VII. "Herr baron von Hertzog."
Nazajutrz rano, otrzymawszy pismo, Gregory uwiadomił panią de Nancey, że wychodzi, i że zapewne nieobecność jego przeciągnie się aż do wieczora.
Blanka usiadła do śniadania sama, po południu zaś, godziny bowiem dnia owego wlokły się bez końca, zażądała karety, i gotowała się do wyjścia, gdy w tem rządca hotelowy zapukał dyskretnie do drzwi, i oznajmił jej, że Herr baron von Hertzog pragnie mieć zaszczyt złożenia jej swego uszanowania.
- Nie mam przyjemności znać pana barona de Hertzog - odpowiedziała młoda kobieta - i nie przyjmuję nikogo...
- Śmiem błagać pokornie pani hrabiny, by raczyła zrobić wyjątek... - odezwał się rządca.
- Powtarzam panu, że nie przyjmuję... - Odpowiedziała Blanka. - Proszę wyprawić tego gościa...
- Niepodobna... niepodobna... niepodobna!...
- A to dlaczego? jeżeli mogę wiedzieć? - zapytała wyniośle pani de Nancey.
- Bo pan baron przychodzi ze strony jego ekscelencyi...
- Jakiej ekseelencyi?
Rządca przybrał najpokorniejszą minę, i tonem pełnym uszanowania wyszeptał nazwisko wymówione przez Gregorego w teatrze poprzedniego wieczora.
- Pani hrabina - dodał jeszcze - zrozumie łatwo, że nie podobna odmówić posłuchania posłowi jego ekseelencyi... Zresztą pan baron jest już w przedpokoju, czeka... czy mam go wprowadzić?
Blanka nie należała do tych kobiet, które tak łatwo cudzej ulegają woli; lecz pomyślała natychmiast o Gregorym, który jako spiskowiec, uważał się za poszukiwanego na każdym gruncie. Powiedziała więc sobie, że byłoby bardzo nie politycznie zrażać sobie tak wysoką osobistość, która mogła podług kaprysu, albo oddać go w ręce władzy francuskiej, albo też otoczyć silną swoją protekcyą.
- Ha, kiedy inaczej być nie może - rzekła po chwilowem namyśle - proszę wprowadzić pana barona.
Gość o którym mowa, musiał zapewne usłyszeć to z przedpokoju, bo wszedł natychmiast, a rządca cofnął się ku drzwiom tyłem, oddając coraz to niższe ukłony.
Herr baron von Hertzog był to ładny mały prusaczek, mogący mieć lat około czterdziestu, twarz miał różową lalkowatą, czaszkę łysą, gładką i świecącą jak kość słoniowa, i dwa kosmyki rudawych włosów, zawiniętych po każdej stronie nad uchem na kształt rożków.
Chroniczny uśmiech odsłaniał mu białe i szerokie zęby. Ubrany był jak na bal, a za guzik zaczepiony miał pęczek orderów podobnych do tych jakie widzieliśmy poprzedniego wieczora u dwóch dyplomatów.
Herr baron von Hertzog skłonił się przed panią de Nancey z najwyższą galanteryą, wyprostował się całą wysokością małej swej figurki ściskając pod lewą pachą szapoklak podszyty niebieskim atłasem, z gracyą dobrej szkoły, podwoił wieczysty swój uśmiech, i rzekł po francuzku prawie bez akcentu.
- Nie wiem doprawdy, jak wyrazić mam pani hrabinie mą wdzięczność, za ten szczęśliwy wyjątek, z jakim raczyła łaskawie mnie przyjąć.
Pan de Hertzog zdawał się mówić całkiem na seryo, jeżeli jednak słyszał, co jest bardzo prawdopodobne, słowa Blanki wyrzeczone do rządcy, w tem co powiedział tkwiło cokolwiek ironii.
- Trudno było zamknąć drzwi przed takim gościem, panie baronie - odparła młoda kobieta zapytując siebie, czy wstęp podobny nie zawierał w sobie coś niepokojącego. - Pomimo to jednak przyznać muszę, że nadaremnie wysilam się...
- Nad odgadnieniem przyczyny mojej wizyty, zapewne? - zapytał mały człowieczek widząc, że pani de Nancey zatrzymała się.
- Tak jest, panie baronie.
- Przyczyna bardzo prosta - rzekł znów prusak z podwojonym uśmiechem. Jego ekscelencya pragnie gorąco wiedzieć, czy pani hrabina dobrze noc przepędziła, i czy opera berlińska nudzi ją, co wnosi ztąd, że opuściłaś pani takową na długo przed końcem przedstawienia...
- Nie wiedziałam, że mam zaszczyt być znaną jego ekscelencyi... - rzekła Blanka czując, że zaczerwieniła się pomimowoli.
- Jego ekscelencya zna cały świat, a że w szczególności zajmuje się panią hrabiną, raczył wybrać mnie łaskawie na szczęśliwego w tym względzie pośrednika.
- Racz pan podziękować jego ekscelencyi odemnie i powiedzieć mu, że opera berlińska niezmiernie mi się podobała.
- Jego ekscelencya ucieszy się prawdziwie! pan hrabia Ladonoff zdawał się jak mi mówiono, słuchać naszych śpiewaków z pewnem zadowoleniem... Pan hrabia jest zdaje się rossyjskim poddanym?
- Tak panie baronie.
- Pani hrabina należy zapewne do tej samej narodowości.
- Nie panie baronie, ja jestem francuzką.
- Biję czołem, pani hrabino! Piękny to kraj, ta Francya! bogaty kraj! cudowny kraj! wielki naród. Śmiem twierdzić że jego ekscelencya żywi dla Francyi najwyższą sympatyę, i że nadewszystko lubi Paryż! Piękny Paryż, miasto zarówno przyjemne jak świetne... stolica cywilizacyi, sztuk i dobrobytu!... Miałem zaszczyt towarzyszyć jego ekscelencyi w roku 1867 na waszą wystawę powszechną... Wywiozłem z tamtąd niezatarte wspomnienia!... Co za elegancya, co za zbytek! co za spryt! a paryżanki jakie ładne! Ach! jakiż ja niezgrabny... pani hrabino... Powinienem był odgadnąć zaraz, że osoba tak pełna wdzięku jak pani, tylko paryżanką być musi... Ale przepraszam najmocniej, zachwyt mięsza mi rozum, co spostrzegam za późno... Wizyta moja nieco przeciągła może wydać się niedelikatną, a z posłannictwa mego jeszcze się nie wywiązałem.
- O cóż chodzi, panie baronie? Wytłomacz się pan!
- Postaram się uczynić to jak najzwięźlej - rzekł prusak z miną swobodną i kokieteryjną. Jego ekscelencya pragnąłby gorąco mieć z panią hrabiną maleńką rozmowę... poufną...
- Ze mną - zawołała Blanka, z wrastającym w miarę rozmowy niepokojem.
- Cóż nad to naturalniejszego? - przerwał von Hertzog, bawiąc się swoim szapoklakiem. - Jego ekscelencya nie mogąc dla łatwo zrozumianych przyczyn udać się tu do hotelu; życzyłby sobie, aby ta rozmowa miała miejsce w należącem do niego, a przecież nie urzędowem mieszkaniu... Jest niem maleńki domek tajemniczy i dyskretny, niedaleko miejskich przedmieść, pośród rozkosznego parku... Potrzeba tylko oddalić pana hrabiego Ladonoff, co nie przedstawi wielkich trudności... Nie herbowana kareta przyjedzie po panią hrabinę, odwiezie ją lotem błyskawicy do pawilonu, o którym miałem zaszczyt mówić jej przed chwilą, a w dwie godzin później odstawi ją do domu... Pani hrabina raczy sama dzień oznaczyć... Jego ekscelencya pragnąłby, aby to mogło być jutro...
Pani de Nancey pokraśniała z oburzenia, oczy zapałały ogniem, usta kurczowo się ścisnęły, Gniew wziął górę nad rozsądkiem.
- Ah! mój panie - rzekła powstawszy z pogardą - czy to w waszym kraju taka moda, że pod nieobecność mężów przychodzicie znieważać ich żony? Za kogo mnie pan bierzesz? Proszę pójść powiedzieć swemu panu, że jesteście obaj w błędzie, on przysełając tu pana, pan zaś przychodząc z tak ohydną missyą! A teraz proszę wyjść!
Baron de Hertzog nie przestając ani na chwilę uśmiechać się dobrodusznie, stulił ramiona pod wyrazami Blanki.
Gdy skończyła ukłonił się głęboko, a kładąc rękę na sercu, rzekł:
- W rozpaczy jestem doprawdy, że gniew ten wywołałem... Popełniam same niedorzeczności!... Ale też przyznać również należy, że pani hrabina jest cokolwiek za prędką... Nie porozumieliśmy się! Nie skończyłem jeszcze! Jeszcze parę słów, a wytłomaczę się całkowicie.
- Więc kończ pan - rzekła Blanka przygryzając wargi.
- Pani hrabina nie wie zapewne, a raczej nie odgaduje, jaki przedmiot jego ekscelencya ma zamiar poruszyć w rozmowie poufnej, na którą mam zaszczyt ją wezwać?
- Nie panie. - A zatem przypadek, oh! tak, przypadek jedynie! Niechaj pani nie wątpi o tem, zdziałał, że dziś rano otrzymaliśmy z Petersburga telegram, w którym jest dość obszerna wzmianka o hrabim Ladonoff. Ta się zdaje interesować panią hrabinę, cóżby dopiero było, gdyby znała treść telegramu.
- Co mówi depesza? - zapytała pani de Nancey bardzo wzruszona.
- Jego ekscelencya, przychylny niezmiernie pani hrabinie, miał zamiar zakomunikować jej to osobiście, zastanowić się wraz z nią nad pewnymi punktami i działać tylko pod jej wpływem. Zdaje mi się, że było to z jego strony bardzo szlachetnie i delikatnie. Ze zaś pani hrabina, nie uważa za stosowne wtajemniczyć się, co niech już więcej o tem mowy nie będzie. Pan hrabia Ladonoff zostanie poprostu wezwanym do dyrektora policyi, a panią hrabinę, której czołobitność moją składam, zostawię w spokoju.
Baron de Hertzog uśmiechnął się, dygnął, znów się uśmiechnął, znów dygnął, złożył po raz ostatni rękę na sercu, wykręcił się na wysokich korkach balowych swoich trzewików, i zmierzył ku drzwiom.
- Panie baronie... - szepnęła Blanka śmiertelnie blada.
Prusaczek wykręciwszy się powtórnie na pięcie, stanął przed młodą kobietą.
- Mamże zaszczyt być przywołanym przez panią hrabinę? - zapytał.
- Czy telegram... o którym pan mówisz... zawiera w sobie... jakiś cień niebezpieczeństwa dla hrabiego.
- Depesza przepełnioną jest faktami, prawdziwymi czy fałszywymi, to już do mnie nie należy... Jego ekscelencya, powtarzam, miał zamiar przedstawić ją pani hrabinie, i polegać tylko na objaśnieniach, jakieby ona sama uznała za stosowne dać mu. Wszak to było całkiem naturalne... i uczciwe...
- Miałeś pan słuszność, panie baronie, nie porozumieliśmy się przed chwilą...
- I ja tak sądziłem i sądzę.
- Teraz zaś, ponieważ nieporozumienie ustało, położenie rzeczy jest całkiem odmienne.
- Nieprawdaż? O! pani hrabina zanadto rozumną jest kobietą, aby miała nie pojmować tego... wcześniej, czy później.
- Dziękuję jego ekscelencyi za dobre jego usposobienia dla mnie, i przyrzekam korzystać z takowego.
- Zatem pani hrabina zgadza się na tę poufną rozmowę?
- Tak jest.
Fajansowe oczy pana de Hertzog przybrały wyraz radości.
- Jakiż dzień raczy pani hrabina oznaczyć?
- Jutro.
- Cudownie. Jutro punkt o drugiej, kareta o której wspomniałem zajedzie w podwórze hotelowe... pani hrabina zostanie uwiadomioną...
- A mąż mój?
- Postaramy się zająć go gdzieindziej, ponieważ zaś piękne czyny nabierają ceny właśnie wtedy, gdy je osłania tajemnica, postaramy się również, aby nic nie wiedział o poświęceniu pani hrabiny w tej sprawie.
Sformowawszy ten dwuznaczny frazes, mały prusaczek czuł się tak szczęśliwym, że chroniczny swój uśmiech zamienił na wybuch prawie. Następnie pożegnał się, tym razem na dobre, i wyszedł z pokoju pani de Nancey z swoim szapoklakiem, z swoją gracyą germańską, i brzękiem krzyżyków najrozmaitszego kształtu, które jak dzwonki u muła klekotały przy guziku czarnego jego ubrania.
IX. W Baden.
Kiedy mniemana hrabina Ladonoff zażądała rachunku, rządca hotelowy zadziwił się nie mało tak nagłym jej odjazdem; że jednak nie otrzymał żadnego rozkazu dotyczącego pięknej cudzoziemki, nie próbował go bynajmiej opóźniać.
W godzinie oznaczonej przez Gregorego, Blanka stawiła się na dworcu z bagażami.
A teraz przejdźmy do przyczyn, jakie wywołały tak żywy niepokój w wołochu, i spowodowały nagłe jego przekształcenie się.
Przed wyjściem z hotelu odebrał depesze od swoich korespondentów z Londynu, Wiednia i Paryża.
Z Paryża donoszono mu o hałasie, skutkiem niewypłacenia znacznych należytości do kassy Banku dyskontowego i o rezultacie natychmiastowego śledztwa sądowego, które w tym celu rozporządzono.
Kategoryczne odpowiedzi na telegramy rozesłane we wszystkich kierunkach wykazały, że mniemany książę wołoski był zręcznym awanturnikiem grającym z władzą w ciciubabkę.
Policya poruszyła się. Przedsięwzięte kroki w celu wykrycia fałszerza, mnożyły się z każdą chwilą. Domy bankowe wyzyskiwane przez niego, obiecywały znaczną sumę tytułem nagrody temu ktoby go odkrył, lub na ślad jego wprowadził.
Otóż tego samego dnia, Gregory spotkał się oko w oko z agentem brygady bezpieczeństwa, którego znał z widzenia, a który prawdopodobnie na niego polował w Berlinie.
Tyle miał zaledwie czasu, że wpadł do jednego z magazynów, uchodząc tym sposobem uwagi francuzkiego policyanta, ponieważ zaś przy drugiem spotkaniu mógł być mniej szczęśliwym, pospieszył się z przeinaczeniem swojej powierzchowności, starając się jednocześnie o angielski pasport, co, dzięki tajemnym swoim stosunkom, przyszło mu łatwo.
Niemiłe przeczucia hrabiny de Nancey nie sprawdziły się.
Zbiegom udało się przebyć granicę wielkiego księztwa Badeńskiego bez żadnej przeszkody, a Blanka podwójnej doznała rozkoszy, najprzód skutkiem tego, że Gregory uniknął niebezpieczeństwa, a następnie, że sama uwolnioną została od niebezpiecznego sam na sam z pruskim człowiekiem stanu.
Uśmiechnęła się nawet na myśl o minie, jaką tenże zrobi nazajutrz, skoro nieherbowana kareta przybędzie pusta do tajemniczego domku w którym jego ekscelencya zapominając czasami o sprawach Europy, pali kadzidło na ołtarzu Wenery.
Herr baron von Hertzog pozbawionym zostanie nowego orderu, który byłby niezawodnie otrzymał za dyplomatyczne przeprowadzenie miłosnej sprawy. Taki ładny baronik, i tak wdzięcznie noszący owe urzędowe blaszki!... co za szkoda!
Sezon w Badenie kończył się już prawie; pomimo to jednak był jeszcze niezmiernie ożywiony, a nawet zapowiadano nowy napływ znakomitych gości.
Przybywając do tego miasta, które przed wojną zdawało się być miastem francuzkiem, tak rozgościł się tu high Life tej narodowości, a które po wojnie utraciło całą swoją wspaniałość, Gregory nie uznał za stosowne zatrzymać się w hotelu, gdzie piękność jego towarzyszki niezawodnie zwróciłaby na niego uwagę.
Wynajął tedy umeblowany lokal w dzielnicy oddalonej zupełnie od głównego ogniska przyjemności, tak zwanego Salonem konwersacyi. Tam zamieszkał z hrabiną, biorąc do posług wynajmujących się w tym celu niemców.
- Droga Blanko - rzekł - muszę wymódz na tobie wielkie poświęcenie.
- Jakie? - zapytała pani de Nancey.
- Wiesz dobrze, że niczego odmówić ci nie potrafię..
- Znam cię z tej strony. Tylokrotnie dałaś mi tego dowody i to w taki sposób, że nie zapomnę nigdy! Nie idzie o nic nadzwyczajnego, poproszę cię tylko, abyś się zgodziła przez jakiś czas na życie odosobnione i smutne. Razem w żaden sposób wychodzić nie możemy.
- Dlaczego?
- Zbyteczna piękność twoja nie może przejść nigdzie niepostrzeżona. Ja zaś, jak ci wiadomo, potrzebuję w tej chwili cienia. W Baden jest mnóstwo francuzów, z których wielu zna cię niezawodnie. W Paryżu wiedzą, żeśmy wyjechali razem; otóż trzeba się starać, by dzienniki nie pisały o bytności twojej w Baden...
- Rozumiem to doskonale i zamknę się w domu, jeżeli tego potrzeba koniecznie, co zresztą nie bardzo będzie wesoło, jak to sam powiedziałeś przed chwilą. Lecz czego wcale nie rozumiem, przyznaję, to tego, że potrzebując cienia (to twoje wyrażenie) wybrałeś sobie te włoskie bulwary położone o dwa kroki od Czarnego lasu! No, bo Badenu inaczej nazwać nie można!...
Blanka miała słuszność.
Gregory jednak tyle robił, iż w końcu uwierzyła, że tak nie jest. On zaś, jako gracz namiętny, będąc w posiadaniu znacznej sumy pieniężnej, a przekonany, że z zimną krwią można dojść do miljonów, chciał koniecznie znaleźć się w mieście gry, choćby z narażeniem własnej swojej osoby.
Dlatego opuszczając Fracyę, udał się prosto do Homburga.
Nie mogąc zatrzymać się tam dłużej, po pojedynku z hrabią de Nancey, pojechał do Baden.
Tego samego wieczora pozostawiwszy Blankę w samotnem jej mieszkaniu, jakie zajmowali od rana, wsunął do kieszeni paczkę biletów bankowych i poszedł grać.
Przy wejściu na salony, doznał pewnego rodzaju wzruszenia, zastawszy tam grupę młodych ludzi, z którymi witał się w Paryżu przy każdem spotkaniu, czy to w lasku, czy na bulwarach, czy też na foyer w Operze.
Próba miała być decydującą. Jeżeli ci paryżanie nie poznają go, to już nie ma się czego obawiać.
W mgnieniu oka zmienił swobodny swój chód, przybrał pozór pełen godności, chłodu i sztywności, której baronet szanujący siebie, nie pozbywa się nawet w życiu prywatnem i poszedł dalej.
Młodzi Judzie patrzyli nań ciekawie, w chwili kiedy się o ich grupę ocierał. Przewidując, że będą mówić o nim, zwolnił kroku i nastawił ucha.
- Kto to taki? - zapytał jeden z nich.
- Zapewne jakiś anglik... - odpowiedział drugi.
- Pierwszy raz go widzę, a jednak zdaje mi się, że znam tę twarz... Ah! wiem już, to tylko podobieństwo...
- Z kim?
- Z księciem Gregory L... Czyż nie?
- Może być... w każdym razie nie wielkie, gdyż mnie ono nie uderzyło...
Gregory słyszał dosyć, aby być pewnym, że przekształcił się dostatecznie.
Poszedł prosto do stolika "trenteet quarante," położył bilet tysiąc frankowy na Czerwonej, wygrał, powtórzył obrót do czwartego razu i wycofał swoje pieniądze właśnie w chwili, kiedy nadchodziła Czarna.
W godzinę potem powrócił do Blanki z łupem pięćdziesięciu pięciu, do sześćdziesięciu tysięcy franków.
-! - rzekł do hrabiny rozkładając przed nią rulony złota i bankowe bilety na małym stoliczku, przy którym oświetlona dwoma świecami, czytała.
- Więc to - szepnęła pani de Nancey z goryczą - dla pieniędzy zaniedbujesz i opuszczasz mnie! Ah! Gregory!
Wołoch nie odpowiedziawszy ani słowa, począł rachować swoją wygranę.
- Co tobie po tych pieniądzach? - rzekła znów Blanka. - Dzięki Bogu nie potrzebujesz ich wcale, jesteś bogaty.
- Jestże się kiedykolwiek dość bogatym?
- Zapewne! Zwłaszcza też ty Gregory, który nie znasz cyfry swojego majątku... Sam mi to powiedziałeś...
- Bezwątpienia; ale może stać się przeciwnie, okoliczności mogą się tak złożyć, że zostanę z niego wyzutym... Gdyby naprzykład trybunały francuzkie wydały na mnie wyrok, niezawodnie nakłoniłyby hospodara, do zasekwestrowania dóbr moich na wołoszczyznie. Wówczas zostałbym żebrakiem...
- Nigdy, bo przypuściwszy nawet coś podobnego, zostałoby jeszcze to, co ja posiadam.
Gregory zrobił ruch pogardliwy.
- Nie będziesz miał prawa wyrzec się tego majątku! - dodała żywo hrabina, - będę żoną twoją, przysiągłeś mi na to, a co należy do żony, należy też i do męża. Czyż przez grę można się zbogacić?
Kto wygrywa dziś, przegrywa jutro. Gardź tymi pieniędzmi, błagam cię, i nie opuszczaj mnie więcej! Oh! nie opuszczaj mnie więcej! Kiedy ciebie nie ma przy mnie, ogarnia mnie śmiertelny smutek. Idąc za tobą, pozostawiłam wszystko! Zycie moje jest w tobie, Gregory!
Blanka powstała.
Objęła pięknemi swemi ramiony szyję wołocha, i rzekła:
- Gregory, przypomnij sobie! Raz mówiłeś do mnie, a upajające twe słowa na wieki wyryły się w mem sercu!... Oh! przypomnij sobie, mówiłeś do mnie: "Co znaczy upadek mocarstwa, najwyższa władza i tryumfująca pycha? Na tej ziemi jedna tylko rzecz jest prawdziwą, wielką, a czyniącą z człowieka Boga, a rzeczą tą jest: miłośc!" Wtedy tak myślałeś... czyż zapominasz tak łatwo? Gregory, ja ciebie kocham zawsze jednakowo i zawsze piękną jestem!...
Jasno-włosa syrena była czarującą, to też wołoch tego wieczoru przyrzekł jej wszystko, czego po nim wymagała.
Nie przeszkodziło mu to przecież powrócić do domu gry i wygrąć jak dnia poprzedniego, okrągłej sumki. Cóż robić? lubił on namiętnie te brzęczące cacka i te połyskujące papiery, którymi tak hrabina pogardzała i byłby chętnie powtórzył z małą tylko zmianą ów liryczny frazes, który Blanka tak dobrze pamiętała: "Na tej ziemi jedna rzecz tylko jest prawdziwą, wielką, a czyniącą z człowieka Boga, a rzeczą tą jest: pieniądz"
Szczęście sprzyjało ciągle Gregoremu. Wkrótce francuzkie i niemieckie pisma opiewały co dnia o niesłychanem powodzeniu czcigodnego baroneta Johna Snalsby, de Snalsby-House, nowego Gareia, którego obecność napawała krupierów szalonym strachem.
Podczas zaś gdy szczęśliwy wołoch napełniał kieszenie złotem, pani de Nancey w samotności swojej płakała z gniewu i żalu.
Uczuła się wzgardzoną, ona kobieta wyjątkowa, gotowa zarówno do poświęceń bez granic; jak do nieubłaganej zemsty. Miała rywalkę! Namiętność do gry, stokroć więcej niż uroda jej, przemawiała do serca Gregorego! Wołał on głos krupierów wołających:
Panowie, zbierać karty! Już nic niema; Czerwona idzie, nieparzysta wygrywa i t. d. niż szept jej o miłości!
Cierpiała okrutnie. Niebawem miał się dla niej rozpocząć szereg większych jeszcze cierpień. Przyszedł czas na pokutę, a chłosta miała być równie srogą, jak złymi były uczynki... Bóg jest sprawiedliwy!...
III. Biedna Alicya.
Pan Lafene odczytał podany sobie papier przez żonę, zbladł i zawołał rozdzierającym tonem:
- Odjechała!... odjechała z nim!... O! nieszczęsna...
- Rozumiesz cośkolwiek? zapytała pani Lafene. Bo ja nic a nic nierozumiem.
- I ja również, - odparł negocyant ściskając obiema rękami czoło, - to oszaleć można!
- Cóż się stało mój stary przyjacielu, - ośmielił zapytać Lebel Givard. Gdyby nie obawa niedyskrecyi, chętnie podzielałbym twoje zmartwienie.
- Straszny cios w nas ugodził - odrzekł pan Laféne - a niebawem, przestanie on być niestety, dla kogokolwiek tajemnicą. Córka brata mojego, dziecię naszego serca, na które zlaliśmy najsłodsze uczucia, w którem tyle pokładaliśmy nadziei, opuściła dom nasz tej nocy...
- Jakto? sama!
- Oh! nie sama! z człowiekiem którego kochała, i to właśnie jest tak dziwne i pojąć się nie dające! Człowiek ten miał ją nazajutrz poślubić!... Tak nazajutrz!... właśnie ciebie chciałem poprosić na jednego ze świadków...
- Ależ to niesłychane rzeczy, nieprawdopodobne.
- Niesłychane! nieprawdopodobne, potworne! Co mogło popchnąć do podobnego czynu człowieka, w którym tak ślepo pokładałem zaufanie? Co za szatan skusił go do tego? Muszę się dowiedzieć! Będę go ścigał!... Odbiorę mu porwane dziecię! Wyzwę! Zabiję! On młody, a ja starzec prawie! lecz mam sprawiedliwość po sobie. W krwi hrabiego de Nancey obmyję honor shańbionego mego domu!
Lebel Givard zadrżał.
- Hrabiego de Nancey? - powtórzył z wyrazem osłupienia.
- Pan znasz tego nikczemnika - zapytał gwałtownie pan Laféne.
Paweł de Nancey? Francuz? Paryżanin? - pytał dalej ex-tapicer. - Czy to ten sam?
- Tak jest.
- Ah! nędznik! I powiadasz pan że miał zaślubić waszą siostrzenicę?
- Tak jest, jutro.
- Wiedz pan zatem, że właśnie by tego uniknąć wyjechał w nocy. Obawiał się kary.
- Prawo ściga bigamią; a on jest żonaty, żona zaś jego żyje.
Pan Laféne wstrząsnął głową!
- Mylisz się pan, szepnął, widziałem akt zejścia...
- Jego pierwszej żony... tak... wierzę w to... Oh! tamta umarła, prawdziwie umarła, zabił ją! Ale druga żyje...
- Jesteś pan tego pewny?
- Mam na to dowody. Wyjechała przed miesiącem z Paryża w towarzystwie pewnego księcia wołoskiego, prawdziwego czy fałszywego, za którym goni dziś policya... Otóż ścigając wiarołomną żonę, hrabia zapędził się tu do Niemczech.
- Ah! rozumiem... rozumiem wszystko... - wyjąkał pan Laféne. - Ten pojedynek był o żonę z jej kochankiem!.... Cóżeśmy uczynili przygarniając go... ratując w nieszczęściu! O! głupia litości! Cóż było łatwiejszego jak dać mu umrzeć! Alicya byłaby dotąd szczęśliwą, i zawsze ukochanem naszem dziecięciem!
Myśl o shańbionej Alicyi, o zgubionej bezpowrotnie Alicyi, kiedy wykradający ją nikczemnik nie miał sposobu przywrócić jej honoru, wzburzył a powtórnie gniew pana Laféne - krew zakipiała mu w żyłach.
- I powiadasz pan, że znasz tego nędznika? - rzekł znowu.
- Czy go znam!... Ja przyczyniłem się do pierwszego jego ożenienia!... Niestety! Biedna Małgorzata! Prawdziwy to był skarb! piękna, łagodna i czysta!... Dodaj pan do tego miljony ojca Bouchard! To wielki los na loteryi!... Patrząc na koniec tego wszystkiego, wyrzucałem sobie niejednokrotnie żem się w to wmięszał. Ale co pan chcesz, hrabia winien mi był pieniądze... dużo pieniędzy... a przysłowie powiada: pierwsza miłość od siebie!
- Jaki jest adres hrabiego? - przerwał pan Laféne.
- Ma pałac na ulicy Bulońskiej... prócz tego posiadłość w Normandyi, pałac Lipowy. - Czy pan myślisz szukać go?
- Jutro będę w Paryżu - odparł niegocyant z zimnem i głębokiem postanowieniem. - Kimże bym był, gdybym biedną Alicyę pozostawił w rękach tego bandyty? Dziewczyna nie jest winną i Bogiem się świadczę, że najmniejszej nie zrobię jej wymówki... Oh! nie, najmniejszej!
Tego samego jeszcze wieczora, pan Laféne nadzwyczajnym pociągiem udał się do Paryża w towarzystwie Lebel Givarda, u którego ciekawość brała górę nad egoizmem, a który chwilowo, wyrzekł się podróży do Niemiec li tylko dla tego, by być świadkiem rozwiązania strasznej awantury.
Cóż się stało pomiędzy Alicyą a Pawłem wówczas, gdy tenże zamykając za sobą drzwi korytarza, przestąpił próg dziewiczego pokoju?
Pan de Nancey nie taił przed sobą, że miał popełnić czyn niecny, lecz tłomaczył go sobie przyczynami, które, przy zupełnym braku moralnego sensu jaki zazwyczaj spotykamy u tego człowieka, zdawały mu się łagodzić niezmiernie ohydę zamierzonej zbrodni.
- Kocham Alicyę nadewszystko w świecie! - mówił sobie, i to było prawdą. - Chcę poświęcić jej życie! Narażałem się bez wahania na sądy trybunału i galery, li tylko dla tego by wszelkie zachować pozory względem tego dziecka, by uwierzyła w to iż prawnie należeć będzie do mnie. Przypadek zdziałał że stało się inaczej... Przybycie Lebel Givarda zniweczyło moje plany! Czyż to moja wina? Alicya kocha mnie równie silnie jak ja ją... Szczęśliwą może być tylko szczęściem jakie ja jej przyniosę... Trzeba zatem, aby, kiedy żoną być nie może, została przynajmniej moją towarzyszką... Trzeba aby wyjechała ze mną, chcąc jednak nakłonić ją do tego, mam tylko jeden sposób... Kiedy nie będzie mogła w żaden sposób pozostać w tym domu, pójdzie za mną... Czuję ile łez popłynie ze słodkich tych oczu, lecz wiem, że niebawem uda mi się osuszyć je potęgą mojej miłości...
Wszedł.
Świece w dwóch kandelabrach umieszczone na kominku, oświecały pokój.
Młoda dziewczyna, siedząc z otwartą książką na kolanach, której nie czytała, oczekiwała w niespokojnem zamyśleniu.
Widząc wchodzącego hrabiego, podniosła się, i zrobiła kilka kroków naprzeciw niemu.
Twarz jej wyrażała smutek, ale nie zakłopotanie. Wielkie jej oczy pełne słodkiego wyrazu, nie nosiły żadnej cechy niepokoju. W nadmiernej niewinności swojej nie domyślała się nawet grożącego jej niebezpieczeństwa.
- Widzisz drogi mój przyjacielu - rzekła - że czekałam na ciebie... Wiem, że złe jest to, czego żądałeś odemnie, że podczas nocy przyjmować cię u siebie nie powinnam, lecz jutro już będziesz moim panem... od Boga samego zyskasz prawo rozporządzania moją osobą... - To tylko może mnie tłomaczyć, że posłuszną ci jestem cokolwiek zawcześnie.
- Święta i boska niewinności! - rzekł do siebie pan de Nancey wzruszony. - Nadużywać niewinności tego anioła jest bezecnym czynem! - Ah! gdybym miał prawo zawahać się! gdybym był wolny! - Uszanowałbym słodką moją Alicyę tyle, ile ją kocham!... Opuściłbym ten pokój zgięty, schylony, jak się to czyni zazwyczaj na progu sanktuarjum, tam gdzie Bóg przebywa! O żelazne nierozplątane okowy łączące mnie z Blanką, dla których stanę się podłym, bądźcie przeklęte!
Paweł mówił sobie to wszystko i tak myślał. Lecz jakież ludzkie stworzenie miałoby odwagę i zdrowy rozsądek wziąść na siebie odpowiedzialność podobnego postępku.
- Żądałeś tej rozmowy - mówiła dalej młoda dziewczyna, zdziwiona uporczywem milczeniem narzeczonego, i wzrokiem utkwionym w siebie; - żądałeś jej chcąc mówić ze mną o grożącem ci niebezpieczeństwie, które ja potrafię usunąć... Słucham cię, mój przyjacielu, i bądź pewnym, że co tylko będzie w mej mocy, uczynię dla ciebie.
Hrabia pożerał oczyma łagodną twarzyczkę, piękne włosy, i wdzięczną postać dziewczęcia.. Chciał pobudzić w sobie wielkie namiętności cielesne, które opanowując mężczyznę, czynią go pijanym i szalonym Usiłowania jego były jednak daremne w obec czystej Alicyi! W przytomności tego dziecka, czystego duszą i ciałem, a które kochał, Paweł czuł się bezwładnym.
A jednak potrzeba mu było koniecznie wzbudzić w sobie ten szał, tę zmysłowość prowadzącą do brutalnego występku... chcąc uciekać jak złodziej, porwawszy za sobą zdobycz, należało owładnąć całkiem Alicyą, - lub też powrócić do swego pokoju, wziąść nabity pistolet, przyłożyć go do skroni, nacisnąć kurek i umrzeć...
Paweł postanowił żyć, i ujął powtórnie cugle słabnącej już woli do złego.
- Wszystkiego się dowiesz, moja Alicyo, - szepnął - lecz pozwól mi powiedzieć sobie najprzód jak piękną jesteś, i jak szalenie cię kocham...
- Nie wiem czy jestem piękną... - odparła młoda dziewczyna, lecz wiem dobrze że mnie kochasz... Czyż bez miłości żeniłbyś się ze mną?
- Całego ogromu miłości mej, ty nie znasz... nie domyślasz się nawet... Ty nie masz pojęcia jaki ogień roznieca się w mych żyłach, kiedy oddycham wonią twoich włosów... kiedy drogich rączek twoich się dotykam...
- Pawle, nie patrz tak na mnie.
- Dlaczego?
- Zdaje mi się, jakoby oczy twoje mnie paliły...
- Przeciwnie pozwól by wzrok mój utonął w twojem spojrzeniu... - W źrenicach moich promienieje właśnie cała potęga miłości jaką odczuwam dla ciebie... Alicyo, ożyw się, kochaj mnie jak ja ciebie! - rzekł pan de Nancey, którego szał ogarniać zaczął nareszcie.
Porwawszy obie ręce Alicyi, gwałtownie pociągnął ją ku sobie.
- Pawle... oh! Pawle - wyjąkała dziewica - błagam cię, puść moje ręce... nigdy ich tak nie ścisnąłeś...
- Bo nigdy sam na sam z tobą nie byłem, w nocy, przy zamkniętych drzwiach, gdzie nikt podsłuchać nas nie może... gdzie wszelka niespodzianka wprost jest nie możliwą... - Czegóż się lękasz Alicyo? - czy czułość moja nabawia cię strachu? - Czyż jutro mężem twoim nie zostanę, i panem? Panem! oh! nie, niewolnikiem raczej!... niewolnikiem miłości, przykuty na wieki do drobnych nóżek mojej najdroższej?...
- Lecz dziś, jeszcze nie jutro.
- Zaledwie kilka godzin rozdziela nas od niego... i cóż to znaczy? - Czyż to prawo uświęca małżeństwo? Nie! miłość!... my już połączeni jesteśmy z sobą, bo się kochamy...
- Pawle, nie ściskaj mnie tak, błagam cię... Puść, ah! puść mnie!
- Alicyo, czy ty nie słyszysz bicia mego serca? - czy nie rozumiesz jego mowy? - nakłoń swoje, by mu równą siłą odpowiedziało...
Paweł dokonał pierwszej części czarnego swego dzieła. Druga sama z siebie stawała się, jeżeli nie łatwą, to przynajmniej możliwą do uskutecznienia.
Należało nakłonić młodą dziewczynę do opuszczenia domu przededniem. - Pan de Nancey, dla dopięcia celu, był bez litości. - Dał do zrozumienia swojej ofierze, że do niego już wyłącznie należała, że odtąd do nikogo więcej należeć nie może. Jakkolwiek wystrzegał się dać jej poznać właściwą przyczynę dla której małżeństwo ich stawało się niepodobieństwem, to wszakże uwiadomił ją, że takowe na czas jakiś dla nieprzewidzianych powodów odłożonem być musi! Nie zataił również przed nią, że w oczach świata została zgubioną, i że aż do dnia w którym będzie mógł cześć jej przywrócić, niepodobna aby pokazywała się na oczy swoim krewnym, w których domu zamieszkiwała... Nieszczęsne dziecię uwierzyło ślepo w to wszystko. - Była kobietą, a kobiecy instnykt mówił jej, że istotnie była zgubioną, jakkolwiek nie wiedziała na prawdę co się do jej zguby przyczyniło.
Ileż tam szlochań, ileż tam łez popłynęło! - Potem nastąpiło ciche poddanie się.
- Powiadasz że należę do ciebie... - szepnęło dziewczę - wziąłeś mnie... niech i tak będzie, strzeż że mnie teraz!... Uprowadź gdzie chcesz... wszędzie udam się za tobą...
- Ah! ileż mi złego wyrządzasz... a jednak ja cię tak kochałam...
W tej to właśnie chwili napisała, pomimo oporu pana de Nancey, list, który pani Laféne miała znaleść w kilka godzin później na gierydonie, w sprofanowanym tym pokoju.
II. Pożegnanie.
Mała Alicya rannym była ptaszkiem, jak wszystkie prawie młode dziewczęta, które większą część życia przepędzają na wsi.
Budziła się co dnia w porze, w której ptaki rozpoczynały wesołe swe pienia pod jej oknami.
Pomoc panny służącej przy skromnej tualecie jaką zwykła była nosić, przeszkodą była jej raczej niż pomocą, to też ubierała się sama, sama czesała swe piękne włosy, i zbierała je na szczycie głowy dla upięcia w oryginalny, a ładny sposób jaki opisaliśmy wyżej; - potem udawała się do ciotki którą zastawała jeszcze w łóżku, a uścisnąwszy ja zwykle serdecznie na dzień dobry, rozmawiała przez chwilę, poczem wychodziła na ogród, zrywała kwiatki, rozrzucała okruszyny chleba jakoteż rozmaite drobne ziarna, swym przyjaciołom szczygłom, czyżykom i raszkom, które trzepocąc skrzydełkami latały jak drób chowany za nią.
Tego jednak poranku pani Laféne z wielkiem spostrzegła zdziwieniem, że zwyczajna godzina odwiedzin jej siostrzenicy minęła, nie zaniepokoiło jej to jednakże.
Prawdopodobnem było, że Alicya w przeddzień ślubu za wiele myślała co odebrało jej sen z wieczora, a skutkiem czego zasnąwszy nad ranem, nie mogła się jeszcze rozbudzić.
Dobra kobieta zadzwoniła na pannę służącą.
- Widziałaś już pannę Alicyę:? - zapytała.
- Nie pani, jeszcze nie. Czy mam uprzedzić panienkę, że pani życzy sobie z nią mówić?
- Nie, nie trzeba jej budzić. Ubieraj mnie.
Pani Laféne oddała się w ręce garderobiany ze zwykłą sobie powagą, i powolnością jaka towarzyszyła jej zwykle.
Dopełniwszy tualety podług najświeższej mody frankfurtskiej, uniosła perską portjerę, przeszła mały pasażyk łączący pokoje jej z mieszkaniem siostrzenicy, i weszła do sypialni młodej dziewczyny.
Nie zastała tam nikogo a okna szczelnie były pozamykane, chociaż wesołe słońce jesienne kokieteryjnie zaglądało w szyby.
A przecież Alicya lubiła przedewszystko świeże powietrze i światło słoneczne.
- Zwykle wychodząc z łóżka, jeżeli tylko dopisywała pogoda, otwierała najsamprzód okna.
- Dziwna rzecz! pomyślała pani Laféne; dokąd ona pójść mogła?... dlaczego nie przyszła powiedzieć mi dzień dobry? Zaniedbała tego po raz pierwszy od lat dziesięciu? Ah! jak ta miłość przewraca głowy młodym dziewczętom! Zaledwie serce mocniej uderzy, już zapominają o nas, a przecież my tak te niewdzięcznice kochamy.
Po krótkim owym monologu, zacna kobieta odsunęła rygiel u okna, co wywołało szczebiot pomiędzy ptastwem wyczekującem na zwykłe swoje śniadanie, które im co dnia sypała szczodra rączka ich przyjaciółki a nachylając się za okno, trzykrotnie zawołała:
- Alicyo!... Alicyo!... Alicyo!...
Świeży i wdzięczny głos ukochanego dziecka nie odpowiedział wcale.
- Dziwna rzecz! - powtórzyła pani Laféne, która zaczynała się już obawiać na seryo. - Gdzie ona może być? świece paliły się przez całą noc... Gdyby nie to iż wiem, że żadne nieszczęście miejsca mieć nie mogło, obawiałabym się! - Oj! usłyszy burę za ten mój niepokój.
Dobra kobieta powróciła na środek pokoju, a w tem wpadł jej w oko list na gierydonie żałożonym książkami albumami. Zbliżywszy się, wzięła list do ręki.
Podpis skreślony drżącą ręka, nosił adres: "Dla kochanej cioci."
- List dla mnie... - szepnęła pani Laféne porwana śmiertelną trwogą, której towarzyszyło nerwowe drżenie - pismo mojej siostrzenicy! - Dlaczego pisze do mnie?... co pisze...?
Chcąc się dowiedzieć, trzeba było przeczytać: - Ciotka Alicyi rozdarła kopertę i rzuciła okiem na papier, który ją miał oświecić.
Zaledwie przebiegła na pierwsze wyrazy, zbladła jak mara, zachwiała się, a czując usuwający się grunt z pod nóg swoich padła na krzesło, trzymając ciągle fatalny list w ręku.
- Nie... nie... rzekła głośno, jak któś mówiący przez sen, - nie... to niepodobna... źle czytam... źle rozumiem... stracę zmysły... to niepodobna... to być nie może... Za chwilę zrozumiem lepiej, i sama śmiać się będę z mojego przestrachu.
- Ah! wyjąkała nareszcie, - więc prawda! - Boże! Boże! Boże!
Powstała z osłupiałą miną, a chwiejąc się co krok, doszła tak do głównego korytarza wiodącego na pierwsze piętro.
- Otworzyła drzwi, wsparła się na klamce by nie upaść, i rozpaczliwym głosem zawołała:
- Poprosić pana gdzie on jest?
Kamerdyner nadbiegł.
- Proszę pani - rzekł patrząc ze zdziwieniem na zmienioną do niepoznania twarz swej pani, - pan wyjechał rannym pociągiem do Frankfurtu, jak zwykle...
Chrapliwe łkanie wydobyło się z piersi pani Laféne.
- On opuścił mnie także!.... szepnęła. - Jestem więc samą, zupełnie samą! - O! ja nieszczęśliwa!...
Puściwszy klamkę, która jedyną dla niej była podporą, runęła ciężko na korytarz, jak gdyby rażona apopleksyą; list jednak pozostał w jej kowulsyjnie zaciśniętych palcach.
- Pani bardzo chora? - Pani umiera! - wołał wystraszony kamerdyner. - Na pomoc! na pomoc!
Pokojowe zbiegły się.
- Na miłość Boską! rzekła jedna z nich, pani umarła!... Oh! nasza dobra... kochana pani!
Pani Laféne, nieruchoma podobną była istotnie do trupa.
Ludzie jej, ubóstwiali ją. - Ogólny wybuch ubolewań brzmiał dokoła niej, a przerażenie wszystkich było tak gwałtowne, iż nikt nie myślał o niesieniu jej ratunku.
Ona podniosła się do połowy, i dziwnym głosem jakby z pod ziemi wychodzącym szepnęła:
- Nie umarłam... ja umrzeć nie chcę!... Powinnam żyć! Wody... octu... prędzej!...
Pospieszono z wypełnieniem rozkazów. Po upływie kilku minut biedna kobieta odzyskała całą przytomność. Poczem kazała zaprządz konie i odwieść się natychmiast do Homburga. Postanowiła jechać do Frankfurtu pierwszym pociągiem jaki się tam udawał.
W dziesięć minut później powóz toczył się doliną, w której Alicya przed kilku tygodniami wykryła martwe ciało Pawła de Nancey przeszyte szpadą Gregorego.
Pani Laféne odczytywała jeszcze przez drogę fatalny list, którego każde słowo raniło jej serce.
Oto treść tego listu wypisanego charakterem niepewnym, nieczytelnym prawie, który dostatecznie zdradzał nieład myśli, i obłęd nieszczęśliwego dziewczęcia:
"Kochana ciociu i najdroższy wuju?"
"Przebaczcie, przebaczcie mi... - Nie złożeczcie waszej biednej Alicyi którą kochaliście tak szczerze, a która miłuje was całą duszą... Oh! tak całą duszą, i nie wątpijcie o niej pomimo to co się stało... błagam was o to.
"Zegnam was... odjeżdżam, i to na zawsze...
"Nie mogę pozostać dłużej pod waszym dachem... Jestem zgnębioną... - Zgubioną!... Nie rozumiecie tego... I ja również... ale wiem, że zgubioną jestem... Pod spojrzeniami waszemi umarłabym ze wstydu... Zresztą on chce abym z nim jechała,., a jest panem... jest moim panem...
"Uprowadza mnie. - Dokąd?
"Nie wiem... - Nie starajcie się dochodzić tego. - Zabronił mi pisać do was... ale błagałam usilnie, i piszę... Czy papier ten skropiony memi łzami?...
"Odchodzę ztąd nieszczęśliwa i zrozpaczona... Serce mi pęka... Za co tak cierpię, nie wiem; lecz niezawodnie winną jestem... Kto upada jest winnym, a ja upadlam!... Bóg ukarze mnie za nieznany błąd jaki popełniłam... Już mnie karze, bo cierpię okropnie... Nie przeklinajcie mnie... Boskiej i waszej klątwy zarazem znieść bym już nie mogła...
"Powraca... muszę kończyć... Opuszczam ten dom... Pozostawiam w nim swoje szczęście... moje, serce moją duszę... - Cóż mi już dziś potem?
"Powiada, że mnie przywiezie tu na powrót, lecz nie mam żadnej nadziei.... a zresztą, czyżbyście zechcieli przyjąć mnie jeszcze!... Oh! jak ja was kochałam!... jak kocham jeszcze!...
"Żegnam!... żegnam!... żegnam was!..."
Alicya, wasza Alicya."
W miarę odczytywania rozpaczliwego tego listu pani Laféne co raz mniej rozumiała, umysł jej plątał się coraz bardziej.
Nieustannie powtarza sobie na kształt monotonnego ruchu wahadła w zegarze:
- Co to ma znaczyć?... Dawano mu ją przecież, po cóż ją wykrada!... Nazajutrz miał ją poślubić, a dziś hańbi ją tak nielitościwie!
Któż jest ten człowiek?...
Powóz zatrzymał się przed dworcem kolei żelaznej.
Pociąg co tylko miał odejść.
Pani Laféne nie pomyślała nawet o przystąpieniu do kassy, i kupienia biletu, lecz znajomi urzędnicy widząc błędny jej wzrok, i chód niepewny a raptowny jakim odznaczają się zazwyczaj waryaci, zrozumieli że musiało zajść coś nadzwyczajnego, i nic nie mówiąc wpuścili ją do wagonu pierwszej klassy.
Pociąg ruszył. Podróż jakkolwiek krótka, wydała się wieczystą, biednej kobiecie.
Wysiadłszy z wagonu w Frankfurcie, wsiadła do dorożki, i kazała zawieść się do domu handlowego swego męża.
Czcigodny kupiec znajdował się właśnie w towarzystwie jakiegoś pana o poważnej powierzchowności, niezmiernie zadowolonego z swojej osoby, u którego widniała zaczepiona o guzik od podróżnego paltota, czerwona wstążka niezwykłych rozmiarów.
Czytelnicy domyślają się zapewne, że był to Lebel Givard.
Pan Lafene widząc wpadającą do siebie jak piorun, żonę, wydał okrzyk zdziwienia. Jedno spojrzenie jednak wystarczyło aby zdziwienie ustąpiło miejsca przerażeniu.
- Jakież nieszczęście, - nieprawdaż? wyjąkał.
- Tak... nieprzewidziane, najstraszniejsze ze wszystkich!, To mówiąc podała mu list Alicyi.
V. Ukojona.
Paweł de Nanoey i Alicya przepędzili całą zimę w wieśniaczem swem mieszkaniu, uczepionem, niby gniazdo mew, na szczycie nagiego wybrzeża.
Młodzi ludzie jedyną mieli rozrywkę w przyglądaniu się widokowi wiecznie rozmaitemu, wiecznie nowemu, to jest jak stary Ocean rozbijał swe bałwany z chałasem katarakty o granitową ścianę skał napiętrzonych. Niezmordowanie obserwowali w czasie burzy, olbrzymią walkę morza z głazem, na którym od wieków wściekłość swoją wywiera, nie zdoławszy przekroczyć dumnej zapory. W ten sposób dnie schodziły im szybko.
Alicya była skończenie piękną, ze smętnem swem spojrzeniem, w malowniczym kostjumie bretońskiej wieśniaczki, który przywdziała na żądanie Pawła. Hrabia także ubierał się prawie na równi z ubogimi rybakami wybrzeża. Strój jego składał się z bluzy zrobionej z grubego sukna, z kapturem spadającym na plecy, spodni z ordynarnego materyału, i wysokich butów na grubej podeszwie.
Ten rodzaj przebrania nie oszpecił ani spospolitował go. Przeciwnie, dodał nawet wdzięku jego szlachetnej twarzy i eleganckim ruchom.
Pod względem moralnym zmienił się nie do poznania.
Nie pozostało w nim nic z owego znudzonego trochę lowelasa, goniącego bez ustanku za gwałtownemi wzruszenami, za szkodliwemi przyjemnostkami. Sceptyk zniknął, rozpustnik zatarł się w nim zupełnie. Czuł się młodszym o lat dziesięć, wierzył w cnotę, podziwiał piękno, Wszystkie dobre popędy i szlachetne uczucia, których dawniej nie domyślał się nawet, rozbudziły się w duszy jego.
Cud taki sprawiła miłość. Tak jest, Paweł kochał Alicyę, kochał ją całą potęgą duszy, całem sercem. Kochał ją miłością uczciwą, (tak jest, choćby nas pomówiono o paradoks, przy swojem się utrzymamy). Czułość jego dla łagodnej dziewicy, w niczem podobną nie była do owej chorobliwej namiętności, do owego szału zmysłowego, jaki go trawił przy Blance Lizely... Przywiązanie to całkiem innej było natury, było to gorące, a przecież czyste uwielbienie. Blanka Lizely nosząca jego nazwisko była raczej kochanką, a nie żoną. Alicya zaś przeciwnie wydawała mu się raczej żoną, a nie kochanką. Paweł szanował młodą dziewczynę ubóstwiając ją.
Czy pomiędzy czytelniczkami znajdzie się choć jedna, któraby tej różnicy nie zrozumiała?
Czysty, pełen wdzięku anioł w osobie Małgorzaty zasługiwał na podobną miłość. Gdyby ją Paweł był kochał w ten sposób, szczęście jakie trzymał w ręku nie byłoby mu się wymknęło. W miejsce gorączkowych walk i boleści, szalonego i zbrodniczego żywota; byłby zaznał same rozkosze uczciwej egzystencyi, prawego przywiązania, po za któremi nie ma nic; prócz upodlenia moralnego, upadku, wstydu i nieszczęścia.
Powoli jednak, w miarę ubiegającego czasu, wielki niepokój zamącił tę ciszę, jaka zajaśniała na burzliwym horyzoncie hrabiego.
Alicya zaczęła mizernieć i z sił opadać. Nie narzekała wprawdzie na nic, lecz najobojętniejsze oczy nawet dostrzedz były w stanie tej zmiany, bo z każdym niemal dniem wyglądała gorzej.
Pan de Nancey poradził się doktora z Roscoff, któremu nie brakowało ani wiedzy, ani rozumu, ani doświadczenia. Ten zaopiniował, że wyraźnej oznaki choroby w organizmie nie ma, lecz że morskie powietrze za ostrem było widocznie dla delikatnej kompleksyi młodej dziewczyny.
Paweł zrobił natychmiast postanowienie.
Pewnym był prawie, że pan Laféne zaprzestał już oddawna swych poszukiwań. Postanowił zatem przywieźć Alicyę do Paryża, i ukryć tam swe szczęście tak jak dawniej byłby się nim chełpił przed całym światem.
Postanowił strzedz swojej kochanki tak, jak skąpiec strzeże skarbu.
Przed wykonaniem jednak tego zamiaru, potrzebował załatwić się z interesami.
Pragnął, aby nic w obecnem życiu, nie przypominało mu przeszłości.
Napisał więc do pewnego agenta, by mu się postarał o nabywcę pałacu przy ulicy Bulońskiej, by się zajął wyprzedażą mebli, obrazów, i przedmiotów sztuki przyozdabiających pałac, oraz by do Tattersallu wysłał konie i powozy.
Po uskutecznieniu tego wszystkiego, opuścił Bretaniję z Alicyą, ulokował tymczasowo dziewczynę w małym odosobnionym domku w Bois-Colombes, sam zaś dojeżdżał co dnia do Paryża, w celu wyszukania odpowiedniego mieszkania.
Znalazł niebawem to czego szukał w tej części lasku Bulońskiego, która się rozciąga na pochyłości pagórka ztykającego się z wyścigowem polem.
Była to całkiem nowa willa, niezmiernie elegancka, zbudowana dla pewnego spekulanta szybko wzbogaconego na giełdzie, a prędzej jeszcze zrujnowanego, który dom ten sprzedawał nie zamieszkawszy w nim jeszcze.
Dość obszerny ogród mogący śmiało nosić nazwę parku, otaczał to arcydzieło budowy. Zasłona z wielkich drzew, u stóp których wznosiły się gęste krzewy, formowały dlań zieloną opaskę, i zasłaniały całkowicie przed wszelkiem niedyskretnem spojrzeniem.
Z zewnątrz widną była tylko żelazna krata pomiędzy dwoma pilastrami. Niepodobna było domyśleć się nawet, w którem miejscu stoi budynek.
Mały pawilonik z czerwonej cegły ujęty w ramę z białego kamienia, a znajdujący się obok kraty, służył za mieszkanie dla odźwiernego. Stajnie i remiza ukrytemi były również jak sam pałacyk.
- Oto gniazdeczko jakiego nam potrzeba! - pomyślał Paweł. - Alicyi dobrze tutaj będzie...
Nie tracąc chwili czasu, udał się do notaryusza zajmującego się sprzedażą, do którego odźwierny dał mu dokładny adres, i bez żadnego namysłu nabył willę.
Nazajutrz zaraz tapicer, lecz tym razem nie następca Lebel-Givarda! - wziął się do dzieła, i dał dowotdy cudów pospiechu i czynu, praktykującego się jedynie w Paryżu, pod tym tylko warunkiem, by obficie sypać złotem.
Przed, upływem miesiąca ukończono wewnętrzne urządzenie, i umeblowanie domu w lasku Bulońskim; - szafy były pełne bielizny, kredensy uginały się pod srebrem, cztery konie gryzły siano w stajennych korytach, a trzy nowiuteńkie karety gotowe do wytoczenia stały pod remizą.
Nakoniec kamerdyner, woźnica, groom, kucharz, panna służąca i dziewczyna do posług, czekali na państwo, których nie znali jeszcze. Agent najął tych ludzi obejrzawszy wprzódy doskonale ich świadectwa, ci zaś stawili się, każde ze swej strony w oznaczonym dniu i godzinie.
Pan de Nancey rzucił kilka pytań wyższej służbie, a zadowolony z ich odpowiedzi oznajmił, że nazajutrz przybędzie z żoną.
Służba nie znająca przeszłości swego pana, uwierzyła w to najzupełniej, Nie przeszło im nawet przez głowy, aby się mieli znajdować pod rozkazami nieprawego małżeństwa. Alicyę tytułowali z całym szacunkiem: panią hrabiną, biedne zaś dziecię usłyszawszy po raz pierwszy tytuł, do którego, niestety! nie miała najmniejszego prawa, doznała niezmiernej przykrości, zarumieniwszy się przytem po uszy.
- Mój przyjacielu - zapytała Pawła - dla czego służba twoja nazywa mnie w ten sposób?
- Dlatego, droga Alicyo, że dla nich ty jesteś hrabiną de Nancey - odpowiedział hrabia - zostaniesz nią niezawodnie, i dałby Bóg, by chwila ta nastąpić mogła jaknajprędzej!... Ludzie moi wyprzedzają tę okoliczność, ot rzecz cała...
- Ten tytuł jednak wprawia mnie w wielki kłopot, czy nie dałoby się to odmienić?
- W żaden sposób, droga Alicyo. Otoczenie nasze powinno dzielić szacunek jaki ja mam dla ciebie, mianując cię mojem nazwiskiem. Przyzwyczaisz się prędko, wierzaj mi, drogie dziecię, do niewinnego kłamstwa, w którem nie bierzesz żadnego udziału...
Młoda dziewczyna spuściła oczy i nie odpowiedziała wcale.
Nie wiedząc, że Paweł Pył żonaty, nie śmiała zapytać go:
- Dlaczegóż ja nie jestem twoją żoną?
* * *
Osiedlenie się Pawia i Alicyi w Paryżu, miało miejsce w pierwszych dniach wiosennych roku 1870 - nieszczęsnego, strasznego roku!
Po ustaleniu się w nowej siedzibie, pan de Nancey przywiódł do skutku zamiar, zajmujący umysł jego od dawna. Oto odosobnił się kompletnie od świata, oddając się cały swej miłości i szczęściu, a willa w lasku Bulońskim stała się ustroniem, mniej dzikiem, lecz równie kompletnem, jak owa nad brzegiem Oceanu.
Hrabia nie wznowił żadnego z dawnych swoich stosunków, nie pokazał się w żadnym z klubów, których był członkiem.
Zerwał całkowicie z dawnemi swemi nawyknieniami. Nie spotkano go nigdy pieszo na bulwarach, skutkiem czego uniknął uściśnień ręki, i niedyskretnych pytań ciekawych ludzi.
Zapuszczenie brody i opalona cera wskutek działania wiatrów bretońskiego pomorza, zmieniły go tak na pozór, że dawni przyjaciele widząc przejeżdżającego konno lub karetą, nie byli pewni tożsamości jego osoby. Gdy zaś odbierał ukłon od kogoś, zwykł był go oddawać z zimną grzecznością i zdziwioną miną człowieka, którego biorą za kogo innego.
Niebawem zaczęto powtarzać sobie, że w Paryżu zjawił się gentleman niezmiernie podobny do hrabiego de Nancey.
Jedni zaprzeczali podobnemu mniemaniu.
Inni zaś utrzymywali, że szlachcic ów był rzeczywiście panem de Nancey, lecz dla nieznanych przyczyn nie dał się poznać i żył tajemniczo w ukrytem mieszkaniu.
Wreszcie, po upływie jakiegoś czasu przestano zajmować się nim zupełnie.
Czytelnicy nasi przypominają sobie zapewne ostrożności, jakie ksiądz Carlos Hevrera kazał zachować Lucianowi de Rubempré dla uchronią żydówki Estery od miłosnych nagabywań bankiera Nucingen.
Paweł de Nancey zachował podobne ostrożności w celu ustrzeżenia Alicyi przed ciekawością paryżan.
Jeżeli wyjeżdżał z nią na spacer odkrytym powozem nad brzeg jeziora, lub w cudowne okolice miasta, czynił to wieczorem, wówczas gdy blade światło księżyca zastępowało gorące promienie słoneczne.
Czasami prowadził ją do teatru, lecz umieszczali się wtedy w zasłoniętej loży. Młoda dziewczyna przychodziła z nim pod rękę, z twarzą zakrytą gęstą woalką koronkową, opuszczali zaś salę przed końcem widowiska, by nie znaleźć się w tłumie.
Zdrowie Alicyi ustalało się niezmiernie szybko, dziecięca wesołość jej charakteru powracała stopniowo z dniem każdym. Spojrzenie jej pozbywało się smutku, w uśmiechu nie było śladu melancholii. Miała lat siedemnaście... Kochała... i była kochaną...
Pan de Nancey ze swej strony czuł się nad wyraz szczęśliwym.
Czy jednak względne to szczęście, ten głęboki spokój nie przypominają ciszy poprzedzającej najgwałtowniejsze wstrząśnienia w naturze, owe przelotne nawałnice równikowe, które gdy przejdą po nad horyzontem, pozostawiają zaledwie kamień na kamieniu?
IV. Daremne poszukiwania.
Noc była jeszcze, kiedy pan de Nancey tryumfujący, a Alicya rozpaczona, opuszczali wiejski dworek, w którym od tej pory ciężki zasiał się smutek.
W chwili wyjścia małą furtką prowadzącą na pole, uciekające dziecię zatrzymało się. Uklękła na progu, który po raz ostatni miała przestąpić, wyciągnęła ramiona ku domostwu w którem spędziła szczęśliwe i bez zmazy dzieciństwo, którego już więcej oglądać nie miała, a przesyłając długi pocałunek tym, którzy kochali ją tak czule... szepnęła:
- Zegnam wasi... żegnam... żegnam... przebaczcie mi.
Poczem wstała z twarzą skropioną łzami, i w cichości udała się za swoim uwodzicielem.
Paweł wiedząc, że pan Laféne udawał się co dnia do Frankfurtu pierwszym pociągiem, nie mógł ani myśleć o tem by udać się do pociągu, ani pozostać w mieście, w którem wielu ludzi znało Alicyę.
Udał się przeto do wynajmu karet, zbudził stróżów i woźnice, wszystkie ręce napełnił talarami, pokonał zwycięzko ospałość niemiecką, dokazał tego że zaprzężono mu wreszcie karetę, a pocztylionowi przyrzekł okrągłą sumkę pod warunkiem, jeżeli dzielne rumaki przepędzą w jak najszybszym czasie przestrzeń dzielącą Homburg od Frankfurtu.
Pasport wysłany z Paryża panu de Nancey, dla zastąpienia tego który skradł po pojedynku Gregory, nie wskazywał bynajmniej, jakoby hrabia podróżował z kobietą. Skutkiem braku małej tej formalności, Paweł mógł mieć kłopot na granicy, a lękał się wszelkiego opóźnienia. Czuł że pan Laféne puści się za nim w pogoń, a spotkania nie życzył sobie bynajmniej.
W owej epoce nie istniały jeszcze formalności pasportowe pomiędzy niemcami a Belgją, jak również pomiędzy Belgją a Francją.
Zbiegi skierowali się w stronę Bruksellii, gdzie zatrzymali się przez dwa dni dla nabycia niezbędnych rzeczy, wiemy bowiem, że wyjechali nic nie zabrawszy.
Alicya nie miała nawet rękawiczek, a obówie jej składało się tylko z pokojowych pantofelków.
Po zaopatrzeniu się w sprawunki, hrabia i młoda dziewczyna udali się znów w drogę ku Francji przez Quiévraise i Blanc-Misseron.
Wiadomo nam, że wieczór tego samego dnia kiedy Alicya dom opuściła, pan Laféne udał się do Paryża w towarzystwie Lebel Givarda.
Zaledwie tam przybył, pobiegł natychmiast do pałacu na ulicę Bulońską, i zapytał o hrabiego de Nancey.
Służba odpowiedziała, że pan był już od kilku tygodni nieobecnym, że o blizkim swoim powrocie nie uwiadomił, i żadnej od niego wiadomości nie było.
Nie wierząc w szczerość takiej odpowiedzi, pan Laféne użył nie zawodzącego nigdy talizmanu, który ma szczególny dar rozwiązywania języków służby: - sypał złoto.
W zamian za napoleony, liberja zaproponowała mu aby zrewidował pałac od piwnic aż do stropu. W ten sposób miał się przekonać że nie oszukiwano go wcale.
Pan Laféne powrócił do mieszkania, jakie, zazwyczaj przybywszy do Paryża zajmował, a usłuchawszy rady Lebel Givarda, zorganizował na ulicy Bulońskiej pewien rodzaj warty.
Dwóch posłańców na jego żołdzie dostało zlecenie by niespuszczali oka z mieszkania pana de Nancey. - Ten zaś któryby oznajmił przybycie hrabiego, miał za trudy swoje otrzymać pięćset franków.
Łatwo się domyśleć, że ta policja nowego rodzaju zachęcona miłą perspektywą, zajęła stanowisko z całą gorliwością, lecz nadaremnie; pan de Nancey nie pokazywał się wcale.
I tak minął tydzień.
Rozjątrzenie umysłu pana Lafnée wzrastało z każdą upłynioną godziną.
- Mój stary przyjacielu - rzekł mu pewnego dnia Lebel Givard - zdaje mi się żeśmy fałszywą obrali drogę, Zbrodniarz ten musi się ukrywać z pańską siostrzenicą w Normandyi, w swoim pałacu Lipowym.
- A może pan masz słuszność - odparł wuj Alicyi, jadę do Normandyi.
- Jadę z panem... - Kiedy już tyle zrobiłem, żem się wyrzekł podróży do Niemiec, dla towarzyszenia ci, będę towarzyszył aż do końca...
Smutna nadzieja jaką miał jeszcze pan Laféne, rozwiała się z przybyciem jego do Lipowego pałacu.
Nie widziano hrabiego. - Tyle tylko miano o nim wiadomości, że w merostwie i w kościele wyszły jego zapowiedzi; Przypuszczano we wsi, że się ożenił powtórnie.
Widocznie włościanie z Lipowego dobrze wiedzieli o nieobecności pana de Nancey. Zresztą aleje w parku pozostające w największem zaniedbaniu, i wszystkie żaluzye w pałacu hermetycznie pozamykane, wskazywały, że mieszkanie pustką stoi.
Pan Laféne i Lebel Givard powrócili do Paryża.
Hrabia nie zjawił się tam, ale za to ofrankowany list z Niemczech, oczekiwał na wuja Alicyi. Pani Laféne nie mogąc się oprzeć podkopującemu zdrowie zmartwieniu, zachorowała. Niebezpieczeństwo groziło lada chwila, to też wzywano jak naj spiesznej do powrotu jej męża.
W dwie godziny po odczytaniu tego listu, zacny człowiek, tak źle przez los wynagrodzony za całe życie poświęceń i pracy, utraciwszy nadzieję odszukania swej siostrzenicy i ukarania jej uwodziciela, powracał stroskany do Frankfurtu, z podwójną goryczą w duszy, z podwójną w sercu raną.
Gdzież podział się hrabia z młodą dziewczyną, podczas gdy szukano ich nadaremnie w Paryżu i w Normandyi.
Paweł, jakieśmy to wyżej powiedzieli, miał silne przekonanie, że pan Laféne będzie go ścigał, że go wyzwie, i uczyni wszystko co się da, dla wyrwania z rąk jego siostrzenicy. Wiemy również że młody człowiek, pomimo najstraszniejszych swych zboczeń, strzegł usilnie odwagę swej rasy, i nie cofał się nigdy przed spotkaniem.
Tym razem jednak uciekał; - ocean byłby nawet przepłynął w razie potrzeby, aby tylko uniknąć zejścia się oko w oko z wujem Alicyi. - Rozumiał bowiem dobrze, że stanąć do pojedynku ze starcem którego dom zbezcześcił, byłoby czynem haniebnym tak dla niego, jak wobec świata. Pobity byłby śmiesznym - podłym zaś w przeciwnym razie.
Cóż jednak wypadałoby zrobić, gdyby go pan Laféne obraził? gdyby go spoliczkował? Człowiekowi żądadającemu satysfakcyi za odebranie czci dziecka, niepodobna odpowiedzieć:
- Bić się nie będę! Jeden więc tylko był punkt wyjścia, jeden jedyny, to jest ukryć się dobrze.
To czytelnikom naszym tłomaczy dokładnie, dlaczego Paweł nie pokazał się ani w Lipowym pałacu, ani przy ulicy Bulońskiej.
Ukrył on się z smutną swoją towarzyszką bardzo daleko, na drugim końcu Francyi, na wybrzeżu bretońskiem w blizkości Roxoff, w małej wiosce, - pewny że tam go szukać nikomu na myśl nie przyjdzie, że policya nawet, w razie gdyby chciała w sprawy jego się wmięszać, tam go nie wytropi.
Paweł wynajął rybacką chatę. - Tapicer przybyły z Roxoff, musiał zadać sobie wiele pracy, by z niej urządzić przyzwoite mieszkanie, zasoby bowiem miasteczka, bardzo ubogie były w niezbędne ku temu ingredyencye.
Ściany zaledwie lepione, i sufit o belkach drewnianych, pokrytemi zostały prostą bawełnianą materyą w paski niebieskie i białe, co wszakże ładne robiło wrażenie.
Rodzaj starego dywanu, jaki artyści i koczujący kupcy nazywają kobiercem, pokrył ordynarną podłogę, za zimną na drobne nóżki Alicyi.
Wielkie japońskie postisze cokolwiek wyszczerbione, weneckie lustro szlifowane w hebanowych ramach, cokolwiek starożytnych mebli, którym nie brak było charakteru; zmieniły do niepoznania dwie stancye, z których składał się domek, a jeżeli dać wiarę bretońskiej służącej która zajmowała się gospodarstwem, przekształciły chatę w pałacyk.
Musielibyśmy pisać całe rozdziały przepełnione najdrobniejszemi szczegółami, chcąc dać dokładne pojęcie czytelnikom naszym o egzystencyi młodych ludzi, pośród samotności w jakiej żyli. Kilka rodzin rybackich zamieszkujących wybrzeże, mówiło tylko narzeczem bretońskiem, a język francuzki rozumieli zaledwie.
Nie mamy jednak czasu zatrzymywać się nad tem. Powiemy tylko, że w początkach pobytu tamże, Alicya płakała prawie ciągle. Patrząc na nią, podziwiaćby należało niezmierną obfitość łez, jaka się zawiera w oczach kobiety.
Powoli jednak uspakajać się zaczęło zbolałe jej serce. Wiedziała że jest kochaną, bo istotnie hrabia, jakkolwiek potwornego dopuścił się względem niej czynu, otaczał ją bezgraniczną miłością. Posiadł ją w sposób nikczemny i nieprawy, i bez wahania byłby oddał za nią życie! Z radością byłby krew z żył swoich wytoczył, gdyby takowa była wstanie okupić łzy Alicyi.
Biedna dziewczyna zrozumiała, że smutek jej był nieustannym dla pana de Nancey wyrzutem, to też postanowiła kres temu położyć, i więcej w jego obecności nie płakać. Nadszedł dzień, w którym młodość i uczucie wzięły gorę. Łzy stały się coraz rzadsze, w końcu oschły zupełnie.
Czyż to znaczyło że Alicya czuła się szczęśliwą?
Nie. - Zycie jej zaprawione było podwójną boleścią, podwójnym wyrzutem.
Nieszczęsne dziecię poczytywało sobie za zbrodnię pomimowolną, swą niewdzięczność względem krewnych których kochała...
Młode dziewczę o czystem sercu i pobożnej duszy, której umysł nigdy żadną sprośną myślą nie był owiany, cierpiało okropnie czując się tak upokorzoną, wiedząc że jest towarzyszką człowieka, który nie miał do tego najmniejszego prawa. Położenie jej przerażało ją.
Czasem znów chwilowo namiętność brała górę nad wyrzutami. Alicya kochająca, Alicya kochana, zapominała o wszystkiem, by chociaż godzinę przeżyć w tej upajającej atmosferze, którą otaczał ją kochanek...
Lecz niestety gdy szał minął, biedne dziewczę nie poznawało siebie. Obrzydzenie samej siebie opanowywało ją w okropny sposób. Wtedy mawiała do siebie załamując ręce:
- Żyję w sromocie, i już nie buntuję się nawet przeciw takowej. Znajduję rozkosz tam, gdzie powinnam znachodzić niesmak. - Oh! teraz dopiero upadłam zupełnie! Jeżeli jednak hrabia nadszedł w czasie paroksyzmu, miała odwagę uśmiechnąć się doń, by go nie zasmucić...
VI. Jego ekscelencya.
Wiadomo nam, że Blanka i Gregory po pojedynku, którego byliśmy świadkiem a który pociągnął za sobą tak straszne dla Alicyi następstwa, opuścili natychmiast Homburg, mając to głębokie przekonanie, że hrabia śmiertelnie raniony, nie odzyskał więcej przytomności.
- Gregory - rzekła Blanka do swego lubego, podczas gdy siła pary unosiła ich w kierunku Berlina - dzięki tobie, jestem wdową! Ty wiesz czyja ciebie kochałam!... Dziś kocham cię stokroć więcej, bo jednem cięciem szpady przeciąłes wstrętne dla mnie więzy! W rozwodzie miałam szukać wolności, którą śmierć mnie obdarza! Miłość oddała mnie tobie... kiedyż należeć będę do ciebie całkowicie?... Kiedyż wdowa hrabina de Nancey, zostanie księżną Gregory?...
- Wkrótce... - odpowiedział wołoch - za kilka miesięcy...
Blanka zadrżała.
- Za kilka miesięcy? - powtórzyła. - Dlaczego czekać tak długo?... Czy kochasz mnie mniej niż ja ciebie?...
- Ubóstwiam cię!... Lecz w tej chwili są przeszkody...
- Jakie?
- Jako spiskowiec... zagrożony jestem...
- We Francyi, tak... Lecz my nie jesteśmy we Francyi, a na obcej ziemi nie ma dla ciebie niebezpieczeństwa.
- Mylisz się, droga Blanko... Monarchowie wszystkich krajów trzymają się za ręce... Wszędzie mogę być doścignionym, wszędzie mogą albo proces mi wytoczyć, albo bez sądu skazać wyrokiem... Niechaj lepiej zapomną o mnie... Tutaj nie jestem księciem Gregory, ale hrabią Ladanoff. Ślub nasz zniewoliłby mnie do wyjawienia prawdziwego nazwiska, co mogłoby się przyczynić do mojej zguby... Pragnę byś żoną moją została, a nie wdową po mnie...
- Więc niech i tak będzie! poczekam... Ale zawieź mię przynajmniej do twego kraju rodzinnego. Pilno mi ujrzeć cię pośród tych niezmiernych włości, gdzie jak mi to sam mówiłeś, znaczysz więcej niż król.
- I mnie pilno również widzieć młodą twą piękność promieniejącą w starożytnych mych zamczyskach! - odparł wołoch. - Pilno mi zobaczyć tych czynszowników, którzy są poddanymi mymi, jak zginać się będą przed tobą, składać ci hołdy i przysięgać na wierność tak jak przedemną; - lecz najzwyczajniejsza przezorność wstrzymuje mnie od natychmiastowego udania się do Wołoszczyzny...
- Dlaczego?
- Cesarska policya nie mogąc znaleźć mnie już w Paryżu, zechce zapewne wiedzieć co się ze mną stało. Przypuszczać będzie niezawodnie, że powróciłem do rodzinnej swej ziemi... Kto wie, czy chwili w której mówię z tobą o tem, francuzki agent policyjny już mnie tam nie poszukuje. Skoroby tylko był dowód, że znajduję się tam istotnie, dyplomacya rozpoczęłaby swoje dzieło... Pomiędzy rzeczywistym hospodarem a mną, egzystuje dawna nienawiść familijna, i późniejsza nieco rywalizacya... Barbarzyńca ten, którego kiedyś obalę, czułby się szczęśliwym, mogąc mnie oddać bez litości w ręce nieprzyjaciela! Dowód zbrodni politycznej bez trudu może wyjść na jaw... Od cesarza do hospodara jest tylko krok jeden! Pojmujesz zatem, droga Blanko, że za nim przestąpię granicę mojej ojczyzny, muszę się upewnić, czy nie trafię, jak powiada wasze przysłowie, z deszczu pod rynnę...
- Zapewne. - odpowiedziała hrabina. - Ale jakimże sposobem dowiesz się o tem.
- Mam serdecznych przyjaciół pomiędzy otoczeniem hospodara. Utrzymuję tam nawet rodzaj małej policyi, która jakkolwiek nie urzędowa, dość jest zgrabną. Oczekuję niebawem wiadomości, a pewnym jestem że będą dokładne.
- Staraj że się o nie jak najprędzej, uspokój siebie i mnie, gdyż nieustannie żyć będę pod wpływem strachu.
Wołoch i pani de Nancey przybyli do Berlina, i zatrzymali się w jednym najpierwszych hoteli.
Upłynął tydzień, Gregory pisał wiele, i co dnia olbrzymie listy wysyłał na pocztę do Francyi, Anglii, Włoch i Austryi. Wysyłał też i odbierał częste telegramy.
Nie ukrywając się bynajmniej, jeździł z Blanką na spacery, w miejsca uczęszczane przez sam kwiat high-lifu pruskiego i regularnie co dzień prowadził ją do teatru, gdzie cudowna jej piękność ogromne robiła wrażenie.
Pewnego wieczoru, w królewskim teatrze jedna loża była nie zajętą naprzeciw tej, w której znajdowali się Blanka i Gregory.
Grano drugi akt francuzkiej opery.
Naraz zrobił się wielki ruch w sali, w połączeniu z szmerem pięciuset głosów zamieniających z sobą po cichu parę wyrazów. Artyści nawet, widząc do jakiego stopnia uwaga publiczności odwróconą została od sceny, przerwali rozpoczęty duet, muzykanci w orkiestrze przestali dąć w miedziane instrumenta, lub wstrzymali smyczki na dźwięcznych strunach, i wraz z innymi spektatorami skierowali spojrzenia ku jednemu punktowi sali.
Punktem tym była loża niezajęta dotąd.
Trzech mężczyzn przestąpiło próg takowej.
Jeden z tych mężczyzn zajął miejsce w pierwszym rzędzie, usiadł, zdjął rękawiczkę i miękką skórką tejże otarł starannie szkła olbrzymiej lornety oprawnej w kość słoniową.
Był on wzrostu średniego i miał na sobie uniform pułkownika białych kirasjerów.
Wielka i okrągła jego głowa, spoczywała na krótkiej szyi, wspartej atletycznemi ramionami.
Szpakowate i płaskie włosy przystawały do skroni, nie pokrywając bynajmniej wierzchu głowy. Oczy o zmarszczonych i wiszących powiekach, ocienione gęstemi krzaczystemi brwiami, wyrażały jednocześnie chytrą przebiegłość i niepokonaną energię żelaznej woli.
Prosty i gruby nos silnie zarysowany, przedstawiał się tak, jak pierwszy szkic pod ręką rysownika. Gęste siwiejące wąsy, wąsy prawdziwego starego żołnierza, zasłaniały prawie całkiem usta i spadały na tłusty podbródek.
Było coś z buldoga i sfinksa w tej twarzy o cerze koloru gliny, która jakkolwiek ani piękna, ani dystyngowana, pomimowolnie zwracała i zatrzymywała na sobie uwagę.
Od razu poznać w nim było można potężną jakąś osobistość.
Dwaj drudzy spektatorowie w tejże loży, byli to przystojni mężczyźni o płowych włosach, typy niemieckie, mieli cerę blado różową i nieco piegów, potężne wąsy i długie fawory.
Strój ich był czarny, białe kamizelki i białe krawaty; na piersiach mnóstwo orderów różnokolorowych.
Ci dyplomaci - a nie podobna było nie wziąść ich za dyplomatów - wyglądający na to od stóp do głów, usiedli ze czcią w głębi loży.
Hrabina de Nancey nachyliwszy się ku Gregoremu, wskazała końcem wachlarza półko wnika białych kirasjerów, i rzekła po cichu:
- Znam tę postać... Musiałam spotkać ją w Paryżu w roku 1867 na wystawie powszechnej... Dopomóż mej pamięci... Kto to może być?
Wołoch wymówił nazwisko, które zabrzmiało odtąd po całej Europie nakształt odgłosu piorunu.
Byłto istotnie on! On, śmiertelny wróg Francyi, nowy atylla, nowożytny bicz Boży.
To był on! Człowiek, który na karcie historyi pozostawił straszną, niczem nie zatartą plamę. Wielkim będzie, bo marząc o wielkości dla ojczyzny swojej, dla idei poruszył wszystkie sprężyny niekłamanego swego geniuszu. Świat nazywać go będzie kolosem aż do chwili, niedalekiej może, w której przekona się, że kolos był na glinianym postumencie. Swoi nawet przeklną go, bo wszystko co zrobił, zrobił daremnie.
Cokolwiek buduje się na piasku, jest krótkotrwałem. Cokolwiek spoczywa na kłamstwie runąć musi.
Dalej ten syn Lutra, zwalczywszy narody, wytacza walkę rzeszom świętym, lecz w nowej tej wojnie działa jego okażą się bezsilne. Zwycięzca zostawszy prześladowcą, pisze na czapkach swoich żołnierzy: Z Bogiem, za króla i ojczyzn! i zaczepia Boga samego w religii katolickiej, którą znieść pragnie w niemczech!...
Pułkownik białych kirasjerów wytarłszy dostatecznie szkła swojej lornety, przyłożył ją do oczu, i stopniowo przeprowadzał takową po wszystkich miejscach w sali. Wypatrzywszy zaś ładną twarz ręcznym tym teleskopem, zatrzymał go na niej przez kilka sekund.
Przyszła kolej i na lożę, w której znajdowała się hrabina de Nancey, lecz tym razem przystanek był o wiele dłuższym niż dotychczasowe!
Widocznie znajdował nadzwyczajną przyjemność w studyowaniu szczegółów tej piękności tak oryginalnej, tak francuzkiej, tak paryzkiej, tak wreszcie niepodobnej, choć o blond włosach, do niemieckiej, chociażby najklasyczniejszej piękności.
Po przeciągłym owym egzaminie, zwrócił się ku dwom osobistościom, które siedziały po za nim, i rzucił pytanie.
Dyplomaci skierowali natychmiast nie mniej olbrzymie swoje lornety w wiadomym kierunku i z wojskową akuratnością celowali niemi w hrabinę.
Po upływie sekundy, jednocześnie spuścili do nogi broń i dali jego excelencyi odpowiedź, której towarzyszył ruch głowy przeczący.
Niezawodnie człowiek stanu zapytywał ich, czy nie znali powabnej cudzoziemki, ci zaś z widocznym żalem oświadczyli, że widzą ją po raz pierwszy.
Podczas całego przedstawienia, pułkownik białych kirasjerów nie wiele zwracał uwagi na śpiewaków opery, ani na balet, który zazwyczaj interesował go bardzo.
Natomiast pani de Nancey pochłaniała całą jego uwagę. Olbrzymie lufy lornety wycelowane w nią były nieustannie. A jeżeli odwracał je na chwilę, prędzej jeszcze wracały na dawne miejsce.
Blanka zmęczona podobnymi obrotami, zwróciła się ku Gregoremu i rzekła:
- Czy ty nie uważasz, że ten niemiec zanadto mi się przypatruje?
- Cóż chcesz, moja droga? - odparł wołoch niedbale. - Znajdujemy się w teatrze, w którym spektatorowie a zwłaszcza spektatorki, stanowią część widowiska... Natręctwo jego excelencyi jest impertynenckie, przyznaję, lecz znieść go trzeba, nie ma rady... Wiesz, że położenie moje nie pozwala na to, abym bezrozumnie szedł szukać zwady z człowiekiem takiego stanowiska...
- A któż tu mówi, aby szukać zwady? - mruknęła hrabina wzruszając ramionami. - Tobie tylko pojedynki w głowie, mój książę! Ale przecież z teatru wyjść można... Czy i w tem napotykasz jaką przeszkodę?
- Jestem na twoje rozkazy. Jedźmy.
Ostatni akt opery rozpoczynał się właśnie.
Blanka i Gregory wyszli z loży, i wsiedli do czekającej na nich karety.
W tej samej chwili inna kareta potoczyła się za nimi i dotarła w ten sposób do samego mieszkania. Służący w czarnej liberyi zeskoczył z kozła na którym siedział obok woźnicy, wszedł do hotelowego biura, przejrzał listę gości, zapytał o nazwisko podróżnych którzy co tylko weszli, zanotował je sobie, i oddalił się.
VIII. Avatar.
Zaledwie drzwi zamknęły się za baronem von Hertzog, hrabina de Nancey, która hamowała się aż do tej chwili, padła na krzesło. Naprężone jej nerwy rozmową, której byliśmy świadkami, rozprzęgły się całą potęgą. Osłabienie fizyczne i moralne zwalczyło energiczną naturę tej kobiety tak silnej, i zaczęła płakać jak dziecko.
- Ludzie ci wiedzą o wszystkiem... - szepnęła. - Jesteśmy zgubieni!
W każdym innym wypadku, Blanka Lizely, hrabina de Nancey, byłaby się bez obawy stawiła na to sam na sam z jego ekscelencyą, będąc pewną, że potrafi dać opór miłosnym jego zaczepkom, że ośmieszy germańską jego galanteryę, słowem, że zdoła być panią położenia.
Tym razem jednak na nieszczęście, położenie to brało nad nią przewagę.
Niezawodnie policya pruska uwiadomioną została, że spiskowiec Gregory ukrywał się pod nazwiskiem hrabiego Ladonoff. Niezawodnie rząd króla Wilhelma został zaskoczony pytaniem o wołocha, przez francuzkiego ambasadora w Berlinie. Człowiek stanu miał władzę robić poszukiwania, lub też sparaliżować je rozkazując agentom policyjnym niezgrabnie go szukać...
Więc nie trudno było ocalić księcia, ale za jaką cenę?
Blanka nie mogła i nie powinna uchodzić za kurtyzankę. Jakkolwiek zła i winna, popełniła ona tylko dwa błędy w życiu.
Kochała Gregorego. (Czy ta miłość tkwiła w sercu, czy tylko w wyobraźni, nie wiadomo, dość, że wątpić o niej było niepodobna). Ale myśl dania mu powodów tej miłości przez zaprzedanie się człowiekowi stanu, była dla niej wstrętną.
Jakkolwiek podziwiała w dramacie Wiktora Hugo poświęcenie Maryi de Lorme oddającej się Laffemas'owi dla ocalenia głowy od gilotyny drogiego jej Didier, sama nie czuła się zdolną do podobnego bohaterstwa.
Jednakże zdecydowała się na oznaczoną schadzkę...
Cóż się na owej schadzce dziać miało?
Niemcy w interesach są poważni, miłość jest także dla nich rodzajem interesu, jest tylko cokolwiek zabawniejszym jak inne, oto wszystko.
Jego ekscelencja nałoży cenę na towar, po wytargowaniu zaś, trzeba będzie zapłacić gotówką. Jak wybrnąć z tego?
Blanka nadaremnie ściskała oburącz głowę i szukała gorączkowo, chorobliwie - nic odpowiedniego znaleźć nie mogła. Zupełne niepodobieństwo wtajemniczenia w to księcia, podwajało jeszcze jej rozpacz.
Pewna że Gregory uwiadomiony o zuchwałej propozycyi barona von Hertzog w imieniu jego ekscelencyi, poszedłby bez najmniejszego namysłu i bez obliczenia następstw, wyzwać człowieka stanu i że zgubiłby się tym sposobem bezpowrotnie, postanowiła ukryć przed nim wszystko.
Nie mamy ani pretensyi, ani chęci uczynić bohaterki z pani de Nancey, lecz kobieta która kocha i cierpi skutkiem miłości, jest zawsze i w każdym razie godną pożałowania, a hrabina cierpiała bardzo.
Musimy jednak pospieszyć z objaśnieniem, że jakkolwiek strach i cierpienia jej opierały się na gruntownem rozumowaniu, prawdziwego ku nim powodu nie było. Ci ludzie wiedzą wszystko! - mówiła sobie Blanka.
W istocie zaś nie wiedzieli nic, a przynajmniej to co wiedzieli, nie mieściło w sobie nic, coby mogło źle wpłynąć na położenie wołocha.
Poprzedniego wieczora, człowiek stanu, zachwycony pięknością cudzoziemki, chcąc wiedzieć co to za jedna, kazał jechać za nią. Wysłany w tym celu powrócił wynotowawszy sobie nazwisko: Hrabia i hrabina Ladonoff.
W pięć minut potem wysłano telegram z żądaniem objaśnienia, do dyrektora policyi w Petersburgu.
Hrabia Ladonoff, autentyczny rossyanin i prawdziwy hrabia, serdeczny przyjaciel wołocha, któremu pasportu swego pożyczył. Można się łatwo domyślić natury objaśnień, jakie w kilka godzin później wysłano do Berlina.
Oto ich treść:
"Nic potem, z dobrej rodziny. Odepchnięty przez swoich, za kompromitowanie czcigodnego ich nazwiska. Rossyi zamieszkiwać nie może, skutkiem niezliczonej liczby czyhających nań wierzycieli. Za granicą żyje z kart, z operacyi giełdowych czasami szczęśliwych, częściej z oszustwa. Posądzają go o oszukaństwo w grze. Zresztą piękny mężczyzna, dobrze wychowany, gentleman w całem słowa tego znaczeniu, szczęśliwy do kobiet każdego rodzaju. Kawaler, nie mający zamiaru żenić się, i ściśle strzeżony przez francuzką policyę."
Kawaler.
Zatem hrabina Ladonoff była urojoną hrabiną, jakaś ładna francuzka nie wiele warta, łatwego charakteru i cnoty, wiedząca czego się trzymać pod względem moralności kochanka, który pozwolił nosić jej swoje nazwisko.
W przeszłości człowieka jak Ladonoff, mieściła się zapewne nie mała liczba zdrożności nieznanych, a dostatecznie ważnych, których odkrycie mogło pociągnąć smutne dla niego następstwa.
Nie ulegało zatem wątpliwości, że aby nakłonić pseudohrabinę do uległości, wystarczało zrodzić w niej obawę, zwłaszcza, jeżeli kochała swego przyjaciela.
To nam tłomaczy dokładnie prosty plan jego ekscelencyi, i wizytę pana von Hertzog u hrabiny de Nancey.
Blanka jednakowoż nie świadoma tego wszystkiego, cierpiała i bolała najnaturalniej w świecie.
Dzień upłynął powoli i smutno. Nadszedł wieczór, wreszcie noc. Gregory nie wracał...
Młoda kobieta zapytywała siebie z przestrachem, czy nie wpadł już w ręce policyi, pomimo przyrzeczenia danego baronowi, że w następnym dniu uda się do prywatnego domku jego ekscelencyi...
Wreszcie z wybiciem godziny dziewiątej, drzwi otworzyły się raptownie, a Blanka zerwała się z miejsca wydając okrzyk zdziwienia.
w obec niej stanął człowiek podobny do Gregorego, lecz nie on, i zdawał się być młodszym o jakich lat dziesięć.
Mężczyzna ten był wzrostu wołocha, rysy miał podobne, takież spojrzenie, lecz podobieństwo na tem się kończyło. Wiemy, że włosy i wąsy księcia były koloru hebanowego, a cera brunatna, prawie oliwkowa.
Nowoprzybyły miał zaś skórę różowo-białą, niezmiernie delikatną i odpowiadającą jasno blond włosom.
- Kto pan jesteś? - zapytała młoda kobieta patrząc ze zdziwieniem na ten dziwny, a niedokładny sobotwór swego kochanka. - nie zameldowawszy się przedtem i nie wiedząc czy przyjmuję?
Gość uśmiechnął się pod wąsem i rzekł:
- Więc nie zgadłaś, że to ja? Wyśmienicie, tyle się nie spodziewałem.
Blanka usłyszawszy głos mężczyzny, utraciła wszelki cień wątpliwości.
- Ty! - zawołała - więc to ty jesteś.
- Najzupełniej! - odpowiedział wołoch. - Któżby jeżeli nie ja? brata bliźniego nie nam.
- Co to znaczy to przebranie?
- Słuchaj, droga hrabino: Jak książę Gregory przekształcił się w hrabiego Ladonoff za pomocą pasportu, tak hrabia Ladonoff przekształca się w bardzo zacnego baroneta sir John Snalsby, de Snalsby-Hause, podróżującego z lady Eother Snalsby. Oto formalny pasport. Papier ten jednak byłby niedostatecznym. Rysopis bowiem hrabiego Ladonoff jest znanym. Potrzeba było użyć cokolwiek sztuki... Woda na płeć, której receptę dostałem w Anglii od pewnego znajomego chemika, i pół flakonu indyjskiej farby uczyniły ze mnie, jak widzisz całkiem innego człowieka. Jeżeli ty Blanko, niepoznałaś mnie odrazu; pewien jestem, że nikt mnie nie pozna... a o to mi właśnie idzie...
- Ukrywasz się znowu... - rzekła hrabina żywo - zatem niebezpieczeństwo zwiększa i zbliża się?...
Gregory uczynił znak głową potwierdzający.
- Pewna jestem, że odebrałeś złe wiadomości... - mówiła dalej Blanka, nie ustając w pytaniach, chociaż zdawało jej się, że wie więcej od niego.
- Otrzymałem je rzeczywiście...
- Jakiej że one są natury?
- Najgorszej! Wpadnięto na mój ślad... Policya francuzka wzięła się za ręce z pruską policyą, i szukają mnie wspólnie. Już tylko fałszywe nazwisko jest pomiędzy nimi a mną, a i to lada chwila może być zdemaskowane.
- Już jest niestety - pomyślała hrabina.
- Dlatego też podszywam się pod inne zawczasu - dodał Gregory.
- Lecz - pochwyciła pani de Nancey - służba hotelowa zna hrabiego Ladonoff, i nie zechce zgodzić się na taką zamianę... Zacznie paplać.
- Zaczęłaby, powiedz raczej, moja droga, lecz czasu mieć na to nie będzie. Odjeżdżamy.
- Kiedy?
- Za dwie godziny.
- Gdzie?
- Do Baden.
- Przecież to zawsze w niemczech.
- Tak, ale nie w Prusach.
- Jesteś pewny, że nie stawią oporu naszemu wyjazdowi.
- Najpewniejszy... Jeżeli wydano jakie rozkazy, (co nie przypuszczam), mogą one dotyczyć hrabiego Ladonoff, poddanego ruskiego, lub księcia-Gregory, poddanego rumuńskiego... Sir John Snalsby, poddany angielski, jest panem swojej woli... Nastawanie na jego wolność, mogłoby wywołać casus belli. Pociąg na który wsiadamy, rusza o północy bez pięciu minut... Wyjdę z hotelu, gdzie nikt mnie nie poznał kiedym wchodził. Zamknij kufry, zapłać rachunek, i bądź na dworcu o godzinie w pół do dwunastej. Tam czekać będę na ciebie, wsiądziemy do jednego przedziału, lecz dopóki nie miniemy granicy wielkiego księztwa Badeńskiego, udamy, że sobie jesteśmy obcy... Zrozumiałaś, nieprawdaż.
- Tak jest - szepnęła Blanka przygnębiona - zrobię jak chcesz.
Po cichu zaś rzekła do siebie:
- Zapomniał o telegrafie! Zaledwie wyjedziemy, puszczą druty, i pomimo fałszywego pasportu i zmienionej twarzy, potrafią zatrzymać nas w drodze... Lecz trudno, chociażby ucieczka miała się nie udać, próbować nie zawadzi.
Gregory wyszedł z hotelu unikając spotkań, a pani de Nancey zajęła się pakowaniem rzeczy.
I. Schadzka.
Pan do Nancey był potomkiem tych silnych ras, którym myśl o blizkiej śmierci nie zakłóca spokoju, - jakkolwiek wyrodził się już, i czynami spodlił, że tak powiemy, to przecież w żyłach pozostały mu resztki tej szlechetnej krwi.
W chwilach najopłakańszych błędów nawet, odwaga szlachcica nie zawiodła go nigdy.
Skoro tylko postanowił, odebraniem sobie życia, przeciąć gordyjski węzeł swego powożenia, odzyskać natychmiast zimną krew, i siłę panowania nad sobą, z niemi zaś swobodę umysłu; pomimo to jednak niepodobna mu było zatrzeć wyrazu smutku, a przynajmniej melancholii, jaki wyrył się na jego twarzy.
Przyjął z poddaniem tę pewność, że żyć przestanie przed końcem następnej nocy; lecz na myśl, że nie ujrzy już więcej Alicyi, że opuścić ją musi na zawsze wtedy gdy miał już nadzieję posiadania jej na wieki, serce jego ściskał żal na kształt torturowych kleszczy.
Kamerdyner pana Laféne oznajmił, że waza na stole.
Paweł jak zwykle podał rękę młodej dziewczynie, którą każdy uważał jako jego narzeczonę, a myśl że śliczna ręka drogiej Alicyi nie weSprze się już więcej na tem ramieniu, podwoiła jeszcze boleść jego nie do opisania.
Przy stole jak łatwo domyśleć się można, mówiono tylko o ślubie, który miał się odbyć nazajutrz.
Ślubna suknia nadesłaną została przed godziną przez najlepszą francuzką modniarkę z Frankfurtu. Aficya miała ją przymierzyć dnia następnego, i ukazać się zarumieniona Pawłowi pod tą dziewiczą ozdobą.
Zajmowano się właśnie tą suknią, a podczas się usta hrabiego siliły się do uśmiechu, mówił sobie po cichu:
- Nie będę jej widział! pistoletowa kula zastąpi mi pierwszy pocałunek dziewicy która mnie kocha, a za małżeństwo będę miał cztery deski trumny...
Po skończonym obiedzie pan Lafene zaproponował do ogrodu. =
Noc już zapadła, gwiaździsta jak pod włoskiem niebem, a ciepło jak w lecie.
Pan domu i żona jego kochali się kiedyś prawdziwą miłością.
Przypomniawszy sobie dawne chwile, zrozumieli, że młodzi, ludzie, w przeddzień zawarcia związków na całe życie, musieli uczuwać potrzebę znalezienia się sam na sam, by módz zamienić z sobą kilka słów słodkich, które kochankowie po wszystkie czasy, i we wszystkich krajach powtarzali sobie temi samemi wyrazami od początku świata, i pokoniec jego powtarzać je sobie będą.
Puścili się więc naprzód, pozostawiając Alicyę i Pawła w tyle.
Młoda dziewczyna wzięła hrabiego pod rękę jak to była uczyniła idąc do stołu, nie domyślając się nawet ile bolesnem było dla niego to zetknięciem, a wsparłszy się z niewinną swobodą na tym, który miał zostać podporą j jej życia, postępowała lekko obok niego.
Jesienne kwiaty nasycały powietrze słabą a miłą swą wonią. - Ostatnie nocne motylki fruwały dokoła róż zwiędłych już prawie. Tu i ówdzie padały zeschnięte listki, a nieznaczny szelest wywołany padaniem ich na pasek wyraźnie słyszeć się dawał, tak głęboka panowała cisza w naturze.
Alicya i Paweł milczeli. - Ona miała serce przepełnione nadzieją i szczęściem pierwszej miłości. Jego zaś serce trawione było niewysławioną goryczą, rozpaczą i złamanem szczęściem.
- A jednak powinienem pożegnać ją, - myślał pan de Nancey, - pożegnania tego nie zrozumie ona dzisiaj, lecz wspomni o niem jutro... jutro, gdy mnie już na tym świecie nie będzie.
Nagle zadrżał! - powtórzył sobie po cichu. Dlaczego? Czyż niespodziewany cios jaki spadł dziś na mnie do tyla sparaliżował moją inteligencyę? Czyż to moim jest zwyczajem tohórzyć w chwili niebczpieczeństwa?... Zkądże mi przyszło chcieć szukać schronienia w grobie wówczas, kiedy zycie uśmiecha się jeszcze do mnie? Niema nic straconego jeżeli sam zechcę, a tak nawet lepiej będzie, w ten sposób nie ryzykuję nic; a przynajmniej nie dostanę się na galery.
W chwili gdy pan de Nancey zadrżał, drgnęła też bezwiednie Alicya.
- Pawle, - zapytała, - co tobie?... Coś się zmieniłeś dzisiejszego wieczoru... Nie probuj przeczyć... Jestem tego pewna! dobrze widziałam... - Obserwowałam cię ściśle przy obiedzie... - Byłeś smutny... -C(o się stało? - Co cię zasmuca i niepokoi? - Nie mamże prawa wiedzieć o wszystkiem? a jeżeli masz troskę czyż nie przysługuje mi to prawo pocieszać cię?
Hrabia zatrzymał się.
Wziął w dłonie swoje obie ręce dziewczęcia, a dotknąwszy je ustami przycisnął do serca, czemu ona nie stawiała oporu.
- Pawle, nie odpowiadasz mi, - szepnęło łagodnie dziecię.
- Alicyo, rzekł młody człowiek drżącym głosem, stawiał bowiem całą swą przyszłość na kartę, ztąd siła jego wzruszenia była wielką, - Alicyo czy ty mnie kochasz?
- Dlaczego pytasz się o to? - Wiesz dobrze, że kocham cię tak jak tylko kochać można, więcej niż wszystko w świecie...
- Czy ufasz mi?
- Jak samemu Bogu! - Wierzyć w ciebie, jest moim obowiązkiem... Jakżebym mogła zostać żoną twoją za dwa dni, gdybym ci nie wierzyła, Pawle.
- Alicyo, a gdybym zażądał od ciebie wymownego tego zaufania, wahałabyś się?
- Ani chwili.
- Gdyby dowód ten był nawet najgorszej natury?
- Zapewne. - Nie możesz żądać odemnie nic złego... a zresztą, obowiązkiem moim jest słuchać ciebie.
Alicyo, mam do wyznania przed tobą rzeczy, od których zawisło moje szczęście... moje życie...
- Przerażasz mnie! niebezpieczęstwo ci grozi?...
- Bądź spokojna. - Niebezpieczeństwo istnieje wprawdzie, lecz ty możesz je zażegnać... Moje szczęście moje życie w twoich są rękach...
- Jakto?
- Dowiesz się... Dowiesz się o wszystkiem...
- Mów, błagam cię, mów prędzej!
- W tej chwili, nie mogę. Twoi wujostwo są w ogrodzie, tuż za nami prawie... - Mogą zbliżyć się lada chwila, a oni wiedzieć nie powinni o niczem... - Alicyo, muszę zobaczyć się z tobą tej nocy...
- Tej nocy... szepnęła młoda dziewczyna, której drobne rączęta spoczywały ciągle w rękach Pawła, - to niepodobna...
- Dlaczego?
- Sam wiesz najlepiej... Jakimże sposobem mogłabym widzieć się z tobą w nocy?
- Zdaje mi się że nie ma nic łatwiejszego... Któż ci przeszkadza pozostawić otworem drzwi od twego pokoju?
- Ah! - rzekła Alicya wyrywając ręce z ruchem pełnym obrażonej wstydliwości.
- Zrobisz to, nie prawdaż, moja najdroższa? mówił dalej hrabia.
- Nie, nie zrobię tego... Byłoby to bardzo źle z mej strony.
- Źle przyjąć u siebie na chwilę tego, który w niespełna dwa dni ma zostać twoim mężem, i nie opuszczać cię już do końca życia? - Więc cóż się stało z ową bezgraniczną ufnością o której mówiłaś mi przed chwilą? Miałaś się nie wahać, wszak prawda? To też ty się nie wahasz, lecz odmawiasz stanowczo!
Pan de Nancey mówił bardzo cicho, lecz z goryczą.
Alicya zaś odrzekła błagalnym głosem:
- Pawle, błagam cię, nie żądaj tego odemnie!... Moje sumienie ostrzega mnie bym ci nie była posłuszną...
- A więc niech i tak będzie! odrzekł młody człowiek. - Idź za głosem twego sumienia... uważaj mnie za nieprzyjaciela, którego pomawia się o złe zamiary... nie chciej wysłuchać mnie, lecz pamiętaj, że sobie przypiszesz winę w razie nieszczęścia, które mogłoby cię oddalić odemnie... Nieszczęście to jest wstanie rozdzielić nas nawet...
Pan de Nancey chciał odejść.
Alicya zatrzymała go, drżąc z przerażenia.
- Boże, Boże!... wyszeptało dziewczę tracąc głowę. Czyż jest coś, coby nas mogło rozdzielić? Czyż to podobna?
- Kiedyż przed tobą skłamałem? - Alicyo, na honor zaklinam się, że mówię prawdę!... Odpowiedz mi prędko... Rodzice twoi przybrani zbliżają się... Będziesz czekała na mnie tej nocy?
- Pawle... drogi Pawle...
- Odpowiedz... będziesz na mnie czekała?
- Niech i tak będzie!...
Słowa te zostały wymówione tak cicho, że pan de Nancey domyślił się ich raczej niż słyszał.
- Lebel Givard miał mnie zgubić... rzekł do siebie - tymczasem ratuje mnie!
W tej chwili, państwo Laféne zbliżyli się do narzeczonych, którzy już przez resztę wieczoru ani na chwilę nie znaleźli się sam na sam.
* * *
Mieszkanie Alicyi położonem było na pierwszym piętrze przy końcu korytarza, tuż pod pokojem obitym dywanami, w którym rezydował hrabia de Nancey.
Mieszkanie to przylegało do pokoju zajmowanego ka przez panią Laféne, z którem łączyły je małe drzwiczki ukryte, składało się z przedpokoju, sypialni i gabinetu tualetowego.
O trzy kwandranse na dwunastą rozeszło się domowe kółko, Paweł udał się do pokoju dywanowego, a pani Laféne odprowadziła Alicyę do dziewiczego mieszkania, które zajmowała od dzieciństwa, a w którem jak zacna kobieta sądziła, miała już tylko dwie przebyć noce.
- Pieszczotko ty moja, - rzekła całując dziewczę z macierzyńską czułością, - za kilka minut będzie już jutro, a jutro to wilja ważnego dnia, szczęśliwego i smutnego zarazem, bo przestaniesz należeć już do mnie! - Będziesz miała męża... pana! Jeżeli zechce zabrać cię z sobą, musisz pójść za nim... a zechce niezawodnie, niestety!... Nie przypuszczałam nigdy abyśmy się tak prędko rozejść miały... Lecz ty dziecięciem mojem nieprzestaniesz być nigdy, nie prawdaż?
- Oh! tak zawsze! zawsze dzieckiem twojem będę! - odparła żywo Alicya.
A serce twoje podzielisz na dwie połowy? - jedną zachowasz dla mnie?... Będziesz mnie jeszcze kochała?
- Tak... po nim nadewszystko w świecie.
- Nie zapomnisz, że szczęśliwą tu byłaś... szczęśliwą i kochaną?... Alicyo dziecię moje kochane, nie zapominaj o tem, nie zapominaj nigdy!... Wiedz, że w przeciwnym razie zasmuciłabyś stare nasze lata bardzo, a bardzo...
Blada dziewczyna objęła obiema rękami panią Laféne, oparła łagodną twarz swoją na jej ramieniu, i płakała za całą odpowiedź.
Pan de Nancey wszedłszy do swego pokoju spojrzał na zegarek, i usiadł. Zawcześnie jeszcze na umówioną schadzkę i którą przed dwiema godzinami przemocą wymógł prawie na młodej dziewczynie.
Widok otaczających go dywanów wzbudził po raz pierwszy w umyśle jego dalekie wspomnienia. Przypominał sobie burzliwą noc w szwajcarskim domku w Ville d'Avray, i podobny zupełnie pokój z którego jak wiemy wykradał się po złodziejsku dla podejścia Blanki Lizely.
Podobieństwo dwóch tych sytuacyj zdawało mu się być uderzającem, i było niem istotnie.
- Ztą tylko róznicą, - mówił do siebie, że dziś rozwiązanie mogło być tragiczne! Jeżeli nie powiedzie mi się, jeżeli drzwi zostaną zamknięte, trzeba będzie wrócić do pierwszego zamiaru, i kulą strzaskać sobie głowę... Ileż romansów i dramatów nie osnuto na tym frazesie: miłość lub śmierć! - Ja zamienię to w rzeczywistość.
Pudełko z pistoletami zabrane z Paryża stało pod ręką Pawła.
Pan de Nancey wyjął jeden, przekonał się że jest nabity, i położył go na małym stoliczku przy którym siedział.
- Tak! - szepnął, jeżeli go zapotrzebuję, będzie już gotów. To wierny przyjaciel, dzięki któremu straszne przejście prowadzące do nieznanego, zostanie niebawem przebyte!
Pierwsza godzina po północy wybiła. Wszyscy w domu spać już musieli.
Paweł wyszedł z pokoju, zbiegł ze schodów bez światła, przebył korytarz po omacku, i z gwałtownem biciem serca zatrzymał się przed drzwiami pokoju Alicyi. Wyciągnąwszy rękę, szukał klamki. Drzwi były uchylone.
Popchnął je lekko by całkiem otworzyć, przestąpił próg i z cicha zamknął za sobą.