Kocham cię ponad życie - Josephine Lys

Kup ebooka

35.90 zł
26.93 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Szko­cja, bar­dzo dawno temu

Nie­prze­nik­niony mrok był tak gę­sty, że nie­mal na­ma­calny. Mo­dliła się, żeby ta ciem­ność ją chro­niła, żeby się nie roz­pły­nęła, a oto­cze­nie nie oka­zało się jesz­cze bar­dziej od­strę­cza­jące. Jej mo­dły jed­nak na nic się zdały. Zro­zu­miała to, kiedy roz­legł się śmiech - po­zba­wiony ży­cia, ale prze­peł­niony naj­gor­szym moż­li­wym złem - roz­orał mroczne wnę­trze, prze­są­czył się przez nie i za­brzmiał w jej uszach z całą mocą, a ona le­d­wie się mo­gła po­wstrzy­mać, by nie za­szlo­chać jak mała dziew­czynka.

Kiedy śmiech nie usta­wał, a wręcz przy­bie­rał na sile, w miarę jak się zbli­żał, wie­działa, co za­raz na­stąpi. Pró­bo­wała się ru­szyć, ze­rwać do biegu, coś ją jed­nak po­wstrzy­my­wało z taką mocą, że nie była w sta­nie na­wet odro­binę zmie­nić po­zy­cji. Le­żała na czymś zim­nym, a chłód prze­ni­kał ją do szpiku ko­ści.

Chciała krzy­czeć, wo­łać o po­moc, kiedy po­czuła na swoim ciele do­tyk. Do­tyk zim­nych, brud­nych i na­tar­czy­wych rąk, które su­nęły po jej no­gach w górę, chcąc do­trzeć do ud. Wy­rzą­dzały jej krzywdę. Ra­niły jej skórę z okru­cień­stwem i złą wolą, ko­rzy­sta­jąc z bru­tal­nej siły, wo­bec któ­rej ona nie mo­gła nic zro­bić.

W tym mo­men­cie za­częła się mo­dlić o śmierć. Nie była z na­tury tchórz­liwa, ale w obec­nej sy­tu­acji przy­ję­łaby śmierć jako bar­dzo po­żą­daną to­wa­rzyszkę po­dróży. Usły­szała dźwięk roz­dzie­ra­nego ma­te­riału, a za­raz po­tem wrzask.

Aili obu­dziła się zdy­szana i zlana po­tem. Serce tłu­kło jej się w piersi, jakby prze­bie­gła długą drogę, ręce trzę­sły się w od­ru­chu, nad któ­rym nie mo­gła za­pa­no­wać. Unio­sła jedną do ust, by stłu­mić wy­ry­wa­jący się z nich szloch, spo­wo­do­wany bez­gra­nicz­nym udrę­cze­niem. Kosz­mar, w ostat­nich ty­go­dniach na­wie­dza­jący ją w nocy co­raz czę­ściej, po­woli do­pro­wa­dzał ją do obłędu. Tylko Aili wie­działa, że ten zły sen nie jest owo­cem jej wy­ob­raźni, lecz ma ko­rze­nie w gwał­tow­nym, nie­spo­dzie­wa­nym za­cho­wa­niu jed­nego z człon­ków klanu McNa­il­lów. Wspo­mnie­nie tam­tego zda­rze­nia prze­śla­do­wało ją w dzień i w nocy - znie­kształ­cone i wy­pa­czone, nie chciało się od niej od­da­lić, a luka w pa­mięci, która po nim po­zo­sta­wała, drę­czyła ją jesz­cze bar­dziej.

Aili po­now­nie opa­dła na po­sła­nie i pró­bo­wała uspo­koić od­dech, te­raz już nie taki płytki i ury­wany jak przed chwilą. Serce zda­wało się od­zy­ski­wać swój nor­malny rytm, choć ucisk, który czuła w piersi, pra­wie wcale nie ze­lżał. Ode­tchnęła głę­boko i sta­rała się my­śleć o czymś in­nym. O czymś we­so­łym. Na­tych­miast wró­ciła pa­mię­cią do wia­do­mo­ści, którą do­stała za­le­d­wie kilka ty­go­dni temu od swo­jej sio­stry. Meg za­szła w ciążę! To były wspa­niałe wie­ści i za­raz wy­wo­łały na ustach Aili błogi uśmiech. Sio­strze­niec albo sio­strze­nica. Już so­bie wy­obra­żała, jak trzyma ma­leń­stwo w ra­mio­nach, jak biega z nim po ca­łym domu i roz­piesz­cza je, jakby od tego za­le­żało jej ży­cie. Ich oj­ciec, Dune McGre­gor, na­czel­nik klanu McGre­go­rów, przy­jął tę wia­do­mość ze słodko-kwa­śną miną. Bar­dzo się cie­szył ze szczę­ścia Meg i jej męża, Evana McA­li­stera, na­czel­nika klanu McA­li­ste­rów, ale też mar­twił się o młod­szą córkę i jej zdro­wie. Choć było pewne, że Meg jest silna, ich matka zmarła, kiedy były małe, pod­czas trud­nego po­rodu. Tamto bo­le­sne, gorz­kie wspo­mnie­nie do dziś za­głę­biało szpony w piersi Dune'a McGre­gora, spra­wia­jąc, że za­cho­wy­wał się ostroż­nie i nie­uf­nie, mimo po­wścią­gli­wej, choć szcze­rej ra­do­ści.

Ich brat, Lo­gan, wręcz prze­ciw­nie - uśmie­chał się, jak nie czy­nił tego od dawna. Na myśl o bra­cie czoło Aili prze­cięła mała zmarszczka. Zmie­nił się w ostat­nich mie­sią­cach. Cho­ciaż na po­zór był tym sa­mym cza­ru­ją­cym, dy­plo­ma­tycz­nym i zrów­no­wa­żo­nym mło­dym męż­czy­zną co za­wsze, Aili wie­działa, że jest coś, co spra­wia mu cier­pie­nie. Wi­działa to w jego oczach, gdy Lo­gan my­ślał, że nikt na niego nie pa­trzy. Wła­śnie wtedy dało się do­strzec oznaki bólu, który jej brat usi­ło­wał ukryć. Aili do­my­ślała, że to musi mieć coś wspól­nego z Edine.

Lo­gan był bar­dzo przy­stojny i to w po­łą­cze­niu z jego bły­sko­tli­wo­ścią i po­zy­cją na dwo­rze kró­lew­skim przy­cią­gało do niego spoj­rze­nia i pra­gnie­nia więk­szo­ści ob­ra­ca­ją­cych się w tam­tym kręgu dam. Aili miała świa­do­mość, że Lo­gan ro­man­so­wał z licz­nymi ko­bie­tami - tak wie­loma, z pew­no­ścią nie zdo­ła­łaby zli­czyć - za­wsze jed­nak sta­wiał sprawę ja­sno i otwar­cie, uwa­ża­jąc to za prze­lotne zna­jo­mo­ści. Nie­mniej od­kąd sio­stra się­gała pa­mię­cią, tylko raz wi­działa go na­prawdę za­ko­cha­nego: w Edine.

Swoją mi­łość utrzy­my­wali w ta­jem­nicy, ale gdy prze­by­wali bli­sko sie­bie, ich oczy wy­raź­nie zdra­dzały ich uczu­cie. Aili ni­gdy nie spo­tkała dwóch osób, które by­łyby dla sie­bie tak wy­raź­nie stwo­rzone jak Lo­gan i Edine. Jed­nak po pew­nej dłuż­szej nie­obec­no­ści Lo­gana, kiedy król Wil­helm po­wie­rzył mu ważną mi­sję, zwią­zek tych dwojga skoń­czył się rap­tow­nie - bez wy­ja­śnień i bez wi­docz­nych po­wo­dów. Edine na­gle znik­nęła, a Lo­gan otrzy­mał tylko list z za­le­d­wie kil­koma zda­niami, które miały ule­czyć jego roz­darte na strzępy serce. Lo­gan nie wspo­mniał o tym sio­strze, lecz nie mu­siał nic mó­wić. Aili zbyt do­brze go znała. Po­nadto brat był jej naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i po­wier­ni­kiem.

Przez okno wpa­dły pierw­sze pro­mie­nie świa­tła sło­necz­nego i czę­ściowo oświe­tliły po­kój. Aili uświa­do­miła so­bie, że od­kąd obu­dził ją kosz­mar, le­żała i roz­my­ślała przez co naj­mniej dwie go­dziny, aż nie­po­strze­że­nie, milcz­kiem za­stał ją świt. Pro­mie­nie słońca prze­su­wały się po po­koju, by wresz­cie do­trzeć do łóżka i do niej sa­mej, uwo­dzi­ciel­sko ry­su­jąc kształty na jej skó­rze.

Od­kąd Aili się­gała pa­mię­cią, wsta­wała skoro świt, żeby nie tra­cić dnia. Wstała za­tem, do­ko­nała po­ran­nej to­a­lety i za­częła się ubie­rać w ja­sno­nie­bie­ską su­kienkę o pro­stym, ele­ganc­kim kroju. Ubra­nie było przede wszyst­kim wy­godne i po­zwa­lało jej wy­ko­ny­wać wszel­kie prace do­mowe, które mno­żyły się w ciągu dnia. W tym zamku ni­gdy nie bra­ko­wało nie­prze­wi­dzia­nych za­jęć.

Ktoś za­pu­kał do jej drzwi, spra­wia­jąc, że prze­rwała ukła­da­nie wło­sów, które miała już pra­wie ze­brane w pro­stą fry­zurę.

Otwo­rzyła drzwi. W progu stała Anna - ko­bieta z ich klanu pra­cu­jąca w zamku, od­kąd Aili była mała. Anna od­po­wia­dała za czy­stość i po­rzą­dek we wszyst­kich po­ko­jach, po­nadto była do­brą i wierną przy­ja­ciółką.

- Po­sła­niec konny wła­śnie przy­wiózł ten list z dworu. Może to od two­jego brata. Po­my­śla­łam, że ze­chcesz go do­stać jak naj­szyb­ciej.

Aili uśmiech­nęła się sze­roko do Anny, któ­rej twarz za­wsze ema­no­wała po­godną ra­do­ścią.

- Bar­dzo dzię­kuję, Anno. Za­raz do cie­bie przyjdę. Cho­ciaż moja sio­stra wy­szła za mąż już kilka mie­sięcy temu, jesz­cze nie za­brała od nas wszyst­kich swo­ich rze­czy. Je­żeli masz chwilę dzi­siaj rano, chcia­ła­bym, że­by­śmy je ra­zem przej­rzały i spa­ko­wały do ku­fra, aby je do niej wy­słać.

- Do­brze, jak so­bie ży­czysz. Tych pięk­nych su­kie­nek nie­długo już nie bę­dzie mo­gła no­sić. Le­piej, żeby ro­biła z nich uży­tek te­raz - po­wie­działa Anna ze szcze­rym uśmie­chem, któ­rego Aili nie mo­gła nie od­wza­jem­nić.

Wśród McGre­go­rów wia­do­mość o ciąży Meg stała się po­wo­dem do ra­do­ści. Była naj­wyż­sza pora na do­brą no­winę w tej ro­dzi­nie.

Anna po­szła, a Aili za­mknęła drzwi swo­jego po­koju. Wy­da­wało się dziwne, że Lo­gan wy­słał do niej ko­lejny list, mimo że po­przedni przy­szedł za­le­d­wie dwa dni temu i w kilku zda­niach oznaj­miał, że brat w naj­bliż­szych dniach wy­biera się do domu.

Uśmiech spełzł z jej twa­rzy, a żo­łą­dek skur­czył się jak po otrzy­ma­niu ciosu, gdy tylko ze­rwała pie­częć i prze­bie­gła wzro­kiem krótką wia­do­mość. Unio­sła rękę do piersi, sta­ra­jąc się za­pa­no­wać nad od­de­chem, który stał się płytki i wy­si­lony. Na­ka­zała so­bie w du­chu za­cho­wać spo­kój, choć w prak­tyce oka­zało się to pra­wie nie­moż­liwe.

Droga Aili!

Sprawy, które mnie za­trzy­mują na dwo­rze, wkrótce do­bie­gną końca. Za ja­kiś czas będę wolny i będę mógł wró­cić do domu. Są­dzę, że nie mu­szę Ci przy­po­mi­nać, że z mo­jej strony było to aż na­zbyt roz­ważne, by dać Ci czas, abyś oswo­iła się z my­ślą o tym, że bę­dziesz moją żoną i byś wzięła pod uwagę to, co nie­unik­nione po moim po­wro­cie, na­szych za­rę­czy­nach i ry­chłych za­ślu­bi­nach. Wiem, że choć po­cząt­kowo ze zde­ner­wo­wa­nia się opie­ra­łaś, te­raz bę­dziesz miała czas na roz­wa­że­nie swo­jej od­po­wie­dzi i doj­dziesz do wnio­sku, że nasz zwią­zek to naj­lep­sze, co może Ci się przy­tra­fić. Nie są­dzę, by trzeba Ci było po­wta­rzać, co się sta­nie, je­śli spró­bu­jesz mi od­mó­wić prawa do Two­jej ręki i urze­czy­wist­nie­nia mo­ich pra­gnień. W ten spo­sób spla­mi­ła­byś swoją re­pu­ta­cję i na­ra­zi­ła­byś sie­bie na wy­klu­cze­nie, a swo­ich bli­skich na udział w woj­nie, która za­bra­łaby z sobą nie­jedno dro­gie dla Cie­bie ży­cie, a to ostat­nie, czego bym chciał. Spo­dzie­wam się wkrótce cie­szyć Two­imi wzglę­dami - już jako mo­jej mał­żonki i moż­li­wej przy­szłej pani klanu McNa­il­lów.

Twój

Clave McNa­ill

Aili po­czuła, że ogar­niają ją mdło­ści. Jak on śmie w ogóle wy­ra­żać się w taki spo­sób o czymś, do czego za­mie­rza ją zmu­sić? Miała ochotę za­mknąć oczy i uda­wać, że to tylko zły sen, z któ­rego mo­głaby się obu­dzić. Nie­mniej, choć bar­dzo by chciała za­po­mnieć, choćby nie­ustan­nie my­ślała o tym, jak się wy­bu­dzić z tego kosz­maru i nie mu­sieć wy­cho­dzić za nie­chcia­nego męż­czy­znę, ani na chwilę nie umiała się uwol­nić od prze­ko­na­nia, że jej los jest przy­pie­czę­to­wany i że je­śli chce ochro­nić swo­ich uko­cha­nych bli­skich, nie ma in­nego wyj­ścia.

Z tym prze­ko­na­niem, cią­żą­cym jej na sercu ni­czym po­tężny odła­mek skały, który co­dzien­nie przy­gnia­tał ją i du­sił co­raz bar­dziej, wzięła się w garść, przy­wo­łała na usta uśmiech i wy­szła z po­koju. W ostat­nich mie­sią­cach stała się eks­per­tką od ukry­wa­nia wła­snych uczuć i re­ak­cji - ro­biła to jesz­cze sku­tecz­niej, niż się zda­wało moż­liwe. Po­sta­no­wiła, że musi ja­koś prze­trwać ten dzień. Na­za­jutrz bę­dzie mu­siała po­wie­dzieć so­bie to samo.

Roz­dział 2

An­drew McA­li­ster za­trzy­mał się kilka me­trów od gra­nicy ziem klanu McGre­go­rów. Po od­by­ciu wi­zyty w sie­dzi­bie Camp­bel­lów i roz­mo­wie z Ale­kiem, przy­ja­cie­lem oraz na­czel­ni­kiem tego klanu, o zbli­ża­ją­cym się zjeź­dzie, wra­cał już do domu, lecz po­sta­no­wił tro­chę nad­ło­żyć drogi, by się zo­ba­czyć z McGre­go­rami, ale przede wszyst­kim aby prze­ko­nać Aili do spę­dze­nia kilku dni w do­mo­stwie McA­li­ste­rów.

Z tym po­sta­no­wie­niem po­dą­żał drogą wraz z kil­koma swo­imi ludźmi, to­wa­rzy­szami broni i przy­ja­ciółmi, ta­kimi jak jego ku­zyn Ca­lum, któ­remu z ra­cji mło­dego wieku na­dal bra­ko­wało doj­rza­ło­ści.

- Pew­nie się cie­szysz, że w tak krót­kim cza­sie znów się zo­ba­czysz z McGre­go­rami. Szcze­rze mó­wiąc, na­dal nie ro­zu­miem, co tu­taj ro­bimy - ode­zwał się Ca­lum, pa­trząc na ku­zyna ze zmarsz­czo­nym czo­łem, nie­za­do­wo­lony z nad­kła­da­nia drogi i od­wle­ka­nia po­wrotu do domu.

An­drew po­pa­trzył na niego, za­nim od­po­wie­dział, lecz nie za­trzy­mał wierz­chowca.

- Już ci to wy­ja­śnia­łem. Meg bar­dzo źle znosi pierw­sze ty­go­dnie ciąży i Evan chciał wie­dzieć, czy Aili mo­głaby spę­dzić kilka dni ze swoją sio­strą, żeby udzie­lić jej wspar­cia. Evan są­dzi, że jej to­wa­rzy­stwo do­brze zrobi Meg, i ja też tak uwa­żam.

Evan McA­li­ster, na­czel­nik klanu McA­li­ste­rów i star­szy brat An­drew, kilka mie­sięcy temu oże­nił się z Meg McGre­gor (co po­prze­dziło pa­smo zmy­łek, drob­nych oszustw i nie­po­ro­zu­mień), spra­wia­jąc, że te dwa klany po wie­kach za­cie­kłej wro­go­ści zo­stały po­łą­czone wę­złem mał­żeń­skim i zjed­no­czone. Oże­nek ten po­cząt­kowo zor­ga­ni­zo­wano z na­kazu króla Szko­cji Wil­helma. Nikt nie wró­żył temu związ­kowi nic do­brego, jed­nak po wszyst­kim, co się wy­da­rzyło w ostat­nich mie­sią­cach, mał­żeń­stwo oka­zało się nie tylko przy­pie­czę­to­wane pod­pi­sami obu stron, lecz także po­parte od­wza­jem­nio­nym uczu­ciem Evana i Meg.

