieodbitą, żeby kobieta mogła samoistnie na utrzymanie swe zapracować, nie potrzebując się oglądać na pomoc ramienia męskiego. Teraz więc połączyły się razem wszystkie wymagania dawniejszych rzeczniczek emancypacyi czy równouprawnienia; i w głosach tak kobiecych jak męskich (Anastazya Dzieduszycka, Józefa Dobieszewska, Eliza Orzeszkowa, Edward Prądzyński, Aleksander Świętochowski) wymowny wyraz znalazły. A ponieważ teraz postawiono kwestyą prawdziwie na sztychu, mówiąc o samoistności kobiet, trzeba było wejść głęboko w rozsnucie i rozwikłanie wielu nastręczających się zagadnień, które natury umysłu kobiet, ich charakteru i uzdolnienia do takich czy innych rodzajów pracy dotyczą. Pod tym względem siły miejscowe nie mogły wystarczyć w zupełności; trzeba się było zwrócić do narodów praktycznych po radę w przedmiocie pracy kobiecéj, a do "narodu myślicieli" po radę w przedmiocie psychicznego stanu niewiast: przekładano więc dzieła Wirginii Penny, Jana Stuarta Milla, Leroy-Beaulieu, Edwarda Reicha, pisano dużo artykułów celem objaśnienia i roztrząśnięcia pytań psychologicznych, z przedmiotem dyskusji związanych, spierano się o duszę kobiety i polemizowano nieraz bardzo ostro.
Ani myślę twierdzić, jakoby już przedmiot sporu został dokładnie zbadany; sądzę nawet, że dopiero wraz z istotnym wejściem kobiet na pole pracy produkcyjnéj i samoistnéj nastręczy się możność spostrzeżeń pouczających, doświadczeń mniéj-więcéj ścisłych, które sprawę umysłowości kobiecej rozwikłają i rozjaśnią. Zdaje mi się jednak, że dla osiągnięcia celu, który sobie w tym wstępnym rozdziale zamierzyłem, nie potrzeba się zapuszczać w subtelne kwestye fizyologiczno-psychologiczne, że nie potrzeba wyczekiwać przyszłych ściślejszych badań, które mogą niejednę szczegółową uwagę sprostować, ale rysów ogólnych, jakiemi dzisiejsza nauka kreśli obraz kobiety rzeczywistéj, zmienić już nie potrafią. A o takie właśnie rysy najogólniejsze chodzić nam może w zestawieniu natury kobiety, jaką jest w rzeczywistości i jaką ją przedstawiła poezya nowa, zwłaszcza romantyczna. W zarysie kobiety zarówno rzeczywistéj jak i poetyckiéj mam oczywiście na uwadze nie tyle różnice i odcienie uwydatniające się w jednostkach, a tak ważne i wpływowe w sądach ogółu o naturze niewieściéj, ile raczéj te podobieństwa rodzajowe, jakie wśród najróżnorodniejszych nawet temperamentów, uzdolnień i charakterów zawsze i stale dostrzegać się dają.
Kobieta jako człowiek ma lub mieć może te same myśli, te same uczucia, te same popędy, co i mężczyzna - jeżeli oczywiście w tych samych rozwija się warunkach. Od poważnéj i świętéj matrony, co okiem pełnem spokoju wodzi po dorastającém pokoleniu; do bezwstydnéj ulicznicy, co kłamanym uśmiechem wabi do siebie przechodniów - idzie skala wzniesień i upadków moralnych, uczuć szlachetnych i nikczemnych, pomysłów wielkich i drobnych kaprysów; skala odpowiadająca w zupełności umysłowemu i moralnemu szczeblowaniu u mężczyzn. Jeżeli wielu już powiedziało, że kobieta jest sfinksem, zagadką, tajemnicą; to zdanie podobne należy postawić na równi z tém, które mówi, że serce ludzkie jest niezgłębioną przepaścią. Przyczyna ich powstania jedna: dotąd więcéj się zachwycano lub przeklinano, a mniéj zastanawiano; więcéj powtarzano na wiarę cudzą, mniéj ufano własnéj samodzielności.
Zachwyt czy przekleństwo nie jest rzeczą złą; rozbudza duszę, podnosi ją na wyżyny; ale - przeszkadza jasno myśleć, ściśle rozumować. Kobieta nie jest czémś fenomenalném, coby się spotykało raz na wieków dziesiątki. Przypatrujemy się jéj codzień, co godzina, rozmawiamy z nią, kochamy ją, nienawidzimy lub jesteśmy względem niéj obojętni. Czasami (inni twierdzą, że po większéj części) nie rozumiemy jéj; w znacznéj liczbie wypadków dlatego, że sami siebie dobrze nie znamy; w niektórych dlatego, że nas miłość własna zaślepia; w innych wreszcie dlatego, że nas zwodzi forma objawów jéj duszy. Dwie pierwsze przyczyny pomijamy; są one zbyt rozległe i zbyt powszechne, ażeby w krótkich słowach naturę ich dokładnie określić można; trzecia natomiast wiąże się ściśle z przedmiotem obecnego studyum - musimy się więc w niéj rozejrzeć.
W zwykłym trybie życia niepodobna nam inaczéj zbadać głębi duchowéj człowieka, jak obserwując zewnętrzne jego objawy w giestach i w mowie. Nie możemy jego serca i głowy jak rękawiczki na obie strony wywrócić. Forma objawów warunkuje się wychowaniem. Inaczéj wyraża się dziki, inaczéj wykształcony. Dotąd różnica w wychowaniu mężczyzny i kobiety była przepaścista; nic więc dziwnego, że forma objawiania ich uczuć i myśli jest bardzo różna. Co więcéj utrzymuję, że cała różnica (nie mówiąc na teraz o względach fizyologicznych) wewnętrznéj ich istoty na téj właśnie różnicy formy polega. Złudzeni pozorem, bierzemy kształty zewnętrzne za treść najistotniejszą. Pomaga w tém sama natura rzeczy. Forma raz przybrana, zamieniona w przyzwyczajenie, w nałóg, wpływa na treść objawów, zaprowadzając w niéj modyfikacye, których źródła szukać wypada nie w głębi duszy, ale pozewnątrz niéj. Tworzy się w ten sposób siatka nader misternie spleciona, w któréj nasz umysł się gubi, nie mogąc pojedynczych jej oczek rozwikłać. Rozwikłać jednakże można, trzeba się tylko zastanawiać i mieć cierpliwość. Dla wyjaśnienia rzeczy weźmy najprostszy, codzienny przykład. Miłość uczuwa zarówno mężczyzna jak i kobieta. Odmienne atoli wychowanie przyzwyczaiło ich do odmiennego jéj objawiania. Mężczyzna mówi o swém uczuciu śmiało, wyznaje je pierwszy, rozrządza niejako i panuje nad sercem ukochanéj; objawy u niego nie są dwuznaczne. Przeciwnie kobieta. Jeżeli kocha, nie może naturalnie stłumić słodkiego porywu do tego stopnia, ażeby żadnym nie zdradzić się znakiem. To téż musi wybierać takie, któreby można sobie rozmaicie tłómaczyć. Rumieniec i bladość - jakby u rośliny - oto podwójne okna, przez które dusza kobiety wygląda. Rumieniec przecież zmęczeniem, bladość przestrachem da się nader wygodnie wyjaśnić, nie potrzebując się kompromitować wyznaniem miłości. Możnaby stąd zawnioskować, że kobieta wstydzi się własnego swego serca, kiedy do jego popędów przyznać się otwarcie nie pragnie. Znane są nieporozumienia kochanków z powodu téj dwulicowości w zewnętrznéj uczuć formie. Wiadomo, że to fałsz. Brak śmiałości, brak inicyatywy jest skutkiem cieplarnianego wychowania kobiety a nie - jéj wewnętrznej natury. Wmawiając w nią od dzieciństwa, że jest istotą słabą, niezdolną samoistnie ruszyć krokiem, potrzebującą nieustannéj opieki i nadzoru, łatwo wreszcie przemienić ją w piękną - roślinę.
Takich fałszów psychicznych jest mnóstwo; One są powodem, że kobietę uważają za kobietę tylko, a nie za człowieka. Stąd to pochodzą owe zawzięte krzyki, chcące powstrzymać rozwój równouprawnienia. Jeżeli zaś przyjmiemy za prawdę to, co powyżéj o naturze kobiecéj powiedziałem, możemy być pewni, że ze zmianą wychowania, zniknie ta przepaść, która odgranicza jedne połowę rodu ludzkiego od drugiéj, z tem tylko zastrzeżeniem, że wtedy fizyologiczne różnice muszą otrzymać głos przeważny w sprawie zajęć kobiety, a ściśle z temi różnicami złączone usposobienia duchowe wyznaczą jéj właściwy obręb i stopień wykształcenia. W ich zakresie ona do wszystkiego jest zdolna i wszystkiém być może. Wiele przykładów z dzisiejszego i historycznego życia potwierdza ten pogląd. W każdym zaś razie, mamy prawo uważania kobiety za istotę wszechstronną...
Poezya przedstawia ją ułamkowo. Dla niéj kobieta jest sercem tylko. Namiętność, ożywiająca poetę, przenosi się na przedmioty jego obrazowania. Oświetlona wybuchem wulkanu, niekiedy obryzgana jego lawą, kobieta olbrzymieje: jest anielicą albo jędzą, Dyaną albo Eumenidą.
Wyrazistość jest koniecznym warunkiem powodzenia poezyi. Zdanie to zamieniło się w pewnik estetyczny. Słowo mniéj przyjazne staje się tu ukąszeniem żmii, uśmiech zwykły, pospolity - promieniem słońca, roznoszącym światło po całym wszechświecie... Mówić obojętnie niepodobna; trzeba grzmieć piorunami albo szeptać ciszéj od szmeru lilii, gdy głowę swą ku ziemi skłania. Chcąc zrozumieć poetę, musimy oddychać całą piersią, kochać jego miłością chociażby najszaleńszą, krwawić się jego bólami, rozpaczać całą słabością swéj duszy, dobywać z serca zarówno skarby uczuć najszlachetniejszych jak i najbardziéj wstrętnych, byle tylko dorównać téj skali natężenia umysłowego, jakiéj się od nas piewca domaga...
Kobieta jest punktem środkowym poezyi nowożytnéj. Bez kobiety poezya stałaby się bladą jak suchotnica; niktby się o nią nie troszczył. Odgrywając tak ważną rolę, musi się kobieta przedewszystkiém dostroić do kamertonu wymagań poetycznych. Przez łzy rozpatrywana jest Ofelią ze zwiędłemi kwiaty na głowie; przez różowy pryzmat miłości - Juliettą żegnającą kochanka przy śpiewie słowika; przez powiększające szkło ambicyi - lady Macbeth z ręką skrwawioną, na któréj czerwona plama wiecznie pozostanie... Czy w sercu kobiety drgają spółcześnie rozmaite struny uczuć, czy w głowie jéj są inne kombinacye myśli oprócz tych, które się do przedmiotu jedynego wyłącznego ukochania odnoszą - nie pytajmy; - dla niéj wszystkiem jest świat, zakreślony wzrokiem ukochanego; w nim żyje, w nim kocha, w nim nienawidzi.
Poezya bierze kobietę nie w zwyczajnych warunkach życia, lecz albo w chwili roślinnie niewinnego rozkwitu, albo téż w chwili namiętnego szału. Odrazu stawia ją na wierzchołkowych punktach: kończącéj się wegietacyi lub rozwiniętego życia. Przejścia są tu rzeczą małoważną. Kobieta jest wielką, kiedy rozkoszuje się pączkiem pierwszego żywiéj rozbudzonego w niéj uczucia - bo wtedy kłębek życia się rozsnuwa; i kiedy zawiedziona przeklina i siebie i świat i ukochanego - bo wtedy jest najwymowniejszą, wtedy nabiera głosu człowieka. Powabny jest również smutek dumający pod drzew cieniami przy blasku księżyca; - ale nie przejmuje nas zachwytem: jesteśmy melancholiczni, szyderscy lub obojętni. Kobieta wówczas jest echem tylko słów i myśli ukochanego - o samoistności mówić niepodobna.
Dusza w tym kierunku rozbudzona nie może stawiać odmiennych ideałów. W poezyi są sny złote, przejmujące rozkoszą; ale - niepochwytne. Gonimy je okiem, sięgamy dłonią, przywołujemy sercem - napróżno! Marzymy więc daléj.
Kobieta jest służebnicą, żebraczką miłości, jak ktoś powiedział. Gdy kto jéj uczucia podepce, - kamienieje. Odtąd świat przestaje istnieć dla niéj: albo myśli swe w szalonym śmiechu zamyka, albo grób sobie kopie za życia. Dopóki jeszcze nie utraci zupełnie nadziei, może się stać nikczemną - ale tylko w miłości. Nic ją nie obchodzi godność własna, gadanina ludzi obojętnych, napomnienia spowiednika, łzy matki, rady przyjaciółek. Heloiza idzie do klasztoru, kiedy jéj Abelard rozkaże. Wszystko przebaczy, nawet swoje upodlenie; o wszystkiém zapomni - oprócz o swojém uczuciu. Ono nigdy nie maleje; znika tylko wraz z jéj życiem. We wszystkiém, co mówi, jest natchnienie, we wszystkiém, co czuje, jest potęga. Czyny tylko nie od niéj zależą. Ona jest cieniem ukochanego; jako cień, nie może mieć ruchów dowolnych... Razem z nim skacze w przepaść lub wznosi się na wyżyny; szanuje lub pogardza, zawisa na chmurach idealizmu lub tonie w kałuży zmysłowości.
Wola jej pozostaje zawsze w stanie zarodkowym. Kieruje nią ten, komu się odda. Sama dla siebie sławy nie pragnie, o zaszczyty się nie ubiega; chce być królową tylko jednego małego kraiku - serca. Ubiega się natomiast o kochanka, który jakimkolwiek sposobem stał się znakomitym: kocha oczywiście - trudno nawet czego innego wymagać - natury poetyczne; rozkoszuje się w wierszach, dla niéj pisanych...
Albo - inny obraz. Kobieta cierpi. Cierpienie, męczeństwo jest jej heroizmem. Jedyną jéj bronią są łzy. Niekiedy nawet nie płacze. Smutna, zrezygnowana, staje się ofiarą - bez jęku, bez narzekania. Posągowo biała przesuwa się po ziemi jak zjawisko pozaświatowe. Oczy jéj mgłą zasłonięte; w duszy - spokój grobowy. Kobieta umie się poświęcić. Walki, jakie z sobą stacza, po większéj części są dla nas niewidzialne: kryją się w sanktuaryum jéj serca; na jaw wychodzi już fakt spełniony. Przedstawia się to w sposób bardzo tajemniczy, stokrotnie potęgujący wrażenie. Kobieta chwyta się za serce i pada martwa. Jakaż nas boleść przejmuje na widok tragiedyi bez słów!..
Jeszcze inny obraz. Kobieta została znieważoną w najświętszych uczuciach swoich. Rzuca się wtedy jak pantera (wyrażenie zwykłe w takich razach), chcąc rozszarpać nikczemnika. Sztyletem ze stali lub, co częściéj, sztyletem słowa mści się zniewagi; piorunowém spojrzeniem przybija do ziemi... Nic jéj wtedy nie powstrzyma - przemieniła się w zemstę. Nieubłagana, nieulękła, z rozwianym włosem, targa pęta zwykłéj nieśmiałości, trucizną zaprawia swoje wyrazy, uśmiechem pogardy krzywi swe usta, dokąd wszystkie uczucia się zbiegły, - jest wymowniejszą od najsławniejszych oratorów, wzmiankowanych przez dzieje... Ani jeden odcień namiętności, ani jedno drgnienie serca nie przejdzie napróżno: kobieta je pochwyci i wypowie. Dopóki milczała, łatwo było mniemać, że przebaczy; kiedy myśl swą a raczéj uczucie zaczęła objawiać, trzeba się nawet ze sprawiedliwością pożegnać...
Możnaby przytoczyć jeszcze kilkanaście lub kilkadziesiąt podobnych przykładów, podobnych mianowicie w tém, że główną ich cechą byłaby najzupełniejsza przewaga namiętności we wszystkich słowach, poglądach i sposobach postępowania.
Rzecz naturalna, że poezya, cała przejęta uczuciem, musi bardzo silnie oddziaływać na natury uczuciowe, a zatém głównie téż na kobiety. Przenikając do głębi ich duszy, potrafi poruszać struny najczulsze, wzbudzać w nich pewne wyobrażenia i pragnienia, któreby choć w części odpowiadały idealnym wizerunkom, odmalowanym przez poetów. W pewnych zwłaszcza epokach rozbudzonego życia, do którego wprowadzono nowe żywioły, wpływ ten objawia się w sposób bardzo wyraźny. Nastaje naśladownictwo ideałów poetycznych, posunięte do drobiazgów, nawet do śmieszności. Taką epokę stanowi romantyzm nietylko u nas, ale i w całéj Europie. Wówczas młodzież chciała przemienić rzeczywistość na poezyą: zaczynała reformę od siebie; nastrajała się do tonu opiewanych bohaterów i bohaterek, ubierała się fantastycznie, gorzała niewygasłą miłością do urojonych kochanek i t. p. [Szczegóły zob. u Blepońskiego: "Bigos hultajski" tom IV - u L. Siemieńskiego: "Religijność i mistyka w życiu i poezyach Adama Mickiewicza", str. 16.]. Potém znów fakta, zebrane z życia rzeczywistego, stawały się tematem poetycznych utworów, nadając barwę prawdy - marzeniom... To wzajemne oddziaływanie życia na poezyą i poezyi na życie wytwarza naturalnie pewien stan umysłowy, w którym uwydatniają się dążenia danéj chwili. Niepodobna więc lekceważyć owych ideałów poetyckich; owszem należy sumiennie je analizować i wskazywać zarówno dobre strony, które powinny się stać pobudką do odpowiedniego odtwarzania ich w życiu; jak i ujemne, ażeby przed niemi społeczeństwo ochronić. W ten jedynie sposób może się rozwijać zdrowo każdy organizm społeczny, jeżeli nie chcemy, ażeby się rozrósł nad miarę w jednym kierunku, a wykoszlawił w innych.
Zbierając w jednę całość to, cośmy powiedzieli o stanowisku, jakie kobieta zajmuje lub może zająć w rzeczywistości, a jakie naznacza jéj powszechnie poezya, przychodzimy do następujących rezultatów:
Ogólne wrażenie, jakiego doznajemy przy odczytywaniu utworów poezyi, zwłaszcza romantycznéj, jest takie: Treść kobiety sprowadza się do serca: ono jest jedynym motorem, pobudzającym ją do życia umysłowomoralnego, jedynym sądem, wydającym ostateczne i niecofnione wyroki we wszelkich sprawach życiowych, jedynym przedmiotem, który o chwale lub hańbie kobiety stanowi. Poza sferą serca, kobieta staje się łupem prostaczéj prozy...
Czy na tém poezya poprzestać może, czy poprzestać powinna? Jeżeli poezya ma być artystyczném odbiciem rzeczywistości; jeżeli ma wchodzić w skład czynników życia społecznego - o czém zapewne nikt nie wątpi - to musi oczywiście dawać obraz całkowitéj działalności kobiety, wszystkich dążeń, wszystkich usiłowań, jakie ona przedsiębierze w celu zrównania się z mężczyzną... Uczucie samo, jakkolwiekbyśmy wielki wpływ mu przyznali, nie jest przecież w rzeczywistości całością natury niewieściéj - nie powinno nią być i w poezyi. Szerszy i wspanialszy obejmując zakres, poezya stanie się wszechstronniejszą i żywotniejszą: bo przyczyni się do wyrobienia odpowiednich postawionym ideałom charakterów w rzeczywistości i spełni tym sposobem najwznioślejsze swoje posłannictwo, które od samego początku zawsze jéj przyświecało.
Jakie stanowisko zajmują trzej najwięksi nasi poeci wobec kwestyj dopiero co poruszonych; jakie ideały kobiece sercem ich władały, zmuszając do wyrzeźbienia ich w czarodziejskiém słowie; o ile ideały te dzisiaj nam wystarczają: - oto pytania, które w obecnym komentarzu do znanych i czytanych poematów starałem się, jeżeli nie rozwiązać, to przynajmniéj - bliżéj określić.
Strona uczuciowa Mickiewicza.
Każdy umysł wielki nie zniża, lecz podnosi ku sobie wszystko, co ukocha. Poeta, w którym wulkany uczuć rozpalają wyobraźnię, z tém większą łatwością może gorętszemi barwami obrzucić wszystkie szczegóły swego życia, a zwłaszcza te chwile, w których dwoje serc zgodnie uderzyło. Kobieta wówczas ubiera się w szaty jego ducha i jak królowa wróżek tęczowemi jaśnieje kolory. Po większéj części dzieje się to bezwiednie, wypływając z konieczności organizmu umysłowego; stąd téż gdy nadzieje sięgające w niebo zostaną zawiedzione; gdy marzenia rozproszą się jak mgła poranna: poeci zawodzą namiętne skargi i jeszcze namiętniejsze przekleństwa z piersi swych wyrzucają. Serce się krwawi, własne opłakując złudzenia...
Mickiewicz, którego duch rozjaśniony był całą potęgą myśli świadoméj, chociaż w twórczości swojéj ulegał bezwiednym nieraz bodźcom wewnętrznym, znał tę prawdę i jasno ją określał. Zanurzony w marzeniach, których pierwszą przyczyną (jak sam wyznaje) były książki, "młodości niebo i tortury," roznamiętniony pierwszém budzącém się uczuciem, szukał owej "boskiéj kochanki" -
Któréj na podsłonecznym nie bywało świecie,
Którą tylko na falach wyobraźnéj pianki
Wydęło tchnienie zapału,
A żądza w swoje własne przystroiła kwiecie...
Lecz choćby kto nie wiem jak był przekonany, że na ziemi nie znajdzie ucieleśnionego ideału, szukać go przecież nie przestanie. Potrzeba miłości jest tak potężna, że drwi sobie z przestróg zdrowego rozsądku, biegnąc w pogoń na oślep. Zapominamy o wszystkiém, pragniemy tylko zadowolnić własne swe serce, choćby świat nawet zburzyć przyszło; łudzimy się długo; mara znika - rozpaczamy...
Przeważającym pierwiastkiem w duszy naszego wieszcza było uczucie. Uczucie to okoliczności zewnętrzne w rozmaite kierowały strony. Epoka jego młodości przypada na czas reakcyi religijnéj i przeważnego panowania poezyi romantycznéj. Po wieku encyklopedystów i rewolucyi francuskiéj, kiedy starano się wszelkiemi sposobami wygubić przesądy, kiedy napadano na zepsucie kościoła i nieuctwo duchowieństwa, nastąpiło oddziaływanie w przeciwnym kierunku. Potępiano i wyklinano Woltera, Diderot'a, Volney'a, wolnomularzów, obrzucając ich błotem, nazywając ich - wysłańcami szatana. O ile gwałtownie wyrażała się poprzednio przewaga rozumu, o tyle teraz, działając na serca, roznamiętniano uczucia.
Na szczeréj, pobożnéj Litwie, w zaściankowych zwłaszcza dworkach, niewiele zapewne słyszano o Wolterze i Encyklopedyi. W szkołach atoli ks. dominikanów musiał Mickiewicz posłyszeć pierwsze pioruny na materyalizm i wolnomyślność. Duch staréj pobożności wyniesiony z domu, wsparty ogólnym prądem ówczesnego nastroju umysłowego, działał silnie na wrażliwe jego serce. Wprawdzie na wsi "na wzgórku" czytywał "Russa" razem z ukochaną; ale mowa tu zapewne o "Nowéj Heloizie," któréj głównym tematem jest obrona silnego, szalonego uczucia; - przeciwnego wierze nic tam się nie znajduje. W dzieciństwie ściśle przestrzegał postów, a gdy po raz pierwszy przyjechał do Wilna, ażeby zapisać się na studenta uniwersytetu, "zaszedł najprzód" (jak sam opowiadał Odyńcowi) "do Ostréj Bramy, a wspominając o matce i modląc się z płaczem, we łzach tych właśnie znalazł pociechę i jakby poczucie wewnętrzne, że go Najświętsza Matka przyjęła w opiekę".
Niepodobna, ażeby w uniwersytecie wiara ta nie ostygła. Życie rozrzucone młodzieży, wpływ różnorodnie usposobionych kolegów, kierunek studyów naukowych, wszystko to oddziaływa, wszystko to rozwiewa, zobojętnia uczucia wykwitłe, jak kwiaty, w cieniu domowego zakątka. Ówczesne towarzystwa literacko-naukowe dosyć obojętnie względem religii się zachowywały, dbając tylko o podniesienie moralności i rozszerzenie światła. Na poparcie tego twierdzenia mamy świadectwo w scenie studenckiéj w III-éj części "Dziadów" - jak również w liście Odyńca do Lucyana Siemieńskiego. W każdym jednak razie wiara, jako skierowanie myśli ku Istocie najwyższéj, tajemniczéj, głęboko się wyryła w umyśle poety, témbardziéj, że z drugiéj strony uczuciowość wogóle podbudzona została panującą wówczas poezyą romantyczną.
Romantyzm pomiatał rozumem a zwłaszcza zdrowym rozsądkiem, który uważał za pachołka ludzi płaskich, niewiedzących, co to polot duszy. Serce było jego kościołem, trybunałem, ostateczną we wszystkiém wyrocznią. Kto popędom jego bezwarunkowo się nie poddawał, był "szkieletem człowieka, kamieniem". Nauki obrywały skrzydła fantazyi, nie dozwalały rozwijać się przyrodzonemu gieniuszowi - zostawiano je mólom. Romantyzm łączył się chętnie z katolicyzmem, o ile ten nie tamował fantastycznego rozwoju myśli i o ile obrzędami swemi dając karm wyobraźni, mógł służyć za wyborne malownicze tło dla obrazów poetycznych.
Mickiewicz miał z początku zamiar uczęszczać na wydział matematyczny; lecz niebawem uczuł się nie w swoim żywiole wśród znaków algiebraicznych; - przeniósł się więc na wydział literacki. Nie od razu się tu zapoznał z literaturą romantyczną; pierwotnie musiał się łamać z suchemi regułami rutyny klasycznéj. Nie odpowiadały one oczywiście naturalnemu pociągowi poety, nie zadawalniały jego strony uczuciowéj; to téż z całym zapałem człowieka, który długo szukał jakiéjś prawdy żywotnéj, oddał się balladowaniu: uwierzył w duchy i upiory, w niezależność i bezwarunkowość wymagań serca, w zbyt szczupłe granice naukowego badania. Przeciwstawiając się kierunkowi fizyczno-matematycznemu, który Jan Śniadecki naówczas w uniwersytecie reprezentował i rozwijał, wystąpił wprost z oświadczeniem odmienném. Nie eksperyment, nie mikroskop, nie retorta; ale zespolenie się z przyrodą, z ludźmi, może odkryć wielkie prawdy:
Czucie i wiara silniéj mówi do mnie,
Niż mędrca szkiełko i oko...
Niezadowolnienie z prawd suchych, martwych, matematycznie wykreślonych, wypowiada poeta z siłą, z przesadą nawet, unosząc się w świat fantastyczny. "Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu" [porównaj słowa Goethego w Fauście: Das Wunder ist des Glaubens liebstes Kind.] - woła z zapałem do badacza, robiąc alluzyą do Śniadeckiego ("Widzisz świat w proszku, w każdéj gwiazd iskierce..."). Jedyną zasadą, jedynym przewodnikiem po ciemnych zaułkach życia ma być uczucie: "Miéj serce i patrzaj w serce!" [Por. słowa Goethego w Fauście: Doch werdet ihr nie Herz zu Herzen schaffen, Wenn es euch nicht von Herzen geht]. W zapale robi porównanie śmiałe, choć może niezupełnie sprawiedliwe: "Jak wilk - powiada, zwracając się do ludzi zwykłych, prozaicznych - lub jak astronom patrzają na niebo..."
Uczuciowość pod wpływem romantyzmu przemienia się w sentymentalność, sentymentalność, którą Mickiewicz ironicznie przedstawił późniéj w Panu Tadeuszu (postać hrabiego i Telimeny). Stąd w początkowych utworach tyle płaczliwości i sielanki, że Mickiewicz w jednym szeregu zestawia trzy osobistości: pasterza, kochanka, poety; a opisując swój romans z Marylką, opowiada z całą prostotą, ale i z całą naiwnością młodzieniaszka, że z lasów przynosił jéj kwiateczki, jagody; a ona ze zdrojów, stojąc przy nim, "wywabiała wędką srebrnopiórego karpia, pstrąga z krasną cętką..."
Uczuciowość pod wpływem romantyzmu i wiary przemienia się w mistycyzm i zabobon. "Jednakowa nam gwiazda świeciła w powiciu" powiada poeta w IV-téj części Dziadów. Mickiewicz miewał liczne widzenia, silnie wierzył w przeczucia i przepowiednie, marzył o mistycznym dusz połączeniu:
Dwa serca pałające na dwu krańcach ziemi
Rozmawiają, jak gwiazdy promieńmi drżącemi...
Niepodobna więcéj nawet po mistyku wymagać. Tak było z samego początku - i tak się téż przy końcu życia przedstawił Mickiewicz. Pośredni atoli okres, w którym najznakomitszy powstał utwór (Pan Tadeusz), jest harmonijném połączeniem wiedzy i uczucia, rozumu i serca. Nie rozwijamy myśli téj bliżéj - gdyż jest ona kwestyą odrębną. Wracamy do dalszego określenia jego strony uczuciowéj.
Odciąwszy młodzieńcze wybujałości, które nigdy u Mickiewicza treści [kładę nacisk na treść, gdyż pod względem formy całe Dziady są obrazem wpływu romantyzmu i wiary] większych utworów nie stanowią, znajdziem w naszym poecie serce czułe ale nie chorobliwe, więcéj zamknięte w sobie aniżeli gadatliwe, raczéj dumne niż rozpaczające. Nie konwencyonalna blaga, nie latanie po obłokach, ale szczerość i prawda uczucia - oto najgłówniejsza charakterystyka umysłu Mickiewicza. Przychodził do ludzi z sercem otwartém; mówił, co myślał; - to téż srogo się nieraz zawodził. Ukochanéj swojéj egzotycznych kwiatów do skroni nie przypinał; wieńce jego proste i zwykłe - jak przyroda kraju naszego. Fałszu nie znosił; naciąganiem i przesadą się brzydził. Jeżeli kiedy zadaleko się zapuszczał, to polot ten w dobréj rozpoczynał wierze; serce gorące a spragnione piękna i prawdy nasuwało mu myśli wielkie, szlachetne zawsze, niekiedy tylko dziwaczne.
Nie lubił umieszczać uczuć swoich w dobrze zakorkowanych słoikach, jak lekarstwo w aptece; jeżeli kochał, kochał całą potęgą uczucia; jeżeli nienawidził - przeklinał lawą słów piekących jak rozpalone żelazo. Poddawał się uczuciu całkowicie, bez podziału: nie rozumiał i nie chciał rozumieć strategii kobiecéj, nakazującéj względy dla wszystkich, byle tylko miły spokój zachować. Nie znał półsłówek; nie zatruwał niemi życia ani sobie ani innym. Potężny w miłości, potężnym był w rozpaczy - duch jego przebiegał całą skalę uczucia.
Oto namiętny głos oburzenia na zwodniczość płci pięknéj, a zarazem głos niczém niezwalczonéj miłości:
Kobieto! puchu marny! ty wietrzna istoto!
Postaci twojéj zazdroszczą anieli,
A duszę gorszą masz, gorszą niżeli...
Przebóg! tak ciebie zaślepiło złoto
I honorów świecąca bańka wewnątrz pusta!
Bodaj!... Niech, czego dotkniesz, przeleje się w złoto,
Gdzie tylko zwrócisz serce i usta
Całuj, ściskaj zimne złoto!..
Ja, gdybym równie był panem wyboru
I najcudniejsza postać dziewicza,
Jakieéj Bóg dotąd nie pokazał wzoru,
Piękniejsza niźli aniołów oblicza,
Niźli sny moje, niźli poetów zmyślenia,
Niźli ty nawet... oddam ją za ciebie,
Za słodycz twego jednego spojrzenia!
Ach, i gdyby w posagu
Płynęło za nią wszystko złoto Tagu,
Gdyby królestwo w niebie:
Oddałbym ją za ciebie!
Najmniejszych względów nie zyska ode mnie,
Gdyby za tyle piękności i złota
Prosiła tylko, ażeby jéj luby
Poświęcił małą cząstkę żywota,
Którą dla ciebie całkiem poświęca daremnie;
Gdyby prosiła o rok, o pół roka,
Gdyby jedna z nią pieszczota,
Gdyby jedno mgnienie oka:
Nie chcę! nie! i na takie nie zezwolę śluby!.. - -
A ty - sercem oziębłém, obojętną twarzą
Wyrzekłaś słowo méj zguby!..
Uczucie poety, ponieważ jest głębokie i prawdziwe, objawia się nazewnątrz wstydliwością niemal dziewiczą:
Ach! ja tak ją na martwym ubóstwiam obrazku,
Że nie śmiem licem skazić jéj bezbronnych ustek...
I gdy dobranoc daję przy księżyca blasku,
Albo jeśli w pokoju lampa leszcze płonie,
Nie śmiem rozkryć mych piersi, z szyi odpiąć chustek,
Nim jéj listkiem cyprysu oczu nie zasłonię.
Równocześnie atoli z tą wstydliwością łączy się u Mickiewicza silne poczucie dumy męskiéj, które nie pozwala mu na wzór wielu płaczliwych kochanków jęczeć tylko i wyrzekać, lecz wkłada mu w usta wyrazy energią brzemienne, zapowiadające, że lubo w poezyi uważa się kochanek za "cienik blady" swojéj ukochanéj, w rzeczywistości przecież potrafi przebyć przesilenie miłosne bez ostatecznego szwanku:
Stój, stój, żałośne pisklę! precz, wrzasku niewieści!
Będęż, jak dziecko szczęścia umierając szlochał?
Wszystko mi, wszystko niebiosa wydarły,
Lecz reszty dumy nie mogą odebrać!
Żywy, o nic przed nikim nie umiałem żebrać,
Żebrać litości nie będę, umarły...
Zapomnieć o ukochanéj nie może, bo pamięć pozostaje na rozkazy głucha; ale nie chce wydawać się zrozpaczonym. Stąd pochodzi prośba, którą Gustaw z IV części "Dziadów" zanosi do księdza, ażeby nie wyjawiał kochance rzeczywistego powodu jego samobójstwa, lecz wyszukał jakiś pozór, świadczący, że zawiedziony już o niéj nie myślał:
Słuchaj ty... Jeśli kiedy obaczy...
I jeśli ciebie zapyta,
Pewna nadludzka dziewica... kobiéta,
Z czego umarłem?... Nie mów, że z rozpaczy,
Powiedz, że byłem zawsze rumiany, wesoły,
Żem anim wspomniał nigdy o kochance,
Że sobie grałem w karty, piłem z przyjacioły...
Że ta pijatyka...tańce...
Że mi się w tańcu... ot... skręciła noga...
Z tego umarłem...
Z innego rozpatrując punktu, uczuciowość poety jest czysto-ludzka: nie błądzi on po zaczarowanych krainach mrocznego idealizmu, który zapomina zupełnie o ziemi; ale téż nie pozwala swym myślom tarzać się w kale cynizmu i brudów. Wie o tém, że organizm cielesny jest podstawą naszego bytu; nie gardzi więc szczegółowym opisem nietylko jego samego, lecz nawet pokrywającego go ubrania. Wzmianki te atoli idealizując, podnosi do sfer wyższych czy to pojedyńczym przymiotnikiem czy całą treścią utworu. Stąd wynikają takie zestawienia, jak: "twarz boska," "piersi jak jabłuszka mleczne," "śnieżne piersi," "lice bielsze od mleka, z czarną rzęsą powieka," "piersi twarde jak gruszki a tak małe ich nóżki, że za trzewik dziewczynie swawolnéj, często służy kwiat pewny, zwany trepkiem królewny, kwiat nie większy od lilii polnéj" - i t. p.
W rozwinięciu szczegółów i przebiegu miłości, obok rozkoszy czysto duchowych: rozmowy, wspomnienia, nie zapomina również o prawach, któremi nas ziemia do siebie przykuwa. Lubi wystawiać kochanków "zawsze samotnych, zawsze z sobą w parze," wie, że można "z ustek różanych i z liców rumianych słodycze wysysać"...
"Dobranoc! obróć jeszcze raz na mnie oczęta,
Pozwól lica. - Dobranoc! Chcesz na sługi klasnąć?
Daj mi pierś ucałować! - Dobranoc! - zapięta..." -
woła do kochanki na pożegnanie. Wybornie scharakteryzowana ludzka natura i ludzkie uczucie! Nie jesteśmy aniołami; anielskiego téż idealizmu zachować nam niepodobna.
Uczucie zazdrości o lubą silnie w nim przemawia. Chce sam napawać się obecnością kochanki; nie cierpi wizyt, które przerywają chwile upojenia; pragnąłby się ich pozbyć na wszelki sposób:
Gdybym mógł, progi wilczą otoczyłbym jamą,
Stawiłbym lisie pastki, kolczate okowy,
A jeśli niedość bronią, uciecbym gotowy
Na tamten świat, - stygową zasłonić się tamą.
Zazdrość jego wchodzi w najdrobniejsze szczegóły; bo "drogo każda kupiona pieszczota, na wagę duszy, pokojem żywota".
Idealizm, ów idealizm opiewany przez Petrarkę, niedbający o to, że jego ukochana jest już podżyłą kobietą, ma męża i cieszy się liczną konsolacyą, pragnący jedynie harmonii dusz, zgodności serc, wspomnień raz na rok lub na lat kilka; idealizm słowem chorobliwy, choć naturalny, powstaje naówczas, kiedy niema już żadnéj nadziei zostania szczęśliwym z kochanką, kiedy zgodzić się musimy na wszystko, co siła nieubłaganych okoliczności w ręce nam podaje. Jest to chwila, w któréj lecący w przepaść chwyta się za krzak cierni, nie bacząc, że dłoń sobie rozkrwawi, byle tylko unieść życie. Brak punktu wyjścia przystać nam każe nawet na najuciążliwsze warunki, chociaż w głębi serca zachowamy żal głęboki i to przekonanie, że miłość nasza dostała się w ręce skąpca. Wtedy nazywamy ciało "podłém;" przyznajemy, że nam nic nie obiecywano, nic nie przyrzekano, że sami sobie musimy winę przypisać; prosimy już tylko o wyznanie, że "Bóg poślubił nam duszę" kochanki; - ale pomimo to wszystko, pomimo wyrazów zewnętrznie zupełnie zadowolnionych, dusza nasza oburza się i woła:
Wierzaj, są oświadczenia nawet bez wyznania,
Są obowiązki, nawet bez obowiązania...
Idealizm więc ów u natur silnych, zdrowych, jest fazą tylko przejściową; nigdy on nie opanowywa duszy całkowicie, nie pochłania jéj działalności. Po przejściu téj fazy albo tępiejemy zupełnie, albo wracamy do warunków normalnych, albo téż stajemy się bajronistami. Mickiewicz po napisaniu IV-éj części "Dziadów," w któréj ów idealizm dochodzi swego apogeum, skierował swą czynność ku rzeczom realniejszym, mającym za przedmiot nie jednostkowe, ale ogólne znaczenie ("Konrad Wallenrod," "III część Dziadów," "Pan Tadeusz").
Tu występuje nanowo owo czysto-ludzkie uczucie w połączeniu i w pokrzyżowaniu z ogólnemi sprawami kraju. [Po bliższe szczegóły odsyłam do następnego rozbioru pojedyńczych postaci.].
Jeżeli więc weźmiemy na uwagę wpływ czynników takich jak religia i romantyczność, które na czas pewien zmieniły i nieco chorobliwą uczyniły naturę uczuć Mickiewicza; jeżeli uwzględnimy idealizm, najzupełniéj zgodny z przyrodzonym rozwojem naszych namiętności, w takim duchu, w jakim go powyżéj przedstawiłem, - to zgodzić się musimy, że największy wieszcz nasz był realistą i to realistą prawdziwym w przedstawianiu tych poruszeń, jakie sercem ludzkéem miotają. Uzasadniając moje twierdzenie, przytoczyłem dowody i w dalszym ciągu pracy niejeden jeszcze się wykaże. A co się tyczy przekonania, czy mroczny, niewiedzący o sobie idealizm, lepszym jest od zdrowego, naturalnego realizmu, który traktuje wszystkich nie jak aniołów ani jak szatanów, ale jako ludzi: - odzywam się do tych, którzy miłują ludzkość taką, jaką jest, a pragnąc polepszenia, szukają środków zaradczych jedynie na ziemi - i zapytuję ich o wielkość poety, którego kochają i rozumieją...
Przypatrzmy się teraz tym postaciom kobiecym, które poeta przed oczyma naszemi przesuwa; zapytajmy o zagadkę ich ducha; zobaczmy, jak kochają, smucą się i rozpaczają; a aureola przeszłości, otaczająca promienne ich głowy, niech nam będzie miłą, najdroższą choćby pamiątką, którą przez życie całe zachowujemy; niech nam atoli nie przeszkadza w sprawiedliwéj ocenie tego, co wieszcze podają. Czcijmy i szanujmy; ale nie bądźmy bałwochwalcami...
III. Grażyna.
Północ. Ciemno; księżyc tylko opromienia ziemię. Ruch jakiś w ponurém zamczysku, które stanowi dla nas przedmiot sennych rozmyślań jak średniowieczna legenda. Było-to przed wieki, śród pogańskiéj Litwy. "Na lewém skrzydle zamkowéj budowy" - ukazuje się oblana nie promieniami księżyca, lecz cieniem przez wieżyce rzuconym "córa możnego na Litwie dziedzica, z cór nadniemeńskich pierwsza krasawica". Rysów jéj dokładnie odróżnić niepodobna; wyniosła tylko postać silnie się odznacza. Musimy się całkiem powierzyć jasnowidzeniu poety. Schodziła ona "pod lat niewieścich południe," łącząc na swéj twarzy wdzięki dziewicy i matrony: zadziwia powagą, a nęci świeżością.
...Kwiat młodego nie stracił rumieńca
A razem owoc wnet pełni dorośnie...
Wzrost jéj dorównywa wzrostowi małżonka (Litawora), przymiot niezmiernie ważny w czasach przewagi siły brutalnéj: nadawał on znaczenie i poważanie tym, którzy go posiadali; prawie był nieodłączny od pojęcia władzy książęcéj, czy królewskiéj:
Książęca para, kiedy ją okoli
Służebne grono - jak w poziomym lesie
Sąsiednia para dorodnych topoli
Nad wszystkich głowę wystrzeloną niesie.
Zgodnie z temi warunkami fizycznemi przedstawia się jéj usposobienie moralne. Igłą, wrzecionem, "niewieściemi" wogóle "zabawami" gardziła, a silną dłonią chwytała za oręż i harcowała na koniu:
Często - myśliwa - na żmudzkim rumaku
W szorstkim ze skóry niedźwiedziéj kirysie,
Spiąwszy na czole białe szpony rysie,
Pośród strzelczego hasała orszaku.
Ciało silne, zdrowe, znosiło niewygody i nie lękało się dotknięcia twardéj zbroi ówczesnéj; a duch niepodległy i wielki zwalczał wszystkie trudności. Dla niéj nie było nieprzystępnego przedmiotu; wraz z mężem dzieliła naprawdę rządy nad ludem. Nic się bez jéj rady obyć nie mogło - owszem słowo jéj było przeważne zarówno w sprawach pokoju jak i wojny. Nie szukała atoli stąd chluby żadnéj: nie przechwalała się, wzorem innych niewiast, przewagą, jaką nad umysłem męża posiadała, przekonana, że ubliżałoby to książęcéj jego godności.
Rozsądna, trzeźwa w swoich poglądach, zna świat doskonale; rozumie, że niekiedy "lot młodych ludzi" podnosi ich chęci ponad "słuszność lub możność," i że wtedy potrzeba czekać, aż "czas i cicha uwaga" rozjaśni myśli, przystudzi zapały... "Pierzchliwe słowa niepamięć zagrzebie" - powiada do starego rycerza, niepokój jego hamując. Umie panować nad sobą; spokoju w głosie i twarzy nie traci nigdy - możnaby nawet powiedzieć, że jest zbyt zimna, zbyt marmurowa.
Nie byłoby to jednak zgodne z prawdą.
Pomimo owych przymiotów męskości, o których mówiłem, jest w niéj usposobienie czysto-kobiece, najlepiéj wykazujące się w chwili działania. Kiedy przyszło do zatargów pomiędzy synami jednéj ziemi, spokrewnionemi ze sobą; gdy krew o kawał gruntu przelewać się miała; gdy mąż wezwał na pomoc nienawistnych krzyżaków: - ona, zgodnie ze swym charakterem, energicznie przeciw tak smutnemu objawowi powstaje, ale w motywach jéj postępowania gra rolę po części próżność:
Nie chcę, ażeby po Litwie gadano,
Że brat na brata następował zdrowie,
Wziął gardło lub dał za Grażyny wiano -
powiada na wieść o mających nastąpić układach z Zakonem, który chrzcił i łupił Litwę... Nie chce, by jéj wiano, by ona sama stała się przyczyną krwi rozlewu, ale dlaczego? - ażeby o tém nie mówiono w kraju... Myśl szlachetna - podszyta skrawkiem obrażonéj próżności... Rzucając to spostrzeżenie, nie chcemy ubliżyć Grażynie: ściśléj ją tylko charakteryzujemy. Grażyna nie jest niebianką, ale - kobietą.
Toż samo i w dalszém postępowaniu. Rachuje ona wiele na swoje wdzięki, na prośbę, na uśmiech - ale rachuje także na zwłokę: jedna chwila nic u niéj nie rozstrzyga.
Gdy przyjdzie niebezpieczeństwo stanowcze, nie znajdzie jéj przygotowaną. Wydała np. rozkaz, ażeby oddalono posłów krzyżackich, pomimo że mąż na to nie zezwolił; a gdy rozjątrzeni Niemcy byli już blizko miasta, które chcieli zdobyć szturmem, pyta się giermka: "Kędyż są posłowie?" - na przypomnienie zaś danego rozkazu, przyznaje mu słuszność i robi uwagę: "jakże to wszystko z głowy mi wypadło..." Są to rysy natury kobiecéj, wybornie pochwycone.
W normalnych warunkach życia była ona "panią swojéj postaci;" w dziwnie splątanych okolicznościach, grożących burzą straszną "pomieszanie, widne w jéj osobie, do ust wyrazy nieporządne kładło." Wprawdzie trwało to chwilę tylko; ale zawsze istniało. Poeta, nie zważający na rzeczywiste fakta życiowe, byłby pominął te chwilowe nawet słabostki, ażeby bohaterkę swoję utrzymać ciągle wśród bengalskiego ognia wielkości; Mickiewicz - realista postąpić tak nie mógł: trzymał się natury.
Czas naglił. Trzeba się było decydować. Grażyna przebiera się w zbroję męża i choć "nierównym stąpa krokiem;" choć "drżąc z rąk giermka bierze łuk i kołczany;" choć "miecz nawet" wiesza "ponad prawym bokiem;" - staje na czele szyków i idzie na wroga. Walczy mężnie, ale bezskutecznie: "bezwładna szabla po pancerzach dzwoni, albo się zwija, odbita żelazem;" nie umie wydawać rozkazów: "wojsko bez sprawy ladajako puszcza." Kula ze strzelby komtura trafia ją w piersi. Mąż zapóźno przybiega; pomścił tylko jéj śmierć na komturze.
"Przebacz mężu! pierwsza i ostatnia zdrada!" - takiemi słowy żegna świat i ukochanych.
"Niewiasta z wdzięków - a bohater z ducha!" - oto pochwała, jaką uczcił mąż płonącą na stosie, starożytnym Litwinów obyczajem. Słowa te atoli za zbyt słabe uważał: nie wypowiadały one wszystkiego; stracił w niéj życie swoje - nanic mu się już ono nie zdało.
....bieży na stos, upada na zwłokach;
Ginie w płomieniach i dymu obłokach.
My bezstronniejszemi być musimy. Poeta ukazał nam Grażynę na chwilę tylko; nie wyśpiewał całéj jéj duszy; jeden jéj czyn opromienił gwiazdami natchnienia...
Podziwiając siłę woli i to niezważanie na przeszkody piętrzące się jak alpejskie lodowiska; ceniąc męskość postanowienia, widzimy w niéj przecież zbyt wielkie w sobie zaufanie, zbyt może kapryśny targ z losem ludzi, od niéj zależnych. Nie lekceważenie życia, nie mogiła rozpaczliwych usiłowań jest ideałem naszych dążności; lecz rozumne chociaż serdeczne rozrządzanie temi środkami, jakich nam przyroda i społeczeństwo do ciągłego rozwoju dostarczają...
II. Żywila. - Córka Tuhana.
Pierwsza miłość poety nietylko pozostawiła w jego utworach bezpośrednie wspomnienia, ale nadto stała mu się pobudką do przenoszenia marzeń i myśli o niéj w postaci kobiece, którym nadaje odrębny, samoistny charakter i każe działać wśród różnorodnych warunków otoczenia i czasu.
Najpierwszém wcieleniem myśli o Maryli była postać Żywili w powiastce pod tymże napisem ogłoszonéj w lutowym zeszycie "Tygodnika Wileńskiego" z r. 1819. Nietylko imiona tu rymują z sobą, ale i niektóre szczegóły przypominają stosunek Mickiewicza do Wereszczakówny. Bohater nosi nazwę herbową poety, Poraj; jest on w porównaniu z księżniczką Żywilą biednym rycerzem tak jak szlachcic zaściankowy, Mickiewicz, w porównaniu z możną i bogatą rodziną Wereszczaków. Rzecz się dzieje w rodzinnych stronach poety i Maryli, w Nowogródzkiem. Czas zdarzenia przeniesiony do téj epoki, kiedy Litwa była jeszcze pogańską.
Żywila jest ideałem wiernéj miłości, ale zarazem ideałem bohaterstwa i poświęcenia uczuć jednostkowych, kiedy tego dobro ojczyzny wymaga.
W Nowogródku, Słonimie i Lidzie panował niegdyś możny i potężny książę na imię Koryat, który miał córkę jedynaczkę, "arcy-nadobną niewiastę," będącą, "w szczególném zamiłowaniu u sług i poddanych swoich," ponieważ rada "ubogie ludzie wspierała", a srogi umysł ojca łagodziła. Zwano ją Żywilą, "to jest Dyaną; gdyż i gładkością prawie cudną boginiej tej równała się i myślano pospolicie, iż ku małżeńskim ślubom znaczne wstręty miała; bo gdy książęta a pany możne z dalekich stron przysyłali posły, upraszając ją sobie ku małżeństwu, wszystkim stale wzbraniała się; stąd wieść szła, iż w panieńskim stanie do końca żywota być chce". [Cała powiastka pisana jest językiem i stylem, naśladującym polszczyznę wieku XVI; dla charakterystyki zachowuję wydatniejsze formy].
Istotnym wszakże powodem téj odpornéj postawy księżniczki względem licznych zalotników, była głęboka miłość dla Poraja, "męża z rycerskiém sercem, który przez swe wyśmienite przewagi wojenne mocno był księciu Koryatowi spodobany" i podczas jego niebytności rząd nad całém państwem sprawował. Z miłością tą jednak ukrywać się musiała Żywila, pewna będąc, że ojciec na związek jéj z ubogim rycerzem nie zezwoli. Kochankowie zatém musieli "tajemne schadzki miewać, gdzieby miłości swoje wynurzali i wzajemnie się pocieszali".
Książę Koryat wróciwszy z wojny, ujrzał swą córkę wielce zmienioną. "Ony łzy, ony wzdychania, ony bladości, ony lękania się i drżenia ustawiczne przed ojcem, dały mu wszystko jako było, wyrozumieć". Dumny, a bezwzględnie surowy książę zgromił swe dziecię, mówiąc: "Córko odrodna! na to cię przywiodła rozpusta a wszeteczność, iż zhańbiłaś na wieki dom ojcowski; idź precz zprzed oblicza mego; i ty i kto cię na tę niecnotę zaprawił, śmiercią okrutną pomrzecie".
Napróżno jednak obiecywał bogatą nagrodę temu, ktoby imię "gamrata" księżniczki wykrył; daremne były wszystkie jego "posłuchy i śledzenia". Sam Poraj "pokątnie nieszczęścia swego płakał," ale na dworze "w wesołą twarz ubrać się umiał," tak iż żadne nań nie padło podejrzenie. Żywila zaś pomimo gróźb ojca statecznie w cierpliwości trwała, nazwiska kochanka wydać nie chcąc. "Ojcze mój - mówiła - znam, iżem winna znacznéj winy; karaj mię, otoć jestem; znam, iżem niegodna znaleźć u ciebie miłosierdzie; przedsię drugiéj duszy niewinnéj gubić z sobą nie mogę, abych ciężéj jeszcze bogów nie obraziła". A chociaż ojciec plan zmienił i pochlebstwem, jedwabnemi słowy chciał tajemnicę wydrzeć z serca córki, ona i wtedy wytrwała, milcząc, łzami i szlochaniem tylko odpowiadając. Wówczas książę Koryat, uniesiony gniewem, "kazał jedyną córkę swoję w łańcuchy wsadzić i do lochu pod straż wrzucić, skąd miała być niedługo wywiedziona ku traceniu".
Wtém Iwan, kniaź ruski, pustosząc Litwę, podciągnął pod Nowogródek, w przeddzień świąt Peruna, kiedy miano tracić Żywilę. Poraj dał wówczas dowód swéj dzielności, wroga na głowę poraził, a sądząc, że czas był najstosowniejszy potemu, błagał Koryata o uwolnienie księżniczki i oddanie jéj sobie za żonę. Książę skrył swój gniew, bo mu Poraj był jeszcze potrzebny, ale bądź cobądź życzenia rycerza nie spełnił i przemyśliwał nad zgładzeniem Poraja, którego podejrzywał, że chce go stolicy pozbawić. Poraj, przeniknąwszy księcia, idzie do obozu kniazia Iwana, obiecuje mu poddać miasto pod tym wszakże warunkiem, że Żywila żoną jego zostanie. Kniaź Iwan przystał.
Nad ranem w święto Peruna Poraj wybija więzienie i znajduje ulubioną swą bladą, półżywą, na lichém posłaniu ladajako porzuconą, w ciemnicy. Obaczywszy Poraja, zemdlała. Wyniesiono ją na ulicę, ratowano, "a ona się nie czuła;" zbiegł się lud, powstały krzyki i wołania; ona "przedsię nie czuła". Nareszcie otworzyła oczy i ze zdziwieniem ujrzała "ciżbę ludu" i "zbrojne męże nieprzyjacielskie". Gdy usłyszała od Poraja, że to bojownicy Iwana, "zemściciela" ich krzywd, znowu o mało nie zemdlała, ale niebawem "nagle miecz od boku Poraja wychwyciwszy, tak silnie sztychem w piersi mu uderzyła, iż naskróś przepadł," przyczém wołała: "Zdrajco, tak-li u ciebie małą była ojczyzna, iż ją dla trochę téj gładkości zaprzedałeś? Człowieku beze czci, tak-li odpłaciłeś za moje stateczne miłości?... Aza wy, obywatelowie, przecz stoicie, jakoby nie do was mówiono, przecz nie obrócicie na tych oto zbójców gniewu i zemsty waszéj?" Po tych wymownych, a pełnych grozy słowach rzuciła się z mieczem na nieprzyjaciół blizko stojących; a lud wszystek poruszony "jakoby kto ogniem rzucił," wziął się do oręża, zaczął gnębić Rusinów, niespodziewających się napadu.
Wroga odparto, ale Żywila stargawszy swe siły i w więzieniu i w walce wewnętrznéj, którą stoczyć z sobą musiała, ażeby pogardzić kochankiem i zabić go; wreszcie i wysiłkiem w walce z nieprzyjaciołmi, ledwie miała dosyć mocy, by przybiedz do ojca, którego z więzienia wydobyto, i wydać okrzyk miłości dziecinnéj i wymówki zarazem: "Ojcze mój!" Poczém "padła bez dusze". Pochowano ją pod Mendogową górą, kędy kopiec usypano i drzewa na pamiątkę sadzono, przekazując pamięci potomnych imię wybawicielki od hańby.
Toż samo męstwo, co Żywila, ale w objawie biernym nie zaś czynnym przedstawia Córka Tuhana, którą nam daje poznać poeta w balladzie pod napisem "Świteź".
I znów jesteśmy w czasach pogańskich i znów car Rusi grozi Litwie zniszczeniem. Książę litewski Mendog wzywa księcia Tuhana, panującego nad Świtezią, miastem bogatém w sławne orężem ramiona i w kraśne twarze, ażeby pośpieszył na obronę stolicy, Nowogródka. Tuhan zebrał mężów pięć tysięcy, już ma wyruszyć, gdy mu bezpieczeństwo własnego miasta, niemającego innych szańców prócz piersi i mieczy rycerstwa, przyszło na myśl. Ze swém wahaniem zwierzył się córce, o twarzy jasnéj, ustach jak korale, dzielnéj i ufnéj w pomoc bożą. Córka nie wstrzymywała ojca: "Idź - mówiła - kędy sława cię woła; Bóg nas obroni; dziś nad miastem we śnie widziałam jego anioła:
Okrążył Świteź miecza błyskawicą
I nakrył złotemi pióry
I rzekł mi: póki męźe za granicą,
Ja bronię żony i córy.
Tuhan ruszył na odsiecz; a w nocy nieprzyjaciel napadł na Świteź. Wszystko co pozostało w mieście, starcy, kobiety, dziewczęta i dzieci, zbiegło się na zamek, powiadając, że lepiéj zabić się samym niż dostać się w moc wroga. Niewiasty zwłaszcza, w których wściekłość zajęła miejsce strachu, zabrały się zaraz do dzieła; zrzucają bogactwa na stosy, przynoszą żagwie, wołając: "Przeklęty będzie, kto się nie dobije!" Córka Tuhana chciała je powstrzymać od kroku rozpaczliwego, ale napróżno: "klęczą, na progach wyciągają szyje, a drugie przynoszą topór". Bogobojna księżniczka widzi, że zbrodnia samobójstwa spełnić się może. W głowie jéj przemyka się wątpliwość, co lepiéj: czy wezwać wroga i podłe przyjąć kajdany, czy "bezbożnemi wytępić się mordy?" Wówczas myśl jéj skierowana ku niebu, strzeliła modlitwą, błagającą Boga albo o ratunek, albo o zgon rychły:
Jeśli nie możem ujść nieprzyjaciela,
O śmierć błagamy u Ciebie,
Niechaj nas lepiéj twój piorun wystrzela,
Lub żywych ziemia pogrzebie!"
Wtém nagle otoczyła ją jakaś białość, zdawało się że dzień spędza mroki nocy, a gdy spojrzała na dół, nie dojrzała już gruntu pod sobą. Miasto zapadło się w ziemi, pokryte toniami jeziora; mieszkanki Świtezi uniknąwszy zhańbienia i mordu przemienione zostały w zioła cudowne.
Białawém kwieciem, jak białe motylki,
Unoszą się nad topielą;
Liść ich zielony, jak jodłowe szpilki,
Kiedy je śniegi pobielą.
Za życia cnoty niewinnéj obrazy,
Jéj barwę mają po zgonie,
W ukryciu żyją i nie cierpią skazy,
Śmiertelne nie tkną ich dłonie.
Doświadczył tego car i Rusini; kto tylko zwabiony pięknością kwiecia, ściągnął ramię, by je zerwać, rażony był śmiercią gwałtowną. Stąd w baśniach ludu kwiaty te noszą nazwę "cary". Córka Tuhana została boginką jeziora, które się na dawnéj posadzie miasta rozlało, została Świtezianką.
Trzecie wcielenie ideału mężnéj niewiasty i to najpiękniejsze znajdujemy w "Grażynie".
IV. Aldona.
Co przyrodzenia związał łańcuch złoty,
Wszystko rozerwie nienawiść narodów:
Wszystko rozerwie... lecz serca kochanków
Złączą się znowu w pieśniach wajdeloty...
Kto czytał życiorys naszego poety, nie może nie wiedzieć o cudnéj dolinie kowieńskiéj, przezwanéj już teraz doliną Mickiewicza... Ona była najmilszém miejscem jego samotnych wieczornych przechadzek, na niéj usiłował wdziękami cichéj i spokojnéj przyrody ukołysać to burzliwe serce, co mu gwałtownie pierś rozrywało, pragnąc bić zgodnie z sercem ukochanéj Maryli, która była daleko... Trzy lata, całe trzy okropne, rozpaczliwe lata, przepędził Mickiewicz w Kownie, wołając głosem złamanym, który miał być stanowczym; "precz z moich oczu!... precz z mego serca!... precz z méj pamięci!..." - a zawsze bolejąc i marząc, bo "tego rozkazu moja i twoja pamięć nie posłucha," gdyż wszędzie poeta "cząstkę swéj duszy zostawił." To téż choć "klął swą duszę, że w niéj są jeszcze ostatki uczucia" - pamięć przecież "jak lampa z kryształu"
Ubrana pędzlem w malowne obrazy,
Chociaż ją zaćmi pył i liczne skazy; -
Jeżeli świecznik postawią w jéj serce,
Jeszcze świeżością barwy znęci oczy,
Jeszcze na ścianach pałacu roztoczy
Kraśne, acz nieco przyćmione kobierce...
W pięć lat potém postawił świecznik w serce owéj lampy i oddalony od miejsca, w którém przebywał, odmalował świetnemi barwami dzieje swych wspomnień, uwieczniając w potomne pokolenia swą ukochaną dolinę.
Tam dni całe przesiadywała "młoda i piękna jak bóstwo" córa Kiejstuta - Aldona. "Gdzie poszła? - w dolinę. Skąd powraca? - z doliny. Cóż w téj dolinie? - Młodzieniec ogród dla niéj zasadził." Tam nawet w zimie oczy swe zwraca, by ukochanego zobaczyć: "Szyby obrócone ku Niemnu w zimie lodu nie znają, bo tamtędy Walter przechodzi..." Było tam siedzenie z darni, "gdzie po letnim znoju lubiła spocząć między jaworami;" źródło, skąd Walter czerpał dla niéj napój ożywczy; chłodnik suchemi ogrodzony wierzbami, które wyrosły potém na piękne drzewa, puchami młodych kwiatków obsypane, i kamień wyniosły, "który przechadzek był celem."
Czar wspomnień owionął tę dolinę; nikt już nie wydrze jéj z naszéj pamięci... a dusze kochanków, pieśnią wajdeloty złączone, unosić się nad nią będą - jak duchy smętne...
"Serce i potok ostrzegać daremnie!" - "Pukiel włosa bursztynowy i połysk drobnéj, śnieżnéj ręki" niezatarte zostawiły ślady w umyśle Waltera, a opowiadania o krajach niemieckich, o przypadkach nieszczęśliwéj młodości, o cudach wiary chrześcijańskiéj zabiły w Aldonie dawną wesołość i upodobanie w dziecinnych rozrywkach. Gdy towarzyszki, jéj rówieśnice, czas na zabawie spędzają, ona siedzi samotna albo z Walterem rozmawia; z rąk igła wypada, nici plątają się w krośnach; kwiatek róży wyszywa zielono a listki - czerwonym jedwabiem. Inaczéj téż być nie mogło: jéj oczy i myśli tylko oczu Waltera, rozmów Waltera szukają. Od dzieciństwa już zresztą za czémś nieoznaczoném tęskniła i wzdychała skrycie. Uciekała z "pozioméj łąki" i, stanąwszy na najwyższym pagórku, prosiła skowronków, by ze swych skrzydeł dały jéj po piórku a ona poleciałaby z niemi daleko i wysoko gdzieś za chmury; pragnęłaby tylko wziąć z owego wzgórza kwiatki niezabudki, by jéj ciągle strony rodzinne przypominał - i zniknąć. Walter zastąpił jéj skowronków i skrzydłami orlemi wzniósł do siebie... Były-to już zadatki późniejszéj sentymentalności, która bujnie się rozrosła na gruncie nieszczęść i smutku. Bo dopóki miłość nadzieją się cieszy, małe chmurki niepokojących marzeń znikają szybko - w duszy robi się jasno i przezroczo... Aldona była szczęśliwą w miłości - mogła z Walterem wszystkie podzielać chwile; została jego żoną.
Chwilkę to trwało - rok jeden. Napady krzyżaków ponawiały się ciągle: w duszy Waltera powstał groźnie niepokój i zatrwożył Aldonę. Ona go nie odczuwała; nie znała swego męża, nie zmierzyła się z siłą jego ducha. Myśl wściekła, szalona, choć potężna, opanowała umysł Waltera: "wielkie serca są jak ule zbyt wielkie: - powiada on do lubéj - miód ich zapełnić nie może - stają się gniazdem jaszczurek." Gdzież biednéj uczuciowéj Aldonie zrozumieć te wulkaniczne wybuchy!... Gruchać umie miłośnie; lecz krzyk orła dreszczem ją przejmuje. Grobu chciałaby uniknąć, wieniec z róż kładąc na głowie: łzami zagasić pożar miast i wiosek... Konieczności zrozumieć nie może; sądzi, że Walter mocen świat cały zwyciężyć, że wrogów zresztą niéma, bo "ojczyzna jak świat jest długa, szeroka bez końca." Stąd obawy męża stara się uspokoić słowy łatwemi: "straże pilnują okopów" - więc Waltera nikt zabić nie zdoła. "A jeśli nędznéj starości dożyję?" - pyta Walter - "Bóg nam zdarzy pociechę z dziatek." - A jeśli Niemcy napadną, żonę zabiją, dzieci uwiozą daleko i nauczą wypuszczać strzały na ojca własnego? - I na to Aldona miała prędką odpowiedź: pojedziemy daléj w Litwę, skryjemy się w lasy i góry... A jeśli nas Niemiec w górach wyśledzi? "Znowu daléj ujedziem" - mówi niezmieszana małżonka. Dopiero gdy jéj Walter objaśnił, że daléj w moc dziczy się dostaną; ręce załamuje, płacze i pyta: co począć?... W odpowiedzi słyszy słowa Waltera dzikie, okropne, które serce jéj w kawałki, krwią ociekłe, szarpały:
Biada niewiastom, jeśli kochają szaleńców,
Których oko wybiegać lubi za wioski granice;
Których myśl, jak dymy wiecznie nad dach ulatują;
Których sercu nie może szczęście domowe wystarczyć...
Walter patrzył dziko: w tém wejrzeniu Aldona nie znajdowała już dawnéj pociechy. Pamiątki, przeszłość, wszystko splątało się tłumnie w jéj duszy: o niczém już nie myślała; ale "sercem odgadła, że niepodobna zapomnieć..."
Jedno tylko słowo: jedziesz - brzmiało w jéj uchu; wymawiała je, drżąc cała, nieprzytomna. Jak na twarzy nagle zabitego człowieka pozostaje odcisk ostatnich wrażeń, tak w sercu i na ustach Aldony, jeden, jedyny dźwięk się odzywał.
Zobaczyła klasztor za Niemnem... W białe szaty, jak do ślubu ubrana, tam "znalazła grobowiec za życia."
Ledwie stanęła za święconym progiem,
Na próg zwalono cegły i kamienie -
Została sama z myślami i Bogiem.
Przez okratowane okienko lud dawał jéj pożywienie. Sama nigdy nie wyglądała, by się przypatrzyć pogodnemu niebu i poić się świeżym oddechem wiatru. Czasami tylko, gdy z pruskich wiosek dzieci igrały "u blizkiéj dąbrowy," stawała u kraty, by się wspomnieniami dzieciństwa i rodzinnego kraju ukołysać. Dziesięć lat takiego grobowego życia zabiły w niéj ciało; rozdmuchały lampę wspomnień; rozżarzyły idealne uczucia...
Kiedy Walter (Konrad) powraca i, chcąc zaniechać swego zamiaru, namawia ją do ucieczki, ona nie pragnie go już nawet zobaczyć; dla niéj dosyć szczęścia, gdy go znajduje żywym; gdy miły głos jego co wieczora słyszy; a kiedy księżyc żywszém światłem w okno wieży zajrzy, ona kryje się za ściany, by Konrada nie zobaczyć zblizka. Drży o ułudę wspomnień: "Ty może dzisiaj już nie jesteś taki, jakim bywałeś przed laty" - mówi do kochanka; a i sama lęka się o siebie: "Gdy - powiada - z uniesieniem padnę w twe ramiona" - może ty odwrócisz oczy, nie poznasz i zapytasz z trwogą: ten straszny upiór jest że to Aldona?
Z załamanemi rękoma, wyrzeka się rzeczywistości, byle tylko złudzeń nie stracić. Dla niéj są one droższe od skarbów najwyższego szczęścia, jeżeli to jest niepewne. Nie pragnie być na stypie miłości; pragnie tylko odświeżać wspomnienia... Chce, żeby Konrad urządził chłodnik koło wieży jak niegdyś w Kownie, żeby wierzby kochane sprowadził - i kwiaty - nawet ów kamień, który obmył łzami...
Grobowéj podobna kolumnie, na któréj wieńce nieśmiertelników wieszają... ma życzenia czysto-idealnéj natury, łzami lat dziesięciu oblane, wykarmione oddechem chłodnéj, murowanéj wieży... Takie natężenie niezwykłe sił ducha z podeptaniem przyrodzonych praw ciała wpłynęło zgubnie na cały organizm. Pomyślcie sobie: przez długie lata, ciągle, o każdéj dnia i nocy porze rozmyślać o jedném tylko: o dolinie kowieńskiéj i o miłości Waltera!.. To była cała jéj rozrywka, cała przyjemność. A młodość złamana, wątek szczęścia urwany przy samym początku, niepokój o życie ukochanego, który po dalekich gdzieś krajach wywalczał sobie prawa rycerstwa; porzucona rodzina, któréj blade wspomnienie w bawiących się dzieciach widziała.. wreszcie samotność, okropna, zabójcza samotność - wszystko to jakby całunem żywą jeszcze istotę przykrywało. Widziadła jéj - pozaświatowe, pragnienia - pozazmysłowe. Dawniéj prosiła, by ją sny pocieszały obrazem Waltera, chociaż obraz był niemy; dziś szczęśliwą się czuje, gdy może płakać razem...
Jedna chwila bólu - a istnienie takie musiało się z konieczności przerwać. Chwila ta nadeszła. Sądy tajne skazały na śmierć Konrada - zginął. Wtedy o ściany wieży obił się krzyk nagły, przeciągły: - krzyk, z którym ustało życie Aldony. Dotrzymała przysięgi, którą złożyła przy wejściu na próg swego więzienia, że nie zstąpi z wieży, chyba do mogiły... Podanie mówi, że grób jéj słynął cudami...
Aldona nie jest postacią historyczną; co więcéj, zdaje się nawet, że wśród pogańskiéj i barbarzyńskiéj Litwy byłaby zjawiskiem nader dziwaczném; prostota obyczajów i prostota uczuć nie pozwalały zapewne kobietom rozsnuwać tkanki sentymentalności, jaka właściwie dopiero z pojawieniem się poezyi romantycznéj w społeczeństwach europejskich widzieć się daje. Bo średniowieczna nawet miłość, któréj obrazki wystawiają nam przedewszystkiém prowansalscy poeci, była raczéj połączeniem poetycznych draperyj z wyszukaną zmysłowością, aniżeli platonicznym idealizmem. O pasterkach zaś i pasterstwie we frakach i perukach XVIII wieku nie potrzebuję zbyt szeroko się rozpisywać, ażeby dowieść, że to była jedynie hipokryzya wyuzdania i rozpusty. Romantyzm dopiero wypowiedział z całą siłą słowa i z całą otwartością przekonania te drzemiące w duszy ludzkiéj pierwiastki, powołując do życia i do królowania w świecie takie poetyczne zachwyty, które obywają się bez spojrzenia i bez uścisku... Ale i u poetów romantycznych nie wszędzie oczywiście występuje taki pogląd na jaw; owszem w pewnych chwilach twórczości przemaga czysto-ludzkie uczucie, takie jak je w charakterystyce Mickiewicza skreśliliśmy; w innych zaś przewaga zmysłowości, rozkiełznania, rozpuszczenia wszystkich więzów krępujących moralność napotkać się daje i to nierzadko (np. dramata poety niemieckiego, romantyka, Ludwika Tieck'a albo powieść Lucynda Fryderyka Schlegla).
Aldona powstała w jednéj z owych chwil wyidealizowanego uczucia, kiedy miłość dawna istniała już tylko we wspomnieniach oddalonych, a miłości nowéj poeta jeszcze nie zaznał. Poeta kochał same wspomnienia; i to, co w kreśleniu uczucia dla Maryli było jednym ustępem tylko - teraz przemienił w kształt skończony.
Aldona jest wierzchołkowym punktem romantyzmu Mickiewicza. Smutna, zadumana, marząca o napowietrznéj wędrówce wraz z skowronkami, woli jednę chwilę uniesienia, szału, niż ciche życie, przepędzone w nudzie; pogardza ludźmi, co jako "konchy, tające się w bagnie, raz na rok wypchnięte z mętnéj wody, otwierają usta i westchnąwszy ku niebu, wracają napowrót do brudnego mułu...." nie zna i nie lubi półśrodków; na dwie rozdzielona połowy, życiem ascetyczném rozbudziwszy w sobie grę fantazyi, przeklina lub błaga, pod wpływem jednego namiętnego wzruszenia. Myśli jéj latają jak błyskawice, pędzone sprzecznych uczuć uraganem. W przeciągu może minuty mówi do Konrada:
Jeśli narzekasz, nie przychodź tu więcéj
............
I niech zaginie pamięć téj godziny,
W któréj nie miałeś litości nade mną.
I zaraz dodaje, nie czując prawdopodobnie żadnéj w znaczeniu słów różnicy:
...Ty jesteś aniołem!..
Aldona atoli nie była samém jedynie odbiciem indywidualnych uczuć poety; charakteryzowała ona obok tego pewien prąd ogólniejszy, który, jeżeli nie rozpowszechniał się na kraj cały, jeżeli nie przenikał do wszystkich warstw społecznych; to w każdym razie wstrząsał tą ich częścią, która się w poezyi spółczesnéj europejskiéj lubowała. Uczucie nieszczęśliwie się kończy z nader licznych powodów; - a zawsze lubi się osłaniać jakąś tajemniczą zasłoną wstydu czy dumy. Kto nie chce doznać zawodu, niech je tak wysoko umieści, ażeby żadna ludzka ręka dosięgnąć go i rzucić w błoto nie mogła. Najprostszym ku temu środkiem jest idealizowanie... Nikt takiego zidealizowanego uczucia wydrzeć nie zdoła. Taką wydaje mi się ogólna społeczna podstawa, na któréj się wznosi posąg Aldony osłonięty krepą... Może w ten sposób poeta choć na chwilę ją pojmował; chwila ta byłaby dostateczna do usprawiedliwienia mojego poglądu. Bądź co bądź, Aldona jest obrazem namiętnego serca, zatrutego zbyt wcześnie.
Żonie swojéj
Maryi z Trzcińskich
to nowe wydanie pracy młodzieńczéj
poświęca
Autor.
Wprowadzenie
Puszczając w świat drugie wydanie studyum mojego nad postaciami niewieściemi w utworach trzech największych mistrzów poezyi naszéj, winienem czytelnikom słówko objaśnienia.
Kiedy praca moja po raz pierwszy szła do druku (r. 1872/73), agitowała się wówczas bardzo gorąco sprawa tak zwanéj emancypacyi kobiet; możnaby nawet powiedzieć, że doszła była wówczas kulminacyjnego swego punktu - w teoryi; późniéj bowiem zajęto się nie tyle prawami kobiety, ile praktycznemi zagadnieniami, dotyczącemi jéj wykształcenia i zarobkowania. Stąd studyum moje musiało oczywiście odbić w sobie nastrój chwili; stąd taki w niém nacisk na dodatnie charaktery i na ich znaczenie w życiu społeczném. Obok téj barwy wszakże publicystycznéj starałem się już i wówczas nadać memu dziełku koloryt psychologiczno-estetyczny nie w znaczeniu rozpraw i roztrząsań, ale w uchwyceniu jak najwierniejszém rysów, któremi poeci kreślili swe postacie, i w ich skupioném odtworzeniu.
Z takiego charakteru pracy wynikło, że w drugiém wydaniu niektóre myśli i zdania, z rozprawami chwili ściśle związane, musiałem opuścić, ale całości t. j. układu i sposobu przedstawienia rzeczy zmieniać nie potrzebowałem, gdyż nie znalazłem tu i obecnie, po latach siedmiu, niezgodności z samemi pomysłami poetów, których komentowałem. Natomiast okazała się potrzeba dopełnień mianowicie w dziale charakterystyki uczuć wieszczów naszych. Ogłoszono w tym czasie nowe i ciekawe dokumenta, które nie zmieniają wprawdzie z gruntu dawniejszych moich na naturę uczuciowości u poetów naszych poglądu, ale go pod wielu względami rozszerzają i niekiedy modyfikują.
Co do wybranych do rozbioru postaci, to jakkolwiek wiem dobrze, iż możnaby znacznie ich liczbę powiększyć, gdyby się drobiazgowo nad kreacyami poetyckiemi zastanawiało; nie chciałem jednak wchodzić w zbyt wielkie szczegóły i dodałem do poprzednio już zarysowanych jednę tylko postać, postać Wdowy z Balladyny Słowackiego. Zwrócił na nią uwagę pan Adam Bełcikowski w swojém studyum nad Balladyną, ślicznie ją scharakteryzował i przemówił do mego przekonania, że panteon postaci kobiecych Słowackiego wzbogacić należy jedną z najudatniejszych jego kreacyj.
To są najważniejsze zmiany, jakie czytelnicy znajdą w obecném wydaniu; pomniejsze miały na celu usunięcie omyłek faktycznych albo nieścisłości wyrażeń.
Piotr Chmielowski.
Warszawa, 5 lipca 1880 r.
I w tém trzeciém wydaniu ogólny układ zarysu zmianie żadnéj nie uległ. Tekst tylko przejrzałem starannie i wprowadziłem sprostowania lub dopełnienia, wywołane świeżo ogłoszonemi materyałami. Szczególniéj w tém, co mówię o Mickiewiczu i Krasińskim, znajdą czytelnicy dość znaczne różnice od wydania drugiego. Oprócz zmian w szczegółach życiorysowych, należy tu wymienić wprowadzenie kilku postaci, dawniéj nieuwzględnionych. Żywila, Córka Tuhana, Karolina przybyły do działu poświęconego kreacyom Mickiewicza; Czarna pani powiększyła szczupłą liczbę kobiet Krasińskiego.
O poprawność wyrażeń i ścisłość informacyj starałem się jak najusilniéj.
Piotr Chmielowski.
Warszawa, 23 kwietnia 1886 r.