Komisarz Brudny. Smolarz. Tom 6 - Przemysław Piotrowski

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

W sta­rej kozie strze­lały polana, a na zewnątrz szu­miał wiatr.

Spoj­rzała na twarz męża. Była cał­ko­wi­cie pokryta sadzą. Podob­nie jak szyja, kark, dło­nie i ramiona. Włosy przy­po­mi­nały poskle­jane z gałą­zek gniazdo, a sztywna broda pędzel pokryty zaschniętą smołą. Jedyne dwa białe punkty kryły się pod krza­cza­stymi brwiami, które przy­da­wały mu iście dia­bel­skiego cha­rak­teru.

Uśmiech­nęła się życz­li­wie, ale męż­czy­zna nie zare­ago­wał. Wie­działa, co to ozna­cza, bo znała go od lat, i nawet jeśli trudno było cokol­wiek wyczy­tać z pokry­tej sko­rupą twa­rzy, nie miała naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że jego głowę zaprzą­tają ponure myśli. W lekko drżą­cych tęczów­kach odbi­jały się dwa pło­myki sto­ją­cej na ławie lampy naf­to­wej. Męż­czy­zna wyglą­dał i cuch­nął, jakby wró­cił z cze­lu­ści samego pie­kła.

Dotknęła jego czoła mokrą szmatą i starła wierzch­nią war­stwę sadzy. Mate­riał natych­miast zmie­nił barwę, więc umo­czyła go w wia­drze z wodą, żeby wytrzeć mężowi skro­nie, policzki i nos. Nie opo­no­wał. Pod­da­wał się jej woli. Sie­dział nie­mal nie­ru­chomo, tylko od czasu do czasu nale­wał sobie kie­li­szek samo­gonu. Wychy­lał go, po czym zasty­gał w tej samej pozy­cji i patrzył w mrok za przy­dy­mio­nym oknem.

-?Co cię trapi, mężu? -?zapy­tała kobieta, muska­jąc mokrą szmatą jego mię­si­ste usta.

Męż­czy­zna uniósł wzrok. W jego tęczów­kach znów zapło­nął ogień z lampy naf­to­wej.

-?Źle się dzieje -?wymam­ro­tał i nalał sobie kolejny kie­li­szek wódki. Wypił. Zapa­lił papie­rosa bez fil­tra. Zacią­gnął się i wydmu­chał gęstą chmurę dymu. Spoj­rzał w twarz żony. -?Ale nic to. Nie nasza to sprawa. Niech się żrą -?dodał, po czym prze­niósł spoj­rze­nie na dwójkę śpią­cych pod kocami dzieci.

Dziew­czynka miała trzy latka i zaple­ciony przez żonę kru­czo­czarny war­ko­czyk, a chłop­czyk zale­d­wie dzie­więć mie­sięcy i dopiero pierw­sze cien­kie włosy nad uszami. Uro­dził się w lutym, w naj­tęż­sze mrozy, ale choć Bóg nazna­czył go grze­chem, chło­pak na prze­kór prze­ciw­no­ściom losu prze­trwał, okrzepł i rósł jak na droż­dżach. Gehenna żony, która pomimo nabrzmia­łych od mleka piersi nie była w sta­nie go wykar­mić, ode­szła w nie­pa­mięć, tak jak z cza­sem w nie­pa­mięć odcho­dzą rze­czy wsty­dliwe albo złe.

Ale to nie był czas, aby do tego wra­cać.

Męż­czy­zna pozwo­lił żonie obmyć resztę swego ciała. Gdy uznał, że wystar­czy, zacią­gnął się raz jesz­cze, wypił kolejny kie­li­szek i wytarł dło­nie w jedną ze szmat. Zga­sił peta w szklance z wodą i pożą­dli­wym wzro­kiem omiótł pierś żony, którą ta filu­ter­nie wysu­nęła zza głę­bo­kiego dekoltu halki w kolo­rowe kwiaty. Skóra lśniła kro­pel­kami potu, była deli­katna, pach­nąca i nie­zwy­kle kusząca. Ści­snął ją w pal­cach, po czym przy­ssał się do sutka niczym głodne nie­mowlę. Kobieta jęk­nęła i jesz­cze moc­niej przy­ci­snęła jego głowę do swo­jego ciała, a gdy poczuła dło­nie męża na poślad­kach, splu­nęła w dłoń i wtarła ślinę w oko­lice kro­cza. Wśli­zgnęła się udami na jego uda i już miała opaść na ster­czące przy­ro­dze­nie, gdy miło­sne igraszki prze­rwało gło­śne szcze­ka­nie dobie­ga­jące z podwó­rza. Atmos­fera pożą­da­nia pry­sła jak bańka mydlana. Męż­czy­zna gwał­tow­nie wysu­nął się spod part­nerki, klnąc pod nosem.

-?Kogo tu, u dia­bła, licho nie­sie o tej porze? -?wark­nął poiry­to­wany. Z powro­tem nacią­gnął majtki i wyj­rzał przez okno. W oddali dostrzegł sunące przy ścia­nie lasu pochod­nie.

-?Kto to? -?zapy­tała nie­pew­nie kobieta. W jej gło­sie można było wyczuć nara­sta­jący nie­po­kój.

-?Ludzie -?odparł.

-?Jacy ludzie?

-?Źli ludzie. Moja win­tówka?

-?W sieni.

-?Cze­kaj tu, pil­nuj dzieci, nie wychodź. Ja się tym zajmę.

-?Ale...

-?Rze­kłem!

Ton męża nie pozo­sta­wiał pola do dys­ku­sji. To on zawsze podej­mo­wał istotne decy­zje, bo taka była jego rola. W wyklę­tej rodzi­nie od lat pano­wał wyraźny podział obo­wiąz­ków, a zasady były rygo­ry­styczne, sztywne i nie­zmienne. Kobieta zaj­mo­wała się cha­łupą i dziećmi, a męż­czy­zna zara­biał na chleb ciężką pracą przy wypa­la­niu węgla drzew­nego. I choć jej natura nie zawsze współ­grała z filo­zo­fią głowy rodziny, to nie miała więk­szego wyboru, a uczu­cie, jakie z cza­sem zro­dziło się mię­dzy nimi, spra­wiło, że przy­swo­iła sys­tem war­to­ści męża i po pew­nym cza­sie się w nim roz­sma­ko­wała, prze­szłość i tra­dy­cję przod­ków zamy­ka­jąc w jed­nej z licz­nych szu­fla­dek na dnie serca, gdzie kryją się naj­bar­dziej dys­kretne i intymne kobiece tajem­nice.

Kobieta obser­wo­wała, jak mąż pospiesz­nie wkłada spodnie i kufajkę i wsuwa na nogi kalo­sze. Miał silne, pozna­czone śla­dami po opa­rze­niach ramiona, na któ­rych, niczym paję­czyna, snuła się siatka nie­bie­skich żył. Jędrne pośladki i mocne nogi świad­czyły o krze­pie i wital­no­ści, a dwie krą­głe bli­zny w oko­li­cach pra­wej łopatki były dowo­dem nie­spo­ty­ka­nej woli życia. Co z tego, gdy teraz bała się o niego bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek. Ludzie z gruntu byli źli, dla­tego mąż rzadko musiał ich dookre­ślać. Dziś wyar­ty­ku­ło­wał to bar­dzo wyraź­nie. Do ich domu szli "źli ludzie". I na pewno nie mieli wzglę­dem nich dobrych zamia­rów.

-?Mężu... -?jęk­nęła, gdy otwo­rzył drzwi, ale męż­czy­zna posłał jej tylko krót­kie spoj­rze­nie, a następ­nie z win­tówką w ręku opu­ścił naprędce skle­cony barak.

To, co ujrzała póź­niej, śniło jej się przez następne mie­siące i lata. Czę­sto po zmroku sły­szała wrza­ski i budziła się zlana potem, a nawie­dza­jące ją duchy każ­dej nocy zło­śli­wie przy­po­mi­nały o tym, co wyda­rzyło się tam­tej strasz­li­wej nocy. Nie potra­fiła też tak namięt­nie kochać się z mężem, a jego dotyk zamiast wzbu­dzać roz­koszne dresz­cze, przy­po­mi­nał tar­cie skóry papie­rem ścier­nym. W wyklę­tej rodzi­nie poja­wiła się rysa, która z każ­dym dniem, tygo­dniem i mie­siącem coraz bar­dziej się pogłę­biała, aby w końcu prze­obra­zić się w rów wypeł­niony ludzką nie­go­dzi­wo­ścią, beze­ceń­stwem i pod­ło­ścią.

A to i tak był dopiero począ­tek bez­den­nego kosz­maru...

Rozdział 1

W powie­trzu uno­sił się zapach żywicy i paru­ją­cej gleby.

Igor Brudny włą­czył kie­run­kow­skaz i skrę­cił w wąską, nie­równą szu­trową drogę. Była pełna dziur, w któ­rych zbie­rała się teraz woda, a do tego gdzie­nie­gdzie leżały poła­mane po nie­daw­nej burzy gałę­zie. Nie przej­mo­wał się tym spe­cjal­nie. Jego nis­san patrol radził sobie w dużo gor­szych warun­kach, a że cza­sem lubił go prze­czoł­gać, to spe­cjal­nie pako­wał się w kole­iny w nadziei, że pogłębi je na tyle, aby poten­cjal­nym tury­stom wybić z głowy głu­pie pomy­sły rusza­nia jego śla­dem. Zresztą nie mieli takiego prawa. Przed wjaz­dem do lasu stał znak z wyraź­nym zaka­zem, który jego samego, jako miesz­kańca jed­nej z dwóch znaj­du­ją­cych się w lesie cha­łup, w ramach wyjątku nie doty­czył.

Komi­sarz zatrzy­mał się przy tablicy infor­ma­cyj­nej dla tury­stów. Wyj­rzał przez otwarte okno. Wyglą­dała na nad­pa­loną, choć nie było czuć swędu spa­le­ni­zny. Więk­szość tek­stu doty­czą­cego histo­rii walk pomię­dzy car­ską armią rosyj­ską a cesar­sko-kró­lew­ską austro-węgier­ską pod­czas pierw­szej wojny świa­to­wej na szczę­ście się zacho­wała. Za pierw­szym razem sam z zain­te­re­so­wa­niem prze­czy­tał krótką notkę, a następ­nie pogłę­bił wie­dzę na ten temat. Uwa­żał, że warto wie­dzieć, gdzie się mieszka, skoro jedna z krwa­wych bitew roze­grała się dokład­nie tu, pod nie­ist­nie­jącą już wsią Tyskowa, gdzie dziś znaj­do­wały się jedy­nie jego cha­łupa i wypał węgla. Teraz poten­cjalny tury­sta nie mógł już jed­nak prze­czy­tać cało­ści, zwłasz­cza zaś obej­rzeć załą­czo­nych w pra­wym rogu zdjęć z tam­tych cza­sów. Brudny pomy­ślał, że to pew­nie robota kolej­nego znu­dzo­nego gów­nia­rza z War­szawki, ale osta­tecz­nie posta­no­wił tego nie roz­trzą­sać, bo po pierw­sze rów­nie dobrze mogło to być ude­rze­nie pio­runa, a po dru­gie tak naprawdę wszystko, co znie­chę­cało tury­stów do wcho­dze­nia na szlak, było mu na rękę.

O tej porze roku i tak widy­wał ich rzadko, ale "rzadko" to w jego mnie­ma­niu wciąż było zbyt czę­sto. Naj­le­piej, żeby nie musiał oglą­dać ich wcale. Potrze­bo­wał spo­koju, a nie uże­ra­nia się ze wścib­skimi tury­stami, któ­rzy nie dość, że potra­fili zapu­kać do jego drzwi bez kon­kret­nego celu, to jesz­cze zosta­wiali po sobie syf, zwłasz­cza gdy decy­do­wali się prze­no­co­wać pod gołym nie­bem. Ni­gdy nie był pedan­tem w kwe­stiach zacho­wa­nia czy­sto­ści, a tym bar­dziej w nosie miał podej­ście innych, ale zauwa­żył, że leżąca w ściółce butelka, puszka czy rekla­mówka iry­tuje go bar­dziej, niż mógłby się tego po sobie spo­dzie­wać. Może po pro­stu sama świa­do­mość, że w pro­mie­niu kilku kilo­me­trów od jego azylu znaj­dują się obcy ludzie, burzyła jego spo­kój? A może trze­po­cząca na gałęzi rekla­mówka z "Żabki" czy "Bie­dronki" nie paso­wała do tego miej­sca? Sam już nie wie­dział, czy się sta­rzeje, że zaczyna zwra­cać uwagę na takie pier­doły, ale każde świa­dec­two byt­no­ści czło­wieka wywo­ły­wało jego roz­draż­nie­nie. Chan­drę czuł na samą myśl, że musi wybrać się do sklepu po zakupy, wobec czego sta­rał się robić je jak naj­rza­dziej. A gdy widział zbli­ża­ją­cych się ziom­ków w cza­pecz­kach z dasz­kiem i z ple­ca­kami wypeł­nio­nymi dźwię­czą­cymi butel­kami piwa, z tru­dem hamo­wał się, żeby nie wyjść i nie pogo­nić ich w cho­lerę.

Pięć minut póź­niej zapar­ko­wał na wzgó­rzu pod drew­nianą cha­łupą. Wysiadł, roz­pro­sto­wał kości i spoj­rzał w niebo, na któ­rym wciąż kotło­wały się sta­lowe chmury. Rozej­rzał się po oko­licy i wcią­gnął w płuca świeże gór­skie powie­trze. Było tak inne od tego miej­skiego, gęstego, zawie­si­stego, wypeł­nio­nego spa­li­nami i brud­nego jak szmata do czysz­cze­nia pod­łóg. Zawsze myślał, że jest zwie­rzę­ciem typowo miej­skim, ale od kilku mie­sięcy zaczy­nał dostrze­gać, jak bar­dzo się mylił. Jego aspo­łecz­ność i ogólna nie­chęć do ludzi były w War­sza­wie wysta­wiane na ciężką próbę nie­mal każ­dego dnia, zresztą ostat­nio męczył się nawet w Zie­lo­nej Górze. Waka­cji "pod pal­mami", na które namó­wiła go Julka, wolał nawet nie wspo­mi­nać. Ale tu, w biesz­czadz­kich knie­jach, gdzie powie­trze po desz­czu pach­nie tak, że mogłoby zbu­dzić trupa, a cisza prze­ry­wana spo­ra­dycz­nie przez krę­cącą się po wzgó­rzach zwie­rzynę wydaje się naj­wspa­nial­szą muzyką, Igor Brudny czuł się tak, jakby w końcu zna­lazł swoje miej­sce na świe­cie. Tym bar­dziej rosło jego roz­draż­nie­nie, gdy zda­wał sobie sprawę, że w końcu będzie musiał wró­cić do rze­czy­wi­sto­ści.

-?Ile jesz­cze będziesz tam sie­dział? -?dopy­ty­wała coraz bar­dziej poiry­to­wana Julka. Nie mógł kwe­stio­no­wać jej punktu widze­nia, bo z wła­snej woli zde­cy­do­wał się na życie w związku, a to wyma­gało wyrze­czeń i bra­nia pod uwagę uczuć part­nera. Zawadzka od bli­sko pół roku sie­działa w Zie­lo­nej Górze sama i miała pełne prawo, aby zacząć naci­skać.

-?Do lata. Potrze­buję jesz­cze tro­chę czasu -?tłu­ma­czył wymi­ja­jąco. Nie musiał widzieć miny part­nerki, aby wie­dzieć, że z tej odpo­wie­dzi nie jest zado­wo­lona.

-?Naj­pierw miał być mie­siąc, potem do wio­sny, a teraz do lata. Dla cie­bie rzu­ci­łam wszystko i prze­nio­słam się z War­szawy do Zie­lo­nej Góry, a ty zaraz potem zosta­wi­łeś mnie tu samą jak palec. Myślisz, że jak ja się czuję?

-?Chyba tro­chę prze­sa­dzasz, bo...

-?Zasta­nów się, czego ty chcesz, Igor. Nie uciek­niesz od świata. Dawno po wybo­rach i temat Sędziego już tak nie grzeje. Czas się ogar­nąć. No chyba że...

W podob­nych sytu­acjach ni­gdy nie koń­czyła myśli, ale nie trzeba było być Sher­loc­kiem Hol­me­sem, aby wywnio­sko­wać, co się kryje za tym nie­do­mó­wie­niem. Naj­wy­raź­niej ich zwią­zek zaczy­nał prze­ży­wać kry­zys, a on -?choć dostrze­gał objawy -?jakoś nie był skory do reak­cji. Ni­gdy nie był wylewny w kwe­stiach uczuć, więc uni­kał takich roz­mów jak ognia. O miło­ści, wier­no­ści, wspól­nych pla­nach, w tym tych dale­ko­sięż­nych. Wie­dział, że jej zegar bio­lo­giczny tyka nie­ubła­ga­nie, ale myśl, że miałby spro­wa­dzić na ten podły świat nowe życie, zwy­kle psuła mu humor na resztę dnia. Wła­sna rodzina jawiła mu się jako coś dzi­wacz­nego, nie­pa­su­ją­cego do niego w naj­mniej­szym stop­niu, wręcz nie­do­rzecz­nego pod każ­dym wzglę­dem. On miałby mieć syna? Albo córkę? Prze­cież to brzmiało absur­dal­nie. Miał nie­od­parte wra­że­nie, że byłby złym ojcem i nie potra­fiłby dać dru­giej oso­bie tego wszyst­kiego, co dawali inni rodzice. Poza tym świa­do­mość, że jego dziecku mogłoby przy­da­rzyć się coś złego, podob­nie jak kie­dyś córce brata, para­li­żo­wała go stra­chem. Miał prze­cież wielu wro­gów, a dodat­kowo kilka razy wię­cej osób źle mu życzyło.

Odrzu­cił te myśli, otwo­rzył drzwi od strony pasa­żera i wyjął dwie torby z zaku­pami. Miały wystar­czyć na cały następny tydzień. Kilka piersi z kur­czaka, pół kilo woło­winy, biała kieł­basa, kaszanka, do tego ryż, maka­ron, kasza gry­czana i tro­chę świe­żych warzyw, oczy­wi­ście kawa, woda, papie­rosy i dwie nie­od­łączne butelki jame­sona. Zabrał wszystko i wszedł do cha­łupy, a następ­nie poupy­chał w szaf­kach i napę­dza­nej prą­dem z agre­gatu lodówce zawar­tość obu toreb. Ścią­gnął buty, nalał sobie szkla­neczkę whi­sky, wal­nął się na sofę i poło­żył nogi na stole. Zapa­lił. Przez chwilę znów drę­czyły go dziwne myśli, więc aby od nich uciec, wychy­lił szkla­neczkę do dna i poszedł do sieni po sie­kierę. Ponow­nie wzuł buty i wyszedł na dwór. Przez godzinę narą­bał drewna co naj­mniej na tydzień, a potem wsy­pał do paśnika tro­chę paszy. Po jego przy­jeź­dzie nie nada­wał się do uży­cia, ale z nudów go wyre­mon­to­wał. Wystar­czyła garść gwoź­dzi i kilka desek, aby karm­nik otrzy­mał dru­gie życie. Dzika zwie­rzyna szybko odwdzię­czyła mu się za wyko­naną pracę i przez zimę regu­lar­nie odwie­dzały go sarny, jele­nie, dziki i zające. Czę­sto sia­dał wtedy przy oknie, nale­wał sobie szklankę whi­sky i paląc papie­rosa, patrzył, jak jedzą. Zde­cy­do­wa­nie wolał towa­rzy­stwo zwie­rząt niż ludzi.

Gdy tylko o tym pomy­ślał, usły­szał z oddali hała­śliwe szcze­ka­nie. Znał je dosko­nale i ni­gdy nie zwia­sto­wało niczego dobrego. Kun­dle sąsiada tak witały wszyst­kich przy­by­szy, a ci, pogo­nieni przez niego w dia­bły, zwy­kle ruszali w kie­runku cha­łupy Brud­nego. Tym razem tra­dy­cji rów­nież musiało stać się zadość. Pod­niósł wzrok znad paśnika i spoj­rzał w stronę oto­czo­nego wysoką pali­sadą wypału węgla, skąd pospiesz­nie umy­kały dwie postaci. Prych­nął, gdy zdał sobie sprawę, jaka ta karma jest zło­śliwa. Opróż­nił worek z otrę­bami pszen­nymi i się­gnął do kie­szeni dżin­sów po paczkę papie­ro­sów. Wsa­dził jed­nego do ust. Zapa­lił. Sku­pił wzrok. W jego stronę dziar­sko masze­ro­wały dwie młode kobiety z ple­ca­kami i kij­kami do nor­dic wal­king. Przez krótką chwilę miał nadzieję, że jed­nak zre­zy­gnują, ale ta oka­zała się płonna jak zawsze.

-?Dzień dobry! -?krzyk­nęła pierw­sza z nich, macha­jąc mu ręką. Miała na sobie spor­towe buty, czarne leg­ginsy i ciem­no­zie­loną zapi­naną na zamek bluzę. Spod czapki z dasz­kiem wysta­wały blond kosmyki.

Brudny nie odpo­wie­dział ani nie odmach­nął.

Dziew­czyn to oczy­wi­ście nie zra­ziło. Pode­szły bli­żej, wtedy przyj­rzał się im dokład­niej. Obie były bar­dzo zgrabne i raczej nie prze­kra­czały dwu­dzie­stego roku życia. Druga z nich nosiła bojówki i spor­tową bluzę z emble­ma­tem jed­nej z pol­skich firm odzie­żo­wych. Kru­czo­czarne włosy zaplo­tła w gruby war­kocz, który spły­wał jej spod kap­tura na piersi. Musiał przy­znać, że obie były wyjąt­kowo atrak­cyjne i po wysta­ją­cych spod koł­nie­rzy tatu­ażach można było wnio­sko­wać, że pocho­dzą z dużego mia­sta.

Komi­sarz nacią­gnął kap­tur bluzy na głowę. Ostat­nim, czego pra­gnął, była dys­ku­sja z dwoma wścib­skimi gów­nia­rami z War­szawy czy Kra­kowa o pogo­dzie albo dupie Maryni. Tylko co zro­bić, jeśli czło­wiek nie ma wyj­ścia? Wolał zała­twić sprawę tutaj, zanim któ­rejś z nich wpadłby do głowy pomysł, aby wpro­sić się na her­batę.

-?Uff... ta górka wcale nie jest taka pła­ska, jak by się wyda­wało - oznaj­miła blon­dynka, nieco zbyt teatral­nie wycie­ra­jąc nie­ist­nie­jące kro­ple potu z czoła. Oparła się o jeden z kij­ków, ewi­dent­nie pró­bu­jąc wywrzeć pre­sję. -?Pan tu mieszka? -?zapy­tała.

-?A wy dokąd idzie­cie? -?odpo­wie­dział pyta­niem na pyta­nie.

