Prolog
W starej kozie strzelały polana, a na zewnątrz szumiał wiatr.
Spojrzała na twarz męża. Była całkowicie pokryta sadzą. Podobnie jak
szyja, kark, dłonie i ramiona. Włosy przypominały posklejane z gałązek
gniazdo, a sztywna broda pędzel pokryty zaschniętą smołą. Jedyne dwa
białe punkty kryły się pod krzaczastymi brwiami, które przydawały mu
iście diabelskiego charakteru.
Uśmiechnęła się życzliwie, ale mężczyzna nie zareagował. Wiedziała, co
to oznacza, bo znała go od lat, i nawet jeśli trudno było cokolwiek
wyczytać z pokrytej skorupą twarzy, nie miała najmniejszych wątpliwości,
że jego głowę zaprzątają ponure myśli. W lekko drżących tęczówkach
odbijały się dwa płomyki stojącej na ławie lampy naftowej. Mężczyzna
wyglądał i cuchnął, jakby wrócił z czeluści samego piekła.
Dotknęła jego czoła mokrą szmatą i starła wierzchnią warstwę sadzy.
Materiał natychmiast zmienił barwę, więc umoczyła go w wiadrze z wodą,
żeby wytrzeć mężowi skronie, policzki i nos. Nie oponował. Poddawał się
jej woli. Siedział niemal nieruchomo, tylko od czasu do czasu nalewał
sobie kieliszek samogonu. Wychylał go, po czym zastygał w tej samej
pozycji i patrzył w mrok za przydymionym oknem.
-?Co cię trapi, mężu? -?zapytała kobieta, muskając mokrą szmatą jego
mięsiste usta.
Mężczyzna uniósł wzrok. W jego tęczówkach znów zapłonął ogień z lampy
naftowej.
-?Źle się dzieje -?wymamrotał i nalał sobie kolejny kieliszek wódki.
Wypił. Zapalił papierosa bez filtra. Zaciągnął się i wydmuchał gęstą
chmurę dymu. Spojrzał w twarz żony. -?Ale nic to. Nie nasza to sprawa.
Niech się żrą -?dodał, po czym przeniósł spojrzenie na dwójkę śpiących
pod kocami dzieci.
Dziewczynka miała trzy latka i zapleciony przez żonę kruczoczarny
warkoczyk, a chłopczyk zaledwie dziewięć miesięcy i dopiero pierwsze
cienkie włosy nad uszami. Urodził się w lutym, w najtęższe mrozy, ale
choć Bóg naznaczył go grzechem, chłopak na przekór przeciwnościom losu
przetrwał, okrzepł i rósł jak na drożdżach. Gehenna żony, która pomimo
nabrzmiałych od mleka piersi nie była w stanie go wykarmić, odeszła w niepamięć, tak jak z czasem w niepamięć odchodzą rzeczy wstydliwe albo
złe.
Ale to nie był czas, aby do tego wracać.
Mężczyzna pozwolił żonie obmyć resztę swego ciała. Gdy uznał, że
wystarczy, zaciągnął się raz jeszcze, wypił kolejny kieliszek i wytarł
dłonie w jedną ze szmat. Zgasił peta w szklance z wodą i pożądliwym
wzrokiem omiótł pierś żony, którą ta filuternie wysunęła zza głębokiego
dekoltu halki w kolorowe kwiaty. Skóra lśniła kropelkami potu, była
delikatna, pachnąca i niezwykle kusząca. Ścisnął ją w palcach, po czym
przyssał się do sutka niczym głodne niemowlę. Kobieta jęknęła i jeszcze
mocniej przycisnęła jego głowę do swojego ciała, a gdy poczuła dłonie
męża na pośladkach, splunęła w dłoń i wtarła ślinę w okolice krocza.
Wślizgnęła się udami na jego uda i już miała opaść na sterczące
przyrodzenie, gdy miłosne igraszki przerwało głośne szczekanie
dobiegające z podwórza. Atmosfera pożądania prysła jak bańka mydlana.
Mężczyzna gwałtownie wysunął się spod partnerki, klnąc pod nosem.
-?Kogo tu, u diabła, licho niesie o tej porze? -?warknął poirytowany. Z powrotem naciągnął majtki i wyjrzał przez okno. W oddali dostrzegł
sunące przy ścianie lasu pochodnie.
-?Kto to? -?zapytała niepewnie kobieta. W jej głosie można było wyczuć
narastający niepokój.
-?Ludzie -?odparł.
-?Jacy ludzie?
-?Źli ludzie. Moja wintówka?
-?W sieni.
-?Czekaj tu, pilnuj dzieci, nie wychodź. Ja się tym zajmę.
-?Ale...
-?Rzekłem!
Ton męża nie pozostawiał pola do dyskusji. To on zawsze podejmował
istotne decyzje, bo taka była jego rola. W wyklętej rodzinie od lat
panował wyraźny podział obowiązków, a zasady były rygorystyczne, sztywne
i niezmienne. Kobieta zajmowała się chałupą i dziećmi, a mężczyzna
zarabiał na chleb ciężką pracą przy wypalaniu węgla drzewnego. I choć
jej natura nie zawsze współgrała z filozofią głowy rodziny, to nie miała
większego wyboru, a uczucie, jakie z czasem zrodziło się między nimi,
sprawiło, że przyswoiła system wartości męża i po pewnym czasie się w nim rozsmakowała, przeszłość i tradycję przodków zamykając w jednej z licznych szufladek na dnie serca, gdzie kryją się najbardziej dyskretne
i intymne kobiece tajemnice.
Kobieta obserwowała, jak mąż pospiesznie wkłada spodnie i kufajkę i wsuwa na nogi kalosze. Miał silne, poznaczone śladami po oparzeniach
ramiona, na których, niczym pajęczyna, snuła się siatka niebieskich żył.
Jędrne pośladki i mocne nogi świadczyły o krzepie i witalności, a dwie
krągłe blizny w okolicach prawej łopatki były dowodem niespotykanej woli
życia. Co z tego, gdy teraz bała się o niego bardziej niż kiedykolwiek.
Ludzie z gruntu byli źli, dlatego mąż rzadko musiał ich dookreślać. Dziś
wyartykułował to bardzo wyraźnie. Do ich domu szli "źli ludzie". I na
pewno nie mieli względem nich dobrych zamiarów.
-?Mężu... -?jęknęła, gdy otworzył drzwi, ale mężczyzna posłał jej tylko
krótkie spojrzenie, a następnie z wintówką w ręku opuścił naprędce
sklecony barak.
To, co ujrzała później, śniło jej się przez następne miesiące i lata.
Często po zmroku słyszała wrzaski i budziła się zlana potem, a nawiedzające ją duchy każdej nocy złośliwie przypominały o tym, co
wydarzyło się tamtej straszliwej nocy. Nie potrafiła też tak namiętnie
kochać się z mężem, a jego dotyk zamiast wzbudzać rozkoszne dreszcze,
przypominał tarcie skóry papierem ściernym. W wyklętej rodzinie pojawiła
się rysa, która z każdym dniem, tygodniem i miesiącem coraz bardziej się
pogłębiała, aby w końcu przeobrazić się w rów wypełniony ludzką
niegodziwością, bezeceństwem i podłością.
A to i tak był dopiero początek bezdennego koszmaru...
Rozdział 1
W powietrzu unosił się zapach żywicy i parującej gleby.
Igor Brudny włączył kierunkowskaz i skręcił w wąską, nierówną szutrową
drogę. Była pełna dziur, w których zbierała się teraz woda, a do tego
gdzieniegdzie leżały połamane po niedawnej burzy gałęzie. Nie przejmował
się tym specjalnie. Jego nissan patrol radził sobie w dużo gorszych
warunkach, a że czasem lubił go przeczołgać, to specjalnie pakował się w koleiny w nadziei, że pogłębi je na tyle, aby potencjalnym turystom
wybić z głowy głupie pomysły ruszania jego śladem. Zresztą nie mieli
takiego prawa. Przed wjazdem do lasu stał znak z wyraźnym zakazem, który
jego samego, jako mieszkańca jednej z dwóch znajdujących się w lesie
chałup, w ramach wyjątku nie dotyczył.
Komisarz zatrzymał się przy tablicy informacyjnej dla turystów. Wyjrzał
przez otwarte okno. Wyglądała na nadpaloną, choć nie było czuć swędu
spalenizny. Większość tekstu dotyczącego historii walk pomiędzy carską
armią rosyjską a cesarsko-królewską austro-węgierską podczas pierwszej
wojny światowej na szczęście się zachowała. Za pierwszym razem sam z zainteresowaniem przeczytał krótką notkę, a następnie pogłębił wiedzę na
ten temat. Uważał, że warto wiedzieć, gdzie się mieszka, skoro jedna z krwawych bitew rozegrała się dokładnie tu, pod nieistniejącą już wsią
Tyskowa, gdzie dziś znajdowały się jedynie jego chałupa i wypał węgla.
Teraz potencjalny turysta nie mógł już jednak przeczytać całości,
zwłaszcza zaś obejrzeć załączonych w prawym rogu zdjęć z tamtych czasów.
Brudny pomyślał, że to pewnie robota kolejnego znudzonego gówniarza z Warszawki, ale ostatecznie postanowił tego nie roztrząsać, bo po
pierwsze równie dobrze mogło to być uderzenie pioruna, a po drugie tak
naprawdę wszystko, co zniechęcało turystów do wchodzenia na szlak, było
mu na rękę.
O tej porze roku i tak widywał ich rzadko, ale "rzadko" to w jego
mniemaniu wciąż było zbyt często. Najlepiej, żeby nie musiał oglądać ich
wcale. Potrzebował spokoju, a nie użerania się ze wścibskimi turystami,
którzy nie dość, że potrafili zapukać do jego drzwi bez konkretnego
celu, to jeszcze zostawiali po sobie syf, zwłaszcza gdy decydowali się
przenocować pod gołym niebem. Nigdy nie był pedantem w kwestiach
zachowania czystości, a tym bardziej w nosie miał podejście innych, ale
zauważył, że leżąca w ściółce butelka, puszka czy reklamówka irytuje go
bardziej, niż mógłby się tego po sobie spodziewać. Może po prostu sama
świadomość, że w promieniu kilku kilometrów od jego azylu znajdują się
obcy ludzie, burzyła jego spokój? A może trzepocząca na gałęzi
reklamówka z "Żabki" czy "Biedronki" nie pasowała do tego miejsca? Sam
już nie wiedział, czy się starzeje, że zaczyna zwracać uwagę na takie
pierdoły, ale każde świadectwo bytności człowieka wywoływało jego
rozdrażnienie. Chandrę czuł na samą myśl, że musi wybrać się do sklepu
po zakupy, wobec czego starał się robić je jak najrzadziej. A gdy
widział zbliżających się ziomków w czapeczkach z daszkiem i z plecakami
wypełnionymi dźwięczącymi butelkami piwa, z trudem hamował się, żeby nie
wyjść i nie pogonić ich w cholerę.
Pięć minut później zaparkował na wzgórzu pod drewnianą chałupą. Wysiadł,
rozprostował kości i spojrzał w niebo, na którym wciąż kotłowały się
stalowe chmury. Rozejrzał się po okolicy i wciągnął w płuca świeże
górskie powietrze. Było tak inne od tego miejskiego, gęstego,
zawiesistego, wypełnionego spalinami i brudnego jak szmata do
czyszczenia podłóg. Zawsze myślał, że jest zwierzęciem typowo miejskim,
ale od kilku miesięcy zaczynał dostrzegać, jak bardzo się mylił. Jego
aspołeczność i ogólna niechęć do ludzi były w Warszawie wystawiane na
ciężką próbę niemal każdego dnia, zresztą ostatnio męczył się nawet w Zielonej Górze. Wakacji "pod palmami", na które namówiła go Julka, wolał
nawet nie wspominać. Ale tu, w bieszczadzkich kniejach, gdzie powietrze
po deszczu pachnie tak, że mogłoby zbudzić trupa, a cisza przerywana
sporadycznie przez kręcącą się po wzgórzach zwierzynę wydaje się
najwspanialszą muzyką, Igor Brudny czuł się tak, jakby w końcu znalazł
swoje miejsce na świecie. Tym bardziej rosło jego rozdrażnienie, gdy
zdawał sobie sprawę, że w końcu będzie musiał wrócić do rzeczywistości.
-?Ile jeszcze będziesz tam siedział? -?dopytywała coraz bardziej
poirytowana Julka. Nie mógł kwestionować jej punktu widzenia, bo z własnej woli zdecydował się na życie w związku, a to wymagało wyrzeczeń
i brania pod uwagę uczuć partnera. Zawadzka od blisko pół roku siedziała
w Zielonej Górze sama i miała pełne prawo, aby zacząć naciskać.
-?Do lata. Potrzebuję jeszcze trochę czasu -?tłumaczył wymijająco. Nie
musiał widzieć miny partnerki, aby wiedzieć, że z tej odpowiedzi nie
jest zadowolona.
-?Najpierw miał być miesiąc, potem do wiosny, a teraz do lata. Dla
ciebie rzuciłam wszystko i przeniosłam się z Warszawy do Zielonej Góry,
a ty zaraz potem zostawiłeś mnie tu samą jak palec. Myślisz, że jak ja
się czuję?
-?Chyba trochę przesadzasz, bo...
-?Zastanów się, czego ty chcesz, Igor. Nie uciekniesz od świata. Dawno
po wyborach i temat Sędziego już tak nie grzeje. Czas się ogarnąć. No
chyba że...
W podobnych sytuacjach nigdy nie kończyła myśli, ale nie trzeba było być
Sherlockiem Holmesem, aby wywnioskować, co się kryje za tym
niedomówieniem. Najwyraźniej ich związek zaczynał przeżywać kryzys, a on
-?choć dostrzegał objawy -?jakoś nie był skory do reakcji. Nigdy nie był
wylewny w kwestiach uczuć, więc unikał takich rozmów jak ognia. O miłości, wierności, wspólnych planach, w tym tych dalekosiężnych.
Wiedział, że jej zegar biologiczny tyka nieubłaganie, ale myśl, że
miałby sprowadzić na ten podły świat nowe życie, zwykle psuła mu humor
na resztę dnia. Własna rodzina jawiła mu się jako coś dziwacznego,
niepasującego do niego w najmniejszym stopniu, wręcz niedorzecznego pod
każdym względem. On miałby mieć syna? Albo córkę? Przecież to brzmiało
absurdalnie. Miał nieodparte wrażenie, że byłby złym ojcem i nie
potrafiłby dać drugiej osobie tego wszystkiego, co dawali inni rodzice.
Poza tym świadomość, że jego dziecku mogłoby przydarzyć się coś złego,
podobnie jak kiedyś córce brata, paraliżowała go strachem. Miał przecież
wielu wrogów, a dodatkowo kilka razy więcej osób źle mu życzyło.
Odrzucił te myśli, otworzył drzwi od strony pasażera i wyjął dwie torby
z zakupami. Miały wystarczyć na cały następny tydzień. Kilka piersi z kurczaka, pół kilo wołowiny, biała kiełbasa, kaszanka, do tego ryż,
makaron, kasza gryczana i trochę świeżych warzyw, oczywiście kawa, woda,
papierosy i dwie nieodłączne butelki jamesona. Zabrał wszystko i wszedł
do chałupy, a następnie poupychał w szafkach i napędzanej prądem z agregatu lodówce zawartość obu toreb. Ściągnął buty, nalał sobie
szklaneczkę whisky, walnął się na sofę i położył nogi na stole. Zapalił.
Przez chwilę znów dręczyły go dziwne myśli, więc aby od nich uciec,
wychylił szklaneczkę do dna i poszedł do sieni po siekierę. Ponownie
wzuł buty i wyszedł na dwór. Przez godzinę narąbał drewna co najmniej na
tydzień, a potem wsypał do paśnika trochę paszy. Po jego przyjeździe nie
nadawał się do użycia, ale z nudów go wyremontował. Wystarczyła garść
gwoździ i kilka desek, aby karmnik otrzymał drugie życie. Dzika
zwierzyna szybko odwdzięczyła mu się za wykonaną pracę i przez zimę
regularnie odwiedzały go sarny, jelenie, dziki i zające. Często siadał
wtedy przy oknie, nalewał sobie szklankę whisky i paląc papierosa,
patrzył, jak jedzą. Zdecydowanie wolał towarzystwo zwierząt niż ludzi.
Gdy tylko o tym pomyślał, usłyszał z oddali hałaśliwe szczekanie. Znał
je doskonale i nigdy nie zwiastowało niczego dobrego. Kundle sąsiada tak
witały wszystkich przybyszy, a ci, pogonieni przez niego w diabły,
zwykle ruszali w kierunku chałupy Brudnego. Tym razem tradycji również
musiało stać się zadość. Podniósł wzrok znad paśnika i spojrzał w stronę
otoczonego wysoką palisadą wypału węgla, skąd pospiesznie umykały dwie
postaci. Prychnął, gdy zdał sobie sprawę, jaka ta karma jest złośliwa.
Opróżnił worek z otrębami pszennymi i sięgnął do kieszeni dżinsów po
paczkę papierosów. Wsadził jednego do ust. Zapalił. Skupił wzrok. W jego
stronę dziarsko maszerowały dwie młode kobiety z plecakami i kijkami do
nordic walking. Przez krótką chwilę miał nadzieję, że jednak zrezygnują,
ale ta okazała się płonna jak zawsze.
-?Dzień dobry! -?krzyknęła pierwsza z nich, machając mu ręką. Miała na
sobie sportowe buty, czarne legginsy i ciemnozieloną zapinaną na zamek
bluzę. Spod czapki z daszkiem wystawały blond kosmyki.
Brudny nie odpowiedział ani nie odmachnął.
Dziewczyn to oczywiście nie zraziło. Podeszły bliżej, wtedy przyjrzał
się im dokładniej. Obie były bardzo zgrabne i raczej nie przekraczały
dwudziestego roku życia. Druga z nich nosiła bojówki i sportową bluzę z emblematem jednej z polskich firm odzieżowych. Kruczoczarne włosy
zaplotła w gruby warkocz, który spływał jej spod kaptura na piersi.
Musiał przyznać, że obie były wyjątkowo atrakcyjne i po wystających spod
kołnierzy tatuażach można było wnioskować, że pochodzą z dużego miasta.
Komisarz naciągnął kaptur bluzy na głowę. Ostatnim, czego pragnął, była
dyskusja z dwoma wścibskimi gówniarami z Warszawy czy Krakowa o pogodzie
albo dupie Maryni. Tylko co zrobić, jeśli człowiek nie ma wyjścia? Wolał
załatwić sprawę tutaj, zanim którejś z nich wpadłby do głowy pomysł, aby
wprosić się na herbatę.
-?Uff... ta górka wcale nie jest taka płaska, jak by się wydawało -
oznajmiła blondynka, nieco zbyt teatralnie wycierając nieistniejące
krople potu z czoła. Oparła się o jeden z kijków, ewidentnie próbując
wywrzeć presję. -?Pan tu mieszka? -?zapytała.
-?A wy dokąd idziecie? -?odpowiedział pytaniem na pytanie.
-?Do cerkwi w Łopience. A potem...
-?To w tamtą stronę -?uciął, wskazując palcem na południe. -?Panie
wybaczą, ale...
-?A czy mogłybyśmy podładować u pana telefony? -?wyrwała się druga z turystek.
Kurwa mać, zaklął w myślach. Drugi raz dał się podejść jak gówniarz.
Trzy miesiące temu nie miał wyjścia i musiał wpuścić parkę
trzydziestoparolatków, którzy zapukali po tej samej prośbie. Wtedy był
środek zimy i tęgi mróz, a do tego szybko zapadał zmrok. Sąsiad jak
zwykle opierdolił przybyszy i zagroził, że spuści psy, a ci -?nie mając
większego wyboru -?skierowali się wprost do jego chałupy. Czasem myślał,
że Samuel robi mu na złość, bo choć żyli w jakiej takiej komitywie, to
jego własna aspołeczność wydawała się niczym w porównaniu z tą, którą
prezentował smolarz. Facet najwyraźniej szczerze nienawidził ludzi,
toteż często zdruzgotani niegościnnością węglarza turyści kierowali się
w potrzebie do jedynej chaty na szlaku. Do uciekającego przed światem
Igora Brudnego. W przeciwieństwie do sąsiada w nim wciąż tliły się
jakieś ludzkie odruchy, sumienie zaś nie pozwalało wywalić ludzi w potrzebie na zbity pysk. Poza tym nie chciał brać odpowiedzialności za
obcych, którzy przez jego niechęć do jakichkolwiek wizyt zamarzliby
gdzieś na szlaku. Wpuścił więc parkę, ale oczywiście wpakował się na
minę, bo Kamil i Anna szybko rozpoznali w nim tego słynnego komisarza,
który uganiając się za niejakim Sędzią, rozpirzył przy okazji w proch
całą scenę polityczną. Wtedy oczywiście zaczęło się "sto pytań do".
Szczęściem w nieszczęściu było to, że nie należeli do wyznawców Kryszaka
czy Kumidora, więc po godzinie ciągnącej się w nieskończoność gehenny i ciągłego zerkania na zegarek ich smartfony w końcu się naładowały i Brudnemu udało się pozbyć niechcianych gości w miarę kulturalnie.
Podążające wzgórzem panny też nie wyglądały na przesadnie bogobojne, ale
tym bardziej nie chciał, aby w tych swoich opiętych legginsach rozsiadły
się na jego kanapie. Co z tego, gdy w ostatnich tygodniach wszystkie
okoliczne wsie trąbiły o grasującej w okolicy sforze wilków, a do tego
dopiero co przeszła ulewna burza i szlak mógł być w kilku miejscach
bardziej wymagający niż zwykle. Przeszło mu przez myśl, że Julka też nie
byłaby z tej wizyty zadowolona.
-?Plisss -?jęknęła blondynka, wyciągając przed siebie smartfon. Bateria
rzeczywiście była na wyczerpaniu.
-?A nie macie tego, no, tej przenośnej ładowarki? -?zapytał, chwytając
się brzytwy.
-?Powerbanka?
-?No...
-?Gośka gdzieś posiała -?rzuciła z lekkim wyrzutem blondynka. -?Gdyby
nie to, że ma głowę przytwierdzoną do szyi, to pewnie i ją by zgubiła.
-?Też swojego zapomniałaś wziąć z domu -?skontrowała brunetka. -?Gdybyś
zabrała, to...
Brudny przez chwilę przyglądał się dogryzającym sobie dziewczynom, co w aktualnej sytuacji niespecjalnie działało na ich korzyść. Zastanawiał
się, czy mają tego świadomość, ale w końcu uznał, że po prostu nie są
zbyt mądre, a tym bardziej doświadczone w łażeniu po górach. Sumienie
nie pozwalało mu jednak puścić ich dalej bez możliwości kontaktu ze
światem. W życiu widział zbyt wiele i miał zbyt bujną wyobraźnię.
-?Możecie naładować te telefony -?mruknął, przerywając sprzeczkę.
Dziewczyny zamilkły i spojrzały na niego, jakby dopiero co wyrósł spod
ziemi. -?Ale potem mam pracę, czy to jasne?
-?Oczywiście -?odparły zgodnie, a blondynka dodatkowo szeroko się
uśmiechnęła. -?Dziękujemy -?dodała. -?Gdyby nie pan, to ja nie wiem,
chybabym Gośkę udusiła. I przepraszam za, no wie pan, głupio wyszło.
Naprawdę ratuje nam pan życie, panie...
Nie dokończyła, bo Brudny już zdążył się odwrócić i wyszarpnąwszy po
drodze siekierę z pniaka, na którym rąbał kolejne bukowe polana, ruszył
w kierunku drzwi. Miał cichą nadzieję, że dziewczyny może jeszcze
zmienią zdanie, ale chwilę później za plecami poniósł się odgłos kroków
i figlarny chichot. Pomyślał, że obie nie mają w sobie krzty instynktu
zachowawczego. Igor Brudny nie mylił się w tej kwestii ani trochę.
Rozdział 2
Samuel Wanzreich był Żydem, ale nigdy nie miał kontaktu z innymi Żydami,
a przynajmniej on takich sobie nie przypominał. Nigdy też się z nimi nie
utożsamiał, podobnie jak z Polakami, Ukraińcami, Niemcami albo innymi
chamami, których miał nieszczęście w życiu poznać i których najchętniej
powiesiłby za jajca, aby tak wisieli, dopóki coś takiego, co nazywa się
grawitacja, im tych jajec nie urwie albo nie stanie im się inna krzywda,
na przykład nie zeżrą ich wilki. Na jego postrzeganie rzeczywistości
wpływ miały wydarzenia, do których wolał nie wracać. W jego mniemaniu
nie miało to najmniejszego sensu, bo tylko się wtedy zadręczał i psuł mu
się humor, który i tak zwykle był dość posępny, jeśli wręcz nie
wisielczy. Wychodził więc z założenia, że nie ma sensu tracić energii na
głupoty, bo przecież co się stało, to się nie odstanie, tak był ten
pojebany świat skonstruowany. Samuel był prostym człowiekiem i miał
proste potrzeby, tak też rozumował i swój los przyjmował z otwartą
przyłbicą. Nie jęczał, nie narzekał, nie biadolił. Było, jak było, taki
się urodził i tak przyszło mu żyć, a kto o tym decydował, tego nie
wiedział i w sumie gówno go to obchodziło, bo po co się nad tym
zastanawiać, skoro i tak nie da się tego zmienić. Tylko raz przemknęła
mu myśl, aby jednak rzucić rękawicę przeznaczeniu, które najwyraźniej
kopnęło go w dupę już w momencie, gdy pojawił się na tym świecie jako
mały, szkaradny potworek. O znaczeniu swojego nazwiska Samuel dowiedział
się grubo po trzydziestce, zupełnie przypadkiem, gdy kupił w sklepie z chemią środek na pluskwy. Słynna niemiecka chemia okazała się całkiem
skuteczna i insekty, które zalęgły się w jego materacu, udało się
poskromić, ale ulotka na opakowaniu dała mu kolejny pretekst, aby świat,
w którym przyszło mu żyć, znienawidzić jeszcze bardziej.
Samuel czytał kiepsko, ale nie był analfabetą i dodał dwa do dwóch.
Okazało się, że jego nazwisko znaczy mniej więcej tyle co "bogaty w pluskwy". Z początku mocno się zdenerwował, no bo jaki chuj mógł nadać
mu takie nazwisko? Przez jakiś czas zachodził w głowę i nawet próbował
rozwikłać tę zagadkę, ale że nie miał wykształcenia, a książki jawiły mu
się jako coś równie zbędnego jak perfumy albo drążek sterowniczy
wahadłowca, w końcu uznał, że nie będzie zgłębiał tematu, bo jednak
drewno trzeba było porąbać i codziennie do retorty zapakować, z kolejnej
to wypalone drewno własnymi rękoma wyjąć i w formie węgla drzewnego do
jutowych worów załadować, aby sprzedać i mieć na chleb, jaja i wódkę.
Przez kolejne dwadzieścia lat niewiele się w jego życiu zmieniało, ot
czasem przylazł jakiś turysta, aby go powkurwiać, albo poseł
Bursztynowicz nasłał na niego patrol policji, bo ktoś poskarżył się, że
poszczuł psami. Miał to gdzieś, a mandatami podcierał sobie dupę. Nic
nie miał, więc niczego mu nie mogli zabrać, a nikt nie chciał wchodzić w poważny konflikt z jednym z ostatnich bieszczadzkich węglarzy, których
obecność na szlakach generowała nie tylko zainteresowanie turystów, ale
nawet światowych sieci telewizyjnych pokroju Discovery. To zdecydowanie
byłoby nie po chrześcijańsku, a poza tym mogłoby źle wpłynąć na
notowania Bursztynowicza, który zawsze pierwszy w kościele klękał i na
tacę dawał, choć Samuel wiedział, że to tylko pozory, bo był z posła
kawał chuja, jak to z politykami. Wojna ze smolarzem pochodzenia
żydowskiego, nawet jeśli zgryźliwym chamem, nie była mu na rękę, więc
Samuel Wanzreich żył sobie, niezmiennie w dupie mając wszystko i wszystkich, zwłaszcza zaś takie wypindrzone turystki, które co prawda
najchętniej by ostro wydupczył, ale że dalej żyć chciał po swojemu, to
tego nie zrobił i czym prędzej, aby nie kusić losu, przepędził je gdzie
pieprz rośnie.
Odprowadził je wzrokiem przesz szparę między drewnianymi palami.
Zarechotał zjadliwie, widząc, że wspinają się wzgórzem do sąsiada. Lubił
czasem robić mu na złość, bo był jedynym, któremu mógł to robić
regularnie, a przecież komuś trzeba było, aby się nie nudzić, gdy już
retorty dymią i poza piciem wódki nie ma się pomysłu, aby ten czas jakoś
sobie zorganizować. Co z tego, gdy facet był jakiś dziwny i na zaczepki
nie reagował. Siedział w tej swojej drewnianej chałupie po starej
Stefanii i albo rąbał drewno, albo siedział na ganku i gapił się w niebo, a czasem odpalał tego ryczącego potwora, który trochę zazdrości w Samuelu wzbudzał. Poza tym chyba też lubił wypić, bo w bieszczadzkiej
ciszy głos niesie się daleko i często dało się słyszeć brzęk butelek,
choć w sumie nie szło przyłapać go, jak się przewraca albo telepie, co
Samuelowi się zdarzało, i to nierzadko. Do tego, co tam kiedyś Halina ze
sklepu we wsi mu nagadała, podobno komisarz, co bandytów ścigał i w telewizji go pokazywali, ale Samuel telewizora nie miał, więc sprawdzić
jej słów nie mógł, a też nie wierzył we wszystko, co tam stara kwoka
gada, bo gadać lubiła dużo i nie zawsze z sensem.
Ale jednak trochę wierzył...
Policjant mieszkający w starej chałupie na wzgórzu, dziwny i osobliwy
typ, który jedyny może mu na przykład przez lornetkę zaglądać ponad
szczelną palisadą okalającą jego wypał -?wszystko to brzmiało trochę
podejrzanie. Wiadomo, poseł Bursztynowicz, kij mu w oko, od lat zatruwał
mu życie i nawet kilku kontrahentów kupujących od Samuela węgiel
zniechęcił, dopuszczał się też różnych prowokacji. Każda próba kończyła
się jednak fiaskiem i z czasem sobie odpuścił. Z początku Samuel się
ucieszył, ale w końcu zaczęło mu tego brakować, bo lubił się z nim
droczyć, ale że nie był święty i w przeszłości trochę nabroił, to jednak
obecność tajemniczego komisarza budziła w nim niepokój. A przecież kilka
bab w życiu zbałamucił i nie zawsze po dobroci, kilka mord rozkwasił, a jednemu, co kiedyś Samuelowi za długi kutasa do dupy wsadził, w ramach
zemsty w to samo miejsce wcisnął butelkę wódki i kopnął go w jajca
buciorem ze stalowym czubem tak mocno, aż ta butelka w dupie pękła i w środku bebechy pokaleczyła, że chłop prawie się wykrwawił, bo przecież
starym garusem był i karetki ze wstydu wezwać nie chciał.
Te czasy Samuel zostawił już jednak za sobą. Dziś nie mógł już robić
tego, co kiedyś. Miał ku temu jeden powód.
Smolarz charknął, splunął i wysączył z piersiówki ostatnie krople wódki.
Zagryzł świeżo obranym jajkiem od pani Haliny i poklepawszy po łbach dwa
wciąż poszczekujące psy, z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku
wrócił do baraku. Zdrzemnął się godzinę, potem wstał, przeciągnął się,
ruszył do wychodka i zrobił to, czego natura od zdrowego chłopa wymaga.
Po wszystkim poszedł sprawdzić retorty. Dym wydobywający się z ostatniej
zaczynał już przybierać kolor niebieski, a to oznaczało, że czas zająć
się wygaszaniem. Napełnił wodą kilka wiader, nałożył grube rękawice i zły, że musi radzić sobie sam, wdrapał się po drabinie na szczyt pieca.
Otworzył właz, z którego buchnęły kłęby błękitnego dymu. Odczekał chwilę
i opróżnił pierwsze wiadro. Zszedł po kolejne i ponowił czynność. Gdy
podniósł głowę, aby wytrzeć pot z czoła, na drodze za palisadą dostrzegł
majaczącą postać. Zaklął pod nosem, przelał do środka wodę z trzeciego
wiadra, po czym zszedł na ziemię, zdjął rękawicę i zapalił papierosa.
Chwilę później usłyszał szczęk zardzewiałej bramy. Podrapał się po
pośladku i splunął w błoto.
-?O której miałeś być? -?wychrypiał w kierunku młodego chłopaka, który
wślizgnął się na teren wypału.
-?Miałem... wypadek -?odparł krótko przystrzyżony młodzieniec.
-?Jaki znowu wypadek? -?zagrzmiał smolarz. -?Ty ostatnio ciągle masz
jakieś wypadki. Lepiej mów prawdę, bo jak...
-?Wpierdol dostałem. Wystarczy?
Samuel zbliżył się do syna. Ten patrzył na niego spod byka. Miał dopiero
szesnaście lat, ale ciężka fizyczna praca wykuła imponującą muskulaturę.
Gracjan był niski, ale krępy, a graby miał takie, że mógł arbuzy
miażdżyć. Smolarz przyjrzał mu się z bliska. Rzeczywiście, chłopak nie
kłamał. Miał podartą koszulkę, rozcięty plecak i od stóp do głów był
umorusany błotem. Jedno oko przypominało dojrzałą śliwkę, a pod nosem i przy prawym uchu widniały zaschnięte skrzepy krwi.
-?Ilu ich było? -?zapytał.
-?Pięciu. Jednemu chyba złamałem nos, ale reszta mnie dojechała. Wybacz,
tato.
-?Nic się nie stało. To ci sami co ostatnio?
-?Nie.
-?To kto?
-?Młody Kobziński i ten chujek Bursztynowicz. Dorwali mnie krótko po
tym, jak wysiadłem z autobusu. Podjechali samochodem znienacka, wysiedli
i...
-?Skurwysyny... -?wciął się Samuel. -?Pójdę do sołtysa i chyba sam mu
wpierdol spuszczę. Nie będzie jego syn mojemu... -?Zacisnął nerwowo obie
pięści.
-?Nie, tato. Nie rób tego. Wtedy to już w ogóle nie dadzą mi żyć.
-?Ech...
Stary smolarz poklepał syna po ramieniu, a potem przycisnął jego głowę
do piersi. Wyobraził sobie, jak wpada do chałupy sołtysa, wyciąga za
uszy jego nadętego synalka i na oczach ojca spuszcza mu łomot. Był
niemal przekonany, że stary Kobziński nie odważyłby się stanąć mu na
drodze. Był mięczakiem jakich mało i co najwyżej zadzwoniłby pod 112. A jeśliby jednak zdecydował się zareagować, to jemu też dałby do wiwatu.
Co innego Bursztynowicz. Ten gnój wydawał się nietykalny, podobnie jak
jego smarkacz. Tu Samuel miał związane ręce.
-?Umyj się i coś zjedz. Dziś wybiorę węgiel sam, ale w zamian za to
pojedziesz zrobić jakieś zakupy -?powiedział i puścił syna. Klepnął go
na zachętę w potylicę, ale chłopak najwyraźniej nie odebrał ojcowskiego
gestu tak, jak Samuel mógłby tego oczekiwać. Posłał mu pełne pretensji
spojrzenie, a potem w milczeniu ruszył do baraku.
Gdy zniknął w jego wnętrzu, Samuel kątem oka dostrzegł na niebie
przelatujący cień. Spojrzał na przesuwający się punkt i szybko rozpoznał
w nim bielika. Od razu przypomniał sobie wiszące nad łóżkiem godło
Polski. Prychnął z niesmakiem na tę myśl. To był najczęstszy widok, gdy
przypalali go papierosami, kręcili mu wora albo po prostu spuszczali
regularny wpierdol. Od najmłodszych lat miał przesrane i najwyraźniej
wszyscy dalej widzą w nim tylko zwykłego śmiecia. Nienawidził ich.
Nienawidził ich wszystkich. Tego kraju też.
Jego ponure myśli przerwał dziewczęcy chichot. Zbliżył się do bramy i zerknął przez szparę. Ze wzgórza schodziły te same dwie dziewuchy, które
pogonił jakiś czas temu. Wyglądały na typowe dupodajki i pomyślał, że
sąsiad pewnie wykorzystał okazję, aby nieźle je wygrzmocić. No bo niby
co robiły w jego chałupie ponad godzinę?
Nerwowo oblizał wargi, gdy wyobraził sobie te wszystkie bezeceństwa.
Sprawiło mu to nielichą przyjemność. Odprowadził dziewczyny wzrokiem, a gdy zniknęły za zakrętem, zaklął szpetnie, splunął i wrócił do pracy.
Rozdział 3
Trzy kolejne dni minęły Brudnemu na beztroskim patrzeniu na lejący za
oknem deszcz, popijaniu jamesona i rozmyślaniu o przyszłości, która już
drapieżnie wyciągała po niego szponiaste łapska. Do żadnych
satysfakcjonujących wniosków nie doszedł. Do policji niespecjalnie
chciał wracać, a robota prywatnego detektywa w momencie, gdy po akcji z Sędzią jego twarz znał praktycznie każdy obywatel, też nie wyglądała na
sensowny pomysł. To właśnie z tego powodu uciekł w góry. Od czasu
wydarzeń w domu Kumidora najróżniejsi pseudodziennikarze nieustannie się
do niego dobijali. Zaczepiali go na ulicy, w sklepie, a niektórzy byli
nawet tak nachalni, że wchodzili na teren posesji i zaglądali przez
okna. Raz znalazł takie zdjęcia na jednym z portali plotkarskich.
Ukazywały go w samych bokserkach i z papierosem w ustach, inne podczas
jedzenia pizzy, którą popijał jamesonem, a jedno w towarzystwie Julki
mającej na sobie tylko bieliznę. Wkurwił się wtedy okrutnie i pomimo
stanowczego sprzeciwu partnerki wsiadł w samochód, a następnie, z zamiarem spuszczenia gryzipiórkowi solidnego łomotu, pojechał do
Warszawy. Po drodze ciśnienie trochę z niego zeszło, ale i tak na
miejscu poprosił o spotkanie z facetem, który zrobił zdjęcia. Zza rogu
wyszedł miśkowaty typ z ulizanymi do tyłu włosami i uśmiechem tak
wrednym, jakby codziennie trenował go przed lustrem. Wyciągnął do
Brudnego rękę na przywitanie, wtedy komisarz na oczach pozostałych
pracowników złamał mu dwa palce. Oczywiście to wywołało kolejną
niepotrzebną medialną burzę, a mądre głowy w telewizji z perfidną
satysfakcją zaczęły rozkładać jego psychikę na czynniki pierwsze,
wspominać okres jego dzieciństwa u hieronimek, skutki wychowania w tego
typu placówce, poprzednio prowadzone śledztwa, generalnie robić
wszystko, aby mu tylko ponownie dokopać. Zawisła nad nim nawet groźba
procesu, ale pod naporem wciąż sympatyzującej z nim opinii publicznej
pseudoreporter schował dumę do kieszeni i wycofał się z pomysłu
skierowania sprawy na drogę sądową. Nie zmniejszyło to jednak
zainteresowania mediów samym Igorem, dlatego komisarz podjął jedyną
rozsądną w swoim mniemaniu decyzję -?usunął się w cień. Umożliwiła mu to
stara przyjaciółka, której kiedyś pomógł w odnalezieniu starszej
siostry. Co prawda finał poszukiwań okazał się dla niej dość bolesny,
ale Justyna Klepacka czuła się w obowiązku spłacić dług wdzięczności.
-?Tak się składa, że jedna z moich ciotek niedawno umarła i zostawiła
starą chałupę koło Stężnicy -?powiedziała. -?Nikt z rodziny jej nie
chce, bo po pierwsze grozi zawaleniem, a po drugie ciocia Stefania
leżała tam prawie tydzień i... no wiesz...
-?Gdzie to jest? -?zapytał, nie kryjąc zainteresowania.
-?Bieszczadzkie knieje. -?Zaśmiała się. -?I to dosłownie. Chałupa stoi
praktycznie w środku lasu, a do tego w pobliżu wypału węgla drzewnego
należącego do niejakiego Samuela Wanzreicha, wyjątkowo niesympatycznego
smolarza. Facet stroni od ludzi, ale ciotka, no raczej ciotka-babcia,
też taka była. Inna, trochę dziwna. Nie miała dzieci. Wolała naturę,
rośliny, zwierzęta. Lokalni mieszkańcy widzieli w niej szeptuchę. Wiesz,
kim jest szeptucha?
-?No, kojarzę...
-?Cieszyła się w okolicy ogromnym poważaniem, bo potrafiła leczyć
beznadziejne przypadki. Odwiedzali ją wszyscy, w tym biskupi czy ludzie
władzy. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale z zaawansowanego raka wyleczyła
podobno starego Leopolda Bursztynowicza, zatwardziałego komunistę i posła na sejm pierwszej i drugiej kadencji z ramienia SLD, który od
niepamiętnych lat był tu prawie Bogiem.
-?Tego, którego syn trzymał tekę ministra rolnictwa za poprzedniej
władzy?
-?Zgadza się, ale cóż... Ty wiesz najlepiej, jak dwulicowa jest polityka.
Ciotka umarła krótko później, co sprawiło, że ludzie zaczęli plotkować i gadać, że aby ratować tak beznadziejny przypadek, sama musiała poświęcić
w zamian własne życie. Że niby jakaś wymiana energii i inne bzdury.
Słyszałam nawet wersję, że skumała się z samym diabłem, zwłaszcza że
krótko po jej śmierci Bursztynowicz spadł ze schodów i skręcił sobie
kark. Ludzie wciąż bywają tu naprawdę bardzo zabobonni.
-?Lokalny folklor.
-?W każdym razie, gdyby to wszystko zebrać do kupy, to nie ma się co
dziwić, że nikt z rodziny nie pali się, aby przejąć po niej chałupę,
która i tak nie ma prawie żadnej wartości. No może poza muzealną.
-?Mógłbym ją obejrzeć?
-?Pewnie, wpadaj. Zrobię pierogi bojkowskie, które kiedyś ci obiecałam.
A potem pojedziemy obejrzeć chałupę ciotki. Tylko ostrzegam, że to
naprawdę dziura, której chyba nawet remont nie pomoże.
Brudnego to nie zraziło i już dwa dni później wspólnie z Justyną i Julką, którą również zabrał ze sobą, stanęli we trójkę przed drewnianym
budynkiem z bali. Na jego widok ta ostatnia parsknęła śmiechem. Rudera
rzeczywiście wymagała solidnego remontu, ale Igor nigdy nie wymagał od
świata zbyt wiele. Wystarczyło mu łóżko, stół, krzesło i jakiś agregat
prądotwórczy, aby nocami mógł poczytać. Wychodek też nie był problemem,
zwłaszcza że cała otoczka, która tak zniechęcała potencjalnych
spadkobierców pani Stefanii, z jego perspektywy lepsza być nie mogła.
-?Jest jeszcze jedno -?oznajmiła Klepacka, gdy Brudny obejrzał chałupę.
-?Mam się bać? -?zapytał, nie spuszczając wzroku z rudery.
-?No, ty to chyba nie. -?Roześmiała się. -?Ale lepiej, żebyś dowiedział
się tego ode mnie niż od jakichś zabobonnych górali.
Brudny posłał kobiecie podejrzliwe spojrzenie. Miała dziwny wyraz
twarzy.
-?W lokalnym środowisku od lat funkcjonuje pewna legenda -?powiedziała,
odgarniając kosmyk blond włosów.
-?Brzmi jak tani cliffhanger z horroru klasy B -?wtrąciła Julka.
-?Jak co? -?Igor spojrzał na partnerkę, ale ta tylko machnęła ręką i poprosiła Klepacką, aby ta kontynuowała.
-?Opowiada o ponurym smolarzu, który poluje na turystów, a potem ich
torturuje, zabija i pali zwłoki w piecach. Wiecie, że w takiej retorcie
temperatura osiąga nawet tysiąc stopni? Gdyby wrzucić tam ciało
człowieka, to nie zostałyby z niego nawet kości. Spaliłoby się
doszczętnie.
-?Brzmi nieźle. -?Brudny zapalił papierosa.
-?To tylko legenda wywodząca się jeszcze z czasów wojny, ale w ciągu
ostatnich paru dekad naprawdę zniknęło tu bez śladu kilkadziesiąt osób.
Sami przyjezdni. Nikt nie wie, co się z nimi stało, więc ludzie
powtarzają tę historię. Nie mam pojęcia, na ile sami w nią wierzą, ale
wiem, że popularne jest straszenie nimi dzieci. Wiecie, tak na zasadzie,
że jak nie będziesz grzeczny, to przyjdzie ponury smolarz i cię zje.
-?Może dlatego ci węglarze są tak nieprzyjaźnie nastawieni do obcych?
-?Nie, chyba nie. Większość z nich śmieje się z tych głupot. To prości,
ale naprawdę mili ludzie. Turyści są nimi zachwyceni i często odwiedzają
retorty. Tylko ten Wanzreich... -?Klepacka wskazała wypał w dolinie. -?Ten
rzeczywiście jest jakiś dziwny. Naprawdę nie lubi obcych i wcale tego
nie ukrywa.
-?Czyli będę miał fajnego sąsiada.
-?Ty tak naprawdę? -?Julka posłała Igorowi zdziwione spojrzenie.
-?To idealne miejsce -?oznajmił. -?Miesiąc czy dwa na tym odludziu to
jest to, czego teraz potrzebuję. A skoro turyści to miejsce omijają
szerokim łukiem, to tym lepiej -?dodał, wrzucając niedopałek do miejsca
po palenisku.
Przez twarz Julki przebiegł nerwowy grymas. Wzięła partnera na stronę i na osobności zapytała, czy aby na pewno nie upadł na głowę. Igor był
jednak nieugięty.
-?To nie potrwa długo. Po prostu muszę pobyć sam -?wyjaśnił. -?Na
spokojnie zastanowię się, co dalej robić, przetrawię cały ten syf. Też
na tym zyskasz, bo gdy te dziennikarskie hieny zorientują się, że nie ma
mnie w Zielonej Górze, nikt ci nie będzie zawracał gitary. Sprawa
przyschnie, a ja wrócę z jakimś pomysłem na życie. Same profity.
-?Jakoś nie jestem do tego pomysłu przekonana...
-?Facet czasem musi zamknąć się w swojej pieczarze...
Julka westchnęła i omiotła wzrokiem rozległe doliny i porośnięte lasami
wzgórza. Nad jednym z nich szybował majestatyczny orzeł, a na skraju
lasu trawę skubało kilka saren. Widok doprawdy zapierał dech w piersiach. Pomyślała, że najchętniej sama by się wyrwała ze swojego
kieratu. Nie miała jednak szans na urlop, bo ugrzęzła w nawale kilku
śledztw, w tym jednego dotyczącego morderstwa. Przygryzła dolną wargę,
po czym z powrotem przeniosła wzrok na partnera.
-?Jestem aż tak nieznośna? -?zapytała, krzywiąc się przepraszająco.
-?Trochę.
-?Ale jesteś tego pewny? Że chcesz tu, tak, sam?
-?Jestem pewny.
-?Idzie zima, a ta rudera wymaga remontu...
-?Sypiałem w gorszych warunkach.
Nie miała więcej argumentów, więc posłała mu słaby uśmiech, a potem
wrócili do Sanoka, gdzie mieszkała Klepacka. Pokochali się, przespali, a następnego dnia Brudny podrzucił ją na pociąg i zakupiwszy po drodze
kilka niezbędnych narzędzi i materiałów, wrócił do nieistniejącej wsi
Tyskowa. Na budowlance znał się średnio, więc zrobił tyle, ile potrafił.
Coś tam uszczelnił, aby za mocno nie wiało, załatał schody na ganek,
zbił połamane barierki, ogarnął palenisko i przepchał komin, w końcu
zamontował nowy agregat prądotwórczy i po kilku dniach dłubaniny z czystym sumieniem mógł nalać sobie szklaneczkę whisky, otworzyć książkę
i cieszyć się spokojem.
Dziś przyzwyczaił się do życia w tych surowych warunkach na tyle, że
prawie zapomniał o wszystkich przyziemnych przyjemnościach, bez których
większość społeczeństwa nie wyobrażała sobie normalnego funkcjonowania.
Telewizja i internet mogłyby dla niego nie istnieć, podobnie jak bieżąca
woda czy ciepły prysznic. Na swój sposób polubił styl życia tak daleki
od miejskiego zgiełku, za to tak bliski naturze. Coraz bardziej
uzmysławiał sobie, że nie chce wracać, ale szczerze wątpił, aby Julka
kiedykolwiek była w stanie zrezygnować z pracy i zamieszkać w takiej
dziczy. A nawet jeśli, to z czego by wtedy żyli? Wciąż miał trochę
zaskórniaków, ale nawet tak skromna egzystencja wymagała stałego źródła
dochodów. Gdyby Julka nawet zahaczyła się w jakimś lokalnym posterunku,
to czuł, że nie byłaby tu szczęśliwa. Uschłaby jak paprotka w pokoju
Romka Czarneckiego. I taki byłby koniec.
Pomyślał, że do niej zadzwoni. Na szczycie wzgórza sygnał wciąż łapał
nieźle i na rozmowę telefoniczną w zupełności wystarczał. Odebrała po
drugim sygnale.
-?Cześć -?przywitał się.
-?Cześć. Dawno nie dzwoniłeś.
Brudny szybko policzył dni. Musiała przesadzać, bo gadali przedwczoraj
albo przedprzedwczoraj. Na pewno po wizycie tamtych turystek, bo
pamiętał, że czuł lekkie wyrzuty sumienia po tym, jak ukradkiem zerkał
na ich jędrne tyłki. Długa wstrzemięźliwość była jednym z niewielu
minusów życia na tym pustkowiu i stawała się uciążliwa.
-?Chyba nie aż tak.
-?Kwestia indywidualna. Co u ciebie? Dalej próbujesz rozwikłać
konstrukcję wszechświata czy wspaniałomyślnie ładujesz telefony młodym
turystkom?
Cóż, pomyślał, czasem szczerość nie popłaca. Postanowił się nie
odgryzać, bo może miała po prostu kiepski dzień w pracy.
-?Wszystko pod kontrolą. Żadnych gości, nie licząc kilku saren i dzików.
-?To w porządku. U mnie pracy po pachy. Świat zmierza w naprawdę
gównianym kierunku. Kradzieże, rozboje. W Suchej facet zarąbał siekierą
kolegę, który wygrał z nim w karty. Wyobrażasz sobie?
-?Mnie już nic nie zdziwi.
-?No tak. A nie chciałbyś, żebym zrobiła ci laskę?
-?Ooo...
Wyobraził sobie, jak wypowiada te słowa pomiędzy przekładaniem kolejnych
akt nawarstwiających się spraw. Zresztą wszystko na to wskazywało, bo o tej porze zwykle siedziała w papierach, a w słuchawce wyraźnie słyszał
ich charakterystyczny szelest.
-?No to jak? Chciałbyś czy nie? -?naciskała, choć jej ton w ogóle się
nie zmienił. Równie dobrze mogłaby zapytać, czy smakowała mu kanapka,
którą przygotowała mu przed wyjściem do pracy.
-?Potrafisz dokopać biednemu pustelnikowi... -?mruknął.
-?Pustelnikowi na własne życzenie, Igor. Na własne życzenie.
-?Jesteś sama?
-?A myślisz, że tak sobie gadam o zrobieniu ci laski przy kolegach z pracy?
-?No właśnie nie wiem.
-?Chcesz czegoś konkretnego czy dzwonisz, żeby mnie powkurwiać?
Jej ton się nie zmieniał. W tle wciąż szeleściły jakieś papiery.
-?Po prostu chciałem usłyszeć twój głos.
-?Usłyszałeś. Coś jeszcze?
-?Masz okres?
To już groziło eskalacją, ale jakoś nie mógł się powstrzymać. Jedna mała
szpilka wobec serii ciosów poniżej pasa nie powinna jednak doprowadzić
do końca świata.
Julka na chwilę zamilkła, w końcu westchnęła.
-?Zbliża mi się i mam wielką ochotę na seks. Dlatego fajnie by było,
gdyby mój facet w końcu wrócił z tej dziczy. -?Tym razem jej ton się
zmienił. Pobrzmiewało w nim zwątpienie, może nawet brak nadziei. -
Myślałam, że potrafisz czytać między wierszami... -?dodała z jeszcze
większym przygnębieniem w głosie.
Brudny zdawał sobie sprawę, że w podobnych sytuacjach nie jest mistrzem
słownej szermierki, ale teraz poczuł, że naprawdę nawalił. Oddalali się
od siebie coraz bardziej, a on swoją postawą tylko sprawę pogarszał.
Wina była po jego stronie i musiał coś zrobić. Julka była jedyną
kobietą, która miała do niego cierpliwość. Jedyną, która go rozumiała i kochała. Nie chciał i nie mógł jej stracić.
Gdy już planował coś powiedzieć, jego wzrok przykuł jakiś ruch za
chałupą. Uniósł lekko czapkę z daszkiem. W oddali dostrzegł dwie
wyłaniające się z mgły postaci. Pomyślał, że turyści mają naprawdę
fatalny timing.
-?Przepraszam -?powiedział. -?Zadzwonię wieczorem, to pogadamy, okej?
-?Nie wiem, czy będę miała ochotę.
-?Mimo wszystko... -?Brudny zmarszczył brwi. To nie byli turyści. -
Poczekaj chwilę. Oddzwonię.
Rozłączył się i skupił wzrok na dwóch wspinających się wzgórzem
mężczyznach w przeciwdeszczowych płaszczach. Siąpiło, widoczność była
fatalna, a na dodatek w dolinie osiadła mgła, więc nie był w stanie
dostrzec, co dzieje się kilkadziesiąt metrów za ich plecami. Instynkt
podpowiadał mu jednak, że ich wizyta nie zwiastuje nic dobrego. Nauczył
się go słuchać, więc wszedł do chałupy tylnym wejściem i na wszelki
wypadek wyjął z szuflady walthera. Wcisnął go za pasek spodni. Odczekał
jeszcze kilkadziesiąt sekund i otworzył frontowe drzwi. Mężczyźni
właśnie weszli na schody.
-?Panowie w jakiej sprawie? -?zapytał, ale szybko zorientował się, z kim
ma do czynienia. Dobry pies od razu wyniucha innego psa.
-?Komisarz Igor Brudny? -?zapytał jeden z przybyszy.
-?To zależy, kto pyta -?zagrał głupa.
-?Komisarz Marian Kmita, a to aspirant Łukasz Szmajda z komendy
miejskiej w Sanoku -?przedstawił siebie i kolegę. -?Wpuści nas pan do
środka? Pogoda jest, jaka jest, a chcielibyśmy zadać panu kilka pytań.
-?W jakiej sprawie?
-?Zaginięcia Małgorzaty Dąbrowskiej i Eweliny Matejczuk. Podobno mógł
być pan jedną z ostatnich osób, które miały z nimi kontakt.
Brudny poczuł ucisk w żołądku, a potem jego myśli automatycznie
powędrowały w stronę Julki. Z wieczornej rozmowy nici, pomyślał, a chwilę później zadźwięczały mu w uszach słowa Justyny Klepackiej
opowiadającej legendę o ponurym smolarzu.
Pomyślał też, że chyba naprawdę nie nadaje się do bycia w związku. Igor
Brudny przyciąga zbyt wiele kłopotów.
Rozdział 4
Zbudził ją wilczy skowyt.
Gwałtownie otworzyła oczy, ale ciemność była nieprzenikniona. Poczuła,
że uniosły się włoski na całym jej ciele, zadrżała, a z ust wyrwał się
cichy jęk. Oddech przyspieszył, do umysłu zaczęły docierać sygnały o zagrożeniu.
Szarpnęła się, a gdy usłyszała brzęk łańcuchów, pojęła, że sytuacja, w której się znalazła, jest naprawdę zła. I że grozi jej ogromne
niebezpieczeństwo.
Wilczy skowyt wypełniał ciemne pomieszczenie niemal nieustannie. Jakby
wataha była blisko, niemal na wyciągnięcie ręki. Jakby w każdej
sekundzie mogła się spodziewać, że jedna z bestii chwyci ją za ramię
albo wgryzie się w udo. Z jej ust dobył się cichy jęk, gdy zdała sobie
sprawę, że jest zupełnie naga. Pomyślała, że wilk miałby ułatwione
zadanie. Wgryzłby się w tkankę, wyszarpał wnętrzności, pożarł ją żywcem.
Ta świadomość nagle kompletnie ją przytłoczyła. Zapragnęła wołać o pomoc, ale nie miała odwagi. Zamilkła i zaczęła się trząść, bo nagle
wydało jej się, że krzykiem może jedynie rozjuszyć sforę. Czytała, że
wilki mają doskonały słuch.
Wycie nie ustawało, ale niosło się dziwnym pogłosem. Rezonowało,
odbijając się od ścian, przeszywało na wskroś, w końcu wsiąkało w zimne
mury. A może skały? Gdzie była? W jakiejś grocie? Pieczarze? Skowyt nie
był naturalny i zdała sobie sprawę, że to nagranie. Dlaczego ktoś miałby
ją unieruchomić, rozebrać i puszczać z głośników wilczy skowyt?
Przez jej głowę przewaliły się wszystkie możliwe horrory, jakie do tej
pory oglądała. Kolejne przemykające klatki nie pozostawiały złudzeń, że
znalazła się w naprawdę złym położeniu, a wspomnienie tego, co wydarzyło
się, zanim została ogłuszona, tylko ją w tym przeświadczeniu
utwierdziło. Chryste, pomyślała, to przecież nie może się tak skończyć.
To przecież był tylko film. Owszem, realny, ale...
Wrzasnęła. Aż do bólu. A potem jeszcze raz i jeszcze. Wołała o ratunek,
ale z czasem jej krzyki zaczęły przypominać już tylko rzężenie
wycieńczonej ofiary. W końcu opadła z sił i zalała się łzami. Co z tego,
gdy echo jej wrzasków i wilczy skowyt wciąż wyły w jej głowie. Błagania
o ratunek nie ustawały, ale jej głos się zmienił. Stał się ostrzejszy,
bardziej piskliwy i przejmujący. Jak to możliwe? Przecież nie miała już
sił i ledwo oddychała.
W końcu zamilkła. Chwilę później wilcza wataha też przestała ujadać.
Zapadła dojmująca cisza.
Małgorzata Dąbrowska zrozumiała, że nie jest sama. Wytężyła słuch w nadziei, że to nie jedna z bestii. Ciężko oddychała, ale obok oddychał
ktoś jeszcze. Równie ciężko, jakby walczył o każdy kolejny haust
powietrza.
-?Halo... -?zaryzykowała. -?Czy ktoś tu jest?
-?Gośka? -?usłyszała.
-?Ewela?
Oba imiona, choć wymówione półgłosem, zabrzmiały w ciszy głośno i wyraźnie. Odbiły się echem, w końcu wsiąkły w mury.
-?Co tu się dzieje? Gdzie jesteś? Gdzie jesteśmy? -?kontynuowała jedna z dziewczyn. Jej głos załamywał się przy każdym słowie.
-?Nie wiem. Nie mogę się ruszyć. Jestem... Boże, on mnie rozebrał. Jestem
naga i...
Zamilkła, gdy ciszę przerwał głęboki bas, który po chwili ułożył się w prymitywny, ale niepokojący rytm wybijany na bębnach. Niósł w sobie coś
niewysłowienie złego, a Małgorzacie skojarzył się z plemiennymi
rytuałami dzikich ludów.
Bam, bam bam, bam, bam bam, bam, bam bam...
Dziewiczy, prastary, pierwotny rytm wżerał się w ciało, rezonował z narządami wewnętrznymi i w jakiś niewytłumaczalny sposób dostrajał się
do częstotliwości uderzeń jej serca. Pomyślała, że to jakaś totalna
aberracja rzeczywistości, i zamknęła oczy w nadziei, że zaraz się obudzi
i koszmar się skończy.
Nic z tego.
Bębny wciąż biły, a chwilę później znów dołączył do nich wilczy skowyt.
Poczuła na ciele serię lodowatych dreszczy. Rytm w połączeniu z wyciem
wilków wydawał się absolutnie przerażający, obiecywał jakąś trudną do
wyartykułowania makabrę, coś, przed czym natura pragnęła uchronić
człowieka, uzbrajając go w jeden z najważniejszych instynktów -?strach.
Przez upiorne echo bębnów przebijały się słowa przyjaciółki, ale nie
rozumiała ich znaczenia. Nie była pewna, czy chce je słyszeć, bo w tonie
pobrzmiewała niezmierzona groza.
I wtedy nagle zapadła cisza.
Wydała się jeszcze bardziej przerażająca.
Jeszcze nigdy tak wyraźnie nie słyszała bicia własnego serca. Waliło jej
w piersi w zgasły rytm bębnów.
Bam, bam bam, bam, bam bam, bam, bam bam...
Pomyślała, że zaraz zwariuje. Wtedy usłyszała kroki. Plusk wody, pisk
szczura.
Chciała zawołać o pomoc, ale zabrakło jej odwagi. Doskonale wiedziała,
że ten, kto kryje się w mroku, nie przyjechał tu po to, aby im jej
udzielić. Co gorsza, opuściły ją ostatnie wątpliwości, że przybył tu w dokładnie przeciwnym celu. Ten ktoś chciał je skrzywdzić.
Ewelina również milczała. Małgorzata słyszała jej płytki, świszczący
oddech. Wtedy mrok rozświetlił oślepiający strumień światła. Jeden,
drugi, trzeci. Instynktownie zmrużyła oczy i odwróciła głowę, a gdy znów
rozsunęła powieki i oczy choć trochę przyzwyczaiły się do jasności,
dostrzegła unoszącą się nad podłogą zawiesistą mgłę. Przełknęła ślinę, a chwilę później jej wzrok powędrował na przykutą do ławy Ewelinę. Jej
skóra wydawała się biała jak papier, a przyjaciółka drżała z przerażenia. Nie to jednak sprawiło, że poczuła silne parcie na pęcherz.
Zaledwie metr obok stała druga drewniana ława, a na niej dziesiątki
złowrogo połyskujących narzędzi. Biały opar muskał je delikatnie,
potęgując wrażenie nadciągającego horroru.
Małgorzata zamknęła oczy. Wyobraziła sobie, że po raz ostatni zmusi się
do wysiłku, aby jednak obudzić się z tego koszmaru. Gardłowy pomruk
przybysza ostatecznie pozbawił ją nadziei, że to tylko zły sen. Z kącików jej oczu spłynęło kilka kolejnych łez. Powoli otworzyła powieki.
Na granicy, gdzie światło spotykało się z mrokiem, mgła nienaturalnie
zafalowała, a chwilę później z ciemności wyłoniła się krępa dwunożna
postać. Jakkolwiek irracjonalnie to brzmiało, nie przypominała
człowieka. Ona nie miała z człowiekiem nic wspólnego.
Rozdział 5
Brudny wpuścił funkcjonariuszy do wnętrza chaty. Nie prezentowali się
zbyt poważnie, ale lata pracy nauczyły go, aby aż tak bardzo nie ufać
pierwszemu wrażeniu. Starszy stopniem Kmita wyglądał jak egzemplarz
wyjęty z lat słusznie minionych. Po pięćdziesiątce, spora nadwaga, bujne
wąsy i czerwony nos, sugerujący, że jego właściciel za kołnierz nie
wylewa. Szmajda był sporo młodszy i Igor ocenił jego wiek na jakieś
trzydzieści pięć lat. Nieco wyższy od kompana, na pewno szczuplejszy, ze
sporymi zakolami i włosami zaczesanymi na bok. Nie wiedzieć czemu nosił
krótko przystrzyżony wąsik, który -?gdyby nie kozia bródka -?z pewnością
upodabniałby go do młodego Hitlera.
Przyglądał się im dość natarczywie, gdy ściągali i wieszali na
gwoździach płaszcze przeciwdeszczowe. W końcu komisarz Kmita prostackim
uśmiechem wymusił na Brudnym, aby wskazał im drogę, gdzie mogliby
spocząć. Igor zaprosił ich na kanapę. Usiedli, rozglądając się
niepewnie. Nie zaproponował im niczego do picia, podobnie nie
poczęstował ich papierosem, gdy sam usiadł w fotelu i wyjął paczkę.
Zapalił.
-?Będziemy tak sobie patrzeć w oczy czy zaczniecie panowie zadawać
pytania? -?odezwał się, gdy wydmuchał dym nosem.
-?Tak, przepraszam -?mruknął Kmita. -?Łukasz...
Aspirant z dziwacznym zarostem wyjął z kieszeni sprzęt nagrywający.
Włączył przycisk nagrywania, położył i przesunął na środek ławy.
-?Chyba się, panowie, nie zrozumieliśmy -?rzekł Brudny, kładąc swoją
dłoń na urządzeniu. Wcisnął przycisk stop i odsunął je w stronę Szmajdy.
-?Przyszliście tu panowie porozmawiać, a widzę, że próbujecie mnie
przesłuchać. Wszyscy wiemy, że to tak nie działa.
Krępy wąsacz pociągnął nosem i posłał karcące spojrzenie młodszemu
kompanowi. Ten od razu schował dyktafon do kieszeni.
-?Wiemy, kim pan jest, komisarzu Brudny -?odezwał się Kmita. -?Dlatego
nie chcemy wprowadzać niepotrzebnego zamieszania.
-?Właśnie panowie wprowadziliście.
-?Proszę wybaczyć. Aspi...
-?Wybaczam.
Zapadła niezręczna cisza i Brudny pomyślał, że tu chyba próżno szukać
drugiego dna. Tym razem pierwsze wrażenie chyba jednak nie próbowało
zwieść go na manowce. Patrzył, jak Kmita wyciąga z marynarki notes,
otwiera go, przeciera wąsy.
-?Od jak dawna pan tu mieszka? -?zapytał po chwili zastanowienia.
-?Od końca października.
-?Pamięta pan dokładny dzień?
Brudny tylko utwierdził się w przekonaniu, że ma do czynienia z amatorami. Gdyby był podejrzany, to mogliby go pytać nawet o kolor
ulubionych skarpetek, ale w tym wypadku tego typu informacja kompletnie
nic im nie dawała. Mimo wszystko wbrew sobie założył, że jednak nie są
idiotami. Postanowił odpowiadać na pytania konkretnie i zwięźle, a potem, gdy już poznają swoje miejsce w szeregu, samemu wyciągnąć od nich
maksimum informacji.
-?Dwudziestego dziewiątego albo trzydziestego -?odparł, strzepując
popiół do popielniczki.
-?Mieszka pan sam?
-?Sam.
Facet coś zapisał i podrapał się za uchem. Na skroniach zaperliły mu się
krople potu. W mieszkaniu panowała temperatura oscylująca w granicach
dwunastu, może trzynastu stopni Celsjusza, więc na pewno nie pocił się z przegrzania organizmu. Ewentualnie z przegrzania mózgu, pomyślał Brudny.
-?Czy miał pan bezpośredni kontakt z panem Samuelem Wanzreichem?
-?Nie.
-?A jakikolwiek kontakt pan z nim miał?
-?Miałem.
-?Czyli?
-?Raz machnąłem mu ręką.
-?Tylko raz?
-?Raz.
-?Dlaczego tylko raz?
-?Bo mi nie odmachnął.
-?Hmm...
Facet znów coś zanotował, ale Brudny miał wrażenie, że zamiast zapisywać
konkretne informacje, facet kreśli jakieś bazgroły albo rysuje bałwany.
Pomyślał, że byłby w stanie założyć się o flaszkę jamesona, że się w tej
kwestii nie myli. Czerwony kinol Kmity i świadomość zarobków policjantów
na tym stanowisku sugerowały jednak, że chłop raczej nie gustuje w whisky. Brudny stawiał na wódkę, a najpewniej samogon.
-?Wszedł pan z nim w kontakt werbalny? -?ciągnął wąsacz.
-?Nie.
-?A dlaczego?
-?Uznałem, że nie ma sensu.
-?No tak...
Długopis znów zadrżał mu w dłoni. Brudny powoli zaczynał mieć dość tej
zabawy. Chciał ich wybadać, a tymczasem wyszło na to, że nie ma czego.
Bez ostrzeżenia wstał z fotela i podszedł do kominka, skąd ściągnął
napoczętą butelkę jamesona. Z szafki wyjął trzy czyste szklanki, które
postawił na ławie. Oczy Kmity od razu rozbłysły pożądaniem.
-?Panowie... -?oznajmił, nalewając im bez pytania. -?Skoro wiecie, kim
jestem, to wiecie też, że nie lubię takiego pierdolenia na okrętkę.
Mieszkam tu i pewnie jeszcze trochę pomieszkam, więc jeśli zaginęły
jakieś dziewczyny, to lepiej wyłóżcie karty na stół. Co wy na to?
Brudny przesunął szklanice w stronę obu funkcjonariuszy. Szmajda
ewidentnie miał ochotę na kielicha, ale na wszelki wypadek poszukał
potwierdzenia u starszego stopniem. Kmita skinął na znak, że jeden nie
zaszkodzi. Wypili.
-?Marian jestem. -?Kmita wyciągnął rękę przez ławę.
-?A ja Łukasz.
Igor pomyślał, że jest jednak gorzej, niż mógłby przypuszczać. Nie miał
zamiaru się aż tak spoufalać, ale najwyraźniej Kmita źle zinterpretował
jego gest. Mimo wszystko uścisnął wyciągnięte dłonie.
-?Brudny... -?powiedział. -?A teraz do rzeczy, panowie. Kim są te
dziewczyny, kiedy zaginęły i dlaczego sądzicie, że mogłem je widzieć?
Rozmowa od razu stała się luźniejsza, ale już na jego zasadach. W kilku
miejscach Kmita postawił jednak wyraźną granicę. Brudny nie naciskał, bo
znał reguły, tym bardziej nie chciał wyjść na jakiegoś napaleńca.
Ogólnie to nie była jego sprawa. Nie mógł jednak opędzić się od myśli
krążących wokół legendy o ponurym smolarzu. Owszem, Klepacka
podkreślała, że to tylko historyjka mająca na celu straszenie dzieci,
ale przez lata pracy w pionie kryminalnym Brudny nauczył się nie
wykluczać żadnej, nawet wydawałoby się najbardziej absurdalnej hipotezy,
zwłaszcza że w każdej historii kryje się ziarno prawdy. A przecież
wyraźnie wspominała też o tym, że na przestrzeni kilku dekad w okolicznych lasach zaginęło bez wieści kilkadziesiąt osób. Świadomość,
że nagle znalazł się na kursie kolizyjnym z tak tajemniczą sprawą,
sprawiła, że obudził się w nim instynkt, który w ostatnim czasie tak
bardzo w sobie tłumił.
-?Kim jest ten chłopak, który je widział? -?spytał, gdy rozmowa zeszła
na wizytę poszukiwanych dziewczyn w jego chałupie.
-?To... -?zaczął Szmajda, ale od krępego otrzymał pod ławą pouczającego
kopniaka. Było już jednak za późno.
-?Albo rozmawiamy poważnie, albo nie -?rzucił Brudny. -?Decydujcie,
panowie.
-?Kobziński Łukasz -?mruknął Kmita, ale Brudny od razu wyczuł w jego
tonie zawahanie. Nie to nazwisko miało paść z jego ust.
-?Syn sołtysa?
-?Tak.
-?Tylko on? Czy było ich więcej?
Kmita chwycił butelkę i rozlał następną kolejkę. Wyglądało to dość
żałośnie, bo wybrał najgorszy możliwy sposób, aby ukryć swoje
zakłopotanie.
-?To ten od GLS-a? -?podpuszczał dalej Brudny. Oczywiście wiedział, że
syn sołtysa nie może rozbijać się tak drogim samochodem. Kojarzył jednak
grupę młodzieńców, którzy regularnie wozili się od wsi do wsi, jakby
byli królami szos.
-?Nie, ale wracając do tematu...
-?A z czystej ciekawości. Kto tu jeździ takim cackiem?
Kmita za wszelką cenę próbował ukryć nerwowość, ale wychodziło mu
koszmarnie. Na jego wniosek wypili.
-?Ten samochód należy akurat do Wiktora Bursztynowicza -?odparł
niechętnie, co też nie uszło uwagi Brudnego.
-?Syna Macieja Bursztynowicza? -?docisnął Igor. Wiedział, że Kmita coś
kręci, a ten nie miał wyjścia, bo uzyskanie tego typu informacji w dziurze pokroju Stężnicy wydawało się banalnie łatwe. -?Tego, co w rozwiązanym rządzie trzymał tekę wiceministra rolnictwa?
-?Tak, tego -?przyznał wyraźnie niepocieszony Kmita. -?Ale wracając do
tematu. Chłopak widział je, gdy przejeżdżał z kolegami samochodem obok
skrętu na szlak do cerkwi w Łopience. A on przebiega obok wypału
Wanzreicha i pańskiego domu. Stąd nasza wizyta.
To miało sens, bo Brudny wielokrotnie natykał się na tych gówniarzy.
Zwykle jeździli tym potężnym SUV-em od Mercedesa, a że nie było tu wiele
asfaltówek, to przy okazji drobnych zakupów albo wizyty na stacji
benzynowej czasem się mijali. Klasyczna banda szczyli pod wodzą synalka
bogatego tatusia. Skóra, czapeczka z daszkiem i kilka kilogramów złota
na szyi i paluchach. Lider musiał się wyróżniać, a reszta jadła mu z ręki. Brudny nie znosił takich wypacykowanych smarków, więc na wszelki
wypadek udawał, że chłopak nie istnieje. Tak czy siak, ta historia się
kleiła, choć miał przekonanie graniczące z pewnością, że zamiast
nazwiska Kobziński pierwotnie miało paść Bursztynowicz. Postanowił więc
odpuścić, bo swoje już wiedział. Aby trochę obniżyć temperaturę
dyskusji, opowiedział o wizycie obu dziewcząt, z pamięci opisał też,
jakie nosiły ubrania, i zaznaczył, że po naładowaniu telefonów i opuszczeniu chałupy dalej ruszyły szlakiem w kierunku cerkwi w Łopience.
Uznał też, że dopóki na spokojnie nie odtworzy, a następnie nie
przeanalizuje wątków, które podjął w rozmowie z zaginionymi, chwilowo
pominie to milczeniem.
-?I tak siedzieliście tu i patrzyliście sobie w oczy? -?upewnił się
Kmita.
-?Nie jestem wylewny. Miałem robotę -?odparł Brudny, choć odniósł
wrażenie, że wąsacz wcale mu nie uwierzył.
Nie mogąc dopytywać o szczegóły śledztwa, dyskretnie skierował rozmowę
na starą legendę. Gliniarze połknęli haczyk, zwłaszcza Szmajda, który
nie dość, że zaczął gadać jak nakręcony, to jeszcze po drodze chlapnął
coś o Wanzreichu, którego przypadkiem nazwał podejrzanym. Nie to, żeby
Brudny przy pierwszych skierowanych do niego pytaniach nie postawił
takiej roboczej tezy, ale mając atut w postaci wypowiedzianej na głos
teorii o możliwym popełnieniu przestępstwa przez swojego sąsiada,
oczywiście od razu podjął dalsze rozważania. Trzecia nalana porcja
whisky była jego mocnym sprzymierzeńcem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki