Prolog
- Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się
modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna
wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby
popełnił grzechy, będą mu odpuszczone1.
Ksiądz nie przerywał.
Na jego młodej i nieskalanej trudami życia twarzy wystąpiły krople potu,
skronie nabrzmiały pulsującymi żyłami, a głos, mimo że ledwo słyszalny,
niósł się po izbie ponurym echem niczym zaklinania egzorcysty.
Za oknem trzaskały błyskawice, a drzewa uginały się pod naporem wichury.
Deszcz tłukł o szyby niemiłosiernie, a na ścianach starego,
rozpadającego się domu na końcu wsi w blasku świec pełzały pokraczne
cienie.
Ksiądz po raz kolejny wykonał nad głową umierającej znak krzyża.
Kobieta leżała pod starymi kocami i ściskała w dłoniach nieco już
zardzewiały krzyż z cierpiącym Chrystusem Panem. Jej stare, naznaczone
ponurym losem dłonie drżały żałośnie, a ona szeptała pod nosem
niezrozumiale dla wyjątkowo skromnego audytorium. Nie była pewna, czy
Pan przyjmie ją do swojego królestwa, tak naprawdę szczerze wątpiła, aby
wybaczył jej grzechy i wpuścił ją do raju. Dawno temu odwróciła się od
Niego. Teraz bardzo tego żałowała.
Spojrzała na przygarbioną postać stojącą w rogu izby. Mężczyzna patrzył
na nią chłodno. Jego brązowe, głęboko osadzone oczy migotały złowrogo w blasku świec, a gdy ksiądz po raz kolejny powiedział "amen", wydłubał
spomiędzy trzonowców resztkę kapusty i splunął na podłogę.
Poczuła, jakby ktoś wbił jej nóż prosto w serce. Zamknęła powieki i z bólu zacisnęła szczęki z taką siłą, że wbiła sobie resztki spróchniałej
zębowiny w dziąsła. Metaliczny smak krwi wypełnił jej usta. Kaszlnęła,
opluwając brodę i pościel, a ministrant o blond włosach wytarł jej usta
białą chustką.
Umierała. Poprzedniego wieczoru, gdy w końcu zabrakło wódki, ostatecznie
zdała sobie z tego sprawę i poczuła lęk. Niezwykle intensywny. Potrafiła
odróżnić go od strachu, który znała doskonale. Strach towarzyszył jej
przez blisko sześćdziesiąt lat marnego i podłego życia. Naznaczonego
biedą, smutkiem, kolejnymi depresjami i bólem duszy przychodzącym po
każdej z nich. Strach był jednak uczuciem namacalnym, można było z nim
walczyć, ukryć się przed nim, czasem nawet go oszukać. Ale świadomość,
że już wkrótce zamieni się w cuchnące ścierwo, a jacyś obcy jej ludzie
włożą je do taniej trumny i zakopią, sprawiała, że zdecydowała się
poprosić o widzenie z ojcem Wilczkiem. Zrobiło jej się strasznie wstyd,
gdy wezwany ministrant poinformował ją, że kapłan umarł trzy lata temu,
a nowym proboszczem został ksiądz Adam Klich. Poprosiła więc o ostatnie
namaszczenie ojca Adama, który do tej pory wykazywał się niezwykłym
zaangażowaniem w wykonywaniu swojego powołania. Patrzyła mu w oczy, gdy
wypowiadał kolejne sentencje, i dziękowała, że przyszedł do niej w chwili ostatniej próby.
- Spowiadam się Bogu wszechmogącemu i wam, bracia i siostry, że bardzo
zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem.
Kobieta uderzyła się w piersi.
- Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Przeto błagam
Najświętszą Maryję, zawsze Dziewicę, wszystkich Aniołów i Świętych, i was, bracia i siostry, o modlitwę za mnie do Pana, Boga naszego.
Spojrzała w róg izby, ale nie dostrzegła w przygarbionej postaci tego,
czego tak bardzo pragnęła. Ona milczała. I nie biła się w piersi.
- Niech się zmiłuje nad nami Bóg wszechmogący i odpuściwszy nam grzechy,
doprowadzi nas do życia wiecznego...
Ksiądz kontynuował. Kobieta wtórowała tak, jak potrafiła. Było jej
wstyd, że nie znała podstawowych modlitw. Kiedyś, dawno temu, pamiętała.
Dziś, w godzinę własnej śmierci, nie umiała wyrecytować w całości choć
jednej.
- Prosimy Cię, abyś złagodził jej cierpienia.
- Wysłuchaj nas, Panie.
- Prosimy Cię, abyś ją uwolnił od grzechów i pokus.
- Wysłuchaj nas, Panie...
Kobieta poczuła, jak do chorych oczu napływają łzy. Przez lata wyzbyła
się wstydu, ale dziś to uczucie nie pozwalało jej choćby na chwilę
zapomnieć o tym, jak żyła i co robiła. Pokusa, grzech, pokuta. Tak
wyglądało całe jej plugawe życie.
Ukradkiem spojrzała na brodatego mężczyznę w rogu izby. Stał
przygarbiony i obserwował księdza udzielającego ostatniego sakramentu
umierającej kobiecie. Obojętny, niewzruszony, zimny. Nie pomagał. Nie
uczestniczył w ceremonii. Czekał.
Ministrant o blond włosach podał młodemu kapłanowi naczynie z olejem
świętym. Ojciec Klich namaścił czoło i zasklepione dłonie kobiety, a następnie, wypowiadając modlitwę za chorą w agonii, w imieniu Pana
odpuścił grzechy. Gdy skończył, wytarł dłonie w watę, którą odłożył na
biały obrus, tuż obok miseczki z wodą święconą.
Kobieta zakrztusiła się krwią, która tym razem dosięgła jej nadgarstka i gorliwie ściskanej figury Jezusa Chrystusa umierającego na krzyżu.
Ksiądz delikatnie wytarł jej usta i dotknął dłoni. Uśmiechnął się przy
tym do niej tak naturalnie, jak nikt od wielu długich lat. Poczuła ulgę.
- Już blisko. Jeszcze tylko "Ojcze Nasz".
Cierpiąca zacisnęła wargi, walcząc z przejmującym bólem. Rak, który od
blisko trzech lat pożerał ją od środka, w ostatnich dniach rozpoczął
sutą ucztę. Nie miała pieniędzy na morfinę, leki przeciwbólowe już nie
działały, wódki zabrakło. Teraz, na łożu śmierci, cieszyła się z tego
faktu. Choć raz chciała być trzeźwa i do Boga wejść z podniesioną głową.
Złożyła ręce i odmówiła z księdzem "Ojcze Nasz". Kilkakrotnie zakaszlała
krwią, poczuła, że koniec jest już bardzo bliski. Błagalnie spojrzała na
kapłana. Miał przystojną twarz z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi,
prosty nos i duże niebieskie oczy. Nie była już w stanie wypowiedzieć
słowa, zwłaszcza że na zewnątrz rozpętało się piekło, a odgłosy burzy
zagłuszały nawet modlitwy księdza. Ojciec Klich uchwycił spojrzenie
umierającej, jej tęczówki były szare jak u chorego na jaskrę, a białka
przybrały kolor zgniłego jaja. Zrozumiał, co chciała mu powiedzieć, a ona mu za to milcząco podziękowała.
Patrzyła, jak sięga po bursę z Komunią Świętą. Z namaszczeniem wyciągnął
opłatek i delikatnie wsunął go w uchylone usta umierającej.
Kobieta gestem poprosiła, aby nachylił się nad nią. Zrobił to, a ona
wyszeptała, że przed śmiercią chce wyjawić ostatnią tajemnicę.
- Mów, córko. Pan Jezus cię słucha.
Pokiwała głową i wskazała na postać w rogu. Ksiądz Klich podszedł do
niej i przekazał ostatnie życzenie umierającej, po czym opuścił izbę.
Mężczyzna przeciągnął językiem po dziąsłach i splunął szpetnie na
podłogę. Zrobił kilka kroków, a pod jego potężnymi stopami podłoga
zaskrzypiała.
Nachylił się nad kobietą, a ona spojrzała mu w oczy. Pałały czystą,
nieukrywaną nienawiścią. Przeraziła się, że nie pójdzie do nieba. Gdy w jego źrenicach odbiły się płomienie świeczek, pomyślała, że tak właśnie
wygląda diabeł. I teraz, w godzinę jej śmierci, objawił się pod jego
postacią.
Zanim umarła, powiedziała mu całą prawdę.
Rozdział 1
Filip Trochan był mężczyzną przed czterdziestką, choć ludzie zwykle
dawali mu kilka lat mniej. Nosił dobre garnitury i idealnie wyprasowane
przez żonę koszule, oczywiście, gdy tylko opuścił swoją klinikę, w której był lubiany i szanowany nie tylko przez pacjentów, ale także
pracowników, od pani sprzątającej po zatrudnionych lekarzy specjalistów.
Często podróżował po Europie, jeździł na sympozja i pomimo wybitnych
osiągnięć w podologii stawiał sobie coraz to nowe wyzwania i wciąż
poprawiał własne umiejętności, w związku z czym ściana jego gabinetu
wyglądała niczym mundur zasłużonego generała - z tą różnicą, że zamiast
medali i odznaczeń zdobiły ją certyfikaty, dyplomy i atesty.
Lubił czasem usiąść w fotelu i wodzić wzrokiem po dowodach swoich
niewątpliwych osiągnięć. Co prawda nie należał do osób z przesadnie
wybujałym ego, tym bardziej nie wywyższał się w towarzystwie, mimo to
czuł się człowiekiem sukcesu i przynajmniej przed samym sobą tego nie
ukrywał. Miał cudowną rodzinę, wspierającą go żonę Annę oraz przepiękną
pięcioletnią córeczkę o dźwięcznym imieniu Lena. Choć na co dzień tego
nie okazywał, był dumny, że każdego dnia może wracać do domu z podniesioną głową, będąc pewnym, że niczego im nie zabraknie, nawet
jeśli wymagało to od niego tylu wyrzeczeń.
Tego wieczoru też był zmęczony. Gdy odwiesił fartuch i sprawdził stan
ostatnich pacjentów, postanowił, że przed wyjściem zajrzy jeszcze do
skrzynki mailowej. Chwilę trwało, zanim przebił się przez rozrośnięty do
gargantuicznych rozmiarów spam, którego w żaden sposób nie mógł się
pozbyć, w końcu jednak wyłuskał interesujące go wiadomości. Dwa
zaproszenia na sympozja do Sankt Petersburga i Dubaju, prywatna
wiadomość od doktora Szymanowskiego z Centrum Medycznego ALDEMED
dotycząca zmiany terminu spotkania oraz spersonalizowana, niecierpliwie
wyczekiwana oferta z firmy Medicors, mająca na celu przedstawienie
najnowocześniejszego sprzętu do chirurgii stopy, zwłaszcza zaś leczenia
wrastających paznokci, co było wizytówką doktora nie tylko w kraju, ale
i w Europie.
Przed opuszczeniem kliniki musiał odpisać przynajmniej doktorowi
Szymanowskiemu. Był jednak tak zmęczony, że nie miał sił wchodzić z nadawcą w jakąkolwiek dyskusję, dlatego - dziękując w duchu, że od
jakiegoś czasu są już na stopie prywatnej i nie musi udawać - wiadomość
ograniczył do krótkiego "Tak, dzięki za informację, pozdrawiam, FT".
Chwilę potem zamknął laptopa i rozsiadł się w skórzanym fotelu.
Postanowił, że zasługuje chociaż na dziesięć minut całkowitego spokoju,
zwłaszcza że sekretarka już dawno opuściła biuro, a nikt inny - prócz
sprzątaczki i żony oczywiście - nie miał prawa wejść do jego gabinetu
bez uprzedniego umówienia się na konkretną godzinę. Dziesięć minut
zamieniło się w blisko godzinę i gdyby nie pani Grocholska, która w każdy poniedziałek, środę i piątek przychodziła posprzątać biura, Filip
Trochan zapewne spałby przynajmniej kolejne dwie.
Obudził go dźwięk otwieranych drzwi. Doktor zerwał się na widok starszej
kobiety w ogromnych okularach, która bezceremonialnie wpakowała się do
gabinetu z pokaźnych rozmiarów wózkiem.
- Dobry wieczór, pani Basiu - przywitał się, przecierając oczy.
- Dobry wieczór, panie doktorze - powiedziała i wymownie podparła się
pod boki.
- Znów mnie pani przyłapała. - Trochan wstał i chwycił wiszącą na
wieszaku marynarkę.
- To już trzeci raz w tym miesiącu, a mamy dopiero dziesiąty
października, panie doktorze. Jak tak dalej pójdzie, to pana licho
weźmie i taki będzie koniec.
- Ej tam, od razu licho. Pani zawsze taka czarnowidzka?
- Żadna tam czarnowidzka, tylko kobieta twardo stąpająca po ziemi. Jak
mój świętej pamięci Gieniu tak się zaharowywał w tej pieruńskiej
kopalni, to też niby mówił, że go licho nie weźmie. I co? Wzięło go
szybciej, niż myślał i...
- Dobrze już, dobrze, pani Basiu. Obiecuję, że się poprawię.
- Od trzech lat doktor mi to gada. - Grocholska wymownie machnęła ręką.
- A ja pana i tak przydybię. I tak w koło Macieju.
Trochan poprawił poluzowany krawat i już miał wyjść, gdy postawna
kobieta w okularach przypominających oczy owada zatarasowała mu drogę.
- Ooo, tak, was młodych to zawsze trzeba pilnować na każdym kroku -
rzekła, gdy naprostowała węzeł przy kołnierzyku. - Krawat to nie męski
zwis, jak próbują go nazywać w tej pieruńskiej telewizji. I trzeba umieć
go nosić.
- Co ja bym bez pani zrobił, pani Basiu? - Trochan uśmiechnął się i opuścił gabinet.
Ruszył do windy, która o tej porze zwykle była rzadko używana. Wcisnął
guzik, w opuszczonym korytarzu rozległo się głośne "ping", a z szybu dał
się słyszeć stłumiony szept nowoczesnego mechanizmu. Chwilę później
srebrne drzwi rozsunęły się i doktor wszedł do środka. Spojrzał
odruchowo na zegarek Tag Heuer - prezent od żony na dziesięciolecie
ślubu - za, bagatela, szesnaście tysięcy złotych i pomyślał, że jest
szczęśliwym człowiekiem. Nawet jeśli zapieprza od rana do wieczora, to
lubi to, co robi, i na nic mu nie brakuje. Nacisnął przycisk z symbolem
"-1", oznaczającym garaż, gdzie czekał na niego nowiutki srebrny SUV -
Hyundai Santa Fe, którym pojedzie do rezydencji w podzielonogórskim
Jędrzychowie. O tej porze ukochana żona pewnie układała do snu Lenkę,
ponieważ dochodziła dziewiąta, która dla młodej była graniczną godziną.
Po niej, nawet jeśli próbowała walczyć ze snem, szczypiąc się po rękach,
zawsze przegrywała z kretesem.
Pomyślał, że miło by było spędzić romantyczny wieczór. Ostatnio rzadko
bywał w domu, z żoną kochał się rzadziej niż kiedyś i choć ona,
psycholog prowadząca własny gabinet, nigdy nie zdecydowała się poruszyć
tego tematu, wyczuwał, że coś między nimi szwankuje. To była ta jedna,
ledwo dostrzegalna rysa. Niby wszystko wyglądało w jak najlepszym
porządku, ale gdzieś tam pod płaszczem miłości, wzajemnego szacunku i wieloletniego przyzwyczajenia krył się problem, do którego oboje nie
chcieli się przyznać. Lekceważył go, tłumacząc się przed samym sobą
przepracowaniem i brakiem czasu, ale z każdym kolejnym miesiącem dręczył
go coraz bardziej. Czuł, że ktoś lub coś zasiało ziarenko, które w ich
wzorowy i uporządkowany związek wprowadziło nutkę niepokoju, co gorsza,
wykiełkowało i wypuściło pędy.
Dziś zabawię się w ogrodnika i wytnę niepożądane pędy, pomyślał,
maszerując w kierunku samochodu. Zajadę po drodze po sushi, w Świecie
Win (dawno tam nie byłem i mam nadzieję, że mają otwarte do dziesiątej)
kupię drogie chilijskie wino (ona uwielbia chilijskie wina). Spędzimy
romantyczny wieczór, a potem będziemy się dziko i namiętnie kochać przy
rozpalonym kominku, wsłuchując się w trzask płonących polan. Gdy już
ochłoniemy, znów napijemy się wina, a potem to powtórzymy. Jeszcze
mocniej i intensywniej.
Te myśli wprowadziły go w jeszcze lepszy nastrój. Miał plan na
dzisiejszy wieczór, dlatego przyspieszył kroku. Z wewnętrznej kieszeni
marynarki wyciągnął kluczyki i wcisnął przycisk. Reflektory błysnęły,
rozjaśniając na chwilę półmrok niewielkiego podziemnego garażu i oświetlając pobliską ścianę.
Trochan przystanął.
To był ułamek sekundy, ale dałby sobie uciąć palec, że ktoś stał w zacienionym rogu. W miejscu, gdzie nikt nigdy nie stanąłby ot tak.
Poczuł się nieswojo, tym bardziej że zarys postaci był mu znajomy. Nie
należał do cykorów, od lat trenował karate i choć nauczony pokory,
zwykle schodził z drogi ewentualnym agresorom, na pewno nikomu tanio by
skóry nie sprzedał.
Przez moment zawahał się, ale raz jeszcze wcisnął przycisk otwierający
zamek w aucie. Światła znów zamigotały pomarańczowym blaskiem, ale tym
razem postać już się nie pojawiła. Pomyślał, że to pewnie efekt
zmęczenia, ale gwałtowny i bardzo nieprzyjemny dreszcz przypomniał mu,
że nie może się dalej okłamywać. Znał tę postać. Prześladowała go od
dzieciństwa, od najmłodszych lat. W snach, w ciemnych zakamarkach, nawet
w lustrach, których nie lubił do dziś. Rosła, tężała i rozwijała się
razem z nim, zawsze pojawiała się jednak jako cień, istota bez twarzy. Z czasem jej oblicze nabrało kształtów, ale do samego końca pozostało
zamazane, przez co było jeszcze bardziej przerażające. Zwłaszcza gdy
otwierało swoje przepastne czarne usta i wydawało ten ohydny, niemy
krzyk, niczym bezimienny bohater słynnego obrazu Edvarda Muncha. Gdy
inne dzieci bały się duchów i potworów, on zawsze bał się tego
szkaradnego cienia.
Ostatni raz widział go wiele lat temu, chyba na jednej ze studenckich
imprez. Kolega zaproponował mu skręta z "białą wdową", wówczas podobno
najlepszą na rynku marihuaną. To był pierwszy i ostatni raz, gdy
zaaplikował sobie jakikolwiek narkotyk.
Dlaczego zobaczył go ponownie właśnie teraz? Nerwowo wcisnął przycisk po
raz trzeci. I po raz trzeci światła rozjaśniły półmrok pomarańczowym
blaskiem. Nikt nie stał w rogu, nikt się na niego nie czaił. Cień
zniknął.
- Jesteś przemęczony, doktorze Trochan - mruknął pod nosem i ruszył w kierunku auta.
Gdy chwycił za klamkę, usłyszał z głębi parkingu jakiś dźwięk. Jakby
niewielki stalowy element potoczył się po betonie i zatrzymał gdzieś w oddali. W niemal absolutnej ciszy metaliczny odgłos poniósł się upiornym
echem.
Trochan puścił klamkę i poszedł na tył samochodu. Otworzył bagażnik i wyciągnął saperkę. Pomyślał, że właściwie mógłby po prostu wsiąść za
kierownicę, włączyć silnik i pojechać po sushi i wino, a z samochodu
zadzwonić na policję i zgłosić, że ktoś podejrzany kręci się po
podziemnym parkingu kliniki. Pierwszy lepszy patrol zajechałby
sprawdzić, co się dzieje, i ewentualnie zgarnąłby tego bezdomnego,
złodzieja czy kimkolwiek był ten osobnik. Mimo to z saperką w ręku
ruszył przed siebie. W głębi duszy doskonale wiedział, że to nie był ani
bezdomny, ani złodziej. Przez krótki moment poczuł się silny i twardy,
ale gdy metaliczny odgłos rozległ się w najciemniejszym zakamarku
parkingu, zrozumiał, że był w błędzie. Na skroniach wystąpiły mu krople
potu, a serce zamieniło się w młot pneumatyczny. Suchość w ustach,
drżenie rąk, gardło ściśnięte jak w imadle.
Ostatni atak paniki miał dobrych kilkanaście lat temu, ale nie zapomniał
tego obezwładniającego uczucia. Paraliżowało go w ułamku sekundy. Tak
właśnie reagował, gdy wyczuwał jego obecność.
Cień wrócił.
- Kto tam? Proszę odpowiedzieć, bo mam się czym bronić...
Ton głosu zaskoczył nawet jego samego. Piszczał jak pięcioletnia
dziewczynka, która właśnie straciła z oczu mamę w lunaparku. Jeśli
chciał kogoś przestraszyć, to jego starania z pewnością odniosły
odwrotny skutek.
Uznał, że wystarczy. Nie będzie dalej pajacować. Wycofał się i ruszył w kierunku pojazdu. Otworzył drzwi i usiadł za kierownicą, a saperkę
położył na siedzeniu pasażera. Rozejrzał się po parkingu po raz ostatni,
po czym włączył silnik. Reflektory rozbłysły silnym, jasnym światłem,
ale choć podświadomie to sobie wyobraził, nie uchwyciły w swoim blasku
zarysu żadnej złowrogiej postaci. Zamiast tego wnętrze pojazdu wypełniły
rytmy jakiegoś nowego hitu w języku hiszpańskim, który wpadł mu w ucho
kilka dni temu. Muzyka sprawiła, że poczuł się bezpieczniej. Przesunął
gałkę zmiany biegów na "drive" i powoli ruszył do przodu. Gdy brama
garażu uniosła się, a on opuszczał podziemny parking, pomyślał, że chyba
przesadził. Przecież cień był tylko ucieleśnieniem jego obaw i lęków z dzieciństwa. Przynajmniej tak kiedyś tłumaczył to psychiatra.
Wtedy na kręgosłupie poczuł lodowate palce strachu. Odruchowo zamknął
oczy i pomodlił się, aby w lusterku wstecznym znów nie ujrzeć tego, co
mignęło mu przed chwilą w odbitym świetle ulicznych latarni.
Za plecami usłyszał dyszenie i poczuł ciepły oddech na karku.
Cień siedział tuż za nim.
Chwilę później doktor runął w otchłań ciemności.
Rozdział 2
Na zewnątrz wciąż panował mrok. Krople deszczu dudniły o parapet starej
kamienicy na warszawskiej Saskiej Kępie, a sypialnię o skąpym wystroju
wypełniały jęki szczytującej pary kochanków. Kobieta o długich blond
włosach wpijała paznokcie w klatkę piersiową partnera i gwałtownie, z każdą sekundą coraz szybciej i bardziej zachłannie, ujeżdżała go. W kulminacyjnym momencie zaklęła siarczyście i wygięła ciało w łuk niczym
gimnastyczka. Mężczyzna uniósł biodra, jakby w ostatniej chwili chciał
wejść w kochankę jeszcze głębiej, po czym obojgiem targnęła fala
ekstatycznych spazmów. Chwilę później kobieta opadła na partnera, jakby
straciła wszystkie siły.
Leżeli tak przez kilkadziesiąt kolejnych sekund, dysząc ciężko. Wnętrze
wypełniał zapach dymu papierosowego, kadzideł i seksu.
- Kocham cię, Igor - szepnęła mężczyźnie do ucha i pocałowała go w szyję. Raz, drugi, trzeci, czekała, aż w końcu usłyszy z jego ust to
samo, ale kochanek milczał.
Jak zawsze.
Oksana Szczypenko pochodziła z Ukrainy i blisko rok temu zakochała się w Igorze bez opamiętania. Poznali się przypadkiem, gdy prowadził śledztwo
dotyczące zabójstwa szefa jednego z magazynów dużej firmy odzieżowej pod
Warszawą. Przesłuchiwał ją jako jednego z kilkudziesięciu potencjalnych
świadków i choć nie miała zielonego pojęcia o sprawie, zatrzymała
wręczoną wizytówkę. Po kilkunastu dniach walki z samą sobą zadzwoniła.
Wtedy wszystko się zaczęło.
Z początku ją zlekceważył, ale miała swoje sposoby, aby zmienił zdanie.
W końcu uległ i spotkali się w gruzińskiej restauracyjce na Starym
Mieście. Przyszła ubrana w podkreślającą jej kształty czerwoną sukienkę
i od razu zrobiła na nim wrażenie. Szczupłe nogi do samego nieba
wieńczyły zgrabne pośladki, a szerokie biodra kontrastowały z talią tak
wąską, że postawny mężczyzna był w stanie objąć ją dłońmi. Jej
bezsprzecznym atrybutem były też ogromne jasnoniebieskie oczy oraz
zdrowe, lśniące włosy koloru letniego słońca. Znała swoją wartość i wykorzystała ją w pełni, aby usidlić faceta, który w tylko sobie znany
sposób skradł jej serce.
Oksana uniosła delikatnie głowę i odgarnęła dłonią posklejane w strąki
włosy. Jej mężczyzna miał zamknięte powieki, oddychał coraz spokojniej.
Powiodła wzrokiem po jego idealnie wyprofilowanej twarzy, twardych,
męskich rysach, bliźnie przecinającej łuk brwiowy i pokrytych
kilkudniowym zarostem policzkach. Nie mogąc się oprzeć, pocałowała go w usta, po czym zsunęła się z niego i położyła obok.
Przez chwilę obserwowała, jak jego klatka piersiowa miarowo unosi się i opada. Położyła smukłą dłoń w okolicach mostka. Jej palce powoli
przesuwały się, zakreślając niewielkie koła, kluczyły pomiędzy
zroszonymi potem włosami, w końcu zatrzymały się kilka centymetrów
powyżej prawego sutka. W tym miejscu skóra była pozbawiona owłosienia, a przy tym najdelikatniejsza, przypominała jej najdoskonalszy jedwab.
Przez kilka sekund zataczała na niej palcami drobne okręgi, następnie
przysunęła twarz i pocałowała to miejsce. Nie dostrzegając żadnej
reakcji ze strony mężczyzny, położyła głowę i objęła go.
Westchnęła zawiedziona. Nie miała pojęcia, jak przebić się przez ten
emocjonalny mur, jakim Igor odgrodził się od reszty świata. Jeszcze
nigdy nie spotkała tak zamkniętego w sobie człowieka. Nie naciskała go,
wiedziała, jaki jest, i przyzwyczaiła się do tego, że nie okazuje albo
po prostu nie potrafi okazywać uczuć. Na początku znajomości nawet jej
się to podobało. Igor był taki surowy, męski, trochę szorstki w obyciu,
a do tego pieprzył się jak sam bóg. Z czasem jednak odnalazła w sobie
potrzebę większej akceptacji, pragnienie głębszego związku, motywowanego
nie tylko dzikim i namiętnym seksem. Czuła, że nie była Igorowi
obojętna, ale nigdy też nie usłyszała od niego czegoś więcej niż "jesteś
cudowna i szaleję za tobą", zwykle tuż przed albo w czasie, gdy się
kochali. Słowo "kocham" zdawało się nie istnieć w jego słowniku, jakby
było co najmniej zakazane, a jego użycie podlegało karze.
Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk komórki Igora. Tej firmowej, która
dzwoniła, kiedy chciała. I nieraz zepsuła im upojną noc.
Igor po omacku wyciągnął rękę w kierunku nocnej szafki. Nie mogąc
namierzyć bzyczącego telefonu, otworzył oczy i delikatnie wysunął się
spod ciała kochanki.
- Musisz? - zapytała.
Nic nie odpowiedział, tylko spuścił nogi na podłogę i chwycił
urządzenie. Dzwoniła jego była partnerka Julia Zawadzka, z którą
przestał pracować, gdy po jednej z akcji stres odreagowali w łóżku. Od
tamtej pory wolał działać sam, choć oboje pozostali w przyjacielskich
relacjach.
- Cześć, Igor.
- Cześć, Julka.
- Jesteś w Warszawie?
- Tak, ale wiesz, która...
- Tak, wiem, która jest godzina, więc...
- Dlaczego nie dzwonisz na prywatny?
- Bo mógłbyś nie odebrać.
- Pod ten numer dzwonią zwykle po to, aby mi zepsuć humor. Też masz taki
zamiar?
- Sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, ale raczej ci go nie
poprawię. Musimy się natychmiast zobaczyć.
- To nie może poczekać do rana?
- Owszem, ale wtedy zapewne będziesz już gwiazdą wszystkich mediów, a komendant nakaże ci natychmiastowe stawienie się w jego biurze, aby
osobiście urwać ci jaja.
- Ty się dobrze czujesz, Julka?
- Nie wkurwiaj mnie, Igor. Nie dzwoniłabym do ciebie, gdyby to nie było
ważne. Przyjedź do mnie jak najszybciej. Albo ja mogę dojechać do
ciebie.
- Nie, do mnie nie. Niedługo będę, ale możesz mi choć z grubsza
powiedzieć, o co chodzi?
- Już za chwilę możesz być podejrzany o morderstwo. Wystarczy?
- Żartujesz sobie?
- A brzmię, kurwa, jakbym żartowała? Pospiesz się, Igor.
Połączenie zostało przerwane. Komisarz siedział na skraju łóżka i próbował jakoś przyswoić słowa byłej partnerki.
- Musisz uciekać... - mruknęła Oksana. W jej tonie wybrzmiał nieskrywany
żal.
- Na to wygląda - rzucił w przestrzeń, po czym obrócił się i spojrzał
jej w oczy. - Jak chcesz zostać, to klucze wiszą w skrzynce przy
drzwiach. Ale nie czekaj. Nie wiem, kiedy wrócę.
- Przyzwyczaiłam się.
Igor włożył spodnie i wyjął z szafy koszulę. Najpierw jedną, potem
drugą, trzecią, czwartą cisnął w kąt. Zaklął pod nosem, wszystkie
wyglądały jak wyjęte psu z gardła.
- Ja panu wyprasuję, panie komisarzu. - Oksana rzuciła mu zalotne
spojrzenie i zamachała łydkami jak lolitka z kucykami i wielkim lizakiem
w ustach.
- Nie teraz, Oka. Poza tym czasem mogłabyś zaprotestować...
- Czyż nie jesteś moim panem i władcą?
Igor miał mętlik w głowie, a podobne zagrywki ze strony Oksany
zdecydowanie nie pomagały w koncentracji. Uwielbiał ją za to
jednowymiarowe postrzeganie życia, ale teraz najchętniej wyrzuciłby ją
za drzwi. Miała dwadzieścia osiem lat i choć przeżyła już wiele, wciąż,
była niewinna i naiwna, zwłaszcza gdy zaciągała z tym swoim wschodnim
akcentem.
- Wezmę koszulkę.
- Czyli nie idziesz na inne dziewczyny? - zapytała zaczepnie i usiadła
na skraju łóżka.
- Oka, proszę cię. Idź już spać.
Komisarz przełożył przez głowę wysłużoną koszulkę reeboka, na nią
narzucił równie szaroburą rozpinaną bluzę. Sięgnął do szuflady w szafce
nocnej, wypiął walthera z kabury i wcisnął za pasek spodni. Często tak
nosił broń, lubił czuć ją przy ciele.
- Mam się martwić? - spytała Oksana, jakby wyczuwając, że tym razem nie
chodzi o zwykły telefon z komendy.
- Nie musisz.
- Na pewno?
- Czy kiedykolwiek cię okłamałem?
Oksana uśmiechnęła się anemicznie, bo rzeczywiście nigdy tego nie
zrobił. Ale jeżeli zwykle milczy się na większość tematów, to i skłamać
trudno.
- Nigdy - szepnęła i osunęła się z powrotem na pościel.
Chwilę później Igor maszerował przez ponure podwórze, nie zważając na
siekący deszcz. Miał złe przeczucie, a intuicja zawodziła go rzadko. Gdy
w końcu dotarł do samochodu i uruchomił starego nissana patrola,
pomyślał, że wdepnął w niezłe bagno.
* * *
Komisarz Igor Brudny był mężczyzną w kwiecie wieku. Nie przykładał wagi
do tego, co nosi, dlatego zwykle wyglądał tak samo. Golił się raz na
tydzień, a jak miał dużo pracy w terenie, to czasem raz na dwa.
Większość współpracowników widziała w nim gbura, ale nie rozdzierał szat
z tego powodu, w zasadzie nawet mu to odpowiadało. Przynajmniej nie
musiał udawać i każdemu z osobna mówić rano "dzień dobry", gdyż
wychodził z założenia, że nie ma sensu chwalić dnia przed zachodem
słońca. Dobre dni przytrafiały mu się rzadko, ale potrafił je docenić,
zwykle wieczorami w towarzystwie ulubionych jamesona i Brudnego
Harry'ego, od jakiegoś czasu jamesona, Brudnego Harry'ego i pewnej
niezwykle uroczej Ukrainki, która dawała mu to, czego jameson i Brudny
Harry nie byli w stanie.
Komisarz Brudny był też człowiekiem o dość zagmatwanej przeszłości.
Nikomu o tym nie mówił, ale tak naprawdę nie nazywał się Brudny.
Nazwisko to przyjął tuż po wkroczeniu w dorosłość, gdy postanowił
zniknąć z miejsca, gdzie się wychował, i raz na zawsze zerwać ze
światem, który los mu wybrał. Jedynym transferem z życia numer jeden do
życia numer dwa był właśnie Brudny. Brudny Harry. To na cześć tego
ascetycznego gliniarza, którego grał nie mniej surowy w życiu prywatnym
Clint Eastwood (a przynajmniej Igor tak go sobie wyobrażał), przyjął w Urzędzie Stanu Cywilnego nowe nazwisko. Pomijając grymas wyjątkowo
nieprzyjemnej biurwy, która słysząc wybór petenta, nie omieszkała
poprzewracać oczami i dodatkowo go skomentować, Igor nigdy więcej nie
miał problemów w związku z nowym nazwiskiem. Zwłaszcza że w stolicy, do
której się przeprowadził, popracował nad wizerunkiem, aby już od
pierwszego kontaktu sprawiać wrażenie ponurego skurwysyna.
Przeszłość Igora kryła wiele smutnych historii, ale nigdy nikomu o nich
nie opowiadał. W ogóle mówił niewiele i gdyby nie praca, która w dużej
mierze polegała na zadawaniu pytań, pewnie nie mówiłby wcale. Według
Igora od słów wszystko się zaczynało i na nich wszystko kończyło. Nie
tylko w pracy, ale także poza nią. A poza pracą czuł się jak słoń w składzie porcelany. Dlatego przez blisko dwadzieścia lat był sam, a jego
kontakt z kobietami ograniczał się do przygodnych spotkań, zwykle
rzadkich, bo z konieczności opłacanych z lichej policyjnej pensji. Miało
to swoje plusy, bo nie musiał mówić, minusem była arytmetyka, której nie
dało się oszukać, i bywało, że Igor pod koniec miesiąca musiał
ograniczać się do chleba, sera i jamesona. Dopiero przed rokiem coś w tym temacie drgnęło, a nieoczekiwane pojawienie się w uporządkowanym
schemacie gadatliwej kobiety (z mocnym wschodnim akcentem) wprowadziło w życie Igora nieco więcej słów, których połączenie nie kończyło się
znakiem zapytania. Godził się jednak na to, bo był gburem, ale nie
ignorantem i rozumiał, że może otrzymać coś tylko wtedy, gdy z czegoś
innego zrezygnuje. Decydując się na jakiś ruch, należało się liczyć z konsekwencjami. Akcja rodziła reakcję. To był bardzo prosty mechanizm
(lub jak kto woli, prawda życiowa), lecz poznał w życiu wielu ludzi,
którzy jednak tego nie rozumieli. Takich zazwyczaj łapał albo do nich
strzelał.
Lubił proste środki i czytelne metody. Przejrzyste rozwiązania i jasne
odpowiedzi. Czerń i biel. Dlatego tym bardziej nie mógł pojąć, co miał
znaczyć ten enigmatyczny i popierdolony telefon od Julki w sobotę o drugiej trzydzieści nad ranem.
Dotarł na Giełdową krótko po trzeciej. Zatrzymał się tam, gdzie zawsze,
czyli na zarośniętej dzikimi krzakami wysepce, która z racji przesadnie
wysokiego krawężnika dla zdecydowanej większości samochodów osobowych
była nie do sforsowania. Wyłączył silnik i raz jeszcze spróbował
ogarnąć, o co mogło chodzić byłej partnerce z patrolu. Nic nie
przychodziło mu do głowy, a nie lubił być zaskakiwany. Nawet przez
Julkę.
Wysiadł z samochodu i zeskoczył na chodnik. Wciąż lało jak z cebra, a w oddali dźwięczały klaksony uwijających się jak w ukropie taksówek.
Skierował się w stronę portierni, przez którą wchodziło się na zamknięte
osiedle, jedno z wielu, które w ostatnim czasie wyrastały w stolicy jak
grzyby po deszczu. Okolica nie należała do tanich i Igor zawsze
zastanawiał się, jak Julka daje radę się tu utrzymać.
Strażnik go znał, więc przywitał się tylko i przepuścił. Igor wyszedł na
wewnętrzne, przestronne podwórze i ruszył do jednego z kilkuletnich
wieżowców. Na ósmym piętrze mieszkała Julia Zawadzka, była partnerka z patrolu, dla której kiedyś zebrał kulkę i z którą potem wylądował w łóżku. To wtedy jedyny raz złamał swoje zasady. I zaczął mówić...
Wszedł do klatki i zadzwonił domofonem. W odpowiedzi usłyszał tylko
sygnał rozmagnesowującego się zamka. Po pierwsze spodziewała się go, a po drugie każde z urządzeń miało wbudowaną kamerę. Przy windzie natknął
się na podpitą parkę, która lubieżnie całowała się pod ścianą. On, w spodniach w kant i wygniecionej koszuli za tysiaka, ona z tych, których
usta wyglądają, jakby pokąsały je pszczoły. Byli na siebie mocno
napaleni, bo nawet go nie zauważyli. Dopiero gdy drzwi się otworzyły, a dziewczyna zorientowała się, że nie są sami, wyrwało jej się krótkie "o kurwa". Odsunęła kochanka i odruchowo spuściła nieco podciągniętą już
spódnicę, ale zaraz potem oboje zachichotali. Igor nie czekał, wcisnął
guzik z ósemką i winda ruszyła w górę.
Nie musiał pukać, do Julki wchodził jak do siebie. Od lat była jedyną
bliską mu osobą, która wiedziała więcej niż to, co znajdowało się w jego
aktach. Przywitała go na bosaka, w koszulce na ramiączkach i szortach. W jednej dłoni trzymała obgryziony kawałek jabłka, a w drugiej do połowy
wypalonego cienkiego LM-a.
- Długo ci zeszło - rzuciła i odgarnęła nadgarstkiem niesforny kosmyk
rudych włosów.
- Nie byłem sam.
- Wciąż jesteś z tą Ukraineczką?
- No...
- Dobra, nie mów. Siadaj, zrobię ci mocną kawę.
Gdy Julka proponowała komuś mocną kawę, zwykle sytuacja była poważna.
Ale nie poganiał jej, znał ją i wiedział, że jest profesjonalistką. Na
pewno przygotowała się do tego spotkania należycie.
- Wyjeżdżałeś z Warszawy? - spytała, lejąc wrzątek. Stała przy blacie,
obrócona tyłem, z papierosem w ustach.
- Nie.
Igor obserwował, jak przestępuje z nogi na nogę. Miała umięśnione uda i jędrne pośladki, ale do figury modelki sporo jej brakowało. Małe piersi
i dość krótkie włosy też nie dodawały jej kobiecości, mimo to mężczyźni
uganiali się za nią jak za suką w rui. Uwielbiali ją, bo gadała jak
facet, piła jak facet i pieprzyła się jak facet. Tak naprawdę Julka była
facetem, tylko podczas aktu tworzenia Matce Naturze coś się pochrzaniło
i zamiast kompletnego "zestawu", dała jej tylko jaja. A te miała jak
arbuzy i nikt w całej komendzie nie podawał w wątpliwość tego
niezaprzeczalnego faktu, z komendantem włącznie.
Dziś jednak zachowywała się dziwnie. Igor potrafił ją wyczuć, bo znali
się jak łyse konie. I rozumieli bez słów.
Zgasiła papierosa i z kubkiem kawy zbliżyła się do przyjaciela.
Przysiadła obok i sięgnęła po kolejną fajkę. To już był bardzo zły
sygnał. Otworzyła laptop.
- O tym, co ci teraz powiem i pokażę, na razie wiemy tylko ja i Leśny.
To on ma dziś dyżur.
- Ten Leśny?
- Tak, ten, dlatego zadzwonił do mnie, a nie do ciebie.
Ryszard Leśny był aroganckim typem, a takich Brudny bardzo nie lubił.
Dwa lata temu złamał mu palec wskazujący, którym ponoć Julce dogadzał,
przynajmniej tak się chwalił w szatni kolegom. Ona nie robiła z tego
afery, bo seks traktowała instrumentalnie, ale Igorowi to się nie
spodobało. Leśny tego nie zgłosił, bo na kolegów się nie kabluje,
odpuścił, bo z Brudnym lepiej było nie zadzierać, a poza tym gnojek był
zwykłą pizdą. Od tamtej pory unikali się, czyli wszystko pozostawało w normie, bo Igor w zasadzie unikał większości kolegów z pracy.
- O co chodzi z tym morderstwem?
- Sama chciałabym wiedzieć.
Zaciągnęła się, drugą ręką operowała zintegrowaną z laptopem myszką. Po
chwili na ekranie pojawiło się zdjęcie. Brudny widział tysiące
podobnych, więc od razu zorientował się, że to fragment nagrania z kamery miejskiej.
Na zdjęciu można było dostrzec mężczyznę klęczącego przy ścianie jakiejś
kamienicy. Miał na sobie ciemną kurtkę, a na głowie kaptur.
- Kto to? - spytał.
- Miałam nadzieję, że ty mi to powiesz.
Zawadzka wyświetliła kolejne fotki. Na każdej z nich był uchwycony ten
sam mężczyzna w różnych pozycjach. Wyglądało, jakby nad czymś pracował,
jego oblicze wciąż skrywał sporych rozmiarów kaptur. W końcu na jednym
ze zdjęć dało się dostrzec fragment jego twarzy, na kolejnym stała się
już w pełni widoczna, choć wciąż dość mocno zamazana. Julia nie
przestawała klikać. Jeszcze jedno. I następne. Igor poczuł na plecach
nieprzyjemny dreszcz. Wyostrzenie, zbliżenie. Kurwa!
- Co to ma znaczyć, do jasnej cholery? - rzucił wyraźnie zaskoczony.
- No właśnie, miałam nadzieję, że ty mi to powiesz.
- Skąd jest ten materiał?
- Z kamer miejskiego monitoringu w Zielonej Górze.
- Julka, to nie jest śmieszne...
Posłała mu spojrzenie, po którym powinien paść trupem.
- Dobra, o co tu chodzi? Kim jest ten facet na zdjęciu i dlaczego jego
gęba wygląda jak moja?
- Ten facet to według lokalnej policji niejaki Filip Trochan, lekarz i założyciel prywatnej kliniki w Zielonej Górze. Żonaty, pięcioletnia
córka, ogólnie człowiek lubiany i szanowany. Gdyby nie to, że jest
podejrzany o morderstwo.
- Filip Trochan...?
Brudny się zasępił. Zdjęcie zostało zrobione w nocy, dodatkowo nie
należało do najdokładniejszych, ale policyjni technicy zrobili swoje i doprowadzili je do stanu, że można było dostrzec uderzające
podobieństwo. To mógł być zwykły zbieg okoliczności, ostatecznie każdy
ma gdzieś swojego sobowtóra, ale Brudny dawno temu przestał wierzyć w zbiegi okoliczności.
- Dla jasności. Facet ze zdjęcia nie tylko zabił ofiarę, ale też wyciął
jej większość organów i obwiesił nimi te... - Julia przez moment szukała w pamięci konkretnej nazwy - ...bachusiki. To takie figurki poro...
- Wiem, czym są bachusiki - uciął Brudny.
- No właśnie, Igor. Ty pochodzisz chyba z tamtych okolic, co nie?
Komisarz poczuł złość. Nie na nią, ale na siebie. To właśnie Julce
zdradził kiedyś, że jest sierotą, że nigdy nie poznał swoich rodziców i wychował się w domu dziecka pod Zieloną Górą. Właśnie dlatego nikogo nie
powinna obchodzić przeszłość innych. Zignorował ostatnie pytanie.
- No dobra. Jest facet, który kogoś zabił. Okej, podobny do mnie, nawet
mieszka w okolicach, skąd pochodzę. I co z tego, Julka? Co z tego?
- Nie powiedziałam, ile ma lat...
Brudny przygryzł dolną wargę i pokiwał głową na znak, że wie, do czego
dąży.
- Niech zgadnę. Trzydzieści osiem.
- Bingo. A urodziny obchodzi dzień po twoich.
Ten argument był naprawdę mocny. Brudny przez moment patrzył w nieokreślonym kierunku. Zawadzka dała mu chwilę, aby to sobie poukładał.
Nie potrzebował dużo czasu.
- To może być zwykły zbieg okoliczności. A już na pewno żaden dowód.
Zresztą dzień urodzin się nie zgadza, mam rację?
- Gdybym cię nie znała, to może bym ci uwierzyła. Nie wierzysz w przypadki tak samo jak ja. Zresztą popatrz na to.
Zawadzka wpisała w wyszukiwarkę dane Trochana. W ułamku sekundy
wyskoczyło kilkadziesiąt artykułów o doktorze i jego klinice oraz cała
masa zdjęć, głównie z sympozjów i konferencji branżowych. Tym razem ich
jakość nie pozostawiała złudzeń. Podobieństwo nie tylko było uderzające,
Brudny i Trochan wyglądali jak dwie krople wody.
Igor szpetnie zaklął pod nosem. Gdy uznał, że ujrzał już wystarczająco
dużo, odchylił się i wziął głęboki oddech.
- Czyli co, chcesz mi wmówić, że mam bliźniaka-rozpruwacza? - zapytał z wyraźnym poirytowaniem w głosie.
- Niczego nie chcę ci wmawiać, ale nawet jeśli to tylko przypadek, to
przygotuj się, że od rana ta facjata będzie fruwać po każdym kanale, w każdych wiadomościach i będzie prezentowana w każdej możliwej odsłonie.
Rozdzwonią się telefony, ludzie zaczną widzieć w tobie poszukiwanego
mordercę, a stary od razu wyśle cię na przymusowy urlopik. W końcu...
- Czekaj, czekaj, co ty chcesz przez to powiedzieć? Przecież mają już
podejrzanego i...
- Mają podejrzanego, ale nie mają człowieka. Facet zniknął w środę
wieczorem i od tamtej pory, pomijając te nagrania z miejskiego
monitoringu, nikt go nie widział.
- Jest już oficjalnie poszukiwany?
- Od czwartku figurował jako zaginiony pierwszej kategorii. Zaginięcie
zgłosiła jego żona jakoś po godzinie jedenastej. Teraz, a dokładnie od
jakichś trzech godzin i szesnastu minut, jest poszukiwany, ale jako
podejrzany o morderstwo. Te materiały wpłynęły na komendę tuż po
północy. Od jutra Trochan stanie się wrogiem publicznym numer jeden. A więc, w pewnym sensie, ty też...
- Kurwa mać!
- Sorry, Igor. Nie chciałam zostać posłańcem złych wieści.
Brudny wstał i wyciągnął z kurtki paczkę papierosów. Była lekko
przemoczona i pomięta. Wydłubał ostatnią fajkę i wyrzucił opakowanie do
kosza. Zapalił i przez moment wpatrywał się w nieokreślony punkt za
oknem. Po szybie wciąż spływały strużki wody, a w oddali migotały
światła nocy. Wypił dwa duże łyki kawy.
- Jasna cholera. Ten facet naprawdę wygląda jak ja... - mruknął i z powrotem przysiadł na sofie.
Rzucił przyjaciółce wymowne spojrzenie i ponownie skupił się na
zdjęciach doktora Trochana. Klikał kolejne, na których doktor odbierał
kwiaty od jakiejś gustownie ubranej kobiety, przemawiał do zgromadzonych
w Londynie, pozował z jakimś certyfikatem w towarzystwie starszego
mężczyzny o arabskich rysach. Trochan miał ten sam profil, te same rysy,
identyczne oczy, nos, uszy, różniła ich jedynie fryzura, bo w przeciwieństwie do Brudnego doktor po prostu ją miał. Zwykle z przedziałkiem, włosy nienagannie ułożone na bok z lekko sterczącą
grzywką. Igor pomyślał, że nawet by mu pasowała, ale zaraz skarcił się,
że odbiega myślami od tematu.
- Mówiłaś, że gość ma trzydzieści osiem lat i jest z dziesiątego
czerwca. Załóżmy zatem, czysto hipotetycznie, że rzeczywiście jest moim
bratem bliźniakiem. Dlaczego więc ma wpisane w papierach dziesiąty, a ja
dziewiąty czerwca?
- A skąd mam wiedzieć? Może jakaś głupia urzędniczka machnęła się i tyle. Takie rzeczy się zdarzają.
- No tak, takie rzeczy się zdarzają...
Brudny przeciągnął dłońmi po głowie. Nie musiał obawiać się, że zepsuje
sobie fryzurę, bo włosy nosił przycięte bardzo krótko.
- Nie uciekniesz od tego, Igor...
- Wiem.
- Stary jest w porządku, ale w tym wypadku będzie miał związane ręce.
Wątpię, aby cię krył.
- No co ty, Julka. Nie ma co się łudzić, to zbyt gruba sprawa. Beryl
poinformuje komendę w Zielonej Górze, gdy tylko się dowie. No, przy
odrobinie szczęścia, może najpierw pogada ze mną.
- Będą chcieli cię przesłuchać.
- To na pewno.
- W takim razie co chcesz zrobić?
- W tej chwili nic. Muszę to sobie poukładać. Prześlij mi te materiały
na prywatną skrzynkę, okej?
- Jasne. Jak chcesz, to możesz tu zostać...
- Dzięki, ale nie. Wracam do siebie.
- Jak wolisz.
Brudny klepnął się w uda i podniósł z sofy. Zawadzka pozostała na
miejscu z kubkiem w jednej i papierosem w drugiej dłoni.
- Dzwoń jakby co...
- Pewnie, dzięki, Julka.
- Drobiazg, wiesz, że zawsze...
- Tak, wiem. Jeszcze raz dzięki. Na razie, Julka.
- Cześć.
Komisarz opuścił mieszkanie. Miał mętlik w głowie. Zawsze robił
wszystko, aby zapomnieć o przeszłości. Nigdy jej nie drążył, wolał
pozostawić ją w spokoju. Jednak gdy wyszedł z budynku, a zacinający
deszcz zaczął siec go po nieogolonej twarzy, zdał sobie sprawę, że
przeszłość właśnie się o niego upomniała.
Rozdział 3
- A więc czym dysponujemy w tej chwili? - spytał Romuald Czarnecki.
Romuald Czarnecki w policji pracował blisko trzydzieści lat. Służył w stopniu inspektora w wydziale dochodzeniowo-śledczym Komendy
Wojewódzkiej w Gorzowie i z racji absolutnie wyjątkowych zdolności
intelektualnych zajmował się najtrudniejszymi i najbardziej
skomplikowanymi sprawami. Miał na koncie wiele sukcesów i kilkudziesięciu bandytów wsadzonych za kratki, w tym paru wyjątkowych
zwyrodnialców. Był też człowiekiem o spokojnym usposobieniu, opanowanym,
zrównoważonym, niecierpiącym arogancji i chamstwa. Nie pasował do
klasycznego wzorca samotnego, zgorzkniałego gliny, który wieczorami
upija się do lustra, a dzień później biega na kacu po mieście z pistoletem i łapie gangsterów. Bardziej przypominał relikt przeszłości,
człowieka o sznycie dystyngowanego wiktoriańskiego komisarza z powieści
Agathy Christie, który rozwiązuje zagadki dzięki bystremu umysłowi i umiejętnemu łączeniu zebranych dowodów i poszlak w jeden logiczny
związek przyczynowo-skutkowy. Można go było lubić albo nie, ale z pewnością trudno byłoby znaleźć w komendzie policjanta, który by go nie
szanował.
- Na razie mamy niewiele - rzekł Grzegorz Zimny, podinspektor z Wydziału
Kryminalnego. - Do tej pory tylko kilka narządów wewnętrznych
niezidentyfikowanej ofiary oraz filmy z kamer miejskiego monitoringu, na
których widać podejrzanego. Tak naprawdę nawet nie wiemy, czy możemy tu
mówić o zabójstwie.
- Da się namierzyć jego trasę?
- W centrum miasta bez problemu, później trudno powiedzieć. Już wysłałem
ludzi, aby pozbierali materiały z kamer sklepowych. Ale to z pewnością
trochę potrwa.
- To kluczowy temat. Jeśli będzie trzeba, weź więcej ludzi. Musimy
odtworzyć trasę, jaką się poruszał. Anka? - Wzrok Czarneckiego skierował
się na ekspertkę kryminalistyki Annę Borucką.
Anna Borucka była filigranową szatynką o włosach do ramion i ładnym
uśmiechu. Z racji wykonywanego zawodu zwykle występowała w fartuchu i lateksowych rękawiczkach, ale dziś miała na sobie dżinsy i sportową
bluzę.
- Moi ludzie wciąż pracują, lecz potrzebujemy czasu. Z samych bachusików
zdjęliśmy około siedemdziesięciu różnych odcisków palców. Jeden należy
do osoby notowanej, niejakiego Arkadiusza Stefanowicza. Odsiedział
krótki wyrok za przemyt, ale od około dziesięciu lat jest czysty.
- Facet mieszka w Słubicach. Już wysłałem do niego dwóch ludzi - wtrącił
się Zimny i na znak przeprosin uniósł dłoń.
- Mamy też kilka innych drobnych rzeczy, ale laboratorium potrzebuje
czasu - dodała nieco poirytowana zaistniałą sytuacją.
- Wiadomo coś więcej o podejrzanym? - Kolejne pytanie zostało skierowane
do Zimnego.
- Nic, czego nie ustaliliśmy wcześniej. Facet zapadł się pod ziemię. Nie
kontaktował się z rodziną ani przyjaciółmi. Jego telefon milczy, ostatni
raz zalogowany na terenie swojej kliniki. Potem cisza.
- A samochód?
- Nie mamy go. Ostatnią osobą, która miała z nim kontakt, jest
sprzątaczka w jego firmie, niejaka Barbara Grocholska. Rozmawiała z nim
krótko przed dwudziestą pierwszą. Według jej relacji Trochan zachowywał
się normalnie, w planach miał powrót do domu, jego samochód miał czekać
na niego w podziemnym garażu. Zamienili kilka zdań... - Zimny wskazał na
teczkę z zeznaniami - ...i pożegnali się. Zanim wyszedł z gabinetu,
poprawiła mu krawat, i to był ich ostatni kontakt.
- Drogówka ma już dane pojazdu?
- Oczywiście.
- Czy ktoś rozmawiał z żoną podejrzanego?
- Od czasu gdy media opublikowały to nagranie, jeszcze nie. Podobno jest
w szoku. Nie chce rozmawiać z policją. Odrzuciła nawet pomoc psychologa,
choć sama para się tym zawodem.
- To zrozumiałe. Wini nas za tę sytuację. Trzy dni temu zgłosiła
zaginięcie męża i liczyła na pomoc, a my w odpowiedzi mamy zamiar
oskarżyć Trochana o brutalne morderstwo. Dajmy jej jeszcze dwadzieścia
cztery godziny. Potem pojadę porozmawiać z nią osobiście.
Czarnecki omiótł spojrzeniem twarze swoich współpracowników. W gabinecie, oprócz ekspert kryminalistyki Anny Boruckiej i podinspektora
Grzegorza Zimnego, znajdowali się jeszcze: prokurator Krzysztof Lis,
psycholog policyjny Elżbieta Pałka, protokolant Janusz Kosiński oraz
dwóch niższych stopniem policjantów - starszy sierżant Łukasz Warszawski
oraz młodszy aspirant Jakub Wicha. Wzrok prowadzącego padł na
prokuratora.
- Jakie macie najbliższe plany, Krzysztof?
Krzysztof Lis był wysokim mężczyzną o krótko przystrzyżonych blond
włosach z przedziałkiem nad lewą skronią. Miał czterdzieści trzy lata,
zwykle ubierał się w garnitury i prezentował nie gorzej niż nadziany
nowojorski makler. Nie był jednak zbyt lubiany, zwłaszcza Borucka
unikała z nim kontaktu, choć uczciwie musiała przyznać, że jest bardzo
dobrym i skutecznym prokuratorem. Drażniły ją natomiast jego władczość i despotyzm, którymi kierował się przy prowadzeniu kolejnych spraw. Tym
bardziej cieszyła się, że akurat przy tej oficerem prowadzącym będzie
Czarnecki, który jako jedyny potrafił powściągnąć Lisa i sprowadzić go
do parteru, nawet pomimo faktu, że w zasadzie prokurator był jego
przełożonym.
- Na razie nie będę nikomu stawiał zarzutów. Teoretycznie mógłbym, ale
ta sprawa mi wyjątkowo śmierdzi.
- Dlaczego? Przecież mamy nagranie, jak facet robi bachusikowi szalik z jelita ofiary...
- Wiem, Romek, że podjudzasz. Po pierwsze na razie nie mamy ofiary, a po
drugie nie wydaje wam się trochę dziwne zachowanie faceta z nagrania?
Niby przez cały czas krył twarz w kapturze, aby nagle, zaraz po
skończonej robocie, podnieść głowę i spojrzeć w kamerę? Dla mnie to bez
sensu i cuchnie na kilometr.
Zebrani pokiwali głowami na znak, że zgadzają się z prokuratorem.
Wszyscy z niejednego pieca chleb jedli i doskonale wiedzieli, że czasem
najbardziej oczywiste sprawy mają drugie, trzecie dno, a czasem i czwarte. Nie tak dawno w podobnym gronie zajmowali się sprawą zaginięcia
mężczyzny w jednej z podzielonogórskich wsi. Przejęli ją w momencie, gdy
zaczęto podejrzewać, że za zniknięciem faceta może stać jego żona. Ślady
i zeznania świadków nie pozostawiły złudzeń, że mąż od lat pił i strasznie ją katował. Kobieta miała więc motyw, ale brakowało ciała.
Należała jednak do prostych i mało bystrych, a do tego chyba dręczyło ją
sumienie, w związku z czym długo nie lawirowała i szybko przyznała się
do winy. Zdradziła miejsce ukrycia zwłok, które szczelnie zamurowała pod
podłogą, a podczas wizji lokalnej pokazała, jak zamordowała męża,
wbijając mu nóż kuchenny w klatkę piersiową. Sprawa wydawała się
oczywista, ale Czarneckiemu nie zgadzał się pewien drobny szczegół.
Kobieta upierała się, że dźgnęła męża kilkadziesiąt razy i rzeczywiście
tak było. Podczas przesłuchania dziwiła się tylko, że z ran wypływało
tak mało krwi, bo więcej "to z kuraków tryskało niż tego zimnego
sukinsyna". Czarnecki zawsze ufał swojej intuicji i jak się okazało,
znów miał nosa. Zlecił patomorfologowi wykonanie bardzo dokładnej
sekcji, która wykazała, że ofiara umarła nie od ciosów nożem, ale od
zachłyśnięcia się własnymi wymiocinami. Okazało się, że żona,
nieświadoma tego, że mąż już nie żyje od dobrych kilku godzin,
zdecydowała się go zakłuć, myśląc, że w stanie tak silnego upojenia
alkoholowego, nie będzie w stanie się bronić. I rzeczywiście, nie bronił
się. Dźgała tak długo, bo według niej wciąż było za mało krwi, która od
kilku godzin nie krążyła już w żyłach, gdyż spłynęła w partie ciała, na
których mąż leżał, w tym wypadku pleców. Kobiecina miała szczęście, bo
zamiast długiej odsiadki została skazana na pięć lat w zawieszeniu.
Sprawa "Filipa Rozpruwacza" na pierwszy rzut oka też wyglądała na
oczywistą. Tak podejrzanego okrzyknęły media już kilka godzin po
odnalezieniu wyciętych narządów. Czarnecki nie lubił tych wszystkich
porównań, ale przez lata pracy przyzwyczaił się i zwykł je tolerować. W tym wypadku musiał jednak przyznać, że analogia ze słynnym "Kubą
Rozpruwaczem" była wyraźna, bądź co bądź najsłynniejszy morderca świata
też wycinał ofiarom poszczególne narządy, choć w przeciwieństwie do
zabójcy z Zielonej Góry, zachowywał je dla siebie, a na widok publiczny
wystawiał okaleczone ciała. Pojawiały się też inne porównania. "Wampir z Zielonej", "Bachusikowy Rzeźnik" czy "Krwawy Doktor". Kwestią czasu
było, która z wersji przyjmie się w złaknionym krwawych wiadomości
społeczeństwie, ponieważ temat od pierwszego dnia stał się najgorętszym
lokalnym newsem, z każdą kolejną godziną pączkującym następnymi
doniesieniami, głównie domysłami domorosłych dziennikarzy, którzy w CV
uwielbiali dopisywać sobie "śledczy".
- To rzeczywiście nie pasuje do profilu podejrzanego, który wygląda na
zorganizowanego i skrupulatnego człowieka - skomentował Czarnecki. - Ale
wróćmy do potencjalnej ofiary. Jak badania DNA?
- Komplet wyników powinien być znany za jakieś... - Anna zerknęła na
zegarek - ...czterdzieści godzin.
- Do tego czasu musimy przeszukać wszystkie archiwa dotyczące osób
zaginionych z ostatnich trzech miesięcy w promieniu stu kilometrów.
Potem możemy rozszerzyć poszukiwania na kolejne województwa.
Skontaktujcie się też z niemieckimi kolegami z Guben i Frankfurtu.
Dwóch niższych stopniem policjantów coś zapisało w notatnikach. To na
nich spoczywało wykonywanie szeregu czynności o charakterze operacyjnym,
od rozpuszczenia wici wśród swoich źródeł informacji po przesłuchania
dziesiątek albo i setek świadków bądź ludzi mogących mieć choćby
cokolwiek wspólnego ze sprawą.
- Przejdźmy do profilu przestępcy i tych bachusików. Ela, czy twoim
zdaniem wybór akurat tych dwóch może mieć kluczowe znaczenie?
Elżbieta Pałka miała renomę wybitnej profesjonalistki, która jako jedna
z kilku osób w Polsce z czystym sumieniem mogła mówić o sobie jako o profilerce z prawdziwego zdarzenia, a jej stanowisko specjalisty do
spraw identyfikacji psychologicznej należało do najbardziej elitarnych
wśród psychologów policyjnych. Na wyraźne polecenie Czarneckiego została
ściągnięta z Gdańska w trybie natychmiastowym, bo w przypadku tak
niejednoznacznych zabójstw jej obecność była na wagę złota.
- Potencjalny zabójca... - Czarnecki uniósł rękę i chciał coś powiedzieć,
ale Pałka od razu skontrowała: - Tak, wiem, ale od razu chcę zaznaczyć,
że będę operować takim terminem także w przypadku ofiary, bo póki nie
znajdziemy ciała, nie możemy stwierdzić, czy mamy do czynienia z zabójcą, czy też ofiarą. Nie chcę jednak mieszać i bawić się tu w terminologiczne gierki.
Grupa przyjęła jej tłumaczenie z pełną wyrozumiałością, zwłaszcza że
nikt z zebranych nie wątpił, że mają do czynienia z wyrafinowanym
mordem.
- Zatem potencjalny zabójca wybrał dwie figurki tak zwanych bachusików.
To Brukus i MZKus. Oba znajdują się w ścisłym centrum miasta. Pierwszy
obok kamienicy przy ulicy Stefana Żeromskiego przedstawia bożka z młotkiem w dłoni, układającego kostkę brukową, drugi przy ratuszu - że
posłużę się potocznym terminem - ujeżdża autobus. Nie są zbytnio od
siebie oddalone, ale myślę, że zabójca wybrał je z konkretnego powodu.
Na pewno wśród zaginionych możemy szukać kierowców i słabo
wykwalifikowanych pracowników związanych z branżą budowlaną. Oczywiście
to bardzo pobieżny wniosek, ale taki, który mogę sformułować już teraz.
Co do reszty, to wybaczcie, ale nie zdążyłam zapoznać się z całym
materiałem, bo przyjechałam do miasta dopiero dziś w nocy. Na żywo nie
widziałam nawet tych figurek. Myślę, że więcej będę mogła powiedzieć
wieczorem.
- To już coś. Szukamy zaginionych kierowców i budowlańców oraz ludzi z tych branż w otoczeniu podejrzanego. Coś o profilu potencjalnego
zabójcy?
- Na razie nic konkretnego. Muszę porozmawiać z kilkoma osobami z towarzystwa podejrzanego: żoną, rodzicami, współpracownikami,
przyjaciółmi. Fakt, że organy były wycięte przez profesjonalistę, mógłby
wskazywać na winę Trochana, ale to byłby zbyt pochopny wniosek. I zbyt
banalny. Zresztą z tego, co zdążyłam wyczytać na jego temat, to takie
działania kompletnie nie pasują do jego pobieżnie sporządzonego profilu.
Mogę się mylić, ale moim zdaniem to nie ten facet i nawet jeśli
powykładał te narządy przy tych figurkach, to prędzej ktoś go do tego
zmusił. Ale, powtarzam, to tylko wersja na mój własny użytek,
sporządzona z bardzo skąpych informacji.
- Co zatem sugerujesz?
- Na razie nic. Proszę dać mi czas do jutrzejszej narady. Na pewno
zdołam powiedzieć więcej.
- Kwestia wybrania konkretnych narządów i rozłożenia ich przy figurkach?
- MZKus był owinięty jelitami, cienkim i grubym, obok leżały nerka,
śledziona i żołądek. Brukus "dostał" język, przełyk, wątrobę i serce. Na
razie nie widzę sensownego wytłumaczenia akurat takiego umiejscowienia
tych narządów.
Czarnecki pokiwał głową w pełnym zrozumieniu. Znów spojrzał na Borucką,
ale nie zdążył zadać kolejnego pytania, gdy rozległo się pukanie. Chwilę
później drzwi otwarły się, a do gabinetu wszedł drugi zastępca
Komendanta Miejskiego Policji w Zielonej Górze, nadkomisarz Marcin
Czaputowicz. Był niewysokim, przysadzistym mężczyzną w okularach i sprawiał wrażenie człowieka o raczej niezbyt wysokim ilorazie
inteligencji.
- Prosiłem, aby nie przeszkadzać w czasie spotkań grupy
dochodzeniowo-śledczej - rzekł ze stoickim spokojem Czarnecki. - Takie
wtargnięcia nie tylko...
- Przepraszam inspektorze, ale mam informację, która na pewno inspektora
zainteresuje.
- Związaną ze sprawą?
- Oczywiście.
- W takim razie proszę mówić.
- Ktoś chciałby się z inspektorem spotkać.
- Możecie mówić jaśniej, nadkomisarzu?
- Ta osoba stoi na korytarzu. Może lepiej by było, gdyby sama...
- Dobrze, proszę ją wprowadzić.
Nadkomisarz Czaputowicz obrócił się na pięcie i opuścił pomieszczenie.
Nie zamknął za sobą drzwi, w których kilka sekund później pojawił się
postawny mężczyzna w wymiętym płaszczu.
- Dzień dobry państwu - przywitał się, ale w odpowiedzi ujrzał, jak
połowie z obecnych oczy wyszły z orbit, a drugiej szczęki opadły do
podłogi. - Komisarz Igor Brudny. Miło państwa poznać.
* * *
Brudny nie należał do ludzi, którzy robią różne rzeczy na pokaz, ale
wyraz twarzy członków grupy operacyjnej był bezcenny. Przez kilka
najbliższych sekund, które zdawały się trwać całe wieki, wszyscy
wpatrywali się w niego jak w ducha. Dopiero prowadzący wyciągnął do
niego rękę i przedstawił się jako inspektor Romuald Czarnecki.
- Nam również miło pana poznać, komisarzu Brudny - przywitał się. - Mam
nadzieję, że jest pan tak samo skuteczny w działaniu, jak w robieniu
show.
Czarnecki starał się zachować stoicki spokój, choć w środku szalała
burza sprzecznych emocji. Był wściekły, że nikt go wcześniej nie
poinformował o tak drobnym szczególe jak fakt, że główny podejrzany ma
brata bliźniaka, który dodatkowo jest komisarzem stołecznej policji. Z drugiej strony w postaci Brudnego miał szansę znaleźć silnego
sojusznika. Jeśli oczywiście komisarz będzie chciał współpracować.
- Na dziś to koniec. Pomimo tego niespodziewanego najścia nie zmieniamy
planów - powiedział bardziej stanowczym tonem. - Wszyscy wiedzą, co mają
robić. Panie i panowie, bierzcie się do roboty.
Członkowie zespołu pozabierali swoje rzeczy i opuścili gabinet
przydzielony Czarneckiemu. Inspektor zluzował także zastępcę komendanta.
- Proszę usiąść - zaproponował Brudnemu, gdy w końcu zostali sami.
- Nie chciałem przeszkadzać wam w robocie.
- Cóż... powiedzmy, że ją pan dodatkowo skomplikował.
- Cóż... powiedzmy, że ta sprawa skomplikowała mi życie.
Brudny usiadł naprzeciwko Czarneckiego. Zmierzyli się spojrzeniami
niczym bokserzy tuż przed pierwszym gongiem.
- No dobrze, komisarzu Brudny. Albo obieca mi pan szczerą rozmowę, albo
może pan odejść i nie wracać do momentu, aż po pana poślę swoich ludzi.
- Dlaczego pan sugeruje, że mogę być nieszczery?
- Pan żartuje, komisarzu?
- Nie, panie inspektorze.
- Przynajmniej jest pan konkretny, a tę cechę sobie cenię. Nie sugeruję,
że ma pan zamiar kłamać, ale w związku z zaistniałą sytuacją wolę się
upewnić, czy za godzinę albo dwie nie spotka mnie kolejna niespodzianka.
Chyba pan dostrzega, w jakiej sytuacji postawił mnie pan przed moimi
ludźmi...?
- Nie mam zamiaru kłamać.
- To dobrze.
- Ale z niespodziankami niczego nie gwarantuję...
- Coś konkretnego ma pan na myśli?
- Mogę zapalić?
- Zwykle nie pozwalam palić moim ludziom we własnym gabinecie, ale ta
sytuacja jest wyjątkowa. Nie mam tylko popielniczki, ale... - Czarnecki
sięgnął po kubek z resztką kawy i podsunął go rozmówcy - ...prokurator Lis
zawsze zapomina zabrać swoje śmieci. Przyzwyczaiłem się do tego.
- Dziękuję. - Brudny przypalił papierosa. - Proszę pytać, choć może się
pan rozczarować.
- Zobaczymy.
- Jestem do pana dyspozycji.
Czarnecki rzucił Brudnemu wyzywające spojrzenie. Trochę surowe, nieco
ojcowskie, sygnalizujące, kto tu rządzi. Igor znał wszystkie sztuczki
doświadczonych gliniarzy, ale inspektor zrobił na nim spore wrażenie. Z pewnością przesłuchał tysiące osób i znał się na robocie.
- Nie odpowiedział pan na poprzednie pytanie. Dlaczego mi pan nie
gwarantuje, że nie spotkają mnie kolejne niespodzianki?
- Myślę, że pan wie, inspektorze.
- Wolę to usłyszeć od pana, komisarzu. Poza tym prosiłbym odpowiadać na
pytania. Konkretnie.
- Dobrze zatem. Wyartykułuję to tak jasno, jak potrafię. - Brudny
zaciągnął się papierosem. - Facet na filmie wygląda identycznie jak ja i jest to dla mnie równie wielkie zaskoczenie jak dla pana i wszystkich
pana ludzi. Nigdy wcześniej go nie widziałem i nigdy wcześniej o nim nie
słyszałem. A teraz ten doktorek wlazł ze swoimi brudnymi buciorami w moje życie i sprawił, że właśnie z panem rozmawiam, choć mógłbym dalej
posuwać moją piękną dziewczynę i pić zimne piwo w moim tanim mieszkaniu
na Saskiej Kępie. W tej chwili nie wiem nic więcej, ale mam zamiar się
dowiedzieć. I nie wyjadę stąd, póki nie zrozumiem, o co tu, kurwa jego
mać, chodzi.
Czarnecki wysłuchał rozmówcy, ale pomimo pewnej dozy ekspresji, która
pojawiła się w jego wypowiedzi, zachował stoicki spokój. Nie drgnął mu
nawet jeden mięsień na nieco już pokreślonej zmarszczkami twarzy, wciąż
nie odrywał spojrzenia od oczu Brudnego.
- Rozumiem, to sporo wyjaśnia - odparł po dłuższej chwili. - Ale
oczywiście zdaje pan sobie sprawę, że nie mogę pana włączyć do mojego
zespołu...
- Co nie znaczy, że nie może mnie pan informować.
- To zależy od pana, komisarzu.
- Nie będę wchodził panu w drogę, inspektorze, ale ten facet najpewniej
jest moim bratem bliźniakiem. Rozumie pan, że będę krążył obok tej
sprawy...
- Jeśli zachowa pan dystans, to może się dogadamy.
- Proszę dać mi jedynie podstawowy dostęp. Chciałbym zobaczyć te
bachusiki, porozmawiać z rodziną...
- Wolałbym, aby pan się nie kręcił po mieście. Wie pan, co się stanie,
gdy media się o panu dowiedzą?
- I tak się dowiedzą. To tylko kwestia czasu.
- Akurat tu ma pan rację, komisarzu. Postaram się, aby ta informacja
wyszła od nas, żeby była kontrolowana. Ale jeśli chce pan, aby nasza
współpraca nie wysypała się na pierwszym wirażu, to sugeruję na bieżąco
mnie informować. I w żadnym wypadku nie może pan rozmawiać z mediami.
- Media to nie moja bajka, może pan spać spokojnie. Jak z tym dostępem,
inspektorze?
Czarnecki wziął głęboki oddech, złączył palce obu dłoni i trwał tak
przez chwilę.
- Wiem, że i tak pana nie powstrzymam, a zamknąć na dłużej niż
czterdzieści osiem godzin nie mogę. Ma pan zbyt silną motywację, a do
tego niezbywalne prawo do tego, aby odkryć prawdę o swojej rodzinie.
Dlatego przychylę się do pana prośby i dam panu podstawowy dostęp, ale
proszę nie nękać moich ludzi za moimi plecami i informować mnie, jeśli
znajdzie pan cokolwiek, co mogłoby się przydać w śledztwie. Co drugi
dzień może pan przyjść po spotkaniu mojego zespołu, aby dowiedzieć się
więcej. Na ten temat rozmawia pan tylko ze mną. Oczywiście może pan
liczyć tylko na tyle, ile uznam, że jestem w stanie panu zdradzić.
Zaufanie wymaga czasu. Zgadza się pan na te warunki?
- Jest pan rozsądnym człowiekiem, inspektorze. Zgadzam się.
Obaj mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. Brudny pomyślał, że trafił na
odpowiedniego człowieka na odpowiednim miejscu. Lubił takich ludzi i bardzo cenił, nawet jeśli w większości kwestii prywatnych różnili się
diametralnie. Brudny cenił profesjonalistów i z tego, co mógł
wywnioskować po tej krótkiej rozmowie, Czarnecki również. Ta kooperacja
wcale nie musiała być taka zła.
- Jeśli mamy współpracować, jako starszy stopniem i wiekiem sugeruję,
abyśmy zrezygnowali z komisarzowania i inspektorowania. Nazywam się
Romuald Czarnecki.
- A ja Igor Brudny. Komisarz Igor Brudny.
Ta odpowiedź najwyraźniej po raz pierwszy zbiła z tropu dotąd pewnego
siebie inspektora. Dla Brudnego ta propozycja wykraczała poza ustalone
ramy, burzyła postawiony mur i sprawiała, że czuł się osaczany już na
starcie. Czarnecki tego nie wiedział, ale odmowę przyjął ze
zrozumieniem.
- Dobrze komisarzu Brudny. Zanim pan wyjdzie...
- Tak?
- Nie będzie miał pan nic przeciwko, aby technicy pobrali od pana
odciski palców i próbki DNA?
- Teraz?
- Tak. Teraz.
- Dobrze. Tylko proszę dać znać, jak przyjdą wyniki.
- Może pan spać spokojnie... komisarzu Brudny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki