1
Kiedy dotarłam do kliniki, w oddali usłyszałam muzykę. Był to bardzo stary utwór z czasów mojej młodości, jednak ludzie wciąż uwielbiają go słuchać.
Jesteś dla mnie wszystkim...
Popadam w ekscytację oraz melancholię jednocześnie i czuję się tak jak w czasach, gdy ta piosenka była przebojem: silniejsza, młodsza i pełna wigoru. Przyglądam się sobie w lustrze windy. Może nie jestem już tak młoda jak kiedyś, ale wciąż mam dużo energii. Tę energię dają mi poradnia i jej pacjenci, którzy wkrótce, jeden za drugim, zaczną przekraczać jej próg. Choć przychodzą do mnie głównie ze smutnymi i ponurymi historiami, błysk, który widzę w ich oczach, gdy opuszczają gabinet, nie przestaje mnie zadziwiać i uskrzydlać.
Wchodzę do holu i kierując się do gabinetu, posyłam uśmiech rejestratorkom, które wstają i odwzajemniają go na mój widok. Zobaczymy, kto się dziś zjawi, by opowiedzieć mi, jakie figle spłatał mu los. Zobaczymy, kto przyjdzie zwierzyć mi się ze swoich nieszczęść i bólu.
Gdy siedzę przy biurku i wyciągam rękę w stronę szafek z dokumentami po mojej lewej stronie, by wyjąć teczkę, do gabinetu wpada Tuna, trzymając szklankę wody i nie roniąc ani kropli. Czytelnicy poprzednich książek zapewne wiedzą, że Tuna to moja prawa ręka, najlepsza asystentka, jaką mogłabym sobie wymarzyć. Jak to możliwe, że ktoś tak pulchny jest tak zwinny? Ja, na przykład, nigdy nie byłam tak zręczna. Pamiętam, jak nauczycielka wuefu ustawiła nas w szeregu i kazała robić salto na gumowych matach. To była dla mnie tortura, a gdybym poprosiła Tunę, by wykonała salto tutaj, na dywanie, nie miałaby z tym problemu, mimo wieku i budowy ciała...
Wiem, że jeśli podniosę głowę, zacznie mówić, więc siedzę pochylona. Biorę od niej szklankę i wypijam wodę jednym haustem. Jest lodowata, zawsze taką piję. Słońce czy deszcz, bez względu na porę roku, lubię się napić lodowatej wody. Kiedy odstawiam szklankę na biurko, Tuna stoi przede mną wyczekująco, z trudem powstrzymując podniecenie. Najwyraźniej ma do powiedzenia coś ważnego. Ze spuszczoną głową proszę:
- Tuna, zrób salto na tym dywanie.
Po chwili obie parskamy śmiechem.
- Musi się pani nieźle nudzić, skoro prosi mnie pani o coś takiego!
- Zrobiłabyś to, prawda? Gdybym poprosiła cię serio?
- Oczywiście! To przecież nic złego!
- No pewnie. A teraz mi zdradź, co chcesz powiedzieć.
- Przed gabinetem czeka kobieta, pani Nalan. Bardzo wytworna! Przypomina aktorkę ze starych filmów, wie pani, taką w stylu Filiz Ak?n. Ale ubrana jest dziwacznie. Może to nowa moda, za diabła się nie znam. Ma na sobie czarną koronkową suknię do ziemi ze wstawkami z czarnej tkaniny, w jednej ręce trzyma ogromny wachlarz, a w drugiej torebkę. Nawet jej fryzura wydaje się staroświecka. Wie pani co? Wygląda, jakby ktoś ją ściągnął z tronu i przywlókł tu siłą. Brakuje tylko dam dworu.
- Tuna, co ty opowiadasz? Można by pomyśleć, że to postać z bajki! Skąd ty bierzesz te historie?
- Z bajki? Zrozumie pani, co mam na myśli, kiedy ją pani zobaczy. Jest dziwna... Nie wiem, co tak wkurzyło faceta obok niej, ale wyglądał, jakby miał ochotę pobić ją tym jej wachlarzem. Biedaczkę dopadło jakieś załamanie nerwowe. Na szczęście wkroczyłam do akcji i trochę ich uspokoiłam. Człowiek się nie spodziewa takiego zachowania po kobiecie takiej jak ona. Zrozumie pani, kiedy ją pani zobaczy. Pozostali pacjenci nie wiedzieli, gdzie podziać wzrok. W końcu zaczęli się na nich gapić, jakby oglądali telenowelę! Ja, oczywiście, nie mogłam być taka beztroska. Musiałam działać. Gdyby nie moja interwencja, Bóg jeden wie, co by jej zrobił. Coś niebywałego!
Takich informacji zawsze oczekuję od Tuny. Zanim pacjenci wejdą do gabinetu, są skanowani jej czujnym wzrokiem. Przygląda im się, nawiązuje z nimi kontakt, a następnie informuje mnie, jeśli wyczuwa coś niezwykłego lub wartego wzmianki. Dzieje się tak dlatego, że w moim gabinecie pacjenci nie czują się naturalnie. U mnie odkrywają nowe terytoria, natomiast Tuna widzi ich w świecie realnym, niejako w codziennym życiu. Informacje, które mi przekazuje, są na ogół niezwykle przydatne, dziś jednak odnoszę wrażenie, że chyba trochę przesadza...
- Jest z nią młody mężczyzna. Przystojny. Trochę podobny do ?brahima Tatl?sesa. Typ macho, ale sprawia wrażenie całkiem przyzwoitego faceta. Niewielu wyobraziłoby ich sobie jako parę. Gdybym była reżyserką filmową, nie obsadziłbym go w głównej roli, jeśli ona miałaby grać pierwszoplanową bohaterkę. Któreś z nich trzeba by było zamienić.
- Tuna, coś mi się zdaje, że naoglądałaś się ostatnio starych filmów. Te twoje wzmianki o Filiz Ak?n i ?brahimie Tatl?sesie... Czyżbyś w końcu została reżyserką?
- Nic podobnego, pani Gülseren. Zorientuje się pani, co mam na myśli, kiedy ich pani zobaczy. On ma na sobie czerwony płaszcz, taki sam jak ten, który nosił ?brahim Tatl?ses. Pamięta pani, jak pojechałyśmy na Cypr i któregoś dnia podszedł do nas sam ?brahim Tatl?ses w czerwonym płaszczu? Tak właśnie wygląda ten facet na korytarzu. Wysoki, dobrze zbudowany, czarne oczy i czarne brwi. Brakuje mu tylko wąsów. Ma lekki zarost, ale bez wąsów. Jak taka kobieta wytrzymuje z takim mężczyzną, nigdy nie pojmę. Taka ślicznotka, ale Boże drogi, ciągle płacze! Nie można jej uspokoić. Gdybym była reżyserką, obsadziłabym ją w roli królowej. Strój ma już odpowiedni!
- Dziękuję, Tuna, to mi wystarczy.
- Nie powiedziałam jeszcze najważniejszego! Ten facet przyprowadził ją tu siłą i mówi, że on chce wejść pierwszy. Chce panią poprosić o podanie tej kobiecie tabletek, bo nie może jej uspokoić. No i nie bardzo wiem, jak ich wprowadzić...
- Ach tak. Mam jej podać pigułki. No cóż, fantastycznie, nieprawdaż? Lepiej go wpuść.
- Już się robi. W międzyczasie postaram się uspokoić kobietę.
Tuna szybkim krokiem opuszcza gabinet. Gdybym jej pozwoliła, gadałaby do rana.
Chwilę później rozlegają się dwa głośne stuknięcia do drzwi i do gabinetu wchodzi wysoki ciemnowłosy mężczyzna w czerwonym płaszczu. Tuna miała rację - rzeczywiście wygląda jak ?brahim Tatl?ses! Dość obcesowo i natarczywie wyciąga rękę, przedstawia się, a następnie siada na krześle naprzeciwko mojego, szeroko rozstawiając nogi. Zajmuje dużo miejsca. Wyciąga klucze i telefon komórkowy, z głośnym łoskotem kładzie je na stole przed sobą i odwraca się do mnie.
W jego ciemnobrązowych oczach widać wyraźny, lecz sztuczny uśmiech. Jest w nim coś, co nie wzbudza zaufania, aura człowieka mającego o sobie zbyt wysokie mniemanie i chcącego zdominować przestrzeń, w której się znajduje. Wpatruje się we mnie wyniośle. Widać, że chce jak najszybciej załatwić sprawę i sobie pójść.
Moje spojrzenie w niczym nie przypomina jego.
Facet lekko opiera ręce na moim biurku i zaczyna mówić.
- Pani doktor, nie uwierzy pani, ile wysiłku mnie kosztowało przyprowadzenie tu Nalan. Za żadne skarby nie chciała przyjść, nawet próbowała się ze mną bić, ale słowo daję, tak dalej być nie może. Od wielu dni urządza mi piekło. Sekretarka na własne oczy widziała, jak mnie zaatakowała. Jak dziki kocur! Przy pierwszej lepszej okazji gotowa mnie zabić. Raczej nie zwracam się po tego rodzaju pomoc, ale szczerze mi jej żal. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że się boję, że może mnie mocno szturchnąć, jak ją przypadkowo uderzę, a wtedy zupełnie przestanie nad sobą panować. A jak ją uderzę i ona umrze? Co wtedy? Jest takie powiedzenie, że czasami trudno odróżnić zabójcę od ofiary...
Na jego wargach pojawia się nieprzyjemny grymas, ale moje spojrzenie go temperuje.
Irytuje mnie pogarda, z jaką o niej mówi. Zastanawiam się, w czym może tkwić prawdziwy problem...
- W czym problem? Dlaczego tak się na pana złości?
- Problemu nie ma. Chodzi tylko o to... Jej się zdaje, że jestem jakimś produktem zarejestrowanym wyłącznie na jej nazwisko. Mieszkamy razem od siedmiu lat. Z początku byłem w niej szaleńczo zakochany. Nie oglądałem się za innymi. Związek z kobietą taką jak ona był wtedy dla mnie odległym marzeniem. Próbowałem zwrócić na siebie jej uwagę, ale z marnym skutkiem. Nalan nie jest do końca normalną osobą, tak w ogóle. Jest specyficzna. Pracowaliśmy w jednej firmie i bardzo mi na niej wtedy zależało. Musiałaby pani widzieć, jak się w nią wpatrywałem, jak kot w kuszący kawałek wątróbki, który wisi poza zasięgiem! Zresztą nie tylko ja; większość mężczyzn w firmie. W każdym razie, w skrócie, ktoś chyba coś szepnął szefowi czy coś takiego, bo podszedł do mnie pewnego dnia i powiedział, że mam być jej kierowcą i we wszystkim jej pomagać. Powinienem dodać, że szef mnie lubił.
Mówi to z dumą. Przychylność szefa jest dla niego ważna.
- Wie pani, jak to mówią: niewidomy prosi Wszechmogącego o jedno oko, a Wszechmogący błogosławi go dwojgiem oczu. Byłem w siódmym niebie. Wiedziałem wtedy, że choćby nie wiem co, zdobędę tę kobietę.
- To wtedy zwrócił pan na nią uwagę?
- Skąd! Zakochałem się w niej dużo wcześniej, ale nie mogłem się nawet do niej zbliżyć! To byłoby jak postawienie prochu obok płomienia. Wszystko trwało dłużej, niż przewidywałem, ale w końcu ptaszek wleciał do mojej klatki.
- Więc to wszystko było zaplanowane?
- Nie! Pani się chyba nie zna na tych rzeczach.
- Na jakich?
- Takich jak miłość.
Jeśli ja się nie znam na miłości, to kto się zna? Jemu się zdaje, że on jeden rozumie sercowe rozterki, a jednak przyprowadza do mnie kobietę, w której się szaleńczo zakochał, bo chce z nią zerwać!
- Dlaczego pan tak uważa?
- Słucham?
- Powiedział pan, że nie znam się na rzeczach takich jak miłość.
- A, tak. No cóż, syty głodnego nie zrozumie. Pani wygląda na osobę, która nie doświadczyła niedostatku. Więc ludzie tacy jak my... cóż, wątpię, by nas pani zrozumiała.
Ludzie tacy jak my? Więc jesteśmy niby z różnych grup? Ależ się myli. Zaliczam się właśnie do tych, których on nazywa "nami", ale chyba nie chcę go zrozumieć, on mnie zresztą też nie. Więc w tej sprawie akurat może mieć rację.
Przychodzi, obraża kobietę, którą pierwszy raz widzi, wyśmiewa ją, a później próbuje opowiedzieć jej o swojej wielkiej, szlachetnej miłości! No cóż, skoro tak to ma wyglądać, to na pewno nie chcę pana zrozumieć, drogi panie. Proszę powiedzieć, co ma pan do powiedzenia, i wyjść. Nie zamierzam marnować czasu ani energii.
Te myśli, choć niewinne, musiały odmalować się na mojej twarzy, bo dostrzegłam lekko zaniepokojoną minę mojego gościa.
- Na nasze potrzeby proszę przyjąć, że rozumiem. Słucham pana - oznajmiłam.
- Mógłbym tu siedzieć i bajerować, ale gdyby pani wiedziała, jak szalałem na punkcie tej kobiety na samym początku... Byłem nią tak zauroczony, że gdyby ktoś mi powiedział, że kiedyś zostawię ją z własnej woli, nazwałbym go obłąkanym. Byłem jak Madżnun ze starej opowieści; potrzebowałem góry, którą mógłbym zrównać z ziemią, żeby udowodnić swoją miłość. Jak ja za nią tęskniłem i płakałem! Oczywiście ona o tym nie wie. Jest kobietą, a kobietom nie można okazywać słabości.
Wspaniale... Nie rozumiem go, fakt, ale przynajmniej mówi coś nowego. Nie wolno okazywać słabości... To stwierdzenie pada z ust mężczyzny. Dziwne, bo takie opinie zazwyczaj słyszę od kobiet.
- Koniec końców mądrze to rozegrałem i udało mi się ją zdobyć. Zakochała się we mnie. Szkoda, że mnie pani wtedy nie widziała. Nawet chodzić zacząłem inaczej. "Tylko popatrz", powtarzałem sobie. "Miałeś to w sobie od zawsze i nawet o tym nie wiedziałeś. Powaliłeś na kolana królową". To spory wysiłek, pani doktor. Zwłaszcza dla ludzi takich jak my. Spory wysiłek.
Znów to samo. "Ludzi takich jak my". Odcina się ode mnie. Stawia między nami granicę. Zdaje mu się, że pochodzimy z różnych światów. Cóż, jeśli przyszedł tu, by mnie rozgniewać, to mu się udało. Nigdy nie przywiązywałam wagi do pochodzenia, a przynajmniej starałam się tego nie robić. Jeśli mam do czynienia z ludźmi z naszego kraju, z tych ziem, ogromnie to cenię. Tworzą ze mną jedność, a ja z nimi. Jesteśmy ulepieni z tej samej gliny. Jednak według tego człowieka to nie jest ta sama glina.
- Ale nic nie trwa wiecznie. Nawet miłość. Dlatego zjawiłem się dziś u pani. Żeby uratowała mnie pani przed tą kobietą. Dlaczego? Bo zakochałem się w innej.
W jego oczach pojawia się błysk szaleństwa. Co za beztroski, nonszalancki człowiek! Zwykle chcę zrozumieć ludzi siedzących przede mną i słucham ich, by wczuć się w ich położenie, ale przy tym mężczyźnie nie potrafię. Nie czuję się nawet tak, jakbym miała przed sobą prawdziwą osobę. Ale on nie jest moim pacjentem, więc nie ma sensu się nim przejmować. Nie muszę go rozumieć.
- Nasz związek trwał pełne siedem lat. Ale po tym czasie ekscytacja zaczęła u mnie powoli gasnąć. Chyba się nią znudziłem. I wtedy, niespodziewanie, pewnego dnia w barze natknąłem się na kobietę znad Morza Czarnego. Co za zjawisko! Zaparło mi dech w piersiach. Szaleńczo się w niej zakochałem.
- Wiele miał pan takich przygód w trakcie związku z panią Nalan?
- Niezbyt...
Niezbyt!
- Nalan zawsze była moją księżniczką. Moją królową. Nie tylko byłem w niej zakochany. Byłem nią zachwycony! Przeżyliśmy wspaniałe chwile.
Gdy wspomina tamte dni, widzę, że wywołują w nim nostalgiczną radość. Skoro tak się czuje, gdy myśli o Nalan, jak zamierza ją zostawić? Twierdzi, że miłość dobiegła końca, ale ja nie odnoszę takiego wrażenia.
- Kieruję się sercem, pani doktor. Jestem prawdziwym romantykiem. Jak się zakocham, to nie słyszę ani nie widzę niczego innego. Kiedy zobaczyłem Lazyjkę, poczułem, że coś wbija się w moje serce. Nie da się tego usunąć, nawet gdybym bardzo się starał. Od samego początku wiedziałem, że doprowadzi mnie to do szaleństwa i prawdopodobnie czasem rzuci na kolana. Ale ta zazdrość Nalan! Nie miałem kogo poprosić o radę, więc sam zdecydowałem, że najlepiej zostawić ją od razu. Zachowałem się wobec niej uczciwie i powiedziałem wprost, że zakochałem się w innej kobiecie i że to koniec. I co dostałem w zamian za moją szczerość? Od tamtej pory urządza mi piekło! Cały czas do mnie wydzwania i ciągle krzyczy przez telefon: "Jak możesz mi to robić, jak możesz mi to robić?". Ludzie kochani, nawet życie musi się kiedyś skończyć! Mówię jej, że wszyscy kiedyś kopniemy w kalendarz, a skoro życie ma koniec, to z pewnością koniec może mieć też związek. Ale czy to do niej dociera? Skąd. Nie mogę jej przemówić do rozsądku, pani doktor. Kilka razy próbowała popełnić samobójstwo. A raczej udawała, że próbuje.
Od kiedy to uczciwość jest synonimem bezwstydności, zdrady, bezwzględności i arogancji? Za kogo ten mężczyzna się uważa? Jemu wszystko wydaje się takie proste!
- Moja żona słowem nie protestuje, więc za kogo, do cholery, uważa się Nalan, żeby urządzać takie potworne sceny?
Nie wierzę. W dodatku jest żonaty?
- Jest pan... żonaty?
- Dzięki łasce Boga tak. Mam też trzy córki. Moja żona, Türkân, niech ją Bóg błogosławi, siedzi w domu i się nie wtrąca, za to Lazyjka zachowuje się okropnie. Jest zazdrosna nawet o to, że spędzam czas z żoną. Jeśli się dowie o Nalan, Bóg jeden wie, do czego się posunie.
Żona w domu, kochanka, która grozi, że się zabije, by powstrzymać go przed odejściem, i w dodatku inna kobieta, nowa miłość... To bez wątpienia mężczyzna o wielkich potrzebach! A jak beztrosko o tym wszystkim opowiada. Gdyby żona wytknęła nos za drzwi, gotów ją pobić do nieprzytomności, jego natomiast podobne ograniczenia nie obowiązują. Może robić, na co tylko ma ochotę!
Dobry Boże, ależ ten człowiek jest irytujący. Zwykle słucham słów, które padają w tym gabinecie, z dystansem, beznamiętnie, bez osądzania czy potępiania, nawet w głębi duszy. Zadaję sobie tylko pytanie: "Dlaczego? Dlaczego oni to robią?".
Ale tego człowieka nie lubię. Jest przebiegły i nieuczciwy i muszę się go jak najszybciej pozbyć.
- Przepraszam, ale nie dosłyszałam pańskiego imienia.
- Hayri.
- Panie Hayri, nie ulega wątpliwości, że ma pan wiele kłopotów z kobietami, ale wydaje mi się, że te kłopoty sprawiają panu przyjemność.
- Rzeczywiście, ale pani doktor, proszę mnie uwolnić od Nalan. Mam dość. Wszystko jedno, jakim sposobem. Psychotropy, inne leki, wszystko jedno. Żeby po prostu dała mi spokój. Nie potrzebuję, żeby popełniła samobójstwo i narobiła mi kłopotów.
- Proszę się nie martwić o Nalan, panie Hayri. Znajdę sposób, by ją uspokoić.
Patrzy na mnie z powątpiewaniem. Tym razem odwzajemniam spojrzenie. Przyglądam mu się uważnie chyba po raz pierwszy, odkąd wszedł do gabinetu. Ma w sobie coś obłudnego i to mnie niepokoi.
- Insz Allach. Oby. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, pani też jest kobietą. A więc będzie pani oceniać sprawę z jej perspektywy, nie z mojej.
- A nie po to właśnie sprowadził pan tutaj Nalan? Żebym ją zrozumiała? Przyjrzała się sytuacji z jej punktu widzenia?
- Szkoda, że nie mogę tu przyprowadzić także Lazyjki.
- Po co chciałby ją pan do mnie sprowadzić?
- Hm... Kiedy zobaczy pani Nalan, będzie mnie pani przeklinać, ale gdyby poznała pani Lazyjkę, być może spojrzałaby pani na wszystko moimi oczami i zmieniła zdanie. Ona jest wyjątkowa. Zupełne przeciwieństwo Nalan. Jeśli Nalan jest biała, to Lazyjka jest czarna. Otwieramy butelkę rak?, we dwoje, siedzimy i rozmawiamy do białego rana. A jakie cudowne są te nasze rozmowy! Ona naprawdę potrafi zawrócić facetowi w głowie. Nawet kelnerów przywołuje w taki sposób, że doprowadza mnie do szaleństwa. Przy Nalan nabawiłem się złych nawyków.
- Jak przywołuje kelnerów?
- Po prostu krzyczy: Halo, tutaj! I nawet oni się przed nią trzęsą.
"Halo! Tutaj!" Dobry Boże! Dlaczego ten człowiek nadal siedzi w moim gabinecie?
- Ach tak. Wie pan, nie poznałam jeszcze Nalan, ale mam wrażenie, że bardziej pasuje pan do tej drugiej dziewczyny, Lazyjki.
Robi się czerwony na twarzy, a w jego oczach widzę iskierki gniewu. Ledwo mogę uwierzyć w słowa, które wypływają z moich ust. Niewiele brakuje, żebyśmy zaczęli się okładać.
A niech to!
- Cóż, dziękuję za informacje, panie Hayri. Zechce pan teraz poprosić do mnie panią Nalan.
Trzeba by być ślepym, by nie dostrzec w jego oczach wściekłości, gdy zastanawia się nad odpowiedzią. Wściekłości i nienawiści poniżonego mężczyzny wobec kobiety... Wstaje szybko i zbiera swoje rzeczy ze stołu, nie zapominając mnie poinstruować, bym przepisała Nalan "dużo tabletek".
Dzięki Bogu wychodzi, zanim sytuacja zdąży wymknąć się spod kontroli. Myśli wirują i szaleją w mojej głowie. Jedna zaczyna dominować, głośna niczym alarm: "Panie Hayri! Proszę mi powiedzieć, co by było, gdyby to jedna z kobiet tak z panem postąpiła?".
Nalewam sobie do szklanki wody z dzbanka, który stoi na biurku, i próbuję się uspokoić. Jestem ciekawa, jaka okaże się Nalan. Jak to, u licha, możliwe, że znosiła tego mężczyznę przez tyle lat?
Po krótkim zamieszaniu przy otwartych drzwiach podnoszę wzrok i widzę Tunę prowadzącą za rękę kobietę. Pacjentka jest rozhisteryzowana, kręci głową jak dziecko i zapiera się stopami, wzdychając i jęcząc jak osoba pogrążona w głębokiej rozpaczy.
To klasyczne objawy bezsilności... Tak zachowują się dzieci. Bezradne, zdesperowane, gdy nie mogą porozumieć się z matką, gdy zdaje im się, że są na tym przytłaczającym, przerażającym świecie zupełnie same i próbują uniknąć śmierci... To nie jest zachowanie osoby dorosłej. Czego ona się boi? Co jest powodem paniki, histerii? Wygląda na to, że przeżywa potworną rozpacz.
Wstaję powoli, jakbym witała samotne i przestraszone dziecko, i bez słowa, ze skupieniem, uwagą i uczuciem spoglądam jej głęboko w oczy.
Dlaczego? Ponieważ lekarstwem na wszystkie bolączki świata jest miłość i czułość.
Kobieta jest tak bardzo przerażona i spanikowana, że nawet jeśli coś powiem, nie usłyszy mnie. Przypomina niemowlę przeżywające chwilę bardzo realnej i okrutnej grozy. Nie jest w stanie wydobyć z siebie słowa. Muszę się z nią porozumieć w inny, niewerbalny sposób.
Dostrzega na mojej twarzy serdeczność, widzi, że jestem spokojna i że w gabinecie nie ma niczego, co stanowiłoby zagrożenie, więc odwzajemnia dłuższe spojrzenie. Uśmiecham się lekko, a ona przygląda mi się uważniej. Protesty, płacz i szamotanina zaczynają nieco słabnąć. Nie podchodzę do niej. Wciąż trzymając Tunę za rękę, zaczyna się do mnie zbliżać. Mruga kilka razy. Trzęsie się cała jak osika, a jej wargi drżą.
Jest przerażona, ale widać, że strach, z którym musi się mierzyć, nie jest nowy ani nieznany. To stary lęk, który towarzyszy jej od zawsze, coś jedynie wyzwoliło te niepokoje, nad którymi przez lata panowała...
Stoimy teraz twarzą w twarz. Nie poruszam się. Wyciągam rękę, powoli, bardzo powoli. Choć mój ruch jest spokojny i niespieszny, ona wciąż się boi. Uśmiecham się szerzej. Przygotowuję się do tego, by się do niej odezwać, jednak w tej chwili liczą się nie tyle same słowa, ile raczej sposób, w jaki je wypowiem. Ton, natężenie głosu i rytm, a także cała moja postawa muszą być delikatne jak kołysanka.
Z moich ust wymyka się ciche, łagodne "hm". Nawet Tuna jest zaskoczona. Na jej twarzy widać strużki potu od wysiłku, jakim jest przytrzymywanie Nalan. Wzrokiem daję jej znać, by puściła kobietę, i gestem odprawiam Hayriego. Gdy wychodzi na korytarz, oglądając się za siebie, Tuna delikatnie wypuszcza kobietę. Jej ręce zwisają bezwładnie wzdłuż ciała, drżenie nieco ustępuje, a krzyki ustają. Wyciągam do niej rękę, znów bardzo powoli. Jej wzrok podąża za moją dłonią. Boi się, że ją chwycę, ale tego nie robię. Delikatnie dotykam jej ręki i głaszczę ją z czułością. To samo próbuję zrobić z drugą. Zdaje się, że przerażenie w jej oczach powoli gaśnie. Mruży je i wpatruje się we mnie. Wyczuwam, że jej mięśnie lekko się rozluźniają.
Jestem poruszona wyglądem jej zielonych oczu: opuchnięte i zaczerwienione od płaczu, są pełne rozpaczy. To właśnie oczy, bardziej niż cokolwiek innego, ukazują wnętrze człowieka - w tych widzę hüzün. Łagodnym tonem mówię:
- Ma pani piękne oczy, ale są pełne smutku.
Te słowa wypowiadam tak, jakbym śpiewała kołysankę. W końcu kobieta uspokaja się na tyle, by mnie usłyszeć i spróbować zrozumieć. Usiłuje dociec, gdzie się znajduje i z kim ma do czynienia. Nie wie, że do tego gabinetu powinna była trafić dawno temu i że od jakiegoś już czasu jestem gotowa jej wysłuchać i okazać zrozumienie. Hayriego mogę nie rozumieć, ale ją - owszem.
Powoli podnoszę ręce, uśmiecham się i mówię:
- Dobrze, dobrze. Przestanę. Poddaję się. Nie mam nic do ukrycia, pani Nalan. Nie zamierzam pani skrzywdzić.
Wciąż patrzy na mnie tym swoim pytającym wzrokiem. Zastanawiam się, czy wie, że ma piękne oczy. Czy to dobrze, jeśli kobieta wie, że jest piękna? Kiedy byłam młoda, moja babcia mawiała: "Oby spotkał cię los brzydkich, a nie pięknych". Im jestem starsza, im lepiej znam życie, tym bardziej rozumiem to powiedzenie. Sama uroda nie wpływa na los człowieka, kształtują go większe oczekiwania z powodu urody, a im więcej oczekujemy od życia i ludzi, tym większe i boleśniejsze są nasze rozczarowania. Piękno nierzadko sprawia, że ludzie stają się egocentryczni i przejawiają skłonność do traktowania innych z góry. To pozorne błogosławieństwo - piękno - może zamienić się w przekleństwo; osoby nim obdarzone często nie zaznają szczęścia, jakim cieszą się ci, których lekceważą.