Rozdział 4
Po ponadpółgodzinnym spieraniu się Dune McGregor pozwolił, żeby Aili pojechała z Andrew i pozostałymi McAlisterami bez eskorty McGregorów, którą chciał im przydzielić aż do granicy swoich ziem.
Mieli przed sobą kilka dni drogi i co najmniej dwa noclegi na terenach nienależących do żadnego z dwóch klanów. Gdyby podróżowali sami mężczyźni, rozbijaliby obóz pod gołym niebem, ale skoro towarzyszyła im młoda kobieta, Andrew zamierzał spędzić choć jedną z tych dwóch nocy w którymś z domów albo gospód zaprzyjaźnionego sąsiedniego klanu.
Aili okazała się doświadczoną amazonką. Jechali już przez kilka godzin, kiedy Andrew zrównał swojego konia z jej wierzchowcem.
- Wygląda na to, że dobrze znosisz drogę. Muszę przyznać, że trochę mnie to zaskakuje.
Zerknęła na niego z lekkim uśmiechem.
- Myślałeś, że nie umiem jeździć konno?
Andrew uśmiechnął się na to pytanie.
- Nie o to mi chodzi. Kiedy Meg mówi o tobie... no, dość powiedzieć, że wyobrażałem sobie, że jesteś dobra w innych rzeczach. Gdy się poznaliśmy, nie miałem czasu dowiedzieć się, jaka jesteś naprawdę.
Teraz to ona się rozpromieniła.
- Kiedy umarła moja mama, a miałam wtedy dwanaście lat, chcąc nie chcąc, musiałam się zająć domem, choć mi tego nie proponowano. Meg jest ode mnie o dwa lata młodsza, a Logan miał wtedy czternaście lat i nieustannie trenował. Z nim wszystko szło gładko, ale Meg była bardzo nieposłuszna
- Naprawdę? A to ci niespodzianka! - rzucił Andrew ironicznie i w zamian dostał od niej pełne wyrzutu spojrzenie, chociaż jej uśmiech, jeszcze szerszy po jego uwadze, świadczył o tym, że ją rozbawiła.
Zanim Aili podjęła opowieść, ostrzegawczo wytknęła Andrew palcem. Jeżeli chce słuchać, co ma mu do powiedzenia, nie powinien się odzywać.
- Meg bardzo się buntowała i uciekała. Szukałam jej nawet pod łóżkiem, aż zaczęło do mnie docierać, że zawsze znajdę ją w tym samym miejscu: ćwiczyła strzelanie z łuku. Trenowała całymi godzinami. Potem zażyczyła sobie, żeby Logan nauczył ją walczyć mieczem. Później przyszła kolej na polowania. Następnie pomagała uzdrowicielce naszego klanu i robiła mnóstwo innych rzeczy, lecz żadna z nich nie miała nic wspólnego z tym, czym zajmowała się za życia nasza matka. Sądzę, że właśnie w ten sposób radziła sobie z bólem: oddalając się od codziennych spraw, które kojarzyły się z matką, i skupiając na praktykowaniu innych dyscyplin. Dlatego to mnie przypadło zarządzanie domostwem i wszystko, co się z tym wiązało. Poza tym tak było sprawiedliwie. To ja byłam starsza. Nauczyłam się prowadzić rachunki i wspierać każdego, kto miał jakiś problem i chciał, żeby go wysłuchać. Jednakże miałam jedną rzecz, która była tylko moja i choć nie mogłam robić tego zbyt często, na szczęście wystarczyło, żeby utrzymać mnie przy zdrowych zmysłach w tamtym okresie żałoby.
Andrew patrzył na nią uważnie, starając się nie uronić ani słowa. Nie wiedział czemu, ale sposób, w jaki Aili mówiła, w jaki relacjonowała wydarzenia, ukazywała fakty, a nawet opowiadała historię, wydawał mu się szczególny. Jej spokojny, gładko płynący głos, forma wypowiedzi, towarzyszący słowom lekki ruch głowy - wszystko to pochłaniało go bez reszty.
- To była jazda konna, prawda? - wtrącił, odgadując, co było tą jedyną rzeczą, która sprawiała dziewczynie tyle przyjemności.
Aili uśmiechnęła się szeroko, a Andrew poczuł, że powietrze wokół nich gęstnieje.
- Tak, w rzeczy samej - odpowiedziała ze wzrokiem zagubionym we wspomnieniach. - Przed Cieniem - ciągnęła, dotykając lekko szyi swojego wierzchowca - miałam konia imieniem Grzmot. Wujek Angus podarował go mojemu ojcu. Ogier był prawie dziki i bardzo piękny. I narowisty, okropnie narowisty. Wieczorami wymykałam się do stajni. Tam znajdowałam spokój. W jakiś niezwykły sposób nawiązałam kontakt z Grzmotem. Wkrótce tylko ja mogłam się do niego zbliżyć i podać mu jedzenie. Z czasem udało mi się go dosiąść i popędziłam na nim galopem. Kiedy mój ociec się o tym dowiedział, o mało nie stanęło mu serce. Powiedział, że wystarcza mu zmartwień z Meg. Że jeżeli chciałam go zabić i też wysłać na tamten świat, to mi się prawie udało.
Andrew lekko parsknął śmiechem, wyobraziwszy sobie Dune'a McGregora, jak musi sobie radzić ze swawolami Meg i Aili na dokładkę.
- I zakazał ci jeździć konno? - spytał, sądząc, że naczelnik klanu zapewne podjął drastyczne środki.
Aili zerknęła na niego i z zawadiackim uśmiechem pokręciła głową.
- Nie pozwoliłam na to. Wciąż wymykałam się do stajni, wieczorem albo bladym świtem, i dosiadałam Grzmota. Ojciec dał za wygraną, kiedy zobaczył, jak jeżdżę, a także gdy się przekonał, jaką uparciuchą jest jego starsza córka.
- Rozumiem - rzekł Andrew z półuśmiechem. - Będę miał tę cechę na uwadze. Uparciucha. Nigdy bym nie uwierzył.
Aili roześmiała się otwarcie, a on z zaskoczeniem odkrył, co ten melodyjny, pełen rozbawienia dźwięk wywołał w jego piersi.
Kilka godzin później słońce kończyło swoją całodzienna pielgrzymkę, skłaniając się ku horyzontowi, aby nieśmiało za nim zniknąć. Andrew zarządził nocny postój. Do tej pory zatrzymali się tylko na posiłek, ale mimo to nie dotarli jeszcze do okolicy, w której mogliby bezpiecznie przenocować.
- Zamierzam zatrzymać się jutro na nocleg u Flory i Gordona McArthurów - odezwał się Andrew. - To sprzymierzeńcy McAlisterów, a Flora jest naszą kuzynką. Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci, że dzisiejszą noc spędzimy pod gołym niebem, w lesie.
Aili, która wyjęła już parę rzeczy z sakwy, którą miała przytroczoną do siodła, spojrzała na niego z uśmiechem.
- Nie przejmuj się mną tak bardzo. Nic mi nie będzie. Nieraz podczas podróży sypiałam z bratem i siostrą pod gwiazdami, gdy nie było w pobliżu schronienia. I szczerze mówiąc, zawsze mi się podobało.
Andrew uniósł brew i na jego ustach zawitał nieco szelmowski uśmiech.
- Leśne kamienie uwierają w ciało podczas snu, zimne nocne powietrze przenika do szpiku kości, prowiant jest lodowaty i ledwie strawny dla żołądka... Tak, rozumiem, że widzisz w tym magię - rzekł, puszczając do niej oko.
Aili parsknęła śmiechem.
- Mówię poważnie i wiem, że tobie też się to podoba. Jeszcze nie spotkałam Szkota z gór, który wolałby spać pod dachem zamiast przykryty kocem pod gwiazdami.
- Zgadza się. W takim razie muszę wziąć cię za słowo, że nie masz nic przeciwko noclegowi w tym miejscu - odparł Andrew, gestem ręki wskazując polanę.
Aili kiwnęła głową, patrząc, jak pozostali McAlisterowie, łącznie czterech, zaczynają się krzątać po polanie, przywiązując konie na jednym jej krańcu i rozkładając rzeczy pośrodku.
- Niedaleko stąd płynie strumyk. Gdybyś chciała się tam wybrać, daj mi znać - powiedział Andrew i spostrzegł, że Aili zarumieniła się lekko.
- Prawda jest taka, że chciałabym się umyć i... mieć trochę prywatności.
Wiedział, o co jej chodzi. Mieli za sobą cały dzień podróży, a zatrzymali się tylko raz.
- Nie ma powodu, żeby spodziewać się jakiegoś zagrożenia, ale nie chciałbym też, żebyś się oddalała sama. Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, pójdę z tobą. Przysięgam, że zatrzymam się na tyle daleko, żeby nie wiedzieć, co tam robisz, ale wystarczająco blisko, aby cię słyszeć w razie niebezpieczeństwa - dodał pośpiesznie, gdy zobaczył minę, z jaką zareagowała na propozycję towarzyszenia jej nad strumyk. - Gdyby coś ci się przydarzyło, twój ojciec, Logan, Meg, a nawet Evan ustawiliby się w kolejce, żeby mnie żywcem obedrzeć ze skóry. To coś, czego nie mam ochoty próbować. Zlituj się więc nade mną i oszczędź mi możliwych męczarni.
Aili znowu się uśmiechnęła. Od miesięcy nie czuła się tak uspokojona i jednocześnie radosna jak tego wieczoru. Ku własnemu zdziwieniu często bezwiednie śmiała się po jakiejś uwadze czy geście Andrew McAlistera. Fakt, że na kilka minut była w stanie zapomnieć o tym, co ją gnębiło na co dzień, napełniał ją niewypowiedzianą wdzięcznością.
Andrew zmarszczył brwi, kiedy zauważył, że radość, jeszcze przed chwilą malująca się na twarzy dziewczyny, przygasła, ustępując miejsca lekkiemu strapieniu, które Aili usiłowała ukryć.
- W porządku. Ufam ci - zapewniła, patrząc mu w oczy.
Nie wiedział zbyt dobrze dlaczego, ale ten gest, te jej proste słowa sprawiły, że przyśpieszył mu oddech. Poczuł się tak, jakby otrzymał cenny prezent. Nie miał pojęcia czemu, lecz sądząc ze sposobu, w jaki to powiedziała, mógłby prawie przysiąc, że nie przywykła ufać nikomu spoza swojej rodziny. A to zupełnie go zaskoczyło.
- W takim razie lepiej, żebym cię nie zawiódł - rzekł i zobaczył, że na tę odpowiedź jej twarz, a nawet jej postawa wyraźnie się rozluźniają.
Spełnił swoją obietnicę i towarzyszył jej w drodze nad strumyk, ale zaczekał na nią w sporej odległości. A gdy się umyła, wrócili razem do rozbitego naprędce obozu.
Na kolację Aili wyjęła ze swoich sakw trochę jedzenia, które zabrała na drogę z zamku. Mężczyźni uśmiechnęli się radośnie, widząc ser, chleb, zimną pieczeń i kawałek placka z jabłkami. W porównaniu z ich własnym prowiantem, bardziej trwałym, lecz nie tak smacznym, była to prawdziwa uczta.
Aili posilała się w milczeniu, słuchając rozmowy mężczyzn. Uświadomiła sobie, że się starają - choć nie zawsze z sukcesem - nie poruszać pewnych tematów, które uważali za nieodpowiednie dla damy. Przede wszystkim Calum z racji swojego młodego wieku czasem zapominał o jej obecności i mówił coś, od czego na jej policzki wstępował rumieniec: wyrywał mu się jakiś nieprzyzwoity żart lub wyrażenie nawiązujące wprost do cielesnej miłości. Aili bezwiednie się uśmiechała, widząc miny pozostałych towarzyszy, gdy za późno sobie o niej przypomniawszy, rzucali coś niestosownego, a Calum zarobił dwa szturchańce od jednego ze starszych mężczyzn za żarty, które nie uszłyby za odpowiednie nawet w burdelu.
- Wybacz Calumowi. Nie jest przyzwyczajony do podróżowania z damami - przeprosił za niego Andrew, gdy Aili zbierała pozostałe z kolacji kawałki sera, mięsa i ciasta.
- Nie przejmuj się. Mam brata i kuzynów. Nie rumienię się aż tak łatwo.
Andrew przyjrzał się jej ponownie. Taka miła i wyrozumiała... Ułatwiała wszystko, co nie było częste.
Aili schowała resztę prowiantu do sakwy na następny dzień i wyjęła koc, by go rozłożyć na ziemi.
- Gdybyś potrzebowała dodatkowego okrycia, daj znać. Mogę ci odstąpić swój tartan.
Głęboko zaczerpnęła powietrza i spojrzała na niego oskarżycielsko.
- Miałabym spać pod barwami McAlisterów? Gdyby mój ociec się o tym dowiedział, spaliłby pół Szkocji.
Teraz to Andrew roześmiał się głośno, zwłaszcza na widok miny, jaką zrobiła na końcu.
- Żartowałem. Mam zapasowy koc - wyjaśnił rozbawiony.
- Bardzo ci dziękuję, ale myślę, że nie będę go potrzebować. Noc nie jest aż taka zimna.
Kilka minut później Aili życzyła towarzyszom dobrej nocy i oddaliwszy się o kilka metrów, żeby mieć trochę prywatności, położyła się na jednym końcu koca, a przykryła drugim.
Andrew został z mężczyznami, nie mógł jednak nadążyć za rozmową. Całą uwagę kierował na kobietę leżącą parę kroków od niego. Widział, że powierciła się trochę, zanim najwyraźniej zapadła w sen. Nie wiedział dlaczego, ale w tym momencie wydawało mu się niezwykle ważne, by zadbać o jej wygodę, dopilnować, żeby jej było ciepło pod kocem i żeby nie przeszkadzały jej w zaśnięciu głosy wciąż rozmawiających mężczyzn. Te sprawy, dawniej zupełnie dla niego nieważne, nie dawały mu spokoju niczym uprzykrzone, niedające się załagodzić swędzenie. Próbował odeprzeć od siebie te myśli, starał się skupić na żartach Caluma, który - sądząc, że Aili już śpi - rozochocił się w nich jeszcze bardziej. Godzinę później obóz pogrążył się w całkowitym spokoju i ciszy, Mężczyźni spali pośrodku, a Andrew nieco dalej od nich, bliżej Aili.
W nocnej ciszy nagle rozległ się szloch. Początkowo był tak słaby, że ledwie słyszalny, lecz stopniowo nabierał mocy, aż łkanie przeszło w udręczony, mrożący krew w żyłach krzyk. Andrew obudził się, mając w uszach ten przeszywający dźwięk. W sekundzie zerwał się z miejsca i pobiegł w jego stronę. Krzyczała Aili.
Andrew przyklęknął przy niej, rzucającej się w sennym koszmarze. Na widok udręki malującej się na jej twarzy poczuł, że w jego piersi zawiązuje się węzeł. Aili, wyraźnie ogarnięta bólem, miotała się gorączkowo na posłaniu.
- Aili, obudź się - powiedział, chwytając ją łagodnie za ramiona.
Załkała i po jej policzku potoczyły się łzy, co go zupełnie zdruzgotało. Miał ogromną ochotę zetrzeć je z jej pięknej twarzy, a z jej myśli odegnać to, co sprawiało jej tyle cierpienia, a pragnienie to było w nim tak silne, że aż mu zadrżały ręce.
- Aili, proszę, obudź się - powtórzył, tym razem muskając dłonią jej policzek. Ten czuły, delikatny gest najwyraźniej wyrwał ją ze szponów koszmaru.
Otworzyła oczy, lecz kiedy ujrzała nad sobą pochylonego mężczyznę, znowu zaczęła krzyczeć i tym razem w jej oczach błyszczał strach.
- Ciii, nie bój się, to ja, Andrew - powtarzał, próbując ją uspokoić. Gestem ręki zatrzymał swoich ludzi, którzy zbliżali się, żeby sprawdzić, czy coś im nie grozi. - To tylko nocny koszmar - ciągnął Andrew, zwracając się nie tylko do dziewczyny, lecz także do mężczyzn, którzy przekonawszy się, że nie ma niebezpieczeństwa, ułożyli się z powrotem do snu.
Aili rozbudziła się zupełnie, wychodząc z czerwonej mgły bólu, w której przed chwilą była pogrążona. Podobnie jak w ostatnich tygodniach sen był tak żywy, tak wyrazisty, że choć wiedziała, iż w tej chwili jest bezpieczna, nie mogła się otrząsnąć ze strachu, który ją ogarniał za każdym razem, kiedy sobie przypominała wydarzenia tamtego fatalnego dnia. Gdy zobaczyła Andrew i uświadomiła sobie jego obecność, zaczerwieniła się ze wstydu i lęku.
- Prze... przepraszam - zdołała wykrztusić z trudem, bo nagle zaschło jej w ustach.
Andrew jeszcze bardziej zmarszczył brwi. Oprócz śladów koszmaru widział teraz w jej twarzy lęk i strapienie, które go bardzo zmartwiły i utwierdziły w przekonaniu, że się nie pomylił, gdy ją zobaczył dwa dni temu przed zamkiem: z Aili działo się coś niedobrego.
- Już dobrze. Zły sen? - zapytał, nie odrywając od niej wzroku.
Aili, zanim odpowiedziała, spróbowała się rozluźnić i zapanować nad drżeniem ciała. Miała świadomość, że on patrzy na nią z troską. Po tym, co jej powiedział wczoraj, wiedziała, że potrafi ją przejrzeć, dostrzec jej stan ducha, a nie chciała dać mu powodu do zadawania kolejnych pytań.
- Tak, koszmar, ale już minął. Nic mi nie jest i bardzo mi przykro, że was obudziłam - powiedziała, przesuwając sobie dłonią po czole, żeby odsunąć włosy, które jej opadły na twarz.
Zanim skończyła je odgarniać, poczuła na policzku muśnięcie jego ręki. Chciał jej w tym pomóc. Nie spodziewała się takiego gestu ani tego, że jego dotyk pozbawi ją tchu. Własna reakcja zaskoczyła ją i przestraszyła. Spojrzała na niego, a on cofnął rękę, zostawiając Aili z wrażeniem straty, które sprawiło jej przykrość, choć nie miało to sensu. Co to, u diabła, było?
- Chcesz mi opowiedzieć, co ci się śniło? To czasami pomaga - zagadnął łagodnie.
Jego obecność działała na nią kojąco, dawała poczucie bezpieczeństwa jak nic od długiego czasu. Jakaś odległa cząstka jej umysłu chciała mu się zwierzyć z koszmaru, lecz inna część - racjonalna i rozsądna - wiedziała, że to niemożliwe. Ten sen wynikał ze strachu, który będzie musiała chować w sobie przez całą resztę życia. Dla własnego dobra, a przede wszystkim - co napawało ją większym lękiem - dla dobra innych.
Pokręciła przecząco głową, po czym znów spojrzała na Andrew, który przyglądał się jej uważnie. Miał ten sam wyraz twarzy co zawsze, ale spod jego wiecznego uśmiechu przez kilka sekund wyzierało prawdziwe zatroskanie. To ją pokrzepiło, sprawiło, że w tej chwili nie czuła się osamotniona.
- Zgoda - rzekł. - Myślisz, że uda ci się z powrotem zasnąć? Mamy przed sobą ciężki dzień, powinnaś wypocząć. - Zerknął na swoich ludzi, po czym znowu skierował wzrok na nią. - Przesunę trochę swoje rzeczy i położę się pod tamtym drzewem, dobrze? Będę dość blisko, w razie gdybyś mnie potrzebowała. I nic się nie bój, jesteś z grupą doświadczonych w boju McAlisterów. Zrozumiałbym, gdyby to byli McGregorowie, najgorsi wojownicy w Szkocji, ale...
Te słowa sprawiły, że na znak protestu pacnęła go lekko w pierś, a na jej ustach pojawił się słaby uśmiech.
- Będziemy musieli kiedyś w końcu porozmawiać o twojej skłonności do czepiania się McGregorów - powiedziała, rozumiejąc, że Andrew stara się oderwać jej myśli od koszmaru. - Dziękuję - dodała, znów patrząc mu w oczy.
Podtrzymał kontakt wzrokowy przez kilka sekund.
- Nie wiem, o czym mówisz - odparł w końcu z uśmiechem, puszczając do niej oko.
Aili ułożyła się ponownie do snu, a on z największą troską i delikatnością otulił ją kocem.
Ostatnia jej myśl, zanim zamknęła oczy i znów zapadła w sen, dotyczyła intensywnego spojrzenia w kolorze zieleni, muśnięcia ręki na jej policzku i pragnienia, by to znowu się powtórzyło.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki