Adela
Rok sześćdziesiąty trzeci. Buldożery, kopary i ciężki sprzęt rozpanoszyły się na Koziej. Raz-dwa zbudowano nowy dom i jeszcze jeden nowy dom. Stanęły szare pudełka, jak te od butów, tylko wielokrotnie większe, ale niczym się nieróżniące między sobą. Poza pierwszym od głównej ulicy, dwa piętra niższym. Można było pomyśleć, że postawiono go programowo, by nie zasłaniał kolejnego, okazałego, i pozwalał mu zaglądać na główną arterię i rynek, co tak wypiękniał, że aż przyjemnie było wziąć pod rękę męża, za rękę dzieci i przespacerować się dokoła. A choćby i przystanąć przy fontannie, by z saturatora napić się sodowej. Czystej. A dzieciaki z sokiem, aż bąble nosem szły od nagazowania.
Jakby spojrzeć na te bloki z lotu ptaka, wyglądały jak klocki ułożone na półce dla ozdoby, co to nie daj Bóg ich ruszać. Ale nie takie klocki Lego, z nieskończonością możliwości, kolorowe, różnokształtne, z których nawet ludzi można zbudować. Domy były brzydkie i smutne, oddzielone od siebie zielonymi prostokątami trawników, na których ustawiono tablice: "Nie deptać zieleni" albo gdzieniegdzie, dla urozmaicenia, "Szanuj zieleń". Na tych ostatnich nienauczone porządku dzieciaki dopisały "Boś nie jeleń". I choć przecież to prawda była i na pewno żadnej krzywdy treści nie zrobiły, ale tabliczka już była zeszpecona i ludzie wyklinali, że takie chamstwo i szumowina ze wsi się zebrała, co to niczego nie umie uszanować. Na te trawniki co rano wypuszczano sforę psów, które robiły na tę zieleń: wyginały się w pałąki i plac, plac. I za nic sobie miały wszelkie złorzeczenia. A właściciele odwracali oczy. Raz - by nie widzieć, bo to przecież obrzydliwe jak cholera, a dwa - że w tym czasie można było pozaglądać w okna. Popatrzeć, kto ma pomyte i komu słońce odbija się w szybach, kto pelargonie ma na parapecie i bratki w doniczkach, powieszonych na umęczonych od metalowych uchwytów i łokci barierkach, a kto niechluj i glajda.
* * *
Tak więc był ten sześćdziesiąty trzeci. Wówczas to Adela z mężem przyjechali pożyczoną furmanką, na której pod stertą z poduch i pierzyn, wypełnionych skubanym przez Adelę pierzem, znajdowała się garstka dobytku: jakaś zmiana pościeli i kilka szydełkowych obrusów jeszcze po jakiejś tam babce czy ciotce. Kiedy pakowali to wszystko w dzień ślubu Adeli, ciotka nie zapomniała pokiwać po swojemu głową.
- A widzisz, dziewucho, jaki posag masz?! Z domu rodzinnego, z tym twoim ojcem pijakiem, byś lepszego nie dostała! A tu? Człowiekowi z gara się nie wylewa, a sierocie przygotował.
- Patrz no ino, Adeluś, jak tu pięknie! Aż się żyć człowiekowi chce! Nie to co u nas na wsi. Smród od obór i posrane przez kury podwórka.
Mąż przytulał się do żony, rękami trafiając prosto w biust, który ledwie mieścił się jego męskich dłoniach, wyrobionych ciężką pracą w polu, a potem przez to ciągłe ugniatanie ciast. Miętolił krągłe piersi, miętolił i gorączkowo szeptał w ucho:
- Zobaczysz, jak tu nam będzie dobrze... Ty moja królewno. Moja ty pięknoto!
I od razu Adela czuła, jak rozporek mu pęcznieje, jak oddech staje się szybszy i głośniejszy. Spokoju jej nie dawał. Nie było dnia, by nie kładł się na niej, a czasem to taka go fantazja nachodziła, że kazał jej siadać na nim albo odwracał ją, sam zaś na klęczkach wchodził, rytmicznie i mocno uderzając twardym członkiem, wygadując sprośności. Adela ofukiwała go, ale nie nakazywała mu przestawać, aż rozkosz rozlewała się w niej, a ona sama wydawała przeciągły syk. I nikomu nie przyznałaby się bynajmniej, nawet jakby ją bito i kopano, że lubiła to i nieraz specjalnie wypinała się tak, by chuć męża budzić. A kiedy Tadeusz Wichrowiec wstawał, Adela zagarniała koszulę ze sztucznego jedwabiu, zakupioną w Gorzowie, i szła się myć, długo spłukując z siebie zapach męża. Bo Tadeusz bez przerwy pachniał chlebem.
Na początku bardzo jej się to podobało. Może dlatego, że wtenczas nie znała zapachu świeżego chleba? Niekiedy woń odzywała się w niej słabo, słabiuteńko, niemal na granicy zmyślenia, i znikała zaraz potem. I zdarzało się czasem, że w umyśle Adeli pojawiała się myśl, jak to kiedyś ciotka Zocha odkrawała pajdę, smarowała ją nożem unurzanym w margarynie i posypywała cukrem.
- Jedz! - mówiła z dumą i podawała Adeli. - Chuda jesteś jak patyk! Czego jak czego, ale chleba w tym domu nikomu nie zbraknie.
Raz w tygodniu wypiekała ten chleb.
- Umyj ręce i chodź tu! Zobaczysz, jak się chleb piecze!
Adela z ochotą szła, choć gdyby wiedziała, że całe życie będzie wdychać ten zapach, uciekałaby gdzie pieprz rośnie. A na starość obrzydł jej do tego stopnia, że nawet w modlitwie omijała kwestię "chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj", choć w sercu czuła strach, że Boga obraża, gardząc tym, co najświętsze dla człowieka.
- A włosy powiąż, żeby żaden do dzieży nie wleciał, boby się chleby nie udały, a nawet jakby, to chybabym się na śmierć zarzygała, gdybym włosa znalazła. Fuj! - Ciotka Zocha splunęła w bok, wierzchem dłoni wycierając usta. - O matko jedyna! Nic bardziej obrzydliwego.
Adela wiązała więc włosy w koński ogon i podpinała spinkami grzywkę.
W dzieży, zakrytej wykrochmalonym, wyługowanym płótnem, leżało ciasto. Leniwie oblepiało jej ściany, czekając, by dziewczynka zgnębiła je drobnymi, zwiniętymi w kułak piąstkami. A ona memłała się w tej masie, dręczyła ją, aż ciotka nakazywała, by przestać, bo jak za długo się wyrabia, to zbyt wyruszane zostanie, a nie mogąc dalej rosnąć w rękach, opadnie w piecu. I chleb, zamiast mięciuchnego bochenka, pełnego powietrznych dziur, przedzierzgnie się w nieudaczny zakalec.
Ciotka wyczyniała potem jakieś dziwne rzeczy, prawiąc przy tym prawdy absolutnie niepodważalne, na przykład "Trza chleb z wolna wsuwać do dobrze wymiecionego pieca" lub też "Do pieca trza garść mąki nazad nasypać, by zobaczyć, czy swej bieli nie straci albo nadto się nie zarumieni". Innym razem pouczała, by "otwory w piecu pozamykać, żeby wilgoć nie wyparowała". A potem jedli te chleby dniami całymi, choć tylko w ten pierwszy dzień, kiedy powyjmowane z pieca i pachnące na całą chałupę leżały na wielkiej dębowej szafie przykryte ścierkami, kusiły tak, że trzeba było nie lada wyczynu, aby się przed grzechem łakomstwa ustrzec. Ciotka Zocha dość skutecznie odstraszała wszystkich od jedzenia gorącego chleba, za każdym razem opowiadając historię (klnąc się przy tym na wszystkie świętości, gdyby ktoś zamierzał posądzić ją o łgarstwo) o śmierci swojej siostry. Tamta bowiem taki ciepły bochen chleba napoczęła i po kryjomu zjadła, i zaraz takiego strasznego skrętu kiszek dostała, że wszelki ratunek pozostał bezskuteczny. I w wieku szesnastu lat, w samym jego kwiecie, zmarła.
Zocha była kuzynką matki Adeli, ciotką, o której dziewczyna nigdy wcześniej nie słyszała. Wprawdzie czasem opowiadano w domu o jakiejś rodzinie na zachodzie, ale kto miał czas i pieniądze, by się odwiedzać bez potrzeby. Raz jeden byli tam na pogrzebie dziadka ze strony ojca i głównie po to ciągnęli się przez pół Polski, aby podziału ojcowizny nie przeoczyć. Adela to nawet nie pamiętała ciotki Zochy. I w ogóle nikogo. Tylko tego dziadka nieboszczyka, który leżał poobwiązywany bandażami, bo mu ze wszystkich otworów takie płyny się sączyły, że nie szło zupełnie w porządku go utrzymać. Ponoć miał raka, co go toczył ileś lat, a na koniec to już ciało nafaszerowane lekami tak fermentowało, że czuć było nieboszczykiem w całym domu. A że lipiec był, to szybko obrządku pochówku dokonano, mimo iż najbliżsi jeszcze błagali i babka na trumnę rzucała się, by wieka nie przybijać...
Niewiele czasu upłynęło, jak matka zapadła na choroby kobiece, a ojciec rozpił się z rozpaczy, zaniedbując dom, który im państwo w końcu odebrało. Cała ich trójka rodzeństwa została rozebrana przez rodzinę dalszą, bliższą, a że każdy już swojego przychówku miał dość, nie było szans, by więcej niż jedną sztukę wziął.
Ciotka Zocha często mawiała do Adeli, trzymając się pod boki (co przydawało pewności jej, a temu, co mówi, oznak absolutnego prawdopodobieństwa):
- Oj, ty to miałaś szczęście, dziewucho, żeś do nas trafiła, a nie do Łopuszańskich, do Czeremszy, gdzie psy dupami szczekają. Tam od razu by cię do roboty zagnali, a nie pozwalali, byś co tydzień się moczyła i pól dnia wysiadywała z grzebieniem! A do szkoły? Zapomnij! Czytać umie, podpisać się podpisze, to dość! Nie to co tu! U mnie! Ja tam nauce nieprzeciwna! O co to, to nie. Samam bez szkoły, ale dzieciakom nie wzbraniam.
I tak było rzeczywiście. Ale kiedy Adela oświadczyła, że chciałaby do liceum, ciotka tylko palcem pokiwała i głową pokręciła.
- No, dziewucho! - rzekła. - Chyba ci się trochę w makówce poprzewracało od tego dobrobytu. Liceum! - prychnęła pogardliwie. - Do zawodówki! Bo to i zajęcie zaraz pewne, i pieniądz do domu. A potem za mąż! Już się tu chłopaki rozpytywali. Nie ma na co czekać. Czas dzieciaka zrobić sobie, coby na stare lata pomógł i w robocie ulżył.
Adeli do głowy nawet nie przyszło, by się wydawać. Owszem, nieraz, kiedy szła wsią, widziała, jak miejscowi za nią oczami wodzą.
- Ej, lala! Bucik ci się rozwala! - wykrzykiwał ten i ów.
Ale dziewczyna wysoko głowę nosiła i wysokie miała o sobie mniemanie. Zawsze zresztą czuła, że do innego życia powołana została. Z miasta Łodzi pochodziła i choć stało się tak, że na wsi wylądowała, nigdy, ale to nigdy, się z nią nie utożsamiała. Słuchała ciotki Zochy i wdzięczna jej była za wikt i opierunek, ale daleko było Adeli do szacunku, o miłości czy autorytecie już nie wspominając.
Nie mogła patrzeć na ciotkę, wciąż niedomytą, niedoczesaną, jakąś taką obłą i nijaką. Przez te wszystkie lata nauczyła się jednak Adela posłuchu i dzień w dzień powtarzanych słów:
- I cóż ty, sieroto, byś zrobiła, gdyby nie ja? Mój ty Boże!
Niedziwne, że dziewczynie tak się te słowa do głowy wbiły, że czasem, leżąc w łóżku, długo nie mogła zasnąć, odpędzając koszmary, co to się w niej kłębiły, wychodzące czarną nocą i wciskające ją w poduszkę tak mocno, że tchu jej brakowało.
Tadeusza poznała, zaraz gdy wrzesień, jeszcze niewystudzony po lecie, ostatnim tchnieniem upominał się o swoją przynależność do owej pięknej, mniej problemowej niż inne pory roku, jaką jest lato. Słońce prażyło tak, że nic, tylko rzucić wszystko w cholerę i postawić na jedną kartę, jakby świat się miał zaraz skończyć. I iść. Iść dokądkolwiek. W pola, na łąkę. Iść. Chłonąć w siebie zapach pól. Iść. Pozwalać, by przydrożne pokrzywy parzyły łydki. Iść. Zachwycać się, że ptak świergoli, że świerszcz świerszczy, choć to przecież Adela słyszała od zawsze i nijakiego, aż do tego lata, zachwytu w niej nie budziło. Iść. I udawać, że życie to aż tak zasrane nie jest, ale że trochę lepsze, trochę bardziej podobne do tego, jakie sobie marzyła w ciotki domu, nocami w łóżku, pod tą pierzyną ciężką, zakopana po same uszy, żadnego ruchu na zewnątrz nie oddając...
Adela szła ze szkoły. Droga do przystanku dłużyła się, bo i w szkole nie było wiele tego, co by wymagało rozpamiętywania. Bardziej zajmowała dziewczynę przyszłość, o której wiedziała tylko tyle, że musi się w te pędy zbierać od ciotki Zochy, bo już dłużej nie da rady.
- Adela! - usłyszała chłopięcy głos. - Teraz nie ma żadnego autobusu. Za godzinę! Też dopiero dziś zobaczyłem. Akurat żem dzisiaj wcześniej skończył.
Chłopak pachniał gorącą mąką, którą otrzepywał z ciemnej koszulki. W piekarni to nie ma, by się nie ubielić. I niechby człowiek nie wiem jak się pilnował, nie ma silnych. Bodaj pyłek, plamka.
Dziewczyna odrzuciła zalotnie włosy do tyłu. Ładna była. Smukła, wąska kibić i te włosy, którymi się wiecznie zajmowała i które to nie dawały chłopakom ze wsi spokoju, śniąc się im po nocach, co któremu powodując polucje nocne, tak że wyskakiwał z łóżka jak poparzony, choć zwykle było już za późno. Ściągał wówczas wczesnym rankiem prześcieradło, by matka nie dojrzała sztywnych po wyschnięciu plam nasienia, a już na pewno by uchronić się przed braterskim naigrawaniem.
Ale najpiękniejsze to miała Adela oczy. Przy tych jasnych, jakby wybielonych włosach, tej skórze tak cienkiej, że bez trudu można by palcem przejechać po arteriach żył tuż pod powierzchnią skóry. Tyle że były one tak delikatne, że człowiekowi się zdawało, iż zaledwie popatrzeć wystarczy, a ta skóra się rozejdzie i puści się krew z tych żył. A nadto można było się spodziewać krwi - jak to krwi - czerwonej, choć u Adeli, gdyby w istocie krew okazała się niebieska, toby zdumienia żadnego nie było.
Więc oczy Adela miała ciemne. Niemal czarne. Trzeba by się długo wpatrywać, aby dojrzeć granicę między źrenicą a tęczówką, bo wszystko było zlane w jeden ton. Zresztą, czy ktoś by się ośmielił tak blisko do Adeli podejść, by się jej oczom dokładnie przyjrzeć? Po pijaku to jeszcze, ale na trzeźwo?
Tadeusz sam się sobie dziwił, skąd ta odwaga, by wtedy na przystanku do dziewczyny zagaić. Może to z tych nocy nieprzespanych, kiedy to widział siebie i Adelę, jak spacerują razem po wsi, jak prowadzają dzieci - oczywiście starszego chłopaka i młodszą, najlepiej o dwa lata, dziewczynkę. I widział Adelę ubraną w jasną suknię z tafty. Taką samą, jaką miała Jaśka od Grabosiów, kiedy z Ameryki na ślub najmłodszej Grabosiówny przyleciała. I w ogóle Tadeusz cały świat lepszy widział, gdy w wyobraźni miał Adelę. Ileż nocy przysięgał sobie, zaklinał na wszystkie świętości, zapierał się wszystkiego, że albo życie przy Adeli spędzi, albo się tego życia wyzbędzie.
- Jak chcesz, to zaczekam z tobą.
- Jak chcesz, to czekaj. Bo przecież inaczej to pieszo byś poszedł? - zapytała ironicznie.
- Nie, pojechałbym - odpowiedział tajemniczo. - Mógłbym i ciebie...
Dziewczynie zaświeciły się oczy. Znała już Tadka Wichrowca na tyle, by wiedzieć, iż żartów by sobie z niej nie robił. Nieraz w kościele czy gdziekolwiek, gdzie się zetknęli, czuła na sobie jego spojrzenie, ale oczu na niego nie podnosiła. Raz, by go nie peszyć, dwa, by sobie "nie pomyślał". Czasem, gdy ciotka Zocha coraz bardziej napierała, żeby chłopaka szukać, Adela nieco dłużej w myślach zatrzymywała się przy Wichrowcu. Może i nie był to Humphrey Bogart czy jakiś inny Kirk Douglas, nie miał w sobie tego dzikiego spojrzenia, tej nonszalancji, która zapierała Adeli dech w rozwiniętej nad wiek piersi, ale spośród wszystkich "wsiowych Antków" tylko on nie odstręczał. I ręce jego wydawały się bielsze niż wszystkich innych chłopaków, którzy żałobę po kocie wciąż nosili taką, że obrzydzenie od samego patrzenia brało. A co dopiero mówić, gdyby takimi łapami, zakończonymi paznokciami z ohydnymi czarnymi obwódkami miał ją ktoś dotykać.
- Że niby czym? Na ramie byś mnie powiózł tego starego klekota, co to nim do klubu przyjeżdżałeś? - dworowała sobie Adela, ale już coraz to z kpiarskiego tonu spuszczała, bo widziała, że Wichrowiec nie z tych, co się na próżno silą chełpić.
- Motorem - oświadczył z dumą, która rozpierała go od wewnątrz, choć na zewnątrz wyglądało to mało ciekawie. Twarz chłopaka płonęła rumieńcem po same uszy. Przymykał powieki, pod którymi rozbiegane oczy nie mogły uczepić się jednego punktu. Ręce, ściągnięte wzdłuż tułowia, suwały się w górę i w dół.
Dziewczyna prychnęła pogardliwie, pewna, że tym razem kiepsko oceniła chłopaka, a ten żarty sobie z niej stroi, że hej! Gdzieżby kogo ze wsi stać było, by eshaelkę kupić i obwozić się nią po okolicy. Patrzyła więc, a ten jak gamoń kiwał tylko głową.
- Gazelę kupiłem dla ciebie - powtarzał. - Gazelę.
Adela usiadła z tyłu. Z początku krępowało ją, że musi chłopaka objąć wpół, ale zaraz zrozumiała, że o nic tu nie idzie, a tylko o bezpieczeństwo, i mocno splotła z przodu ręce. Wiatr pozwalał sobie w jej włosach, rozsypanych wokół twarzy i poniewieranych podczas jazdy. Przylgnęła twarzą do pleców Tadeusza i w tym samym momencie pomyślała: "Mogłabym tak jechać na koniec świata".
Zaraz też na wsi wścibskie ślepia przyuważyły i Tadeusz został zmuszony, by uznać się oficjalnie za starającego się o rękę Adeli. Wiadomo że ciotce Zosze nawet do głowy by nie przyszło, by awanse kawalera odrzucać, ale jako przykładna opiekunka, jak lwica walcząca o cześć dziewczyny, wojować będzie, by się Adela po wsi nie prowadzała, nie obłapiała chłopaka, choćby i w czasie jazdy na motorze, i zaraz szybko na ślub parła.
Chłopak był w siódmym niebie. Nie było dnia, by nie podjeżdżał po nią pod szkołę. Pewnie, głupi nie był. Panna jak ta lala, na razie chętna jemu, ale kto to może wiedzieć? Pojawi się jakiś łachudra, nie wiadomo skąd, i mu ją sprzątnie. A bo to mało takich entuzjastów kobiecej urody? Tymczasem on już szkołę ukończył i wszystko, co zarobił - najpierw w pegeerze, potem już, zgodnie ze swoim fachem i upodobaniem, w piekarni Boruckiego - na książeczkę kładł. Ta książeczka to była ich przyszłość, ich miłość, ich M3, ich kraina mlekiem i miodem płynąca, gwiazdka z nieba i... cokolwiek Adela miała sobie wymarzyć.
- No to widzisz, dziewucho! Doczekałaś się. - Ciotka Zocha wiązała troki sukni ślubnej, pociągając nosem, w którym sucho było, ale jak to tak, dziewczynę za mąż wydawać i ani łzy nie uronić? Wycierała więc suche oczy i wciągała głęboko powietrze, co to niby westchnienie miało udawać. - Tak - ciągnęła. - Na tym zadupiu pewnie byś starą panna została alboby ci przygruchali jakiegoś debilka, bo tu to same takie. - Ech, mój Boże! - wzdychała sentymentalnie. - Mam nadzieję, że o ciotce, co ci wszystko co najlepsze darowała, nie zapomnisz! Ale! - Ocierała suche oczy. Przybrała srogą minę. - Pewnie jak wszyscy! - dokończyła. - Ledwie dom opuścisz, to pójdziesz! Takie to już życie. Żadnej wdzięczności - sarknęła, układając fałdy z tyłu sukni.
Była to taka kwestia teatralna, której ciotka nie odmówiłaby sobie za żadne skarby. Bo po pierwsze to przecież trochę ludzi się po domu weselnym kręciło, a po drugie ona sama święcie wierzyła w to, że za jej sprawą Adeli to chyba tylko ptasiego mleka mogłoby do szczęścia zabraknąć.
Suknia ślubna dziewczyny była z pożółkłej koronki, którą Zocha odkupiła od Grabosiowej za kilka kobiałek jajek i parę sprawionych królików, z których tamta chciała narobić pasztetów dla swojej amerykańskiej córki. Wieczorami z sąsiadką szyła suknię. Bez żadnego wykroju, bez rysunku, pewnie i bez konkretnego pomysłu.
- Adela! Chodź no tu, dziewucho! Trza przymierzyć, bo mi się zda, że pod pachą za dużo wzięłam!
I Adela szła. Wkładała jakieś części poszyte na okrętkę i łzy jej do oczu napływały, jak sobie wyobrażała siebie w tym dniu, o którym każda dziewczyna marzy, że będzie najpiękniejszy. Innym razem Zocha wołała z kuchni, trzymając nitkę w zębach, żeby rozumu sobie nie zaszyć:
- A falbankę to przy dole czy może gdzieś na skos, coby modnie było?
Klęła przy tym w żywy kamień, gdy się koronka zaplątała w starego poniemieckiego singera.
- Szlag by to trafił! Ile to człowiek dla sieroty musi się nawkurwiać!
Raz nakazała Adeli kawałek paska koronką obrębić, ale zaraz wyrwała go jej z rąk.
- Ty się ino módl, dziewucho, by cię chłop z domu nie pogonił, jak zobaczy, że taka ty nieporadna w rękach. - I zaraz kręciła głową. - Człowiek uczył i tłumaczył jak wół krowie na rowie, ale nie słuchała - ględziła. - W głowie się jej powalało od tego miejskiego pochodzenia!
Tak więc suknia Adeli była czymś najbrzydszym, co dziewczyna w życiu widziała. Może tylko jedno pocieszenie można było znaleźć - od początku wiadomo było, że ciotka ani gustem dobrym nie grzeszy, ani żadnego pojęcia nie ma o szyciu.
Gdyby Tadeusz wiedział, ile łez nocą w poduszkę wylała Adela, toby na motorze bodaj do diabła pojechał i spod ziemi wydobył dla niej najpiękniejszy towar. Ale i bez tego narzeczona taka mu się cudna wydała, że z trudem hamował łzy, bo nie przystawały one facetowi, choćby i na własnym ślubie.
Ceremonia odbyła się cicho i bez fanfaronady. Wszyscy we wsi rozumieli, że przecież sierocie wielkiej fety urządzać nie ma potrzeby, bo swoje już dostała.
* * *
Młodzi zamieszkali u Wichrowców. Tadeusz wyszykował pokoik na górze, gdzie kiedyś był strych, chyba jeszcze od wojny albo i przed nią, zawalony starymi rzeczami: meblami, kuframi, pudłami z Bóg wie czym. Śmierdziało tam stęchlizną, a kiedy co się poruszało, w powietrzu unosił się zapach zmurszałego drewna. Wydawało się, że chmary robactwa, przez lata bezpiecznie zagnieżdżonego na strychu, wychodzą na zewnątrz. Ale młody mąż wydzielił przestrzeń. Z pustaków postawił ścianki, kable pociągnął, a cały syf strychowy odsunął w drugi koniec, odgradzając cienkimi listwami, co to wyglądały jak żaluzje, tyle że nieruchome były. Na podłogę płyty pilśniowe w deseń położył, tak że nawet w stołowym na dole stare Wichrowce takich nie miały. Ściany zostały pobielone i pomalowane na kanarkowy kolor, na który Tadeusz rzucił wałek w kiście winogron, w kontrastującym brązowym kolorze. Na jednej powiesił wielki obraz z jeleniem na rykowisku, który z trudem od rodziców wyrwał, a na drugiej Matkę Boską Częstochowską, najbardziej rozpowszechnioną w Polsce hodegetrię, na której to biedna Maryja ma pokiereszowaną twarz, jak nie przymierzając Zdzichu od Krasowiaków po pełczyckiej zabawie na dechach. Prawy policzek Matki Bożej znaczyły dwa równolegle biegnące sznyty, przecięte trzecim na linii nosa. Jakby tego było mało, to na szyi było jeszcze sześć rys, z których dwie się rzucały w oczy przy pierwszym spojrzeniu, cztery zaś jakby słabiej. Jaki to świat od dawna podły musiał być, od samego zarania, skoro nawet Najświętszą Panienkę tak ukrzywdził! I to jeszcze za niewinność, bo jeśliby nie, to przecież nie zostałaby Świętą Marią i jeszcze do tego Królową Polski, Matką Boską Częstochowską, do której ludzie z różnych stron na piechotę idą.
Ten obraz Tadek Wichrowiec schował nieco za winkiel, między szafą a regałem, bo jakoś niezręcznie mu było, że tak na oczach Panienki może z Adelą sypiać... A przecież minuty odliczał, kiedy w łóżku się z nią znajdzie, i ręce mu się pociły od samej myśli, że będzie mógł jej dotykać.
Pierwsza noc zaczęła się zaraz po skromnym weselu. Wszyscy się rozeszli, bo i wódki brakło, i do żarcia niewiele było. Więc jeden z drugim poszli dopić gdzieś; akurat dożynki były, to i na wsi zebrało się ludzi, którzy podawali sobie z dumą, że w tym roku to i sam sekretarz z gminy do nich przyjechał. A wieńców narobili, a braw mu nadawali!
Młody małżonek, jak przystało, do domu żonę na rękach wniósł, choć im to na dobre nie wyszło, bo tuż za progiem stara Wichrowcowa, która od początku przeciwna była tej żeniaczce syna, złapała się pod boki.
- Cobyś tylko tej damy do końca życia nie musiał na swoich rękach dźwigać! - zasyczała zjadliwie, obrzucając synową pełnym pogardy spojrzeniem i z hukiem zamykając wejście do dolnej części domu. Dała tym samym do zrozumienia, że odtąd obie części chałupy są osobne i lepiej, by się młoda do tej drugiej nie napatoczyła. Tadeusz rzucił matce gniewne spojrzenie, ale ta nic z sobie z tego nie robiąc, trzasnęła ostentacyjnie drzwiami.
W pokoju na strychu Adela zdawała się być obrażona na swojego jednodniowego męża. Może nie tyle chodziło jej o to, by urazę chować, ile nijak nie umiała pojąć, co ma teraz robić i czego na dobrą sprawę jej poślubiony będzie od niej oczekiwał. Ciotka Zocha niczego jej nie wyjaśniała, a poza nią to Adela nie miała z kim o tych damsko-męskich sprawach pogadać. Ciotka tylko, od niechcenia, pomiędzy jedną robotą a drugą, wtrącała co nieco.
- Ty się przed mężem nie wzbraniaj, bo to po pierwsze nie po bożemu, by kobita mężowi odmawiała, a po drugie... Raz nie dasz, drugi, to ci pójdzie w cug! Więc to pamiętaj! Oczy zamknij, zęby zaciśnij i podkładaj się tyle razy, ile mu się zachce. To może i nie jakaś tam frajda wielka, ale nie jest źle... Czasami to nawet i jakoś tak miło się robi... - kończyła z wypiekami na twarzy, ale od razu dodawała: - Chłop jak to chłop! Jak mu w noc dasz, tak w dzień dostaniesz.
Adela przysiadła na łóżku i zagarnęła fałdy sukni do siebie, bo zdawało jej się, że jej ta ohydna szata tak ciąży, tak ją szpeci, że nic, tylko pozbyć się odzienia. Ale co dalej? Jak ona, dziewczę bez doświadczeń i mądrości życiowej, ma stanąć - bądź co bądź - przed obcym mężczyzną, w halce ze stylonu? Albo, co gorsza, i bez niej? Zakręcone na papiloty włosy rozsypały się po Adeli, jakby one jedne rozumiały, że dziewczyna musi mieć co osłonić. Część ich spadła na przód, a część, strząśnięta poruszeniem głowy, okryła niemal do pasa plecy, niczym peleryna, taka jak te dziewczynek idących do pierwszej komunii - z wyrobionymi szydełkiem w pionowych rzędach koszyczkami, na przemian z ananasami.
Tadeusz przysiadł przy żonie, objął ją ramieniem i nagle oboje poczuli, że sztywnieją. Ona z tej niewiedzy, on zaś z podniecenia, które od chwili gdy ją ujrzał, siedziało w nim, nie dając żyć. Wreszcie pan młody delikatnie, by nie spłoszyć, zaczął wypinać małe guziki z perłowej masy, które stara Grabosiowa dorzuciła jako bonus do koronki. Guziczki wysmykiwały się z dziurek, jakby chciały wyplątać się z tej brzydkiej sukni i przyśpieszyć to, co i tak przesądzone. Jeszcze tylko stercząca halka i zakupiony na targu stanik z miseczkami wyłożonymi gąbką, żeby przydawały piersiom rozmiaru, dzieliły ich od siebie...
Łóżko zaskrzypiało i Adeli zdawało się, że ten dźwięk, brutalnie tnący domową ciszę, zaraz sprowadzi na strych innych mieszkańców. Wsunęła się pod pierzynę. Powłoka od krochmalu była niczym blacha albo zeschnięty placek macy i dziewczynie zdawało się, że najmniejszy ruch skruszy płótno, a ona będzie tak leżała obsypana białym pyłem, który wystarczy tylko zdmuchnąć, by ją odsłonić. Wstrzymywała oddech, a w głowie miała jedną myśl, by mieć to już za sobą. I gdy tak starała się ze wszystkich sił zapanować nad strachem, poczuła, jak członek męża toruje sobie drogę. Zanim zdążyła krzyknąć, Tadeusz uciekł; tak długo powstrzymywane pożądanie eksplodowało, ledwie w nią wszedł. Zacisnęła nogi, chcąc powstrzymać wyciek zmieszanych ze sobą krwi i nasienia. Wstydziła się, że ledwie weszła do cudzego domu, do obcego łóżka, a już ubabrała wszystko. Do rana nie zmrużyła oka, rozmyślając, czy tak właśnie wygląda miłość. Czy ten ugniatający ciężar, rozpierający podbrzusze ruch wzwiedzionego członka, którego wielkości nie umiała sobie przedstawić, to w rzeczy samej ten sam akt, o którym z wypiekami czytała ukradkiem, śniąc później sny o różnych Michorowskich czy innych hrabiach, książętach albo bodaj zwykłych mężczyznach, którzy - zanim zalegli na kobiecie, by doznać owego ostatecznego spełnienia - wpierw prawili jej frazy o wyjątkowości, braku możliwości życia bez niej, o tym, że dzień bez niej to niebo bez gwiazd, albo i inne wymyślne poetyzmy, całowali ją od stóp do głów, nawet tam, gdzie autor romansu nie dość jasno opisał miejsce, a brak doświadczenia nie pozwalał Adeli na jakiekolwiek asocjacje. Teraz delikatnie dotykała ręką miejsca, spenetrowanego przed chwilą, które oto niezbicie dowodziło jej przeobrażenia, nadawało jej miano kobiety. Obyło się bez egzaltacji, ale i bez wielkiego strachu, choć czuła, że w podbrzuszu nieco muli, ciągnie i szczypie. W zasadzie Adela czuła się zawiedziona. Pomyślała, że wszystko w jej życiu jest takie sobie, dalekie od doskonałości, wybrakowane. I może to z tego rozczarowania, a może ze zwykłego zmęczenia, zaczęła płakać, cicho pociągając nosem. Z dołu dobiegały jakieś dźwięki, których nie potrafiła określić. Nie znała tego domu, rządzących nim praw, czuła jednak, że musi za wszelką cenę stąd odejść. I z tego domu, i z tej wsi, do której nigdy nie mogła przywyknąć i która od zawsze zdawała się zaledwie przystankiem w jej życiu.
Obok Adeli leżał jej mąż. Nagi męski tors odbijał się od pościelowej bieli, ręka opadła bezwładnie; na wzdętej pierzynie spoczywała mniej więcej w połowie ciała Adeli. Ta natomiast tłumiła oddech, aby nie daj Boże! nie wyrwał się z płuc głośniejszy. By nie rozbudził Tadeusza i uśpionej w nim popędliwości.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.