Kochanka Goebbelsa - Maria Paszyńska

-
Proszę czekać

Salzburg 2000 r.

Lída

I

Nienawidzę luster. Oczywiście nie zawsze tak było. Kiedyś je kochałam, ale to było tak dawno temu... Gdybym tylko mogła, bez wahania pozbyłabym się ich wszystkich. Ale nie mogę. Pomyśleliby, że zwariowałam. A może tak byłoby prościej? Wreszcie potwierdziłoby się jakieś przypuszczenie o mnie, budowane od lat.

"Zwariowała" - szeptaliby z udawanym zatroskaniem, w rzeczywistości z satysfakcją przyjmując zwycięstwo swoich racji.

Już wcześniej wiele razy przypisywano mi szaleństwo, inaczej nie dało się wytłumaczyć moich wyborów. Gdybym na starość na­prawdę postradała zmysły, pewnie wielu by ulżyło. Mogliby zrozumieć dlaczego i może w końcu zmieniliby temat. Nie musiałabym już nikogo przekonywać, z nikim się sprzeczać, nikomu udowadniać, że to wszystko z mojej perspektywy wyglądało całkiem inaczej.

Dwa lata temu cała ta przeklęta urzędowa machina austriacka zadecydowała o odebraniu mi zdolności do czynności prawnych z powodu pogarszającego się stanu zdrowia. Bydlaki! Nie miałam żadnej szansy obronić się przed nimi. Zrobili, co chcieli. Gdyby teraz dostali dowody na to, że odjęło mi rozum, kiwaliby głowami, powtarzając: "A nie mówiliśmy?".

Nie udało im się jednak wsadzić mnie do domu starców. Mogę być chora i samotna, ale nie pozwolę się skazać na łaskę innych. Przynajmniej o tym dane mi było zadecydować.

Może i odpoczęłabym wreszcie, gdyby ostatecznie uznali mnie za szaloną. Po tylu latach... Z drugiej strony oznaczałoby to moją przegraną. A ja nie zamierzałam się poddać. Nigdy. Nie dam światu tej satysfakcji.

Nocą lustro odbija księżycowe światło. Srebrna poświata drży, jakby to była muskana wiatrem tafla jeziora, a nie martwy przedmiot; wzbudza mój niepokój. Próbowałam je zasłaniać, ale wówczas zdawało mi się, że zza zasłony dochodzą jakieś szepty, szelesty, pogłosy jak ze studni. Wolałam, żeby milczały. Rozważałam nawet zdjęcie lustra ze ściany, ale co miałabym z nim zrobić? Wyrzucić szkoda, to piękny przedmiot. Złocona, pokryta patyną rama i idealnie gładka powierzchnia, tu i ówdzie splamiona śniedzią, jak moje dłonie. Czas nie oszczędza nikogo i niczego, nawet luster.

Za dnia lustro bywa pożyteczne. Coraz rzadziej, owszem, bo coraz mniej przyjemności czerpię z obserwowania samej siebie, choć niegdyś mogłam tkwić przed nim godzinami.

Przez lata moja twarz była obiektem uwielbienia. W prasie podkreślano nie tylko niebanalną urodę, szlachetne rysy godne gwiazdy światowego formatu, lecz także wyrazistość emocji przekazywanych przez nią i dzięki niej.

"Umie zagrać szczerze" - pisano. "To jest twarz, która pokazuje tylko czyste uczucia".

Z czasem moje rysy traciły wyrazistość. Coraz częściej nie mog­łam poznać własnych min. Wydawały mi się mniej soczyste, jak szminka nałożona na usta i odciśnięta serwetką. Czułam, że nie jest to sprawka czasu. Póki było to wyłącznie moje wrażenie, tłumaczyłam je sobie nerwami, stresem, nadmiarem pracy i tym podobnymi bzdurami, którymi każdy ma w zwyczaju usprawiedliwiać nietypowe objawy, zamiast przejąć się nimi i udać do lekarza. Jednak znajomi zaczęli częściej pytać, czy jestem smutna, choć wcale się tak nie czułam, lub dokąd odpłynęłam myślami. Byłam tam, a oni widzieli mnie mniej wyraźnie.

Jeden z przyjaciół Kurta był neurologiem. To on pierwszy zaproponował mi badania w swojej klinice.

- Na wszelki wypadek - zapewniał. - Lepiej sprawdzić niż się domyślać, nieprawdaż? To z pewnością nic takiego.

Gdy usłyszałam diagnozę, dowiedziałam się, że hipomimia, czyli "maskowata twarz", wywołana spowolnieniem i sztywnością mięśni, to typowy objaw parkinsona. Choroba odbierała mi mnie samą po kawałku szybciej niż upływ lat. Moje rysy zastygały jak wosk.

Mimo to nadal nie wyobrażam sobie wyjścia z domu bez pobieżnego choćby sprawdzenia, czy wszystko jest jak należy. Niedopilnowanie tego jest nie do pomyślenia, jak zamknięcie za sobą drzwi w brudnych pantoflach czy bez nakrycia głowy. Czasy się zmieniają, ale przyzwyczajenia z młodych lat zostają zwykle z człowiekiem na całe życie. Na ulicy trzeba przestrzegać form, w Pradze, w Salzburgu, w Berlinie, na krańcach świata, bez różnicy, inaczej "zaczną gadać", a nie ma na tym świecie gorszej trucizny niż ludzkie języki.

Lustro pozostaje więc na swoim miejscu. Pomimo nienawiści nie mogę się go pozbyć. Muszę z nim żyć.

II

Dziś obudziłam się wyjątkowo późno. To przez wiatr. Przez całą noc wstrząsał ramami okien, wył w kominie i szarpał moimi nerwami. Bałam się, że umrę na serce, tak mocno tłukło mi się w piersi, ale znów nie umarłam.

Ku własnemu zaskoczeniu wciąż żyję. Podarowano mi kolejny dzień. Jestem nieco zesztywniała, stanowczo niewyspana. Potrzebuję kawy - gęstej i czarnej. Mojej lekarce by się to nie spodobało. Radziłaby, żebym wróciła do łóżka i jeszcze odpoczęła, ale jest młoda i nie pojmuje, że gdy ktoś ma już mało czasu, woli czuć się kiepsko, ale być świadomy. Sen dawno przestał być moim przyjacielem. Jest zapowiedzią śmierci.

Umieranie jest częścią życia. To transakcja wiązana i nie ma na to rady, lecz choć tylu już przechodziło tę drogę wcześniej, każdemu ta jego wydaje się jedynym prawdziwym końcem świata.

Ostrożnie wstaję, wsuwam stopy w miękkie pantofle, owijam się peniuarem. Ten moment, gdy chłodna satyna spływa po mojej skórze, wciąż sprawia mi przyjemność. Jedną z niewielu, jakie mi jeszcze pozostały.

Gdy odsuwam zasłony, słońce migocze w kryształowej tafli. Lustro przyciąga mnie jak magnes. Zmęczona po źle przespanej nocy, nie mogę oprzeć się jego sile. Kręcę głową. Nie, nie chcę, a mimo to postępuję w jego stronę.

Odbicie w lustrze uparcie przypomina mi, kim się stałam.

Staram się nie patrzeć. Nauczyłam się nie spoglądać sobie w oczy. Tak łatwiej podtrzymać złudzenie, że to nie ja, że w lustrze odbija się ktoś inny. Zwykle sprawdzam tylko, czy moje włosy, a raczej to, co z nich pozostało, układają się dobrze i czy szminka nie wyszła poza zbyt cienką już linię ust. Cień nakładam na zamknięte powieki. Przez lata spędzone w teatralnych garderobach nauczyłam się wykonywać makijaż bez patrzenia, automatycznie, szybko. Moje palce, choć zgrabiałe, wciąż pamiętają tamte sekwencje ruchów. Podobno pianiści też tak mają. Jeśli nauczysz czegoś swoje dłonie, one już tego nie zapomną.

Przyglądam się tylko jednemu elementowi naraz. Nigdy całej twarzy. Nie chcę widzieć zniekształconych starością rysów.

Miałam się nigdy nie zestarzeć, na zawsze pozostać młoda, promienna, zachwycająca. Piękna.

Ach, byłam taka piękna, że nie potrzebowałam luster. Przeglądałam się w oczach innych. Karmiłam się ich zachwytem. Kobiety i mężczyźni nie mogli oderwać ode mnie wzroku. Hipnotyzowałam ich. Czarowałam. Zyskiwałam przewagę, władzę. Nie wykonywałam ani jednego ruchu, nie wydałam z siebie żadnego dźwięku, a już brałam ich w posiadanie, naginałam do swojej woli. Zwyciężałam jeszcze przed bitwą, nawet nad tymi, którzy zdawali się niemoż­liwi do pokonania.

Starzenie się jest ostateczną przegraną. Najtrudniejszą do zniesienia. Przegraną z samą sobą, z własnym ciałem, które przecież miało trwać nieodmiennie po mojej stronie. A jednak i ono mnie zdradziło. Co gorsza, powoli odpuszczało.

Nigdy nie byłam głupia ani naiwna. Wiedziałam, że koniec kiedyś nadejdzie. Prawa natury są nieubłagane. Ile można żyć? Osiem­dziesiąt sześć lat to dość, prawie cały wiek. Podniosłam się w tym czasie z tak wielu końców świata, że nawet nie sposób tego policzyć. Każdorazowo miały być czymś ostatecznym, lecz zawsze okazywały się tylko kolejnym początkiem. Tym razem jednak owszem, pożyłabym jeszcze. Nie znudziło mi się. Wciąż uwielbiam śpiew ptaków i smak mocnej kawy o poranku, zapach przesyconego wilgocią powietrza po deszczu, satynę na nagiej skórze. Nie wyobrażam sobie świata bez tych rzeczy, tak jak nie potrafię go sobie wyobrazić beze mnie, a przecież będzie istniał dalej, jak gdyby nigdy nic. Wciąż zadziwia mnie to, jak wąskie są granice ludzkiej wyobraźni i poznania, to, jak pod koniec życia wiemy niewiele więcej niż na początku - o świecie, innych, samych sobie.

Mimo tego niewątpliwego rozczarowania zawsze chciałoby się żyć choć ten jeden dzień dłużej, to zrozumiałe. Rozstania są najtrudniejszym elementem istnienia, przekonałam się o tym dość wcześnie. Gdyby ktoś spytał mnie o zdanie, wolałabym zostać, istnieć jeszcze trochę, choćby w tej kruchej, chorej postaci, ale powoli godzę się z myślą, że to, co przeżyłam, musi mi wystarczyć na wieczność. O ile w ogóle jest jakaś wieczność.

On lubił rozmawiać o śmierci, szczególnie tej heroicznej, ofiarnej, o konieczności poświęcenia życia dla niezwyciężonej iii Rzeszy, o nieśmiertelności, którą zapewnia przelanie krwi za Führera, ale jakoś nigdy nie wspomniał, co miało być potem. Ucztowanie w Walhalli, kolejne bitwy u boku dawnych bogów, jakieś starogermańskie niebo?

Każdy członek nsdap marzył, by wspominano go jako Blutzeuge, świadka krwi, swoistego męczennika ruchu nazistowskiego, świętego partii.

Zbudowanie tego mitu i opartego na nim kultu ofiar, które oddały życie dla sprawy, było jednym z posunięć napawających go dumą. Wyraźnie to czułam, choć nigdy nie powiedział tego wprost. Nie mógł, to zrozumiałe. Prorok musi wierzyć w głoszoną przez siebie prawdę, inaczej nie będzie przekonujący, nieprawdaż?

Ginący chłopcy marzyli o tym tytule, ale czy w ostatnich sekundach życia wiedzieli, ku czemu idą, co ich zaraz spotka?

Sprawa była prostsza w przypadku niewierzących w Hitlera. Wrogowie, podludzie, przeciwnicy ideologiczni po prostu przestawali istnieć. Ich nie czekało nic. Ich ciała były jedynie pustymi naczyniami, samą pierwotną materią, której należało się pozbyć. Tu wszystko zdawało się jasne.

Więc może po prostu zamknę oczy, przestanę oddychać, moje serce się zatrzyma i nie będzie żadnego ciągu dalszego. Jakoś niespecjalnie martwi mnie ta wizja. Boję się tylko samego momentu umierania.

Marszczę brwi, usiłując przypomnieć sobie choć jedno jego zdanie o życiu po śmierci. Rozmawialiśmy o wszystkim, dlaczego ten temat mielibyśmy ominąć? Nie. Nic z tego. W tym wypadku pamięć mnie zawodzi. A może faktycznie nigdy o tym nie wspominał?

Horyzontem jego marzeń zdawał się dzień, w którym świat padnie na kolana przed Hitlerem. Potem już wszystko miało być po prostu tak, jak zechce Führer. Może nawet życie pozagrobowe?

A może także ich wyobraźnia miała swoje ograniczenia?

Ludzie zadziwiająco często nie szukają prawdy, nie myślą, nie analizują, nie sprawdzają rozmaitych dróg, nie kwestionują. Chcą jasnych, prostych, jednoznacznych rozwiązań. Pragną oszczędzać siły, mieć przekonania, ale niezbyt wymagające, podążać za kimś we wskazanym przezeń kierunku, przyjmować coś narzuconego za swoje, uzyskać zwolnienie z ciężaru konieczności podejmowania decyzji i konsekwencji, które mogą nadejść w ślad za nimi. Tak jest łatwiej. Bezpieczniej.

Im niepewniejsze czasy, tym więcej ludzi szuka kogoś, kto ich poprowadzi. Wolność traci na znaczeniu, ważniejsze jest właśnie bezpieczeństwo, jedzenie, zdrowie, sprawy namacalne, pewne, konkretne, wyraźne. Abstrakcyjne pojęcia, piękne idee, indywidualizmy są dobre na dobre czasy.

Niepewność uruchamia wszystko, co w człowieku najpierwotniejsze, naszą potrzebę stada, przynależności, podporządkowania komuś, kto sprawiedliwie rozdzieli zasoby, rozstrzygnie konflikty, zaprowadzi ład. Złudzenie, że jest ktoś, kto wie, jak zadbać o te wszystkie sprawy, przynosi ulgę. I choćby miała trwać tylko chwilę, jest ona bezcenna.

Pod koniec życia człowiek nie ma już jednak zbyt wielu złudzeń. Jestem raczej rozczarowana.

Ogarnia mnie niedowierzanie, którego nijak nie idzie uciszyć. Wprawia ono moją duszę w nieprzyjemne, niemal bolesne zakłopotanie.

Jakiś głos w moim wnętrzu uparcie zapytuje raz po raz:

- To już wszystko? Czy nie obiecywano czegoś innego? Czegoś więcej?

Nie sposób go zagłuszyć. Odbiera sen, apetyt, wolę zrobienia czegokolwiek, ostatnie przebłyski przyjemności. Jestem zdziwiona, okropnie zdziwiona. Nie było żadnego objawienia. Nie do­wiedziałam się, kim jestem. Nie dotknęłam sensu. Żyłam, i tyle.

Ta świadomość tylko wzmacnia ten niechciany głos, sprawia ból.

Z początku próbowałam walczyć, lecz szybko zrezygnowałam. Z tym głosem nie da się wygrać. W dni, w które rozbrzmiewa w mojej głowie, leżę na łóżku, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w sufit, bezwolna wobec nielogiczności przemijania. Nikłą, niemal niedostrzegalną pociechę przynosi mi wówczas myśl, że jestem sama. Przynajmniej nikt nie musi mnie oglądać w tym stanie. Ci, dla których się liczyłam, odeszli, niosąc w zaświaty mój nieskażony obraz. Nie są świadkami mojego upadku.

Nie ma już matki, Zorki, ojca.

Nie żyją Gustav, Jan i Kurt. Wszyscy ci mężczyźni, którzy uwierzyli, że zasklepią szczelinę we mnie, wypełniając ją swoją obecnością.

I on.

On nie żyje już od ponad pięćdziesięciu lat. Pół wieku, wydaje się, że długo, a przecież minęło tak szybko.

Opuszczali mnie kolejno, a ja każdorazowo pogrążałam się w rozpaczy. I czekałam na śmierć, pewna, że nie zdołam żyć dalej. Ale ona uparcie mnie ignorowała, a ja znów wstawałam. Sama nie wiem dlaczego. Może po prostu tak przyzwyczaiłam się do życia, przywiązałam do własnego istnienia, że bałam się nowości, jaką byłoby odejście?

A może wcale nie chodziło o mnie ani o to, jak bardzo chciało mi się żyć, lecz o karę. Przecież najbardziej cierpią nie ci, którzy odchodzą, ale ci, którzy pozostają z pustymi miejscami przy stole.

Chrześcijanie powiedzieliby zapewne, że pożegnawszy tak wielu bliskich, już za życia pokutuję za grzechy, ale ja nie zdołałam nigdy uwierzyć w żadną z ewangelii.

Nawet ta nowa, którą on głosił z tak ekstatycznym zapałem, nie zawładnęła bez reszty moją duszą. Jakbym przeczuwała, że nazizm także nie ma odpowiedzi na dręczące mnie wątpliwości. Oczywiście nigdy bym mu tego nie powiedziała. Bóg jeden wie - o ile w ogóle jest gdzieś tam w niebiosach - jak bardzo pragnęłam wierzyć we wszystko, co mi mówił, w wizję świata, którą przede mną roztaczał, w obietnice, które miała spełnić przyszłość. Chciałam, ale nie udało mi się. Może to właśnie dlatego ostatecznie wybrał ją? Bo ona wierzyła niezłomnie. Do końca.

Bzdura! Potrząsam głową, odpychając tę niedorzeczność. Wcale tak nie było. Nie mogę dać się zwieść niepokojowi porannych myśli.

Mniejsza o pokutę, tęsknota jest jednak prawdziwa.

Czasem, gdy tafla lustra drży księżycowym światłem, czuję ich obecność, widuję cienie, ale nie mogę ich dosięgnąć. Nie mogę cofnąć czasu. Nie dane mi było niczego wyjaśnić, przeprosić, zapewnić o miłości ani błagać o przebaczenie. I nic już nigdy tego nie zmieni.

Znów pocieram palcami skroń. Mam suchą skórę. Nieprzyjemną w dotyku. Zupełnie jak przetarty aksamit, który utracił swe runo, połysk, głębię koloru, choć jeszcze nie rozpadł się fizycznie, wciąż trwa.

III

- Stanowczo potrzebuję kawy - mówię.

Zwyczajem starych, a może po prostu wszystkich samotnych ludzi, próbuję zapełnić pustą przestrzeń brzmieniem własnego głosu.

Wyciągam z kuchni młynek do kawy, staroświecki, drewniany, z metalową korbką i szufladką. Namawiano mnie na nowszy model, elektryczny, niewymagający wysiłku, a jednak nie zdołałam się przemóc. To śmieszne, ale już sama myśl o tym, że mogłabym kupić podobny sprzęt, wpędzała mnie w poczucie winy, jakbym zdradzała starego przyjaciela. Niedorzeczne, ale prawdziwe uczucie.

Wsypuję ziarna. Kręcę korbką, a one kolejno wpadają do środka i pękają z trzaskiem, miażdżone przez znajdujący się wewnątrz mechanizm. Ten odgłos wywołuje mój smutek. Przyspieszam ruchy. Nareszcie koniec. Wysuwam szufladkę. Powietrze natychmiast wypełnia aromat, który wciągam z przyjemnością. Zapalam gaz jedną zapałką. Ostrożnie przesypuję brązowawy proszek do tygielka i zalewam wodą. Pozostaje mi tylko czekać, aż kawa zacznie bulgotać.

Dawniej z pewnością dobrze wykorzystałabym te kilka minut. Przygotowałabym śniadanie, ogarnęła przestrzeń wokół siebie, uczesałabym się albo podkręciła rzęsy. Teraz cieszę się, że mogę na coś czekać. Na cokolwiek, ot, choćby na kawę. Zawsze lepsze to niż pustka dni przepełnionych zbędnymi minutami.

Nagle ciszę przerywa dźwięk telefonu. Wzdrygam się.

Telefonów nienawidzę nawet bardziej niż luster. Od tamtego sierpnia w 1938 roku, gdy przyciskając do ucha czarną ebonitową słuchawkę, odbyłam najtrudniejszą rozmowę w życiu, każdy telefon, którego się nie spodziewam, wzbudza we mnie irracjonalny lęk. Teraz jest tak samo. Przenikliwy dzwonek odbija się od ścian i trafia prosto w moje serce, budząc strach uśpiony ciszą pustych samotnych dni. Nie sposób nad nim zapanować od razu. Dzwonek telefonu podrażnia każdy nerw w moim ciele. Adrenalina wstrząsa żyłami, napina mięśnie, osusza gardło, wywołuje zawroty głowy. Serce zaczyna dudnić jak oszalałe, krew gwałtownie przyspiesza. To lęk, nabyty przed dziesiątkami lat, który wrósł we mnie, zapuścił mocne korzenie. Od tamtego telefonu minęło przeszło sześćdziesiąt lat. Nie pamiętam już siebie bez tego lęku, więc może nigdy tak naprawdę mnie takiej nie było?

Telefon nie milknie. Biorę wdech i tak jak mnie uczono, powoli wypuszczam powietrze, licząc w myślach: jeden, dwa, trzy, przy akompaniamencie szelestu oddechu.

Z wolna podchodzę do okrągłego stolika, na którym lśni plastikowym blaskiem czerwony przyciskowy aparat tap 80k, w którym można zapisać aż dziesięć numerów. Niezwykle praktyczne rozwiązanie przy problemach z pamięcią. Wciąż mam nadzieję, że telefon umilknie, nim tam dotrę. Dziesięć, jedenaście, dwanaście.

Kładę dłoń na wibrującej zniecierpliwieniem słuchawce. Biorę głęboki wdech. To przecież tylko telefon.

- Tak, słucham?

- Dzień dobry, czy mam przyjemność z panią Lídą Baarovą? - pyta po czesku młody kobiecy głos.

Jestem bezpieczna. Zalewa mnie fala ulgi tak gwałtownej, że przed oczami tańczą mi mroczki. Wspomnienia rozpływają się, znikają równie szybko, jak się pojawiły, i tylko serce uspokaja się nieco wolniej. Opadam na fotel, dla wygody ustawiony tuż przy aparacie. Kurt niemal co wieczór prowadził stąd długie rozmowy z którymś ze swoich licznych przyjaciół.

- Halo? - Zdecydowany, pełen życia głos w słuchawce przywołuje mnie do rzeczywistości. - Jest tam ktoś?

- Lída Baarová, przy telefonie - odpowiadam nerwowo, zastanawiając się, jak też muszę brzmieć. Ostatnio rzadko z kimś rozmawiam.

- Dzień dobry, to wspaniale, że panią zastałam! - Po drugiej stronie słychać szczerą radość. - Nazywam się Zorka Davies.

To imię. Moje serce znów przyspiesza.

- Zorka? - powtarzam.

- Tak, tak. - W głosie kobiety pobrzmiewa śmiech. - Moja mama jest Czeszką, ojciec Anglikiem. Tata próbował namówić ją na imię, które będzie bardziej pasowało do nazwiska, jakąś Monicę, Emily, Rose, Grace czy Lucy, ale mama była nieugięta. Moja babcia miała na imię Zorka, więc ja też miałam się tak nazywać, i już.

Mówi szybko, bez zastanowienia. Widocznie opowiadała tę historię wiele razy.

- Moja siostra miała na imię Zorka - rzucam mimowolnie.

- Wiem. - Głos nagle poważnieje.

- Wie pani? - Unoszę brwi zaskoczona.

- Jestem doktorantką historii sztuki na Uniwersytecie w Oksfordzie. - Zorka Davies przyjmuje rzeczowy, suchszy, w pełni profesjonalny ton. Po niedawnym rozbawieniu nie ma ani śladu. Żadnej poufałości. - Specjalizuję się w kulturze wizualnej, a dokładniej w historii filmu czeskiego.

- Ach tak?

- Przedmiotem mojej pracy doktorskiej są wielkie gwiazdy kina czechosłowackiego lat trzydziestych.

Uśmiecham się.

- Nie było większej niż pani - dodaje kobieta po drugiej stronie. - Pani świeciła najjaśniej.

- Ależ to doprawdy przesada - kryguję się, mile połechtana. - Przed wojną w rodzimym kinie grało wiele znakomitych aktorek.

- Pozwolę sobie się nie zgodzić - przerywa mi. - Takiej jak pani nie było w całej historii czeskiego filmu.

Uśmiech zadowolenia na mojej twarzy staje się jeszcze szerszy. Dobrze, że nikt nie może tego widzieć. Próżność nie jest zbyt pożądaną cechą. Przez większość życia musiałam udawać skromniejszą, niż byłam naprawdę, żeby uniknąć ludzkich języków. Dawne dzieje. Dziś nikogo już nie obchodzę. A jednak...

- To niezwykle miłe z pani strony - mówię powoli, delektując się tą chwilą. - Choć nadal nie wiem, w czym mogłabym pani pomóc.

- Chciałabym przeprowadzić z panią wywiad.

- Przeprowadzono ze mną już tak wiele wywiadów... - Wzdycham, udając znużenie, choć w rzeczywistości ta rozmowa sprawia mi przyjemność.

Ktoś, kto raz poznał smak zainteresowania publiczności, nigdy nie przestaje łaknąć atencji. Mikrofony, trzask migawek, błysk fleszy, ludzie wpatrujący się w moje usta z napięciem kochanka, gotowi zapisać każde słowo natychmiast, gdy rozwibruje się na wargach, jakbym znała jakąś prawdę objawioną i miała się nią właśnie podzielić ze światem.

Lata praktyki sprawiły, że moje rysy z miejsca przybrały adekwatnie obojętny wyraz, choć przecież nikt nie mógł zobaczyć mojej twarzy. On jednak zawsze powtarzał, że wyraz twarzy czuć przez słuchawkę. A ja mu wierzyłam.

- Przeczytałam wszystkie - oznajmia Zorka Davies. - Obejrzałam każdy program z pani udziałem, wysłuchałam każdego nagrania radiowego...

- Zatem wie pani już wszystko - mówię wystudiowanym tonem, by ukryć podekscytowanie.

Z próżności namawiam ją, by zrezygnowała, mimo iż tak bardzo pragnę przynajmniej na chwilę znów znaleźć się w centrum zainteresowania, choćby jakiejś pożal się Boże doktorantki z Oksfordu.

Cisza.

- Czy mogłybyśmy się spotkać? - Pytanie rozbrzmiewa w słuchawce po nieco przydługiej pauzie.

Wyczuwam napięcie. Tej młodej kobiecie naprawdę zależy na rozmowie ze mną. Ach, jak przyjemnie jest móc decydować o wyniesieniu kogoś na szczyt albo zrzuceniu na dno.

- Wolałabym się najpierw dowiedzieć, o czym dokładnie chciałaby pani ze mną mówić - stwierdzam stanowczo.

W moim żołądku splata się ciężki węzeł. Ciało podpowiada mi, że znam odpowiedź.

- Między innymi o pani relacji z Josephem Goebbelsem.

Czar pryska.

- Muszę wiedzieć, co naprawdę się wtedy wydarzyło - dodaje dziewczyna.

Łudziłam się, że mam to już za sobą. Myliłam się. To nigdy się nie skończy. Prostuję się. Unoszę brodę i wysuwam dolną szczękę lekko do przodu. Jestem gotowa do sceny.

- Przepraszam, ale na ten temat powiedziałam już wszystko we wspomnianych przez panią wywiadach. Cała ta historia jest znacznie prostsza, niż sądzi wielu. Zapewniam, że nie ma tam żadnego sekretu do odkrycia - odpowiadam szybko, wyrzucając z siebie słowa jak ktoś, komu nagle przypomniało się coś ważnego i zaczął się okropnie spieszyć. Gram. Powtarzam doskonale wyuczoną przez lata kwestię. - Niestety, nie uda nam się spotkać. Dziękuję za telefon.

- Proszę zaczekać! Źle mnie pani zrozumiała! To znaczy ja źle się wyraziłam!

- Wręcz przeciwnie - zapewniam. - Postawiła pani sprawę dość jasno. Z mojej strony natomiast...

- Nie, nie, nie. - Dziewczyna bez skrępowania przerywa moją tyradę. Albo jest bardzo zdeterminowana, albo ma nie lada tupet. Albo jedno i drugie, co u młodych ludzi wszystkich pokoleń nie jest rzadkością. - To całkiem nie tak!

- Zatem zamieniam się w słuch - cedzę zimno. - Proszę mi wszystko wytłumaczyć, jeśli wierzy pani, że może to cokolwiek zmienić. Nie sądzę jednak, by coś mogło wpłynąć na moją decyzję. To zamierzchłe dzieje, o których mówiłam już stanowczo zbyt wiele razy, a wątek Josepha Goebbelsa zdaje mi się wyjątkowo wyświechtany. Musi pan zrozumieć...

- Wyświechtany? - powtarza doktorantka, a w jej głosie pobrzmiewa coś dziwnego. Czyżby zawód?

- Tak, droga pani. Moje długie życie naprawdę nie sprowadza się do dwóch lat znajomości z ministrem propagandy iii Rzeszy, choć oczywiście rozumiem, że właśnie ten fragment z racji doniosłości późniejszych wydarzeń historycznych budził przez dekady najwięcej zainteresowania.

- Zagrała pani w sześćdziesięciu dwóch filmach czechosłowac­kich, niemieckich, włoskich i hiszpańskich - wyrzuca na jednym oddechu. - Bez trudu mogła pani zrobić wielką karierę w Hollywood, a jednak wybrała pani inaczej. Tak, interesuje mnie pani relacja z Josephem Goebbelsem, ale nie szukam sensacji. Chcę panią zrozumieć.

Te ostatnie słowa wypowiada w sposób całkowicie pozbawiony buty. Jest w tym jakaś bezradność, a może nawet szczerość? To tak rzadkie zjawisko, że łatwo pomylić je z wieloma innymi albo wcale nie zauważyć.

- I Zorkę Janů - dodaje jeszcze ciszej.

Nagle gubię się w rzeczywistości. Wiem, że powinnam znać to nazwisko, że powinno coś dla mnie znaczyć. Czuję to wyraźnie. Moje ciało zareagowało na nie, ale pamięć milczy. Są dni, gdy mój umysł, mimo choroby, pracuje jak zwykle. Pamiętam wtedy wszystko bardzo dokładnie, jednak takie dni są rzadkością, najczęściej zapominam. Wiem, że to wszystko jest gdzieś wewnątrz mojej głowy, ale nie mogę tam zajrzeć. To wysoce irytujące, jak swędzące niemiłosiernie ugryzienie komara w miejscu, w które nijak nie można się podrapać. W tej dziwnej przestrzeni znikają osoby, daty, imiona, nazwiska. Całe tygodnie i lata mojego życia toną w pustce umysłu, zasnute tak gęstą mgłą, jakby nigdy się nie wydarzyły.

I wtedy opada mgła, przychodzi otrzeźwienie. Jasność. Zorka Janů. Zorka Babková. Moja Zorka. Moja ukochana Zorečka. Oddycham głęboko.

- Proszę dać mi szansę - odzywa się znów doktorantka. - Zrozumienie pani jest kluczowe dla moich badań. Jeśli mój doktorat okaże się wystarczająco wnikliwy, może doczeka się publikacji w oficynie uniwersyteckiej i dotrze do szerszego grona niż mój promotor i recen­zenci. Ktoś musi w końcu opowiedzieć światu o ogromie pani talentu, pani rolach, o pani zdolności do grania w innych językach i tych niezwykłych środkach wyrazu! To wszystko wymaga rzetelnego upamiętnienia. Jest pani bez wątpienia najważniejszą postacią kobiecą czechosłowackiego filmu. Bez pani...

Gdybyśmy były na scenie, pochwaliłabym ją za doskonałe użycie pauzy dramatycznej.

- ...bez pani to po prostu się nie uda - zakończyła.

- Czego pani zatem ode mnie oczekuje? - pytam ostrzej, niż zamierzałam, ale myśli o Zorce zawsze wytrącają mnie z równowagi.

- Może zaproszenia na herbatę do Salzburga? - Jej głos znów się rozjaśnia. Wyczuwam w nim ulgę. Ona już wie, że się zgodzę. - To podobno bardzo urokliwe miasto.

Brzmi to tak niewinnie i uroczo, że nie umiem powstrzymać śmiechu. W tej dziewczynie jest coś ujmującego.

- Skąd mam mieć pewność, że nie jest pani oszustką czyhającą na majątek wielkiej gwiazdy? - mówię z przekąsem.

- Nie może jej pani mieć - odpowiada znów z tą rozbrajającą szczerością. - Jeśli to panią uspokoi, mogę przekazać numer telefonu do dziekanatu mojego wydziału w Oksfordzie. Z pewnością udzielą pani wyczerpujących odpowiedzi, rozwiewając tym samym wszystkie wątpliwości co do mojej osoby.

- Załóżmy więc, że naprawdę jest pani brytyjską doktorantką przygotowującą pracę o czechosłowackich aktorkach. Niech stracę - ustępuję.

Przekonała mnie do siebie, choć nie bardzo potrafię stwierdzić dlaczego. Może podpowiada mi to ta osławiona kobieca intuicja? Po drugiej stronie wyczuwam pełne napięcia oczekiwanie.

- Kiedy chciałaby się pani zjawić?

- Och, naprawdę?! - Ta młoda kobieta nie potrafi skrywać emocji. - To cudownie!

Oczyma wyobraźni widzę, jak podskakuje przy telefonie, zasłaniając dłonią słuchawkę, żeby nie pisnąć mi w ucho.

- Niczego nie obiecuję. - Staram się ostudzić jej entuzjazm, mimo uśmiechu, który uparcie nie chce zejść z mojej twarzy. - Mam jednak spore archiwum, trochę niepublikowanych zdjęć, rozmaite zapiski, a nuż coś się pani przyda.

- Mogę przyjechać nawet jutro! - wykrzykuje z zapałem. - Złapię pociąg do Londynu. Z Oksfordu jest mnóstwo bezpośrednich. Na Paddington będę jechała godzinę. Potem Heathrow Express na lotnisko; niecałe dwa lata temu otworzyli to połączenie. Da pani wiarę? W kwadrans z centrum miasta można się dostać na lotnisko. Wspaniała sprawa, powiem szczerze. A może polecę z Gatwick? Zobaczymy. W każdym razie kupię bilet na najbliższy samolot do Wiednia. Nie sprawdzałam jeszcze, ale pewnie przynajmniej raz dziennie jest jakiś lot. Z Wiednia do Salzburga...

- W Salzburgu też mamy lotnisko i bezpośrednie połączenie z większością stolic, więc nie sądzę, by Londyn był wyjątkiem - przerywam jej gorączkowe analizy. - Ale proszę mi oszczędzić tych wszystkich szczegółów. Jutro to stanowczo za wcześnie. W moim wieku z pewnymi sytuacjami człowiek musi się oswoić, przygotować się na nie. Sprzątanie też zajmuje o wiele więcej czasu niż w młodości, choć pani zapewne nie ma pojęcia, o czym mówię. Jeszcze nie.

- Tak, pewnie tak...

Zapał przygasł. Doznała lekkiej przykrości. Fascynujące, jak głos tej dziewczyny zdradza wszystko.

- Umówmy się za tydzień, w środę dwudziestego drugiego marca - proponuję.

- Będzie już wiosna - stwierdza nieoczekiwanie tonem olśnienia, jakby zajrzawszy do kalendarza, nagle skojarzyła fakty. Ucieszyło ją to. Może jakoś wyjątkowo lubi tę porę roku?

- Oby, oby. - Znów mimowolnie się uśmiecham.

Sama kocham wiosnę, a w Salzburgu jest ona jeszcze piękniejsza niż gdziekolwiek indziej. Podaję adres. Nie jest to najlepsza z dzielnic miasta, ale lubię tętniące życiem okolice dworca, stare kamienice, bliskość rzeki i ten rys lokalności, czegoś autentycznego, nieobecny w bardziej turystycznych rejonach.

- Czy dziesiąta rano będzie dla pani odpowiednia? - dopytuje doktorantka, gdy kończy notować, dwa razy sprawdziwszy, że wszystko się zgadza.

- Nie umawiałyśmy się przypadkiem na herbatę?

- Tak... - W jej głosie pobrzmiewa niepewność.

- Jeśli mnie pamięć nie myli, królowa pija ją o piątej po południu.

- Pomyślałam jednak, że mogłybyśmy spotkać się wcześniej i...

- Przed piątą nie przyjmuję gości - ucinam.

Jestem już w tym wieku, że powoli zapominam o porankach. Wieczorami długo nie mogę zasnąć, a nawet gdy mi się to uda, po kilku godzinach się wybudzam i nierzadko aż do rana przewracam się z boku na bok w nadziei na sen, który nie chce nadejść. Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni spokojnie przespałam całą noc. To jeden z tych przywilejów młodości, za którym wyjątkowo tęsknię. Rankiem, a dokładniej przed południem, zwykle nie mogę się dobudzić. Rozruch zajmuje mi bardzo dużo czasu, a choroba jeszcze spowalnia wszystkie czynności. Mam wrażenie, że dopiero w porze obiadowej w końcu w pełni odzyskuję samą siebie.

- Zatem tea time, niech i tak będzie - przytakuje. - Do zobaczenia za tydzień! Nie mogę się już doczekać!

Trzymam czerwoną słuchawkę przy uchu nawet wówczas, gdy rozbrzmiewa w niej ciągły sygnał świadczący o tym, że moja rozmówczyni zakończyła połączenie.

IV

W kolejną środę ku własnemu zaskoczeniu budzę się wcześnie. Zanosi się na deszcz. Nabrzmiałe wodą ciężkie chmury pędzą ponad dachami domów na tle głęboko kobaltowego nieba. To jeden z tych dni, gdy po przebudzeniu zupełnie nie chce mi się wstawać. Dziś tym bardziej, bo śniłam cudowny sen.

W mirażu znalazłam się znów na planie filmowym Ognistego lata. Kręciliśmy to w 1939, niemal rok po telefonie, który zniszczył wszystko. Ból był wciąż palący, a mimo to dobrze wspominam tamten czas. Opowieść filmowa współgrała z tym, co działo się w mojej duszy, w jakimś sensie niosła ukojenie.

We śnie stałam jak wtedy w świetle reflektorów, w eleganckiej, strojnej czarnej sukni, z kwiatami wpiętymi we włosy, oparta na łokciu o lśniący fortepian, i patrząc na grającego na nim Svatopluka Beneša, śpiewałam:

- Milujem to, co ztrácíme. Kochamy to, co tracimy.

Doskonale wiedziałam, o czym śpiewam. I ja przecież kochałam to, co utraciłam.

Było to jedno z tych wspomnień, które mimo wszystko nie sprawiały bólu, więc powrót na jawę był szczególnie przykry. Wolałam zostać wśród snów, być znów na planie tamtego lata 1939 roku, gdy świat stanął na progu straszliwej wojny, gdy Zorka nadal żyła, gdy jeszcze mogłam grać, niż kolejny raz utracić tamtą chwilę.

- Milujem to, co ztrácíme. Kochamy to, co tracimy - nucę, wstając. Głos mi drży, dźwięki brzmią fałszywie.

Przez moment walczę z pokusą, by włączyć kasetę i ponownie obejrzeć Ogniste lato. Był to mój pierwszy film po ucieczce z Berlina i powrocie do Pragi.

Jeszcze przed zdjęciami przeczytałam powieść Odchodzić z jesienią Václava Krški, na podstawie której powstał scenariusz. Z każdą przewracaną stroną coraz mocniej utwierdzałam się w przekonaniu, że jest to książka napisana specjalnie dla mnie. Była tak melancholijna, o bezpowrotnym końcu młodości, erotycznym przebudzeniu, ale i wielkim, bolesnym rozczarowaniu. Nigdy wcześniej ani nigdy potem żadna opowieść tak silnie nie rezonowała z tym, co działo się w mojej duszy, jak owa historia o tragedii pierwszej namiętności. Czułam się Rosą. Byłam Rosą. W moim życiu też coś właśnie bezpowrotnie się skończyło.

Nagle chwyta mnie tęsknota za Zorką. Tak silna, że niemal fizycznie odczuwalna. Dałabym wszystko, żeby choć raz jeszcze zobaczyć moją kochaną Zorkę. Tak pełną nadziei, skrzącą życiem, uśmiechniętą, radosną jak w tamte dni. Był to wprawdzie nasz drugi wspólny film, ale w tym wcześniejszym moja siostra wystąpiła jako dziecko, a jej rola była niewiele znaczącym epizodem. Tu naprawdę zagrałyśmy razem, pierwszy i ostatni raz. W tamtej chwili jednak wierzyłam, że odtąd nic nie zdoła nas już rozdzielić. Ja i siostra przeciwko całemu światu.

W Ognistym lecie Zorka wcieliła się w rolę Klary, młodziutkiej, zakochanej w charyzmatycznym studencie z Pragi, Šimonie, dziewczyny, która z powodu nieodwzajemnionego uczucia próbuje popełnić samobójstwo.

Šimon wybrał Rosę, a Klara śmierć.

Ta myśl mnie otrzeźwia. Z odmętów pamięci niczym czarne mac­ki morskiego potwora wypełzają wspomnienia wszystkiego, co wydarzyło się potem. Robi mi się zimno. Potrząsam głową, ale nie mogę odsunąć od siebie tych rozważań. Są zbyt natrętne, zbyt silne. Chciałabym nakryć się kołdrą i spróbować znów zasnąć, wrócić na plan, do czasu, gdy jeszcze byłyśmy razem, lecz nagle przypominam sobie, że dziś będę miała gościa.

Na Boga, po co w ogóle umawiałam się z tą dziewczyną? Jak ona się nazywała? Davies? Angielka czeskiego pochodzenia. Szczęśliwie mówi po czesku. Mój angielski nigdy nie był zbyt dobry.

- Niepotrzebny kłopot - bąkam sama do siebie.

Wolałabym usiąść na kanapie z pudełkiem czekoladek zamiast śniadania i oglądać Ogniste lato, wciąż na nowo przewijając ulubione sceny. To zawsze ucisza potwory w mojej głowie.

Może po prostu tak właśnie postąpię? Gdy doktorantka zadzwoni do drzwi, nie otworzę, i tyle. Nie jestem jej nic winna, to przecież całkiem obca kobieta. Jestem stara, mogłam się z nią umówić i zapomnieć, nikogo nie powinno to dziwić.

Coś jednak nie pozwala mi pójść za tym głosem. Wstaję, wykonuję ćwiczenia zalecone mi przez rehabilitanta, parę na równowagę, parę na wzmocnienie mięśni, trochę skrętów i rozciągania. Nie jestem dziś najpilniejszą pacjentką, ćwiczę niedbale, byle tylko móc powiedzieć, że zrobiłam, co do mnie należało.

Ubieram się, wykonuję staranny makijaż, po chwili namysłu nakładam na powieki niebieski cień, by dodać twarzy trochę mocniejszego akcentu, i zawiązuję apaszkę. Od lat nie mogę znieść widoku pomarszczonej skóry na szyi.

Jem śniadanie, popijając czekoladki aromatyczną kawą, odkurzam wszystkie zdjęcia, na których na zawsze utrwalono moją młodość i piękno, poprawiam kilka przekrzywionych ramek, a potem pozostaje mi już tylko czekać.

V

Punktualnie o siedemnastej rozlega się dzwonek. Ani minuty wcześniej, ani minuty później. Zawsze odczytywałam punktualność jako oznakę szacunku, więc i teraz kiwam głową z aprobatą, choć osoba za drzwiami nie może tego zobaczyć. Idę otworzyć i ku własnemu zdumieniu odkrywam, że jestem podekscytowana.

Słuch mnie nie zmylił: kobieta stojąca w progu jest młoda. Nie widzę dokładnie jej twarzy, ale skórę ma idealnie gładką i jędrną, jestem pewna, że nie ma jeszcze trzydziestu lat. Podnosi rękę i przeczesuje palcami jasne, kręcone włosy, starając się jakoś uporządkować rozwichrzoną przez wiatr fryzurę. A może po prostu chce ukryć zmieszanie. Ma dziwne uczesanie. Nie z tej epoki. Ostatni raz widziałam takie w latach siedemdziesiątych. Dopiero po chwili dostrzegam jej twarz. Zamieram.

Boże!

Nie, to niemożliwe! Ta bladość, cieniutkie brwi opadające nieco za nisko, przepełnione melancholią migdałowe oczy, pucułowate policzki mimo szczupłości twarzy, nieproporcjonalne usta z wąziutką górną wargą i nazbyt pełną dolną, podkreślone śliwkową szminką. Nie. To tylko choroba znów mnie zwodzi. Wspomnienia nakładają się na rzeczywistość. To jakiś rodzaj złudzenia, halucynacja.

Potrząsam lekko głową, ale w rysach tej obcej kobiety wciąż widzę moją siostrę. Zorka Janů stoi przede mną w dopasowanych dżinsach i zbyt obszernym wełnianym beżowym swetrze, z rozciągniętym do granic możliwości dekoltem, i z burzą złotych loków wokół głowy. Takie samo uczesanie nosiła, gdy kręciliśmy Ogniste lato. Ubranie stanowi mój jedyny punkt zaczepienia w rzeczywistości. Moja Zorka nigdy nie ubrałaby się tak swobodnie.

Podobieństwo jednak jest uderzające. Przez chwilę nie mogę złapać oddechu. Dziewczyna zerka nerwowo, nie bardzo wiedząc, jak się zachować.

- Dzień dobry - odzywa się wreszcie, wysuwając w moją stronę prawą rękę.

Podobnie jak ubranie, głos nie należy do mojej siostry. To nie jest Zorka, powtarzam w myślach. Staram się odzyskać panowanie nad sobą.

- Nie przez próg - mówię, ochrypła z emocji.

Skinieniem głowy daję znak, by weszła do środka.

Angielka przemyka obok mnie jak kot. Przyjemnie pachnie. Nie jest to jeden konkretny, możliwy do określenia zapach perfum czy mydła, tylko mieszanka woni, która kojarzy mi się z rejsem łódką po zalanym słońcem jeziorze. To woń lata. Zorka też pachniała latem.

Prowadzę ją do salonu, wciąż na nowo zdziwiona wolnym tempem własnych kroków. Usiłuję strząsnąć z siebie to pierwsze wrażenie, ale nie umiem sobie z nim poradzić. Boję się spojrzeć jej znów w twarz.

Kątem oka obserwuję, jak doktorantka rozgląda się po moim mieszkaniu ciekawie, bez cienia skrępowania.

- Wspaniałe fotografie - wyrokuje w końcu z prawdziwym zachwytem, a ja przytakuję. Mówi przecież o moich portretach, cóż z tego, że sprzed pół wieku. Wiszą na wszystkich ścianach. Kurt uwielbiał na nie patrzeć. Powtarzał, że moja twarz jest najdoskonalszym wzorem symetrii. Tak, byłam piękna. Byłam olśniewająca. Byłam dziełem sztuki.

Siadam na kanapie. Wyrównuję oddech. Jej wskazuję miejsce na krześle naprzeciwko, ale ona podchodzi bliżej i przystaje przy fotelu.

- Można?

Zezwalam skinieniem, choć fotel stoi tuż przy kanapie. Zbyt blisko. Nie chcę jednak zdradzać dyskomfortu. Nie pozostaje mi nic innego jak udawać, że wszystko idzie zgodnie z moim planem, że wciąż jestem panią tej sytuacji.

- Zapali pani? - pytam, sięgając po srebrną papierośnicę.

Płacę kioskarzowi, by skręcał dla mnie papierosy tradycyjnymi metodami, zawijając dobrej jakości tytoń w moje ulubione bibułki. Jakoś nie zdołałam przekonać się do tych fabrycznych, kupowanych w paczkach. Potrzebuję tytoniu, by ukoić nerwy.

- Rzuciłam na początku roku - odpowiada z pozoru obojętnie, lecz wyczuwam w jej głosie tęsknotę.

- Współczuję. - Bezlitośnie wyciągam papierosa, wsuwam go między wargi i pstrykam zapalniczką. - To jedna z niewielu prawdziwych przyjemności dostępnych w moim wieku.

- Oczywiście zdaje sobie pani sprawę z tego, że palaczom z rzadka dane jest takiego wieku dożyć - odpowiada, odwracając wzrok w stronę wiszącego na sąsiedniej ścianie portretu, który zrobiono mi podczas promocji Barcarole. Ile miałam wtedy lat? Dwadzieścia? - Najnowsze badania jasno pokazują, że palenie papierosów zabija.

- Być może, ale ja zaczynam już tracić nadzieję na skuteczność ich działania. - Wypuszczam w jej stronę kłąb aromatycznego dymu.

Zorka Davies mnie ignoruje. Rozgląda się wciąż z tą samą żywą ciekawością, jak dziecko pierwszy raz zabrane do muzeum. Nie ma w niej krztyny tej uprzedzającej, nieco przesadnej grzeczności, z którą zwykle traktują mnie ludzie. Nie zdradza też objawów nadmiernego szacunku dla osoby wyraźnie od niej starszej. Zachowuje się nonszalancko i swobodnie, na tyle, by w niczym mi nie uchybić, owszem, ale jest w tym też jakaś naturalność. Co za dziwna dziewczyna!

Zaciągam się ostatni raz i zgniatam niedopałek w popielniczce. Nie zamierzam odgrywać roli dobrej gospodyni. Chciała, bym ją zaprosiła, zrobiłam to, lecz na tym kończy się moja uprzejmość. Teraz czekam, by to ona poprowadziła rozmowę. Już umiem być cierpliwa. To jeden z wielkich darów starości.

- Bardzo dziękuję, że zgodziła się pani ze mną spotkać. - Zorka Davies raz jeszcze nerwowo przeczesuje palcami włosy. Wyraźnie nie wie, jak zacząć.

Znów na nią patrzę. Przeszywa mnie dreszcz. Mam ochotę sięgnąć po kolejnego papierosa.

- Jest pani uderzająco podobna... - zaczynam, ale brak mi odwagi, by wypowiedzieć na głos tę myśl.

- Do Zorki Janů? - pyta, nawet nie przenosząc na mnie wzroku.

- T-tak - jąkam się, zaskoczona, że zgadła.

- Słyszałam to wiele razy - wzdycha. - Podobno jesteśmy jak dwie krople wody. Wszyscy, którym pokazałam stare zdjęcia Janů, byli w tym względzie wyjątkowo zgodni. Przyznam szczerze, że z czasem zaczęłam podkreślać to podobieństwo. Dobrze się z tym czuję.

Chciałabym ją zapytać, co dokładnie ma na myśli, co sprawia, że dobrze się czuje, ale znów brak mi śmiałości. Nie boję się tej dziewczyny, raczej samej siebie i tego, co mogłabym zdradzić, gdybym dała się ponieść emocjom, zbyt mocno zaangażowała. Zaczynam pragnąć, by sobie poszła. Zniknęła. Zostawiła mnie w spokoju, samą z moimi wspomnieniami.

- A może to tylko jakiś rodzaj sugestii - ciągnie Angielka. - Mam tak samo na imię, więc może ludzie podświadomie doszukują się między nami podobieństwa, którego tak naprawdę wcale nie ma. Ludzki mózg świetnie wychwytuje analogie, uparcie wypatruje wzorów i schematów. Zapewne słyszała pani o apofenii. Psychologia to mój drugi konik - dodaje, uśmiechając się usprawiedliwiająco. - Po filmie, rzecz jasna.

Zapisuję to pojęcie w pamięci. Mam nadzieję, że nie zatrze się, zanim zdążę dokładnie sprawdzić jego znaczenie. Wiem jedno: podobieństwo tej dziewczyny do mojej Zorki nie jest żadnym złudzeniem. Widzę je zbyt wyraźnie.

Davies sięga do wielkiej workowatej torby. Wyjmuje dyktafon. Naciska kilka guzików, których trzask przypomina mi odgłos pociągnięcia za spust. Sprawdza, czy wszystko działa. Kładzie dyktafon na stoliku do kawy i znów grzebie w torbie. Obok sprzętu do nagrywania lądują gruby notatnik kołowy i dwa długopisy.

- Możemy zaczynać. - Jest to bardziej oświadczenie niż pytanie, więc nie silę się na odpowiedź.

Spomiędzy stron zeszytu dziewczyna wyjmuje złożoną na pół, mocno zadrukowaną kartkę.

- To moje pytania do pani - wyjaśnia, rozkładając papier. - Po­dzielone według okresów i konkretnych tez do udowodnienia bądź obalenia. Gdy będzie pani gotowa, proszę dać mi znać, włączę nagrywanie.

Jest metodyczna. Dobrze się przygotowała.

Po naszej pierwszej rozmowie nie zadzwoniłam do Oksfordu, nie zrobiłam nic, by zweryfikować tożsamość tej kobiety. Karygodne zaniedbanie. Wpuściłam do domu obcą osobę. Prawda jest jednak taka: jednym z niewątpliwych przywilejów starości jest to, że niewielu rzeczy się boję. Życiu niełatwo zaskoczyć kogoś takiego jak ja. Wiem dobrze, co to strata, lęk, samotność, sława, miłość, wielkość, uwielbienie. Zdaje mi się, że znam już cały repertuar olśnień i otchłani. Życie nie ma mi już zbyt wiele do zaoferowania i nic nie zdoła już zrobić na mnie większego wrażenia. To wszystko już przeminęło, wreszcie dobiega końca. Chyba mogę nazwać ten obecny stan wolnością.

Zresztą, jakkolwiek nie ma ku temu żadnych logicznych przesłanek, intuicja podpowiada mi, że mogę jej zaufać. Ma w sobie coś dobrego, jasnego, dziecięcego. I te oczy. Oczy mojej Zorki. Jestem gotowa się założyć, że to gorąca głowa. Pewnie narobiła w życiu wielu głupstw, bywa nierozważna, najpierw działa, dużo później myśli, ale dotąd nikogo nie skrzywdziła.

Dalsza część w wersji pełnej