Trzeba przy­znać, że Meg była ob­da­rzona na­tu­ral­nym wi­go­rem. Taka mała, a taka silna. Po­dała się za ko­goś in­nego, by móc za­miesz­kać w zamku i dzięki temu po­znać Evana. Chciała się do­wie­dzieć, czy to, co o nim mó­wią, jest prawdą, a je­śli trzeba, ura­to­wać swoją star­szą Aili od nie­chcia­nego związku. Już pierw­szego wie­czoru o mało nie otruła ca­łego klanu, a po­tem, jedna za drugą, przy­da­rzały się jej ko­lejne wpadki. Mimo to zy­skała sym­pa­tię i sza­cu­nek ca­łego klanu, a kiedy wy­szła na jaw jej praw­dziwa toż­sa­mość, było już za późno, by kto­kol­wiek ją po­tę­pił: Evan zdą­żył się w niej za­ko­chać, resztę klanu miała zaś u swo­ich stóp.

Ca­lum da­lej je­chał ze zmarsz­czo­nym czo­łem. Nie wie­dział, dla­czego mu­szą za­da­wać so­bie tyle trudu. Dla­czego mie­liby prze­dłu­żać wy­prawę tylko ze względu na nie naj­lep­sze sa­mo­po­czu­cie Meg? Był zmę­czony i chciał wresz­cie wró­cić do domu.

Gdy przy­byli pod bramę zamku McGre­go­rów, An­drew zsiadł z ko­nia. Za­nim do­tarli na miej­sce, kil­koro lu­dzi śle­dziło z zamku ich prze­jazd. Choć zwią­zek za­warty po­mię­dzy ro­dami po­go­dził ich człon­ków, wciąż ist­niała po­mię­dzy nimi pewna nie­uf­ność. Tylu lat za­daw­nio­nej wro­go­ści nie dało się wy­ma­zać w ciągu za­le­d­wie kilku mie­sięcy. W rze­czy­wi­sto­ści nie­któ­rzy wciąż nie­na­wi­dzili człon­ków dru­giego klanu i choć nie oka­zy­wali tego otwar­cie, w głębi serca nie ak­cep­to­wali owego mał­żeń­stwa.

Brama zam­kowa się otwarła i wy­szedł przez nią je­den z za­ufa­nych lu­dzi Dune'a McGre­gora. An­drew pa­mię­tał, że to­wa­rzy­szył on na­czel­ni­kowi McGre­go­rów, kiedy tamci kilka mie­sięcy temu od­wie­dzili McA­li­ste­rów w ich sie­dzi­bie.

- McA­li­ster, za­pu­ści­łeś się dość da­leko od domu, nie uwa­żasz? - za­gad­nął An­gus McGre­gor. Za­trzy­mał się kilka me­trów od nich, sta­jąc z sze­roko roz­sta­wio­nymi no­gami i rę­kami skrzy­żo­wa­nymi na piersi.

- Nie wiesz, jak bar­dzo bym się ucie­szył, gdy­bym nie mu­siał w tej chwili oglą­dać two­jej pa­skud­nej gęby, ale obo­wią­zek na­ka­zał mi przy­je­chać tu­taj, żeby po­roz­ma­wiać z twoim na­czel­ni­kiem - od­parł An­drew ze swoim nie­od­łącz­nym uśmie­chem.

Na­pię­cie mię­dzy nimi wszyst­kimi było w tej chwili nie­mal na­ma­calne, aż An­gus prze­rwał je, wy­bu­cha­jąc śmie­chem i roz­luź­nia­jąc po­stawę.

- Zgoda, McA­li­ster. Mo­że­cie zo­sta­wić ko­nie, tam, na­prze­ciwko, są staj­nie. Za­cze­kam tu na was, a tym­cza­sem po­wia­do­mimy na­czel­nika.

- Chciał­bym się rów­nież przy­wi­tać z Aili - do­dał An­drew i nie umknęło mu, że uśmie­szek An­gusa McGre­gora po tych ostat­nich sło­wach znów stał się nie­ufny.

Za­nim ten zdą­żył mu od­po­wie­dzieć, zza rogu zamku wy­szła Aili. Nio­sła ko­szyk z kwia­tami i zio­łami. Za­ró­żo­wione po­liczki świad­czyły o wy­siłku, jaki wło­żyła w zbie­ra­nie ro­ślin. Wi­dać było, że miała za sobą sporą drogę, którą prze­szła w słońcu, za­nim wy­peł­niła ko­szyk po brzegi.

Na ich wi­dok na jej twa­rzy od­ma­lo­wało się za­sko­cze­nie i za­raz ustą­piło miej­sca peł­nemu nie­po­koju zmar­twie­niu. Aili po­sta­wiła kosz na ziemi i pod­bie­gła do nich.

- An­drew, co tu ro­bi­cie? Czy wszystko w po­rządku? Meg do­brze się miewa?

An­drew uśmiech­nął się, chcąc ją w ten spo­sób uspo­koić.

- Tak, tak, wszystko jest w po­rządku. Spę­dzi­li­śmy kilka dni w go­ści­nie u Camp­bel­lów i po­sta­no­wi­li­śmy nieco nad­ło­żyć drogi, żeby zo­ba­czyć się z tobą i twoim oj­cem, no i mamy wia­do­mo­ści o Meg.

Aili nie spusz­czała wzroku z jego oczu, sta­ra­jąc się do­ciec, czy mówi całą prawdę, czy może coś po­mija mil­cze­niem.

An­drew po­now­nie zdzi­wił się re­ak­cją swo­jego ciała, ca­łego swo­jego je­ste­stwa, na bli­ską obec­ność tej dziew­czyny. By­wał już z ko­bie­tami - tak wie­loma, że miał w tej dzie­dzi­nie bo­gate do­świad­cze­nia, lecz ni­gdy nie czuł wo­bec żad­nej nic ta­kiego.

Gdy się po­znali kilka mie­sięcy temu, wi­dy­wali się tylko przez kilka dni. Do tej pory pa­mię­tał, ja­kie zro­biła na nim wra­że­nie, kiedy uj­rzał ją po raz pierw­szy - to było jak tępy cios w brzuch. Jakby czy­jaś po­tężna pięść zgięła go wpół, po­zba­wia­jąc tchu. W ciągu tych kilku dni, które McGre­go­ro­wie spę­dzili pod da­chem McA­li­ste­rów, pró­bo­wał ja­koś ra­cjo­nal­nie wy­tłu­ma­czyć so­bie tę re­ak­cję, uspra­wie­dli­wić ją lub igno­ro­wać. A po­tem, gdy Evan oże­nił się z Meg i jej ro­dzina wresz­cie wy­je­chała, w jego ży­ciu za­pa­no­wała doj­mu­jąca, ośle­pia­jąca pustka, do­ku­cza­jąc mu bar­dziej, niż sam chciałby to przed sobą przy­znać.

To było sza­leń­stwo, bez­sen­sow­nie błędne po­dej­ście. Po­wta­rzał so­bie te słowa, aż w końcu przy­znał, że to, co czuje do Aili, jest ir­ra­cjo­na­lne, nie da się uspra­wie­dli­wić ani wy­ja­śnić, le­piej więc zo­sta­wić to na boku. Ła­twiej było po­wie­dzieć, niż zro­bić, te­raz, gdy znów miał ją przed sobą i w jej obec­no­ści po­now­nie do­świad­czał tego sa­mego.

- An­drew, nie ukry­waj ni­czego przede mną. Je­żeli coś stało się z Meg... - Aili na­dal pa­trzyła mu w oczy.

A one w tym świe­tle wy­da­wały się bar­dziej zie­lone niż kie­dy­kol­wiek przed­tem. Kasz­ta­no­wate plamki, roz­pro­szone na tę­czów­kach ni­czym śnie­żynki, nada­wały jego spoj­rze­niu in­ten­syw­ność, przed którą trudno by­łoby uciec. Wieczny uśmiech mło­dzieńca roz­ja­śniał jego twarz, tak że wy­glą­dała te­raz na bar­dziej roz­luź­nianą, co spra­wiło, że Aili wresz­cie wy­pu­ściła po­wie­trze, które wstrzy­my­wała w piersi, od­kąd uj­rzała go­ści w zam­ko­wej bra­mie.

- U Meg wszystko w po­rządku. Daję słowo - za­pew­nił An­drew i de­li­kat­nie zmarsz­czył czoło, po­nie­waż na­gle za­uwa­żył ciemne kręgi pod oczami dziew­czyny. Te mocno za­ry­so­wane cie­nie były wi­docz­nym ob­ja­wem cze­goś nie­do­brego. Braku snu, zmar­twie­nia, ja­kiejś cho­roby.

- A ty jak się mie­wasz? - za­py­tał, a palce aż go pa­liły, by do­tknąć jej po­liczka. Byłby to na­tu­ralny gest to­wa­rzy­szący jego sło­wom, gdyby mógł so­bie po­zwo­lić na in­stynk­towne za­cho­wa­nie.

Aili nie spo­dzie­wała się ta­kiego py­ta­nia. Do­strze­gła lek­kie za­nie­po­ko­je­nie w jego spoj­rze­niu, po czym An­drew za­raz przyj­rzał się jej uważ­nie, jakby się spo­dzie­wał zna­leźć od­po­wiedź w jej twa­rzy i za­cho­wa­niu, i to ją prze­stra­szyło.

Nikt w ostat­nich mie­sią­cach nie zwró­cił uwagi na jej pie­kło, nie miał po­ję­cia o jej kosz­ma­rach, a ona była prze­ko­nana, że po­trafi na­dal z ła­two­ścią ukry­wać swój pro­blem. Je­dyną osobą, która mo­głaby zdać so­bie sprawę z tego, że coś jest nie tak, był Lo­gan, lecz on z po­wodu prze­dłu­ża­ją­cego się po­bytu na dwo­rze nie miał oka­zji się jej przyj­rzeć.

Nie chciała, by ktoś się do­wie­dział o tym, co się dzieje, i fakt, że An­drew - który le­d­wie ją znał - spo­strzegł jej nie­po­kój, spra­wił, że zlo­do­wa­ciała.

- Mie­wam się do­sko­nale - od­parła z bla­dym uśmie­chem. - Ale jaka ze mnie nie­uprzejma go­spo­dyni! Za­cho­wuję się nie­wy­ba­czal­nie. Trzy­mam was tu przed bramą, pod­czas gdy wi­dać, że prze­by­li­ście długą drogę i je­ste­ście zmę­czeni. Pro­szę, wejdź­cie do środka. Roz­mowa musi za­cze­kać do ko­la­cji. Naj­pierw przy­go­tu­jemy dla was po­koje i cie­płą ką­piel, a po­tem za­pra­szam na wie­czorny po­si­łek z na­szym naj­lep­szym wi­nem.

- Brzmi cał­kiem nie­źle - mruk­nął Ca­lum, który nie­po­strze­że­nie zdą­żył zbli­żyć się do ku­zyna, by po­słu­chać roz­mowy.

- Cie­szę się, że znowu cię wi­dzę, Ca­lu­mie - zwró­ciła się do niego Aili.

A on uśmiech­nął się bez­wied­nie, od­no­to­wu­jąc, że choć le­d­wie się znali, za­pa­mię­tała jego imię.

An­drew pa­trzył, jak dziew­czyna od­wraca się i wcho­dzi po kilku stop­niach wio­dą­cych do głów­nego wej­ścia. On i Ca­lum ru­szyli za nią, pod­czas gdy po­zo­stali trzej McA­li­ste­ro­wie na chwilę odłą­czyli się od nich dwóch, by po­pro­wa­dzić ko­nie do stajni.

Mimo za­pew­nień Aili An­drew nie był prze­ko­nany. Je­śli to było je­dy­nie zmę­cze­nie, może... Lecz smu­tek i nie­po­kój, które przez chwilę wy­zie­rały z ko­bal­to­wego spoj­rze­nia Aili, spra­wiły, że zro­zu­miał, iż nie po­wie­działa mu ca­łej prawdy, a to mu się nie po­do­bało. Przy­siągł w du­chu, że do­wie się, o co cho­dzi.

Z tym moc­nym po­sta­no­wie­niem po­dą­żył za nią do zamku i na­gle za­pra­gnął wszyst­kiego, co im za­pro­po­no­wała: cie­płej ką­pieli i do­brej ko­la­cji.

Roz­dział 3

Ko­la­cja prze­bie­gła spo­koj­nie i za­spo­ko­iła wszel­kie ocze­ki­wa­nia. Aili nie była go­ło­słowna. Stół aż się ugi­nał od du­szo­nego mięsa, wa­rzyw i świeżo upie­czo­nego chleba, a także do­brego wina. Na de­ser po­dano pla­cek z jabł­kami, który upie­kła sama Aili, a który wszyst­kim bie­siad­ni­kom bar­dzo sma­ko­wał. Gdy to­wa­rzy­sze An­drew i człon­ko­wie klanu McGre­go­rów wstali od stołu i udali się na spo­czy­nek, zo­stali tylko pan domu, Aili i sam An­drew. Dune McGre­gor po­pa­trzył uważ­nie na go­ścia.

- Do­brze, McA­li­ster, po­wiesz w końcu, jaki jest praw­dziwy po­wód two­jej wi­zyty? Uwa­żam, że wy­ka­za­łem się wy­star­cza­jącą cier­pli­wo­ścią.

An­drew uśmiech­nął się sze­roko. Gdy tego wie­czoru na­czel­nik McGre­go­rów ugo­ścił ich pod swoim da­chem, An­drew do­strzegł w jego twa­rzy za­sko­cze­nie i za­nie­po­ko­je­nie. Nie­wąt­pli­wie na ich wi­dok w pierw­szym od­ru­chu po­my­ślał to samo co Aili: że z Meg dzieje się coś nie­do­brego. Nie­mniej, gdy An­drew uspo­koił go pod tym wzglę­dem, zmar­twie­nie McGre­gora ustą­piło miej­sca za­in­te­re­so­wa­niu.

- Ja­dąc od Camp­bel­lów, nie mia­łeś na­szej sie­dziby spe­cjal­nie po dro­dze, mu­sia­łeś sporo nad­ło­żyć, żeby do nas zaj­rzeć. Jaki jest za­tem po­wód two­jej obec­no­ści na mo­ich zie­miach? - na­ci­skał Dune McGre­gor.

An­drew, za­nim od­po­wie­dział, po­pa­trzył na ojca i córkę.

- Meg nie za do­brze znosi pierw­sze ty­go­dnie ciąży i...

- Wie­dzia­łam, wie­dzia­łam, że coś nie­do­brego dzieje się z Meg. Dla­czego po­wie­dzia­łeś, że wszystko z nią w po­rządku? Co się wła­ści­wie stało? - za­wo­łała Aili w wy­raź­nym stra­pie­niu.

- Zdro­wie mo­jej córki jest za­gro­żone? Bo je­żeli się do­wiem, że to dla­tego, że ten twój brat nie trak­tuje jej od­po­wied­nio, po­jadę tam i żyw­cem obe­drę go ze skóry. - McGre­gor wy­ce­dził tę groźbę przez za­ci­śnięte zęby.

- Prze­stań­cie oby­dwoje - rzekł An­drew, uno­sząc obie ręce. - Nie okła­ma­łem was. Meg cie­szy się do­sko­na­łym zdro­wiem, ale uciąż­li­wo­ści ty­powe dla po­cząt­ków jej stanu spra­wiają, że za­cho­wuje się, jakby nie była sobą, że tak to ujmę.

Dune McGre­gor roz­luź­nił się, w jego oczach bły­snęła iskierka roz­ba­wie­nia.

- In­nymi słowy, moja córka do­pro­wa­dza two­jego brata do szału.

- Sam nie wy­ra­ził­bym tego le­piej - od­rzekł An­drew, ki­wa­jąc głową.

Aili po­pa­trzyła na jed­nego i dru­giego jak na nie­wraż­li­wych gbu­rów.

- Pierw­sze mie­siące ciąży mogą być bar­dzo cięż­kie - po­wie­działa, spo­glą­da­jąc na nich z po­wagą. - Moja sio­stra jest bar­dzo silna, ale nie nie­zwy­cię­żona.

- Są­dzę, có­ruś, że na­szemu go­ściowi nie o to cho­dzi - za­opo­no­wał Dune z uśmiesz­kiem.

Aili zer­k­nęła na An­drew, ocze­ku­jąc wy­ja­śnie­nia.

- To prawda, że Meg źle znosi swój stan. Kate mówi, że nie­które ko­biety w pierw­szych ty­go­dniach ciąży cier­pią po­waż­niej­sze nie­przy­jem­no­ści. Meg zwraca pra­wie wszystko, co zje, jest zmę­czona i przy­sy­pia po ką­tach, ale wcale się nie uskarża. Nie to jest pro­ble­mem. Kło­pot w tym, że stała się bar­dzo wraż­liwa, co­kol­wiek ner­wowa, a je­żeli po­przed­nio zy­skała so­bie przy­do­mek Kla­no­bój­czyni, to te­raz nie­któ­rzy na­zy­wają ją wprost Pie­kiel­nicą.

Dune uniósł brew py­ta­jąco, pod­czas gdy Aili z obu­rzoną miną przy­jęła prze­zwi­ska nadane jej sio­strze.

- Evan w ciągu ostat­nich trzech ty­go­dni o mało nie wy­po­wie­dział wojny trzem róż­nym kla­nom i we wszyst­kich tych przy­pad­kach Meg była za­mie­szana w sprawę. Weźmy na przy­kład nie­po­ro­zu­mie­nie z McDo­nal­lami i psem ich na­czel­nika. Biedne psi­sko miało ranną łapę i po­ra­niło się jesz­cze bar­dziej po dro­dze, kiedy ich na­czel­nik z kil­koma swo­imi ludźmi od­wie­dzili Evana, żeby po­roz­ma­wiać o kra­dzie­żach by­dła, które się u nich zda­rzyły. Kiedy do­tarli na na­sze zie­mie, na­czel­nik McDo­nal­lów po­sta­wił skró­cić ży­cie psa. Do­wie­działa się jed­nak o tym Meg i sprze­ci­wiła się jego de­cy­zji. McDo­nall od­po­wie­dział jej, że to jego pies i że zrobi z nim, co tylko ze­chce, ale Meg po­sta­wiła mu się i wy­ty­ka­jąc go pal­cem w pierś, na­zwała osłem i gru­biań­skim głą­bem. Po­wie­działa, że nie ma po­trzeby za­bi­jać zwie­rzaka, po­nie­waż można go wy­le­czyć i tylko sa­mo­lubny, zły czło­wiek robi coś ta­kiego swo­jemu psu. Po czym wy­buch­nęła pła­czem, a na­czel­nik McDo­nal­lów stwier­dził, że jest obłą­kana. Kiedy Evan się o tym do­wie­dział, mało go nie za­bił za to, co mó­wił jego żo­nie.

- Ale że Meg się roz­pła­kała? - zdzi­wił się Dune McGre­gor. - Prze­cież nie pła­cze od dzie­ciń­stwa. - Trudno mu było ukryć uśmiech, który po­ja­wiał się na jego ustach, gdy za­po­mi­nał nad nim pa­no­wać.

- Tak, to ko­lejny sku­tek uboczny ciąży. Pew­nego wie­czoru Con­nor śpie­wał po ko­la­cji pio­senkę dla tych, któ­rzy sie­dzieli jesz­cze w sali, i Meg za­częła ża­ło­śnie pła­kać. Tak łkała, że aż do­stała czkawki. Evan oba­wiał się, że ni­gdy jej nie przej­dzie. Za­ka­zał śpie­wa­nia przy swo­jej żo­nie.

Te­raz Dune McGre­gor nie wy­trzy­mał i wy­buch­nął śmie­chem.

- Bawi cię, że Meg jest w ta­kim sta­nie? - za­py­tała go Aili z obu­rze­niem.

Oj­ciec przy­brał po­waż­niej­szą minę i spoj­rzał na córkę.

- Nie o to cho­dzi, có­ruś. Los cza­sami przy­nosi nam ra­dość, a McA­li­ster wła­śnie do­staje to, na co za­słu­żył.

- Jak mo­żesz tak mó­wić, tato? - ode­zwała się Aili z wy­raź­nym wy­rzu­tem.

- Po­nie­waż ja to samo prze­cho­dzi­łem z wa­szą matką. Była spo­koj­niej­sza niż Meg, ale gdy no­siła pod ser­cem Lo­gana, ba­łem się, że przez nią osza­leję. Ni­komu bym tego nie ży­czył, No, może McA­li­ste­rowi.

- Oj­cze! - wy­krzyk­nęła córka ze wzbu­rze­niem.

An­drew też się ro­ze­śmiał, wi­dząc, że McGre­gora wy­raź­nie cie­szy utra­pie­nie Evana.

- Ty też? Ale prze­cież je­steś jego bra­tem! - za­wo­łała Aili, nie wie­rząc w to, co sły­szy.

An­drew po­ha­mo­wał śmiech, lecz w jego fi­glar­nych oczach na­dal błysz­czała iskra roz­ba­wie­nia. Nie mógł ani przede wszyst­kim nie chciał ukry­wać sze­ro­kiego uśmie­chu, który wciąż go­ścił na jego ustach.

- Bar­dzo ko­cham Evana, ale to za­bawne wi­dzieć go w ta­kiej sy­tu­acji - wy­ja­śnił.

- No nie do wiary! Meg za­pewne miała ra­cję, ale nie tylko co do McDo­nalla. Wy­cho­dzi na to, że w tej ro­dzi­nie jest wię­cej niż je­den osioł.

Słowa Aili nie tylko ich nie ob­ra­ziły, ale wręcz wy­wo­łały jesz­cze więk­szą we­so­łość i za­równo Dune McGre­gor, jak i An­drew te­raz już po­kła­dali się ze śmie­chu.

- To nie do znie­sie­nia. Idę do kuchni po coś do pi­cia. Może przez ten czas mi­nie wam ten atak we­so­ło­ści.

Gdy wy­rze­ka­jąc w du­chu, wy­szła z sali, w ko­ry­ta­rzu go­niły ją jesz­cze do­no­śniej­sze salwy śmie­chu.

Kiedy dwaj męż­czyźni po kilku mi­nu­tach prze­stali się śmiać, An­drew spoj­rzał na Dune'a McGre­gora.

- Evan prosi, żeby za­py­tać, czy Aili by­łaby go­towa po­je­chać z nami i przez kilka dni zo­stać z Meg. Są­dzi, że to by ją uspo­ko­iło. Szcze­rze mó­wiąc, mar­twi się nie tyle jej ob­ja­wami czy na­pa­dami pła­czu, ile ra­czej tym, że jest bar­dzo ner­wowa i nie sy­pia do­brze. Evan oba­wia się, że je­śli po­trwa to dłu­żej, może się od­bić na jej zdro­wiu. Uważa, że w obec­no­ści sio­stry Meg mo­głaby się po­czuć le­piej.

Dune McGre­gor spo­waż­niał, choć nie po­rzu­cił uśmie­chu.

- Gdy tylko po­wiesz o tym Aili, za­cznie pa­ko­wać swoje rze­czy i za­pyta, o któ­rej wy­jeż­dża­cie.

- A pan co o tym są­dzi? Zga­dza się pan? - spy­tał An­drew. Wziął swój kie­lich i do­pił resztę wina, która zo­stała na dnie.

Aili nie wró­ciła jesz­cze z kuchni. Miał na­dzieję, że przy­nie­sie im tro­chę wody. Je­śli mieli wy­ru­szyć za kilka go­dzin, wo­lał za­cho­wać trzeźwą głowę.

- Zga­dzam się na wszystko, co do­bre dla mo­ich có­rek. Będę tę­sk­nił za Aili. Jest du­szą tego domu, ale Meg po­trze­buje jej te­raz bar­dziej niż my.

- My? - spy­tał An­drew, od­sta­wia­jąc kie­lich na stół.

- Wi­dzisz, chłop­cze, Meg za­wsze była bun­tow­niczką, do­pro­wa­dzała nas do szału, ale też na­peł­niała te ściany ży­ciem i śmie­chem. Aili zaś jest siłą. Tą, która trzyma nas ra­zem, nie tylko ro­dzinę, lecz także cały klan. Nie ma dnia, żeby ktoś nie zwra­cał się do niej z ja­kimś pro­ble­mem, nie miał po­trzeby jej o czymś opo­wie­dzieć albo po­pro­sić ją o po­moc. I Aili ni­gdy nie od­ma­wia. Ni­gdy.

An­drew ski­nął głową, do­sko­nale ro­zu­mie­jąc, o czym mówi McGre­gor. U McA­li­ste­rów do­kład­nie taką samą rolę w ro­dzi­nie i kla­nie od­gry­wał jego brat Kerr, za­nim umarł.

- Za­dbamy o nią do­brze, kiedy bę­dzie z nami - za­pew­nił An­drew z więk­szą po­wagą niż za­zwy­czaj.

- Choć z tru­dem to przy­znaję, wiem o tym - rzekł Dune McGre­gor. - Ni­gdy nie zo­sta­wił­bym Meg w rę­kach two­jego brata, gdy­bym nie miał pew­no­ści, że bę­dzie ją chro­nił z na­ra­że­niem wła­snego ży­cia.

- On i cały nasz klan. Meg za­skar­biła so­bie sym­pa­tię i sza­cu­nek nas wszyst­kich. Mu­siałby pan wi­dzieć, jak w tych ostat­nich ty­go­dniach lu­dzie do­słow­nie o każ­dej po­rze dnia do­kła­dają sta­rań, by jej po­ma­gać i uła­twiać ten trudny czas. Kiedy McDo­nall na­zwał ją sza­loną, pra­wie usta­wili się w ko­lejce, żeby go roz­szar­pać.

An­drew mó­wił po­waż­nie, kiedy za­pew­niał, że cały klan był bar­dziej niż go­tów od­dać ży­cie za Meg. On sam ni­gdy wcze­śniej by nie przy­pusz­czał, że zdoła tak się przy­wią­zać do bra­to­wej. Meg miała szó­sty zmysł, któ­rym wy­czu­wała, co An­drew skrywa pod swoim wiecz­nym uśmie­chem, pod tym nie­ustan­nym do­brym hu­mo­rem i iro­nicz­nymi ri­po­stami. I za­miast wy­py­ty­wać, po­zwa­lała mu prze­ży­wać wszystko w skry­to­ści du­cha, jed­nak za­wsze da­wała mu znać, że gdyby jej po­trze­bo­wał, może się do niej zwró­cić. Do dzi­siaj pa­mię­tał, jak kilka dni po ślu­bie ktoś ją za­py­tał w roz­mo­wie, ilu ma braci. Od­po­wie­działa bez na­my­słu, bez wa­ha­nia, że dwóch: Lo­gana i An­drew. I od tam­tej pory tak było. Cały czas za­cho­wy­wała się jak jego sio­stra. Ufała mu ślepo i An­drew ce­nił to znacz­nie bar­dziej, niż był w sta­nie wy­ra­zić, a na­wet bar­dziej, niż po­tra­fił przy­znać.

W tym mo­men­cie we­szła Aili z dzban­kiem wody i ko­lejną por­cją cia­sta.

- Wi­dzę, że atak śmie­chu już wam prze­szedł. Na wszelki wy­pa­dek przy­nio­słam wodę i jesz­cze coś do prze­ką­sze­nia.

- Wodę? - ode­zwał się Dune McGre­gor z wy­raź­nym nie­sma­kiem.

- Wy dwaj chyba już nie po­trze­bu­je­cie nic na roz­we­se­le­nie - od­mruk­nęła pod no­sem, spo­glą­da­jąc na nich oby­dwu.

- Có­ruś, An­drew ma dla cie­bie pro­po­zy­cję.

An­drew przed­sta­wił jej cel swo­jej wi­zyty i za­py­tał, czy Aili by­łaby chętna po­je­chać z nimi do McA­li­ste­rów, żeby spę­dzić kilka dni z sio­strą.

- Kiedy wy­ru­szamy? - od­po­wie­działa py­ta­niem i od razu wstała, by się skie­ro­wać do swo­jego po­koju i przy­go­to­wać wszystko, co po­trzebne w po­dróży.

Dune McGre­gor, sły­sząc od­po­wiedź córki, pu­ścił oko do go­ścia, na co An­drew uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej na znak uzna­nia. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że na­czel­nik klanu McGre­go­rów bar­dzo do­brze zna swoje dzieci.

Roz­dział 4

Po po­nad­pół­go­dzin­nym spie­ra­niu się Dune McGre­gor po­zwo­lił, żeby Aili po­je­chała z An­drew i po­zo­sta­łymi McA­li­ste­rami bez eskorty McGre­go­rów, którą chciał im przy­dzie­lić aż do gra­nicy swo­ich ziem.

Mieli przed sobą kilka dni drogi i co naj­mniej dwa noc­legi na te­re­nach nie­na­le­żą­cych do żad­nego z dwóch kla­nów. Gdyby po­dró­żo­wali sami męż­czyźni, roz­bi­ja­liby obóz pod go­łym nie­bem, ale skoro to­wa­rzy­szyła im młoda ko­bieta, An­drew za­mie­rzał spę­dzić choć jedną z tych dwóch nocy w któ­rymś z do­mów albo go­spód za­przy­jaź­nio­nego są­sied­niego klanu.

Aili oka­zała się do­świad­czoną ama­zonką. Je­chali już przez kilka go­dzin, kiedy An­drew zrów­nał swo­jego ko­nia z jej wierz­chow­cem.

- Wy­gląda na to, że do­brze zno­sisz drogę. Mu­szę przy­znać, że tro­chę mnie to za­ska­kuje.

Zer­k­nęła na niego z lek­kim uśmie­chem.

- My­śla­łeś, że nie umiem jeź­dzić konno?

An­drew uśmiech­nął się na to py­ta­nie.

- Nie o to mi cho­dzi. Kiedy Meg mówi o to­bie... no, dość po­wie­dzieć, że wy­obra­ża­łem so­bie, że je­steś do­bra w in­nych rze­czach. Gdy się po­zna­li­śmy, nie mia­łem czasu do­wie­dzieć się, jaka je­steś na­prawdę.

Te­raz to ona się roz­pro­mie­niła.

- Kiedy umarła moja mama, a mia­łam wtedy dwa­na­ście lat, chcąc nie chcąc, mu­sia­łam się za­jąć do­mem, choć mi tego nie pro­po­no­wano. Meg jest ode mnie o dwa lata młod­sza, a Lo­gan miał wtedy czter­na­ście lat i nie­ustan­nie tre­no­wał. Z nim wszystko szło gładko, ale Meg była bar­dzo nie­po­słuszna

- Na­prawdę? A to ci nie­spo­dzianka! - rzu­cił An­drew iro­nicz­nie i w za­mian do­stał od niej pełne wy­rzutu spoj­rze­nie, cho­ciaż jej uśmiech, jesz­cze szer­szy po jego uwa­dze, świad­czył o tym, że ją roz­ba­wiła.

Za­nim Aili pod­jęła opo­wieść, ostrze­gaw­czo wy­tknęła An­drew pal­cem. Je­żeli chce słu­chać, co ma mu do po­wie­dze­nia, nie po­wi­nien się od­zy­wać.

- Meg bar­dzo się bun­to­wała i ucie­kała. Szu­ka­łam jej na­wet pod łóż­kiem, aż za­częło do mnie do­cie­rać, że za­wsze znajdę ją w tym sa­mym miej­scu: ćwi­czyła strze­la­nie z łuku. Tre­no­wała ca­łymi go­dzi­nami. Po­tem za­ży­czyła so­bie, żeby Lo­gan na­uczył ją wal­czyć mie­czem. Póź­niej przy­szła ko­lej na po­lo­wa­nia. Na­stęp­nie po­ma­gała uzdro­wi­cielce na­szego klanu i ro­biła mnó­stwo in­nych rze­czy, lecz żadna z nich nie miała nic wspól­nego z tym, czym zaj­mo­wała się za ży­cia na­sza matka. Są­dzę, że wła­śnie w ten spo­sób ra­dziła so­bie z bó­lem: od­da­la­jąc się od co­dzien­nych spraw, które ko­ja­rzyły się z matką, i sku­pia­jąc na prak­ty­ko­wa­niu in­nych dys­cy­plin. Dla­tego to mnie przy­pa­dło za­rzą­dza­nie do­mo­stwem i wszystko, co się z tym wią­zało. Poza tym tak było spra­wie­dli­wie. To ja by­łam star­sza. Na­uczy­łam się pro­wa­dzić ra­chunki i wspie­rać każ­dego, kto miał ja­kiś pro­blem i chciał, żeby go wy­słu­chać. Jed­na­kże mia­łam jedną rzecz, która była tylko moja i choć nie mo­głam ro­bić tego zbyt czę­sto, na szczę­ście wy­star­czyło, żeby utrzy­mać mnie przy zdro­wych zmy­słach w tam­tym okre­sie ża­łoby.

An­drew pa­trzył na nią uważ­nie, sta­ra­jąc się nie uro­nić ani słowa. Nie wie­dział czemu, ale spo­sób, w jaki Aili mó­wiła, w jaki re­la­cjo­no­wała wy­da­rze­nia, uka­zy­wała fakty, a na­wet opo­wia­dała hi­sto­rię, wy­da­wał mu się szcze­gólny. Jej spo­kojny, gładko pły­nący głos, forma wy­po­wie­dzi, to­wa­rzy­szący sło­wom lekki ruch głowy - wszystko to po­chła­niało go bez reszty.

- To była jazda konna, prawda? - wtrą­cił, od­ga­du­jąc, co było tą je­dyną rze­czą, która spra­wiała dziew­czy­nie tyle przy­jem­no­ści.

Aili uśmiech­nęła się sze­roko, a An­drew po­czuł, że po­wie­trze wo­kół nich gęst­nieje.

- Tak, w rze­czy sa­mej - od­po­wie­działa ze wzro­kiem za­gu­bio­nym we wspo­mnie­niach. - Przed Cie­niem - cią­gnęła, do­ty­ka­jąc lekko szyi swo­jego wierz­chowca - mia­łam ko­nia imie­niem Grzmot. Wu­jek An­gus po­da­ro­wał go mo­jemu ojcu. Ogier był pra­wie dziki i bar­dzo piękny. I na­ro­wi­sty, okrop­nie na­ro­wi­sty. Wie­czo­rami wy­my­ka­łam się do stajni. Tam znaj­do­wa­łam spo­kój. W ja­kiś nie­zwy­kły spo­sób na­wią­za­łam kon­takt z Grzmo­tem. Wkrótce tylko ja mo­głam się do niego zbli­żyć i po­dać mu je­dze­nie. Z cza­sem udało mi się go do­siąść i po­pę­dzi­łam na nim ga­lo­pem. Kiedy mój ociec się o tym do­wie­dział, o mało nie sta­nęło mu serce. Po­wie­dział, że wy­star­cza mu zmar­twień z Meg. Że je­żeli chcia­łam go za­bić i też wy­słać na tam­ten świat, to mi się pra­wie udało.

An­drew lekko par­sk­nął śmie­chem, wy­obra­ziw­szy so­bie Dune'a McGre­gora, jak musi so­bie ra­dzić ze swa­wo­lami Meg i Aili na do­kładkę.

- I za­ka­zał ci jeź­dzić konno? - spy­tał, są­dząc, że na­czel­nik klanu za­pewne pod­jął dra­styczne środki.

Aili zer­k­nęła na niego i z za­wa­diac­kim uśmie­chem po­krę­ciła głową.

- Nie po­zwo­li­łam na to. Wciąż wy­my­ka­łam się do stajni, wie­czo­rem albo bla­dym świ­tem, i do­sia­da­łam Grzmota. Oj­ciec dał za wy­graną, kiedy zo­ba­czył, jak jeż­dżę, a także gdy się prze­ko­nał, jaką upar­ciu­chą jest jego star­sza córka.

- Ro­zu­miem - rzekł An­drew z pół­u­śmie­chem. - Będę miał tę ce­chę na uwa­dze. Upar­ciu­cha. Ni­gdy bym nie uwie­rzył.

Aili ro­ze­śmiała się otwar­cie, a on z za­sko­cze­niem od­krył, co ten me­lo­dyjny, pe­łen roz­ba­wie­nia dźwięk wy­wo­łał w jego piersi.

Kilka go­dzin póź­niej słońce koń­czyło swoją ca­ło­dzienna piel­grzymkę, skła­nia­jąc się ku ho­ry­zon­towi, aby nie­śmiało za nim znik­nąć. An­drew za­rzą­dził nocny po­stój. Do tej pory za­trzy­mali się tylko na po­si­łek, ale mimo to nie do­tarli jesz­cze do oko­licy, w któ­rej mo­gliby bez­piecz­nie prze­no­co­wać.

- Za­mie­rzam za­trzy­mać się ju­tro na noc­leg u Flory i Gor­dona McAr­thu­rów - ode­zwał się An­drew. - To sprzy­mie­rzeńcy McA­li­ste­rów, a Flora jest na­szą ku­zynką. Mam na­dzieję, że nie prze­szka­dza ci, że dzi­siej­szą noc spę­dzimy pod go­łym nie­bem, w le­sie.

Aili, która wy­jęła już parę rze­czy z sa­kwy, którą miała przy­tro­czoną do sio­dła, spoj­rzała na niego z uśmie­chem.

- Nie przej­muj się mną tak bar­dzo. Nic mi nie bę­dzie. Nie­raz pod­czas po­dróży sy­pia­łam z bra­tem i sio­strą pod gwiaz­dami, gdy nie było w po­bliżu schro­nie­nia. I szcze­rze mó­wiąc, za­wsze mi się po­do­bało.

An­drew uniósł brew i na jego ustach za­wi­tał nieco szel­mow­ski uśmiech.

- Le­śne ka­mie­nie uwie­rają w ciało pod­czas snu, zimne nocne po­wie­trze prze­nika do szpiku ko­ści, pro­wiant jest lo­do­waty i le­d­wie strawny dla żo­łądka... Tak, ro­zu­miem, że wi­dzisz w tym ma­gię - rzekł, pusz­cza­jąc do niej oko.

Aili par­sk­nęła śmie­chem.

- Mó­wię po­waż­nie i wiem, że to­bie też się to po­doba. Jesz­cze nie spo­tka­łam Szkota z gór, który wo­lałby spać pod da­chem za­miast przy­kryty ko­cem pod gwiaz­dami.

- Zga­dza się. W ta­kim ra­zie mu­szę wziąć cię za słowo, że nie masz nic prze­ciwko noc­le­gowi w tym miej­scu - od­parł An­drew, ge­stem ręki wska­zu­jąc po­lanę.

Aili kiw­nęła głową, pa­trząc, jak po­zo­stali McA­li­ste­ro­wie, łącz­nie czte­rech, za­czy­nają się krzą­tać po po­la­nie, przy­wią­zu­jąc ko­nie na jed­nym jej krańcu i roz­kła­da­jąc rze­czy po­środku.

- Nie­da­leko stąd pły­nie stru­myk. Gdy­byś chciała się tam wy­brać, daj mi znać - po­wie­dział An­drew i spo­strzegł, że Aili za­ru­mie­niła się lekko.

- Prawda jest taka, że chcia­ła­bym się umyć i... mieć tro­chę pry­wat­no­ści.

Wie­dział, o co jej cho­dzi. Mieli za sobą cały dzień po­dróży, a za­trzy­mali się tylko raz.

- Nie ma po­wodu, żeby spo­dzie­wać się ja­kie­goś za­gro­że­nia, ale nie chciał­bym też, że­byś się od­da­lała sama. Je­żeli nie masz nic prze­ciwko temu, pójdę z tobą. Przy­się­gam, że za­trzy­mam się na tyle da­leko, żeby nie wie­dzieć, co tam ro­bisz, ale wy­star­cza­jąco bli­sko, aby cię sły­szeć w ra­zie nie­bez­pie­czeń­stwa - do­dał po­śpiesz­nie, gdy zo­ba­czył minę, z jaką za­re­ago­wała na pro­po­zy­cję to­wa­rzy­sze­nia jej nad stru­myk. - Gdyby coś ci się przy­da­rzyło, twój oj­ciec, Lo­gan, Meg, a na­wet Evan usta­wi­liby się w ko­lejce, żeby mnie żyw­cem obe­drzeć ze skóry. To coś, czego nie mam ochoty pró­bo­wać. Zli­tuj się więc nade mną i oszczędź mi moż­li­wych mę­czarni.

Aili znowu się uśmiech­nęła. Od mie­sięcy nie czuła się tak uspo­ko­jona i jed­no­cze­śnie ra­do­sna jak tego wie­czoru. Ku wła­snemu zdzi­wie­niu czę­sto bez­wied­nie śmiała się po ja­kiejś uwa­dze czy ge­ście An­drew McA­li­stera. Fakt, że na kilka mi­nut była w sta­nie za­po­mnieć o tym, co ją gnę­biło na co dzień, na­peł­niał ją nie­wy­po­wie­dzianą wdzięcz­no­ścią.

An­drew zmarsz­czył brwi, kiedy za­uwa­żył, że ra­dość, jesz­cze przed chwilą ma­lu­jąca się na twa­rzy dziew­czyny, przy­ga­sła, ustę­pu­jąc miej­sca lek­kiemu stra­pie­niu, które Aili usi­ło­wała ukryć.

- W po­rządku. Ufam ci - za­pew­niła, pa­trząc mu w oczy.

Nie wie­dział zbyt do­brze dla­czego, ale ten gest, te jej pro­ste słowa spra­wiły, że przy­śpie­szył mu od­dech. Po­czuł się tak, jakby otrzy­mał cenny pre­zent. Nie miał po­ję­cia czemu, lecz są­dząc ze spo­sobu, w jaki to po­wie­działa, mógłby pra­wie przy­siąc, że nie przy­wy­kła ufać ni­komu spoza swo­jej ro­dziny. A to zu­peł­nie go za­sko­czyło.

- W ta­kim ra­zie le­piej, że­bym cię nie za­wiódł - rzekł i zo­ba­czył, że na tę od­po­wiedź jej twarz, a na­wet jej po­stawa wy­raź­nie się roz­luź­niają.

Speł­nił swoją obiet­nicę i to­wa­rzy­szył jej w dro­dze nad stru­myk, ale za­cze­kał na nią w spo­rej od­le­gło­ści. A gdy się umyła, wró­cili ra­zem do roz­bi­tego na­prędce obozu.

Na ko­la­cję Aili wy­jęła ze swo­ich sakw tro­chę je­dze­nia, które za­brała na drogę z zamku. Męż­czyźni uśmiech­nęli się ra­do­śnie, wi­dząc ser, chleb, zimną pie­czeń i ka­wa­łek placka z jabł­kami. W po­rów­na­niu z ich wła­snym pro­wian­tem, bar­dziej trwa­łym, lecz nie tak smacz­nym, była to praw­dziwa uczta.

Aili po­si­lała się w mil­cze­niu, słu­cha­jąc roz­mowy męż­czyzn. Uświa­do­miła so­bie, że się sta­rają - choć nie za­wsze z suk­ce­sem - nie po­ru­szać pew­nych te­ma­tów, które uwa­żali za nie­od­po­wied­nie dla damy. Przede wszyst­kim Ca­lum z ra­cji swo­jego mło­dego wieku cza­sem za­po­mi­nał o jej obec­no­ści i mó­wił coś, od czego na jej po­liczki wstę­po­wał ru­mie­niec: wy­ry­wał mu się ja­kiś nie­przy­zwo­ity żart lub wy­ra­że­nie na­wią­zu­jące wprost do cie­le­snej mi­ło­ści. Aili bez­wied­nie się uśmie­chała, wi­dząc miny po­zo­sta­łych to­wa­rzy­szy, gdy za późno so­bie o niej przy­po­mniaw­szy, rzu­cali coś nie­sto­sow­nego, a Ca­lum za­ro­bił dwa sztur­chańce od jed­nego ze star­szych męż­czyzn za żarty, które nie uszłyby za od­po­wied­nie na­wet w bur­delu.

- Wy­bacz Ca­lu­mowi. Nie jest przy­zwy­cza­jony do po­dró­żo­wa­nia z da­mami - prze­pro­sił za niego An­drew, gdy Aili zbie­rała po­zo­stałe z ko­la­cji ka­wałki sera, mięsa i cia­sta.

- Nie przej­muj się. Mam brata i ku­zy­nów. Nie ru­mie­nię się aż tak ła­two.

An­drew przyj­rzał się jej po­now­nie. Taka miła i wy­ro­zu­miała... Uła­twiała wszystko, co nie było czę­ste.

Aili scho­wała resztę pro­wiantu do sa­kwy na na­stępny dzień i wy­jęła koc, by go roz­ło­żyć na ziemi.

- Gdy­byś po­trze­bo­wała do­dat­ko­wego okry­cia, daj znać. Mogę ci od­stą­pić swój tar­tan.

Głę­boko za­czerp­nęła po­wie­trza i spoj­rzała na niego oskar­ży­ciel­sko.

- Mia­ła­bym spać pod bar­wami McA­li­ste­rów? Gdyby mój ociec się o tym do­wie­dział, spa­liłby pół Szko­cji.

Te­raz to An­drew ro­ze­śmiał się gło­śno, zwłasz­cza na wi­dok miny, jaką zro­biła na końcu.

- Żar­to­wa­łem. Mam za­pa­sowy koc - wy­ja­śnił roz­ba­wiony.

- Bar­dzo ci dzię­kuję, ale my­ślę, że nie będę go po­trze­bo­wać. Noc nie jest aż taka zimna.

Kilka mi­nut póź­niej Aili ży­czyła to­wa­rzy­szom do­brej nocy i od­da­liw­szy się o kilka me­trów, żeby mieć tro­chę pry­wat­no­ści, po­ło­żyła się na jed­nym końcu koca, a przy­kryła dru­gim.

An­drew zo­stał z męż­czy­znami, nie mógł jed­nak na­dą­żyć za roz­mową. Całą uwagę kie­ro­wał na ko­bietę le­żącą parę kro­ków od niego. Wi­dział, że po­wier­ciła się tro­chę, za­nim naj­wy­raź­niej za­pa­dła w sen. Nie wie­dział dla­czego, ale w tym mo­men­cie wy­da­wało mu się nie­zwy­kle ważne, by za­dbać o jej wy­godę, do­pil­no­wać, żeby jej było cie­pło pod ko­cem i żeby nie prze­szka­dzały jej w za­śnię­ciu głosy wciąż roz­ma­wia­ją­cych męż­czyzn. Te sprawy, daw­niej zu­peł­nie dla niego nie­ważne, nie da­wały mu spo­koju ni­czym uprzy­krzone, nie­da­jące się za­ła­go­dzić swę­dze­nie. Pró­bo­wał ode­przeć od sie­bie te my­śli, sta­rał się sku­pić na żar­tach Ca­luma, który - są­dząc, że Aili już śpi - roz­ocho­cił się w nich jesz­cze bar­dziej. Go­dzinę póź­niej obóz po­grą­żył się w cał­ko­wi­tym spo­koju i ci­szy, Męż­czyźni spali po­środku, a An­drew nieco da­lej od nich, bli­żej Aili.

W noc­nej ci­szy na­gle roz­legł się szloch. Po­cząt­kowo był tak słaby, że le­d­wie sły­szalny, lecz stop­niowo na­bie­rał mocy, aż łka­nie prze­szło w udrę­czony, mro­żący krew w ży­łach krzyk. An­drew obu­dził się, ma­jąc w uszach ten prze­szy­wa­jący dźwięk. W se­kun­dzie ze­rwał się z miej­sca i po­biegł w jego stronę. Krzy­czała Aili.

An­drew przy­klęk­nął przy niej, rzu­ca­ją­cej się w sen­nym kosz­ma­rze. Na wi­dok udręki ma­lu­ją­cej się na jej twa­rzy po­czuł, że w jego piersi za­wią­zuje się wę­zeł. Aili, wy­raź­nie ogar­nięta bó­lem, mio­tała się go­rącz­kowo na po­sła­niu.

- Aili, obudź się - po­wie­dział, chwy­ta­jąc ją ła­god­nie za ra­miona.

Za­łkała i po jej po­liczku po­to­czyły się łzy, co go zu­peł­nie zdru­zgo­tało. Miał ogromną ochotę ze­trzeć je z jej pięk­nej twa­rzy, a z jej my­śli ode­gnać to, co spra­wiało jej tyle cier­pie­nia, a pra­gnie­nie to było w nim tak silne, że aż mu za­drżały ręce.

- Aili, pro­szę, obudź się - po­wtó­rzył, tym ra­zem mu­ska­jąc dło­nią jej po­li­czek. Ten czuły, de­li­katny gest naj­wy­raź­niej wy­rwał ją ze szpo­nów kosz­maru.

Otwo­rzyła oczy, lecz kiedy uj­rzała nad sobą po­chy­lo­nego męż­czy­znę, znowu za­częła krzy­czeć i tym ra­zem w jej oczach błysz­czał strach.

- Ciii, nie bój się, to ja, An­drew - po­wta­rzał, pró­bu­jąc ją uspo­koić. Ge­stem ręki za­trzy­mał swo­ich lu­dzi, któ­rzy zbli­żali się, żeby spraw­dzić, czy coś im nie grozi. - To tylko nocny kosz­mar - cią­gnął An­drew, zwra­ca­jąc się nie tylko do dziew­czyny, lecz także do męż­czyzn, któ­rzy prze­ko­naw­szy się, że nie ma nie­bez­pie­czeń­stwa, uło­żyli się z po­wro­tem do snu.

Aili roz­bu­dziła się zu­peł­nie, wy­cho­dząc z czer­wo­nej mgły bólu, w któ­rej przed chwilą była po­grą­żona. Po­dob­nie jak w ostat­nich ty­go­dniach sen był tak żywy, tak wy­ra­zi­sty, że choć wie­działa, iż w tej chwili jest bez­pieczna, nie mo­gła się otrzą­snąć ze stra­chu, który ją ogar­niał za każ­dym ra­zem, kiedy so­bie przy­po­mi­nała wy­da­rze­nia tam­tego fa­tal­nego dnia. Gdy zo­ba­czyła An­drew i uświa­do­miła so­bie jego obec­ność, za­czer­wie­niła się ze wstydu i lęku.

- Prze... prze­pra­szam - zdo­łała wy­krztu­sić z tru­dem, bo na­gle za­schło jej w ustach.

An­drew jesz­cze bar­dziej zmarsz­czył brwi. Oprócz śla­dów kosz­maru wi­dział te­raz w jej twa­rzy lęk i stra­pie­nie, które go bar­dzo zmar­twiły i utwier­dziły w prze­ko­na­niu, że się nie po­my­lił, gdy ją zo­ba­czył dwa dni temu przed zam­kiem: z Aili działo się coś nie­do­brego.

- Już do­brze. Zły sen? - za­py­tał, nie od­ry­wa­jąc od niej wzroku.

Aili, za­nim od­po­wie­działa, spró­bo­wała się roz­luź­nić i za­pa­no­wać nad drże­niem ciała. Miała świa­do­mość, że on pa­trzy na nią z tro­ską. Po tym, co jej po­wie­dział wczo­raj, wie­działa, że po­trafi ją przej­rzeć, do­strzec jej stan du­cha, a nie chciała dać mu po­wodu do za­da­wa­nia ko­lej­nych py­tań.

- Tak, kosz­mar, ale już mi­nął. Nic mi nie jest i bar­dzo mi przy­kro, że was obu­dzi­łam - po­wie­działa, prze­su­wa­jąc so­bie dło­nią po czole, żeby od­su­nąć włosy, które jej opa­dły na twarz.

Za­nim skoń­czyła je od­gar­niać, po­czuła na po­liczku mu­śnię­cie jego ręki. Chciał jej w tym po­móc. Nie spo­dzie­wała się ta­kiego ge­stu ani tego, że jego do­tyk po­zbawi ją tchu. Wła­sna re­ak­cja za­sko­czyła ją i prze­stra­szyła. Spoj­rzała na niego, a on cof­nął rękę, zo­sta­wia­jąc Aili z wra­że­niem straty, które spra­wiło jej przy­krość, choć nie miało to sensu. Co to, u dia­bła, było?

- Chcesz mi opo­wie­dzieć, co ci się śniło? To cza­sami po­maga - za­gad­nął ła­god­nie.

Jego obec­ność dzia­łała na nią ko­jąco, da­wała po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa jak nic od dłu­giego czasu. Ja­kaś od­le­gła cząstka jej umy­słu chciała mu się zwie­rzyć z kosz­maru, lecz inna część - ra­cjo­na­lna i roz­sądna - wie­działa, że to nie­moż­liwe. Ten sen wy­ni­kał ze stra­chu, który bę­dzie mu­siała cho­wać w so­bie przez całą resztę ży­cia. Dla wła­snego do­bra, a przede wszyst­kim - co na­pa­wało ją więk­szym lę­kiem - dla do­bra in­nych.

Po­krę­ciła prze­cząco głową, po czym znów spoj­rzała na An­drew, który przy­glą­dał się jej uważ­nie. Miał ten sam wy­raz twa­rzy co za­wsze, ale spod jego wiecz­nego uśmie­chu przez kilka se­kund wy­zie­rało praw­dziwe za­tro­ska­nie. To ją po­krze­piło, spra­wiło, że w tej chwili nie czuła się osa­mot­niona.

- Zgoda - rzekł. - My­ślisz, że uda ci się z po­wro­tem za­snąć? Mamy przed sobą ciężki dzień, po­win­naś wy­po­cząć. - Zer­k­nął na swo­ich lu­dzi, po czym znowu skie­ro­wał wzrok na nią. - Prze­sunę tro­chę swoje rze­czy i po­łożę się pod tam­tym drze­wem, do­brze? Będę dość bli­sko, w ra­zie gdy­byś mnie po­trze­bo­wała. I nic się nie bój, je­steś z grupą do­świad­czo­nych w boju McA­li­ste­rów. Zro­zu­miał­bym, gdyby to byli McGre­go­ro­wie, naj­gorsi wo­jow­nicy w Szko­cji, ale...

Te słowa spra­wiły, że na znak pro­te­stu pac­nęła go lekko w pierś, a na jej ustach po­ja­wił się słaby uśmiech.

- Bę­dziemy mu­sieli kie­dyś w końcu po­roz­ma­wiać o two­jej skłon­no­ści do cze­pia­nia się McGre­go­rów - po­wie­działa, ro­zu­mie­jąc, że An­drew stara się ode­rwać jej my­śli od kosz­maru. - Dzię­kuję - do­dała, znów pa­trząc mu w oczy.

Pod­trzy­mał kon­takt wzro­kowy przez kilka se­kund.

- Nie wiem, o czym mó­wisz - od­parł w końcu z uśmie­chem, pusz­cza­jąc do niej oko.

Aili uło­żyła się po­now­nie do snu, a on z naj­więk­szą tro­ską i de­li­kat­no­ścią otu­lił ją ko­cem.

Ostat­nia jej myśl, za­nim za­mknęła oczy i znów za­pa­dła w sen, do­ty­czyła in­ten­syw­nego spoj­rze­nia w ko­lo­rze zie­leni, mu­śnię­cia ręki na jej po­liczku i pra­gnie­nia, by to znowu się po­wtó­rzyło.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki