Kodeks z Aleppo - Matti Friedman

Kup ebooka

39.90 zł
23.94 zł (33,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dramatis personae

Aszer Bagdadi - szames wielkiej synagogi w Aleppo

Behija Bagdadi - córka szamesa

Shahoud Bagdadi - syn szamesa

David Bartov - szef sztabu wyborczego Ben Cewiego

Icchak ben Cewi - drugi prezydent Izraela (1952-1963), badacz, założyciel Instytutu Ben Cewiego

Meir Benajahu - asystent Ben Cewiego i pierwszy dyrektor Instytutu

Umberto Cassuto - profesor biblistyki wysłany w 1943 roku do Aleppo w celu przestudiowania kodeksu

Icek Chehebar - prominentny rabin, który uciekł z Aleppo w 1952 roku i udał się na wygnanie do Buenos Aires, gdzie przebywał do śmierci w 1990 roku, przewodnicząc tamtejszej diasporze

Edmond Cohen - księgowy z Aleppo, odpowiedzialny za ukrycie kodeksu w latach 50. XX wieku

Ibrahim Effendi Cohen - kupiec tekstylny z Aleppo, odpowiedzialny za ukrycie kodeksu. Wujek Edmonda Cohena

Mosze Cohen - syn Edmonda Cohena. Uciekł z Syrii w 1972 roku

Murad Faham - handlarz serem z Aleppo, który przeszmuglował kodeks do Izraela

Ezra Kassin - były śledczy armii izraelskiej i badacz-amator kodeksu

Szlomo Musajef - potentat branży jubilerskiej i znany kolekcjoner starożytnych artefaktów i rękopisów

Icchak Pessel - izraelski agent działający w Istambule, odpowiedzialny za powstanie w latach 50. XX wieku szlaku migracyjnego Syria-Turcja-Izrael

Amnon Szamosz - izraelski pisarz urodzony w Aleppo, który napisał pierwszą historię kodeksu

Izaak Szamosz - badacz wysłany w 1943 roku do Aleppo w celu sprowadzenia kodeksu do Jerozolimy. Brat Amnona Szamosza

Izaak Silo (pseudonim) - mieszkaniec Aleksandretty w Turcji, izraelski agent do spraw imigracyjnych działający od lat 40. XX wieku do swojej śmierci w latach 70.

Szlomo Zalman Szragaj - dyrektor ogólnoświatowej sieci migracyjnej do Izraela w latach 50. XX wieku

Rafi Sutton - urodzony w Aleppo były agent Mosadu, który prowadził własne śledztwo w sprawie kodeksu

Mosze (Mussa) Tawil - naczelny rabin diaspory w Aleppo, który postanowił wysłać kodeks do Izraela

Salim (Szlomo) Zaafrani - rabin diaspory w Aleppo, który wraz z Tawilem wysłał kodeks do Izraela

Część I

Rozdział 1. Flushing Meadows

Pierwsze limuzyny zatrzymały się pośród kompletnie nagich drzew i dziesiątek masztów na przedmieściach Nowego Jorku. Ich pasażerowie wysiedli, udając się do szarego budynku, który kiedyś służył za lodowisko. Mimo mrozu wokół budynku kłębiły się tłumy. W środku salę wypełniali po brzegi obserwatorzy i delegaci. Było sobotnie popołudnie 29 listopada 1947 roku.

Na ziarnistym nagraniu z tego dnia widać siedzących w rzędach mężczyzn naprzeciw podium, na którym widoczni są trzej urzędnicy, a za ich plecami widnieje wielkie malowidło przedstawiające kulę ziemską. Asystenci podchodzili i odchodzili od podium z naręczem dokumentów i minami, które w pełni oddawały powagę sytuacji: oto delegaci nowej ogólnoświatowej instytucji - Organizacji Narodów Zjednoczonych - mieli w wyniku głosowania zmienić bieg dziejów.

- Zaczniemy już dziś - oznajmił mężczyzna pośrodku podium, Brazylijczyk przewodniczący obradom. Stojący przed nim srebrny mikrofon pochwycił wypowiedziane przez niego po angielsku słowa i poniósł je w świat: do skupionych wokół odbiorników radiowych żydowskich pracowników branży odzieżowej na Lower East Side na Manhattanie i dalej, za Atlantyk - do obozów dla uchodźców ocalałych z II wojny światowej, która zakończyła się zaledwie dwa lata wcześniej; na Wschód - do arabskich studentów w Damaszku, kupców w Jafie i Kairze oraz sklepikarzy w piaszczystym Tel Awiwie, który nie miał wówczas nawet trzydziestu lat. Niektórzy mieli przygotowane ołówki do liczenia głosów. Dwie trzecie głosów na "tak" będzie oznaczało, że Palestyna, od 1917 roku rządzona przez Brytyjczyków, zostanie podzielona na dwa państwa: jedno dla Żydów, drugie dla Arabów. Głosowanie poprzedziły miesiące ciężkich zmagań dyplomatycznych, na których ciążył koszmar niedawnych wydarzeń w Europie. Dla syjonistów, zwolenników żydowskiego ruchu narodowego, przyjęcie rezolucji będzie oznaczało sprawiedliwość dla prześladowanego narodu żydowskiego oraz spełnienie dwustuletnich marzeń Żydów o odrodzeniu narodowym. Dla Arabów z Palestyny i okolicznych państw oznaczać miało jednak ustanowienie obcego bytu pośrodku Bliskiego Wschodu, niewiarygodne upokorzenie i niechybną wojnę.

Na północy Syrii, sześć tysięcy mil od Nowego Jorku, był wieczór. Lecący ponad Morzem Śródziemnym pilot, patrząc na zachód, w pierwszej kolejności ujrzałby odbijający się w wodzie księżyc w pełni, a następnie ciągnące się w głąb lądu, w stronę Eufratu, szerokie pasy plemiennych pastwisk oraz działek rolniczych. Aleppo jawiłoby mu się jako mieszanina świateł - punkt, w którym przecinały się linie kolejowe oraz drogi ciągnące się wzdłuż straganów oraz wzdłuż rozlatującej się już dziś Cytadeli. Sklepiki na ulicach były już pozamykane, kobiety w manzulach przyjmowały swoich klientów, a siedzący w kawiarniach mężczyźni tonęli w oparach dymu. Z rurkami w ustach przypominali nieco nurków, wdychając ze swoich fajek wodnych pachnące różami opary. Z przedmieść Starego Miasta labirynt uliczek wiódł w okolicę od zawsze zamieszkiwaną przez Żydów, w centrum której, za wysokimi murami, stała wielka synagoga. W jej wnętrzu - na końcu korytarza, kilka stopni poniżej poziomu posadzki - znajdowała się ciemna grota, a w niej żelazny sejf z dwoma zamkami, w którym bezpiecznie spoczywała Korona.

Aszer Bagdadi, szamesz wielkiej synagogi w Aleppo, chudy mężczyzna w szatach po kostki, robił swój zwyczajowy obchód. Szabat dobiegł końca, a ostatni wierni wyszli z synagogi. Bagdadi obszedł wszystkie pomieszczenia, dziedziniec, gdzie modlono się w okresach letnich, oraz grotę, znaną pod nazwą Groty Proroka Eliasza, w której znajdował się sejf. Podwójny zamek stanowił dodatkowe zabezpieczenie, tym razem przed samymi strażnikami skarbu - do otwarcia sejfu byli potrzebni dwaj starsi, którzy posiadali doń klucze i pilnowali się wzajemnie. Sejf otwierano jednak rzadko. Szamesz nie był osobą wystarczająco ważną, aby posiadać któryś z kluczy do podwójnego zamka, powierzono mu jednak żelazny klucz wielkości dziecięcej rączki otwierający bramę synagogi. Szamesz przeciął wąską alejkę i wszedł do domu po trzech kondygnacjach schodów. Okna jego mieszkania wychodziły na opustoszały dziedziniec świątyni. Alejki były oświetlone przez lampy naftowe.

Większość Żydów mieszkających w Aleppo nie bardzo orientowała się w wydarzeniach, które rozgrywały się we Flushing Meadows. Wielu było przekonanych, że nie mają nic wspólnego z Palestyną, a tylko nieliczni posiadali radio. Wśród tych, którzy rozumieli, jak ważne było trwające głosowanie, znalazł się piętnastoletni Rafi Sutton, którego sześćdziesiąt lat później poznałem jako emerytowanego już szpiega. Rafi siedział w salonie w swoim rodzinnym domu, stojącym w nowoczesnej okolicy, która była schronieniem dla żydów, muzułmanów i chrześcijan z klasy średniej, uciekających przed zgiełkiem i ubóstwem Starego Miasta. Siedział przed stojącym w drewnianej szafce radiem marki Zenith, wraz ze swoimi rodzicami i siostrami przysłuchując się transmitowanym wydarzeniom.

Głos Brazylijczyka zastąpił Amerykanin. Nowy głos zaczął odczytywać listę kolejnych krajów.

- Afganistan? - zapytał, po czym powtórzył do mikrofonu odpowiedź, która dobiegła z grona zebranych. - Na nie.

- Argentyna - zapytał. - Argentyna? Wstrzymuje się od głosu.

- Australia? - padło kolejne pytanie. - Na tak.

W ciągu kilku tygodni poprzedzających głosowanie, arabscy przywódcy i dyplomaci przeszli od pogróżek, że żydowska diaspora w Palestynie zostanie zlikwidowana, do wysyłania gróźb pod adresem całej diaspory rozproszonej po krajach muzułmańskich: w Bagdadzie, Aleppo, Aleksandrii, Tunisie i Casablance. W krajach arabskich żyło w sumie osiemset tysięcy Żydów oraz kolejne dwieście tysięcy w krajach muzułmańskich, niebędących jednak państwami arabskimi, takimi jak Iran czy Turcja. W większości nie byli oni syjonistami, nie miało to jednak żadnego znaczenia - z dnia na dzień wszyscy stali się zakładnikami. "Utworzenie państwa żydowskiego stanowiłoby zagrożenie dla życia miliona Żydów rozproszonych po krajach muzułmańskich" - przestrzegał przedstawiciel władz egipskich. Premier Iraku dodawał ponadto, że jeśli rezolucja zostanie przyjęta, "należy podjąć surowe środki zaradcze przeciwko wszystkim Żydom mieszkającym w państwach arabskich". Delegat mieszkających w Palestynie Arabów napominał, że w takich okolicznościach los Żydów w państwach arabskich "stanie się bardzo niepewny". Chociaż władze arabskie będą robiły, co w ich mocy, aby chronić mniejszość żydowską, to "żaden rząd nie jest w stanie zapobiec wszystkim linczom i aktom przemocy".

- Salwador? - kontynuował Amerykanin. - Wstrzymuje się od głosu.

- Etiopia? Wstrzymuje się od głosu.

- Francja?

Wielu zebranych na sali we Flushing Meadows wstrzymało oddech. Francja nieustannie się wahała i spodziewano się, że wstrzyma się od głosu.

- Na tak - powtórzył za francuskim delegatem Amerykanin, a przez salę przetoczyła się fala radosnych okrzyków.

"Podekscytowanie" - wspomina obecny w czasie głosowania delegat syjonistów - "było niemal namacalne".

Z radia Rafiego dobiegł odgłos uderzeń - to przewodniczący zebraniu Brazylijczyk, tłukąc młotkiem, starał się po drugiej stronie oceanu zaprowadzić spokój na sali. Rafi i jego rodzice bali się o los jego trzech starszych braci, którzy przed laty wyjechali z domu, dołączając do syjonistów w Palestynie. Chłopak kojarzył ich głównie z listów. Jego matka była analfabetką, więc to on odczytywał jej te listy, a ona przyczepiała załączone przez nich fotografie do drewnianej ramy okalającej wmontowane w szafę lustro. Wówczas Suttonowie nie obawiali się jeszcze o własne bezpieczeństwo.

- Ukraina? - zapytał Amerykanin. - Na tak.

- Afryka Południowa? Na tak.

- Związek Radziecki? Na tak.

- Zjednoczone Królestwo? Wstrzymuje się od głosu.

- Stany Zjednoczone? Na tak - powtórzył amerykański głos.

Gdy głosowanie dobiegło końca, Brazylijczyk raz jeszcze zastukał młotkiem. Osoby siedzące na sali obserwowały, jak zakłada okulary.

"Gdy zaczął przemawiać" - wspominał po latach jeden z żydowskich delegatów - "ogarnęło nas uczucie, jakiego doświadcza się tylko raz w życiu. Słyszeliśmy, jak gdzieś wysoko nad nami, dzieje się historia".

Brazylijski dyplomata odczytał z kartki:

- Rezolucja Zgromadzenia Ogólnego w sprawie Palestyny została przyjęta - oznajmił - trzydziestoma trzema głosami "za", wobec trzynastu "przeciw" i dziesięciu wstrzymujących się.

Sala rozbrzmiała okrzykami.

W zarządzanej przez Brytyjczyków Jerozolimie tłumy wyległy na ulice. Ciężarówki z głośnikami krążyły po dzielnicy żydowskiej, budząc ludzi, którzy wychodzili na zewnątrz świętować. Winiarnie wytaczały na zewnątrz beczki, oferując wszystkim darmowe drinki. Gold Meir, przyszła premier Izraela, przemówiła do świętujących z balkonu budynku Agencji Żydowskiej, która przewodziła projektowi syjonistów w Palestynie.

- Czekaliśmy na to przez dwa tysiące lat. Teraz, gdy wreszcie stało się to faktem, uczucie radości jest tak wielkie, że nie nadaje się ubrać w ludzkie słowa. Żydzi! - krzyknęła - Mazel tow!

Przywódcy i dyplomaci arabscy odpowiedzieli na to zimną furią.

- Mój kraj nigdy nie uzna tej decyzji - przestrzegł ONZ delegat syryjski, nim wraz z przedstawicielami innych krajów arabskich wymaszerował z sali na znak protestu. - Nigdy nie weźmiemy za to odpowiedzialności. Niech konsekwencje tych działań spadną na głowy innych, nie na nasze.

Wkrótce duchowni z islamskiego seminarium duchownego Al-Azhar w Kairze ogłosili wezwanie do "ogólnoświatowego dżihadu w obronie arabskiej Palestyny". Syryjski odłam bractwa muzułmańskiego podchwycił wezwanie do świętej wojny, twierdząc, że walka prowadzona będzie o "życie lub śmierć" Arabów, "których najpodlejsi, najbardziej przekupni, podstępni i niszczycielscy ludzie na świecie chcą podbić i wysiedlić".

W Aleppo rodzice Rafiego Suttona wyłączyli radio. Na ulicach nie było niczego słychać. Nic się nie zmieniło. Jeszcze.

W starej synagodze, w której przez dwieście tysięcy nocy przechowywano Koronę, noc ta również wydawała się niczym nie różnić od tysięcy wcześniejszych.

Korona przybyła do świątyni ze świata, w którym wojny toczono przy pomocy mieczy i strzał, a konflikty zbrojne ograniczały się do wybrzeży Atlantyku. Bez względu na to, co działo się poza grotą, w której przechowywano Koronę, jej strażnicy pokolenie po pokoleniu wywodzili się z tej samej diaspory żydowskiej, która zamieszkiwała ten teren jeszcze przed nadejściem chrześcijaństwa oraz islamu. Żydzi z Aleppo przysięgali na księgę, palili świece w grocie, w której była przechowywana i modlili się za jej pośrednictwem o wybawienie dla chorych. Każde następne pokolenie dodawało kolejne opowieści dotyczące skarbu i opieki nad nim, chociaż niemal nikt z wiernych nigdy go nie widział. Morał tych opowieści zawsze był taki sam. Dawno, dawno temu starsi wynieśli Koronę z synagogi, a na Żydów natychmiast spadła zaraza, która ustąpiła dopiero, gdy kodeks powrócił na swoje miejsce. W innej opowieści Korona również zostaje zabrana w podobnych okolicznościach, tylko po to jednak, aby objawić się w cudownych okolicznościach w grocie. Zgodnie z lokalną tradycją, gdyby kodeksowi coś się stało (lub choćby opuściłby synagogę), miejscową społeczność miała spotkać zagłada. Dziś, wiele lat po tych wydarzeniach, może to brzmieć zabawnie, ale wówczas wydawało się, że przepowiednia się spełnia.

Inskrypcja na księdze głosiła:

Błogosławiony niech będzie ten, kto jej strzeże,

Przeklęty niech będzie ten, kto ją skradnie,

Przeklęty niech będzie ten, kto ją sprzeda,

Przeklęty niech będzie ten, kto ją kupi.

Księgi tej nie wolno nigdy sprzedać ani zbezcześcić w jakikolwiek sposób.

Delegaci, którzy zebrali się we Flushing Meadows, puścili w ruch wydarzenia, które doprowadziły w konsekwencji do wojny w Palestynie, zwycięstwa Żydów i narodzin Państwa Izrael. To powszechnie znane fakty. Ale niewielu wie, że głosowanie to doprowadziło do jeszcze jednego łańcucha wydarzeń: do historii Korony z Aleppo, którą po latach zaniedbywania, mitologizacji i oszustw należało wydobyć na światło dzienne.

Wstęp

Latem 2008 roku w ciemnym pomieszczeniu znajdującym się w podziemiach Muzeum Izraela w Jerozolimie po raz pierwszy natknąłem się na jedną z najważniejszych książek w historii świata. Nigdy wcześniej o niej nie słyszałem. Powyżej miejsca, w którym przebywałem - na szczycie kręconych schodów, w zacisznym sanktuarium poświęconym zwojom znad Morza Martwego - wycieczka autobusowa z nabożną czcią podziwiała szklane gabloty ze słynnymi rękopisami z Kumran. Piętro niżej - tam, gdzie stałem - nie było nikogo.

Obok mnie znajdowała się otwarta opasła księga skąpana w delikatnym świetle. Uderzyła mnie otaczająca ją atmosfera powagi, księga zdecydowanie przyciągała uwagę. Nie posiadała złoceń, ozdobnej oprawy ani misternych iluminacji sporządzonych w kolorze lapis lazuli lub czerwieni. Niczego - jedynie rząd za rzędem z najwyższą uwagą stawiane ciemnobrązowym atramentem na jasnobrązowych kartach hebrajskie litery. Dwadzieścia osiem wersów w kolumnie, trzy kolumny na stronie. Na marginesach znajdowały się drobne glosy sporządzone inną ręką. Otwarta była na Księdze Izajasza. Z informacji umieszczonej pod księgą dowiedziałem się, że była to ni mniej, ni więcej, tylko idealna kopia Biblii hebrajskiej - dla wierzących Żydów jedyny autorytarny przekaz słowa Bożego, zesłanego na ziemię w ich ojczystym języku. Ten ponad tysiącletni samotnie wyeksponowany skarb to kodeks z Aleppo - księga, której historia pochłonąć miała większość z kolejnych czterech lat mojego życia.

Zaintrygowało mnie, jak mało wiedziałem o historii tego rękopisu oraz zadziwiające połączenie jego znaczenia i anonimowości. Kilka miesięcy po mojej pierwszej wizycie w muzeum, gdy pracowałem jako reporter w biurze Associated Press w Jerozolimie (co sprowadzało się wówczas do nieustannego przekazywania informacji o kolejnych bezowocnych wydarzeniach politycznych na Bliskim Wschodzie oraz opisywaniu okazjonalnych masakr), udało mi się znaleźć nieco czasu, aby podjąć się pierwszej próby napisania czegoś o kodeksie. Według mojej ówczesnej wiedzy, jego historia przedstawiała się następująco: przez stulecia przechowywany był ukryty bezpiecznie w wielkiej synagodze w Aleppo w Syrii, gdzie znano go pod nazwą Korony Aleppo lub po prostu Korony. W 1947 roku, w czasie zamieszek arabskich, został uszkodzony w wyniku pożaru, ukryty i przeszmuglowany przez członków dawnej diaspory żydowskiej w Aleppo do nowopowstałego Państwa Izrael, gdzie w 1958 roku przekazano go na ręce ówczesnego prezydenta. Jego historia, cytując jedną z oficjalnych wersji jego losów, "zatoczyła koło". Opasły zbiór połączonych ze sobą pergaminowych kart (kodeks) przechowywano nietknięty przez całe wieki, ale w czasie pożaru synagogi w 1947 roku wiele z nich zniknęło w tajemniczych okolicznościach. Utrudniło to badaczom odtworzenie wiernego tekstu Biblii, gdyż Korona nigdy nie została sfotografowana, nie istniała także żadna znana jej kopia. Istniało kilka mglistych teorii starających się wyjaśnić, co stało się z brakującymi kartami. Teorie te oczywiście odnotowałem, podobnie jak informację o próbie odnalezienia kart przez obecnych strażników kodeksu - badaczy z prestiżowego Instytutu Ben Cewiego w Jerozolimie. Zapoznałem się z kilkoma dostępnymi mi materiałami na temat rękopisu, odbyłem rozmowy z kilkoma naukowcami i przesłałem swojemu redaktorowi z AP w Nowym Jorku tekst długi na tysiąc trzysta wyrazów.

W chwili gdy wysyłałem artykuł do druku, nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z tego, czym tak naprawdę było zniknięcie brakujących kart Korony - zagadką, wskazówki do rozwikłania której nadal spoczywały w zapomnianych skrzyniach z dokumentami oraz starzejących się ludzkich umysłach. Nie dostrzegłem, że w historii tej kryła się jeszcze jedna tajemnica, co najmniej równie interesująca, jak pierwsza: w jaki dokładnie sposób kodeks przewędrował z mrocznej groty w Aleppo do Jerozolimy? Nie przyszło mi wówczas do głowy, że można byłoby na ten temat napisać cokolwiek nowego ani że prawdziwa historia rękopisu nigdy tak naprawdę nie wybrzmiała.

Chciałbym móc powiedzieć, że w historii kodeksu było coś, co nie dawało mi spokoju, co przez kolejne miesiące od mojej pierwszej wizyty w muzeum sprawiało, że nie przestawałem o niej myśleć. Ale nie, nie było niczego takiego. Nawet w chwili, gdy zaczynałem pracę nad tą książką, wyobrażałem sobie, że będzie to podnosząca na duchu, prosta opowieść o cudownym ocaleniu zabytku kultury, który wyłonił się z pomroki dziejów, i o jego powrocie do domu. Mój reporterski zmysł (cichy głosik z tyłu głowy, odzywający się, gdy zauważa historię do odkrycia) odezwał się dopiero po kilku niesamowitych miesiącach pracy za zamkniętymi drzwiami.

Spotkałem się z dyrektorem Instytutu Ben Cewiego, finansowaną przez rząd izraelski jednostką naukową, nazwaną tak od nazwiska człowieka, któremu przekazano rękopis po przewiezieniu go do Izraela - Icchaka Ben Cewiego, etnografa, historyka i prezydenta Izraela w latach 1952-1963. Chociaż rękopis jest przechowywany w Muzeum Izraela, jego oficjalny nadzorca to ulokowany w otoczonej drzewami spokojnej okolicy Jerozolimy instytut byłego prezydenta zajmujący się badaniami nad wspólnotami żydowskimi rozsianymi na Wschodzie. Profesor, uprzejmy i bardzo ostrożny mężczyzna, udzielił mi mnóstwa informacji na temat kodeksu, po czym, gdy skończyliśmy rozmawiać o ogólnikach i poprosiłem o dostęp do Korony, niespodziewanie przestał odpowiadać na moje wiadomości.

Szukając informacji na temat tego, co działo się z rękopisem po pożarze synagogi w Aleppo w 1947 roku, natknąłem się na książkę wydaną w latach 80. po hebrajsku przez Instytut. Znajdowało się tam mnóstwo szczegółów na temat historii Korony przed 1947 rokiem, ale wiadomości na temat jej późniejszych losów były dziwnie niejasne i wewnętrznie sprzeczne. Czytając ją, miałem wrażenie (wzmagające się z każdą kolejną stroną), że autor włożył bardzo wiele wysiłku w to, aby nie ujawnić przypadkiem jakichś informacji. Zamknąłem książkę z niepokojącym wrażeniem, że wiem o kodeksie jeszcze mniej niż przed jej otworzeniem.

Zadzwoniłem do innego pracownika Instytutu i powiedziałem mu, że chciałbym napisać książkę o Koronie z Aleppo.

- Przecież jedna już jest - odpowiedział.

Dowiedziałem się, że ponad pięćdziesiąt lat wcześniej odbył się w Jerozolimie proces, który wydawał mi się powiązany z historią manuskryptu, ale okazało się, że nie ma żadnego oficjalnego protokołu z jego przebiegu.

Skontaktowałem się z jednym z najlepszych na świecie ekspertów w zakresie rękopisów hebrajskich, byłym dyrektorem izraelskiego muzeum narodowego i przedstawiając się, przypadkiem wspomniałem o "stronie" Korony.

- Nie "strona" - odparł pełnym potępienia głosem bibliotekarz. - Karta.

Skoro nie widzę różnicy między nimi, ciągnął dalej, to może powinienem zabrać się za jakiś inny temat. Laik nie ma czego tu szukać (w języku bibliotekarzy każda karta składa się z dwóch stron. W języku potocznym jednak oba słowa są synonimami i używałem ich w rozmowie naprzemiennie). Zasugerował mi kilka artykułów, które powinienem jego zdaniem przeczytać (wszystkie jego autorstwa) i rozłączył się.

Stopniowo zacząłem odkrywać jednak prawdziwą subkulturę osób zainteresowanych Koroną oraz jej historią: naukowców, kolekcjonerów i żydowskich uchodźców z Aleppo, którzy byli bardzo wyczuleni na każdą wzmiankę o niej. W myślach zacząłem nazywać ich Podziemiem Wyznawców Kodeksu z Aleppo.

Udałem się do niewielkiego sklepu, wypełnionego po brzegi książkami po hebrajsku, znajdującego się przy rynku warzywnym w zachodniej Jerozolimie. Jego właściciel, jak słyszałem, był Żydem z Aleppo i mógł wiedzieć coś na temat manuskryptu. Bukinista, brodaty mężczyzna z czarną jarmułką na głowie, przeprosił mnie, stwierdzając, że nie jest w stanie mi pomóc. On także przez lata zadawał, na próżno, wiele pytań o rękopis.

- Wewnątrz wspólnoty z Aleppo zawiązała się zmowa milczenia na temat Korony - powiedział.

Słysząc pogłoski na temat tego, że w historię manuskryptu zamieszany był w jakiś sposób Mosad (izraelska agencja wywiadowcza), skontaktowałem się z byłym szpiegiem, dawnym szefem oddziału Mosadu w Bejrucie i Teheranie, który spędzał emeryturę, przechadzając się w kapciach po mieszkaniu w Tel Awiwie. Był to mój stary znajomy, którego poznałem w czasie wykonywania jednego ze zleceń dla AP.

- To temat na rozmowę z Rafim Suttonem - odparł.

Sutton, wówczas dobiegający już osiemdziesiątki, był Żydem urodzonym w Aleppo i weteranem Mosadu oraz kilku innych izraelskich służb wywiadowczych. Dwadzieścia lat wcześniej, zaraz po przejściu na emeryturę, Sutton podjął się prywatnego śledztwa dotyczącego najnowszej historii Korony.

W czasie jednego z naszych pierwszych spotkań rzucił na stolik opasłą teczkę, rozparł się wygodnie i spojrzał na mnie badawczo. Jego wzrok był tak przenikliwy, że niemal czułem, jak palcami grzebie mi w mózgu.

- Ile wiesz? - zapytał.

Gdy odparłem, że w sumie to nic, ofuknął mnie.

- Tu jest cała historia - oznajmił, wskazując imponującym nosem teczkę. Na jego twarzy widniał niepokojący uśmiech, uzupełniony przez kępkę siwych włosów wystających spod dresu. Ale szpiedzy nie przekazują informacji za darmo. Teczka była tylko przynętą. Na razie nie miał zamiaru pokazywać mi jej zawartości.

Za pośrednictwem swoich nowych kontaktów w Podziemiu Wyznawców Kodeksu z Aleppo dotarłem do Ezry Kassina, mężczyzny po czterdziestce, który w najdrobniejszych detalach potrafił opisać wygląd wielkiej synagogi w Aleppo oraz groty, w której przechowywano Koronę. Co interesujące, nigdy w niej nie był. Przyszedł na świat w Izraelu, w rodzinie, która wyemigrowała z Aleppo. W ojczyźnie pracował najpierw jako detektyw żandarmerii wojskowej, następnie zaś założył centrum studiów nad mistyką żydowską. Kassin do tego stopnia zafascynowany był tematem zagubionych kart Korony, że mogło się wręcz wydawać, iż upatrywał w tym czegoś większego niźli tylko odtworzenia księgi. Podobnie jak Rafi Sutton, dawny agent Mosadu, Kassin prowadził własne, amatorskie śledztwo poświęcone Koronie, a jego wyniki dokumentował pieczołowicie w segregatorze i na komputerze w domu, w którym mieszkał z żoną i dwuletnim synkiem.

- Uważaj - przestrzegł mnie, gdy spotkaliśmy się w kawiarni. - Wchodzisz na pole minowe.

Skinąłem głową, udając, że wiem, o co mu chodzi. Pokręcił głową. Widział, że nie rozumiałem.

- Droga do prawdy usiana jest pułapkami, potrzaskami, manipulacjami i wymówkami - powiedział. - Powiedz jedno niewłaściwe słowo niewłaściwej osobie, a reszta zatrzaśnie ci drzwi przed nosem.

Uniósł do ust filiżankę cappuccino, bardzo z siebie zadowolony.

Pierwsza wizyta w galerii Muzeum Izraela powinna przygotować mnie na to, co miało czekać mnie w przyszłości. Otwarty na księdze Izajasza tom, który zainspirował mnie do zgłębienia tematu, wcale nie był Koroną z Aleppo. Prawdziwe były jedynie dwie górne karty, spoczywające na fałszywce mającej udawać oryginał. Z powodu prac konserwatorskich i ze względów bezpieczeństwa reszta rękopisu przechowywana była w skarbcu, w innym miejscu budynku. Dostęp do niego wymagał posiadania zestawu trzech różnych kluczy, karty magnetycznej i tajnego kodu. Obiekt znajdujący się za szybą był po prostu sztuczką kuratora, mającą zapewnić zwiedzającym poczucie obcowania z oryginałem. Jak wiele innych rzeczy w tej historii, to również był sprytny wybieg.

Z odrobiną uporu udało mi się w końcu sforsować wszystkie drzwi dzielące mnie od kodeksu. Nasza historia zaczyna się w momencie, gdy zaczyna się coś nowego, a coś bardzo starego dobiega końca. Toczy się pomiędzy dwoma względnie bliskimi sobie miastami (Aleppo oraz Jerozolimą), jej gałęzie sięgają jednak również miast położonych na innych kontynentach. Początkowo sądziłem, że będzie to opowieść o wspaniałej księdze i chociaż w pewnym sensie faktycznie jest, to opowiedziana w sposób znacznie bardziej ponury, niż pierwotnie zakładałem. Jeśli wziąć pod uwagę, jak wnikliwie na kartach Korony przeanalizowana została ludzka natura, można byłoby pokusić się o stwierdzenie, że przekazywana przez nią opowieść przewidziała niejako losy samej księgi (i to bez względu na to, czy ktoś chciałby traktować słowa Biblii jako prorocze czy prostu jako mądre).

Obie zagadki Korony, jak z czasem uznałem, splatały się ze sobą. Obie powiązane były również z brakiem dobrej woli do opowiedzenia prawdy czy choćby porozmawiania na temat drogi, jaką księga pokonała na przestrzeni XX wieku. W pełni zdawałem sobie sprawę z tego, że ostateczne rozwiązanie pierwszej zagadki (zaginionych kart) wymagałoby postawienia pewnych ludzi przed sądem oraz wykorzystania wehikułu czasu. Rozumiałem, że odpowiedź z konieczności będzie niepełna. Udało mi się jednak dowiedzieć na ten temat znacznie więcej, niż początkowo wydawało mi się możliwe oraz odkryć znaczną liczbę zaskakujących, nigdy nieupublicznionych informacji, znanych tylko niewielkiemu gronu, dzięki którym udało mi się stworzyć przynajmniej zarys odpowiedzi. Rozwiązanie drugiej zagadki (tego, w jaki dokładnie sposób księga trafiła tam, gdzie ostatecznie trafiła) przedstawione zostaje po raz pierwszy w niniejszej książce.

Komentując pęd do odkrycia prawdziwej wiedzy zawartej w Biblii, wielki lekarz i filozof Mojżesz Majmonides, którego czytelnicy tej książki wkrótce spotkają na ulicach dwunastowiecznego Kairu, pisał:

Nie wolno ci myśleć, że owe wielkie sekrety są w pełni zrozumiałe dla kogokolwiek z nas. Nie są. Niekiedy jednak doświadczamy przebłysków prawdy, tak że zdaje nam się, iż to dzień, po czym tajemnice te na najróżniejsze możliwe sposoby ponownie pogrążają się w mroku, tak że znów zdawać by się mogło, że otacza nas noc, równie ciemna, jak poprzednio. Jesteśmy jak człowiek idący przez ciemną noc, który od czasu do czasu widzi przebłyski światła.

Majmonides, który korzystał z tego właśnie kodeksu przy sporządzaniu swojego wybitnego zbioru prawa żydowskiego, odnosił się do kwestii daleko wykraczających poza zakres mojego dziennikarskiego śledztwa, raz po raz wracałem jednak do jego słów, gdy starałem się ułożyć w całość losy księgi. Początkowo te nieliczne strzępy informacji, które zdołałem zgromadzić, w najmniejszym stopniu nie sugerowały, że uda mi się zbudować z nich przystępne wyjaśnienie, ale z czasem moje śledztwo zaczęło przynosić owoce, odsłaniając koleje losów księgi. O ile odtworzenie brakujących części Korony z Aleppo daleko wykracza daleko poza moje możliwości, o tyle brakujące elementy jej historii czekały tylko na odkrycie.

Książka ta swój początek wzięła od projektu, który zrodził się w mojej głowie z czystej ciekawości. Ale z biegiem czasu, gdy kolejne odkrywane fakty okazywały się coraz bardziej zniekształcone i rozczarowujące, a ja nauczyłem się szukać odpowiedzi na swoje pytania w teczkach i zacząłem przesiadywać ze starcami chwytającymi się wspomnień kruchych niczym spalony pergamin, odnalazłem w sobie jeszcze jedną motywację. Jeśli Korona z Aleppo nie może być na powrót cała, to trzeba zrobić wszystko, co tylko możliwe, aby przynajmniej jej historia była kompletna. Jesteśmy to winni ludziom, którzy ją stworzyli, czytali, przysięgali na nią i strzegli ją za cenę własnego życia przez ponad tysiąc lat.