Kochana Agato - Karol Kłos

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 4

Muszę wrócić do historii Loli. Po kilku dniach znowu spotkałem ją i wtedy się okazało, że ona bardzo chce poznać dalsze losy Anielki. Umówiliśmy się tym razem w innym miejscu, tak aby jej mama nie zdołała nas przyłapać. Moje plany względem Loli pokrzyżowała mi pogoda, a zwłaszcza chłodny wiatr, ponieważ moja miła słuchaczka zamiast w krótkiej sukience przyszła w rurkach. Cóż było robić.

- O czym ci ostatnio opowiadałem?

- O Marku, który tresował wróble i wrony, ale nie chciał o tym opowiadać.

- No tak. No więc Aniela postanowiła go naprowadzić na temat i zaczęła sobie przypominać informacje o ptakach, które kiedyś słyszała w karczmie od pewnego marynarza.

- Ptaki są następcami dinozaurów - rozpoczęła opowieść z zapałem. - Naukowcy odkryli dzięki wykopaliskom, że pióra ptaków wykształciły się u pradawnych jaszczurek. Gdy wielkie dinozaury wyginęły po katastrofie kosmicznej, którą było uderzenie meteorytu w Ziemię, małe zwierzęta musiały zacząć błyskawicznie ewoluować aby przeżyć. Ten fakt spowodował nie tylko to, że szansę otrzymały ssaki, a z nimi również ludzie, ale także ptaki mogły doskonalić swoją inteligencję. Większość ludzi doskonale rozumie, że delfiny są zwierzętami niezwykle inteligentnymi. Podobnie to wygląda w przypadku ptaków.

Pewien azjatycki marynarz opowiadał mi o wronach żyjących w mieście. Wzdłuż ulic, w parkach i w przydomowych ogródkach rośnie tam sporo orzechów. Wrony uwielbiają zjadać orzechy, ale najpierw muszą sobie poradzić z twardą skorupą. Te ptaki zauważyły, że wystarczy upuścić orzecha z odpowiedniej wysokości na twarde podłoże, na przykład na asfaltową ulicę, aby skorupy orzechów pękły uwalniając pyszny środek.

Taką działalność wron można zaobserwować w wielu miejscach również w naszych miasteczkach i wsiach. W tamtym mieście jednak był bardzo duży ruch samochodowy, co uniemożliwiało wronom zbieranie pokruszonych orzechów z ulicy. Wtedy te mądre ptaki nauczyły się spuszczać orzechy na asfalt w obrębie przejść dla pieszych. Sygnał dźwiękowy oznaczający czerwone światło dla samochodów był znakiem dla wron. Wtedy mogły bezpiecznie lądować na ulicy i wyjadać orzechy spomiędzy nóg przechodzących pieszych. Wraz z kolejnym sygnałem, po którym światła się zmieniały, ptaki gromadnie wzbijały się do góry.

Są też inne przykłady. Wrony nagminnie wyciągają papierki i wszystko co zdołają złapać dziobem ze śmietników. Gdy służby miejskie posprzątają ścieżki w parku, a zebrane śmieci zostawią w foliowych workach, to wrony z łatwością przebijają dziobem folię wywlekając z nich wszystko co się da. Worki te wyglądają potem jak woreczki na głowach kobiet w zakładzie fryzjerskim podczas farbowania włosów w pasemka.

- Faktycznie - potwierdził Marek - często wydawało mi się, że one są sprytniejsze ode mnie.

- No właśnie - podchwyciła myśl Aniela - wystarczy tylko na chwilę się odwrócić, a one zaraz to wykorzystają i pożrą wszystko co się da, nawet to czego nie powinne zjadać.

- Zanim zacząłem je tresować, to rzucałem w nie kamieniami, bo widziałem kiedyś jak wrona porwała małego kurczaka.

- To musiało być straszne - zauważyła Aniela.

- Pomiędzy ludźmi jest tak samo jak pomiędzy zwierzętami - powiedział ponuro Marek.

- Dlaczego tak uważasz?

- Bo tak jest. Mój tata był rybakiem i łowił ryby na morzu pływając na prywatnym kutrze takiego jednego złodzieja. Było to kilka lat temu. Dla rybaków nastały bardzo złe czasy, ponieważ regulacje Unii Europejskiej wymusiły zmniejszenie limitów połowowych, a nawet okresowa zakazy łowienia dla większości kutrów. Tych jednostek zostało już bardzo mało, bo wiele z nich oddano na złom w zamian za odszkodowanie z Unii. Ci, którzy zatrzymali swoje kutry mogli łowić ryby tylko co trzeci rok. Przez dwa lata dostawali rekompensaty za to, że ich kutry stały w porcie. Pieniądze dostawał właściciel kutra, ale pozostałym rybakom, jego pracownikom, też się część z tych pieniędzy należała, bo przecież oni także nie zarabiali z powodu przestoju. Gdy mój tata poszedł do szypra z prośbą o pieniądze, to ten powiedział, że nie ma pieniędzy do rozdawania.

Widocznie urzędasy źle zapisali przepisy dotyczące tych wypłat, zresztą jak zwykle - powiedziała Aniela po chwili zastanowienia. - Gdyby nie wypłacali wszystkiego właścicielowi kutra, lecz część bezpośrednio członkom załogi, to szyper nic by na to nie poradził. Widocznie biurokraci wprowadzili takie prawo, które umożliwiało pomijanie załogi podczas dzielenia pieniędzy. Zawsze jest tak, że największe problemy tkwią w szczegółach.

- To zupełnie tak samo jak z podpisywaniem umów o kredyt w banku. Obiecują złote góry, tłumaczą, że warunki umowy są rewelacyjnie korzystne, nakłaniają do podpisania, a potem szczegółowa treść umowy przychodzi do domu pocztą po kilku miesiącach, gdy jest już za późno na zerwanie umowy bez ponoszenia kar. O tych paragrafach podczas objaśniania warunków zawieranej umowy milczeli jak zaklęci.

- Dla normalnego człowieka to jest oszustwo i kradzież, ale dla prawnika takie praktyki są codziennością. Przecież takie działanie powinno być z mocy prawa nielegalne, nieobowiązujące, a do tego jeszcze karalne.

- Coś ty, głupia jesteś. Wtedy nikt by na tym nie zarabiał, a przecież żeby jedni mogli zarobić, to inni muszą stracić. - Powiedział ponuro Maciek. - Cały świat opiera się na pieniądzach, a te same nie spadają z nieba. Najpierw trzeba kogoś obrabować, żeby potem być bogatym.

- Niektórzy pracują uczciwie - zaprotestowała Anielka.

- Ci dorabiają się żylaków, wrzodów żołądka, lub alkoholizmu. Dla odmiany niektórym trafia się kiła, ale nie wiem czy jest się z czego wtedy cieszyć.

- No a to tresowanie ptaków po co ci było potrzebne?

- Wróbel mi powiedział, że wrony to złodzieje, bo nie tylko nie dopuszczają mniejszych do jedzenia, które powinno być przecież ogólnodostępne, ale również okradają inne ptaki, którym ludzie przygotowują posiłek przeznaczony tylko dla danego gatunku. Weźmy dla przykładu słoninę. Jest bardzo pożywna i smaczna. Wiesza się ją na sznurkach, bo taką formę karmienia ulubiły sobie sikorki. Wróblom sypie się zazwyczaj okruszyny pieczywa, a innym ptakom ziarno. Wrony natomiast wyznaczają sobie dyżury obserwacyjne, najczęściej na ulicznych latarniach albo szczytach dachów, a następnie gdy tylko zauważą jakąkolwiek formę jedzenia to natychmiast głośnym krakaniem zwołują swoje przyjaciółki z całej okolicy po to by w krótkiej chwili pożreć całe jedzenie.

- Wróbel ci to powiedział? - zapytała Anielka zdziwionym głosem.

- Naturalnie. Mam wśród wróbli jednego przyjaciela. Wszystko zaczęło się od papużek nierozłączek. Dostałem parę żółtych ptaszków na urodziny. Bardzo się z nimi zaprzyjaźniłem. Karmiłem je i poiłem, a także uczyłem mówić. Były one bardzo inteligentne więc w lot łapały znaczenie powtarzanych słów. To zupełnie tak samo jak z małymi dziećmi. Początkowo często się myliły, ale potem w miarę jak im te słowa często powtarzałem, szybko się ich uczyły.

Gdy nauczyłem moje papugi trzystu słów rozpocząłem naukę układania zdań. Najpierw zdania składające się z dwóch wyrazów. Potem zdania trzywyrazowe. W końcu zadowolony z postępu moich uczniów rozpocząłem naukę wypowiadania zdań składających się aż z czterech wyrazów. To była prawdziwa rewolucja w edukacji. Powinienem był otrzymać nagrodę ze stosownego ministerstwa. Gdyby moje doświadczenia wykorzystać w procesie kształcenia dzieci to można by rozpoczynać naukę już wśród trzylatków.

Obie papugi były ze mną tak bardzo związane uczuciowo, iż mogłem je swobodnie wypuszczać z klatki, a potem również z pokoju na podwórko, a one po zażyciu gimnastyki i świeżego powietrza zawsze do mnie wracały. Kiedyś zauważyłem, że podczas spaceru po podwórku przyłącza się do nich wróbel. Czasami we trójkę siadali na gałęzi czereśni albo śliwy. Wtedy starałem się podejść jak najbliżej, cały czas mówiąc do ptaków. W końcu wróbel przestał uciekać na mój widok. Byłem wielce zaskoczony gdy wróbel powtórzył słowo wypowiedziane przez papugę. To był przełomowy moment. Potem nauka mówienia poszła już błyskawicznie. Po roku wróbel Bartek opowiadał mi jakimi to wrednymi dziobami są wrony z mojej ulicy.

Anielka była tak zaaferowana opowieścią o wróblu, że musiała sobie rozpiąć spodnie i bluzkę, bo ciężko jej się oddychało. Sztorm wciąż trwał, statkiem mocno kołysało na boki. Cała czwórka objęła się mocno ramionami, wspólnymi siłami starając się poradzić sobie z rozbrykanymi falami pośrodku głębokiego oceanu. Plecy drżały im z emocji, ale to było całkowicie naturalne. Oddech był szybki i chrapliwy, ale to również było normalne. Ciało człowieka jest zdumiewająca maszyną, a skoro działa tak, a nie inaczej to znaczy, że właśnie tak ma być. Ciało ludzkie jest nie tylko wyjątkowo piękne, ale również celowe, praktyczne i wręcz doskonałe. Każdy mięsień działa po to by poruszać, zmieniać położenie, przesuwać. Każdy organ ma swoje przeznaczenie, a każda część swoje miejsce. Niektóre rzeczy można robić samemu, lecz inne robi się razem, bo tak jest lepiej, wygodniej, przyjemniej.

Podobają Ci się moje fantazje? Lubisz je? Ty też czasami zmyślasz? No, przyznaj się. (por. Joyce Carol Oates "Opowieść wdowy", Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011, str. 73: "Ciekawe, jak często ludzie tak fantazjują.") Nawet Carolcię interesowało to zagadnienie.

Ucałowania. (Joyce Carol Oates "Opowieść wdowy", Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011, str. 90)

Rozdział 5

Jeden z wielkich pisarzy napisał, że każda historię można by streścić w kilku słowach aby prawidłowo spełniła się funkcja informacyjna. Cała przyjemność literatury polega jednak nie na informacji, ale na narracji. (Vladimir Nabokov, "Śmiech w ciemności", Wydawnictwo Muza S.A., 2010, str. 7: "Oto i cała historia, moglibyśmy więc postawić kropkę, gdyby ze snucia opowieści nie płynęła korzyść i przyjemność; [...]") Dzięki niej staje się rozkoszą o wielkiej sile oddziaływania. Rozkoszą większą od tej cielesnej, bo zaraźliwą, możliwą do odczuwania przez wiele osób jednocześnie. Słyszeliście o powszechnym i równoczesnym dostępie do seksu bez ograniczeń? Tym właśnie jest literatura. Niechaj więc żyje nam i rozkwita wolny seks.

Księżyc widział sztormujący statek tylko chwilami, gdy ukazywał się pomiędzy jedną chmurą a drugą. Wiatr pędził te skłębione obłoki jak spłoszone stado dzikich koni, więc owe chwile były zazwyczaj bardzo krótkie, a w dodatku nie można było przewidzieć kiedy nastąpi kolejna. Chcąc śledzić los targanego falami okrętu trzeba było z niezwykłą uwagą wypatrywać choćby najmniejszej dziurki w chmurach. O tej porze roku ocean był bardzo często zasłonięty grubą pierzyną obłoków lub mgieł. Czasami trudno było się zorientować czy to pierzasty żaglowiec mknie nad ptakami, czy tylko wody schowały się pod wilgotną kołderkę opadów.

- Tak, tak - mruczał sobie pod swym zakrzywionym nosem Księżyc - te statki powinni budować znacznie bardziej zaokrąglone, wtedy skąd by wiatr powiał, to z nim by można płynąc i nie trzeba by wcale zawracać sobie głowy ustawianiem dziobu do fali.

Od zachodu nadpłynęła wielka, granatowa chmura burzowa zakrywając sobą coraz większy akwen oceanu. W oddali, gdzieś we wnętrzu tej rozsierdzonej pani błyskały złowrogo błyskawice i warczały groźne grzmoty. Co jeden błysnął, to drugi po chwili bekał głośno.

- Ahoj, moja piękna owieczko chmurzasta - zawołał do niej Księżyc.

- Nie mam teraz czasu na konwersację - odpowiedziała chmura.

- Ależ uspokój się, moja droga, po cóż się tak denerwować. Powiedz mi lepiej dokąd tak śpiesznie zmierzasz taka wystrojona w te błyskotki.

- Biegnę na bal u Neptuna - powiedziała zarzucając grzywką dumnie i unosząc o kilka stopni brodę jeszcze wyżej. - A ciebie, mój jaśniejący, jak widzę nie zaprosili na uroczystość.

- Niestety - odparł Księżyc zmieszany.

- Nie przejmuj się, jak będę wracać do mojego domu, to może się spotkamy i wtedy opowiem ci wszystko ze szczegółami jak było, kto się skompromitował, a kto dostąpił zaszczytu. Na dworze króla Neptuna wciąż zachodzą jakieś zmiany. Raz jedna dwórka zostaje pokojową, a raz druga. To znów pokojówka wraca do chlewa paść wieprzki, a inna od gęsi trafia do garów wraz z całą swą gromadką podopiecznych. W tak niebezpiecznych czasach trudno przewidzieć czy lepiej jest się zadekować na dalekiej prowincji, czy może rozsądniej ukryć się pod bokiem, za drzwiami, bądź w szafie. Ostatnio słyszałam, że ochmistrzyni kazała zakupić nową komodę z wielkim lustrem do stołowego. Już to sobie wyobrażam jak wszyscy będą ją podziwiać i zachwalać, lizusy.

To powiedziawszy pani chmura zakręciła spódnicą, zaszeleściła halkami, po czym popędziła wprost na wschód, gdzie już się poczęli gromadzić zaproszeni goście, wywołując na Oceanie Indyjskim wielki tajfun. Księżyc ze smutkiem patrzył za oddalającą się pięknisią. Jędrne kształty miała ta paniusia, że aż miło się robiło na sercu. Serce mu miękło, biedaczkowi, a spodnie sztywniały pomimo zimnego wiatru.

- Ach! To ci dopiero kobietka energiczna - pomyślał z rozrzewnieniem.

Anioł przyglądał się burzy szalejącej na oceanie z wysokości. Niektóre szczegóły tego co tam się działo na dole spowijały kłęby pary, piany i chlapiącej wody. Wolał jednak widzieć niewyraźnie niż zanurzać się w nieprzyzwoicie wilgotne oraz zimne rejony tej kwoki, burzowej chmury. Niech sobie ona leci gdzie tam chce. Miał zadanie nadzorować ludzi, a nie szlajać się po morzach z niestałymi chmurami. To by się Najwyższy zdziwił, gdyby go przyłapał z taką latawicą. A i Neptun z całą pewnością byłby rad z takiego obrotu sprawy, bo wszak wszystkim jest wiadomo, że całe jego królestwo nierządem stoi, a raczej spływa.

Postawili mu, więc stoi, puszy się na ulicy Długiej, pomiędzy dwoma bramami, zielony cokół. Kiedyś stawiali pale, gdyż te bardziej przypominały jego organ nierządu, jaśniej wskazywały czemu się sprzeciwiają, kogo wyzywają na bój, co chcą splugawić. Dopiero później zaczęli na niskich cokołach stawiać pomniki, przedstawienia sług szatańskich, najlepiej gołych, świecących nagością, lub wypowiadających bluźnierstwo. Treść tego ostatniego pisali na tablicach marmurowych niczym motto na początku księgi. Wystarczyło przeczytać by zostać odpowiednio nakierowanym jak trzeba rozumieć ukazywane dzieło. Nie wolno pozostawiać prostaczkom wolnego wyboru, nie można ich skłaniać do myślenia, zdawali się twierdzić.

Anioł doskonale wiedział dokąd prowadzą wolne wybory dawane człowiekowi przez Neptuna. Można było wybrać sobie wieczną przyszłość w zamku o złotych drzwiach i schodach do ołtarza ukrytego pod dnem oceanu. Na tym ołtarzu przez tysiąclecia można wykuwać kajdany dla innych niewolników, miecze dla strażników, miażdżyć czaszki opornym, łamać kości niezbyt gorliwym. Można też było wybrać wiecznie zielone ogrody zatopione niedaleko ponad tym dnem, gdzie oczy zarastały wodorostami, palce nóg i rąk obgryzały małe rybki, a wnętrzności trawił nieustający ból. Takie były możliwości wyboru dla naiwnych głupców.

Młoda mewa zgubiła drogę po wejściu w małą, różową chmurkę. Pech chciał, że ten śliczny, puszysty obłoczek przypominający raczej miłą kołderkę po obiedzie niż jakiekolwiek niebezpieczeństwo został pochłonięty przez wielką burzową chmurę.

- Wypuść mnie, ty dziwko! - krzyczał rozpaczliwie obłoczek, ale wielka i czarna nie zamierzała zawracać sobie głowy byle okruszyną, choćby nawet miała kolor różowy.

- Wypuść nas, ty krowo! - krzyczała rozpaczliwie mewa, a wzywana do litości, ze względu na dysproporcję wzrostu i siły, czarna chmura, choć miejscami na obrzeżach to ona była nieco łaciata, lub raczej szarobura, pędziła bez opamiętania dalej.

- Z takiego pędzenia po nocach to z całą pewnością nic dobrego nie będzie - pomyślał Anioł.

- Niezły mezalians - pomyślał Księżyc.

- Już ja wam pokażę dziwki i krowy! - wyryczał gromko Neptun, po czym jeszcze mocniej zakręcił trójzębem młynka nad głową wprawiając nieprzebyte głębiny, a nawet mroczne odmęty w wielki taniec, ruch wirowy, szalony przepływ, którego nawet kratownica oparta na południkach nie zdołała powstrzymać. Natychmiast przybrały wody na wschodzie, zalewając szeregi małych wysp, porywając ze sobą wszystko co znajdowało się w płytkich atolach. Natomiast na zachodzie wynurzyło się z opadającej wody kilka nowych lądów.

- No więc skończyła się długa historia Atlantydy, a piękne działa sztuki najstarszej kultury przepadły w falach rozsierdzonego morza - powiedział ponuro, albo raczej melancholijnie Księżyc.

Wielkie fale rozwlekały po oceanie mikroskopijne rzeźby platerowane złotem, ze srebrnymi inkrustacjami oraz maleńkimi oczkami bursztynu osadzonymi dookoła niczym gwiazdy na niebie. Najlepsi mistrzowie miniaturowej rzeźby wykonali swe dzieła wewnątrz łupin orzechów. Do ich oglądania nie wystarczała już zwykła lupa, lecz trzeba było te arcydzieła podziwiać pod dokładnym okiem mikroskopu. Zamiast cieszyć koneserów sztuki opadły one na muliste dno oceanu, radując co najwyżej wystawione na czułkach oczy dennego ślimaka. Wielki ukwiał przez chwilę myślał, że to gwiazdy spadają, więc szybko przypomniał sobie dwanaście najpiękniejszych marzeń, ale nie mogąc się zdecydować, którego spełnienia życzyć sobie w pierwszej kolejności stracił niepowtarzalną okazję.

- Szybciej, szybciej! - poganiała jedna z fal tę płynąca przed nią.

- Ależ daj spokój, już szybciej nie mogę - odpowiedziała tamta oburzona.

- Widzę przecież, że możesz - nie ustępowała napierając z tyłu fala pieniąc się na szczycie.

- Ciekawe jak widzisz, skoro pot ci zalał oczy, a piana sięga aż do nosa.

- Tobie za to śmierdzi z tyłu - odparowała cios. - Chyba się obżarłaś kwaśnymi wodorostami.

- Czyżby? Już zapomniałaś, że przy ławicy wodorostów byłaś wcześniej niż ja? Dopiero później się przelałam nad tobą i wyprzedziłam. Cóż tu się dużo rozwodzić. Jesteś zbyt gruba, ociężała, a nawet lepka od tej plamy oleju napędowego z wczorajszej katastrofy tankowca, więc mi tu nie pyskuj, tylko raczej weź się za siebie, ogarnij się choć trochę, bo jak tak dalej pójdzie, to nie tylko ryb będzie coraz częściej brakować, ale również żeglarzy serferów będzie coraz mniej, bo pójdą wszyscy w góry, a na oceanach zapanują ciemności, bezruch, smród i pewnie także strach.

- Bojaźliwa jesteś? Trzeba było siedzieć w cichej zatoczce zamiast się pchać na szerokie wody.

- Do cichej zatoczki to z całą pewnością trafisz sama jak ten huragan przeminie. Nie licz na reanimację, bo wrony już krakały o telefonach do cichej zatoki. Tam mają różne zastrzyki, farmaceutyczne środki, falochrony, umocnienia na wydmach, które rozbijają fale, wyciszają je, często również usypiają w srebrzystym blasku księżyca. W domu opieki społecznej "Cicha zatoka" zamkną cię na klucz i już nie wypuszczą.

Ucałowania. (Joyce Carol Oates "Opowieść wdowy", Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011, str. 120)

Rozdział 6

Muszę się przyznać do strachu. Tak, boję się o to co może się stać. Boję się zwyczajnie, tak jak każdy inny człowiek, o swoich bliskich, a także o siebie. Boję się tego co nie zależy ode mnie ani od innych ludzi. Kiedyś ludzie bali się bogów, tych wielkich oraz pomniejszych demonów. Bogami nazywano gwiazdy i planety, demonami natomiast zaludniali bagna, moczary, gęste lasy, góry, dalekie pola. Bożymi siłami działającymi na świecie, które człowiek mógł zaobserwować były wiatry, huragany, ulewy, błyskawice, a także trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów.

Przed działaniami boga lub demona nie można się było obronić, nie można było w żaden sposób zabezpieczyć. Trzeba było tylko czekać i mieć wiarę w to, że nic złego się nie wydarzy. Dokładnie tak samo jest teraz. Również nie można nic zrobić i trzeba czekać. Właśnie na dziś zapowiedziano początek wielkiego sztormu, jesienno-zimowego orkanu o takiej sile jakiej najstarsi ludzie nie pamiętają. Okazało się nawet, że w naszym języku nie istnieje właściwe słowo na określenie tego zjawiska, więc meteorolodzy posługują się w swoich zapowiedziach zapożyczonym z innego języka słowem orkan, czyli bardzo silny huragan.

Straszą nas tą pogodą już od kilku dni w telewizji, radiu, Internecie, wszędzie. Właśnie okres jesienno-zimowy charakteryzuje się dużą ilością sztormowych dni. Wiedzą o tym doskonale rybacy, którzy z powodu zbyt silnych wiatrów nie mogą wypływać na łowiska. Każdy wietrzny dzień jest dla nich dniem straconym. Dzisiejszy, a także kilka następnych dni kutry rybackie, a także statki żeglugowe spędzą w portach. Stoją dźwigi przeładunkowe, puste są rusztowania na budowach. Gdzieś nawet odwołano kursowanie pociągów, a także prowadzenie lekcji w szkołach. Ludzie przygotowują się do walki z żywiołem.

Ja natomiast zabrałem się do pisania tego listu. Mam nadzieję, że opisywanie zaistniałej sytuacji mnie uspokoi. Łudzę się, że zanim skończę pisać to najgorszy okres huraganu minie. Jesteś w tej komfortowej sytuacji, że ów taniec wiatrów i bogów mórz Ciebie już nie dotyczy. Ty wiesz jak się to skończyło. Pewnie śmiejesz się na myśl o moim strachu. Trudno, jakoś to zniosę. Istnieje jednak pewna możliwość, że opłakujesz kogoś bliskiego. Wtedy przyjmij moje wyrazy współczucia. Pomimo wszystkiego bardzo Cię usiłuję pocieszyć. Suma sumarum sprawiedliwość zawsze zwycięży. Pamiętaj o tym.

Tak więc właśnie rozpoczyna się huragan. Podobno wiatr może osiągnąć prędkość nawet sto czterdzieści kilometrów na godzinę. Stary, rybacki sposób na określenie siły wiatru mówi o dziesięciu stopniach. Dziesiąty stopień, czyli najwyższy ma miejsce wtedy gdy wiatr pędzi z prędkością około sto kilometrów na godzinę. Wyżej jest koniec skali, ponieważ na morzu wszystko zasłaniają coraz większe fale, a na lądzie sypie piaskiem w oczy skutecznie uniemożliwiając obserwowanie zjawiska oraz jego opisanie w celu ustanowienia nowych, wyższych stopni. Dlatego każdy huragan jest powyżej skali.

Być może moje pisanie listu do Ciebie spowoduje, iż kiedyś ustanowią więcej stopni na skali siły wiatru, a jednym z nich będzie rozpoczynanie pisania listów, pamiętników, bądź testamentów przez spanikowanych marynarzy. Wtedy kapitan statku przed wypłynięciem z portu będzie rewidował załogę i kajuty w celu ujawnienia, a następnie konfiskaty wszelkich środków piśmienniczych, oraz czystych kartek. Etykiety na butelkach z tanim winem będą musiały być zadrukowane z obu stron, tak samo jak nalepki na butelkach ulubionego przez bosmanów rumu, żeby nie było możliwości pisania na nich, gdyż samo pisanie mogłoby jak przekleństwo wypowiedziane w złej chwili przywołać złośliwych demonów wiatru.

Już widzę małego, wychudzonego chłopca okrętowego, któremu mama przed wyjazdem z domu nakazała pisać listy, wysyłać je z każdego portu, aby kochająca rodzina, a zwłaszcza drodzy rodzice mieli świeże porcje wiadomości o postępach w edukacji i pracy syna. Mama długo gładzi go po włosach, drugą ręką ukradkiem wycierając łzę ze swojego policzka, aby nie okazać synowi, że się martwi przewidując wiele kłopotów w drodze do kariery swojej pociechy. Ona już wie, że życie nie będzie go rozpieszczało. Ona jednak musiała zgodzić się na oddanie syna w ręce tłustego kapitana z długą brodą, która w dni świąteczne czesał sobie w dwa warkoczyki. Kapitan obiecał oddać mężczyznę zamiast chłopca, wilka morskiego zamiast maminsynka, marynarza zamiast wymoczka.

- Moi chłopcy robią furorę we wszystkich portach od San Francisco aż do Kuby, licząc porty i przystanie na drodze przez cały ocean, okolice Japonii, Chin, Cejlonu, dookoła Afryki i znowu przez ocean. W druga stronę byłoby bliżej, ale gdy ktoś wozi towary to wybiera dłuższe trasy. Można wtedy sprzedawać, kupować, a także wymieniać po drodze. Znają po imieniu wszystkie portowe kurewki, a także wiele egzotycznych piękności z dobrych domów. Taka jedna córka gubernatora wyspy - mówił kapitan - tak długo płakała mi nad miska krupniku, roniąc do niego istne zdroje swych niewinnych łez, że zgodziłem się na miesiąc urlopu jednego z marynarzy, za który jej ojciec zapłacił błyszczącym złotem.

Kapitan podniósł do ust szklankę z koniakiem, upił dwa wielkie łyki, westchnął, otarł wargi wierzchem dłoni, po czym kontynuował opowieść.

- Po miesiącu, gdy znowu płynęliśmy tamtędy, marynarz przypłyną wpław na okręt i prosił abym nie zdradził go przed teściem, który groził młodzieńcowi obcięciem nóg razem z męskimi klejnotami w przypadku pierwszej ujawnionej zdrady.

- Mam już zabalsamowane osiem par nóg niewiernych zięciów, oraz siedem okazałych męskich organów. Siedem, ponieważ ósmego organu nie udało się upilnować podczas uroczystości nocy świętojańskiej i zjadł go pies policyjny szkolony do wykrywania śladów zbrodni, lub tropienia handlarzy narkotyków. Po zaspokojeniu pierwszego głodu pies szykował się do dalszej uczty, ale na szczęście inspektor policji otrzymał telefoniczne wezwanie, więc przywołał psa wychodząc z przyjęcia.

Ojciec dziewczęcia mówił z krwistymi wypiekami na policzkach i nosie, co nadawało jego opowieści szczególnej powagi. Po każdym kuflu piwa, do którego dolewał pół szklanki rumu, na jego czole przybywała kolejna zmarszczka oraz kilka wielkich kropel potu. Krople te wyglądały jak małe lusterka odbijające obraz do góry nogami. Owe lusterka nie spływały po twarzy tatusia, co zgodnie ze wszystkimi regułami rządzącymi światem powinno mieć miejsce, tylko trzymały się skóry swojego stwórcy, by tak rzec, niczym krople kleju. Skóra poczęła więc w niedługim czasie przypominać owrzodzony tyłek marynarza po wymierzeniu mu kilkudziesięciu rózg, zaniedbany przez moczymordę i wymagający smarowania jodyną oraz zimnych okładów, najlepiej z zsiadłego mleka. Brak zsiadłego mleka jest powszechnie znanym mankamentem długich morskich podróży.

- Moja córka zasłużyła na prawdziwego księcia - kontynuował gubernator przy kolejnej porcji piwa - albowiem trzeba wam wiedzieć, moi drodzy, że w dniu jej urodzenia na niebie pojawiła się złocista kometa, która jaśniała pośród innych gwiazd przez cały miesiąc. Tak wyraźnej wskazówki co do świetlanej przyszłości mojej córki nie sposób było przeoczyć. Natomiast gdy dziecko obchodziło drugie urodziny miało miejsce niezwykłe zaćmienie księżyca. Ten satelita nasz i zakochanych świadek zrobił się nagle krwistoczerwony, ale tak bardzo, że aż krople czerwonej rosy kapały z nieba na trawę i drzewa w moim ogrodzie.

Tu przerwę zrobił w swej opowieści dla nabrania oddechu. W prawym kąciku prawego oka jego pojawiła się wielka, perłowo biała łza. Spojrzała na zasłuchane twarze, zerknęła za siebie jakby w obawie, że zaraz pojawią się kolejne siostry jej, po czym spłynęła policzkiem niczym stokiem narciarskim albo wodospadem aż do okazałych wąsów.

- Tak, tak, moi drodzy, nie ma na całym świecie dziewczyny bardziej godnej zaszczytów i chwały. Ktoś może uważa inaczej? - zapytał nagle kładąc prawą dłoń na rękojeści miecza.

Wszyscy biesiadnicy zgodnie kiwali głowami, a bosman uniósł kufel piwa do góry i zawołał:

- Zdrowie księżniczki!

- Zdrowie! - odpowiedzieli razem pozostali.

Nie wiem czy zwróciłaś uwagę na kapitana statku, który zachwalał swoich marynarzy. Wyolbrzymiał ich zalety usiłując wmówić matce, że dzięki pracy na statku syn jej potem wróci do domu jako prawdziwy mężczyzna z bagażem doświadczeń i umiejętności.

- Każdy kto spędzi na pokładzie sześć lat pod moim nadzorem stanie się prawdziwym specjalistą od prawa morskiego, międzynarodowych kontaktów handlowych, morskich szlaków transportowych, zagranicznej służby dyplomatycznej, negocjowania umów sprzedaży towarów, kupna minerałów i kopalin oraz w wielu innych, równie ważnych dziedzinach życia, że nie wspomnę tak ważnych spraw jak przepisy oraz zasady bezpieczeństwa i higieny pracy, profilaktyka przeciwpożarowa, wygaszanie konfliktów międzyludzkich, zasady pokojowego współżycia społecznego i tak dalej.

Gdy syn wróci do domu wszystkie zakłady pracy w okolicy będą się licytowały w walce o takiego pracownika, wszystkie dziewczyny będą sikały po udach z chęci posiadania takiego męża, a wszyscy ojcowie rodzin będą zabiegali o posiadanie takiego zięcia. Pani rodzina natychmiast urośnie w oczach śmietanki towarzyskiej nie tylko tego miasta, ale co najmniej całego powiatu. Nie potrzebuję się chwalić, ale moi byli marynarze pracują obecnie na wysokich stanowiskach kierowniczych w wielu ministerstwach i departamentach rządowych.

Tak, moja droga, będziesz mogła być dumna ze swojego syna. W tej chwili jest to zaledwie dzieciak, mizerna chudzina patrząca wylęknionym wzrokiem, ale ja i moja załoga zrobimy z niego prawdziwego matrasa, oldboya, a nawet herosa.

Mama będzie długimi miesiącami tęsknie wyczekiwać dobrych wiadomości od syna. Będzie zawsze siadała w pokoju w taki sposób aby widzieć przez okno zbliżającego się listonosza, a w porze dostarczania korespondencji będzie się robiła coraz bardziej nerwowa, nieobecna, roztrzęsiona, aż w końcu przed kolacją trzeba ją będzie odprowadzić do sypialni i podać proszki nasenne, żeby jej zrozpaczone serce nie oszalało od tego wyczekiwania.

Starsza siostra Marysia będzie na drutach więzła dla brata ciepłe, wełniane swetry, skarpety, rękawiczki, być może również szaliki nie wiedząc, że on w tych tropikach tego rodzaju odzieży nie potrzebuje. Będzie siadała zawsze po prawej stronie mamy i z dumnym spokojem będzie opowiadała o pogodzie, praniu bielizny, czyszczeniu zastawy stołowej, rozmowach prowadzonych w salonie fryzjerskim, a także ostatnich zakupach na targu.

Jej nienagannie skrojona sukienka będzie zawsze nieskazitelnie czysta, a wszystkie fałdki nienagannie zaprasowane. Cicho kołyszący, łagodny głos starszej córki będzie mamę uspokajał, koił jej nerwy, łagodził emocje, uciszał niepotrzebne rozpamiętywania, ucinał rzewne wspomnienia, zanurzał w potoku codziennych spraw i drobnych problemów. Gdy mama uda się już na spoczynek Marysia będzie wypruwała szaliki i swetry, aby za dnia było z czego robić kolejną parę skarpet.

Młodsza Beatka będzie radośnie szczebiotać o koleżankach ze szkolnej ławki, miłych chłopcach zalotnie ku niej spoglądających spod ściany korytarza podczas przerw w lekcjach, a także o przystojnym Kaziku, który podczas uroczystego apelu został uhonorowany wyróżnieniem wobec całej szkoły i grona pedagogicznego. Beatka będzie miała, oczywiście, bardzo dużo do opowiadania mamie o nowej nauczycielce języka francuskiego, o doskonale przeprowadzonym konkursie wokalnym podczas lekcji śpiewu, a także o pysznych ciasteczkach z kremem w tej nowej cukierni na rogu obok szkoły, która się nazywa "Literacka" i przychodzą do niej na południowa kawę przy codziennej prasie, a niektórzy na papierosa, bardzo mili młodzi mężczyźni.

- Ach te twoje niewinne rozkosze dziewczęcego wieku - podsumuje rozbawiona Marysia.

Tymczasem ukochany syn będzie szorował deski pokładu twardą szczotką, polewał go zimną wodą prosto zza burty i modlił się o mniejsze fale, bo go ten sztorm rzuca od burty do burty, a przy niektórych przechyłach to wręcz obawia się wpadnięcia do morza. Gdy pokład będzie już wystarczająco lśnił w półmroku zachodzącego wieczoru, gdy na niebie tylko od czasu do czasu pojawia się krwista łuna zachodzącego gdzieś nad horyzontem słońca, to bosman każe mu wdrapywać się na maszty i skakać po rejach dla sprawdzenia jakości węzłów mocujących podwiązane podczas sztormu żagle.

Nawet gdyby chciał napisać list do matki to nie znajdzie czasu na pisanie w natłoku obowiązków nałożonych na niego przez nadętego bosmana i całą leniwą załogę, która wysługuje się chłopcem nie tylko przy pracy ale również podczas dogadzania swoim chuciom, zwierzęcym żądzom oraz zaniedbywanym na dalekich morzach namiętnościom. Na sen brakuje mu czasu, a cóż dopiero mówić o pisaniu listów.

Kiedy się dowiedziałaś, że wcześniej chodziłem z Małgosią, to aż Ci dech zaparło w tej Twojej ślicznej klatce piersiowej. Piersi nagle przestały się unosić. Zamarły w lodowatym bezruchu. Poważnie się wtedy wystraszyłem.

- Musi być z ciebie niezły ogier - powiedziałaś. - Proszę, proszę, kto by się spodziewał.

Z tych nerwów aż mi się skóra zmarszczyła na karku, a grzywa się nastroszyła w Irokeza. Nerwowy dreszcz począł maszerować po mych plecach tupiąc tak głośno i rżąc, że myślałem, iż w każdej chwili możesz to usłyszeć, a wtedy kompromitacja byłaby całkowita. Przyśpieszyłem więc kroku dla niepoznaki, żeby stukot moich kopyt na płytach chodnikowych zagłuszył bicie mojego serca. Każdy rasowy ogier podniósł by ogon do góry i wielką kupę nawalił pośrodku ulicy na takie zarzuty, ale ja wtedy jeszcze nie byłem tak pewien swojej tożsamości, nie byłem tak niewrażliwy jak obecnie. Wręcz przeciwnie. Moja wrażliwość została boleśnie zraniona ostrzem Twojej ironii. Krwawiła kroplami wielkimi jak wyrośnięte, dojrzałe truskawki. Gdyby ktoś szedł wtedy za nami to mógłby nazbierać cały koszyk tych kropli, albo raczej całą bańkę, gdyby akurat ją miał przy sobie.

Tak naprawdę to ja jestem już raczej miłym kotkiem lubiącym się przytulać, ocierać o zgrabne nogi, uda i bioderka, mruczeć cicho do ucha słowa ulubionej piosenki, albo razem śpiewać z ukochaną radiowy szlagier z audycji "Lato z radiem". Jaki tam ze mnie ogier. Nigdy nie lubiłem galopu ani przeszkód na torze. Już raczej wdrapywałem się na gałęzie Twoich ramion, gdzie układałem się leniwie do snu marząc o godzinach ciszy i spokoju.

Gdyby Małgosia była taką klaczą narowistą, jak to wynikało z Twoich oskarżycielskich słów, a ja byłbym jej ogierem, to bym przecież teraz i Ciebie pokrywał cztery razy dziennie, wierzgał przy każdej próbie ugłaskania mnie, utemperowania, obłaskawienia, a pewnie bym też kopał boleśnie po tyłku za każdym razem gdy byś mi okazywała te swoje fochy, humorki czy nastroje.

Tym czasem ja przecież zawsze ze stoickim spokojem gruntownie Ci tłumaczyłem każde moje spóźnienie. Łasiłem się o Twoją litość po każdej naszej kłótni, a nawet po każdej rozmowie. Robiłem do Ciebie słodkie oczy z nadzieją, że dostrzeżesz w nich głębię mej miłości.

Tak, to prawda, czasami bywałem narowisty. Zdarzało mi się pędzić przed siebie tak szybko, że nie potrafiłaś za mną nadążyć i zostawałaś daleko w tyle. Gdy tylko zauważyłem brak Twojego ciepłego oddechu przy moim uchu, brak Twojego cienia na ścieżce, to zaraz się reflektowałem, stawałem w miejscu tak nagle, że czasami inni przechodnie aż wpadali na mnie z rozpędu. Musisz pamiętać, że wtedy wcale nie zapominałem o Tobie, ale wręcz przeciwnie, szedłem jak ślepiec, bo wpatrywałem się uporczywie w piękne marzenia, czy może raczej rojenia o naszej wspólnej przyszłości. No ale Ty przecież już niczego nie pamiętasz.

Ucałowania. (Joyce Carol Oates "Opowieść wdowy", Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011, str. 122)

Rozdział 7

Czasami zastanawiam się jak ludzie oceniali nasz związek. Dla jednych było to zwyczajne chodzenie ze sobą, dla innych było to narzeczeństwo, chociaż żadnych formalnych zaręczyn nie było w całej okolicy od kilkudziesięciu lat. Zaręczyny oznaczały wyrażenie zgody na małżeństwo przez kobietę i przyjęcie zaręczynowego pierścionka. Tymi pierdołami nikt już dzisiaj nie zawraca sobie głowy. We wciąż ubożejącym społeczeństwie drogi pierścionek został zastąpiony przez jakikolwiek prezent, a bardzo często nawet tylko pocałunek. Lub też może raczej aż pocałunek, bowiem dawniej narzeczony mógł co najwyżej pozwolić sobie na czułe patrzenie w oczy, oraz rozmowy z niedopowiedzeniami sugerującymi tajemne, intymne i rozkoszne treści.

Twoja sąsiadka, ciocia Mariola, chociaż żadna z niej ciocia, bo to określenie przysługuje krewnej, za każdym razem gdy przychodziłem obserwowała mnie z okna swojego mieszkania. Wiem o tym ponieważ zawsze widziałem zarys jej postaci za firanką. Czasami z ciekawości nachylała się do okna poruszając przy tym firankę. Widok poruszających się firanek jest niezawodnym sposobem ujawniania ciekawskich sąsiadów. Tylko niektóre, te najbardziej doświadczone w procederze śledzenia swoich sąsiadów osoby opanowały trudną sztukę patrzenia przez firankę tak by jej nie poruszyć stosując metodę wkładania nosa pomiędzy dwie fałdy firanki, które na oknie zawsze wiesza się pomarszczone. Szpiegowanie sąsiadów poprzez zaciągnięte zasłony to już wyższa szkoła jazdy dla każdego wrednego sąsiada.

No właśnie. Dlaczego sąsiadów traktujemy bardzo często jak wrednych i podstępnych wrogów? Ano wszystkiemu winien komunizm. Mieszkania dostawało się od władzy za dotychczasowe osiągnięcia zawodowe, lub też jako zachętę do wytężonej pracy i przyszłych osiągnięć. Jeżeli komuś odbierano mieszkanie z powodów politycznych, za nieprawomyślność, czy chociażby za posiadanie krewnych na zgniłym, imperialistycznym Zachodzie, to każda świnia, która to mieszkanie dostała musiała być zdrajcą, konfidentem, złodziejem, a często również Żydem i zboczeńcem.

Ciocia Mariola z pozoru wyglądała normalnie. Miała krótką szyję, ale za to dużą głowę. Powtarzała ciągle, że ma dużą głowę żeby pomieścić w niej równie wielki mózg, dzięki czemu może się szczycić wspaniałym, błyskotliwym, inteligentnym umysłem. Twierdziła, że wychowywała się w rodzinnym domu w Juracie, a przecież już w tamtych latach ksiądz Tadeusz twierdził, iż w Juracie wszystkie dzieci są inteligentne. Nie bez powodu ciotka Mariola została starą panną, bo przecież wiadomo nie od dziś, że chłopi to tylko pijusy, nieroby, lenie śmierdzące, co to tylko by w gospodzie siedzieli zamiast do jakiej roboty się zabrać.

Czasami odnosiłem wrażenie, że masz podobny stosunek do chłopaków. Jakaż Ty zawsze byłaś wrażliwa. Cierpiałaś bardzo z powodu biednego murzyńskiego dziecka nie mającego co do buzi włożyć, którego fotografię otrzymałaś od nieznanych mi apostołów miłosierdzia zbierających datki po parafiach. Swoją drogą, rozmyślając o tym zapłakanym, czarnym dziecku dziwiłem się, że ono miało całkiem pulchne policzki i wcale nie wyglądało na zagłodzone. Nie sprawiało też wrażenia, że jest brudne, czy w jakikolwiek inny sposób zaniedbane. Być może jacyś oszuści zbierający pieniądze ..., przepraszam, na zbiórkę trzeba mieś zezwolenie, a więc gromadzący pieniądze od naiwnych ludzi bogacili się udając, kłamiąc bezczelnie, że gromadzą je dla tego dzieciaczka.

Ze zdjęciem owego murzynka o wielkich oczach i ze łzami w swoich własnych opowiadałaś mi swoje plany zostania w przyszłości misjonarką. Miałem obowiązek doskonale rozumieć stan Twojego ducha, słyszeć bicie Twojego serca, czuć wibrację Twej duszy, a zarazem nie miałem prawa mieć nadziei na żadna naszą wspólną przyszłość. Dlaczego więc miałbym teraz budować swoje życie w oparciu o tak bardzo niestabilne podstawy jakim był nasz związek?

Ciocia Mariola ma zwyczaj zakładania czarnych sukienek, które sięgają niemal do ziemi. Gdyby nie nosiła tych butów na obcasie to suknia zamiatałaby podłogę wokół jej stóp. Nic więc dziwnego, że hołdując tego typu modzie nienawistnym wzrokiem zawsze mierzyła Twoje krótkie spodenki ukazujące zgrabne łydki, kolana i uda. To dlatego zawsze docinała Ci w bardzo niewybredny sposób gdy tylko spod spódnicy miała czelność wyglądać goła kostka.

Natomiast bolesnych spazmów i krwawego potu, przy równoczesnym zapaleniu reumatycznym stawów, skrętu kiszek, ataku wątroby i lumbaga, owrzodzenia żołądka, puchliny nerek, nadprodukcji hormonów oraz zaniku enzymów trawiennych doznawała za każdym razem gdy z powodu bezwstydnego zachowania owych diabelskich rozpustników i pomiotów czarta była narażona na oglądanie ciał ludzkich osłoniętych tylko skąpymi strojami kąpielowymi. Jej usta wtedy zionęły siarką, z nosa wydobywały się kłęby dymu, a oczy płonęły żywym ogniem. Paznokcie rosły jej wtedy jak rzeżucha na wiosnę, a włosy siwiały w zastraszającym tempie. Skóra jej się marszczyła, a nos wykrzywiał.

Słońce ją wtedy drażniło, więc musiała zagrzebywać się w piasku aby nie zeschnąć na kość i nie pomarszczyć się jak stare buty. W tym piasku ryła niczym kret, a pazury jej były przy tym pomocne coraz bardziej, bo rosły ze zdwojoną siłą. Mocą swego niewinnego serca potrafiła poruszyć wielkie moce, więc gdy ktoś na plaży zauważał poruszająca się górkę piasku to było wiadomym, iż ciotka Mariola zażywa kąpieli.

Dlatego też nierozsądne było stosowanie znanej gdzie indziej metody schładzania piwa w wykopanych w piasku dołkach, aby butelki ochronić przed nadmiernym nagrzaniem od słońca. Wystarczyło tylko na chwilę spuścić butelki spod bacznego nadzoru, a natychmiast tajemniczym sposobem piwo zamieniało się w psie siki. Dlaczego akurat psie nie sposób wytłumaczyć.

Biada też nierozważnej letniczce, która by się odważyła na plaży wobec obecności innych ludzi, a zwłaszcza niewinnych dzieci, których duszyczki tęskniły do nieba i w tajemnicy przed dorosłymi rozmawiały z aniołkami, zdjąć stanik wzorem tych wszystkich kurew z zagranicznych miejscowości letniskowych. Oj, biada tym nierozważnym bidulom. Już lepiej by im było przywiązać sobie kamień młyński do szyi, oblec się w pokutne szaty uszyte z worka po ziemniakach, zedrzeć ze swojej twarzy wszelki makijaż przy pomocy chropowatej skóry flądry, albo jeszcze lepiej turbota, a włosy ogolić do samiutkiej skóry i wtedy do studni skoczyć głębokiej, a ciemnej.

Gdyby jednakowoż te ostrzeżenia nie pomogły, lub nie wystarczyły, a któraś nieostrożna białogłowa by się odważyła zdjąć na plaży majtki i gołym tyłkiem świecić słońcu na obrazę, a ludziom na pokuszenie ku ciemnym a zbereźnym myślom ich zwodząc, to straszna Mariolka miała ciągle w gotowości butelkę z woda święconą, co to ją od samego archanioła dostała wprzódy we śnie i ku obronie przed mocami piekielnymi przechowywać miała.

Nikt nie potrafi sobie wyobrazić jak bardzo boli spryskanie wodą święconą, jak bardzo pali duszę wypowiadane głośno, a czasami wręcz gromkim śpiewem przekleństwo, kto tego własną duszą nie wycierpiał.

Przyjeżdżaj czym prędzej, bo już nie mogę się doczekać. Tęsknię bardzo. "Tak, tak, tak." (Ernest Hemingway, "Komu bije dzwon", Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Biblioteka Narodowa seria druga nr 194, Wrocław 1988, str. 91) Pewien premier powiedział onegdaj to samo, aczkolwiek w zupełnie innej sytuacji.[1]

Ucałowania. (Joyce Carol Oates "Opowieść wdowy", Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011, str. 159)

Rozdział 8

Pamiętasz jak kiedyś osa usiadła Ci na nosie? Widziałem jak całą sparaliżowało Cię przerażenie. Przestałaś się ruszać. Zamknęłaś oczy bojąc się by ona nie weszła Ci do oka. Zaniemówiłaś, bo obawiałaś się sprowokować ją do użądlenia. Nie miałem pewności czy oddychasz więc postanowiłem przyjść z pomocą. Wypadało przecież uratować swoją laskę z opresji. Co byłby ze mnie za facet gdybym nie potrafił wybawić swej dziewczyny z niewoli parszywego owada.

Gdyby to chociaż była pszczoła, która przez cały dzień ciężko pracuje zbierając pyłek kwiatowy, a potem przerabia go na pyszny miodek dla każdego łasucha, to bym pewnie grzecznie ją poprosił o pozostawienie Twojego ślicznego noska w spokoju. Wytłumaczył bym jej, że ten pachnący bratkami róż i fiolet to tylko puder na policzkach udający wiosnę na łące, a te śmieszne włosy sterczące nad oczami to nie pręciki kwiatów tylko anielskie łuki brwi rozpięte rozkosznie po obu stronach. Natomiast ów grzybek maleńki przyozdobiony kilkoma kropkami jak biedronka to zaiste jest Twój organ powonienia, którego marszczenie niewinne zajmuje Ci tak wiele czasu każdego dnia.

Ale to była skubana osa. Postanowiłem ją strącić jednym celnym uderzeniem. Przymierzyłem się jak angielski lord na polu golfowym. Naprężyłem swoje ciało przygotowując je do wykonania mistrzowskiego uderzenia. Wszystkie mięśnie zagrały na moim szkielecie jak struny wiolonczeli, gdzie tam wiolonczeli, jak struny harfy anielskiej. Zrobiłem ćwierć kroku w Twoją stronę, zamierzyłem się szeroko dla rozpędu, wstrzymałem oddech na tą kulminacyjną chwilę, a potem tak machnąłem ręką, że osa winna była polecieć aż do Chin.

Niestety. Ty właśnie wtedy zadrżałaś cała. Moje palce zamiast trzepnąć osę posyłając ją w zaświaty przeleciały w powietrzu wywołując tylko drobne poruszenie powietrza. Osa zatrzepotała skrzydełkami, ale wcale nie odleciała, tylko skierowała w moją stronę swój nadęty od nadmiaru jadu tyłek ze sterczącym zeń wielkim żądłem. Spociłem się jak małe dziecko przed zrobieniem kupy. Zapach tego potu rozszedł się na wszystkie strony. Z całą pewnością nie zapachniało łąką, tylko raczej starymi szmatami z domieszką tłuszczu osła. Tak, okazałem się prawdziwym osłem. Powinienem był pamiętać o tym, że te owady mają swój własny system przekazywania informacji.

Nie wiadomo skąd pojawiła się druga osa, która poczęła latać nad moją głową i z głośnym bzyczeniem odprawiać ten swój bojowy taniec. W pobliżu musiało znajdować się gniazdo tych owadów, bo z każda sekundą nadlatywały kolejne małpy. Co za pieprzone suki, pomyślałem rzucając się do ucieczki. Ty właśnie mdlałaś przewracając się na chodnik, gdy ja wykonywałem już drugi krok w kierunku drzwi pobliskiego sklepu spożywczego. Upadłaś na wąski pasek trawnika leżący pomiędzy chodnikiem a ulicą. Przynajmniej upadłaś na miękkie podłoże. Ja natomiast walnąłem nosem w szybę drzwi, które okazały się zamknięte.

Wokoło mojej głowy tańczył już tuzin wściekłych kolców sterczących z tyłków tych kurewskich owadów. Te kolce wysuwały się coraz bardziej dochodząc nawet do trzech centymetrów długości, a do tego jeszcze puchły, grubiały pod wpływem napierającego jadu, który już szykował się do wytrysku. Powietrze zrobiło się gęste od unoszących się w nim drobinek kurzu, pyłku kwiatowego, mojego potu, łuszczącej się skóry, trzepoczących owadzich skrzydeł i grubych, pasiastych odwłoków. Nie było czym oddychać. Zrobiło się nagle bardzo gorąco.

Wtedy przypomniałem sobie film przyrodniczy o pszczołach. Pokazywano w nim co dzieje się gdy do ula dostanie się szerszeń. Małe pszczółki nie są w stanie nic mu zrobić, podczas gdy on powoli posuwa się do wnętrza ula zabijając kolejno wszystkie napotykane pszczoły. Pomimo olbrzymiego ryzyka śmierci pszczoły jednak otaczały agresora nieustannie machając skrzydełkami. Umierały podczas gdy kolejne oblepiały szerszenia cisną gromadą. Okazało się, że w centrum tej zbitej masy owadów zaczęła rosnąc temperatura. To była jedyna obrona gniazda. Pszczoły mogły przeżyć w temperaturze o jeden stopień wyższej niż szerszeń. Machanie skrzydłami podnosiło temperaturę ich ciała. Napastnik w końcu umierał z gorąca, a gniazdo znowu było bezpieczne. Bohaterskim robotnicom, które poległy w walce urządzono uroczysty pogrzeb. Królowa przyznała im pośmiertne krzyże zasługi.

Zrozumiałem natychmiast, że jestem w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Osy wciąż brzęczały, machały skrzydełkami, groziły żądłami tańcząc wkoło mnie coraz ciaśniej. Trzeba było uciekać. Wiedziałem, że machanie rękami tylko je rozzłości, więc rzuciłem się biegiem ku następnemu budynkowi. Trzeba było bardzo uważać na sterczące z ziemi żądła, na lepiące się do butów warstwy wosku, który utrudniał i spowalniał moje ruchy. Z rynny sąsiedniego domu wylatywały osy wielkie jak kurczaki, więc skręciłem na ulicę aby umknąć im na drugą stronę. Tam jednak zobaczyłem szereg wielkich psich bud, przy których na grubych łańcuchach stały i szczekały na mnie tłuste buldogi o brzuchach w czarne i żółte pasy, oraz z ostrymi żądłami zamiast ogonów.

Musiałem skręcić w prawo i próbować ucieczki środkiem ulicy, ale zza pobliskiego zakrętu wyjechał samochód ciężarowy służb sanitarnych z migającymi na dachu żółtymi światłami oraz wielkim, uśmiechniętym trutniem za kierownicą. Jego owadzie oczka mrugały złośliwie do mnie, zapraszając do wspólnego tańca nad moim truchłem. Za nim zobaczyłem posuwające się powolnymi ruchami larwy. Miały bardzo niezadowolone buzie. Nadeszła pora ich karmienia, a one nie rozumiały powodów braku pokarmu.

Wiedziałem, że jedynym wyjściem jest odciągnięcie tych żarłocznych bestii od Ciebie, wyprowadzenie ich w pole, a tam niech już sobie żerują na kwiatkach, chwastach i czym tam jeszcze aż pękną z obżarstwa. Wciąż leżałaś na trawie. Byłaś bezpieczna do czasu aż te bestie wyczują Twój wiosenny, świeży zapach. Spociłem się jeszcze bardziej. Zrozumiałem, że mam pełnię władzy nad fizjologicznymi reakcjami mojego organizmu. Ekstremalne warunki życia umożliwiają rozwijanie różnych metod walki o przetrwanie. Larwy z obrzydzeniem obróciły się w drugą stronę, a te które były najbliżej odpełzły na bok. Miałem otwartą drogę tylko w jedna stronę, więc ruszyłem przed siebie śmiało, roztaczając wokół odór mojego strachu.

To zrozumiałe, że znalazłem się w szpitalu. Każdy organizm może inaczej reagować na różnorodne czynniki, a zwłaszcza na tak silne alergeny jak jad owadów. Pielęgniarka mi powiedziała, że było ze mną źle. Jakbym sam tego nie wiedział. Udawałem jednak, że wszystkie te informacje są dla mnie zdumiewającą nowością. Dzięki temu mogłem liczyć na długie opowieści o procesie mojego leczenia.

Kiedy przychodziłaś mnie odwiedzać w szpitalu podciągałem kołdrę aż pod brodę. To przecież zrozumiałe. Kołdra była ciepła, gruba, dobrze by mnie chroniła przed jadem. Twoja pasiasta sukienka dosyć szybko przestała mnie przerażać. Przypominała bardziej zygzakowatą skórę żmii niż brzuch osy, a gadów wcale się nie boję. Są bardzo miłe, lubią wygrzewać się na słoneczku albo przy kaloryferze. Ich rozdwojone języki klepią bzdury przez cały dzień, od samego rana aż do późnej nocy. To było jak szum z radia włączonego przy łóżku małego dziecka, aby je przyzwyczaić do różnych odgłosów, dzięki czemu nie budzi się z płaczem z powodu byle szmeru. Potem żmije zwijają się w łóżkach i jest spokój aż do rana.

Myszy biegające po rurach od centralnego ogrzewania i wyglądające ciekawie zza szafy też były całkiem miłe. Śmiesznie ruszały nosem, wachlując się przy tym długimi wąsami. Miały bystre, czarne oczka, którymi potrafiły prześwidrować człowieka na wylot. Zawsze wiedziały, że mam w szufladzie nocnego stolika ciastka. Tyle nakruszyły pod stolikiem, że potem rano siostra mi dogadywała złośliwie, oskarżając o wyjadanie ciastek w tajemnicy przed innymi pacjentami.

Najbardziej drażniły mnie karaluchy. Pewnie dlatego, że swoim wzrostem były mniej więcej takie jak osy. Miały też podobne skrzydła, które czasami rozkładały do dłuższego skoku. Polowałem na nie zawzięcie z kapciem w dłoni każdego wieczora po zgaszeniu świateł. Strumień światła z latarki na chwilę je paraliżował niczym laser obezwładniający. Obcasem kapcia rozgniatałem je na miazgę. Raz nawet przywaliłem w czoło pana Zbigniewa z sąsiedniego łóżka, bo miał tam podobną do karalucha krostę. Wydzierał się tak długo aż się zbiegły wszystkie siostry z trzech oddziałów.

Jeden z karaluchów wcisnął się pod obudowę radia tranzystorowego. Meloman jeden. Zwabiło go tam pewnie ciepło. Karaluchy uwielbiają ciepło. Poza układami scalonymi oraz innymi częściami elektronicznymi nie znalazł tam nic do jedzenia. Miał wielkiego pecha. Zdechł z głodu. Kiedy radio się zepsuło usiłowałem je rozebrać na części. Wtedy zabłąkany podróżnik wypadł spomiędzy rezystorów. Zamurowało mnie na chwilę, ale zaraz odzyskałem pełną sprawność i rozdeptałem go tak dokładnie, że nie pozostało po nim nawet żadnego śladu. Totalna eksterminacja.

Doktor psychoterapeuta kazał sobie o tym wszystkim opowiadać. Z powodu dokuczającego mi stresu często się myliłem, zapominałem o czymś, albo powtarzałem wciąż w kółko te same obrazy, które najbardziej utkwiły mi w pamięci. Doktor był jednak bardzo cierpliwy, wyrozumiały i życzliwy. Tłumaczył mi, że kiedyś być może wyzdrowieję całkowicie.

Ucałowania. (Joyce Carol Oates "Opowieść wdowy", Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011, str. 160)