Wyspa biznesmena
Wyspa biznesmena
Jeśli odkryjesz wyspę, która nie należy do nikogo, jest twoja.
Bankier, Asteroida 328, s. 41
Pilot spostrzega skrawek czystego nieba z trzema gwiazdami, wznosi się
ku nim, a potem nie może już obniżyć lotu i zostaje tam na zawsze,
kąsając gwiazdy...
Nocny lot2
I
- Ta kartka wystaje.
Véronique stała przed drzwiami, na werandzie, uśmiechając się do mnie.
To był pierwszy od tygodni pogodny dzień. Niebo było błękitne, bez
najlżejszego obłoku. Pomiędzy domkami rozśpiewały się kosiarki.
Wyrwałem buntowniczą kartkę i cieszyłem się widokiem ligustrowego
żywopłotu, równego, prostego. Perfekcyjnego. Véronique przesłała mi
całusa i badawczo przyglądała się reszcie ogródka. Jej oczy zatrzymały
się na korzeniach czereśni sąsiada, już niemal wsuwających się pod
kamienne płyty alejki, potem na grillu z cegły, którego nie wyczyściłem
wczoraj wieczorem, i przesunęły się na otwartą bramę.
Przeszedłem trzy metry dzielące nasz dom od granicy ogródka. Pchnąłem
bramę.
- Dzięki - szepnęła Véronique. - Nasza mała planeta. Nasza mała planeta
jest prawie doskonała.
Słońce zdawało się świecić wyłącznie dla naszego stumetrowego skrawka
ziemi. I jeszcze po to, by uczynić Véronique piękniejszą. Nagle
zniknęła.
- Telefon. Neven, to do ciebie.
Wyciągnęła w moją stronę rękę z telefonem. Szedłem przez ogród.
- Neven Le Faou?
- Tak, słucham?
- Oko D?lo. Jest pan mechanikiem w Aeroklubie Słońca XIII? Pański szef
podał mi numer.
- Słucham.
- Jest mi pan potrzebny. To blisko Marsylii. W Calanque de Sormiou.
- Teraz?
- Panu zajmie to tylko chwilę, a ja naprawdę potrzebuję specjalisty od
starych samolotów.
Odwróciłem się, mówiąc. Wiał lekki wiatr. Zauważyłem, że Véronique drży,
więc zamknąłem przeszklone drzwi werandy, żeby nie marzła, ale też -
żeby nie słyszała mojej odpowiedzi.
- Już jadę.
II
Jacht Oko D?lo oddalał się od plaży w Sormiou. Patrzyłem na malejącą
skalną zatoczkę i na mewy, które opuszczały swoje kryjówki, by kołować
nad statkiem. Biały jacht pruł wody niemal bezgłośnie, jakby to ptaki
ciągnęły go na niewidocznych linach.
"Diament Wysp", tak się nazywał, a był smukły jak samolot, samolot bez
skrzydeł, sunący po rozkołysanym niebie.
Oko D?lo ułożył wszystko na mahoniowym stoliku. Przypatrywałem się
pokrytym rdzą kawałkom metalu. Pióru. Starym blachom.
Oko delikatnie ujął wielgachnymi palcami małe czarne pióro.
- Pewien rybak wyciągnął to siecią. To Parker 51. Z żelazną skuwką.
Pochyliłem się trochę bardziej. Rozpoznałem fragmenty kokpitu, lotek,
usterzenia.
Nie miałem najmniejszych wątpliwości. Rzuciłem:
- Wrak Lockheeda P-38 Lightning?
Oko D?lo aż gwizdnął z podziwu.
- Brawo! Pańska reputacja jest zasłużona.
Wzruszyłem ramionami. Bez fałszywej skromności. Nie potrafiłem zrozumieć
zainteresowania tą zżartą przez słoną wodę skorupą.
- Nad Morzem Śródziemnym poległy setki pilotów wojskowych. W czym tkwi
wyjątkowość tego wraku?
Oko bawił się czarną skuwką ze srebrnym paskiem, skuwką wyłowionego
pióra. Jacht zatrzymał się na północny wschód od wyspy Riou. Mewy
odfrunęły.
- Trzydziestego pierwszego lipca tysiąc dziewięćset czterdziestego
czwartego roku Antoine de Saint-Exupéry zaginął u wybrzeży Prowansji.
Pilotował P-38 Lightning.
Jak zza mgły wyłoniły się wspomnienia sprzed dwudziestu lat. Nagłówki na
pierwszych stronach gazet. Wiadomości radiowe. W tamtym okresie
chodziłem jeszcze z głową w chmurach - interesowały mnie samoloty, które
latają, a nie wraki.
- Wydaje mi się, że w końcu go odnaleziono?
Oko D?lo skinął głową.
- Owszem. Właśnie tu. W pobliżu wyspy Riou. Ponad pięćdziesiąt lat po
jego zaginięciu. Ale... Ale nigdy nie udało się jednoznacznie potwierdzić,
że to on. Nie było ciała. Ani żadnych rzeczy osobistych.
Uważniej spojrzałem na pióro Parkera i na rozłożone przede mną szczątki
samolotu.
- Myśli pan, że zdobył jednoznaczny dowód?
- Liczę, że pan mi to powie...
- Kim... Kim pan jest?
- Małym księciem. Bogatym i czarnym małym księciem. Książątkiem, które
wszystko zawdzięcza Saint-Exupéry'emu.
III
- Wyobraź sobie, że za identyfikację szczątków samolotu ten miliarder z Kamerunu gotów jest zapłacić mi dziesięć tysięcy euro!
- To w Kamerunie są miliarderzy? - zdziwiła się Véronique.
Siedziała na tarasie, przed komputerem. Podszedłem do niej.
Przez moment patrzyłem na nasz dom. Odzwierciedlenie marzeń Véronique.
Spełniłem wszystkie jej życzenia. Różowa cegła, pelargonie w oknach,
gołębie na dachu.
- Musiałbym współpracować z prywatnym detektywem z Fox Company,
zatrudnionym przez tego Oko D?lo. Pojadę tam jutro... Niewiarygodne,
prawda? Takie śledztwo w sprawie pisarza, który zaginął ponad
siedemdziesiąt lat temu!
Ciepło poranka już zalewało taras. Jasne włosy Véronique wyglądały jak
złociste promienie, których słońce nie zdążyło wygładzić. Na jej czole
mieniły się kolorami tęczy drobniutkie kropelki.
- Najdroższy, czas na śniadanie, pamiętałeś o mnie?
Zawstydzony, wymknąłem się, by po chwili wrócić ze szklanką zimnej wody.
Véronique wciąż wpatrywała się w komputer. Skupiona.
Pochyliłem się nad nią. Podjąłem decyzję.
- Niechaj śpią w spokoju, Saint-Exupéry i Mały Książę. Oko D?lo chyba
będzie musiał radzić sobie beze mnie.
- Dziesięć tysięcy euro to dla niego drobiazg.
Véronique nie oderwała oczu od ekranu, nadal przeglądając artykuły, z których widziałem tylko ilustracje - akwarelki ukazujące planety, wydmy,
gwiazdy...
- Małemu Księciu nieźle się powiodło, dziś ma w banku imponujące konto.
Delikatnie uniosła szklankę i popijała wodę drobnymi łyczkami. Potem jej
spojrzenie wędrowało od okna do okna.
- Sto siedemdziesiąt milionów egzemplarzy sprzedanych na świecie! A w samej Francji sprzedaje się ich wciąż setki. Czterysta trzydzieści
cztery przekłady. Po Biblii to najlepiej sprzedająca się i najczęściej
tłumaczona książka na świecie. - Znów uniosła szklankę do ust i zostawiła ślad wag na zaparowanym szkle. - Nawet nie wspomnę o produktach pochodnych. - Kliknęła i na monitorze pojawiła się mozaika
pastelowych obrazków. - Maskotki, perfumy, zegarki, okulary, pudełka na
śniadanie, zeszyty, notesy, pościel, gry... To niesamowite!
Zakasłała. Prawdopodobnie podałem jej za zimną wodę. Pragnąc uchronić
jej gardło przed jeszcze większym wychłodzeniem, rozłożyłem na tarasie
parawan, wystarczającą przeszkodę dla lekkiej bryzy. A potem spytałem:
- Saint-Exupéry zmarł w tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym. Wydaje
mi się, że twórczość pisarzy klasycznych przynależy do domeny
publicznej?
Véronique kliknęła.
- Zaraz ci powiem... Mam! Dzieło przechodzi do domeny publicznej po
upływie siedemdziesięciu lat od śmierci autora.
Szybko policzyłem.
- Czyli Mały Książę należy do domeny publicznej od roku dwa tysiące
czternastego!
Jeszcze jedno kliknięcie.
- Otóż nie! Pisarze będący bohaterami wojennymi, "polegli za Francję",
korzystają z wieloletniego wydłużenia swoich praw. A ponieważ
Saint-Exupéry należy do tego grona, jego dzieła są chronione prawami
autorskimi do roku dwa tysiące trzydziestego drugiego. Przynajmniej we
Francji.
Zastanawiałem się. Myślałem o piórze Parkera. O szczątkach P-38
Lightning. I o słowach Oko D?lo: "Nigdy nie znaleziono jednoznacznych
dowodów. Ani jego ciała, ani rzeczy osobistych".
- To oznacza, że gdyby udowodniono, iż Saint-Exupéry nie poległ za
Francję... puf! Koniec z prawami autorskimi do najlepiej sprzedającej się
książki świata?
Oczy Véronique jeszcze bardziej zbliżyły się do pyłu na ekranie.
Trzepotała rzęsami, jakby chciała ten pył usunąć.
- Wydaje się, że jego jedynymi spadkobiercami są siostrzeńcy i ich
potomstwo. To oni wszystkim zarządzają.
- Saint-Exupéry nie był żonaty? Nie miał dzieci? Nie zostawił
testamentu?
- Nie miał dzieci... Poza Małym Księciem! Nie spisał testamentu, ale był
żonaty! Z tego, co tu przeczytałam, po jego śmierci starły się dwa obozy
pałające do siebie nienawiścią - siostrzeńcy Saint-Exupéry'ego i jego
żona, Consuelo. Ponieważ nie było testamentu. Consuelo próbowała
sfałszować dokument, ale siostrzeńcy to odkryli. Sprawa zakończyła się
ugodą - po pięćdziesiąt procent zysków z praw dla każdej ze stron, ale
Consuelo została pozbawiona całej reszty. Prawa osobiste należą
wyłącznie do rodziny.
- Co to oznacza?
- Że krewni decydują, co wolno, a czego nie, robić z Małym Księciem...
Chodzi o kontynuację, film, przekłady, produkty pochodne...
Véronique znów kaszlnęła. Objąłem ją i szepnąłem:
- A ja myślałem, że Mały Książę zniknął, ukąszony przez żmiję, i że
została po nim tylko gwiazda.
Wysunęła się z moich objęć i obrzuciła takim spojrzeniem, jakbym był
naiwniejszy od małego chłopca.
- Sądzę, że dorośli ludzie zrozumieli, iż miało to znacznie większe
znaczenie! Pierwszym odruchem Bankiera było ulokować gwiazdę Małego
Księcia, a ściśle mówiąc, jego asteroidę, w banku. Zapisali na kartce
jej nazwę, B612, potem schowali ten papier do szuflady i zamknęli ją na
klucz. W ten sposób Mały Książę należy do nich, tak samo jak gwiazdy. To
niezbyt poetyckie, ale naprawdę poważne!
IV
Oko D?lo przepędził krążącego wokół niego chrabąszcza. Siedział i patrzył na pudełko. Prostokątne, białe, ozdobione rzędem trzech dziur.
Jacht kołysał się łagodnie w rytm fal, które płynęły, by rozbić się na
pustych brzegach wyspy Riou. Trawy, rozrzucone jak konfetti, wegetowały
między białymi skałami, niczym na łące oskubanej przez armię królików,
kóz i owiec, aż do ogołocenia kamieni.
Oko D?lo nie zwracał uwagi na pejzaże.
Jeszcze raz przeczytał swoje nazwisko i adres na pudełku, uważnie
przyjrzał się znaczkom opatrzonym pieczątkami w nieznanym alfabecie, być
może dawnym alfabecie arabskim. Żadnej wzmianki o nadawcy. Tylko nazwa.
Klub 612.
Uniósł pudełko, ważąc je w ręce. Było lekkie. Kiedy nim potrząsnął, nie
rozległ się żaden dźwięk. Jakby w środku nic nie było. Wyglądało tak
samo, jak skrzynka narysowana przez Saint-Exupéry'ego dla baranka Małego
Księcia. To był jego ulubiony rysunek.
Wahał się, czy otworzyć pudełko.
Zastanawiał się, czy inni - Marie-Swan, Mo?s?s, Izar, Hoshi, geograf -
również takie otrzymali, czy też on jest pierwszy.
Oparł się pokusie. Wstał z trudem, położył rękę na plecach, na wysokości
nerek - przeklęty reumatyzm stawał się nieznośny, potem wziął pudełko i zaniósł do kambuzy.
Otworzy je później.
Po spotkaniu z detektywem i Nevenem.
Najpierw musi ich przetestować. Tego genialnego psa tropiącego i tego
niewydarzonego pilota.
Zadał sobie tyle trudu, żeby ich wybrać.
Czy staną na wysokości zadania?
V
- Dziękuję, że się pan zgodził - powitał mnie Oko D?lo.
"Diament Wysp" zacumował w Port-Miou. Był największym jachtem w zatoczce. Słońce igrało z białym klifem, odbijając się od niego, żeby
zamienić w piekarnik wąską dolinę. Stojąc na moście, usiłowałem nadążyć
wzrokiem za tańcem czarnego cienia nadmorskiej sosny, już żałując, że
posłuchałem Véronique i przyszedłem.
- Zaczekamy na detektywa z Fox Company i wypłyniemy w morze - uprzedził
Oko D?lo. - Powinien się wkrótce pojawić.
Kameruńczyk także źle znosił upał. Każdy krok po pokładzie zdawał się
przypłacać litrem wody.
- Ma na imię Andy. Stworzycie ekipę.
Czekałem. Krople spływające po moich plecach odmierzały sekundy.
Wreszcie jakiś hałas. Czerwona vespa. Motocyklista zaparkował na
nabrzeżu. Drobny i niewysoki, zdjął kask. W pierwszej chwili wziąłem go
za nastolatka. Włosy miał krótkie i rude. Obcisłe dżinsy i pomarańczowy
T-shirt z kapturem. Dopóki się nie odwrócił.
Dziewczyna!
Andy to dziewczyna!
Jednym susem wskoczyła na pokład "Diamentu Wysp" i z promiennym
uśmiechem wyciągnęła do mnie rękę. Twarz miała okrągłą jak księżyc w pełni, rudy księżyc, a raczej waniliowy księżyc przypudrowany płatkami
cynamonu.
- Andie! Stażystka w Fox Company.
Dziewczyna wyglądała najwyżej na dwadzieścia lat. Może nawet na dwa lata
młodszą albo... dwa lata starszą, ale nie więcej. Fox Company przysłała tu
stażystkę! Oko D?lo najwyraźniej się tym nie przejął. Zluzował cumy.
Kurs na wyspę Riou.
Jacht płynął z dużą prędkością. Oko umieścił Parkera 51 pod małą szybką
z pleksi.
- To wieczne pióro - wyjaśnił - jest trzecim ważnym znaleziskiem,
mogącym pomóc w rozwikłaniu zagadki zniknięcia Saint-Exupéry'ego.
Trzydziestego pierwszego lipca tysiąc dziewięćset czterdziestego
czwartego roku wczesnym rankiem wystartował z Borgo na Korsyce, siedząc
za sterami amerykańskiego samolotu, bombardiera P-38 Lightning, aby
przeprowadzić rozpoznanie w rejonie Grenoble. Nie odpowiedział na żadne
radiowe wezwanie. O czternastej trzydzieści skończyło mu się paliwo. O piętnastej trzydzieści uznano go za zaginionego. Odtąd nic o nim nie
wiadomo. Początkowo niektórzy sugerowali, że mógł wylądować w Szwajcarii
albo Vercors, żeby dołączyć do Résistance... Potem bez powodzenia
poszukiwano śladów wraku jego maszyny u wybrzeży w rejonie
Saint-Raphäel, opierając się na relacjach niemieckich pilotów, ale także
dlatego, że rodzinny dom Saint-Exupérych - zamek Agay - wznosił się tam
nad brzegiem morza. Przez z górą pięćdziesiąt lat nie natrafiono na
żaden trop, na żadną, choćby najdrobniejszą wskazówkę. Aż wreszcie
prawda wybuchła we wrześniu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego
ósmego roku! Tu, w rejonie Marsylii, rybak, niejaki Jean-Claude Bianco,
znalazł w sieciach srebrny łańcuszek. Mimo że długo leżał w wodzie,
wygrawerowany na nim napis był czytelny. Antoine de Saint-Exupéry
(Consuelo) c/o Reynal and Hitchcock Inc., 386 4th Ave N.Y. City, USA.
Tajemnica wreszcie się wyjaśniła! Saint-Exupéry utonął gdzieś w tym
rejonie.
Stażystka Fox Company, która dotąd grzecznie słuchała, nagle zabrała
głos. Pomachała ręką niczym uczennica wystarczająco pewna siebie, żeby
przerwać nauczycielowi.
- Tak właśnie wszyscy myślą! - oświadczyła.
Uniosła ramiona i wzburzyła sobie włosy. Zauważyłem różę wytatuowaną
nisko na jej szyi.
- Zagadka rozwiązana? - ciągnęła Andie, czarująco się uśmiechając. -
Osobiście nigdy nie wierzyłam w tę historyjkę o łańcuszku!
Oko również się uśmiechnął. Widać było, że z niecierpliwością czekał na
ten początek dyskusji.
- Taka jest jednak wersja oficjalna - powiedział rzeczowo.
- To przede wszystkim wersja opatrznościowa! - odparła Andie. - Obszar
poszukiwań pomiędzy Korsyką a Alpami obejmuje ponad osiemset tysięcy
kilometrów kwadratowych. W morzu oznacza to setki tysięcy metrów
sześciennych wody! A tu, jakby przypadkiem, ktoś wyłowił z głębokości
ponad stu metrów łańcuszek o wadze trzydziestu gramów! Cóż za
rozwiązanie wielkiej zagadki kryjącej się w Morzu Śródziemnym! Z reguły
jestem dość naiwna, ale nie aż tak, żeby wierzyć w cuda...
Andie nie potrafiła usiedzieć na miejscu. Biegała po pokładzie jak
myszka, przyprawiając mnie o zawroty głowy. Albo była świetną
specjalistką od Saint-Exupéry'ego, albo wkuwała przez całą noc.
- Ale ten łańcuszek naprawdę istnieje - przekonywał Oko. - Z wygrawerowanym nazwiskiem Saint-Exupéry'ego, imieniem jego żony oraz
adresem jego nowojorskiego wydawcy.
- No tak - odparła Andie. - Wszystko jest napisane. Na tym łańcuszku
wyłowionym z morza wszystko jest tak oczywiste, że trudno go nie
zauważyć. Nie pasuje mi tu tylko jeden szczegół: zanim rybak wyciągnął
go z sieci, nikt nigdy o nim nie słyszał. Żadnej wzmianki! Nikt nie wie,
skąd się wziął. Specjaliści obejrzeli setki zdjęć pisarza - nigdy nie
nosił takiego łańcuszka! A kiedy wreszcie, po długich poszukiwaniach,
ustalono, że bliska przyjaciółka Saint-Exupéry'ego kilka miesięcy przed
jego śmiercią podarowała mu łańcuszek w zamian za rękopis Małego
Księcia, okazało się, że nie był srebrny, tylko złoty! Pif-paf! Ale to
drobiazg, dorobiono hipotezę o prezencie od Consuelo albo od wydawcy,
tyle że w żaden sposób jej nie potwierdzono. Może w takim razie
Saint-Exupéry nosił dwa łańcuszki? Po jednym od każdej ukochanej! Może
nie jestem tak mądra, jak inni, ale wystarczy się nad tym chwilę
zastanowić, żeby stwierdzić, że to pokryte rdzą srebro, wyłowione przez
Jeana-Claude'a Bianco, jest fałszerstwem! Tak zresztą zareagowały
wszystkie gazety po "odkryciu", nazywając rybaka oszustem. Wtedy
przegrał proces sądowy!
Oko wyłączył silnik, zatrzymując jacht na wprost wyspy Riou. Morze było
niewiarygodnie przejrzyste. Wydawało się wręcz, że widać samo dno.
- To prawda, Andie... Początkowo nikt nie uwierzył w ten łańcuszek. A żeby
rozwiać wątpliwości, nurkowie prowadzili poszukiwania w miejscu, gdzie
go znaleziono. Dokładnie tu, gdzie teraz jesteśmy. W maju roku
dwutysięcznego znaleźli kabinę myśliwca. Kiedy już wydobyli szczątki,
które następnie poddano ekspertyzie, w roku dwa tysiące trzecim, we
wrześniu, poznaliśmy ostateczną odpowiedź. Numer odczytany na jednym z elementów, 2734L, to numer samolotu Saint-Exupéry'ego. Szczątki można
obejrzeć w muzeum lotnictwa Le Bourget. Koniec zagadki! Koniec polemiki!
Saint-Exupéry zginął w tym miejscu.
Andie zwróciła oczy na wodę i wybuchnęła śmiechem, który zabrzmiał,
jakby nagle rozgwiazdy zamieniły się w dzwoneczki.
- To już szczyt manipulacji! Łańcuszek, w który nikt nie wierzył, stał
się autentyczny tylko dlatego, że w pobliżu znaleziono wrak samolotu! I uznano, że to musi być samolot Saint-Exupéry'ego, ponieważ spadł
dokładnie tam, skąd wyłowiono łańcuszek! Zapomniał pan tylko dodać, że
pod nami najpierw wydobyto z wody silnik niemieckiego samolotu. Potem
części samolotu amerykańskiego. Przemieszane? Na całym bezkresie Morza
Śródziemnego dwie maszyny miałyby się rozbić dokładnie w tym samym
miejscu? I wszyscy w to uwierzyli! Może pan wierzyć w przypadek, ale ja,
kiedy mnożą się zbiegi okoliczności, wolę uznać, że tropy zostały
starannie rozsiane przez jakiegoś tajemniczego Tomcia Palucha.
Z zainteresowaniem obserwowałem mecz między Oko a Andie.
- Dobrze pani wie, Andie, że istnieją nie tylko dowody materialne.
Niemiecki pilot, Horst Rippert, potwierdził, że trzydziestego pierwszego
lipca zestrzelił w pobliżu Marsylii amerykańską maszynę i że jest
przekonany, iż pilotował ją Saint-Exupéry.
- I ten uprzejmy Horst powiedział o tym dopiero sześćdziesiąt lat po
wojnie, jako dziewięćdziesięciolatek! Dopiero po odnalezieniu tego
wraku... A przy okazji dodał, że przed drugą wojną światową był wiernym
czytelnikiem książek Saint-Exupéry'ego i że nigdy nie wybaczy sobie
strącenia myśliwca swego ulubionego pisarza! Może pan w to wierzyć, ja
nie potrafię traktować poważnie takich relacji, zwłaszcza z ust
człowieka, który twierdzi też, że został odznaczony niemieckimi medalami
wojennymi, na co nigdy nie było dowodów, a trzydziestego pierwszego
lipca tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku zupełnie
przypadkowo odbywał lot samotnie, zaś jego sukces bojowy - strącenie
amerykańskiej maszyny - nie został nigdzie odnotowany. Zresztą, gdyby
nawet ten Horst Rippert mówił prawdę, to nic nie dowodzi, że jego
przeciwnikiem w powietrzu był Saint-Exupéry! Tego dnia co najmniej
trzech innych niemieckich pilotów zgłosiło strącenie amerykańskich P-38
na południu Francji, od Castellane do Monte Carlo. To niemożliwe do
ustalenia. Próbowało już wielu badaczy... Żadne archiwa wojskowe nie
dysponują danymi pozwalającymi poznać prawdę!
Oko zwrócił oczy na wyspę Riou.
- Ale wiarygodni świadkowie, rybacy z wyspy twierdzą, że pod koniec
wojny znaleźli ciało pilota zaplątane w spadochron. Po ciele nie został
ślad, choć w roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym piątym na wyspie
Riou znaleziono szkielet pogrzebany pod kamieniami.
- I po latach ustalono, że to szczątki niemieckiego pilota wojennego. A poza tym, że był to mężczyzna poniżej trzydziestego piątego roku życia...
Saint-Exupéry miał czterdzieści cztery lata!
Oko uśmiechnął się.
- Brawo, Andie! Świetnie przygotowała pani dokumentację. Cała ta sprawa
zaczęła się od niesamowitego odnalezienia tego łańcuszka. Jeżeli jednak
dobrze zrozumiałem, według pani to oszustwo, mistyfikacja, tylko w jakim
celu marsylski rybak miałby się do tego posuwać? Nikt nie zdołał
podważyć jego uczciwości. Odznaczono go nawet Legią Honorową.
- Och, jestem przekonana, że ten dzielny kapitan działał w dobrej
wierze. Ale nie był sam na swoim kutrze. Wystarczyło, żeby ktoś z załogi
dyskretnie podłożył łańcuszek do sieci rybackiej i wszystko było
załatwione! A zatopienie w morzu kawałków blachy z samolotu to też nie
taki problem.
- Tylko w jakim celu ktoś miałby organizować taką mistyfikację?
- Ależ panie miliarderze, wie pan równie dobrze jak ja, że powodów może
być wiele... Napisać historię na nowo. Chronić tajemnicę. Ukryć prawdę.
Zmylić poszukiwania... Jest na przykład takie dziwne pytanie, na które
nigdy nie odpowiedziano: co właściwie robił Saint-Exupéry w rejonie
Marsylii? Trasa lotu, który miał odbyć z Korsyki do Grenoble, prowadziła
w linii prostej przez Niceę albo Saint-Raphaël... Marsylia była od niej
oddalona o prawie dwieście kilometrów. Nawiasem mówiąc, matka Saint-Ex,
Marie, była przekonana, że słyszała, jak syn w dniu swego zaginięcia
przelatywał nad zamkiem Agay. Kolejne pytanie bez odpowiedzi: nigdy nie
odnaleziono zwłok Saint-Exupéry'ego! Łańcuszek tak, ale szkieletu nie! I gdyby nawet ta cholerna błyskotka należała do niego, chociaż ani trochę
w to nie wierzę, i gdyby miał ją na ręce w dniu ostatniego lotu, chociaż
nikt nie przypomina sobie, żeby ją widział, to i tak nie byłby to dowód,
że Saint-Exupéry zginął tu i spoczął na dnie morza! Inny niemiecki
żołnierz, Karl Böhm, który podczas wojny był ratownikiem wojskowym na
Morzu Śródziemnym, na krótko przed śmiercią potwierdził, że wyciągnął z wody rannego w nogę pilota, który podawał się za znanego pisarza! Pisarz
jeniec miał poprosić o wyrzucenie za burtę wszystkich dokumentów czy
papierów, które umożliwiłyby jego identyfikację, a następnie został
przekazany niemieckim władzom w celu przesłuchania. Czy przeżył? Czy
odzyskał wolność? Tego nikt nie wie. Kolejna zagadka... Kolejna tajemnica!
Oko wydawał się zafascynowany. I zaskoczony. Zarówno informacjami,
którymi stażystka sypała jak z rękawa, jak i jej temperamentem.
- Tajemnica, Andie? Jaka tajemnica? Co pani ma na myśli?
- Nic... I wszystko... Czy Saint-Exupéry poległ w walce za Francję,
zestrzelony przez Horsta Ripperta w rejonie wyspy Riou? Czy popełnił
samobójstwo, przeleciawszy po raz ostatni nad domem matki? Czy przeżył i trafił do niewoli? A może istnieje inna możliwość, której nikt nie wziął
pod uwagę? O, na przykład w Borgo na Korsyce, w dniu poprzedzającym
ostatni lot, Saint-Ex jak zwykle pokazał kolegom kilka magicznych
sztuczek karcianych i wyszedł około północy. Nie spał w bazie, pojawił
się tam dopiero o ósmej rano, żeby wsiąść do samolotu. Nikt nie wie,
gdzie spędził tę noc. Wszyscy natomiast wiedzieli, że to już jego
ostatnie zadanie, Saint-Exupéry był za stary, nazajutrz miał zostać
zdemobilizowany. Jeszcze jeden piekielnie dziwny zbieg okoliczności,
prawda? Zostać zastrzelonym podczas ostatniego lotu! Na stole w swoim
biurze, w dobrze widocznym miejscu, zostawił dwa listy. Jeden do
kochanki, Nelly de Vogüé, wielkiej rywalki jego żony Consuelo. To Nelly
zabrała wszystkie notatki, pozostawione przez Saint-Exupéry'ego w walizkach, to ona zrobiła z niego bohatera narodowego i napisała jego
pośmiertną legendę. Zadbała, aby po jej śmierci, czyli w roku dwa
tysiące trzecim, archiwa pisarza trafiły do Biblioteki Narodowej i zażądała, by otwarto je dopiero po upływie pięćdziesięciu lat od jej
zgonu. Kolejna cholerna zagadka!
Andie nabrała tchu. Ręce miała spocone. Otarła je o zjeżone włosy. Po
raz pierwszy zabrałem głos - chciałem jak najszybciej poznać zakończenie
tej historii.
- Powiedziała pani, że Saint-Exupéry zostawił dwa listy. Do kogo
adresowany był ten drugi?
- Do Pierre'a Dalloza, dowódcy partyzantki w Vercors. Wiedzą panowie,
jakimi słowami kończy się ten list?
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, Andie wyrecytowała dźwięcznym głosem cztery
zdania.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki