Wstęp
Latem 2008 roku w ciemnym pomieszczeniu znajdującym się w podziemiach Muzeum Izraela w Jerozolimie po raz pierwszy natknąłem się na jedną z najważniejszych książek w historii świata. Nigdy wcześniej o niej nie słyszałem. Powyżej miejsca, w którym przebywałem - na szczycie kręconych schodów, w zacisznym sanktuarium poświęconym zwojom znad Morza Martwego - wycieczka autobusowa z nabożną czcią podziwiała szklane gabloty ze słynnymi rękopisami z Kumran. Piętro niżej - tam, gdzie stałem - nie było nikogo.
Obok mnie znajdowała się otwarta opasła księga skąpana w delikatnym świetle. Uderzyła mnie otaczająca ją atmosfera powagi, księga zdecydowanie przyciągała uwagę. Nie posiadała złoceń, ozdobnej oprawy ani misternych iluminacji sporządzonych w kolorze lapis lazuli lub czerwieni. Niczego - jedynie rząd za rzędem z najwyższą uwagą stawiane ciemnobrązowym atramentem na jasnobrązowych kartach hebrajskie litery. Dwadzieścia osiem wersów w kolumnie, trzy kolumny na stronie. Na marginesach znajdowały się drobne glosy sporządzone inną ręką. Otwarta była na Księdze Izajasza. Z informacji umieszczonej pod księgą dowiedziałem się, że była to ni mniej, ni więcej, tylko idealna kopia Biblii hebrajskiej - dla wierzących Żydów jedyny autorytarny przekaz słowa Bożego, zesłanego na ziemię w ich ojczystym języku. Ten ponad tysiącletni samotnie wyeksponowany skarb to kodeks z Aleppo - księga, której historia pochłonąć miała większość z kolejnych czterech lat mojego życia.
Zaintrygowało mnie, jak mało wiedziałem o historii tego rękopisu oraz zadziwiające połączenie jego znaczenia i anonimowości. Kilka miesięcy po mojej pierwszej wizycie w muzeum, gdy pracowałem jako reporter w biurze Associated Press w Jerozolimie (co sprowadzało się wówczas do nieustannego przekazywania informacji o kolejnych bezowocnych wydarzeniach politycznych na Bliskim Wschodzie oraz opisywaniu okazjonalnych masakr), udało mi się znaleźć nieco czasu, aby podjąć się pierwszej próby napisania czegoś o kodeksie. Według mojej ówczesnej wiedzy, jego historia przedstawiała się następująco: przez stulecia przechowywany był ukryty bezpiecznie w wielkiej synagodze w Aleppo w Syrii, gdzie znano go pod nazwą Korony Aleppo lub po prostu Korony. W 1947 roku, w czasie zamieszek arabskich, został uszkodzony w wyniku pożaru, ukryty i przeszmuglowany przez członków dawnej diaspory żydowskiej w Aleppo do nowopowstałego Państwa Izrael, gdzie w 1958 roku przekazano go na ręce ówczesnego prezydenta. Jego historia, cytując jedną z oficjalnych wersji jego losów, "zatoczyła koło". Opasły zbiór połączonych ze sobą pergaminowych kart (kodeks) przechowywano nietknięty przez całe wieki, ale w czasie pożaru synagogi w 1947 roku wiele z nich zniknęło w tajemniczych okolicznościach. Utrudniło to badaczom odtworzenie wiernego tekstu Biblii, gdyż Korona nigdy nie została sfotografowana, nie istniała także żadna znana jej kopia. Istniało kilka mglistych teorii starających się wyjaśnić, co stało się z brakującymi kartami. Teorie te oczywiście odnotowałem, podobnie jak informację o próbie odnalezienia kart przez obecnych strażników kodeksu - badaczy z prestiżowego Instytutu Ben Cewiego w Jerozolimie. Zapoznałem się z kilkoma dostępnymi mi materiałami na temat rękopisu, odbyłem rozmowy z kilkoma naukowcami i przesłałem swojemu redaktorowi z AP w Nowym Jorku tekst długi na tysiąc trzysta wyrazów.
W chwili gdy wysyłałem artykuł do druku, nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z tego, czym tak naprawdę było zniknięcie brakujących kart Korony - zagadką, wskazówki do rozwikłania której nadal spoczywały w zapomnianych skrzyniach z dokumentami oraz starzejących się ludzkich umysłach. Nie dostrzegłem, że w historii tej kryła się jeszcze jedna tajemnica, co najmniej równie interesująca, jak pierwsza: w jaki dokładnie sposób kodeks przewędrował z mrocznej groty w Aleppo do Jerozolimy? Nie przyszło mi wówczas do głowy, że można byłoby na ten temat napisać cokolwiek nowego ani że prawdziwa historia rękopisu nigdy tak naprawdę nie wybrzmiała.
Chciałbym móc powiedzieć, że w historii kodeksu było coś, co nie dawało mi spokoju, co przez kolejne miesiące od mojej pierwszej wizyty w muzeum sprawiało, że nie przestawałem o niej myśleć. Ale nie, nie było niczego takiego. Nawet w chwili, gdy zaczynałem pracę nad tą książką, wyobrażałem sobie, że będzie to podnosząca na duchu, prosta opowieść o cudownym ocaleniu zabytku kultury, który wyłonił się z pomroki dziejów, i o jego powrocie do domu. Mój reporterski zmysł (cichy głosik z tyłu głowy, odzywający się, gdy zauważa historię do odkrycia) odezwał się dopiero po kilku niesamowitych miesiącach pracy za zamkniętymi drzwiami.
Spotkałem się z dyrektorem Instytutu Ben Cewiego, finansowaną przez rząd izraelski jednostką naukową, nazwaną tak od nazwiska człowieka, któremu przekazano rękopis po przewiezieniu go do Izraela - Icchaka Ben Cewiego, etnografa, historyka i prezydenta Izraela w latach 1952-1963. Chociaż rękopis jest przechowywany w Muzeum Izraela, jego oficjalny nadzorca to ulokowany w otoczonej drzewami spokojnej okolicy Jerozolimy instytut byłego prezydenta zajmujący się badaniami nad wspólnotami żydowskimi rozsianymi na Wschodzie. Profesor, uprzejmy i bardzo ostrożny mężczyzna, udzielił mi mnóstwa informacji na temat kodeksu, po czym, gdy skończyliśmy rozmawiać o ogólnikach i poprosiłem o dostęp do Korony, niespodziewanie przestał odpowiadać na moje wiadomości.
Szukając informacji na temat tego, co działo się z rękopisem po pożarze synagogi w Aleppo w 1947 roku, natknąłem się na książkę wydaną w latach 80. po hebrajsku przez Instytut. Znajdowało się tam mnóstwo szczegółów na temat historii Korony przed 1947 rokiem, ale wiadomości na temat jej późniejszych losów były dziwnie niejasne i wewnętrznie sprzeczne. Czytając ją, miałem wrażenie (wzmagające się z każdą kolejną stroną), że autor włożył bardzo wiele wysiłku w to, aby nie ujawnić przypadkiem jakichś informacji. Zamknąłem książkę z niepokojącym wrażeniem, że wiem o kodeksie jeszcze mniej niż przed jej otworzeniem.
Zadzwoniłem do innego pracownika Instytutu i powiedziałem mu, że chciałbym napisać książkę o Koronie z Aleppo.
- Przecież jedna już jest - odpowiedział.
Dowiedziałem się, że ponad pięćdziesiąt lat wcześniej odbył się w Jerozolimie proces, który wydawał mi się powiązany z historią manuskryptu, ale okazało się, że nie ma żadnego oficjalnego protokołu z jego przebiegu.
Skontaktowałem się z jednym z najlepszych na świecie ekspertów w zakresie rękopisów hebrajskich, byłym dyrektorem izraelskiego muzeum narodowego i przedstawiając się, przypadkiem wspomniałem o "stronie" Korony.
- Nie "strona" - odparł pełnym potępienia głosem bibliotekarz. - Karta.
Skoro nie widzę różnicy między nimi, ciągnął dalej, to może powinienem zabrać się za jakiś inny temat. Laik nie ma czego tu szukać (w języku bibliotekarzy każda karta składa się z dwóch stron. W języku potocznym jednak oba słowa są synonimami i używałem ich w rozmowie naprzemiennie). Zasugerował mi kilka artykułów, które powinienem jego zdaniem przeczytać (wszystkie jego autorstwa) i rozłączył się.
Stopniowo zacząłem odkrywać jednak prawdziwą subkulturę osób zainteresowanych Koroną oraz jej historią: naukowców, kolekcjonerów i żydowskich uchodźców z Aleppo, którzy byli bardzo wyczuleni na każdą wzmiankę o niej. W myślach zacząłem nazywać ich Podziemiem Wyznawców Kodeksu z Aleppo.
Udałem się do niewielkiego sklepu, wypełnionego po brzegi książkami po hebrajsku, znajdującego się przy rynku warzywnym w zachodniej Jerozolimie. Jego właściciel, jak słyszałem, był Żydem z Aleppo i mógł wiedzieć coś na temat manuskryptu. Bukinista, brodaty mężczyzna z czarną jarmułką na głowie, przeprosił mnie, stwierdzając, że nie jest w stanie mi pomóc. On także przez lata zadawał, na próżno, wiele pytań o rękopis.
- Wewnątrz wspólnoty z Aleppo zawiązała się zmowa milczenia na temat Korony - powiedział.
Słysząc pogłoski na temat tego, że w historię manuskryptu zamieszany był w jakiś sposób Mosad (izraelska agencja wywiadowcza), skontaktowałem się z byłym szpiegiem, dawnym szefem oddziału Mosadu w Bejrucie i Teheranie, który spędzał emeryturę, przechadzając się w kapciach po mieszkaniu w Tel Awiwie. Był to mój stary znajomy, którego poznałem w czasie wykonywania jednego ze zleceń dla AP.
- To temat na rozmowę z Rafim Suttonem - odparł.
Sutton, wówczas dobiegający już osiemdziesiątki, był Żydem urodzonym w Aleppo i weteranem Mosadu oraz kilku innych izraelskich służb wywiadowczych. Dwadzieścia lat wcześniej, zaraz po przejściu na emeryturę, Sutton podjął się prywatnego śledztwa dotyczącego najnowszej historii Korony.
W czasie jednego z naszych pierwszych spotkań rzucił na stolik opasłą teczkę, rozparł się wygodnie i spojrzał na mnie badawczo. Jego wzrok był tak przenikliwy, że niemal czułem, jak palcami grzebie mi w mózgu.
- Ile wiesz? - zapytał.
Gdy odparłem, że w sumie to nic, ofuknął mnie.
- Tu jest cała historia - oznajmił, wskazując imponującym nosem teczkę. Na jego twarzy widniał niepokojący uśmiech, uzupełniony przez kępkę siwych włosów wystających spod dresu. Ale szpiedzy nie przekazują informacji za darmo. Teczka była tylko przynętą. Na razie nie miał zamiaru pokazywać mi jej zawartości.
Za pośrednictwem swoich nowych kontaktów w Podziemiu Wyznawców Kodeksu z Aleppo dotarłem do Ezry Kassina, mężczyzny po czterdziestce, który w najdrobniejszych detalach potrafił opisać wygląd wielkiej synagogi w Aleppo oraz groty, w której przechowywano Koronę. Co interesujące, nigdy w niej nie był. Przyszedł na świat w Izraelu, w rodzinie, która wyemigrowała z Aleppo. W ojczyźnie pracował najpierw jako detektyw żandarmerii wojskowej, następnie zaś założył centrum studiów nad mistyką żydowską. Kassin do tego stopnia zafascynowany był tematem zagubionych kart Korony, że mogło się wręcz wydawać, iż upatrywał w tym czegoś większego niźli tylko odtworzenia księgi. Podobnie jak Rafi Sutton, dawny agent Mosadu, Kassin prowadził własne, amatorskie śledztwo poświęcone Koronie, a jego wyniki dokumentował pieczołowicie w segregatorze i na komputerze w domu, w którym mieszkał z żoną i dwuletnim synkiem.
- Uważaj - przestrzegł mnie, gdy spotkaliśmy się w kawiarni. - Wchodzisz na pole minowe.
Skinąłem głową, udając, że wiem, o co mu chodzi. Pokręcił głową. Widział, że nie rozumiałem.
- Droga do prawdy usiana jest pułapkami, potrzaskami, manipulacjami i wymówkami - powiedział. - Powiedz jedno niewłaściwe słowo niewłaściwej osobie, a reszta zatrzaśnie ci drzwi przed nosem.
Uniósł do ust filiżankę cappuccino, bardzo z siebie zadowolony.
Pierwsza wizyta w galerii Muzeum Izraela powinna przygotować mnie na to, co miało czekać mnie w przyszłości. Otwarty na księdze Izajasza tom, który zainspirował mnie do zgłębienia tematu, wcale nie był Koroną z Aleppo. Prawdziwe były jedynie dwie górne karty, spoczywające na fałszywce mającej udawać oryginał. Z powodu prac konserwatorskich i ze względów bezpieczeństwa reszta rękopisu przechowywana była w skarbcu, w innym miejscu budynku. Dostęp do niego wymagał posiadania zestawu trzech różnych kluczy, karty magnetycznej i tajnego kodu. Obiekt znajdujący się za szybą był po prostu sztuczką kuratora, mającą zapewnić zwiedzającym poczucie obcowania z oryginałem. Jak wiele innych rzeczy w tej historii, to również był sprytny wybieg.
Z odrobiną uporu udało mi się w końcu sforsować wszystkie drzwi dzielące mnie od kodeksu. Nasza historia zaczyna się w momencie, gdy zaczyna się coś nowego, a coś bardzo starego dobiega końca. Toczy się pomiędzy dwoma względnie bliskimi sobie miastami (Aleppo oraz Jerozolimą), jej gałęzie sięgają jednak również miast położonych na innych kontynentach. Początkowo sądziłem, że będzie to opowieść o wspaniałej księdze i chociaż w pewnym sensie faktycznie jest, to opowiedziana w sposób znacznie bardziej ponury, niż pierwotnie zakładałem. Jeśli wziąć pod uwagę, jak wnikliwie na kartach Korony przeanalizowana została ludzka natura, można byłoby pokusić się o stwierdzenie, że przekazywana przez nią opowieść przewidziała niejako losy samej księgi (i to bez względu na to, czy ktoś chciałby traktować słowa Biblii jako prorocze czy prostu jako mądre).
Obie zagadki Korony, jak z czasem uznałem, splatały się ze sobą. Obie powiązane były również z brakiem dobrej woli do opowiedzenia prawdy czy choćby porozmawiania na temat drogi, jaką księga pokonała na przestrzeni XX wieku. W pełni zdawałem sobie sprawę z tego, że ostateczne rozwiązanie pierwszej zagadki (zaginionych kart) wymagałoby postawienia pewnych ludzi przed sądem oraz wykorzystania wehikułu czasu. Rozumiałem, że odpowiedź z konieczności będzie niepełna. Udało mi się jednak dowiedzieć na ten temat znacznie więcej, niż początkowo wydawało mi się możliwe oraz odkryć znaczną liczbę zaskakujących, nigdy nieupublicznionych informacji, znanych tylko niewielkiemu gronu, dzięki którym udało mi się stworzyć przynajmniej zarys odpowiedzi. Rozwiązanie drugiej zagadki (tego, w jaki dokładnie sposób księga trafiła tam, gdzie ostatecznie trafiła) przedstawione zostaje po raz pierwszy w niniejszej książce.
Komentując pęd do odkrycia prawdziwej wiedzy zawartej w Biblii, wielki lekarz i filozof Mojżesz Majmonides, którego czytelnicy tej książki wkrótce spotkają na ulicach dwunastowiecznego Kairu, pisał:
Nie wolno ci myśleć, że owe wielkie sekrety są w pełni zrozumiałe dla kogokolwiek z nas. Nie są. Niekiedy jednak doświadczamy przebłysków prawdy, tak że zdaje nam się, iż to dzień, po czym tajemnice te na najróżniejsze możliwe sposoby ponownie pogrążają się w mroku, tak że znów zdawać by się mogło, że otacza nas noc, równie ciemna, jak poprzednio. Jesteśmy jak człowiek idący przez ciemną noc, który od czasu do czasu widzi przebłyski światła.
Majmonides, który korzystał z tego właśnie kodeksu przy sporządzaniu swojego wybitnego zbioru prawa żydowskiego, odnosił się do kwestii daleko wykraczających poza zakres mojego dziennikarskiego śledztwa, raz po raz wracałem jednak do jego słów, gdy starałem się ułożyć w całość losy księgi. Początkowo te nieliczne strzępy informacji, które zdołałem zgromadzić, w najmniejszym stopniu nie sugerowały, że uda mi się zbudować z nich przystępne wyjaśnienie, ale z czasem moje śledztwo zaczęło przynosić owoce, odsłaniając koleje losów księgi. O ile odtworzenie brakujących części Korony z Aleppo daleko wykracza daleko poza moje możliwości, o tyle brakujące elementy jej historii czekały tylko na odkrycie.
Książka ta swój początek wzięła od projektu, który zrodził się w mojej głowie z czystej ciekawości. Ale z biegiem czasu, gdy kolejne odkrywane fakty okazywały się coraz bardziej zniekształcone i rozczarowujące, a ja nauczyłem się szukać odpowiedzi na swoje pytania w teczkach i zacząłem przesiadywać ze starcami chwytającymi się wspomnień kruchych niczym spalony pergamin, odnalazłem w sobie jeszcze jedną motywację. Jeśli Korona z Aleppo nie może być na powrót cała, to trzeba zrobić wszystko, co tylko możliwe, aby przynajmniej jej historia była kompletna. Jesteśmy to winni ludziom, którzy ją stworzyli, czytali, przysięgali na nią i strzegli ją za cenę własnego życia przez ponad tysiąc lat.