-?Do cer­kwi w Łopience. A potem...

-?To w tamtą stronę -?uciął, wska­zu­jąc pal­cem na połu­dnie. -?Panie wyba­czą, ale...

-?A czy mogły­by­śmy pod­ła­do­wać u pana tele­fony? -?wyrwała się druga z tury­stek.

Kurwa mać, zaklął w myślach. Drugi raz dał się podejść jak gów­niarz. Trzy mie­siące temu nie miał wyj­ścia i musiał wpu­ścić parkę trzy­dzie­sto­pa­ro­lat­ków, któ­rzy zapu­kali po tej samej proś­bie. Wtedy był śro­dek zimy i tęgi mróz, a do tego szybko zapa­dał zmrok. Sąsiad jak zwy­kle opier­do­lił przy­by­szy i zagro­ził, że spu­ści psy, a ci -?nie mając więk­szego wyboru -?skie­ro­wali się wprost do jego cha­łupy. Cza­sem myślał, że Samuel robi mu na złość, bo choć żyli w jakiej takiej komi­ty­wie, to jego wła­sna aspo­łecz­ność wyda­wała się niczym w porów­na­niu z tą, którą pre­zen­to­wał smo­larz. Facet naj­wy­raź­niej szcze­rze nie­na­wi­dził ludzi, toteż czę­sto zdru­zgo­tani nie­go­ścin­no­ścią węgla­rza tury­ści kie­ro­wali się w potrze­bie do jedy­nej chaty na szlaku. Do ucie­ka­ją­cego przed świa­tem Igora Brud­nego. W prze­ci­wień­stwie do sąsiada w nim wciąż tliły się jakieś ludz­kie odru­chy, sumie­nie zaś nie pozwa­lało wywa­lić ludzi w potrze­bie na zbity pysk. Poza tym nie chciał brać odpo­wie­dzial­no­ści za obcych, któ­rzy przez jego nie­chęć do jakich­kol­wiek wizyt zamar­z­liby gdzieś na szlaku. Wpu­ścił więc parkę, ale oczy­wi­ście wpa­ko­wał się na minę, bo Kamil i Anna szybko roz­po­znali w nim tego słyn­nego komi­sa­rza, który uga­nia­jąc się za nie­ja­kim Sędzią, roz­pi­rzył przy oka­zji w proch całą scenę poli­tyczną. Wtedy oczy­wi­ście zaczęło się "sto pytań do". Szczę­ściem w nie­szczę­ściu było to, że nie nale­żeli do wyznaw­ców Kry­szaka czy Kumi­dora, więc po godzi­nie cią­gną­cej się w nie­skoń­czo­ność gehenny i cią­głego zer­ka­nia na zega­rek ich smart­fony w końcu się nała­do­wały i Brud­nemu udało się pozbyć nie­chcia­nych gości w miarę kul­tu­ral­nie.

Podą­ża­jące wzgó­rzem panny też nie wyglą­dały na prze­sad­nie bogo­bojne, ale tym bar­dziej nie chciał, aby w tych swo­ich opię­tych leg­gin­sach roz­sia­dły się na jego kana­pie. Co z tego, gdy w ostat­nich tygo­dniach wszyst­kie oko­liczne wsie trą­biły o gra­su­ją­cej w oko­licy sfo­rze wil­ków, a do tego dopiero co prze­szła ulewna burza i szlak mógł być w kilku miej­scach bar­dziej wyma­ga­jący niż zwy­kle. Prze­szło mu przez myśl, że Julka też nie byłaby z tej wizyty zado­wo­lona.

-?Plisss -?jęk­nęła blon­dynka, wycią­ga­jąc przed sie­bie smart­fon. Bate­ria rze­czy­wi­ście była na wyczer­pa­niu.

-?A nie macie tego, no, tej prze­no­śnej łado­warki? -?zapy­tał, chwy­ta­jąc się brzy­twy.

-?Power­banka?

-?No...

-?Gośka gdzieś posiała -?rzu­ciła z lek­kim wyrzu­tem blon­dynka. -?Gdyby nie to, że ma głowę przy­twier­dzoną do szyi, to pew­nie i ją by zgu­biła.

-?Też swo­jego zapo­mnia­łaś wziąć z domu -?skon­tro­wała bru­netka. -?Gdy­byś zabrała, to...

Brudny przez chwilę przy­glą­dał się dogry­za­ją­cym sobie dziew­czy­nom, co w aktu­al­nej sytu­acji nie­spe­cjal­nie dzia­łało na ich korzyść. Zasta­na­wiał się, czy mają tego świa­do­mość, ale w końcu uznał, że po pro­stu nie są zbyt mądre, a tym bar­dziej doświad­czone w łaże­niu po górach. Sumie­nie nie pozwa­lało mu jed­nak puścić ich dalej bez moż­li­wo­ści kon­taktu ze świa­tem. W życiu widział zbyt wiele i miał zbyt bujną wyobraź­nię.

-?Może­cie nała­do­wać te tele­fony -?mruk­nął, prze­ry­wa­jąc sprzeczkę. Dziew­czyny zamil­kły i spoj­rzały na niego, jakby dopiero co wyrósł spod ziemi. -?Ale potem mam pracę, czy to jasne?

-?Oczy­wi­ście -?odparły zgod­nie, a blon­dynka dodat­kowo sze­roko się uśmiech­nęła. -?Dzię­ku­jemy -?dodała. -?Gdyby nie pan, to ja nie wiem, chy­ba­bym Gośkę udu­siła. I prze­pra­szam za, no wie pan, głu­pio wyszło. Naprawdę ratuje nam pan życie, panie...

Nie dokoń­czyła, bo Brudny już zdą­żył się odwró­cić i wyszarp­nąw­szy po dro­dze sie­kierę z pniaka, na któ­rym rąbał kolejne bukowe polana, ruszył w kie­runku drzwi. Miał cichą nadzieję, że dziew­czyny może jesz­cze zmie­nią zda­nie, ale chwilę póź­niej za ple­cami poniósł się odgłos kro­ków i figlarny chi­chot. Pomy­ślał, że obie nie mają w sobie krzty instynktu zacho­waw­czego. Igor Brudny nie mylił się w tej kwe­stii ani tro­chę.

Rozdział 2

Samuel Wan­zre­ich był Żydem, ale ni­gdy nie miał kon­taktu z innymi Żydami, a przy­naj­mniej on takich sobie nie przy­po­mi­nał. Ni­gdy też się z nimi nie utoż­sa­miał, podob­nie jak z Pola­kami, Ukra­iń­cami, Niem­cami albo innymi cha­mami, któ­rych miał nie­szczę­ście w życiu poznać i któ­rych naj­chęt­niej powie­siłby za jajca, aby tak wisieli, dopóki coś takiego, co nazywa się gra­wi­ta­cja, im tych jajec nie urwie albo nie sta­nie im się inna krzywda, na przy­kład nie zeżrą ich wilki. Na jego postrze­ga­nie rze­czy­wi­sto­ści wpływ miały wyda­rze­nia, do któ­rych wolał nie wra­cać. W jego mnie­ma­niu nie miało to naj­mniej­szego sensu, bo tylko się wtedy zadrę­czał i psuł mu się humor, który i tak zwy­kle był dość posępny, jeśli wręcz nie wisiel­czy. Wycho­dził więc z zało­że­nia, że nie ma sensu tra­cić ener­gii na głu­poty, bo prze­cież co się stało, to się nie odsta­nie, tak był ten poje­bany świat skon­stru­owany. Samuel był pro­stym czło­wie­kiem i miał pro­ste potrzeby, tak też rozu­mo­wał i swój los przyj­mo­wał z otwartą przy­łbicą. Nie jęczał, nie narze­kał, nie bia­do­lił. Było, jak było, taki się uro­dził i tak przy­szło mu żyć, a kto o tym decy­do­wał, tego nie wie­dział i w sumie gówno go to obcho­dziło, bo po co się nad tym zasta­na­wiać, skoro i tak nie da się tego zmie­nić. Tylko raz prze­mknęła mu myśl, aby jed­nak rzu­cić ręka­wicę prze­zna­cze­niu, które naj­wy­raź­niej kop­nęło go w dupę już w momen­cie, gdy poja­wił się na tym świe­cie jako mały, szka­radny potwo­rek. O zna­cze­niu swo­jego nazwi­ska Samuel dowie­dział się grubo po trzy­dzie­stce, zupeł­nie przy­pad­kiem, gdy kupił w skle­pie z che­mią śro­dek na plu­skwy. Słynna nie­miecka che­mia oka­zała się cał­kiem sku­teczna i insekty, które zalę­gły się w jego mate­racu, udało się poskro­mić, ale ulotka na opa­ko­wa­niu dała mu kolejny pre­tekst, aby świat, w któ­rym przy­szło mu żyć, znie­na­wi­dzić jesz­cze bar­dziej.

Samuel czy­tał kiep­sko, ale nie był anal­fa­betą i dodał dwa do dwóch. Oka­zało się, że jego nazwi­sko zna­czy mniej wię­cej tyle co "bogaty w plu­skwy". Z początku mocno się zde­ner­wo­wał, no bo jaki chuj mógł nadać mu takie nazwi­sko? Przez jakiś czas zacho­dził w głowę i nawet pró­bo­wał roz­wi­kłać tę zagadkę, ale że nie miał wykształ­ce­nia, a książki jawiły mu się jako coś rów­nie zbęd­nego jak per­fumy albo drą­żek ste­row­ni­czy waha­dłowca, w końcu uznał, że nie będzie zgłę­biał tematu, bo jed­nak drewno trzeba było porą­bać i codzien­nie do retorty zapa­ko­wać, z kolej­nej to wypa­lone drewno wła­snymi rękoma wyjąć i w for­mie węgla drzew­nego do juto­wych worów zała­do­wać, aby sprze­dać i mieć na chleb, jaja i wódkę. Przez kolejne dwa­dzie­ścia lat nie­wiele się w jego życiu zmie­niało, ot cza­sem przy­lazł jakiś tury­sta, aby go powkur­wiać, albo poseł Bursz­ty­no­wicz nasłał na niego patrol poli­cji, bo ktoś poskar­żył się, że poszczuł psami. Miał to gdzieś, a man­da­tami pod­cie­rał sobie dupę. Nic nie miał, więc niczego mu nie mogli zabrać, a nikt nie chciał wcho­dzić w poważny kon­flikt z jed­nym z ostat­nich biesz­czadz­kich węgla­rzy, któ­rych obec­ność na szla­kach gene­ro­wała nie tylko zain­te­re­so­wa­nie tury­stów, ale nawet świa­to­wych sieci tele­wi­zyj­nych pokroju Disco­very. To zde­cy­do­wa­nie byłoby nie po chrze­ści­jań­sku, a poza tym mogłoby źle wpły­nąć na noto­wa­nia Bursz­ty­no­wicza, który zawsze pierw­szy w kościele klę­kał i na tacę dawał, choć Samuel wie­dział, że to tylko pozory, bo był z posła kawał chuja, jak to z poli­ty­kami. Wojna ze smo­la­rzem pocho­dze­nia żydow­skiego, nawet jeśli zgryź­li­wym cha­mem, nie była mu na rękę, więc Samuel Wan­zre­ich żył sobie, nie­zmien­nie w dupie mając wszystko i wszyst­kich, zwłasz­cza zaś takie wypin­drzone turystki, które co prawda naj­chęt­niej by ostro wydup­czył, ale że dalej żyć chciał po swo­jemu, to tego nie zro­bił i czym prę­dzej, aby nie kusić losu, prze­pę­dził je gdzie pieprz rośnie.

Odpro­wa­dził je wzro­kiem przesz szparę mię­dzy drew­nia­nymi palami. Zare­cho­tał zja­dli­wie, widząc, że wspi­nają się wzgó­rzem do sąsiada. Lubił cza­sem robić mu na złość, bo był jedy­nym, któ­remu mógł to robić regu­lar­nie, a prze­cież komuś trzeba było, aby się nie nudzić, gdy już retorty dymią i poza piciem wódki nie ma się pomy­słu, aby ten czas jakoś sobie zor­ga­ni­zo­wać. Co z tego, gdy facet był jakiś dziwny i na zaczepki nie reago­wał. Sie­dział w tej swo­jej drew­nia­nej cha­łu­pie po sta­rej Ste­fa­nii i albo rąbał drewno, albo sie­dział na ganku i gapił się w niebo, a cza­sem odpa­lał tego ryczą­cego potwora, który tro­chę zazdro­ści w Samu­elu wzbu­dzał. Poza tym chyba też lubił wypić, bo w biesz­czadz­kiej ciszy głos nie­sie się daleko i czę­sto dało się sły­szeć brzęk bute­lek, choć w sumie nie szło przy­ła­pać go, jak się prze­wraca albo tele­pie, co Samu­elowi się zda­rzało, i to nie­rzadko. Do tego, co tam kie­dyś Halina ze sklepu we wsi mu naga­dała, podobno komi­sarz, co ban­dy­tów ści­gał i w tele­wi­zji go poka­zy­wali, ale Samuel tele­wi­zora nie miał, więc spraw­dzić jej słów nie mógł, a też nie wie­rzył we wszystko, co tam stara kwoka gada, bo gadać lubiła dużo i nie zawsze z sen­sem.

Ale jed­nak tro­chę wie­rzył...

Poli­cjant miesz­ka­jący w sta­rej cha­łu­pie na wzgó­rzu, dziwny i oso­bliwy typ, który jedyny może mu na przy­kład przez lor­netkę zaglą­dać ponad szczelną pali­sadą oka­la­jącą jego wypał -?wszystko to brzmiało tro­chę podej­rza­nie. Wia­domo, poseł Bursz­ty­no­wicz, kij mu w oko, od lat zatru­wał mu życie i nawet kilku kon­tra­hen­tów kupu­ją­cych od Samu­ela węgiel znie­chę­cił, dopusz­czał się też róż­nych pro­wo­ka­cji. Każda próba koń­czyła się jed­nak fia­skiem i z cza­sem sobie odpu­ścił. Z początku Samuel się ucie­szył, ale w końcu zaczęło mu tego bra­ko­wać, bo lubił się z nim dro­czyć, ale że nie był święty i w prze­szło­ści tro­chę nabroił, to jed­nak obec­ność tajem­ni­czego komi­sa­rza budziła w nim nie­po­kój. A prze­cież kilka bab w życiu zba­ła­mu­cił i nie zawsze po dobroci, kilka mord roz­kwa­sił, a jed­nemu, co kie­dyś Samu­elowi za długi kutasa do dupy wsa­dził, w ramach zemsty w to samo miej­sce wci­snął butelkę wódki i kop­nął go w jajca bucio­rem ze sta­lo­wym czu­bem tak mocno, aż ta butelka w dupie pękła i w środku bebe­chy poka­le­czyła, że chłop pra­wie się wykrwa­wił, bo prze­cież sta­rym garu­sem był i karetki ze wstydu wezwać nie chciał.

Te czasy Samuel zosta­wił już jed­nak za sobą. Dziś nie mógł już robić tego, co kie­dyś. Miał ku temu jeden powód.

Smo­larz chark­nął, splu­nął i wysą­czył z pier­siówki ostat­nie kro­ple wódki. Zagryzł świeżo obra­nym jaj­kiem od pani Haliny i pokle­paw­szy po łbach dwa wciąż poszcze­ku­jące psy, z poczu­ciem dobrze wypeł­nio­nego obo­wiązku wró­cił do baraku. Zdrzem­nął się godzinę, potem wstał, prze­cią­gnął się, ruszył do wychodka i zro­bił to, czego natura od zdro­wego chłopa wymaga. Po wszyst­kim poszedł spraw­dzić retorty. Dym wydo­by­wa­jący się z ostat­niej zaczy­nał już przy­bie­rać kolor nie­bie­ski, a to ozna­czało, że czas zająć się wyga­sza­niem. Napeł­nił wodą kilka wia­der, nało­żył grube ręka­wice i zły, że musi radzić sobie sam, wdra­pał się po dra­bi­nie na szczyt pieca. Otwo­rzył właz, z któ­rego buch­nęły kłęby błę­kit­nego dymu. Odcze­kał chwilę i opróż­nił pierw­sze wia­dro. Zszedł po kolejne i pono­wił czyn­ność. Gdy pod­niósł głowę, aby wytrzeć pot z czoła, na dro­dze za pali­sadą dostrzegł maja­czącą postać. Zaklął pod nosem, prze­lał do środka wodę z trze­ciego wia­dra, po czym zszedł na zie­mię, zdjął ręka­wicę i zapa­lił papie­rosa. Chwilę póź­niej usły­szał szczęk zardze­wia­łej bramy. Podra­pał się po pośladku i splu­nął w błoto.

-?O któ­rej mia­łeś być? -?wychry­piał w kie­runku mło­dego chło­paka, który wśli­zgnął się na teren wypału.

-?Mia­łem... wypa­dek -?odparł krótko przy­strzy­żony mło­dzie­niec.

-?Jaki znowu wypa­dek? -?zagrzmiał smo­larz. -?Ty ostat­nio cią­gle masz jakieś wypadki. Lepiej mów prawdę, bo jak...

-?Wpier­dol dosta­łem. Wystar­czy?

Samuel zbli­żył się do syna. Ten patrzył na niego spod byka. Miał dopiero szes­na­ście lat, ale ciężka fizyczna praca wykuła impo­nu­jącą musku­la­turę. Gra­cjan był niski, ale krępy, a graby miał takie, że mógł arbuzy miaż­dżyć. Smo­larz przyj­rzał mu się z bli­ska. Rze­czy­wi­ście, chło­pak nie kła­mał. Miał podartą koszulkę, roz­cięty ple­cak i od stóp do głów był umo­ru­sany bło­tem. Jedno oko przy­po­mi­nało doj­rzałą śliwkę, a pod nosem i przy pra­wym uchu wid­niały zaschnięte skrzepy krwi.

-?Ilu ich było? -?zapy­tał.

-?Pię­ciu. Jed­nemu chyba zła­ma­łem nos, ale reszta mnie doje­chała. Wybacz, tato.

-?Nic się nie stało. To ci sami co ostat­nio?

-?Nie.

-?To kto?

-?Młody Kob­ziń­ski i ten chu­jek Bursz­ty­no­wicz. Dorwali mnie krótko po tym, jak wysia­dłem z auto­busu. Pod­je­chali samo­cho­dem znie­nacka, wysie­dli i...

-?Skur­wy­syny... -?wciął się Samuel. -?Pójdę do soł­tysa i chyba sam mu wpier­dol spusz­czę. Nie będzie jego syn mojemu... -?Zaci­snął ner­wowo obie pię­ści.

-?Nie, tato. Nie rób tego. Wtedy to już w ogóle nie dadzą mi żyć.

-?Ech...

Stary smo­larz pokle­pał syna po ramie­niu, a potem przy­ci­snął jego głowę do piersi. Wyobra­ził sobie, jak wpada do cha­łupy soł­tysa, wyciąga za uszy jego nadę­tego synalka i na oczach ojca spusz­cza mu łomot. Był nie­mal prze­ko­nany, że stary Kob­ziń­ski nie odwa­żyłby się sta­nąć mu na dro­dze. Był mię­cza­kiem jakich mało i co naj­wy­żej zadzwo­niłby pod 112. A jeśliby jed­nak zde­cy­do­wał się zare­ago­wać, to jemu też dałby do wiwatu. Co innego Bursz­ty­no­wicz. Ten gnój wyda­wał się nie­ty­kalny, podob­nie jak jego smar­kacz. Tu Samuel miał zwią­zane ręce.

-?Umyj się i coś zjedz. Dziś wybiorę węgiel sam, ale w zamian za to poje­dziesz zro­bić jakieś zakupy -?powie­dział i puścił syna. Klep­nął go na zachętę w poty­licę, ale chło­pak naj­wy­raź­niej nie ode­brał ojcow­skiego gestu tak, jak Samuel mógłby tego ocze­ki­wać. Posłał mu pełne pre­ten­sji spoj­rze­nie, a potem w mil­cze­niu ruszył do baraku.

Gdy znik­nął w jego wnę­trzu, Samuel kątem oka dostrzegł na nie­bie prze­la­tu­jący cień. Spoj­rzał na prze­su­wa­jący się punkt i szybko roz­po­znał w nim bie­lika. Od razu przy­po­mniał sobie wiszące nad łóż­kiem godło Pol­ski. Prych­nął z nie­sma­kiem na tę myśl. To był naj­częst­szy widok, gdy przy­pa­lali go papie­ro­sami, krę­cili mu wora albo po pro­stu spusz­czali regu­larny wpier­dol. Od naj­młod­szych lat miał prze­srane i naj­wy­raź­niej wszy­scy dalej widzą w nim tylko zwy­kłego śmie­cia. Nie­na­wi­dził ich. Nie­na­wi­dził ich wszyst­kich. Tego kraju też.

Jego ponure myśli prze­rwał dziew­częcy chi­chot. Zbli­żył się do bramy i zer­k­nął przez szparę. Ze wzgó­rza scho­dziły te same dwie dzie­wu­chy, które pogo­nił jakiś czas temu. Wyglą­dały na typowe dupo­dajki i pomy­ślał, że sąsiad pew­nie wyko­rzy­stał oka­zję, aby nie­źle je wygrzmo­cić. No bo niby co robiły w jego cha­łu­pie ponad godzinę?

Ner­wowo obli­zał wargi, gdy wyobra­ził sobie te wszyst­kie beze­ceń­stwa. Spra­wiło mu to nie­li­chą przy­jem­ność. Odpro­wa­dził dziew­czyny wzro­kiem, a gdy znik­nęły za zakrę­tem, zaklął szpet­nie, splu­nął i wró­cił do pracy.

Rozdział 3

Trzy kolejne dni minęły Brud­nemu na bez­tro­skim patrze­niu na lejący za oknem deszcz, popi­ja­niu jame­sona i roz­my­śla­niu o przy­szło­ści, która już dra­pież­nie wycią­gała po niego szpo­nia­ste łap­ska. Do żad­nych satys­fak­cjo­nu­ją­cych wnio­sków nie doszedł. Do poli­cji nie­spe­cjal­nie chciał wra­cać, a robota pry­wat­nego detek­tywa w momen­cie, gdy po akcji z Sędzią jego twarz znał prak­tycz­nie każdy oby­wa­tel, też nie wyglą­dała na sen­sowny pomysł. To wła­śnie z tego powodu uciekł w góry. Od czasu wyda­rzeń w domu Kumi­dora naj­róż­niejsi pseu­do­dzien­ni­ka­rze nie­ustan­nie się do niego dobi­jali. Zacze­piali go na ulicy, w skle­pie, a nie­któ­rzy byli nawet tak nachalni, że wcho­dzili na teren pose­sji i zaglą­dali przez okna. Raz zna­lazł takie zdję­cia na jed­nym z por­tali plot­kar­skich. Uka­zy­wały go w samych bok­ser­kach i z papie­ro­sem w ustach, inne pod­czas jedze­nia pizzy, którą popi­jał jame­so­nem, a jedno w towa­rzy­stwie Julki mają­cej na sobie tylko bie­li­znę. Wkur­wił się wtedy okrut­nie i pomimo sta­now­czego sprze­ciwu part­nerki wsiadł w samo­chód, a następ­nie, z zamia­rem spusz­cze­nia gry­zi­piór­kowi solid­nego łomotu, poje­chał do War­szawy. Po dro­dze ciśnie­nie tro­chę z niego zeszło, ale i tak na miej­scu popro­sił o spo­tka­nie z face­tem, który zro­bił zdję­cia. Zza rogu wyszedł miś­ko­waty typ z uli­za­nymi do tyłu wło­sami i uśmie­chem tak wred­nym, jakby codzien­nie tre­no­wał go przed lustrem. Wycią­gnął do Brud­nego rękę na przy­wi­ta­nie, wtedy komi­sarz na oczach pozo­sta­łych pra­cow­ni­ków zła­mał mu dwa palce. Oczy­wi­ście to wywo­łało kolejną nie­po­trzebną medialną burzę, a mądre głowy w tele­wi­zji z per­fidną satys­fak­cją zaczęły roz­kła­dać jego psy­chikę na czyn­niki pierw­sze, wspo­mi­nać okres jego dzie­ciń­stwa u hie­ro­ni­mek, skutki wycho­wa­nia w tego typu pla­cówce, poprzed­nio pro­wa­dzone śledz­twa, gene­ral­nie robić wszystko, aby mu tylko ponow­nie doko­pać. Zawi­sła nad nim nawet groźba pro­cesu, ale pod napo­rem wciąż sym­pa­ty­zu­ją­cej z nim opi­nii publicz­nej pseu­do­re­por­ter scho­wał dumę do kie­szeni i wyco­fał się z pomy­słu skie­ro­wa­nia sprawy na drogę sądową. Nie zmniej­szyło to jed­nak zain­te­re­so­wa­nia mediów samym Igo­rem, dla­tego komi­sarz pod­jął jedyną roz­sądną w swoim mnie­ma­niu decy­zję -?usu­nął się w cień. Umoż­li­wiła mu to stara przy­ja­ciółka, któ­rej kie­dyś pomógł w odna­le­zie­niu star­szej sio­stry. Co prawda finał poszu­ki­wań oka­zał się dla niej dość bole­sny, ale Justyna Kle­packa czuła się w obo­wiązku spła­cić dług wdzięcz­no­ści.

-?Tak się składa, że jedna z moich cio­tek nie­dawno umarła i zosta­wiła starą cha­łupę koło Stęż­nicy -?powie­działa. -?Nikt z rodziny jej nie chce, bo po pierw­sze grozi zawa­le­niem, a po dru­gie cio­cia Ste­fa­nia leżała tam pra­wie tydzień i... no wiesz...

-?Gdzie to jest? -?zapy­tał, nie kry­jąc zain­te­re­so­wa­nia.

-?Biesz­czadz­kie knieje. -?Zaśmiała się. -?I to dosłow­nie. Cha­łupa stoi prak­tycz­nie w środku lasu, a do tego w pobliżu wypału węgla drzew­nego nale­żą­cego do nie­ja­kiego Samu­ela Wan­zre­icha, wyjąt­kowo nie­sym­pa­tycz­nego smo­la­rza. Facet stroni od ludzi, ale ciotka, no raczej ciotka-bab­cia, też taka była. Inna, tro­chę dziwna. Nie miała dzieci. Wolała naturę, rośliny, zwie­rzęta. Lokalni miesz­kańcy widzieli w niej szep­tu­chę. Wiesz, kim jest szep­tu­cha?

-?No, koja­rzę...

-?Cie­szyła się w oko­licy ogrom­nym powa­ża­niem, bo potra­fiła leczyć bez­na­dziejne przy­padki. Odwie­dzali ją wszy­scy, w tym biskupi czy ludzie wła­dzy. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale z zaawan­so­wa­nego raka wyle­czyła podobno sta­rego Leopolda Bursz­ty­no­wi­cza, zatwar­dzia­łego komu­ni­stę i posła na sejm pierw­szej i dru­giej kaden­cji z ramie­nia SLD, który od nie­pa­mięt­nych lat był tu pra­wie Bogiem.

-?Tego, któ­rego syn trzy­mał tekę mini­stra rol­nic­twa za poprzed­niej wła­dzy?

-?Zga­dza się, ale cóż... Ty wiesz naj­le­piej, jak dwu­li­cowa jest poli­tyka. Ciotka umarła krótko póź­niej, co spra­wiło, że ludzie zaczęli plot­ko­wać i gadać, że aby rato­wać tak bez­na­dziejny przy­pa­dek, sama musiała poświę­cić w zamian wła­sne życie. Że niby jakaś wymiana ener­gii i inne bzdury. Sły­sza­łam nawet wer­sję, że sku­mała się z samym dia­błem, zwłasz­cza że krótko po jej śmierci Bursz­ty­no­wicz spadł ze scho­dów i skrę­cił sobie kark. Ludzie wciąż bywają tu naprawdę bar­dzo zabo­bonni.

-?Lokalny folk­lor.

-?W każ­dym razie, gdyby to wszystko zebrać do kupy, to nie ma się co dzi­wić, że nikt z rodziny nie pali się, aby prze­jąć po niej cha­łupę, która i tak nie ma pra­wie żad­nej war­to­ści. No może poza muze­alną.

-?Mógł­bym ją obej­rzeć?

-?Pew­nie, wpa­daj. Zro­bię pie­rogi boj­kow­skie, które kie­dyś ci obie­ca­łam. A potem poje­dziemy obej­rzeć cha­łupę ciotki. Tylko ostrze­gam, że to naprawdę dziura, któ­rej chyba nawet remont nie pomoże.

Brud­nego to nie zra­ziło i już dwa dni póź­niej wspól­nie z Justyną i Julką, którą rów­nież zabrał ze sobą, sta­nęli we trójkę przed drew­nia­nym budyn­kiem z bali. Na jego widok ta ostat­nia par­sk­nęła śmie­chem. Rudera rze­czy­wi­ście wyma­gała solid­nego remontu, ale Igor ni­gdy nie wyma­gał od świata zbyt wiele. Wystar­czyło mu łóżko, stół, krze­sło i jakiś agre­gat prą­do­twór­czy, aby nocami mógł poczy­tać. Wycho­dek też nie był pro­ble­mem, zwłasz­cza że cała otoczka, która tak znie­chę­cała poten­cjal­nych spad­ko­bier­ców pani Ste­fa­nii, z jego per­spek­tywy lep­sza być nie mogła.

-?Jest jesz­cze jedno -?oznaj­miła Kle­packa, gdy Brudny obej­rzał cha­łupę.

-?Mam się bać? -?zapy­tał, nie spusz­cza­jąc wzroku z rudery.

-?No, ty to chyba nie. -?Roze­śmiała się. -?Ale lepiej, żebyś dowie­dział się tego ode mnie niż od jakichś zabo­bon­nych górali.

Brudny posłał kobie­cie podejrz­liwe spoj­rze­nie. Miała dziwny wyraz twa­rzy.

-?W lokal­nym śro­do­wi­sku od lat funk­cjo­nuje pewna legenda -?powie­działa, odgar­nia­jąc kosmyk blond wło­sów.

-?Brzmi jak tani clif­fhan­ger z hor­roru klasy B -?wtrą­ciła Julka.

-?Jak co? -?Igor spoj­rzał na part­nerkę, ale ta tylko mach­nęła ręką i popro­siła Kle­packą, aby ta kon­ty­nu­owała.

-?Opo­wiada o ponu­rym smo­la­rzu, który poluje na tury­stów, a potem ich tor­tu­ruje, zabija i pali zwłoki w pie­cach. Wie­cie, że w takiej retor­cie tem­pe­ra­tura osiąga nawet tysiąc stopni? Gdyby wrzu­cić tam ciało czło­wieka, to nie zosta­łyby z niego nawet kości. Spa­li­łoby się doszczęt­nie.

-?Brzmi nie­źle. -?Brudny zapa­lił papie­rosa.

-?To tylko legenda wywo­dząca się jesz­cze z cza­sów wojny, ale w ciągu ostat­nich paru dekad naprawdę znik­nęło tu bez śladu kil­ka­dzie­siąt osób. Sami przy­jezdni. Nikt nie wie, co się z nimi stało, więc ludzie powta­rzają tę histo­rię. Nie mam poję­cia, na ile sami w nią wie­rzą, ale wiem, że popu­larne jest stra­sze­nie nimi dzieci. Wie­cie, tak na zasa­dzie, że jak nie będziesz grzeczny, to przyj­dzie ponury smo­larz i cię zje.

-?Może dla­tego ci węgla­rze są tak nie­przy­jaź­nie nasta­wieni do obcych?

-?Nie, chyba nie. Więk­szość z nich śmieje się z tych głu­pot. To pro­ści, ale naprawdę mili ludzie. Tury­ści są nimi zachwy­ceni i czę­sto odwie­dzają retorty. Tylko ten Wan­zre­ich... -?Kle­packa wska­zała wypał w doli­nie. -?Ten rze­czy­wi­ście jest jakiś dziwny. Naprawdę nie lubi obcych i wcale tego nie ukrywa.

-?Czyli będę miał faj­nego sąsiada.

-?Ty tak naprawdę? -?Julka posłała Igo­rowi zdzi­wione spoj­rze­nie.

-?To ide­alne miej­sce -?oznaj­mił. -?Mie­siąc czy dwa na tym odlu­dziu to jest to, czego teraz potrze­buję. A skoro tury­ści to miej­sce omi­jają sze­ro­kim łukiem, to tym lepiej -?dodał, wrzu­ca­jąc nie­do­pa­łek do miej­sca po pale­ni­sku.

Przez twarz Julki prze­biegł ner­wowy gry­mas. Wzięła part­nera na stronę i na osob­no­ści zapy­tała, czy aby na pewno nie upadł na głowę. Igor był jed­nak nie­ugięty.

-?To nie potrwa długo. Po pro­stu muszę pobyć sam -?wyja­śnił. -?Na spo­koj­nie zasta­no­wię się, co dalej robić, prze­tra­wię cały ten syf. Też na tym zyskasz, bo gdy te dzien­ni­kar­skie hieny zorien­tują się, że nie ma mnie w Zie­lo­nej Górze, nikt ci nie będzie zawra­cał gitary. Sprawa przy­schnie, a ja wrócę z jakimś pomy­słem na życie. Same pro­fity.

-?Jakoś nie jestem do tego pomy­słu prze­ko­nana...

-?Facet cza­sem musi zamknąć się w swo­jej pie­cza­rze...

Julka wes­tchnęła i omio­tła wzro­kiem roz­le­głe doliny i poro­śnięte lasami wzgó­rza. Nad jed­nym z nich szy­bo­wał maje­sta­tyczny orzeł, a na skraju lasu trawę sku­bało kilka saren. Widok doprawdy zapie­rał dech w pier­siach. Pomy­ślała, że naj­chęt­niej sama by się wyrwała ze swo­jego kie­ratu. Nie miała jed­nak szans na urlop, bo ugrzę­zła w nawale kilku śledztw, w tym jed­nego doty­czą­cego mor­der­stwa. Przy­gry­zła dolną wargę, po czym z powro­tem prze­nio­sła wzrok na part­nera.

-?Jestem aż tak nie­zno­śna? -?zapy­tała, krzy­wiąc się prze­pra­sza­jąco.

-?Tro­chę.

-?Ale jesteś tego pewny? Że chcesz tu, tak, sam?

-?Jestem pewny.

-?Idzie zima, a ta rudera wymaga remontu...

-?Sypia­łem w gor­szych warun­kach.

Nie miała wię­cej argu­men­tów, więc posłała mu słaby uśmiech, a potem wró­cili do Sanoka, gdzie miesz­kała Kle­packa. Poko­chali się, prze­spali, a następ­nego dnia Brudny pod­rzu­cił ją na pociąg i zaku­piw­szy po dro­dze kilka nie­zbęd­nych narzę­dzi i mate­ria­łów, wró­cił do nie­ist­nie­ją­cej wsi Tyskowa. Na budow­lance znał się śred­nio, więc zro­bił tyle, ile potra­fił. Coś tam uszczel­nił, aby za mocno nie wiało, zała­tał schody na ganek, zbił poła­mane barierki, ogar­nął pale­ni­sko i prze­pchał komin, w końcu zamon­to­wał nowy agre­gat prą­do­twór­czy i po kilku dniach dłu­ba­niny z czy­stym sumie­niem mógł nalać sobie szkla­neczkę whi­sky, otwo­rzyć książkę i cie­szyć się spo­ko­jem.

Dziś przy­zwy­czaił się do życia w tych suro­wych warun­kach na tyle, że pra­wie zapo­mniał o wszyst­kich przy­ziem­nych przy­jem­no­ściach, bez któ­rych więk­szość spo­łe­czeń­stwa nie wyobra­żała sobie nor­mal­nego funk­cjo­no­wa­nia. Tele­wi­zja i inter­net mogłyby dla niego nie ist­nieć, podob­nie jak bie­żąca woda czy cie­pły prysz­nic. Na swój spo­sób polu­bił styl życia tak daleki od miej­skiego zgiełku, za to tak bli­ski natu­rze. Coraz bar­dziej uzmy­sła­wiał sobie, że nie chce wra­cać, ale szcze­rze wąt­pił, aby Julka kie­dy­kol­wiek była w sta­nie zre­zy­gno­wać z pracy i zamiesz­kać w takiej dzi­czy. A nawet jeśli, to z czego by wtedy żyli? Wciąż miał tro­chę zaskór­nia­ków, ale nawet tak skromna egzy­sten­cja wyma­gała sta­łego źró­dła docho­dów. Gdyby Julka nawet zaha­czyła się w jakimś lokal­nym poste­runku, to czuł, że nie byłaby tu szczę­śliwa. Uschłaby jak paprotka w pokoju Romka Czar­nec­kiego. I taki byłby koniec.

Pomy­ślał, że do niej zadzwoni. Na szczy­cie wzgó­rza sygnał wciąż łapał nie­źle i na roz­mowę tele­fo­niczną w zupeł­no­ści wystar­czał. Ode­brała po dru­gim sygnale.

-?Cześć -?przy­wi­tał się.

-?Cześć. Dawno nie dzwo­ni­łeś.

Brudny szybko poli­czył dni. Musiała prze­sa­dzać, bo gadali przed­wczo­raj albo przedprzed­wczo­raj. Na pewno po wizy­cie tam­tych tury­stek, bo pamię­tał, że czuł lek­kie wyrzuty sumie­nia po tym, jak ukrad­kiem zer­kał na ich jędrne tyłki. Długa wstrze­mięź­li­wość była jed­nym z nie­wielu minu­sów życia na tym pust­ko­wiu i sta­wała się uciąż­liwa.

-?Chyba nie aż tak.

-?Kwe­stia indy­wi­du­alna. Co u cie­bie? Dalej pró­bu­jesz roz­wi­kłać kon­struk­cję wszech­świata czy wspa­nia­ło­myśl­nie ładu­jesz tele­fony mło­dym turyst­kom?

Cóż, pomy­ślał, cza­sem szcze­rość nie popłaca. Posta­no­wił się nie odgry­zać, bo może miała po pro­stu kiep­ski dzień w pracy.

-?Wszystko pod kon­trolą. Żad­nych gości, nie licząc kilku saren i dzi­ków.

-?To w porządku. U mnie pracy po pachy. Świat zmie­rza w naprawdę gów­nia­nym kie­runku. Kra­dzieże, roz­boje. W Suchej facet zarą­bał sie­kierą kolegę, który wygrał z nim w karty. Wyobra­żasz sobie?

-?Mnie już nic nie zdziwi.

-?No tak. A nie chciał­byś, żebym zro­biła ci laskę?

-?Ooo...

Wyobra­ził sobie, jak wypo­wiada te słowa pomię­dzy prze­kła­da­niem kolej­nych akt nawar­stwia­ją­cych się spraw. Zresztą wszystko na to wska­zy­wało, bo o tej porze zwy­kle sie­działa w papie­rach, a w słu­chawce wyraź­nie sły­szał ich cha­rak­te­ry­styczny sze­lest.

-?No to jak? Chciał­byś czy nie? -?naci­skała, choć jej ton w ogóle się nie zmie­nił. Rów­nie dobrze mogłaby zapy­tać, czy sma­ko­wała mu kanapka, którą przy­go­to­wała mu przed wyj­ściem do pracy.

-?Potra­fisz doko­pać bied­nemu pustel­ni­kowi... -?mruk­nął.

-?Pustel­ni­kowi na wła­sne życze­nie, Igor. Na wła­sne życze­nie.

-?Jesteś sama?

-?A myślisz, że tak sobie gadam o zro­bie­niu ci laski przy kole­gach z pracy?

-?No wła­śnie nie wiem.

-?Chcesz cze­goś kon­kret­nego czy dzwo­nisz, żeby mnie powkur­wiać?

Jej ton się nie zmie­niał. W tle wciąż sze­le­ściły jakieś papiery.

-?Po pro­stu chcia­łem usły­szeć twój głos.

-?Usły­sza­łeś. Coś jesz­cze?

-?Masz okres?

To już gro­ziło eska­la­cją, ale jakoś nie mógł się powstrzy­mać. Jedna mała szpilka wobec serii cio­sów poni­żej pasa nie powinna jed­nak dopro­wa­dzić do końca świata.

Julka na chwilę zamil­kła, w końcu wes­tchnęła.

-?Zbliża mi się i mam wielką ochotę na seks. Dla­tego faj­nie by było, gdyby mój facet w końcu wró­cił z tej dzi­czy. -?Tym razem jej ton się zmie­nił. Pobrzmie­wało w nim zwąt­pie­nie, może nawet brak nadziei. - Myśla­łam, że potra­fisz czy­tać mię­dzy wier­szami... -?dodała z jesz­cze więk­szym przy­gnę­bie­niem w gło­sie.

Brudny zda­wał sobie sprawę, że w podob­nych sytu­acjach nie jest mistrzem słow­nej szer­mierki, ale teraz poczuł, że naprawdę nawa­lił. Odda­lali się od sie­bie coraz bar­dziej, a on swoją postawą tylko sprawę pogar­szał. Wina była po jego stro­nie i musiał coś zro­bić. Julka była jedyną kobietą, która miała do niego cier­pli­wość. Jedyną, która go rozu­miała i kochała. Nie chciał i nie mógł jej stra­cić.

Gdy już pla­no­wał coś powie­dzieć, jego wzrok przy­kuł jakiś ruch za cha­łupą. Uniósł lekko czapkę z dasz­kiem. W oddali dostrzegł dwie wyła­nia­jące się z mgły postaci. Pomy­ślał, że tury­ści mają naprawdę fatalny timing.

-?Prze­pra­szam -?powie­dział. -?Zadzwo­nię wie­czo­rem, to poga­damy, okej?

-?Nie wiem, czy będę miała ochotę.

-?Mimo wszystko... -?Brudny zmarsz­czył brwi. To nie byli tury­ści. - Pocze­kaj chwilę. Oddzwo­nię.

Roz­łą­czył się i sku­pił wzrok na dwóch wspi­na­ją­cych się wzgó­rzem męż­czy­znach w prze­ciw­desz­czo­wych płasz­czach. Sią­piło, widocz­ność była fatalna, a na doda­tek w doli­nie osia­dła mgła, więc nie był w sta­nie dostrzec, co dzieje się kil­ka­dzie­siąt metrów za ich ple­cami. Instynkt pod­po­wia­dał mu jed­nak, że ich wizyta nie zwia­stuje nic dobrego. Nauczył się go słu­chać, więc wszedł do cha­łupy tyl­nym wej­ściem i na wszelki wypa­dek wyjął z szu­flady wal­thera. Wci­snął go za pasek spodni. Odcze­kał jesz­cze kil­ka­dzie­siąt sekund i otwo­rzył fron­towe drzwi. Męż­czyźni wła­śnie weszli na schody.

-?Pano­wie w jakiej spra­wie? -?zapy­tał, ale szybko zorien­to­wał się, z kim ma do czy­nie­nia. Dobry pies od razu wyniu­cha innego psa.

-?Komi­sarz Igor Brudny? -?zapy­tał jeden z przy­by­szy.

-?To zależy, kto pyta -?zagrał głupa.

-?Komi­sarz Marian Kmita, a to aspi­rant Łukasz Szmajda z komendy miej­skiej w Sanoku -?przed­sta­wił sie­bie i kolegę. -?Wpu­ści nas pan do środka? Pogoda jest, jaka jest, a chcie­li­by­śmy zadać panu kilka pytań.

-?W jakiej spra­wie?

-?Zagi­nię­cia Mał­go­rzaty Dąbrow­skiej i Ewe­liny Matej­czuk. Podobno mógł być pan jedną z ostat­nich osób, które miały z nimi kon­takt.

Brudny poczuł ucisk w żołądku, a potem jego myśli auto­ma­tycz­nie powę­dro­wały w stronę Julki. Z wie­czor­nej roz­mowy nici, pomy­ślał, a chwilę póź­niej zadźwię­czały mu w uszach słowa Justyny Kle­pac­kiej opo­wia­da­ją­cej legendę o ponu­rym smo­la­rzu.

Pomy­ślał też, że chyba naprawdę nie nadaje się do bycia w związku. Igor Brudny przy­ciąga zbyt wiele kło­po­tów.

Rozdział 4

Zbu­dził ją wil­czy sko­wyt.

Gwał­tow­nie otwo­rzyła oczy, ale ciem­ność była nie­prze­nik­niona. Poczuła, że unio­sły się wło­ski na całym jej ciele, zadrżała, a z ust wyrwał się cichy jęk. Oddech przy­spie­szył, do umy­słu zaczęły docie­rać sygnały o zagro­że­niu.

Szarp­nęła się, a gdy usły­szała brzęk łań­cu­chów, pojęła, że sytu­acja, w któ­rej się zna­la­zła, jest naprawdę zła. I że grozi jej ogromne nie­bez­pie­czeń­stwo.

Wil­czy sko­wyt wypeł­niał ciemne pomiesz­cze­nie nie­mal nie­ustan­nie. Jakby wataha była bli­sko, nie­mal na wycią­gnię­cie ręki. Jakby w każ­dej sekun­dzie mogła się spo­dzie­wać, że jedna z bestii chwyci ją za ramię albo wgry­zie się w udo. Z jej ust dobył się cichy jęk, gdy zdała sobie sprawę, że jest zupeł­nie naga. Pomy­ślała, że wilk miałby uła­twione zada­nie. Wgry­złby się w tkankę, wyszar­pał wnętrz­no­ści, pożarł ją żyw­cem. Ta świa­do­mość nagle kom­plet­nie ją przy­tło­czyła. Zapra­gnęła wołać o pomoc, ale nie miała odwagi. Zamil­kła i zaczęła się trząść, bo nagle wydało jej się, że krzy­kiem może jedy­nie roz­ju­szyć sforę. Czy­tała, że wilki mają dosko­nały słuch.

Wycie nie usta­wało, ale nio­sło się dziw­nym pogło­sem. Rezo­no­wało, odbi­ja­jąc się od ścian, prze­szy­wało na wskroś, w końcu wsią­kało w zimne mury. A może skały? Gdzie była? W jakiejś gro­cie? Pie­cza­rze? Sko­wyt nie był natu­ralny i zdała sobie sprawę, że to nagra­nie. Dla­czego ktoś miałby ją unie­ru­cho­mić, roze­brać i pusz­czać z gło­śni­ków wil­czy sko­wyt?

Przez jej głowę prze­wa­liły się wszyst­kie moż­liwe hor­rory, jakie do tej pory oglą­dała. Kolejne prze­my­ka­jące klatki nie pozo­sta­wiały złu­dzeń, że zna­la­zła się w naprawdę złym poło­że­niu, a wspo­mnie­nie tego, co wyda­rzyło się, zanim została ogłu­szona, tylko ją w tym prze­świad­cze­niu utwier­dziło. Chry­ste, pomy­ślała, to prze­cież nie może się tak skoń­czyć. To prze­cież był tylko film. Ow­szem, realny, ale...

Wrza­snęła. Aż do bólu. A potem jesz­cze raz i jesz­cze. Wołała o ratu­nek, ale z cza­sem jej krzyki zaczęły przy­po­mi­nać już tylko rzę­że­nie wycień­czo­nej ofiary. W końcu opa­dła z sił i zalała się łzami. Co z tego, gdy echo jej wrza­sków i wil­czy sko­wyt wciąż wyły w jej gło­wie. Bła­ga­nia o ratu­nek nie usta­wały, ale jej głos się zmie­nił. Stał się ostrzej­szy, bar­dziej piskliwy i przej­mu­jący. Jak to moż­liwe? Prze­cież nie miała już sił i ledwo oddy­chała.

W końcu zamil­kła. Chwilę póź­niej wil­cza wataha też prze­stała uja­dać. Zapa­dła doj­mu­jąca cisza.

Mał­go­rzata Dąbrow­ska zro­zu­miała, że nie jest sama. Wytę­żyła słuch w nadziei, że to nie jedna z bestii. Ciężko oddy­chała, ale obok oddy­chał ktoś jesz­cze. Rów­nie ciężko, jakby wal­czył o każdy kolejny haust powie­trza.

-?Halo... -?zary­zy­ko­wała. -?Czy ktoś tu jest?

-?Gośka? -?usły­szała.

-?Ewela?

Oba imiona, choć wymó­wione pół­gło­sem, zabrzmiały w ciszy gło­śno i wyraź­nie. Odbiły się echem, w końcu wsią­kły w mury.

-?Co tu się dzieje? Gdzie jesteś? Gdzie jeste­śmy? -?kon­ty­nu­owała jedna z dziew­czyn. Jej głos zała­my­wał się przy każ­dym sło­wie.

-?Nie wiem. Nie mogę się ruszyć. Jestem... Boże, on mnie roze­brał. Jestem naga i...

Zamil­kła, gdy ciszę prze­rwał głę­boki bas, który po chwili uło­żył się w pry­mi­tywny, ale nie­po­ko­jący rytm wybi­jany na bęb­nach. Niósł w sobie coś nie­wy­sło­wie­nie złego, a Mał­go­rza­cie sko­ja­rzył się z ple­mien­nymi rytu­ałami dzi­kich ludów.

Bam, bam bam, bam, bam bam, bam, bam bam...

Dzie­wi­czy, pra­stary, pier­wotny rytm wże­rał się w ciało, rezo­no­wał z narzą­dami wewnętrz­nymi i w jakiś nie­wy­tłu­ma­czalny spo­sób dostra­jał się do czę­sto­tli­wo­ści ude­rzeń jej serca. Pomy­ślała, że to jakaś totalna aber­ra­cja rze­czy­wi­sto­ści, i zamknęła oczy w nadziei, że zaraz się obu­dzi i kosz­mar się skoń­czy.

Nic z tego.

Bębny wciąż biły, a chwilę póź­niej znów dołą­czył do nich wil­czy sko­wyt. Poczuła na ciele serię lodo­wa­tych dresz­czy. Rytm w połą­cze­niu z wyciem wil­ków wyda­wał się abso­lut­nie prze­ra­ża­jący, obie­cy­wał jakąś trudną do wyar­ty­ku­ło­wa­nia maka­brę, coś, przed czym natura pra­gnęła uchro­nić czło­wieka, uzbra­ja­jąc go w jeden z naj­waż­niej­szych instynk­tów -?strach. Przez upiorne echo bęb­nów prze­bi­jały się słowa przy­ja­ciółki, ale nie rozu­miała ich zna­cze­nia. Nie była pewna, czy chce je sły­szeć, bo w tonie pobrzmie­wała nie­zmie­rzona groza.

I wtedy nagle zapa­dła cisza.

Wydała się jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jąca.

Jesz­cze ni­gdy tak wyraź­nie nie sły­szała bicia wła­snego serca. Waliło jej w piersi w zga­sły rytm bęb­nów.

Bam, bam bam, bam, bam bam, bam, bam bam...

Pomy­ślała, że zaraz zwa­riuje. Wtedy usły­szała kroki. Plusk wody, pisk szczura.

Chciała zawo­łać o pomoc, ale zabra­kło jej odwagi. Dosko­nale wie­działa, że ten, kto kryje się w mroku, nie przy­je­chał tu po to, aby im jej udzie­lić. Co gor­sza, opu­ściły ją ostat­nie wąt­pli­wo­ści, że przy­był tu w dokład­nie prze­ciw­nym celu. Ten ktoś chciał je skrzyw­dzić.

Ewe­lina rów­nież mil­czała. Mał­go­rzata sły­szała jej płytki, świsz­czący oddech. Wtedy mrok roz­świe­tlił ośle­pia­jący stru­mień świa­tła. Jeden, drugi, trzeci. Instynk­tow­nie zmru­żyła oczy i odwró­ciła głowę, a gdy znów roz­su­nęła powieki i oczy choć tro­chę przy­zwy­cza­iły się do jasno­ści, dostrze­gła uno­szącą się nad pod­łogą zawie­si­stą mgłę. Prze­łknęła ślinę, a chwilę póź­niej jej wzrok powę­dro­wał na przy­kutą do ławy Ewe­linę. Jej skóra wyda­wała się biała jak papier, a przy­ja­ciółka drżała z prze­ra­że­nia. Nie to jed­nak spra­wiło, że poczuła silne par­cie na pęcherz. Zale­d­wie metr obok stała druga drew­niana ława, a na niej dzie­siątki zło­wrogo poły­sku­ją­cych narzę­dzi. Biały opar muskał je deli­kat­nie, potę­gu­jąc wra­że­nie nad­cią­ga­ją­cego hor­roru.

Mał­go­rzata zamknęła oczy. Wyobra­ziła sobie, że po raz ostatni zmusi się do wysiłku, aby jed­nak obu­dzić się z tego kosz­maru. Gar­dłowy pomruk przy­by­sza osta­tecz­nie pozba­wił ją nadziei, że to tylko zły sen. Z kąci­ków jej oczu spły­nęło kilka kolej­nych łez. Powoli otwo­rzyła powieki.

Na gra­nicy, gdzie świa­tło spo­ty­kało się z mro­kiem, mgła nie­na­tu­ral­nie zafa­lo­wała, a chwilę póź­niej z ciem­no­ści wyło­niła się krępa dwu­nożna postać. Jak­kol­wiek irra­cjo­nal­nie to brzmiało, nie przy­po­mi­nała czło­wieka. Ona nie miała z czło­wie­kiem nic wspól­nego.

Rozdział 5

Brudny wpu­ścił funk­cjo­na­riu­szy do wnę­trza chaty. Nie pre­zen­to­wali się zbyt poważ­nie, ale lata pracy nauczyły go, aby aż tak bar­dzo nie ufać pierw­szemu wra­że­niu. Star­szy stop­niem Kmita wyglą­dał jak egzem­plarz wyjęty z lat słusz­nie minio­nych. Po pięć­dzie­siątce, spora nad­waga, bujne wąsy i czer­wony nos, suge­ru­jący, że jego wła­ści­ciel za koł­nierz nie wylewa. Szmajda był sporo młod­szy i Igor oce­nił jego wiek na jakieś trzy­dzie­ści pięć lat. Nieco wyż­szy od kom­pana, na pewno szczu­plej­szy, ze spo­rymi zako­lami i wło­sami zacze­sa­nymi na bok. Nie wie­dzieć czemu nosił krótko przy­strzy­żony wąsik, który -?gdyby nie kozia bródka -?z pew­no­ścią upo­dab­niałby go do mło­dego Hitlera.

Przy­glą­dał się im dość natar­czy­wie, gdy ścią­gali i wie­szali na gwoź­dziach płasz­cze prze­ciw­desz­czowe. W końcu komi­sarz Kmita pro­stac­kim uśmie­chem wymu­sił na Brud­nym, aby wska­zał im drogę, gdzie mogliby spo­cząć. Igor zapro­sił ich na kanapę. Usie­dli, roz­glą­da­jąc się nie­pew­nie. Nie zapro­po­no­wał im niczego do picia, podob­nie nie poczę­sto­wał ich papie­ro­sem, gdy sam usiadł w fotelu i wyjął paczkę. Zapa­lił.

-?Będziemy tak sobie patrzeć w oczy czy zacznie­cie pano­wie zada­wać pyta­nia? -?ode­zwał się, gdy wydmu­chał dym nosem.

-?Tak, prze­pra­szam -?mruk­nął Kmita. -?Łukasz...

Aspi­rant z dzi­wacz­nym zaro­stem wyjął z kie­szeni sprzęt nagry­wa­jący. Włą­czył przy­cisk nagry­wa­nia, poło­żył i prze­su­nął na śro­dek ławy.

-?Chyba się, pano­wie, nie zro­zu­mie­li­śmy -?rzekł Brudny, kła­dąc swoją dłoń na urzą­dze­niu. Wci­snął przy­cisk stop i odsu­nął je w stronę Szmajdy. -?Przy­szli­ście tu pano­wie poroz­ma­wiać, a widzę, że pró­bu­je­cie mnie prze­słu­chać. Wszy­scy wiemy, że to tak nie działa.

Krępy wąsacz pocią­gnął nosem i posłał kar­cące spoj­rze­nie młod­szemu kom­pa­nowi. Ten od razu scho­wał dyk­ta­fon do kie­szeni.

-?Wiemy, kim pan jest, komi­sa­rzu Brudny -?ode­zwał się Kmita. -?Dla­tego nie chcemy wpro­wa­dzać nie­po­trzeb­nego zamie­sza­nia.

-?Wła­śnie pano­wie wpro­wa­dzi­li­ście.

-?Pro­szę wyba­czyć. Aspi...

-?Wyba­czam.

Zapa­dła nie­zręczna cisza i Brudny pomy­ślał, że tu chyba próżno szu­kać dru­giego dna. Tym razem pierw­sze wra­że­nie chyba jed­nak nie pró­bo­wało zwieść go na manowce. Patrzył, jak Kmita wyciąga z mary­narki notes, otwiera go, prze­ciera wąsy.

-?Od jak dawna pan tu mieszka? -?zapy­tał po chwili zasta­no­wie­nia.

-?Od końca paź­dzier­nika.

-?Pamięta pan dokładny dzień?

Brudny tylko utwier­dził się w prze­ko­na­niu, że ma do czy­nie­nia z ama­to­rami. Gdyby był podej­rzany, to mogliby go pytać nawet o kolor ulu­bio­nych skar­pe­tek, ale w tym wypadku tego typu infor­ma­cja kom­plet­nie nic im nie dawała. Mimo wszystko wbrew sobie zało­żył, że jed­nak nie są idio­tami. Posta­no­wił odpo­wia­dać na pyta­nia kon­kret­nie i zwięźle, a potem, gdy już poznają swoje miej­sce w sze­regu, samemu wycią­gnąć od nich mak­si­mum infor­ma­cji.

-?Dwu­dzie­stego dzie­wią­tego albo trzy­dzie­stego -?odparł, strze­pu­jąc popiół do popiel­niczki.

-?Mieszka pan sam?

-?Sam.

Facet coś zapi­sał i podra­pał się za uchem. Na skro­niach zaper­liły mu się kro­ple potu. W miesz­ka­niu pano­wała tem­pe­ra­tura oscy­lu­jąca w gra­ni­cach dwu­na­stu, może trzy­na­stu stopni Cel­sju­sza, więc na pewno nie pocił się z prze­grza­nia orga­ni­zmu. Ewen­tu­al­nie z prze­grza­nia mózgu, pomy­ślał Brudny.

-?Czy miał pan bez­po­średni kon­takt z panem Samu­elem Wan­zre­ichem?

-?Nie.

-?A jaki­kol­wiek kon­takt pan z nim miał?

-?Mia­łem.

-?Czyli?

-?Raz mach­ną­łem mu ręką.

-?Tylko raz?

-?Raz.

-?Dla­czego tylko raz?

-?Bo mi nie odmach­nął.

-?Hmm...

Facet znów coś zano­to­wał, ale Brudny miał wra­że­nie, że zamiast zapi­sy­wać kon­kretne infor­ma­cje, facet kre­śli jakieś bazgroły albo rysuje bał­wany. Pomy­ślał, że byłby w sta­nie zało­żyć się o flaszkę jame­sona, że się w tej kwe­stii nie myli. Czer­wony kinol Kmity i świa­do­mość zarob­ków poli­cjan­tów na tym sta­no­wi­sku suge­ro­wały jed­nak, że chłop raczej nie gustuje w whi­sky. Brudny sta­wiał na wódkę, a naj­pew­niej samo­gon.

-?Wszedł pan z nim w kon­takt wer­balny? -?cią­gnął wąsacz.

-?Nie.

-?A dla­czego?

-?Uzna­łem, że nie ma sensu.

-?No tak...

Dłu­go­pis znów zadrżał mu w dłoni. Brudny powoli zaczy­nał mieć dość tej zabawy. Chciał ich wyba­dać, a tym­cza­sem wyszło na to, że nie ma czego. Bez ostrze­że­nia wstał z fotela i pod­szedł do kominka, skąd ścią­gnął napo­czętą butelkę jame­sona. Z szafki wyjął trzy czy­ste szklanki, które posta­wił na ławie. Oczy Kmity od razu roz­bły­sły pożą­da­niem.

-?Pano­wie... -?oznaj­mił, nale­wa­jąc im bez pyta­nia. -?Skoro wie­cie, kim jestem, to wie­cie też, że nie lubię takiego pier­do­le­nia na okrętkę. Miesz­kam tu i pew­nie jesz­cze tro­chę pomiesz­kam, więc jeśli zagi­nęły jakieś dziew­czyny, to lepiej wyłóż­cie karty na stół. Co wy na to?

Brudny prze­su­nął szkla­nice w stronę obu funk­cjo­na­riu­szy. Szmajda ewi­dent­nie miał ochotę na kie­li­cha, ale na wszelki wypa­dek poszu­kał potwier­dze­nia u star­szego stop­niem. Kmita ski­nął na znak, że jeden nie zaszko­dzi. Wypili.

-?Marian jestem. -?Kmita wycią­gnął rękę przez ławę.

-?A ja Łukasz.

Igor pomy­ślał, że jest jed­nak gorzej, niż mógłby przy­pusz­czać. Nie miał zamiaru się aż tak spo­ufa­lać, ale naj­wy­raź­niej Kmita źle zin­ter­pre­to­wał jego gest. Mimo wszystko uści­snął wycią­gnięte dło­nie.

-?Brudny... -?powie­dział. -?A teraz do rze­czy, pano­wie. Kim są te dziew­czyny, kiedy zagi­nęły i dla­czego sądzi­cie, że mogłem je widzieć?

Roz­mowa od razu stała się luź­niej­sza, ale już na jego zasa­dach. W kilku miej­scach Kmita posta­wił jed­nak wyraźną gra­nicę. Brudny nie naci­skał, bo znał reguły, tym bar­dziej nie chciał wyjść na jakie­goś napa­leńca. Ogól­nie to nie była jego sprawa. Nie mógł jed­nak opę­dzić się od myśli krą­żą­cych wokół legendy o ponu­rym smo­la­rzu. Ow­szem, Kle­packa pod­kre­ślała, że to tylko histo­ryjka mająca na celu stra­sze­nie dzieci, ale przez lata pracy w pio­nie kry­mi­nal­nym Brudny nauczył się nie wyklu­czać żad­nej, nawet wyda­wa­łoby się najbar­dziej absur­dal­nej hipo­tezy, zwłasz­cza że w każ­dej histo­rii kryje się ziarno prawdy. A prze­cież wyraź­nie wspo­mi­nała też o tym, że na prze­strzeni kilku dekad w oko­licz­nych lasach zagi­nęło bez wie­ści kil­ka­dzie­siąt osób. Świa­do­mość, że nagle zna­lazł się na kur­sie koli­zyj­nym z tak tajem­ni­czą sprawą, spra­wiła, że obu­dził się w nim instynkt, który w ostat­nim cza­sie tak bar­dzo w sobie tłu­mił.

-?Kim jest ten chło­pak, który je widział? -?spy­tał, gdy roz­mowa zeszła na wizytę poszu­ki­wa­nych dziew­czyn w jego cha­łu­pie.

-?To... -?zaczął Szmajda, ale od krę­pego otrzy­mał pod ławą poucza­ją­cego kop­niaka. Było już jed­nak za późno.

-?Albo roz­ma­wiamy poważ­nie, albo nie -?rzu­cił Brudny. -?Decy­duj­cie, pano­wie.

-?Kob­ziń­ski Łukasz -?mruk­nął Kmita, ale Brudny od razu wyczuł w jego tonie zawa­ha­nie. Nie to nazwi­sko miało paść z jego ust.

-?Syn soł­tysa?

-?Tak.

-?Tylko on? Czy było ich wię­cej?

Kmita chwy­cił butelkę i roz­lał następną kolejkę. Wyglą­dało to dość żało­śnie, bo wybrał naj­gor­szy moż­liwy spo­sób, aby ukryć swoje zakło­po­ta­nie.

-?To ten od GLS-a? -?pod­pusz­czał dalej Brudny. Oczy­wi­ście wie­dział, że syn soł­tysa nie może roz­bi­jać się tak dro­gim samo­cho­dem. Koja­rzył jed­nak grupę mło­dzień­ców, któ­rzy regu­lar­nie wozili się od wsi do wsi, jakby byli kró­lami szos.

-?Nie, ale wra­ca­jąc do tematu...

-?A z czy­stej cie­ka­wo­ści. Kto tu jeź­dzi takim cac­kiem?

Kmita za wszelką cenę pró­bo­wał ukryć ner­wo­wość, ale wycho­dziło mu kosz­mar­nie. Na jego wnio­sek wypili.

-?Ten samo­chód należy aku­rat do Wik­tora Bursz­ty­no­wi­cza -?odparł nie­chęt­nie, co też nie uszło uwagi Brud­nego.

-?Syna Macieja Bursz­ty­no­wi­cza? -?doci­snął Igor. Wie­dział, że Kmita coś kręci, a ten nie miał wyj­ścia, bo uzy­ska­nie tego typu infor­ma­cji w dziu­rze pokroju Stęż­nicy wyda­wało się banal­nie łatwe. -?Tego, co w roz­wią­za­nym rzą­dzie trzy­mał tekę wice­mi­ni­stra rol­nic­twa?

-?Tak, tego -?przy­znał wyraź­nie nie­po­cie­szony Kmita. -?Ale wra­ca­jąc do tematu. Chło­pak widział je, gdy prze­jeż­dżał z kole­gami samo­cho­dem obok skrętu na szlak do cer­kwi w Łopience. A on prze­biega obok wypału Wan­zre­icha i pań­skiego domu. Stąd nasza wizyta.

To miało sens, bo Brudny wie­lo­krot­nie naty­kał się na tych gów­nia­rzy. Zwy­kle jeź­dzili tym potęż­nym SUV-em od Mer­ce­desa, a że nie było tu wiele asfal­tó­wek, to przy oka­zji drob­nych zaku­pów albo wizyty na sta­cji ben­zy­no­wej cza­sem się mijali. Kla­syczna banda szczyli pod wodzą synalka boga­tego tatu­sia. Skóra, cza­peczka z dasz­kiem i kilka kilo­gra­mów złota na szyi i palu­chach. Lider musiał się wyróż­niać, a reszta jadła mu z ręki. Brudny nie zno­sił takich wypa­cy­ko­wa­nych smar­ków, więc na wszelki wypa­dek uda­wał, że chło­pak nie ist­nieje. Tak czy siak, ta histo­ria się kle­iła, choć miał prze­ko­na­nie gra­ni­czące z pew­no­ścią, że zamiast nazwi­ska Kob­ziń­ski pier­wot­nie miało paść Bursz­ty­no­wicz. Posta­no­wił więc odpu­ścić, bo swoje już wie­dział. Aby tro­chę obni­żyć tem­pe­ra­turę dys­ku­sji, opowie­dział o wizy­cie obu dziew­cząt, z pamięci opi­sał też, jakie nosiły ubra­nia, i zazna­czył, że po nała­do­wa­niu tele­fo­nów i opusz­cze­niu cha­łupy dalej ruszyły szla­kiem w kie­runku cer­kwi w Łopience. Uznał też, że dopóki na spo­koj­nie nie odtwo­rzy, a następ­nie nie prze­ana­li­zuje wąt­ków, które pod­jął w roz­mo­wie z zagi­nio­nymi, chwi­lowo pomi­nie to mil­cze­niem.

-?I tak sie­dzie­li­ście tu i patrzy­li­ście sobie w oczy? -?upew­nił się Kmita.

-?Nie jestem wylewny. Mia­łem robotę -?odparł Brudny, choć odniósł wra­że­nie, że wąsacz wcale mu nie uwie­rzył.

Nie mogąc dopy­ty­wać o szcze­góły śledz­twa, dys­kret­nie skie­ro­wał roz­mowę na starą legendę. Gli­nia­rze połknęli haczyk, zwłasz­cza Szmajda, który nie dość, że zaczął gadać jak nakrę­cony, to jesz­cze po dro­dze chlap­nął coś o Wan­zre­ichu, któ­rego przy­pad­kiem nazwał podej­rza­nym. Nie to, żeby Brudny przy pierw­szych skie­ro­wa­nych do niego pyta­niach nie posta­wił takiej robo­czej tezy, ale mając atut w postaci wypo­wie­dzia­nej na głos teo­rii o moż­li­wym popeł­nie­niu prze­stęp­stwa przez swo­jego sąsiada, oczy­wi­ście od razu pod­jął dal­sze roz­wa­ża­nia. Trze­cia nalana por­cja whi­sky była jego moc­nym sprzy­mie­rzeń­cem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki