Tytuł oryginału: The Horse who Danced
Tłumaczenie: Ewa Górczyńska
Redaktor inicjująco-prowadząca: Olga Gorczyca-Popławska
Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska, Jarosław Byczkowski
Korekta: Olek Zawisza, Anna Żukowska
Projekt okładki: Marta Krzemień-Ojak
Zdjęcia na okładce: Michael Brian Shannon, Vertyr, Naurider (Shutterstock.com)
Skład: Ledor
? Copyright for text by Olivia Tuffin, 2024
This translation of The Horse who Danced is published by arrangement with Nosy Crow Ltd.
? Copyright for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o., 2025
All rights reserved
Wydanie I
Warszawa 2025
M2559
Pierwsze wydanie: Nosy Crow Ltd
Wheat Wharf, 27a Shad Thames, London, SE1 2XZ, UK
www.nosycrow.com
Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych - jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.
ISBN: 978-83-8425-038-9
Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.i Michał Latusek
Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.
00-017 Warszawa, ul. Marszałkowska 116/122
tel. +48 22 826 08 82, fax +48 22 380 18 01
[email protected]
www.gwfoksal.pl
www.wydawnictwowilga.pl
Rozdział pierwszy
Iona przymrużyła oczy, tak że wszystko wokół stało się niewyraźne. Gdyby wytężyła wyobraźnię, zamiast nierównego placu Szkoły Jazdy Konnej Whitemoor zobaczyłaby gładką, wysypaną jasnym piaskiem elegancką arenę wysokiej klasy centrum jeździeckiego. Zniszczona drewniana brama byłaby wejściem na plac międzynarodowych zawodów, a kilkoro widzów, dla rozgrzania przytupujących nogami, zmieniłoby się w wiwatujący tłum.
"Jako następna wystąpi Iona Patterson na koniu Double Jinks, reprezentująca Wielką Brytanię! Czy ta para powtórzy spektakularny sukces z zeszłorocznego Grand Prix?" - przymknęła oczy, wyobrażając sobie, że zapowiada ich zawodowy komentator, a nie Henny Fisher, wiekowa właścicielka szkoły Whitemoor, która jak ognia unikała nowych technologii i korzystała wyłącznie z ręcznie wypisanej listy zawodników, przygotowujących się do startu w klasie nowicjuszy w ujeżdżaniu.
- Panno Patterson, pobudka! - zawołała skrzekliwym głosem Henny i wskazała laską kryty plac, urządzony w starej stodole. - Jesteś następna. Szykuj się.
Marzycielskie wizje Iony natychmiast zniknęły i dziewczyna westchnęła głęboko. Ponagliła swojego kuca i przesunęła dłonią po jego wypielęgnowanej grzywie, w którą jej mama jak zwykle wplotła bawełniane nici.
- Elastyczne gumki są takie tandetne - mawiała, trzymając igłę w ustach, kiedy splatała kruczoczarną grzywę przy świetle latarki czołowej. - Nic nie wygląda lepiej niż porządnie zapleciona grzywa związana nićmi.
Inne zawodniczki nie zaplotły grzyw swoim kucom, a nawet nie związały własnych włosów. Konie o zapadniętych grzbietach stały w pozycji spoczynkowej, machając cienkimi ogonami. Whitemoor było niewielką szkółką jazdy konnej, ale przyjazną i znajomą. Henny, mimo srogiego wyglądu, była bardzo miła i zawsze wspierała Ionę oraz jej konia. Chociaż dawno skończyła osiemdziesiąt lat, dziewczynce dobrze się z nią rozmawiało i nieraz prowadziły długie pogawędki o jeździeckich sprawach.
Double Jinks, na co dzień zwany Jinksem, potrząsnął głową, a Iona poklepała go po szyi, czując pod atramentowoczarną sierścią zwarte, silne mięśnie. Miał tylko metr trzydzieści dwa w kłębie, ale dzięki swojej postawie wydawał się wyższy. Sierść mu lśniła i chociaż biała derka była wystrzępiona na brzegach, a marynarka jeździecka Iony miała kilka zaciągniętych nitek, i tak byli zdecydowanie najlepiej prezentującą się parą.
- Dalej, mały - wyszeptała mu do ucha. - Wiem, że to nadal ten stary, znajomy plac, ale zacznijmy taniec.
Jinks ruszył kłusem. Jego krok był rytmiczny i zdecydowany, ale lekki. Iona zauważyła sędzię siedzącą w ogrodowej szopie, którą Henny ozdobiła wesołymi chorągiewkami, więc przejeżdżając obok, zwolniła na chwilę, żeby kobieta mogła odczytać jej numer. Nie znała tej sędzi, co uznała za miłą odmianę, ponieważ bardzo chciała poznać opinie różnych osób. Kiedy zadźwięczał dzwonek, wciągnęła głęboko powietrze i ustawiła się na środkowej linii. Nawet tutaj niezmiennie zachwycało ją, jak Jinks niemal płynie po arenie, gładko zawraca dokładnie tam, gdzie należy, z wygiętą, ale rozluźnioną szyją, i za każdym razem perfekcyjnie przechodzi do galopu. Pod koniec występu zasalutowała i serdecznie poklepała konia. Kątem oka z radością zauważyła, że sędzia uśmiecha się, notując coś w swoich papierach.
- Bardzo ładnie, Iono.
Sara, mama dziewczynki, czekała na nią na zewnątrz. Obejrzała występ córki z sektora dla publiczności, trzymając w ręce kubek z mocną kawą zakupioną w cateringowej przyczepie Henny. Określenie "sektor dla publiczności" brzmiało bardzo elegancko, w rzeczywistości były to jednak trzy plastikowe krzesła ustawione na podwyższeniu z drewnianych palet.
- Brawo, Jinks. - Sara otoczyła kuca ramionami i ucałowała go w zaplecioną grzywę.
W odpowiedzi delikatnie trącił ją chrapami.
Mama Iony uwielbiała tego niewielkiego, czarnego wałacha. Urodził się w jej stajni trzynaście lat wcześniej, zaledwie tydzień przed jej córką. Oboje zjawili się na świecie podczas burz, jednych z najgwałtowniejszych, jakie odnotowano w okolicy. "Powinnam była wiedzieć, w co się pakuję - żartowała często. - Z wami obojgiem".
- Nie mamy czasu, żeby czekać na wyniki - powiedziała teraz. - Całe popołudnie mam zajęte: dwie konne przejażdżki i do tego do Mouse przyjeżdża dentysta. Może później wrócisz tu na rowerze i odbierzesz swoje papiery? I tak będę musiała posłać cię do sklepu. Sama nie zdążę tam pójść przed zamknięciem.
- Dobrze. - Iona przyzwyczaiła się już do tego, że mama jest nieustannie zajęta.
Sara Patterson posiadała kilka niewielkich, krępych koników i prowadziła centrum trekkingowe, nastawione głównie na turystów, spragnionych przejażdżek po okolicznych wrzosowiskach i plażach. Właśnie rozpoczęła się jesienna przerwa w szkole, więc ruch był większy niż zwykle. Jednak zbliżała się zima, co oznaczało, że wkrótce nastąpią długie tygodnie, podczas których ruch całkiem ustanie. Kiedy obie szły przez parking, Iona czuła na sobie spojrzenia innych zawodniczek. Ciekawe, czy spodziewały się, że Jinks zostanie załadowany do eleganckiego samochodu do przewozu koni, o pasującej do jego maści czarnej, metalicznej karoserii, ze skórzanymi fotelami i logo sponsora na boku.
Tymczasem na kuca czekała stara półciężarówka Sary i przyczepa do przewożenia bydła. Jednak wyściełająca ją słoma była czysta, a w środku wisiała siatka ze słodko pachnącym sianem, które koń zaczął skubać z entuzjazmem.
Whitemoor leżało w odległości zaledwie kilku minut jazdy i wkrótce Iona zobaczyła wielkie kamienne kolumny stojące na końcu podjazdu, który wiódł do ich domostwa. Posiadłość Kestrel była dla niej domem od urodzenia, podobnie jak dla jej mamy. Nie mieszkały w ogromnej wiejskiej rezydencji; zajmowały domek przylegający do podwórza tuż obok. Rodzice Sary, czyli dziadkowie Iony, żyli i pracowali w tej posiadłości, a najem domku był przekazywany z pokolenia na pokolenie. Jej dziadkowie dawno już odeszli i wydawali się teraz częścią innego życia.
Iona lekko zadrżała, gdy ogromna rezydencja wyrosła tuż przed nią. Stała pusta od ponad dwóch lat, odkąd zmarła właścicielka, lady Van--De Writson, pozostawiając po sobie plątaninę spraw prawnych i różnych komplikacji do rozwiązania. Przez pewien czas mówiło się o sprzedaży, ale były to jedynie niejasne pogłoski. Iona wolała o tym nie myśleć, chociażby dlatego, że wzmianka o sprzedaży dotarła do niej tylko raz.
Penny, czyli lady Van-De Writson nalegała, żeby dziewczynka i jej mama zwracały się do niej po imieniu. Obie bardzo za nią tęskniły. Widząc jej stary płaszcz przeciwdeszczowy i zdezelowany samochód, nikt by nie odgadł, że jest multimilionerką. Często zaglądała do stajni, żeby się przywitać z końmi, pogawędzić z Ioną o ujeżdżaniu albo po prostu posiedzieć przy kuchennym stole nad filiżanką herbaty i pożartować z Sarą. Jej syn mieszkał za granicą. Iona powtarzała sobie stanowczo, że nigdy nie sprzedałby posiadłości. Przecież gdyby chciał, już by to zrobił. Starała się nie zwracać uwagi na fakt, że wokół domu nagle zapanował zwiększony ruch. Po wielu miesiącach spokoju na długim podjeździe zaczęły pojawiać się samochody. W wiosce słyszało się rozmowy o jakichś nieznajomych gościach.
Jinks wrócił na padok, do swojej najlepszej przyjaciółki, szetlandzkiej klaczy Merry, na której Iona uczyła się jeździć konno. Dziewczynka osiodłała Biscuita, Monty'ego i Pebbles, trzy trekkingowe kuce, po czym wsiadła na swój stary rower i ruszyła w dół krętego podjazdu, sunąc bez wysiłku, a wiatr smagał jej długie, splątane włosy w kolorze ciemnego blondu. Ten kolor odziedziczyła po tacie. Sara była drobna i ciemnowłosa, a wzrost i włosy Iony były zasługą genów ojca. "Córka Leo to wykapany ojciec" - słyszała przez całe życie.
Poczuła ukłucie żalu, gdy uświadomiła sobie, że od kilku dni nie odwiedziła taty, pochłonięta pracą przy koniach. Obiecała sobie, że pójdzie do niego później, gdy już odbierze swój wynik i zrobi zakupy. Leo Patterson spoczywał w wietrznym zakątku przykościelnego cmentarza, skąd roztaczał się widok na morze, które tak kochał. Iona go nie pamiętała - była niemowlęciem, gdy umarł - ale jej mama często i swobodnie o nim opowiadała, a w domu można było zobaczyć mnóstwo jego zdjęć. Przez wiele lat mieszkały tylko we dwie, aż Sara poznała w lokalnym wiejskim pubie Sama Jonesa. Sam niedawno przeniósł się w te strony w poszukiwaniu nowego początku i z chęci poznania uroków życia na wsi. Wcześniej pracował w mieście i nigdy nie chodził w kaloszach. Potrafił rozśmieszyć Sarę, życzliwie odnosił się do jej córki i już po dwóch tygodniach od ich pierwszej randki z własnej nieprzymuszonej woli wyrzucał obornik ze stajni. Pobrali się szybko i wkrótce zaczęło się wszystkim wydawać, że Sam od zawsze jest częścią Kestrel.
Po dwudziestu minutach jazdy Iona dotarła do Whitemoor, gdzie nadal trwały zawody. Oparła rower o ceglaną ścianę stodoły, w której miały zostać ogłoszone wyniki. Z radością zauważyła na stole czerwoną rozetkę przypiętą do niebieskiej kartki.
Henny wręczyła jej odznaczenie i szeroko się przy tym uśmiechnęła.
- Proszę bardzo, panno Patterson - powiedziała. - Twój kolejny sukces.
- Dzięki, Henny. - Iona wzięła rozetkę i wsunęła ją do kieszeni, szybko przeglądając kartki z wynikami.
Dużo ósemek i kilka dziewiątek. Wynik był wysoki: co prawda nie najlepszy, jaki osiągnęła, ale prawie. Komentarze okazały się przemiłe i gdy je czytała, czuła, jak poprawia jej się nastrój.
Henny zapisywała kolejne wyniki na tablicy.
- Jak się miewa twoja mama? - zapytała. - Nie miałam okazji z nią dziś porozmawiać.
- Bardzo dobrze - odparła Iona, wyobrażając sobie mamę, która w tej chwili zapewne jechała na Biscuicie, swoim ulubionym koniu, prowadząc grupę turystów i opowiadając im historie o katastrofach statków oraz o urokach tej nadmorskiej okolicy. Przejażdżkę pewnie zakończą galopem wzdłuż długiej, prawie pustej plaży, omywanej morskimi falami. - Jest dziś zajęta, prowadzi trekkingi - dodała.
- Wspaniała sprawa - odrzekła Henny, ale było widać, że myślami jest gdzieś indziej. - I niech tak będzie jak najdłużej. Czyli u was wszystko w porządku?
Iona czuła, że Henny umiera z ciekawości i chciałaby ją wypytać o możliwą sprzedaż posiadłości, ale przecież pewnie wiedziała o tej sprawie więcej niż ona sama. Zresztą i tak nie było tu nic do opowiadania.
Do stajni weszła sympatycznie wyglądająca kobieta, co przerwało ich rozmowę. Iona rozpoznała ją jako sędzię z dzisiejszych zawodów. Kobieta spojrzała na nią i uśmiechnęła się szerzej.
Iona spuściła wzrok. Narzuciła na sobie wełniany sweter, a włosy, teraz wolne od jeździeckiej siatki, bezładnie sterczały na wszystkie strony. Nadal miała na sobie bryczesy do jazdy konnej.
- Jeździłaś na czarnym kucu w klasie dla początkujących, prawda? - zapytała sędzia.
Iona skinęła głową.
- Dziękuję za świetną ocenę.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odparła kobieta. - Ocenianie twojego występu sprawiło mi wielką radość. Robisz coś jeszcze ze swoim koniem? Startujesz w oficjalnych zawodach w dresażu? Powinnaś pomyśleć o programie treningowym dla młodzieży.
Iona spędziła wiele wieczorów na dokładnym przeglądaniu ofert na laptopie, który zwykle służył jej do odrabiania pracy domowej, i skrupulatnym podliczaniu kosztów. Lekcje, rejestracja, opłaty wstępne, podróże - wszystko to niestety znacznie przekraczało ich możliwości finansowe. Obecnie stać ich było tylko na leżące po sąsiedzku Whitemoor, gdzie za lekcję płaciło się jedynie siedem funtów.
- Nooo... - Zerknęła na Henny, która patrzyła na nią z życzliwym zrozumieniem. - Jestem zadowolona z lokalnej szkółki.
Kobieta skinęła głową.
- Jeśli kiedyś zapragniesz pójść dalej, skontaktuj się ze mną, dobrze?
- Tak zrobię - odrzekła Iona, chociaż znała na pamięć zawartość strony internetowej z ofertami szkoleń. - Bardzo dziękuję.
Złożyła kartkę z wynikiem i schowała ją do kieszeni wraz z rozetką. Już miała wsiąść na rower, kiedy zobaczyła znajomą postać zmierzającą w jej kierunku. Jęknęła cicho. Nadchodząca dziewczyna była ubrana w śnieżnobiałe bryczesy i elegancko skrojoną marynarkę. Miała też buty z lakierowanej skóry i kask jeździecki ozdobiony sznurem kryształków. Tego typu kask nosiły ostatnio wszystkie końskie influencerki, a kosztował on ponad pięćset funtów. To oczywiste, że April Lewis też taki miała.
April pomachała do niej radośnie.
- Iona! Jak się masz?
- Dobrze - wycedziła Iona przez zaciśnięte zęby. - A ty?
- Wspaniale! - zaćwierkała April. - Przyjechałam, żeby trochę rozruszać Mambo przed jesiennymi mistrzostwami w Longlands w przyszły weekend. - Miała na myśli ekskluzywny klub jeździecki, położony kilka godzin jazdy od Whitemoor. - Jest w doskonałej formie.
- To cudownie. - Iona bardzo chciała zakończyć tę rozmowę, ale April najwyraźniej miała ochotę na pogawędkę.
- Jak się miewa Jenks? - ciągnęła.
Iona przewróciła oczami.
- Jinks - z naciskiem wymówiła imię swojego kuca - miewa się nieźle, dziękuję. - Wyjęła z kieszeni rozetkę, zła na samą siebie, że czuje przymus udowadniania April czegokolwiek. - Dziś przed południem wygrał w swojej klasie początkujących.
April się roześmiała.
- Och, u nas podobnie. Wygraliśmy w klasie podstawowej. Fajnie będzie, jak ty też dojdziesz do tego poziomu. Wygrana w Whitemoor to taka nie całkiem prawdziwa wygrana, prawda? A dzisiaj to tylko trening, nic poważnego - dodała słodko. - Potrzebuję konkurentki, więc pośpiesz się i osiągnij wyższy poziom, dobrze?
Radosny nastrój Iony zniknął bez śladu.
- Następnym razem - powiedziała, czując dotknięcie chłodnych macek zazdrości.
April robiła wszystko to, co ona pragnęła robić z Jinksem: trenowała z profesjonalistami, podróżowała do odległych, eleganckich centrów jeździeckich, wspinała się coraz wyżej po szczeblach kariery, zostawiając Whitemoor daleko za sobą. Miała też profil w mediach społecznościowych, na którym regularnie zamieszczała zdjęcia ze swoim Mambo: mnóstwo wdzięcznie pokazywanych znaków V, zalotnie wydętych warg na tle eleganckich klubów jeździeckich i fotografii nowego, kosztownego sprzętu. April starała się sprawiać wrażenie, że wszystkie te rzeczy dostaje za darmo od producentów, ale Iona wiedziała, że były to prezenty od rodziców rozpieszczających córkę.
Rodzina Lewisów mieszkała w dużym, nowym domu na obrzeżach miasta. Rodzice zapłacili fortunę za padok na tyłach i wybudowali dwie ładne stajnie obok garażu. April doskonale wiedziała, jak ustawić aparat, żeby jej mały dziedziniec wyglądał na o wiele większy. Iona nie mogła się powstrzymać i choć nie chciała się do tego przyznać sama przed sobą, o wiele za często odwiedzała profil April. Chyba umarłaby z zażenowania, gdyby koleżanka dowiedziała się, że ona regularnie obserwuje zamieszczane tam posty.
Iona bardzo rzadko publikowała cokolwiek w mediach społecznościowych, choć miała wiele wspaniałych zdjęć Jinksa, które zrobił jej ojczym. Był świetnym fotografem i wszystkie zdjęcia na stronie firmy mamy zostały zrobione przez niego. Dziewczynka lubiła być na bieżąco z tym, co robią słynne zawodniczki, takie jak Lottie Fry albo pochodząca z ich regionu Jessica Jefferies, którą nazywano wschodzącą gwiazdą dresażu. April wspomniała kiedyś mimochodem, że zna tę ostatnią, ale Iona w to wątpiła. Dwa razy przejeżdżała obok domu Jessiki. Podziwiała wielką bramę z kutego żelaza, ale chociaż bardzo się starała, nie zobaczyła stajni po drugiej stronie ogrodzenia. Jessica była tylko cztery lata starsza od niej, właśnie skończyła siedemnaście lat, ale wiodła zupełnie inne życie.
Uwolniwszy się w końcu od April, dziewczyna znów wsiadła na rower i ruszyła przed siebie. Dotarła do sklepu, gdy od strony morza zaczął nadciągać zmrok. Nucąc pod nosem, krążyła wśród półek. Włożyła do wózka torbę marchewek dla Jinksa i koni trekkingowych, a dla siebie wybrała batonik czekoladowy, ponieważ po pracowitym dniu nagle poczuła głód. Podziękowała sprzedawczyni i obiecała, że przekaże pozdrowienia mamie. Otworzyła drzwi i niespodziewanie wpadła na nieznajomego, który właśnie wchodził do środka.
- Uważaj! - warknął gniewnie.
- Przepraszam. Nie zauważyłam pana - usprawiedliwiała się.
- Może nie powinnaś tak się pchać na oślep - odburknął.
Iona zmarszczyła czoło.
- To było niechcący - powiedziała ostrzej, ale nieznajomy już ją wyminął.
Miał na sobie garnitur i czarny wełniany płaszcz. Nigdy wcześniej go tutaj nie widziała. Ciemne włosy nosił zaczesane do tyłu, twarz miał opaloną, jakby właśnie zszedł z luksusowego jachtu albo wrócił z modnego narciarskiego kurortu. Robił wrażenie bardzo zamożnego człowieka.
Wsiadając na rower, zerknęła na błyszczący samochód z napędem na cztery koła i znów spojrzała na mężczyznę, który teraz stał przy ladzie i niecierpliwie stukał palcami w blat. Wyjął z lodówki butelkę wody i najwyraźniej jak najszybciej chciał za nią zapłacić.
Iona poprawiła torbę i przystanęła, żeby przywitać się z małym terierem, uwiązanym przed sklepem. Już miała odjechać, kiedy mężczyzna z rozmachem otworzył drzwi i ruszył w stronę samochodu, rozmawiając głośno przez komórkę.
- Tak, już prawie jestem na miejscu - oznajmił. - Jeszcze kilka szczegółów i sprawa będzie zamknięta. Niedługo zostaniesz właścicielem.
W tej samej chwili napotkał spojrzenie Iony i uśmiechnął się złośliwie.
- To całkiem spory dom - oznajmił triumfalnym tonem. - Potrzebujemy jeszcze kilku dni...
Dziewczynkę ogarnęło przejmujące uczucie niepokoju. Czy dobrze usłyszała? Potrząsnęła głową i popedałowała w stronę domu, do Jinksa i swojej bezpiecznej przystani.
Rozdział drugi
Późniejszym popołudniem wyjęła komórkę i spojrzała na zdjęcie, które pstryknęła jej mama podczas konkursu. Mama nie była wprawnym fotografem i uchwyciła ją z otwartymi ustami, a Jinksa - z uszami położonymi po sobie. Zrobił tak, ponieważ uważnie jej słuchał, ale na zdjęciu wyszło to, jakby był wyjątkowo rozdrażniony. Zwykle blada twarz Iony była zaczerwieniona po przejeździe, a w tle jakaś pani jadła cheeseburgera. Iona miała zamiar zamieścić na swoim profilu jakąś fotkę z zawodów, ale to zdjęcie wyszło okropnie, a na dodatek w głowie cały czas dźwięczały jej słowa April: "Wygrana w Whitemoor to taka nie całkiem prawdziwa wygrana, prawda?". Z westchnieniem wykasowała fotografię.
Z chorobliwej ciekawości weszła na profil April. Dziewczyna niedawno coś opublikowała, a jej zdjęcie miało już ponad sto lajków. Nie zostało zrobione w Whitemoor, tylko na podjeździe przy domu April, gdzie stała w charakterystycznej pozie z jedną nogą ustawioną nieco przed drugą, trzymając Mambo za uwiąz. Puszysty nachrapnik na kantarze podkreślał piękny profil zwierzęcia, a uszy konia sterczały dziarsko. Ktokolwiek zrobił to zdjęcie, uchwycił wszystko idealnie: oświetlenie, pozę, każdy szczegół. Na dodatek w tle znalazły się nowiutki range rover jej ojca oraz ogromny wóz do przewożenia koni, zdecydowanie za duży na jedno zwierzę. Mimo że April wyśmiewała Whitemoor, Mambo wciąż miał przypiętą do kantara czerwoną rozetkę.
"Taki świetny dzień treningowy, ostatnie przygotowania przed wielkim pokazem w przyszłym tygodniu! - głosił opis. - Nie mogę się doczekać, kiedy zabiorę was wszystkich ze sobą".
Iona wpatrywała się w zdjęcie, a z zazdrości aż ściskało ją w gardle. April, jak wszystkie znane końskie influencerki, oznaczyła w poście markę kasku, marynarki, derki i butów. Do tego dokumentowała każdy swój ruch. Najwyraźniej bardzo zależało jej na sławie. Dziewczynka chciała wyjść z profilu koleżanki, ale przez pomyłkę kliknęła ikonkę serduszka, w ten sposób dodając kolejny lajk. Szybko jeszcze raz stuknęła w ekran, dzięki czemu naprawiła swój błąd, ale wiedziała, że April wszystko zauważy. Wyobraziła sobie jej złośliwy, pełen satysfakcji uśmieszek. Wyszła z profilu April i zajrzała na stronę Jessiki Jefferies, która tego dnia brała udział w wysoko notowanym pokazie. Wystąpiła na swoim słynnym koniu, pięknym gniadoszu o imieniu Razzmatazz, popularnie zwanym Taz. Zawodniczka dokumentowała przygotowania codziennymi fotorelacjami i opisami zakulisowych działań, a Iona chłonęła każde słowo i zdjęcie, wyobrażając sobie, że pewnego dnia będzie robić to samo. Spojrzała na najnowszą fotkę - czarno-białą, na której Jessica przytula Taza. Nie było tam zdjęcia z rozetką ani z rundy honorowej wokół areny. Krew zastygła dziewczynce w żyłach, gdy zaczęła czytać długi opis.
"To najtrudniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek musiałam napisać. Taz doznał dzisiaj kontuzji na skutek dziwacznego wypadku, który się wydarzył, kiedy ładowaliśmy go do przyczepy, żeby pojechać na zawody. Prawie go straciliśmy. Weterynarz już był i jestem ogromnie wdzięczna, że udało się go ocalić, ale czeka nas długa droga do odzyskania pełnej formy. Jestem oszołomiona i nadal to wszystko do mnie w pełni nie dociera. Kochani, przytulcie dziś swoje konie trochę mocniej. Taz jest mistrzem, ale jest też moim najlepszym przyjacielem".
Iona znów spojrzała na zdjęcie. Wyobraziła sobie, co by było, gdyby podobna rzecz przytrafiła się Jinksowi, ale natychmiast odsunęła od siebie tę myśl, ponieważ była zbyt bolesna. Biedna Jessica. Młoda zawodniczka często zamieszczała posty i odpowiadała na komentarze. Raz podziękowała Ionie za komplement, który ta napisała po jednym z jej zwycięstw. Nie była tak sławna jak olimpijki, ale wystarczająco znana, by odpowiedź od niej sprawiła dziewczynie ogromną radość. Informacja, że koń Jessiki prawie stracił życie, poruszyła ją do głębi. Złośliwe uwagi April przestały mieć znaczenie.
Z zamyślenia wyrwał ją głos mamy.
- Oscar przyszedł! - zawołała, stojąc u podnóża schodów.
Iona z wysiłkiem wstała z krzesła. Po zawodach bolały ją nogi - utrzymanie silnego Jinksa w ryzach było jak pełnowymiarowy trening - jednak bardzo chciała porozmawiać z Oscarem.
Zbiegła szybko po schodach i zobaczyła swojego przyjaciela, siedzącego przy dużym drewnianym stole w kuchni. Max, ich leciwy golden retriever, leżał przy kuchence, a na widok Iony zamachał radośnie ogonem. Sara jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki postawiła przed nimi coś ciepłego do picia. Chociaż nie była zbyt towarzyska, promieniowała ciepłem, a jej gościnność sprawiała, że w ich kuchni wszyscy czuli się bardzo dobrze. Uwielbiała Oscara, wieloletniego przyjaciela Iony. Dla jej córki jedynaczki był prawie jak brat.
- Twoja mama mówiła, że dziś wygrałaś - oznajmił chłopak. - Ekstra!
Powiedział to z tak szczerą radością, że Iona aż się uśmiechnęła. Zawsze mogła na nim polegać.
- Bardzo proszę. - Sara postawiła kubek parującej herbaty przed córką. - Idę do stajni, zrobić wieczorny porządek.
- Pomogę ci - zaproponowała dziewczynka, ale mama z uśmiechem potrząsnęła głową.
- Pogadajcie sobie. Sam zaraz wróci.
- Dzięki, mamo.
Iona wypiła łyk ciepłego napoju i od razu poczuła się lepiej. Wydarzenia mijającego dnia wytrąciły ją z równowagi. Przypadkowe spotkanie z April, wieści o wypadku konia Jessiki Jefferies i ten gburowaty facet w sklepie. A co, jeśli miał na myśli Kestrel?
- Wpadłem, żeby zapytać, czy słyszałaś coś więcej o tym pomniku - powiedział chłopak, a w jego brązowych oczach pojawił się ból. - Chcą go postawić przy Tor Point, trzy elementy dla trzech mężczyzn... coś, co by miało znaczenie... - Jego głos brzmiał coraz słabiej, aż całkiem ucichł.
Iona wzięła przyjaciela za rękę.
Fale, które zabrały jej tatę, zabrały również ojca Oscara. Zamilkli oboje, lecz po chwili dziewczyna potrząsnęła głową.
- Nic więcej nie słyszałam - powiedziała. - Wiem, że mama wybierała się na jakieś spotkanie z panem Lewisem, ponieważ do nas dzwonił. - Skrzywiła się, wymawiając nazwisko ojca April, który zasiadał niemal w każdym komitecie zajmującym się lokalnymi sprawami. - A właśnie. To mi przypomniało, że wpadłam dziś na April w Whitemoor. Była okropna, jak zwykle.
Mogłaby przysiąc, że Oscar lekko się zaczerwienił.
- Czy... czy coś o mnie mówiła? - Jego twarz przybrała głębszy odcień czerwieni.
Iona prychnęła cicho.
- Nie! Niby dlaczego miałaby? - Przymrużyła powieki i uważnie spojrzała na przyjaciela. - Co jest? - zdziwiła się.
- Tak pytam, bez powodu - zapewnił szybko. - Po prostu niedawno u nas była. Towarzyszyła ojcu, który przyszedł porozmawiać z mamą na temat tego spotkania.
- O biedaku! Współczuję. Ona jest nie do zniesienia - odrzekła z cichym jękiem.
Oscar wzruszył ramionami.
- Właściwie to była całkiem miła - stwierdził. - Może zmienia się, kiedy jest z dala od koni. To dziwne, że nigdy się nie zaprzyjaźniłyście. Wiem, że chodzicie do innych szkół, ale dorastałyście po sąsiedzku, obie uwielbiacie konie...
- Ona zawsze mówi do mnie takim tonem, jakbym była czymś, co zaledwie przed chwilą wypełzło spod kamienia. - Iona spojrzała gniewnie na przyjaciela.
- Ty również nie jesteś wobec niej słodka jak cukierek - zauważył. - Naprawdę nie jest taka okropna. Nie mówiłbym ci tego, gdybym myślał inaczej.
Iona zrobiła kwaśną minę.
- Tylko się z nią za bardzo nie spoufalaj.
Chłopak roześmiał się i potrząsnął głową.
- Powiedziałem jedynie, że jest dość miła. Nie szukam nowej przyjaciółki - dodał, przewracając oczami.
Iona też się roześmiała. Nieco niezdarny Oscar i pewna siebie, zawsze wystrojona April wcale do siebie nie pasowali.
Następny dzień wstał zimny i szary. Tutaj jesień wkradała się już pod koniec letnich wakacji, a zima dawała o sobie znać, kiedy w innych częściach kraju nadal panowało dyniowe szaleństwo i ludzie cieszyli się widokiem złotych liści. Iona podniosła sweter z podłogi w swoim pokoju. Przyczepiło się do niego kilka drobnych wiórków, wyglądających niczym pierwsze płatki śniegu. Pomyślała o nadchodzących miesiącach. Po zakończeniu ferii liczba rezerwacji na trekkingi konne znacznie spadnie. Kilkoro zapaleńców odważy się na weekendowe przejażdżki, ale nie będzie to już jak latem, kiedy wprost roiło się tu od turystów. Sara zostawi w stajni kilka kuców, żeby były gotowe do pracy, ale resztę wypuści na pastwisko, by jak najbardziej ograniczyć wydatki. Dzięki swojej gęstej sierści i wytrzymałej naturze wszystkie dobrze radziły sobie podczas surowych zim.
Krótko potem, po śniadaniu złożonym ze słabej herbaty i tostów z marmoladą, Iona osiodłała Jinksa i przygotowała się do wyjazdu. Nie będzie potrzebna w stajni jeszcze jakiś czas. Wyjechała na podjazd i za bramą skręciła w kierunku morza. Wzięła głęboki oddech, jakby zobaczyła ten widok po raz pierwszy. Za każdym razem wydawał jej się tak samo magiczny.
Jinks postawił uszy i wykonał kilka niemal tanecznych kroków.
Zaśmiała się, drapiąc go po kłębie.
- To twoje ulubione miejsce, prawda?
Pojechali krętą ścieżką między drzewami, która z każdym krokiem stawała się coraz bardziej piaszczysta. Po chwili przecięli łąkę, na której pasły się owce, a kiedy dotarli do żwirowej dróżki, otworzył się przed nimi widok na pełne morze. Dróżka wiła się zygzakowato, schodząc do rozległej, płaskiej plaży. Plaża była pusta, nie licząc kilku spacerowiczów z psami i jakiegoś surfera, ubranego w piankę. Iona patrzyła, jak mężczyzna wypływa coraz dalej we wzburzone niebieskoszare morze. "To jakiś wariat - pomyślała. - Po co z własnej woli robić coś takiego?" Jej myśli podążyły ku ojcu i się wzdrygnęła. Morze było dla niej domem, plaża - ulubionym miejscem do galopowania, ale jednocześnie ich nienawidziła. Gdy tylko czarne kopyta Jinksa uderzyły o piach, mocniej ujęła wodze, czując chłód skórzanych rzemieni, i pochyliła się nad czarną szyją konia.
- Wio - szepnęła i poczuła, jak koń z całą swoją siłą rusza przed siebie, wydłużając krok.
Prawie nie dotykając kopytami piachu, drobny kuc galopował naprzód. Białe grzywacze rozbijały się o brzeg i w tej samej chwili, w równym rytmie z Jinksem, surfer chwycił falę. Przez kilka sekund wydawało się, że się ścigają, jeden na lądzie, drugi na morzu. Słony wiatr rozwiał włosy Iony i sprawił, że z jej oczu pociekły łzy. Surfer nagle zniknął pod załamującą się falą, a dziewczyna poczuła, że jej serce stanęło. Zaraz jednak odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła, że mężczyzna wyłonił się ze spienionych białych bałwanów i otrząsnął wodę z włosów. Na jego twarzy malowała się euforia. Szeroko uśmiechnął się do Iony i uniósł oba kciuki. Pomachała mu i ruszyła dalej. Jinks zwolnił, kiedy dotarli do końca plaży. Jak zwykle spisał się wspaniale.
Przelotnie pomyślała o April, która pewnie w tej chwili trenowała przed mistrzostwami. Potrząsnęła głową i objęła szyję swojego pięknego czarnego kuca, który po przejażdżce był wyraźnie szczęśliwy i ożywiony. "To by mi wystarczyło - pomyślała - galopy po plaży w takie wspaniałe poranki". Wiedziała jednak, że Jinks ma zadatki na supergwiazdę, jeśli tylko da mu się odpowiednią szansę. Bardzo chciała mu ją dać.
Pragnęła tego bardziej, niż była w stanie przyznać.
Rozdział trzeci
Słońce wyszło, kiedy wracała do domu. Podziękowała mu bez słów, unosząc głowę. Cieszyła się ciepłem promieni i marzyła, że zapowiadany na drugą połowę tygodnia deszcz spadnie dopiero po zakończeniu ferii.
Kiedy niespiesznie wracała do domu po wykonaniu swoich porannych obowiązków w stajni, zauważyła w skrzynce na listy kolorowy magazyn dla koniarzy, który prenumerowała. Wyjęła go, a wraz z nim kilka ulotek reklamowych i list ze znaczkiem poczty lotniczej, zaadresowany do mamy i Sama. Poszła do kuchni, gdzie zastała ojczyma, parzącego kawę.
- Dzień dobry. Udana przejażdżka?
- Jak zwykle. - Iona wrzuciła kromkę chleba do tostera, na drugie śniadanie. Zamierzała nacieszyć się lekturą czasopisma. Zanim usiadła, podała Samowi ulotki i list. - To właśnie przyszło.
Sam zerknął na kopertę i zmarszczył czoło. Iona tymczasem zaczęła przeglądać magazyn. Natrafiła na artykuł o karmieniu koni, a jej wzrok przyciągnęła reklama, ukazująca Jessicę Jefferies i Taza, który demonstrował nową derkę znanego producenta sprzętu jeździeckiego. Od lektury tekstu o różnych rodzajach paszy oderwał ją głośny hałas. To Sam z impetem odstawił kubek na blat.
- No i stało się.
Dziewczynka podniosła wzrok. Jej zazwyczaj spokojny ojczym wydawał się zupełnie wytrącony z równowagi.
- Co takiego? - zapytała.
Przeczesał palcami włosy.
- To wiadomość od syna Penny - powiedział drżącym głosem. - Kestrel sprzedany!
- Sprzedany? - Po raz dwudziesty powtórzyła Sara. Siedziała przy stole z Samem, a Iona nerwowo kręciła się po kuchni, zapomniawszy o toście. - Wiem, że to nie nasza sprawa, i miałam świadomość, że ten dzień kiedyś nadejdzie, ale nie mogę sobie wyobrazić, że w rezydencji zamieszka ktoś inny.
- Tu jest to napisane czarno na białym. - Sam wskazał na list. - Wiadomo było, że dom nie pozostanie pusty na zawsze. Najważniejsze, że nasze gospodarstwo nie ucierpi; syn Penny jasno to zaznaczył. Klauzula w akcie własności oznacza, że możemy tu dalej mieszkać.
- Po prostu nie lubię zmian - powiedziała Sara.
- Wiem - odparł Sam. - Jestem pewien, że wkrótce poznamy nowych właścicieli. Nigdy nie wiadomo, może to początek czegoś wspaniałego.
Kiedy się uśmiechnął, Iona poczuła, że rosnące w niej napięcie ustępuje. Sam zawsze patrzył na sprawy racjonalnie. Jeśli on się nie martwi, to nie ma powodu, żeby ona się martwiła.
Następny dzień zapowiadał się pracowicie. Grupa kobiet po dwudziestce miała przyjechać na wieczór panieński. Oznaczało to, że będą potrzebne wszystkie konie do jazdy w terenie. Sara wymieniła kilka maili z organizatorką imprezy.
- Mam wrażenie, że to fajne dziewczyny - stwierdziła z entuzjazmem. - Wszystkie lubią konie. Planują galop wzdłuż plaży i dłuższą przejażdżkę z postojem w pubie.
W rezultacie Sara zarezerwowała dla nich całe popołudnie, zostawiając jedynie zamówienie od pewnej rodziny: mamy, taty i córki. Chcieli oni tylko przejechać się na plażę i z powrotem przed przybyciem grupy młodych kobiet.
Iona pieszo oprowadzała dziewczynę na lonży, słuchając jej paplaniny.
- Nie chciałam tu przyjeżdżać, ale mama się uparła - powiedziała tamta.
- Aha. Jeździłaś już kiedyś konno? - zapytała Iona.
- Nigdy. Zwykle spędzamy wakacje w przyczepie babci. - Skrzywiła się. - Zawsze chciałam pojechać do Disneylandu. Byłaś tam kiedyś?
Iona uśmiechnęła się, wyobrażając sobie mamę na kolejce górskiej.
- Nie - odrzekła. - Właściwie to nigdy nie wyjeżdżamy na dłużej. Ktoś musi zajmować się końmi.
Nie chciała przyznać, że nigdy nie była na wakacjach. Trochę ją to zawstydzało; dziewczynka była młodsza od niej o rok lub dwa.
- Mogę przyśpieszyć? - usłyszała.
Wzruszyła ramionami.
- Dobrze. Tylko trzymaj się mocno grzywy. To łagodny koń, ale kiedy kłusuje, bardzo podrzuca.
Dziewczynka piszczała z radości, a Iona biegła za koniem. Wszystkie ich kuce traktowały z wielką tolerancją początkujących jeźdźców. Sara każdego osobiście selekcjonowała według surowych kryteriów. Były z natury bardzo spokojne i doskonale nadawały się do jazd w terenie. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby któryś popełnił jakiś błąd.
- Wygląda to na świetną zabawę - stwierdziła mama dziewczynki. - Mogę i ja spróbować?
- Jest pani pewna? - spytała Sara.
- Tak. To będzie główna atrakcja mojego wyczekiwanego urlopu.
- Dobrze. Przebiegniemy kilka kroków na lonży. Proszę się mocno trzymać grzywy, unosić się i opadać zgodnie z rytmem kroków konia.
- Rozumiem - odparła kobieta pewnym głosem, ale nie przejechała nawet kilku metrów, kiedy nagle zsunęła się na bok i spadła z siodła, lądując bezwładnie na piaszczystej ścieżce.
Iona zamrugała z niedowierzaniem. Jak to się stało? Kuc nie potknął się ani nie spłoszył. Ta kobieta musiała być całkowicie pozbawiona poczucia równowagi.
Wyraźnie zaniepokojona Sara zatrzymała konia, a klientka wstała niezdarnie, wyginając nadgarstek i poruszając palcami dłoni.
- O nie! Jak to boli! - jęknęła.
- Po powrocie przyłożymy lód - powiedziała zdenerwowana Sara.
Prawie się nie zdarzało, żeby ktoś spadł z siodła podczas turystycznej przejażdżki. Po chwili zamieszania kobieta ponownie wsiadła na konia, ponieważ w drodze powrotnej do stajni trzeba było pokonać dość strome podejście. Wyglądała na całą i zdrową, co przyniosło Ionie ulgę. Trzymała wodze obiema rękami i cały czas rozmawiała. Iona nadal nie była pewna, jak doszło do upadku - Jenny, klacz, której dosiadała kobieta, była najspokojniejsza z całej grupy - ale uznała, że wszystko jest możliwe, zwłaszcza gdy ktoś nigdy wcześniej nie jeździł konno.
Iona wraz z nastolatką znajdowały się na końcu, kiedy grupka dotarła do podjazdu wiodącego do gospodarstwa.
- Ojej! Chciałam zrobić zdjęcie, ale mam wyczerpaną baterię w telefonie - zmartwiła się dziewczynka.
- Nie ma problemu - uspokoiła ją Iona. - Pstryknę fotki swoją komórką i ci prześlę. Przytrzymaj konia.
- Wielkie dzięki! - Dziewczynka patrzyła uszczęśliwiona, jak Iona robi zdjęcie za zdjęciem, a następnie przesyła je na jej numer.
- Dzięki! - powtórzyła z szerokim uśmiechem. - Bardzo mi się podobało. Chyba poproszę o lekcje jazdy konnej na prezent urodzinowy.
Sara zajęła się nadgarstkiem jej mamy, a kiedy rodzina odjechała, zwróciła się do Iony.
- Będą potrzebne wszystkie konie! - oznajmiła podekscytowana.
To było cudowne popołudnie. Wszystko wokół wydawało się złote: plaża, liście na drzewach i odległe wrzosowiska.
- Całe szczęście, że pogoda dopisuje - powiedziała Sara, krzątając się w pośpiechu.
Sam pomagał w przygotowaniu koni. Razem z Sarą stworzyli prawdziwie zgrany zespół; on naprawił walące się ogrodzenie, wymienił drzwi do stodoły i jeździł ich małym zielonym traktorem, dbając o utrzymanie pól. Iona nie mogła sobie wyobrazić, że kiedyś jego codziennym strojem był garnitur.
- Niedawno widziałem tu Oscara - wspomniał Sam, zaciskając popręg Mouse. - Jakieś nowe wieści dotyczące pomnika?
Sam często rozmawiał z Ioną o jej ojcu, chociaż należał do nielicznej grupki mieszkańców okolicy, którzy nigdy go nie poznali. Czasami wydawało się jej dziwne, że tylu ludzi pamięta jej tatę, podczas gdy ona nie zachowała o nim żadnych wspomnień.
- Właściwie nic nowego - odrzekła, zakładając siodło na Conkera, kolejnego kuca do jazdy w terenie. Wygładziła filcową podkładkę. - Wciąż odbywają się spotkania. Pewnie trudno zdecydować, co wybrać, ponieważ morze bardzo wiele dla niego znaczyło, ale... - zamilkła na chwilę i z wysiłkiem przełknęła ślinę - ...ale konie również.
- Jeśli projekt będzie trafiony, od razu to poznasz - zapewnił Sam.
Przez kilka minut pracowali w milczeniu. Potem Sam cofnął się o krok, a na jego twarzy pojawił się wyraz dumy.
- Gotowe. Wspaniały widok, prawda? Wiem, że twoja mama jest bardzo zadowolona. Dotychczas nie mieliśmy tak dużego zamówienia.
Iona spojrzała w jego stronę. Osiodłane konie, z kantarami nałożonymi na ogłowia, stały spokojnie w szeregu przed stajnią. Każdy z nich był perfekcyjnie wypielęgnowany, kopyta miały lśniące, grzywy - starannie uczesane, a Sara nawet odnalazła różowy czaprak dla kuca, na którym miała jechać przyszła panna młoda. Grupa uczestniczek wieczoru panieńskiego powinna zjawić się lada chwila.
- Ależ to są emocje - rzekła Sara. - Nadchodzący ślub, całe to radosne zamieszanie. - Na krótką chwilę w jej oczach pojawił się smutek.
Iona pamiętała jej ślub z Samem w urzędzie stanu cywilnego w miasteczku. Mama miała na sobie znoszone dżinsy, a Sam - stare sztruksowe spodnie. Ślub z Leo i wesele w ogrodach posiadłości były o wiele bardziej uroczyste. Iona czasami przeglądała stare fotografie. Wśród gości znaleźli się Penny i wszyscy mieszkańcy wioski. Mama i tata, który był doskonałym jeźdźcem, do kościoła pojechali konno.
Minuty mijały, konie leniwie przestępowały z nogi na nogę i drzemały w słońcu. Jinks i Merry poszli w stronę łąki. Za nimi podążyły dwie małe, czarnonose owieczki, pobekując wesoło. Sara przeszła na drugą stronę dziedzińca, zauważając po drodze, że w dali nad morzem zbierają się czarne chmury.
- Trochę się spóźniają - zauważyła beztrosko. - Ale to nie szkodzi. Na pewno miały dziś bardzo pracowity dzień.
Iona poklepała Jinksa. Bardzo chciała, żeby grupa już się zjawiła.
- Zadzwonię do dziewczyny, z którą rozmawiałam - zadecydowała Sara, gdy minęło kilka następnych minut. - Może pomyliły drogę. - Wystukała numer i przyłożyła telefon do ucha, uśmiechając się do Iony. Po chwili na jej twarzy pojawił się wyraz powątpiewania. - Zaraz, zaraz - powiedziała trochę do siebie, trochę do córki. - Może pomyliłam którąś cyfrę.
Jeszcze raz wybrała numer i chwilę nasłuchiwała, wyraźnie zaniepokojona.
- To dziwne. Słyszę komunikat, że numer jest nieznany. Ale przecież z nią rozmawiałam! Dzwoniłam właśnie na ten numer!
- Dajmy im jeszcze trochę czasu - zaproponował rozsądnie Sam. - Jak sama mówiłaś, mogły się zgubić. Nie tak łatwo do nas dojechać.
Iona jednak czuła, że klientki nie przyjadą. Pół godziny zmieniło się w godzinę, potem w półtorej, aż w końcu Sara porzuciła nadzieję.
- Cóż, to by było na tyle - powiedziała zrezygnowana. - Chodźmy. - Gestem wskazała na kuce, które nadal spokojnie skubały siano zawieszone w siatkach. - Rozsiodłajmy je.
Iona dostrzegła rozpacz na twarzy mamy. Stracili dużą część przewidywanych dochodów. A następnego ranka nadszedł kolejny cios. Iona obudziła się wcześnie i usłyszała deszcz bębniący w szybę świetlika. Jej sypialnia znajdowała się na poddaszu, więc zazwyczaj rozciągał się z niej widok na posiadłość aż po samo morze. Dzisiaj jednak wszystko było zamazane. Deszcz już nadszedł. Mama powiedziałaby, że leje jak z cebra. Dziewczynka wciągnęła w płuca chłodne powietrze i ciężko westchnęła. Niechętnie odrzuciła kołdrę i wyjęła z szafy parę legginsów oraz wełniany sweter.
Sara już krzątała się po podwórzu. Jakkolwiek wcześnie Iona by wstała, mama zawsze była na nogach. Wyglądało na to, że tej nocy dużo nie spała. W kapturze na głowie roznosiła w czarnych plastikowych kubłach paszę na śniadanie, krążąc od stajni do stajni. Większość koni do jazdy w terenie dostawała trochę sieczki i kilka marchewek, starsze kuce karmiono lekkostrawną karmą z siemieniem lnianym i otrębami, a Jinks jadał specjalną mieszankę energetyczną.
- Poranna rezerwacja została odwołana. - Sara westchnęła, przygnębiona. - I od początku tygodnia nikt nie dzwonił. Właściwie to nikt nie dzwonił od kilku tygodni. Może wszyscy widzieli prognozę pogody.
Iona nie miała im tego za złe - pogoda naprawdę była okropna - ale po wczorajszej katastrofie brak zamówień to był następny cios. Cały dzień miał przynieść stratę, podobnie następny. Zbliżał się koniec ferii, a nie zapowiadało się na poprawę pogody. Przez resztę tygodnia Sara zorganizowała tylko jedną, zamówioną wcześniej jazdę dla jakiejś wytrwałej pary w nieprzemakalnych strojach, która wybrała się konno na plażę. Poza tym nikt nie dzwonił. Kalendarz świecił pustkami.
Późniejszym popołudniem tego samego dnia Iona zdjęła nieprzemakalną kurtkę i włożyła inną, która suszyła się przy kominku. Skrzywiła się, kiedy poczuła, że mankiety są nadal wilgotne. Przez ostatnie dni nic nie chciało wyschnąć do końca. Poczuła, że zbliża się powrót do szkoły, co było równie przygnębiające jak deszczowa pogoda. W ostatnim dniu ferii, w miejscu oddalonym o godzinę jazdy z Kestrel był zaplanowany trening ujeżdżania, ale dziewczynka nie śmiała zapytać mamy, czy mogłaby się zapisać w ostatniej chwili. Postawiła czajnik na kuchence, żeby dla rozgrzewki zaparzyć gorącą herbatę przed wieczornym obrządkiem stajni.
Przeglądając telefon, kliknęła profil April. To było niczym zadawana sobie samej tortura, ale nie potrafiła się powstrzymać.
Cześć wszystkim! W końcu mamy słońce. Mieliśmy dziś z Mambo świetną rozgrzewkę - nie możemy się doczekać jutrzejszych zawodów!
Fotografia przedstawiała artystyczne ujęcie April i Mambo wjeżdżających na piękną arenę, ozdobioną międzynarodowymi flagami. Jesienne słońce podkreślało kasztanowy połysk zadbanej sierści Mambo. April wyglądała elegancko w czarnym stroju i kasku ozdobionym kryształkami. Gdyby Iona była ostatnio na treningu, może zdołałaby stłumić trochę zazdrość, ale nie jeździła na Jinksie od czasu przejażdżki po plaży. Rozmiękłe od deszczu wrzosowiska oraz smagana porywistym wiatrem i strugami deszczu plaża nie motywowały do jazdy.
Iona zaniosła mamie herbatę i wróciła do swoich obowiązków. Miała nadzieję, że codzienne czyszczenie boksów, napełnianie siatek sianem i dolewanie wody do kubłów pozwoli jej oderwać myśli od rzeczywistości.
Kiedy przywiązywała siatkę z sianem dla Jinksa, kuc trącił ją nosem.
- Wiem, koniku, czuję się tak samo - wymamrotała. - Ale co możemy na to poradzić?
Po powrocie do domu Iona przekonała się, że może być jeszcze gorzej.
Mama siedziała przygarbiona przy kuchennym stole.
- Ciągle coś na nas spada - oznajmiła drżącym głosem. - Pamiętasz tę rodzinę z początku tygodnia? Byli tu tego dnia, kiedy nie pojawiła się grupa kobiet na wieczór panieński.
- Chodzi o tę kobietę, która spadła z siodła?
Sara wsparła głowę na dłoniach.
- Przecież nic jej się nie stało. Sprawdziłam to - powiedziała Sara dobitnie. - Teraz okazuje się jednak, że uszkodziła sobie nadgarstek. Jakieś skomplikowane zwichnięcie. Podobno nawet nie może utrzymać torby z zakupami. - Jęknęła. - Podaje nas do sądu.
- To jakaś bzdura! - zawołała Iona.
Sara tylko potrząsnęła głową.
- Musimy to potraktować poważnie. Twierdzi, że po upadku nie mogła dalej jechać, a my to zlekceważyliśmy. Mówi, że nasze konie są narowiste i nie nadają się do jazd w terenie.
Po kolacji Iona znów wyszła na dziedziniec i nagle coś sobie przypomniała. Wyjęła z kieszeni telefon. Tego dnia ona zajmowała się córką tej kobiety. Dziewczynce wyczerpała się bateria w telefonie, więc Iona zrobiła dla niej kilka zdjęć. Teraz przejrzała zawartość galerii, w nadziei, że ich nie wykasowała.
Po chwili wydała cichy okrzyk triumfu. Proszę! Na pierwszych dwóch zdjęciach w tle było widać rodziców dziewczynki. Ich sylwetki były trochę niewyraźne, ale to byli oni. Oboje na koniach, z uśmiechami na twarzy, a kobieta trzymała wodze obiema rękami.
- Mam to! - zawołała, pokazując telefon Jinksowi. Ten obwąchał go z zaciekawieniem. - Przecież to jest dowód, prawda?
Sara jednak wątpiła, czy tyle wystarczy.
- To już coś, ale czy potrafimy udowodnić, że zdjęcie zostało zrobione po upadku?
Iona zerknęła na telefon.
- Pewnie, że tak - oznajmiła. - Zobacz, wracamy już na dziedziniec, więc to musi być po upadku. Przecież zajmą się tym jacyś detektywi, prawda? Na pewno będą w stanie to potwierdzić.
Matka uśmiechnęła się do niej blado.
- Och, skarbie, to nie jest serial telewizyjny. Zdarzył się drobny wypadek, ale wystarczy, żeby... - Urwała. - Może mieć poważne konsekwencje. - Twarz jej posmutniała. - Brak nam wystarczających środków, żeby walczyć.
Iona nie była pewna, czy mama mówi do niej, czy do siebie.
Rozdział czwarty
Na zawodach April jak zwykle wypadła znakomicie. Iona oczywiście nie chciała, żeby przydarzyło jej się coś złego, ale dlaczego April zawsze musiała wygrywać? Znalazła się w pierwszej trójce i mogła odbyć triumfalną rundę wokół głównej areny, z rozetką większą od głowy Mambo. Zakwalifikowała się do wielkich mistrzostw w ujeżdżaniu, mających się odbyć pod koniec roku, a po zawodach udzieliła krótkiego wywiadu, który został pokazany na jednym ze znanych kanałów jeździeckich.
April uśmiechała się promiennie z ekranu telefonu, a Iona patrzyła na nią wrogo.
- Bardzo ciężko pracowałam razem z Mambo. Nie było łatwo, ale jesteśmy teraz wspaniałym zespołem.
Iona parsknęła ironicznie. Dobrze wiedziała, że Mambo został kupiony jako jeden z najlepszych koni w swojej klasie, już wytrenowany i wystawiany w zawodach najwyższej rangi. Plotka głosiła, że rodzice April zapłacili trzydzieści tysięcy funtów za konia, kiedy córce zachciało się uprawiać jeździectwo po świątecznej wizycie na najsłynniejszym brytyjskim wydarzeniu jeździeckim - London Horse Show. Rodzina obserwowała zawody, siedząc w jednej z lóż. Iona nie raz o tym słyszała. Zainteresowanie April jazdą konną początkowo ją ucieszyło. Miała nadzieję, że zostaną przyjaciółkami. Tyle że April prześcignęła ją w błyskawicznym tempie.
Iona starała się nie myśleć o potwierdzonej sprzedaży rezydencji i o perspektywie wielkich zmian w swoim życiu. Nie było jednak możliwości, żeby o tym zapomnieć. Jeśli dodać do tego potencjalną sprawę sądową, to można było odnieść wrażenie, że złe wiadomości walą się na nich lawinowo ze wszystkich stron. W ciągu dwudziestu czterech godzin przyszedł kolejny list podający datę spotkania z agentem zaangażowanym w sprzedaż posiadłości.
Sara z wielkim niepokojem oczekiwała na jego przybycie.
- Po co to osobiste spotkanie? Nie można po prostu zadzwonić?
Sam podniósł wzrok znad laptopa.
- Mam nadzieję, że to zwykła uprzejmość. Chce nas po prostu poinformować o zaistniałej sytuacji.
Z pełną powątpiewania miną Sara nastawiła wodę na herbatę. Po chwili podniosła wzrok i jęknęła.
- Merry znów uciekła! Nie wiem, jak przeskakuje przez te drzwi. Iono, czy mogłabyś się nią zająć? Muszę tu trochę posprzątać przed przybyciem tego faceta. Uzdy rozrzucone na stole mogą mu się nie spodobać.
Iona rozejrzała się po kuchni: swojski, ciepły piec marki Rayburn, wyszorowany drewniany stół, na którym leżał sprzęt jeździecki, rudy kot wyciągnięty na szerokim parapecie, rozetki zdobyte przez nią w Whitemoor zawieszone na belce. Panowała tu domowa i bezpieczna atmosfera. Dziewczynka nie chciała, by ktokolwiek zakłócał spokój ich domu, zwłaszcza ktoś, kto mógłby przynieść jeszcze więcej złych wiadomości. Jednak zgodnie skinęła głową.
- Jasne.
Merry nie odeszła zbyt daleko. Mała szetlandzka klacz skubała trawę na skraju dziedzińca, ku wielkiej irytacji Jinksa, który uderzał w drzwi swojego boksu, żądając, żeby pozwolono mu dołączyć do przyjaciółki. Iona poszła do siodlarni, żeby przynieść kantar Merry. W środku aż krzyknęła ze zdziwienia. Stał tam mężczyzna, trzymał ręce za plecami i patrzył w górę na belki krzyżujące się pod sufitem starego budynku. Odwrócił się, ale nawet nie drgnęła mu powieka. Był elegancko ubrany w niebieski garnitur i trzymał skórzaną teczkę, trochę jak te, których kiedyś używał Sam.
- Zgubiłem się - oznajmił spokojnie. - Mam się spotkać z Sarą i Samem.
Iona położyła sobie dłoń na piersi, czując, jak mocno bije jej serce.
- Przestraszył mnie pan - rzekła. - Powinien pan pójść do tamtego domu.
Podziękował jej i przeszedł po brukowanym placyku, wygładzając włosy i zgrabnie przeskakując kałuże. Patrzyła za nim, marszcząc brwi. Było dość oczywiste, że podwórze i zabudowania gospodarskie to nie dom. Obserwowała, jak omija Maxa, który wyszedł na zewnątrz. Może ten mężczyzna nie był przyzwyczajony do wiejskich klimatów.
Odprowadziwszy Merry i Jinksa na pole, Iona wróciła do domu.
- O, dzień dobry - powiedział mężczyzna radośnie. - Znalazłem dom. - Odwrócił się z powrotem do Sary i Sama. - Tak jak mówiłem, rozumiemy, że poprzednia właścicielka Kestrel, lady Van-De Writson, dodała do aktu klauzulę, zgodnie z którą mieliście pozostać najemcami tego domku i podwórza na czas nieokreślony. - Zawiesił głos, jakby to słowo było mu niemiłe. - Ale przecież wszyscy wiemy, jak trudno prowadzić tu działalność. To nie jest turystyczna mekka, a z tego, co rozumiem, zimą właściwie nic tu się nie dzieje. Na dodatek firma ostatnio miała trudności... - Pochylił się do przodu z beztroskim uśmiechem, jakby prowadził niezobowiązującą pogawędkę. - Moja propozycja to byłoby dla was dobre wyjście.
Sam podniósł się zza stołu.
- Nie szukamy żadnego wyjścia - oznajmił uprzejmym tonem, ale Iona wyczuła nutę napięcia w jego głosie. - Ale dziękuję za potwierdzenie, że istnieje klauzula dająca nam prawo do zajmowania tego domu. Bezterminowo.
Mężczyzna bez pośpiechu usadowił się wygodniej na krześle, wolno zebrał papiery i z teatralną celebrą dopił herbatę.
- Tu znajdziecie mój numer - powiedział i popchnął w ich stronę kremową wizytówkę. - Bądźmy w kontakcie. Może z czasem wasze nastawienie się zmieni. - Uśmiechnął się, ale nie był to miły uśmiech.
Był to leniwy, gadzi grymas, który przyprawił Ionę o zimny dreszcz.
Kiedy tylko mężczyzna wyszedł, usiadła za stołem. W kuchni zapanowała atmosfera niepokoju.
- O co tutaj w ogóle chodziło?
Sara zerknęła na Sama.
- Nie ma się o co martwić. To był jeden z ludzi, którzy zajmują się sprzedażą posiadłości. Planują zmienić rezydencję w ekskluzywny hotel dla ludzi z miasta, którzy przyjadą tu, żeby... jak on to ujął? - Zmarszczyła nos. - Żeby zasmakować wiejskiego życia. Chcą odkupić od nas dzierżawę, żeby wykorzystać stajnie. Jako spa. - Przewróciła oczami. - Możesz to sobie wyobrazić?
Iona spojrzała na mamę, a potem na ojczyma.
- Ale się nie zgodzimy, prawda? - zapytała niespokojnie.
- Jasne, że nie - odrzekła Sara z przekonaniem. - Nawet gdyby nam sporo zapłacili, pewnie nie znaleźlibyśmy równie pięknej lokalizacji. Co najwyżej moglibyśmy wynająć jakiś domek w miasteczku. Ale na pewno nie stajnię. Powiedziałam mu, że tutaj prowadzę swoją działalność, tutaj mieszkają moje konie. To coś więcej niż dzierżawa, to nasze życie. Kestrel od zawsze był częścią naszego życia. - Uniosła głowę. - Muszą to po prostu zaakceptować. Znacznie lepiej by na tym wyszli, gdyby zdecydowali się na współpracę z nami.
Sam się roześmiał.
- Twoja mama nieźle mu wygarnęła - powiedział do Iony. - Nie ma się czym martwić. Zostaniemy tutaj.
Iona nigdy nie miała żadnego innego domu oprócz Kestrel. A dla Sama, chociaż mieszkał tu dopiero od kilku lat, to też było ważne miejsce.
- Widziałam go już wcześniej - oznajmiła. - W siodlarni. Rozglądał się.
- Wścibski typek - stwierdziła Sara z niechęcią. - Nic nie mogą zrobić. Mogą tylko prosić. Jesteśmy w pełni zabezpieczeni przez tę klauzulę. Myśleli, że tak po prostu się tutaj wproszą i nas wykupią, ale wyjaśniłam mu co i jak.
Mama mówiła tak pewnym tonem, że Iona postanowiła jej uwierzyć.
- Chodźmy na kolację do pubu - zaproponowała nagle Sara, kiedy już przyprowadziły konie z pola.
Po wizycie mężczyzny w domu nadal panowała niespokojna atmosfera. Deszcz przestał padać, ale wszystko było mokre, a po podwórzu płynęły strużki wody. W końcu jednak wyszło późne słońce, które odbijało się od przemoczonych końskich zadów. Jinks i Merry wesoło galopowały po padoku, ziemia skrzyła się od wilgoci. Sara prowadziła jednocześnie cztery kuce, Iona - trzy. Mama uśmiechnęła się do niej.
- Co powiesz na tę propozycję? Za nami kilka dziwnych tygodni i nabrałam ochoty na frytki.
Gorące frytki, trzaskający ogień i uroczy spaniel Rusty, który często wylegiwał się na dywaniku przed kominkiem. To brzmiało bardzo kusząco. Sara zawołała Sama, który pchał taczki po bruku podwórka.
- Właśnie zaproponowałam Ionie, żebyśmy poszli do pubu na frytki - powiadomiła go. - Co ty na to?
- Brzmi wspaniale. - Uśmiechnął się. - Ale idźcie same. Ja dokończę robotę.
Sara uściskała go mocno, a on wrócił do pracy. Wydawał się mieć sporo na głowie. Pracował naprawdę ciężko, bez wytchnienia i nigdy nie narzekał. Iona czasami zastanawiała się, czy ojczym tęskni za swoim dawnym życiem. Zaśmiał się, kiedy raz go o to zapytała, i zapewnił, że wcale nie. Już nie mógłby wrócić do miasta. Kestrel tak na niego podziałało.
Wizyta w ciepłym, przytulnym pubie to była prawdziwa przyjemność. Jake, właściciel, oparty o bar przyjął zamówienie Sary. Iona nieopodal głaskała Rusty'ego.
- Co tam słychać w wielkim domu? - zagaił Jake w typowym dla siebie plotkarskim stylu. - Wczoraj obsługiwałem jakiegoś faceta, który mówił, że się tam wybiera. Widziałem go tu już kilka razy.
- Dom został sprzedany - oznajmiła Sara. - Na pewno wszyscy się o tym wkrótce dowiedzą.
- Tak właśnie myślałem, że coś się kroi. Ten gość mi się nie podobał. - Jake potrząsnął głową. - Miastowy bubek. Nieuprzejmy. Mam nadzieję, że nie oznacza to dla was kłopotów.
- Ależ skąd - zapewniła Sara stanowczo.
Jednak kiedy odwróciła się do Iony, podając jej szklankę coli z lodem, córka dostrzegła zmartwienie wypisane na jej twarzy i jeszcze mocniej przytuliła Rusty'ego.
W domu nadal panowała atmosfera niepewności, kiedy nadszedł dzień powrotu do szkoły. Iona zwykle biegła podjazdem do przystanku na głównej drodze, żeby złapać szkolny autobus, ale ponieważ Sara oznajmiła, że musi jechać na zakupy, córka wskoczyła do kabiny półciężarówki. Wiedziała, że mama jest umówiona w banku, choć ta najwyraźniej chciała to przed nią ukryć. Już miały wyjechać na podjazd, ale Sara musiała ostro zahamować, ponieważ jakaś wielka ciężarówka zablokowała im drogę. Za jej kierownicą siedział mężczyzna i gapił się na nie.
Sara opuściła szybę.
- Może pan się ruszyć? - zawołała. - Chcemy przejechać.
Jednak facet nadal siedział bez ruchu i tylko się gapił. Po chwili nadjechały jeszcze dwie ciężarówki i ustawiły się za nim. Iona zauważyła, że mama mocniej zaciska dłonie na kierownicy. Nie dało się wyminąć tej blokady. Sara zatrąbiła, ale nie doczekała się żadnej reakcji.
Widać było, że jest tą sytuacją poruszona.
- Pobiegnę do głównej drogi - zaproponowała dziewczynka i już miała otworzyć drzwi, ale matka położyła jej dłoń na ramieniu.
- Nie - powstrzymała ją. - Zostań tutaj.
Trzy ciężarówki przytłaczały swoim ogromem ich pojazd i wprowadzały atmosferę zagrożenia. W końcu zawarczał silnik i pierwsza z nich odjechała, a za nią dwie pozostałe. Skierowały się do rezydencji. Mijając Ionę i jej mamę, kierowcy bezczelnie im się przyglądali. Sara mogła teraz wyjechać na podjazd. Dziewczynka zobaczyła w oddali, jak szkolny autobus odjeżdża z przystanku. Spóźniła się.
- Cholera - warknęła podminowana Sara. - Ale nie martw się. Dziś cię podrzucę do szkoły. To było irytujące! Pewnie nie umieli wycofać, a nie chcieli się skompromitować - dodała, parskając śmiechem, jednak Iona poczuła, że przebiega ją zimny dreszcz.
To było coś więcej niż irytujący incydent. To było ostrzeżenie.
Wymachując torbą, Iona wracała od przystanku do domu po pierwszym dniu lekcji. Westchnęła ciężko. W szkole się wynudziła, a na dodatek cały dzień świeciło słońce, odbijając się od morskich fal. Spojrzała na nie z urazą. Dlaczego nie mogło tak świecić w zeszłym tygodniu?
Nie było żadnego sposobu, żeby uratować końcówkę szkolnej przerwy albo ostatnie tygodnie jesieni. Zwykle w sezonie zarabiali wystarczająco dużo, żeby przetrwać zimę, ale tym razem nie mieli prawie żadnych dochodów.
Tego ranka Sarze nie udało się wystarczająco szybko ukryć poczty. Wśród listów znalazło się kilka szarych kopert i jedna biała, oznaczona jako prywatna i poufna. Iona czekała na odpowiednią chwilę, żeby porozmawiać o zgłoszeniu się do kolejnego pokazu w Whitemoor, lecz może powinna zasugerować, żeby Jinks spędził zimę na pastwisku z kucami trekkingowymi i na jakiś czas zrezygnować ze swoich planów. "Ale to niesprawiedliwe - odezwał się w niej cichy wewnętrzny głos. - Niby dlaczego miałabym to robić?"
Przez krótką chwilę wyobrażała sobie, co by było, gdyby mama przyjęła propozycję dotyczącą dzierżawy domu i stajni i pozbyła się stresu związanego z prowadzeniem firmy. Mogliby umieścić Jinksa w pensjonacie dla koni i skupić się tylko na nim. Czarny wałach od zawsze był dla mamy wyjątkowy. Szybko jednak otrząsnęła się z takich myśli. Czuła się winna, że coś takiego choćby przelotnie przyszło jej do głowy.
Dziedziniec był pusty, wszystkie konie nadal przebywały na pastwisku. Jinks przykłusował do niej, potrząsając grzywą. Iona postawiła torbę na ziemi i poklepała go przyjaźnie.
- Cześć, koniku. Gdzie się wszyscy podziali?
Nagle zauważyła na podjeździe nieznajomy samochód, szary kabriolet. W kuchni świeciło się światło i przez okno zobaczyła mamę. Serce zabiło jej mocniej. Pomyślała, że ten facet znów się zjawił. Znalazł jakiś sposób, żeby ich jednak wykupić.
Z niepokojem weszła do domu, ale nie usłyszała żadnych podniesionych głosów, tylko odgłosy parzenia herbaty: brzęk kubków, gwizdanie czajnika i cichy gwar rozmów. Zajrzała ostrożnie przez kuchenne drzwi i z wrażenia niemal upuściła torbę. Przy stole siedziała ubrana na czarno dziewczyna o ciemnych włosach, związanych schludnie w koński ogon. Iona często oglądała jej zdjęcia na okładce magazynu "Pony". Zamrugała szybko, niepewna, czy to nie zmęczenie pierwszym dniem w szkole daje o sobie znać. Co Jessica Jefferies robi w ich kuchni?
Mama powitała ją radośnie, postawiła na blacie kubek herbaty i gestem zaprosiła do stołu. Minę miała pogodniejszą niż rano.
- Jessico, to moja córka, Iona - przedstawiła ją, a dziewczynka niepewnie usiadła, nadal w oszołomieniu przyglądając się gościowi. - Iono, to jest Jessica Jefferies.
- Cześć - odrzekła Iona. - Wiem, kim jesteś... - Poczuła, że twarz jej czerwienieje. - Śledzę cię. To znaczy... nie tak dosłownie - dodała pośpiesznie, żeby nie wyjść na jakąś szurniętą stalkerkę. - Obserwuję cię w mediach społecznościowych. Jesteś dresażystką. Zawodniczką w dyscyplinie ujeżdżania koni. - Policzki ją paliły, ale Jessica tylko uśmiechnęła się pogodnie.
- Cześć, Iono - odrzekła. - Słyszałam, że i ty jesteś niezłą dresażystką.
Dziewczynka wyprostowała się na krześle.
- Tak, jestem. To znaczy naprawdę bardzo bym chciała być.
- Jessica przyjechała zapytać, czy może mamy wolną stajnię do wynajęcia - wyjaśniła Sara, a Iona miała wrażenie, że się przesłyszała. - Na dłuższy czas.
- Być może widziałaś mój post - wtrąciła zawodniczka. - O moim koniu. Nazywa się Taz. - Jej twarz posmutniała. - Odniósł poważną kontuzję i teraz musi odpoczywać w osobnym boksie.
- Widziałam ten wpis - odrzekła cicho Iona. - Bardzo mi przykro.
Jessica skinęła głową i uśmiechnęła się blado, jakby chciała odzyskać panowanie nad sobą.
- Moje pytanie pewnie brzmi nieco dziwnie, ponieważ ja również mam stajnię - ciągnęła. - Niestety, to miejsce nie jest teraz dla niego najlepsze. On lubi współzawodnictwo, treningi, swobodę. Za każdym razem, kiedy jakaś ciężarówka rusza spod stajni albo kiedy słyszy, że któryś z młodych koni wychodzi ze swojego boksu na trening, bardzo się denerwuje i zaczyna stawać dęba. Nie wolno mu wychodzić jeszcze przez dwa miesiące, ale jeśli dalej będzie się tak zachowywał, wyrządzi sobie dodatkową krzywdę.
Iona wiedziała, że konie niekiedy muszą pozostawać jakiś czas w zamknięciu, żeby odpocząć. Jeden z kuców trekkingowych został kiedyś kontuzjowany i nie wolno mu było wychodzić ze stajni przez kilka tygodni. Takie zamknięcie to nuda i nienaturalna rzecz dla konia, ale przy pewnych rodzajach kontuzji jedynie to daje szansę na powrót do zdrowia.
- Ale jak my możemy pomóc? - dociekała Iona.
- Twoja mama chyba wymyśliła rozwiązanie. - Jessica uśmiechnęła się do Sary.
- Mamy tę dużą stajnię z kamienia - oznajmiła Sara.
Iona skinęła głową. Trzymali w niej powozik dla kucyków, który kiedyś należał do jej dziadka, kiedy ten zajmował się gospodarstwem. Przechowywali tam również trochę prac taty. W wolnym czasie Leo zajmował się malarstwem. Na ogół malował konie. Kilkoma ruchami pędzla umiał uchwycić ich dzikość i majestatyczność na tle wzburzonego morza. Jego obrazy były jednocześnie piękne i niepokojące, nie każdemu przypadały do gustu. Kiedy umarł, dopiero się rozkręcał. Wspominał nawet czasem, że mógłby zrobić z malowania swój drugi zawód. W środku stało stare koryto, a podłoga była wybrukowana kamieniami. Z wielkiego okna roztaczał się widok na dolinę i na morze w oddali.
- Już ją pokazałam Jessice. Jeśli posprzątamy i położymy tam ładne, grube posłanie, jej zdaniem będzie idealnie. Konie trekkingowe niedługo zaczną przerwę zimową, więc tylko Jinks będzie wychodził.
- Czy nie będzie mu przeszkadzać, gdy zobaczy, że przyczepa wyjeżdża? Na przykład, gdy będziemy jechać na zawody - rzuciła Iona pośpiesznie, chcąc zrobić wrażenie na Jessice.
- Nie, nic mu nie będzie - zapewniła Jessica. - To bystry koń. Rozpoznaje naszą ciężarówkę.
- Przyjmiemy go na próbę i zobaczymy, czy się uda - rzekła Sara. - Iono, pewnie nie będziesz miała nic przeciwko temu, żeby mi pomóc w obsłudze. A Jinks i Merry mogą na zmianę dotrzymywać Tazowi towarzystwa, jeśli będzie tego potrzebował.
Dziewczynka kiwnęła głową, ponieważ nagle w pełni zrozumiała, o co chodzi. Nic dziwnego, że mama miała pogodniejszą minę. Jessica najwyraźniej poprosiła Sarę, żeby przyjęła Taza do swojej stajni i zapewniła mu opiekę. To da im znaczący dochód, wystarczający aż do Bożego Narodzenia i później, w najtrudniejszym sezonie, gdy rachunki za siano i paszę są najwyższe.
Jakby czytając jej w myślach, Jessica się uśmiechnęła.
- Będę wpadać prawie codziennie - zapewniła. - Twoja mama ma doskonałe rekomendacje, a jeśli Taz się tu zaaklimatyzuje, to będzie miał dużo większą szansę na wyzdrowienie.
- Umiesz prowadzić samochód? - Iona spojrzała na gościa z niedowierzaniem, ale zaraz pożałowała, że nie ugryzła się w język.
A jak inaczej Jessica miałaby się tu dostać?
Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.
- Właśnie zdałam egzamin na prawo jazdy. Wolność!
- Czyli widzimy się w sobotę? - upewniła się rozpromieniona Sara.
- Tak, jak najbardziej. - Jessica wstała i uścisnęła jej dłoń.
Wydawała się znacznie starsza niż siedemnaście lat. Na smukłym nadgarstku błyszczała diamentowa bransoletka, paznokcie miała wypielęgnowane i pomalowane na najdelikatniejszy odcień różu. Paznokcie Sary też były kolorowe - poplamione na fioletowo od sprayu, którego używała do leczenia kopyt jednego z koni.
Iona próbowała wyobrazić sobie Taza w ich stajni, z owieczką lub Merry, dotrzymującymi mu towarzystwa, i zastanawiała się, czy przypadkiem nie wymyśliła sobie całej tej rozmowy. Powinna była porozmawiać z Jessicą o ujeżdżeniu, zapytać o jej opinię na temat nadchodzących finałów Pucharu Świata i postarać się brzmieć, jakby się na tym świetnie znała. Patrzyła, jak Jessica macha do nich, wsiadając do swojego eleganckiego autka. Jessica Jefferies i Razzmatazz w Kestrel!
- Myślę, że przyda się jeszcze jedna bela siana. - Iona cofnęła się, żeby obejrzeć swoje dzieło.
Uprzątnięcie stajni zajęło im cały poprzedni wieczór. Sam przeniósł powóz i obrazy do rzadko używanej stodoły z tyłu posesji.
Kiedy szli przez podwórze, postawił kołnierz kurtki dla ochrony przed hulającym wiatrem, a Iona wyjęła z kieszeni rękawiczki. Przeszedł ją lekki dreszcz. Kestrel po zmroku wyglądał nieco upiornie. Sara wróciła z wiejskiego sklepu z przyczepą wyładowaną drobnymi wiórami, dokładnie tego rodzaju i marki, jakie zamówiła i za które zapłaciła Jessica.
Kiedy wyszorowali kamienną podłogę, zdezynfekowali maty i wyczyścili dawno nieużywany żłób, stara stajnia zaczęła wyglądać pięknie. Sara przycięła jeżyny wokół podwórza i nawet zawiesiła kosz na kwiaty, który kupiła tanio w sklepiku. To nie była taka stajnia jak u Jessiki Jefferies, ale z trekkingowymi kucykami pasącymi się na zimowych pastwiskach, okolonych wysokimi żywopłotami i starymi dębami, z Jinksem i Merry w boksach obok Taza, owcami skubiącymi trawę i delikatnym światłem rzucanym przez żarówki miała w sobie coś kojącego.
Iona rozejrzała się z uśmiechem. Dom. Nie całkiem doskonały, ale dla niej wystarczający.
Oscar wrzucił kolejną belę wiórów do boksu, a Iona rozkładała je widłami na podłodze. Namówiła najlepszego przyjaciela, żeby jej pomógł, chociaż nie wydawał się tak samo podekscytowany obecnością topowej zawodniczki na ich podwórzu jak ona. Oscar nie przepadał za końmi - prawdę mówiąc, trochę się ich bał.
- Jeśli jest tak bogata i znana, jak mówisz... - zaczął, wysypując resztę trocin - to dlaczego wybrała akurat to miejsce? - Zmarszczył brwi. - Oczywiście uważam, że wasze stajnie są super, ale po prostu pomyślałem sobie, że mogłaby wybrać coś bardziej luksusowego...
Iona sama miała podobne myśli.
- No cóż - odparła, rozkładając śnieżnobiałe posłanie - tak naprawdę w okolicy jest tylko Whitemoor, a Henny czasem bywa dziwna. No i jeszcze Longlands, ale to dość daleko. Poza tym są głównie małe prywatne stajnie, jak ta April. Do nas Jessica może dojechać w pół godziny - dodała z całą pewnością siebie kogoś, kto rozmawiał z gwiazdą dresażu przez mniej niż kwadrans.
- Aha - odparł Oscar. - Jasne.
Iona przystanęła, opierając się na widłach.
- Mam tylko nadzieję, że wszystko się uda. Przerwa jesienna była katastrofą - powiedziała cicho. - Jeśli koń Jessiki przyjedzie do nas na pełną opiekę, to naprawdę nam pomoże. Mama tak się martwiła o rachunki i utrzymanie gospodarstwa.
- A to, o czym wszyscy mówią, na pewno jej nie pomaga - dodał Oscar.
Iona spojrzała na niego ostro.
- Co takiego?
Zarumienił się, jakby przyłapano go na gorącym uczynku.
- Na pewno coś słyszałaś, no nie? - wymamrotał.
Dziewczynka zmierzyła go groźnym wzrokiem.
- Co miałabym słyszeć?
- O Kestrel House. O tym, że chcą was wykupić. Mama dowiedziała się chyba w swoim klubie fitness.
- Tak, oczywiście, że o tym wiem. Możesz im powiedzieć, że nigdzie się stąd nie ruszamy - powiedziała przez zaciśnięte zęby. - Mama i Sam dali im to jasno do zrozumienia. Penny byłaby oburzona, gdyby wiedziała, co się dzieje.
Oscar poczerwieniał jeszcze bardziej.
- Ale... no, jej syn już sprzedał posiadłość, prawda?
- Tak, ale nie mogą nas stąd wyrzucić - przekonywała Iona. - Jesteśmy chronieni. Nic nie mogą zrobić.
Oscar zajął się sprzątaniem plastikowego opakowania po wiórach.
- To tylko gadanie.
Wszelkie napięcie wywołane jego słowami zniknęło, gdy podeszła do nich podekscytowana i rozpromieniona Sara.
- Już prawie tu są! - powiedziała z przejęciem.
Iona rzuciła jeszcze ostatnie spojrzenie na posłanie, a potem, słysząc warkot silnika, podniosła wzrok i zmrużywszy oczy, spojrzała na dolinę, w której długa droga wiła się przez posiadłość. Zobaczyła ją! Ciężarówka Jessiki Jefferies połyskiwała metaliczną czernią karoserii. Jinks i Merry, stojący na swoim wybiegu, unieśli głowy i z zaciekawieniem zastrzygli uszami, a Iona wzięła głęboki oddech i wytarła ręce, przygotowując się na powitanie słynnego gościa. Nadal trudno jej było w to uwierzyć!
Rozdział piąty
Kiedy Taz po rampie wyszedł z ciężarówki, pierwszą myślą Iony było, że ten koń jest ogromny. Zaraz potem zauważyła z podziwem, jaki jest lśniący i wypielęgnowany. Jego gniada sierść błyszczała niczym szkło. Miał na sobie piękną granatową derkę z puszystą obwódką z owczej skóry. Iona rozpoznała markę; oglądała zdjęcia ich produktów w telefonie, ale kosztowały setki funtów.
- To tylko derka - powiedziała lekceważąco Sara. - Można kupić je za ułamek tej ceny w wiejskim sklepie; każda równie skutecznie zapewnia ciepło koniowi.
Iona wiedziała, że mama ma rację - Jinks pod żadnym względem nie czuł się gorzej, gdy miał na sobie tani polar - ale i tak poczuła ukłucie zazdrości, kiedy na jednym ze zdjęć zobaczyła Mambo, kucyka April, okrytego taką derką w wersji szkarłatnej.
Jinks i Merry przybiegli na podwórze, a Merry zarzuciła głową i zarżała. W tej samej chwili Taz jakby jeszcze się powiększył, wygiął piękną szyję i odpowiedział cichym rżeniem. Sara poszła pomóc rozładować sprzęt, derki, karmę i skrzynki z przyborami do pielęgnacji, a Iona zamarła, nie wiedząc, co dalej robić. Powinna pokazać Jessice stajnię? Czy zaczekać na mamę?
Jessica, w błyszczącej czarnej kurtce i czapce z daszkiem, wyglądała na zestresowaną. Taz teraz krążył wokół niej z uniesionym ogonem i z szeroko otwartymi, błyszczącymi oczami. Kierowca ciężarówki, którego przedstawiła jako swojego stajennego Ricka, właśnie zaczął rozpakowywać skrzynie pełne derek i był niezbyt pomocny.
- Spokojnie, spokojnie - powiedziała, gdy Taz rzucił się do przodu. - Spokojnie. Hej - zwróciła się do Iony - mogłabyś zabrać te konie do stajni? Taz jest przerażony! Ich bieganina bardzo go stresuje.
Ionę coś ścisnęło w żołądku.
- Przepraszam - odrzekła, pełna poczucia winy. - Zaraz to zrobię.
Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślała?
Sprawy pogorszyła Merry, która usiłowała zwiać na pastwisko, po drodze popisując się serią bąków i podskoków. Jinks pokłusował za nią, ubłocony i podekscytowany jak nigdy przedtem. Nie na taką scenę powitania liczyła Iona!
Podbiegł do niej Oscar, a ona rzuciła mu kantar.
- Szybko! - zawołała. - Złap Merry, a ja się zajmę Jinksem.
- Dobra - powiedział, zrównując się z nią. - Ale nie sądzisz, że mogłaby poprosić o to nieco uprzejmiej? Przyjechała tu dosłownie kilka chwil temu, a już wydaje rozkazy.
- Oscar! - jęknęła Iona z frustracją. Chłopak oczywiście nie rozumiał sytuacji. - Taz jest wart miliony funtów i wraca do zdrowia po kontuzji. - Nie była pewna, czy ta kwota jest prawdziwa, ale wiedziała, że koń jest bardzo cenny. - Nie możemy tego zepsuć - wyjaśniła błagalnym tonem. - Mamie bardzo zależy, żeby to się udało.
"Mnie też na tym zależy", dodała w myślach. Jej przyjaciel nie miał pojęcia, jak wielkim uznaniem zaczęłaby się cieszyć w środowisku jeździeckim, gdyby mogła powiedzieć, że dobrze zna Jessicę.
Gdy oba kuce poczuły, że mają na głowie kantar, uspokoiły się i posłusznie wróciły do stajni, przy której Jessica nadal trzymała niespokojnego, pobudzonego Taza. Kiedy konie zbliżyły się do niego, wyraźnie się rozluźnił, co wywołało ulgę u wszystkich wokół. Iona zauważyła napięcie i niepokój na twarzy mamy.
- Zrobił się bardziej narowisty z powodu izolacji w boksie - tłumaczyła Jessica. - W towarzystwie innych koni powinien wrócić do normy.
- Oczywiście - przytaknęła Sara. - Zaprowadźmy go do jego nowego domu.
Jessica wydawała się zadowolona ze stajni. Słońce wyszło i świeciło teraz na całą dolinę aż do morza, błyszcząc i skrząc się na powierzchni wody, zatem widok z dużego okna wyglądał szczególnie pięknie. Iona przepędziła z drogi kurę, kiedy Jessica wprowadzała Taza. Już wcześniej umieściła Jinksa i Merry w sąsiednich boksach, a konie z zainteresowaniem obserwowały, co się dzieje wokół nich.
Właścicielka zdjęła Tazowi kantar, a następnie cofnęła się, gdy on badał każdy kąt stajni, napił się wody z wiadra, aż w końcu położył się na grubym posłaniu, przygotowanym przez Ionę i Oscara. Otrząsnął się jak duży pies, wióry przylgnęły do jego eleganckiej derki jak płatki śniegu, a potem zaczął skubać siano. Wyglądał teraz znacznie spokojniej.
Jessica także wydawała się bardziej zrelaksowana.
- Myślę, że tak będzie dobrze - powiedziała z uśmiechem. Spojrzała na kuce chodzące po pastwisku. - To wszystko wasze?
Sara się rozpromieniła.
- Tak. To moje konie do jazdy w terenie. Mouse, Biscuit, Jenny... - wyrecytowała imiona wszystkich. - Powinnaś je poznać. Teraz mają przerwę zimową, ale potem znów je przygotujemy do sezonu turystycznego.
- Aha! - odrzekła zawodniczka. Iona zauważyła, że wyjaśnienie mamy trochę zaskoczyło Jessicę. To była zupełnie inna rzeczywistość niż świat zawodów i pokazów, w którym się poruszała. - A więc na wiosnę znów zaczniecie?
- Tak - potwierdziła Sara. - Kiedy zjawią się turyści. A teraz zobaczmy razem, jaką paszę mamy dla Taza - zaproponowała, zmieniając temat.
Grymas troski, który ostatnio nie schodził z jej twarzy, wydawał się nieco mniej wyraźny.
Zaprowadziła swoją klientkę do składziku, gdzie już wstawiła trzy nowe, puste plastikowe kubły na paszę dla nowego lokatora. Iona i Oscar zostali przy boksie Taza. Dziewczynka nie mogła oderwać od niego wzroku. Przysięgła sobie, że któregoś dnia będzie miała całą stajnię takich koni jak on.
- Nadal nie bardzo rozumiem, dlaczego wybrała waszą stajnię - odezwał się Oscar, wyrywając przyjaciółkę z zamyślenia. - To dość dziwny wybór. A w ogóle jak się o was dowiedziała?
Iona ze zniecierpliwieniem machnęła ręką.
- Eleganckie stajnie niekoniecznie oznaczają coś lepszego. Potrzebowała spokojnego miejsca dla swojego konia i właśnie to mogliśmy jej zaoferować. Może Henny jej coś podpowiedziała; zna tutaj wszystkich. A może znalazła nas w internecie.
Oscar wciąż wydawał się nieprzekonany, ale Iona tylko przewróciła oczami. Przepadała za przyjacielem, ale czasami bywał taki niepojętny. Nadarzyła im się niesamowita okazja i ona zamierzała się cieszyć każdą chwilą!
Dziewczynka bardzo poważnie traktowała swoją rolę opiekunki Taza. Nastawiła budzik na jeszcze wcześniejszą godzinę, żeby go wyczyścić i posprzątać jego boks. Bardzo długo wyczesywała mu sierść, z przyjemnością korzystając z luksusowych szczotek, wykonanych z prawdziwego koziego włosia. Kusiło ją, żeby wypróbować je na Jinksie, ale nie odważyła się tego zrobić. Każda z nich była warta ponad sześćdziesiąt funtów. Wypolerowała skórzany kantar Taza i rozwiesiła jego koce, delektując się drogimi akcesoriami, które dotychczas tylko oglądała na zdjęciach w czasopiśmie "Pony", i wyobrażając sobie, że należą do niej.
Podczas pracy rozmyślała nad tym, co wczoraj powiedział jej Oscar, kiedy Taz zajadał się sianem. Nieważne, jak Jessica się o nich dowiedziała; liczyło się tylko to, że dzięki niej przetrwają zimę. Zastanawiało ją zaskoczenie Jessiki na wieść, że kuce trekkingowe wiosną wrócą do pracy. Może po okolicy krążyły jeszcze jakieś plotki. Kestrel i jego nowi właściciele to była sensacja ostatnich tygodni.
W ciągu kilku dni Taz zaskakująco łatwo przyzwyczaił się do swojego nowego domu. O ile tylko miał towarzystwo w sąsiednich boksach, wydawał się zadowolony. Skubał siano i przez okno spoglądał na dolinę oraz rozciągające się za nią morze.
Jessica często ich odwiedzała i wkrótce jej obecność stała się czymś powszednim, na ile coś takiego w ogóle było możliwe. Wyglądało na to, że lubi tu przebywać. Sara dała córce surowe instrukcje, żeby nie przeszkadzała gościowi, ale Jessica i tak spędzała dużo czasu na podwórzu, rozmawiając z jagniętami lub głaszcząc Merry. Wkrótce Sara bez pytania zaczęła przygotowywać herbatę również dla niej - z mlekiem i łyżeczką cukru - a Jessica często przysiadała na podstawce do wsiadania na konia i pogrążona w myślach sączyła swój napój. Nigdy jej się nigdzie nie spieszyło.
Pewnego popołudnia Iona postanowiła wykorzystać sposobność i wybrać się po lekcjach na przejażdżkę. Miała wrażenie, że od jej ostatniej wizyty w Whitemoor minęły całe wieki, ale starała się tym nie przejmować. Powtarzała sobie, że na dobre wyniki zapracowuje się w domu. Wygładziła podkładkę pod siodło Jinksa, a zapinając mu pasek na nosie, pocałowała go w chrapy. Sierść małego czarnego wałacha była już nieco za długa i dziewczynka marzyła o tym, żeby go ostrzyc, ale nie mieli odpowiedniej strzyżarki. Mogli kogoś wynająć, ale to jeszcze bardziej nadwyrężyłoby budżet mamy.
Taz, który już zdążył przywiązać się do Jinksa, zarżał cicho, kiedy Iona wyprowadzała swojego kuca ze stajni. Jednak czując Merry w boksie obok, wielki koń dresażowy wrócił do skubania siana. Dziewczynka wskoczyła na siodło i zebrała wodze. Lekko ścisnęła Jinksa łydkami, dając mu znak, żeby ruszył. Jessica niedawno opublikowała w piśmie "Pony" artykuł o tym, jak używać drewnianych tyczek, żeby nauczyć konia precyzyjnej jazdy po okręgu. Iona wyciągnęła kilka na plac. Były wilgotne i spróchniałe, ale wciąż nadawały się do użycia.
Chwilę później uśmiechnęła się szeroko. Jinks sprawił się wspaniale, reagował na polecenia i wykonywał je z lekkością. Od razu zrozumiał, czego się od niego oczekuje. Prowadziła go kłusem w jedną stronę, potem zmieniła rękę i pokonała trasę w drugą, a następnie ponagliła go do galopu, czując przypływ radości, wywołany zmianą tempa. Właśnie ukończyła ósemkę, płynnie przechodząc z kłusu do galopu, gdy Jinks lekko się spłoszył, a ona zorientowała się, że ma widownię. Jessica stała nieopodal, opierając się o bramę. Jak długo tam była?
- To było wspaniałe! - zawołała. - Poznaję to ćwiczenie z tyczkami. Magazyn "Pony" z zeszłego miesiąca?
- Tak - przyznała z wahaniem Iona. - Nie mam tylu tyczek, ilu potrzeba, ale i tak wyszło nieźle.
W głębi duszy jęknęła ze złością. Czy Jessica nie pomyśli sobie, że ona krytykuje jej metodę?
Ale zawodniczka tylko się uśmiechnęła.
- Wyglądało to świetnie - zapewniła. - A może teraz poćwiczysz przejście ze stępa do galopu, tam w rogu placu?
Mama wyraźnie nakazała Ionie, żeby nie zawracała głowy Jessice i nie prosiła jej o rady w sprawach jeździeckich. Dziewczyna z wysiłkiem przełknęła ślinę i skinęła głową.
- Dobrze - zgodziła się i zebrała wodze.
Niestety Jinks zdecydował, że krótka przerwa oznacza koniec szkolenia. Zaparł się mocno kopytami o ziemię i stał bez ruchu, chociaż Iona usilnie starała się go ponaglić. Czuła, że oblewa się rumieńcem, kiedy kuc ziewnął leniwie. Kiedy w końcu nakłoniła go do ruszenia z miejsca, miała wrażenie, że sama całkiem zapomniała, jak się jeździ konno. Nogi układały się jakoś dziwnie, ręce niezdarnie trzymały wodze, a serce biło jak młotem.
- Rozluźnij się - zwołała Jessica. - Udawaj, że mnie tu nie ma.
"Łatwo się mówi", pomyślała Iona. Ale Jinks szybko chwycił rytm i poczuła, że jej napięcie gdzieś znika. Gładko dokończyła trening z tyczkami.
- Bardzo ładnie. - Jessica wydawała się szczerze zachwycona. - Twój kuc jest całkiem inteligentny. - Prychnęła rozbawiona, kiedy obwąchał jej kurtkę, w nadziei na jakiś przysmak. - No i potrafi się ruszać. Obserwowałam was przez chwilę, zanim się zorientowałaś, że tu jestem. - Uśmiechnęła się tak szczerze, że Iona musiała jej odpowiedzieć tym samym. - Doskonale widać, że pochodzi z dobrej hodowli.
- Dziękuję - odrzekła z dumą dziewczynka. - Tak jest. Zanim się urodziłam, mama trenowała ujeżdżanie. Zawsze marzyła o tym, żeby hodować konie do dresażu, ale kiedy dziadek i babcia zmarli, przejęła po nich firmę trekkingową. Przez kilka lat prowadziła ją z moim tatą, jednocześnie próbując zrealizować swój plan. Jinks to pierwszy i ostatni kuc, którego udało jej się wyhodować.
Zamilkła, bo zdała sobie sprawę, że od dłuższej chwili nie zaczerpnęła ani jednego oddechu, a mówiła coraz szybciej i szybciej. To wszystko z nerwów.
- Kiedy masz następne zawody? - zapytała Jessica.
- W tej chwili nie mam wielkich planów - odparła wymijająco. - Może w przyszłym miesiącu? - Nie chciała się wdawać w szczegóły.
- A co powiesz na te prestiżowe pokazy kuców w Overview za jakieś dwa tygodnie?
Overview leżało dwie godziny drogi od Kestrel. Było to renomowane centrum jeździeckie, w którym odbywały się regularne pokazy. Iona nigdy tam nie była, widziała tylko zdjęcia.
- Sama nie wiem. - Zastanawiała się, jak to powiedzieć. - Nie jestem pewna, czy osiągnęłam już wystarczająco wysoki poziom.
"No i nie stać nas na to", dodała w myślach.
- Żartujesz sobie? - odparowała Jessica. - Zdecydowanie jesteś gotowa. To będą podobne zawody do tych w Whitemoor, dla zawodników na tym samym poziomie. Tylko w lepszych warunkach i w wyższym standardzie. Wybacz mi wścibstwo, ale zauważyłam twoje wyniki z ostatniego dresażu w siodlarni, kiedy układałam tam rzeczy Taza. Wiem, ile punktów zdobyłaś, i znam sędzię, która cię oceniała. Wierz mi, świetnie się nadajesz do Overview.
Iona czuła zamęt w głowie. Jak ma wyjaśnić, że po prostu nie może tam jechać. Powinna wyznać Jessice prawdę, żeby ta już jej więcej nie wypytywała. Zanim jednak wymyśliła odpowiedź, zawodniczka odezwała się z zamyśloną miną.
- Wiesz, ponieważ Taz pauzuje, ja nie mam zbyt wiele do roboty. Moje młodsze konie są na zimowych pastwiskach. Właściwie to nie mam co robić. Może cię tam zawiozę?
Iona zaniemówiła z wrażenia. Przelotnie przypomniały jej się słowa Jessiki, że jej stajnia jest zbyt tłoczna i za wiele w niej zamieszania, żeby Taz mógł tam dojść do siebie. Jednak propozycja była tak wspaniała, że postanowiła się nad tym nie zastanawiać.
- Serio?
- Jasne! - Jessica uśmiechnęła się szeroko. - Z przyjemnością to zrobię. Wiem, że twoja mama jest bardzo zajęta.
Powiedziała to tak szczerym i przyjaznym tonem, że Iona poczuła do niej rosnące zaufanie.
- Bardzo ci dziękuję - odrzekła uszczęśliwiona. - Tak, mama dużo pracuje. Sytuacja u nas... - urwała na chwilę - ...jest trudna.
Jessica poklepała Jinksa.
- Ojej...
Iona wskazała gestem na rezydencję nieopodal.
- Czasami chciałabym po prostu stąd wyjechać i o nic się już nie martwić.
- Rozumiem to uczucie - zapewniła Jessica. - Rozumiem bardzo dobrze.
Uśmiechnęła się do niej i Iona poczuła, że nawiązała się między nimi nić porozumienia. Pochodziły z innych światów, ale być może miały ze sobą więcej wspólnego, niż jej się na początku wydawało.
- Nie umiem prowadzić wielkiego samochodu do przewożenia koni - przyznała Jessica, zmieniając temat. - Ale mamy niewielką przyczepę do transportu paszy, podściółki i tym podobnych rzeczy. Bardzo bym chciała kiedyś zostać trenerką, a taki wspólny wyjazd byłby dobrym wstępem do tego. Pomogłybyśmy sobie nawzajem. Muszę zyskać doświadczenie.
Iona potrząsnęła głową, próbując sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy ma się jedną ciężarówkę, nie mówiąc już o dwóch. To była dla niej okazja życia. Przez głowę przelatywały jej chaotyczne myśli, serce biło jak szalone. Nadal jednak pozostawała kwestia opłat za wstęp. Na pewno były co najmniej trzy razy wyższe niż w Whitemoor. Nagle gonitwa myśli ustała.
Jessica jakby przejrzała ją na wylot.
- Zapłacę też za udział - oznajmiła. - Zauważyłam, że robisz przy Tazie dużo więcej, niż przewiduje umowa. Bardzo dokładnie go pielęgnujesz, wypolerowałaś jego kantar. No i potrzebuję zajęcia na czas pauzy w zawodach. Taka wspólna wyprawa to byłaby dla mnie przyjemność.
Iona miała wrażenie, że śni.
- Ojej. Bardzo dziękuję, Jessico.
- Mów mi Jess. To może być początek czegoś wspaniałego, nie sądzisz? - dodała z uśmiechem.
Rozdział szósty
Iona nadal starała się przetrawić ofertę Jessiki, kiedy mama wróciła z supermarketu. Dziewczynka pozwoliła sobie na fantazje i właśnie przeglądała program zawodów w Overview.
- Możesz mi pomóc? - zawołała Sara, więc Iona szybko włożyła tenisówki i wyszła przed dom.
Zastanawiała się, czy ma porozmawiać z mamą, zanim zrobi to Jessica, ale Sara była przejęta czymś innym.
- Spotkałam Henny w miasteczku - oznajmiła. - Za dwa tygodnie, w sobotę, będą w Whitemoor udzielane porady medyczne. Pomyślałam sobie, że mogłybyśmy się wybrać. Co ty na to?
Iona wzięła jedną z toreb z zakupami.
- Wiesz, właśnie miałam ci coś powiedzieć. Jess zaproponowała, że zawiezie Jinksa i mnie do Overview.
Kiedy użyła zdrobniałej formy imienia Jessiki, przeszedł ją dreszczyk radości.
Sara spojrzała na córkę zaskoczona.
- Iono, mam nadzieję, że się jej nie naprzykrzałaś?
- Nie! - zaprzeczyła. - Sama mi to zaproponowała. Ma do ciebie później zadzwonić.
Sara położyła torby na stole i zmarszczyła brwi.
- Nie. To ja do niej od razu zadzwonię. - Poszukała swojej komórki. - Overview? Jesteś całkowicie pewna?
Dziewczynka wstrzymała oddech, kiedy mama wybierała numer.
- Cześć, Jessico - zaczęła. - Nie, nie, z Tazem wszystko w porządku. Chciałam z tobą porozmawiać o czymś, co właśnie powiedziała mi Iona. Overview?
Przez jakiś czas Sara słuchała w milczeniu, kiwając głową. Iona mocno zaciskała kciuki.
- Rozumiem, tak. Dziękuję ci - powiedziała mama po chwili, która wydawała się wiecznością. - To bardzo miło z twojej strony, ale czy jesteś pewna? - Znów chwila milczenia, a potem Sara się uśmiechnęła. - Jeszcze raz dziękuję. Do zobaczenia wkrótce.
Włożyła telefon z powrotem do kieszeni.
- No tak - zwróciła się do stojącej obok córki. - To wspaniała okazja! Powiadomię Henny, że się u niej nie zjawimy. Cieszę się razem z tobą, Iono. Wiem, że od dawna nie zawiozłam was na żadne zawody. - Posmutniała na moment, więc córka natychmiast ją uściskała.
- Nieważne. Wiem, że ostatnio było nam ciężko.
- Owszem, było. A nawet nadal jest - odrzekła Sara. - Nadal wisi nad nami pozew do sądu w sprawie tej nieszczęsnej kontuzji nadgarstka, ale mam nadzieję, że to się w końcu wyjaśni. Na szczęście dochód z wynajmu stajni pokrywa niektóre wydatki. Teraz może być już tylko lepiej, prawda?
Sara twierdziła, że w Kestrel jednego dnia można zobaczyć wszystkie cztery pory roku. Kilka dni później zaświeciło słońce. Odbijało się od powierzchni morza i wydobywało złote tony z jesiennych liści. Iona postanowiła zabrać Jinksa na przejażdżkę. Miał im towarzyszyć Oscar na rowerze. Taz nie został w stajni sam; była z nim Merry. Przez chwilę jechali w przyjacielskim milczeniu.
- To będzie tam - odezwał się Oscar, wyrywając Ionę z zamyślenia. Przystanął, dłonią osłonił oczy od słońca i wskazał na szczyt klifu. - Tam. W końcu zdecydowali, gdzie postawić pomnik. Teraz pozostaje tylko decyzja, co to będzie. Musi to być coś dla każdego z nich: twojego taty, Simona Fairweathera - wymienił drugiego z mężczyzn, którzy wtedy zginęli. - I dla mojego. - Głos mu się lekko załamał.
Iona wstrzymała Jinksa i podążyła za wzrokiem przyjaciela. Patrząc na szczyt wysokiego nadmorskiego klifu, poczuła, że ogarnia ją wzruszenie.
- Możesz tam podjechać - ciągnął Oscar. - Doskonałe miejsce, prawda?
Skinęła głową, z wysiłkiem przełykając ślinę.
- Tak - potwierdziła, kiedy już odzyskała głos. - Doskonałe.
- Możesz podziękować za to tacie April. On na to nalegał.
Iona zauważyła, że głos Oscara zabrzmiał nieco bardziej matowo, kiedy chłopak wymienił imię April. Zerknęła na niego z ukosa.
- Ona ci się naprawdę podoba, co?
- Nie! - zaprotestował. - Mówię tylko, że jej tata był bardzo pomocny.
Iona przewróciła oczami i znów spojrzała na miejsce, w którym miał stanąć pomnik. Było piękne. Morskie fale łagodnie omywały brzeg. Kilkoro ludzi spacerowało z psami po plaży, dzieci bawiły się wesoło. Drewniana budka z gorącymi napojami była otwarta, wykorzystując jeden z ostatnich pogodnych dni w roku.
- Gorąca czekolada? - zaproponowała.
Oscar uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Chyba czytasz mi w myślach.
Plaża była tak częstym celem konnych wypraw, że zainstalowano tam nawet drążek do przywiązywania koni. Iona przywiązała Jinksa linką, którą woziła przy siodle, i razem z Oscarem ruszyli po piachu przed siebie. Był przypływ, ale utrzymywali bezpieczną odległość od wody. Tak samo jak ona, Oscar nigdy nie wchodził do morza. Ani razu o tym nie rozmawiali, ale każde rozumiało, dlaczego tak jest.
- Uwaga! - rozległo się niespodziewanie.
Jaskrawopomarańczowa piłka przeleciała obok nich, wylądowała w wodzie i powoli oddalała się od brzegu. Iona usłyszała głośne dziecięce szlochanie, zapewne właściciela zabawki. Przypływ już zaczynał się cofać. Mogłaby z łatwością odzyskać piłkę - znajdowała się zaledwie kilka kroków od brzegu, niedaleko nich - ale stała jak wmurowana. Wiedziała, że Oscar czuje się tak samo. Instynktownie chciała pomóc, ale wszystko inne w niej się temu sprzeciwiało. Spojrzała na przyjaciela, ale ten tylko lekko potrząsnął głową.
- Nie martw się, Archie! - Mężczyzna z pluskiem wszedł do płytkiej wody, najwyraźniej przybiegłszy tu w pośpiechu.
Miał na sobie dżinsy i tenisówki, podczas gdy Iona miała buty do konnej jazdy, a Oscar kalosze; woda nie sięgnęłaby im nawet do brzegów cholewek. Mężczyzna podniósł piłkę, a dziewczynka odetchnęła z ulgą. Gdy przechodził obok, zmarszczył brwi, mamrocząc coś pod nosem, a dziecko, które wcześniej płakało, teraz podbiegło ku niemu z promiennym uśmiechem.
Chyba wycedził coś w rodzaju "wredne szczeniaki", ale Iona nie była pewna. Wiedziała tylko, że za nic w świecie nie weszłaby do wody.
Po tym incydencie gorąca czekolada nie smakowała już tak dobrze, a słońce się schowało. Iona i Oscar nie zabawili długo na plaży, tylko ruszyli z powrotem nadmorską drogą.
Nagle Jinks zastrzygł uszami i cicho zarżał, zwracając głowę w stronę, z której dochodził tętent kopyt. Iona jęknęła cicho, rozpoznawszy kuca i dosiadającą go amazonkę. Koń miał na sobie elegancki, dopasowany zestaw, czaprak i owijki w turkusowym kolorze. Dziewczyna w siodle była równie starannie ubrana. Jednym słowem, April.
- Hej, kochani! - zaszczebiotała, kiedy do nich dotarła i wstrzymała Mambo. - Oscar, nadal jesteś jutro wolny? - spytała, a chłopak zaczerwienił się po same uszy.
Iona gapiła się na niego, zdumiona.
- Tak - potwierdził, starannie unikając wzroku przyjaciółki. - Jestem wolny.
April zwróciła się do Iony.
- Widziałam twoje imię na liście zawodników zgłoszonych do Overview. Wybierasz się tam? - dociekała. - I czy to prawda, że Jessica Jefferies trzyma konia w waszej stajni?
Iona poczuła przypływ satysfakcji.
- Tak. Właściwie to... - nie mogła się oprzeć pokusie - Jess zabiera mnie do Overview. - Z lubością wypowiedziała imię Jessiki w bardziej poufałej formie.
April spojrzała na nią z niedowierzaniem, po czym wypaliła:.
- Dlaczego ona się z tobą zadaje?
- No wiesz, Taz odniósł kontuzję. To jej najlepszy koń...
- Znam Taza - przerwała jej April. - Widziałam go. To nadal nie tłumaczy, dlaczego się do ciebie zbliżyła.
- Może po prostu zakochała się w naszej stajni! - Iona uśmiechnęła się słodko i ponagliła Jinksa. - Do zobaczenia na zawodach!
- Tak, do zobaczenia - odrzekła April, ale jej głos nie brzmiał już tak słodko i radośnie.
Kiedy Mambo zniknął z pola widzenia, Iona się roześmiała.
- Nie mogła w to uwierzyć, prawda?
Jadący obok na rowerze Oscar podniósł na nią wzrok.
- Nie rozumiem, dlaczego tak cię obchodzi, co myśli April, albo dlaczego chcesz jej zaimponować i udowodnić, że jesteś od niej lepsza - powiedział cicho. - Kiedyś nie przejmowałaś się tym, co myślą inni, a już na pewno nie ona.
Iona poczuła, że się czerwieni.
- To ona zawsze zachowuje się tak, jakby była ode mnie lepsza! - odpowiedziała ostro. - Jak wtedy w Whitemoor. Cały czas się popisuje. Dlaczego miałabym nie podzielić się z nią dobrymi wiadomościami? Ona robi to ciągle.
Oscar wzruszył ramionami.
- Myślę, że jest niepewna siebie.
Iona spiorunowała go spojrzeniem. Dlaczego nagle stał się takim ekspertem od April?
Poluzowała wodze, dając Jinksowi trochę swobody. Słońce całkowicie schowało się za chmurą.
- A w ogóle to po co się z nią jutro spotykasz?
- Muszę ją poznać, bo moja mama i jej tata zajmują się sprawą pomnika - wyjaśnił. - Nie jest taka zła. Ciągle ci to powtarzam. Po prostu spędzimy trochę czasu razem.
Ionie bardzo się to nie spodobało. Oscar był dla niej jak brat. Kiedy coś ją dręczyło, to z nim rozmawiała w pierwszej kolejności. Doskonale rozumiał, co przeszła w życiu, po tym jak jej ojciec zginął w morzu, ponieważ jego spotkało to samo. To jemu czasami się żaliła. Miał inne koleżanki i kolegów w szkole, swoją drużynę piłkarską, kolegę, z którym niekiedy wracali razem do domu, ale z nikim nie "spędzał czasu". Poczuła, że dopada ją nieprzyjemne uczucie zazdrości. Jakby nie wystarczyło, że April stale robi coś, o czym Iona może tylko marzyć. A teraz odbierała jej najlepszego przyjaciela!
- Chyba pojadę prosto do domu - oznajmiła, kiedy dotarli do skrzyżowania.
Oscar się zatrzymał.
- Ja chyba też.
- W porządku - odrzekła krótko.
Zebrała wodze i ponagliła Jinksa, a chłopak popedałował w przeciwnym kierunku. Nawet się nie obejrzała. Jej wcześniejszy świetny humor całkowicie wyparował. Musiała jednak myśleć pozytywnie. Wkrótce pojedzie na swoje pierwsze zawody w towarzystwie Jess. Wreszcie będzie miała szansę spełnić marzenia i nikt jej tego nie odbierze!
Rozdział siódmy
Kilka dni później Iona pracowała w stajni. Zdążyła już wyczyścić boksy, wyszczotkować Taza i Jinksa. Zmierzała właśnie do magazynku, żeby wziąć miarkę orzechów dla jagniąt, które pobekiwały niecierpliwie. Podskoczyła, zaskoczona, kiedy z krzaków wyskoczył Max, całkiem mokry.
- Cześć, piesku! - przywitała go, zastanawiając się, gdzie się tak przemoczył.
Od kilku dni ani razu nie padało. Zmarszczyła brwi i przecisnęła się przez zarośla, z których wyszedł pies. Max był stary i poruszał się nieco chwiejnie, więc chciała sprawdzić, czy tam, skąd wracał, jest bezpiecznie. Nagle stanęła jak wryta, kiedy na ziemi zobaczyła rurę, z której wypływała woda i ciekła w dół po zboczu, prosto do stodoły, do której przenieśli powóz oraz obrazy. Aż krzyknęła z przerażenia. Sam nie powiesił obrazów, tylko po prostu oparł je o ścianę. Iona gorączkowo szukała jakiegoś zaworu, żeby zakręcić wodę, ale nic takiego nie znalazła.
- Mamo!
Sara i Sam przecisnęli się przez krzaki, a gdy zobaczyli, co się dzieje, całkiem osłupieli.
- O nie! - jęknął Sam. - Trzeba odciąć dopływ wody. - Przyłożył rękę do czoła. - Wszystko jest kompletnie zalane. Ta woda pewnie cieknie już dłuższy czas. Czy ktoś pamięta, kiedy tu był ostatnim razem?
Iona potrząsnęła głową.
- Nigdy tu nie przychodzę. Teraz zajrzałam tu tylko dlatego, że Max przybiegł stąd całkiem mokry.
- Nie pamiętam, kiedy tu ostatnio byłam. - Twarz Sary pobladła.
Samowi w końcu udało się zakręcić kran i po kilku minutach w rurze coś zabulgotało, a woda przestała lecieć.
- Trzeba się skontaktować z firmą wodociągową - stwierdził z ponurą miną. - To może nas dużo kosztować.
- Nie rozumiem. - Sara oparła ręce na biodrach. - Wiem, że tu wszystko jest stare, ale coś takiego na pewno nie stało się samo.
Sam otoczył ją ramieniem.
- Moim zdaniem mogło tak być - odparł. - Już od dawna chcemy zrobić w kilku miejscach remont.
- Co za strata - powiedziała Sara z przygnębieniem. - To jakby rzucić pieniądze w błoto.
- Wiem - stwierdził Sam. - Wygląda na to, że coś tu przerdzewiało ze starości. Na razie nie panikujmy. Nie znamy rozmiaru strat.
Mama jeszcze nie zdała sobie sprawy z najgorszego.
- Mamo - szepnęła Iona, wiedząc, że serce Sary może pęknąć. - Ta woda spływała prosto do stodoły.
Sara spazmatycznie chwyciła powietrze i pobiegła przed siebie, a Sam i Iona natychmiast podążyli za nią.
Kiedy weszli do środka, woda zachlupotała wokół nich, mętna i błotnista. Powóz wydawał się niezniszczony, ale obrazy stały zanurzone na kilka centymetrów. Wzburzone morze i końskie kopyta zlewały się w jedną całość.
Sara krzyknęła boleśnie i wsparła się o Sama.
- Za naprawy możemy zapłacić, ale tego nie da się niczym zastąpić - zaszlochała.
Mąż przytulił ją z ponurą miną, a Iona poczuła, jak ogarnia ją przejmujący smutek. Czasami trudno było patrzeć na obrazy taty - rozszalałe konie, wzburzone morze, groźna atmosfera - ale były one jedyną pamiątką po nim. Poczuła, że po policzku spływa jej łza.
Tego popołudnia Sam zadzwonił na numer alarmowy firmy wodociągowej. Obrazy przenieśli do kuchni, żeby spróbować je osuszyć.
Sara siedziała przy stole, wspierając głowę na dłoniach.
- Cześć, skarbie - powitała córkę zmęczonym głosem. - Czy Sam już ci powiedział?
- Nie. - Iona poczuła skurcz niepokoju. - Jest bardzo źle?
- Tak. - Mama westchnęła ciężko. - Rachunek za wodę będzie ogromny. O wiele wyższy, niż przewidywaliśmy. I nic nie możemy zrobić, bo rzeczywiście jest to nasza wina. Powinniśmy zauważyć, co się dzieje, ale nigdy tam nie zaglądaliśmy. Więc nie dość, że obrazy zostały zniszczone, to jeszcze ten rachunek...
- Och, mamo...
Wiedziała, że niespodziewany wydatek jest wielkim ciosem, ale zniszczenie obrazów złamało mamie serce.
- Nadal pozostają nam wpływy za opiekę nad Tazem - powiedziała po chwili Sara, uśmiechając się blado. - Nawet jeśli rachunek za wodę pochłonie całą wpłatę za pierwszy miesiąc. - Z wysiłkiem starała się otrząsnąć z przygnębienia. - Pomyślałam sobie, że jeśli dobrze damy sobie radę z Tazem, moglibyśmy dodać na naszej stronie internetowej informację, że będziemy przyjmować konie do pensjonatu. Może jeżeli zamienią rezydencję w hotel, uda nam się to wykorzystać - rzekła z namysłem. - Czasami ludzie zabierają ze sobą konie na wakacje. Musimy sprawdzić, jakie mamy możliwości. Trzeba to przemyśleć. Może wszystko się jakoś ułoży.
- Moim zdaniem to wspaniały pomysł!
Po tak katastrofalnym popołudniu dobrze było zobaczyć, że mama nadal ma pozytywne podejście do życia.
- Henny życzy ci powodzenia na zawodach w Overview - zmieniła temat Sara. - Ucieszyła się na wieść, że się na nie wybierasz.
Na chwilę posmutniała, a Iona domyśliła się, że mama bardzo by chciała sama ją tam zabrać.
Wczesnym rankiem Ionę obudziło dudnienie ciężarówek. Usiadła półprzytomna, patrząc, jak sufit jej sypialni rozświetla się, gdy pojazdy z łoskotem przejeżdżały obok. Chwyciła sweter i pośpiesznie wciągnęła go na siebie. Teraz, już bardziej przytomna, zbiegła po schodach, po trzy stopnie naraz. W kuchni nikogo nie było, ale widziała, że światła na podwórzu są włączone. "Taz!", pomyślała z przerażeniem. Miała nadzieję, że nie przestraszył się tego, co się tam działo.
Kiedy wyszła na zewnątrz, zobaczyła, że po posiadłości kręci się cały tłum ludzi w odblaskowych kamizelkach. Sara i Sam rozmawiali z jednym z nich. Miał na głowie kask ochronny, ale w przeciwieństwie do innych, nie nosił pochlapanych farbą spodni roboczych, tylko elegancki garnitur. W rękach trzymał sztywną podkładkę do pisania.
- Poddamy to miejsce gruntownej przebudowie - mówił. - Potem zastanowimy się nad uruchomieniem hotelu. W tej okolicy nie ma jeszcze czegoś podobnego.
- O Boże! - jęknęła Sara.
- Na razie nie ujawniamy planów dotyczących hotelu. Ogłosimy je, kiedy dostaniemy zielone światło - ciągnął. - Najpierw zrobimy porządek z tym dużym domem. Jest trochę... przestarzały - dodał z pogardliwym uśmieszkiem.
Iona przypomniała sobie derki marek Newmarket i Hermes, okrywające kanapy, i lekko przybrudzone aksamitne zasłony, wyblakłe od słońca. I wesołe teriery, które za każdym razem, kiedy pukała do drzwi, wybiegały jej na spotkanie, zostawiając wokół ślady ubłoconych łapek. To wszystko, cała ta historia miała ostatecznie zniknąć, co napawało ją smutkiem. Nadjechała kolejna wielka ciężarówka, co przyciągnęło uwagę Taza i Jinksa. Na szczęście jak na takie zamieszanie Taz był całkiem spokojny.
Mężczyzna najwyraźniej nie zwracał uwagi na niepokój Sary. To był ten sam człowiek, który wcześniej ich odwiedził; ten, którego Iona przyłapała, jak węszył w siodlarni. W pierwszej chwili go nie rozpoznała.
Podniósł wzrok z lekko drwiącym uśmieszkiem.
- Pozwolę sobie jeszcze raz zapytać - powiedział słodkim głosem. - Może w świetle tego, co ma się tu dziać, jeszcze raz rozważycie naszą ofertę? Jeśli trzeba, podwyższymy proponowaną sumę. Nie zostawimy was bez środków do życia.
Na twarzy Sary pojawił się gniew.
- Już wam odpowiedzieliśmy - odrzekła. - Nie wyprowadzimy się stąd! To, co nam proponujecie, nie zastąpi tego, co mamy tutaj. Prace budowlane kiedyś się skończą i jestem pewna, że potem będziemy żyć w zgodnym sąsiedztwie.
Facet wzruszył ramionami.
- Jasne. Pomyślałem sobie, że jednak zapytam. Wiecie, gdzie nas znaleźć. To znaczy będziemy tutaj. Cały czas - zakończył, parskając niezbyt przyjemnym śmiechem.
Kiedy odszedł w stronę głównego domu, Sara potrząsnęła głową.
- To niewiarygodne! Znów próbuje nas skłonić do wyprowadzki. Ale to przecież nie takie proste. Spójrz na to wszystko. - Zamaszystym gestem wskazała na podwórze i budynki wokół, na Taza, Jinksa i małą Merry, czekających na śniadanie, na owce i konie do jazdy w terenie, pasące się na okolicznych polach. - Moi rodzice zbudowali to gospodarstwo i założyli firmę. - Dumnie uniosła głowę. - I nie wyprowadzimy się tylko dlatego, że jakiś elegancki hotel chciałby przejąć nasze stajnie. Szkoda, że nie mogę podziękować Penny. Nie zdawałam sobie sprawy, jak ważna jest klauzula, którą dodała do aktu własności.
Iona z przelotnym poczuciem winy pomyślała o swojej ostatniej rozmowie z Jess, podczas której powiedziała, że czasami chciałaby się stąd wyprowadzić, żeby uciec przed troskami.
Sam spoglądał na morze, pogrążony w myślach.
- Teraz już chyba do nich dotarło - odezwał się w końcu. - Dobra, chodźmy zająć się końmi.
Trudno było się przyzwyczaić do ciągłych robót wokół gospodarstwa. Jaskrawe światła, głuche uderzenia i warkot maszyn sprawiały, że i tak już nerwowa atmosfera stawała się jeszcze gorsza. Pojawił się też kolejny problem. Sara niedawno otrzymała dostawę siana. Jak od wielu lat, bele zostały starannie ułożone w jednej ze stajni Penny.
Kierownik robót był nieugięty.
- Będziecie musieli usunąć to siano. Nie jesteście właścicielami budynku. Sprawdziliśmy w dokumentach posiadłości.
Patrzył na Sarę tak zimno i wyzywająco, że zaniepokoiło to Ionę.
- Wiem, przepraszam. - Jej mama próbowała załagodzić sytuację. Iona wiedziała, że nie mają innego wyboru. - Tak robimy od bardzo dawna. Penny zawsze...
- Cóż, Penny już tu nie ma. - Facet uśmiechnął się, ale jego twarz pozostała zimna i obojętna. - Siano trzeba zabrać. I to jak najszybciej.
Całe popołudnie zajęło im przewożenie siana na teren gospodarstwa. Mając tak niewiele czasu do dyspozycji, mogli je umieścić jedynie w zalanej stodole. Woda już zniknęła, ale grube kamienne ściany nadal były wilgotne. Sam rozłożył na ziemi brezentowe, wodoodporne maty i umieścił część bel na paletach, ale nie było to idealne rozwiązanie.
- Jeśli siano zawilgotnieje, nie będzie się do niczego nadawało - stwierdziła przygnębiona Sara. - Musimy coś wymyślić przed następną dostawą.
- Wszystko w porządku? - spytał mężczyzna z udawaną troską, kiedy szli po ostatnie bele.
- W porządku - odparła krótko. - Mam nadzieję, że siano nie zamoknie. W mokrym sianie może też nastąpić samozapłon. To się czasami zdarza. Żałuję, że nie mieliśmy choć trochę więcej czasu.
Facet wzruszył ramionami.
- Przykro mi - zapewnił, chociaż ton jego głosu wcale o tym nie świadczył. - Ale wiecie, terminy nas gonią.
Nie chodziło tu tylko o niedogodność związaną z koniecznością przeniesienia siana. Kiedy wynieśli ostatnią belę, Iona wyprostowała obolałe ramiona i spojrzała w górę, dokąd zwykle sięgały składowane tu bele. Wspomniała, jak wspinali się na nie z Oscarem w słoneczne popołudnia, o świcie napełniali siatki wonnym sianem i jak Penny podawała herbatę lub domowy cydr rolnikowi, który je dostarczał, a potem zostawał dłużej i godzinami gawędził z gospodynią. Wywiezienie stąd bel nabrało symbolicznego znaczenia. Wszystko się zmieniło.
Pragnąc oderwać myśli od kłopotów, Iona skupiła się na trenowaniu przed zawodami dresażowymi w Overview. Marzyła o kreśleniu dwudziestometrowych okręgów i kłusie pośrednim. Nie chciała się ośmieszyć przed Jess. Perspektywa wyjazdu do Overview jednocześnie przerażała ją i zachwycała. Wieczorem przed zawodami wyczyściła Jinksa gorącym ręcznikiem i nakryła derką, a potem skupiła się na polerowaniu do połysku sprzętu i swoich długich butów do jazdy konnej. Kilka lat wcześniej Penny znalazła je w swojej piwnicy. Iona wiedziała, że są wyjątkowe, ale i tak żałowała, że nie ma butów ozdobionych kryształkami, jak April.
Teraz ze świeżo umytymi włosami siedziała przy stole, na którym rozłożyła cały sprzęt i raz po raz powtarzała sobie w pamięci program, który będzie musiała wykonać podczas testu. Sam poszedł po drewno do kominka, a Sara uczestniczyła w rzadko odbywających się spotkaniach klubu miłośników książki. W kuchni zostali tylko Iona i Max.
Dzwonek telefonu sprawił, że podskoczyła na krześle.
- Halo? - Nadal trzymała w ręce paski do strzemion, więc słuchawkę przyciskała do ucha ramieniem.
Usłyszała jakiś nieznany jej kobiecy głos.
- Dzień dobry. Czy to centrum trekkingowe w Kestrel?
- Tak, to my - odrzekła miłym tonem, w duchu dziękując opatrzności za potencjalną klientkę. Mama zamartwiała się tym, że ostatnio nikt nie dzwonił. - Czym mogę służyć? - Od dawna odpowiadała na różne zapytania telefoniczne, więc automatycznie sięgnęła po kalendarz, bo spodziewała się zgłoszenia rezerwacji.
- Świetnie - ucieszyła się kobieta. - Od tygodni próbuję znaleźć wasz numer.
- A szukała pani na naszej stronie internetowej? - odrzekła Iona nieco zdezorientowana. - Jest tam zamieszczony.
- Właśnie o to chodzi, że nie. - W głosie kobiety zaczęła pobrzmiewać irytacja. - To mój numer macie na stronie. Ludzie dzwonią do mnie, żeby zamówić trekking, potem ponownie sprawdzają numer i próbują drugi raz. Bardzo się złoszczą, kiedy znów mnie słyszą. Sprawdziłam więc, o co chodzi, i rzeczywiście: na stronie waszego centrum widnieje mój prywatny numer. Sprawdziłam również na innych stronach, takich dla turystów, i wszędzie tam widzę swój numer. Co tu się dzieje?
Iona poczuła, że robi jej się na przemian zimno i gorąco. Więc to dlatego telefon milczał. Ale chyba mail działał poprawnie? Dotarło do nich kilka wiadomości w czasie ferii, głównie odwołujących rezerwacje z powodu złej pogody.
- Bardzo mi przykro - wyjąkała. - Poproszę mamę, żeby to sprawdziła.
- I to jak najszybciej - powiedziała zimno kobieta. - To się robi nie do zniesienia.
Kiedy tylko się rozłączyła, Iona wyjęła swój laptop, całkiem zapominając o zawodach. Wystukała adres strony centrum trekkingowego i ze zmarszczonym czołem przesunęła kursor w dół, do danych kontaktowych. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało normalnie, ale nagle coś zauważyła. Szóstka w numerze telefonu została zastąpiona przez dziewiątkę. Do adresu mailowego ktoś dodał literę s między słowa Kestrel i trekking. Różnica na pierwszy rzut oka była niemal niezauważalna. Sprawdziła jeszcze kilka stron i poczuła, że przebiega ją zimny dreszcz. Kobieta miała rację.
Sam wszedł do domu, wpuszczając podmuch zimnego powietrza.
- Właśnie dzwoniła jakaś kobieta. - Odwróciła laptop, żeby pokazać ojczymowi, o co chodzi. - Powiedziała, że na naszej stronie i w wielu innych miejscach znajdują się jej dane kontaktowe. Była bardzo zirytowana.
Sam zmarszczył brwi, zerknął na laptop i wsunął na nos okulary. Bruzdy na jego czole jeszcze się pogłębiły.
- Twoja mama weszła na stronę tuż przed jesienną przerwą, żeby dodać kilka zdjęć. Mówiła, że nie może się połączyć. Zresetowałem połączenie, ale komputer stale się zawieszał... - Sam zamilkł na chwilę. - To wyjaśnia brak telefonów. Powiem Sarze, żeby się tym zajęła.
- Ale podczas ferii jakieś maile przychodziły - przypomniała mu Iona. - Wiem, że nikt nie dzwonił, ale dostawaliście prośby o odwołanie rezerwacji.
Sam się zamyślił.
- Maile dotyczyły istniejących rezerwacji od ludzi, którzy już wcześniej się z nami kontaktowali - powiedział. - Teraz widzę, że od tego czasu nie przychodziły żadne nowe wiadomości. Nie zastanawiałem się nad tym, ponieważ właśnie zjawił się Taz, dostaliśmy wiadomość o sprzedaży Kestrel, groźbę pozwu o odszkodowanie, a na koniec odkryliśmy wyciek wody. - Westchnął ciężko. - Możliwe, że Sara popełniła jakiś błąd, może była zmęczona. - Sam wyglądał na wyczerpanego. - Powiem jej o tym.
- Mama mówiła, że chce coś dodać na temat pensjonatu dla koni - przypomniała sobie Iona.
Skinął głową.
- Tak, coś o tym wspominała. - Wziął ze stołu aparat fotograficzny i go włączył. - Zrobiłem kilka świetnych fotek Tazowi. Z postawionymi uszami przyglądał się owcom, wyglądając sponad drzwi do boksu. Akurat było dobre światło. Spójrz. - Pokazał Ionie wyświetlacz aparatu. - Moglibyśmy je wykorzystać, jeśli Jessica pozwoli.
Iona spojrzała na ekranik. Taz wyglądał pięknie na tle świeżo pomalowanych zielonych drzwi i miodowych kamiennych ścian starej stajni.
- Gdybym szukała pensjonatu dla konia, przysłałabym go tutaj - oznajmiła dziewczynka.
Sam tylko się uśmiechnął.
- Miejmy nadzieję, że te zdjęcia będą dobrą reklamą. Przydałby się nam jakiś sukces, prawda?
- No i rozumiesz, nie wiedzieliśmy, że na stronie jest zły numer, dopóki ktoś nas o tym nie zawiadomił. - Nerwy sprawiły, że Iona paplała jak najęta, podczas gdy Jessica zręcznie prowadziła małą ciężarówkę po wąskiej drodze. Mówiła o niej, jakby to był jakiś stary gruchot, ale w rzeczywistości była to błyszcząca miniaturowa wersja jej wielkiej ciężarówki. Iona wspięła się do kabiny, starając się nie ubłocić foteli obitych kremową skórą. - To naprawdę zły moment, po tym wycieku wody i całej reszcie. Mama nie bardzo się zna na obsłudze internetu. Sam uważa, że coś zepsuła. - Wzięła łyk gorącej czekolady z kubka termicznego.
Sara przygotowała drugi napój dla Jessiki, a ta przyjęła go z wdzięcznością i zaskoczeniem.
- A, i jeszcze coś. Sam zrobił kilka wspaniałych zdjęć Taza. Zastanawia się, czy mógłby ich użyć do reklamowania naszych usług. W przyszłości chcemy również prowadzić pensjonat dla koni, skoro Taz tak świetnie się tu poczuł. Te zdjęcia są po prostu piękne. Powinnaś je zobaczyć.
Jessica nagle zesztywniała i mocno zacisnęła dłonie na kierownicy.
- Wolałabym, żebyście ich nie publikowali.
Iona miała wrażenie, że się przesłyszała i że tylko sobie wyobraziła niespodziewaną reakcję Jessiki. Jednak wszystko dobrze usłyszała i trafnie oceniła.
- Przykro mi, Iono - ciągnęła dziewczyna stanowczo. - Wolałabym, żeby Taz nie brał udziału w reklamowaniu waszej stajni.
Ionie zrobiło się wstyd, że w ogóle o to zapytała. Naiwnie zakładała, że publikacja zdjęć nie będzie żadnym problemem.
- Dobrze - odrzekła zażenowana. - To nic ważnego.
- Chodzi o to, że nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia - wyjaśniła dziewczyna. - Nie jestem właścicielką Taza!
Te słowa zaskoczyły Ionę. Zawsze jej się wydawało, że Taz należy do Jess. Tak sugerowały jej posty w internecie. Nazywała go swoim koniem na całe życie.
- Taz należy do zarządu powierniczego. To... - Urwała na chwilę. - To dość skomplikowane. Ale tak wygląda sytuacja z najlepszymi końmi wielu zawodniczek. Nie byłoby mnie stać, żeby go utrzymać samodzielnie. Jestem tylko ja.
- Aha... - Iona nie wiedziała, co powiedzieć. - Sądziłam, że mieszkasz z rodziną. Przecież nie jesteś wiele ode mnie starsza. No, może kilka lat. Ale nie stara. - Dlaczego wszystko, co mówiła brzmiało tak kretyńsko?
- Mieszkam sama - potwierdziła Jessica.
Iona zamrugała oczami. Jessica miała zaledwie siedemnaście lat. Jak to możliwe, że mieszkała sama? Chciała jej zadać więcej pytań, ponieważ zdała sobie sprawę, że nie wie prawie nic o jej życiu prywatnym. Jednak dziewczyna najwyraźniej pragnęła zmienić temat rozmowy.
- Jak twój nastrój przed zawodami?
- Jestem zdenerwowana, ale bardzo się cieszę, że tam jedziemy. Odpukać!
Rozpierała ją energia. Nie chciała, żeby ta podróż się skończyła, ale równocześnie pragnęła jak najszybciej dotrzeć na miejsce.
Nagle skręciły z głównej drogi i zobaczyły znaki prowadzące do Overview. Na końcu podjazdu, za elektryczną bramą dostrzegły kilka padoków pełnych pięknych, młodych koni. Wybetonowany parking był gładki i rozległy, budynek obok krytej areny mieścił nowoczesne biuro i prawdziwą kafejkę z wygodnymi kanapami.
Dziewczynka pomyślała o Henny, która siedziała na plastikowym krześle w stodole i zapisywała wyniki zawodniczek, gdy tymczasem jej pomocnik smażył burgery w starej drewnianej przyczepie dla koni. Ale Henny i jej plastikowe krzesło należały do przeszłości. Miejsce Iony było tutaj!
Iona miała wrażenie, że śni i powinna się uszczypnąć, kiedy robiła rozgrzewkę na eleganckiej zewnętrznej ujeżdżalni, w otoczeniu wspaniale przygotowanych koni i jeźdźców. Rano mama pomogła jej przygotować Jinksa i teraz, mimo taniej marynarki jeździeckiej, staromodnych butów i zbyt długiej, zimowej sierści kuca, oboje, a zwłaszcza Jinks, prezentowali się wspaniale. Dziewczynka jednak nie mogła nie zwracać uwagi na drobne różnice w szczegółach.
Jess miała na sobie czapkę z daszkiem i długą, pikowaną kurtkę puchową. Nikt jej nie zaczepiał. Wszyscy byli zbyt zajęci swoimi końmi, a może po prostu w takich miejscach jak to nie wypadało zaczepiać znanej w całym kraju zawodniczki. W końcu wszyscy tu byli wybitnymi jeźdźcami, nie tylko ona.
- Czyli to prawda. - Jakiś natarczywy głos wyrwał ją z zamyślenia, a obok niej wyrósł gniady kuc April. - Jessica rzeczywiście korzysta z waszej stajni.
Iona uśmiechnęła się słodko.
- Przecież ci mówiłam. Jess bardzo mi pomaga. Jest przemiła.
- Nie wątpię. - April ponagliła Mambo do energiczniejszego kłusu. - Cóż. Powodzenia! Tu jest zupełnie inaczej niż w Whitemoor.
Iona nie była pewna, czy te ostatnie słowa to była złośliwa uwaga, więc tylko uprzejmie podziękowała. Z satysfakcją zauważyła, że tym razem April nie udało się jej zdenerwować.
* * *
- Wyglądacie świetnie - powiedziała Jess, gdy Iona już rozgrzała swojego kuca. - Jinks jest zrelaksowany i kłusuje modelowo. Spróbuj utrzymać tę energię w jego kroku i upewnij się, że wszystko jest superprecyzyjne, każde przejście i zatrzymanie. - Pogłaskała Jinksa, a ten powąchał jej ramię. - Dasz radę.
Iona wzięła głęboki oddech i ponagliła konia. Chwytając wodze, poczuła, że dłonie jej się pocą w rękawiczkach. Pogłaskała mocną, czarną szyję Jinksa, żeby dodać mu otuchy. Zostały im dwie minuty, gdy jakaś kobieta z uśmiechem otworzyła wielkie wrota do hali.
- Powodzenia - powiedziała nieznajoma, a potem zostali tylko Iona i Jinks, i rozciągająca się przed nimi kryta arena dresażowa, która nagle wydawała się przytłaczająco wielka.
Dziewczynka słyszała bicie własnego serca. Oddech miała krótki i urywany, a do gardła podpełzły mdłości.
Zebrawszy całą swoją odwagę, ponagliła Jinksa do kłusu. Siedziała w siodle wyprostowana, starając się kontrolować ruchy kuca tak, żeby były pewne i rytmiczne. Nie zapomniała zatrzymać się przy stanowisku sędziów, żeby mogli zanotować jej numer. Dźwięk dzwonka sprawił, że niemal podskoczyła, ale Jinks wiedział, co robić. Jak strzała pobiegł na linię centralną, uszy miał postawione, szyję wygiętą, ale nie był spięty. Iona się uśmiechnęła. Od dawna marzyła, żeby zatańczyć z Jinksem na arenie takiej jak ta, gdzie jej kuc mógł wreszcie zalśnić jak prawdziwa gwiazda. Nigdy nie była szczęśliwsza niż teraz, kiedy manewrowali na placu, gładko zmieniając nogę w galopie i kierunki przy wykonywaniu figur. Po precyzyjnym zatrzymaniu, gdy tylko oddała salut, pochyliła się i ze łzami w oczach uściskała kuca. Ogarnęło ją uczucie euforycznego szczęścia. Pragnęła, żeby to trwało wiecznie.
Jess powitała ją na zewnątrz, kiedy dziewczynka zeskoczyła z Jinksa i obsypała go pocałunkami. Patrzył na nią łagodnie. Najwyraźniej występ sprawił mu taką samą radość jak jej.
- To było cudowne. - Jessica była z nich naprawdę dumna. - Dobra robota.
Na wyniki nie trzeba było czekać zbyt długo. Iona nagle poczuła głód i w duchu podziękowała mamie, która przewidująco zapakowała im na drogę kanapki i domowe ciasteczka. Na pewno nie było jej stać na smakowicie wyglądające burgery w kafejce. Rozsiodłała Jinksa i przyniosła mu wodę, a potem nakryła go derką. Sama wciągnęła sweter na bluzkę. Jessica wróciła z kafejki z dużą kawą dla siebie i - niespodziewanie - gorącą czekoladą dla Iony, która przyjęła ją z wdzięcznością.
- Przynajmniej tyle mogę zrobić. Ta czekolada, którą przygotowała twoja mama, była pyszna - oświadczyła Jess. - Chyba jeszcze nikt nie zrobił dla mnie gorącej czekolady! - Uśmiechnęła się. - Wyniki już są na tablicy. Pewnie chcesz je zobaczyć - dodała, puszczając do niej oko.
Wstrzymując oddech, Iona ruszyła w kierunku biura. Po drodze przyglądała się innym zawodniczkom. Żadna z nich nie włożyła wełnianego swetra na pokazowy strój; miały na sobie połyskujące kurtki zapinane na suwak. W starannie upiętych koczkach połyskiwały spinki z kryształkami. Iona zdążyła już rozpuścić swoją grzywę włosów, uwalniając ją spod dziurawej siatki jeździeckiej.
"Liczy się to, jak pojechałam - powtarzała sobie stanowczo. - Marzyłaś, żeby tu wystąpić, więc ciesz się tym, co jest". Nie mogła jednak stłumić w sobie znajomego uczucia zazdrości i pragnienia, żeby dorównać innym. Jessica zabrała ją na te zawody z dobroci serca i uprzejmości. Iona wiedziała jednak, że tu nie pasuje. Nie była wystarczająco dobra, nie miała odpowiedniego sprzętu i pewnie na dodatek zrobiła z siebie kompletną idiotkę. Przecież znała tylko szkółkę jeździecką w Whitemoor, a trafiła do prawdziwego świata sportów konnych.
Rozdział ósmy
Musiała spojrzeć na tablicę kilka razy. Przy imieniu jej i Jinksa widniały wyniki średnio około siedemdziesięciu pięciu punktów, a obok starannie wypisane "pierwsze miejsce". W tej klasie wystąpiło piętnaście uczestniczek, a April zajęła miejsce szóste. Już odebrała swoją rozetę. Iona wzięła swoją kartę i wielką rozetę z czerwoną wstążką. Chciała tańczyć z radości. Może właśnie to miała na myśli April, gdy powiedziała, że w Whitemoor to taka nie całkiem prawdziwa wygrana. To dopiero była wygrana! Iona napawała się wspaniałym otoczeniem: elegancka arena, piękne kuce i Jinks pośród nich.
W jednej z wielkich ciężarówek wybuchła jakaś sprzeczka, z każdym słowem coraz głośniejsza. Iona zerknęła w tamtą stronę i zobaczyła April opartą o Mambo. Dziewczynka miała twarz zalaną łzami. Rozpoznała jej tatę, który właśnie kłócił się z mamą. Mama April miała takie same lśniące, długie włosy jak córka i była nieskazitelnie elegancka, jak Mambo.
April podniosła wzrok i spostrzegła Ionę. Spojrzała na nią gniewnie, otarła oczy, uniosła dumnie głowę i się odwróciła. Jej rodzice nadal się sprzeczali. Mama wsiadła do kabiny i z głośnym hukiem zatrzasnęła za sobą drzwi, a ojciec z miną jak gradowa chmura opuścił rampę dla konia, głośno sapiąc.
Iona wróciła do ciężarówki Jess, stała przy niej przez kilka minut i zastanawiała się, czy nie powinna sprawdzić, jak się czuje April. Potem wyobraziła sobie pogardliwą reakcję dziewczyny na słowa pocieszenia. Jess właśnie się zbliżała, promieniejąc z dumy, a ona znów wpadła w euforyczny nastrój; w końcu kłótnie w rodzinie April to nie była jej sprawa.
Jinks wyglądał pięknie w czerwonej derce, która podkreślała kolor rozety przypiętej do kantara. Iona wyjęła komórkę i zrobiła mu zdjęcie.
- Daj, zrobię wam zdjęcie razem - zaproponowała Jessica, a dziewczynka podała jej telefon, trochę skrępowana. - Stańcie przed areną, wtedy będzie widać wszystkie te kwiaty i flagi.
Promieniejąca z dumy Iona ustawiła się z Jinksem, a Jess pstryknęła im kilka fotek. Kiedy dziewczynka odebrała telefon, z radością zobaczyła, że zdjęcia wyszły o wiele lepiej od tych, które robiła jej mama. Nie mogła się już doczekać, kiedy opublikuje je na swojej stronie. Wreszcie miała się czym pochwalić. Odsunęła od siebie wspomnienie tego, co powiedział jej Oscar poprzedniego dnia. Wcale nie chciała nikomu udowadniać, że jest lepsza od innych; po prostu pragnęła podzielić się wiadomością o swoim sukcesie.
Podczas drogi powrotnej Iona nie była już taka spięta. Czerwona rozeta spoczywała na jej kolanach, a ona od czasu do czasu wygładzała jedwabiste końce wstążki i przesuwała dłonią po marszczeniach. Henny używała tanich rozetek, które wykorzystywała wielokrotnie. Jeszcze nie całkiem docierało do Iony, że zajęła pierwsze miejsce.
Jessica wybuchła śmiechem, kiedy Iona powtórzyła to setny raz.
- Mówiłam przecież, że się świetnie tam odnajdziesz. - Zamyśliła się na chwilę. - Twój koń jest naprawdę niezwykły. To znaczy od początku wiedziałam, że jest dobry. Widać to było nawet na twoim błotnistym placu treningowym. Ale on ma w sobie coś szczególnego. Twoja mama wyhodowała wspaniałe zwierzę. I piecze doskonałe ciasteczka. - Ze śmiechem zjadła trzecie. - Są niesamowite. Zwykle łapię coś po drodze na stacji benzynowej. Tak miło zjeść coś domowego.
Czy Ionie się wydawało, czy w głosie Jess zabrzmiała nuta tęsknoty?
- Wypieki mamy są fantastyczne. I tak, z Jinksem wyszło jej doskonale. Wiele w tym też zasługi taty; to on znalazł ogiera. Podobno miał wyjątkowe oko do dobrych koni. Jinks i ja urodziliśmy się mniej więcej w tym samym czasie - powiedziała z dumą. - Wyglądało to dość dramatycznie. Szalała wtedy potężna burza, a ja miałam przyjść na świat dopiero za kilka tygodni. Jinks się urodził, a weterynarz musiał poprosić Penny, żeby podwiozła go do nas quadem, bo droga była zalana. A potem, kilka dni później, ja urodziłam się przedwcześnie w domu i Penny znowu wyciągnęła quada, żeby przywieźć położną. Mama i tata poszli sprawdzić, jak się miewa Jinks, a tu nagle bum i pojawiłam się ja! Obchodzimy urodziny prawie wspólnie! - Zorientowała się, że od dłuższego czasu nie zaczerpnęła powietrza i znów mówi za dużo. - Jest naprawdę wyjątkowy dla mamy. I dla mnie.
- Coś takiego! - Jessicę naprawdę zainteresowała ta historia. - Szkoda, że twoja mama nie zajęła się na poważnie hodowlą koni.
Iona pomyślała o zdjęciach, które czasami oglądała w domu: Sara w jeździeckim fraku kręcąca piruety na pięknym koniu, Leo galopujący po wrzosowiskach, rozciągających się za posiadłością.
- Chciała to robić - wyjaśniła. - Ale urodziłam się ja, a wkrótce potem... - przełknęła ślinę - ...zginął mój tata. - Wzięła głęboki oddech. - Zdarzył się wypadek na morzu. Wywróciła się łódź. Trzynaście lat temu.
Jess spojrzała na nią współczująco.
- Słyszałam o tym - rzekła cicho.
- Zginął mój tata i tata Oscara, czyli mojego najlepszego przyjaciela, który był u mnie, kiedy zjawił się Taz - wyjaśniła. - I jeszcze jeden mężczyzna z wioski. Nigdy nie poznałam swojego taty.
- To straszne - powiedziała ze współczuciem Jessica. - Tak mi przykro, Iono. Nie wiedziałam, że był tam twój tata.
- Nie szkodzi. Mama była bardzo dzielna. Musiała zrezygnować z marzeń. Przestała trenować dresaż; zatrzymała jednak matkę Jinksa. Została uśpiona kilka lat temu. - Spuściła wzrok na rozetę. - Dlatego Jinks jest dla nas taki ważny. I wiem, że mama byłaby szczęśliwa, gdyby dostał szansę i pokazał, jaką jest gwiazdą. Tyle że to trudne. Prowadzenie centrum trekkingowego to ciężka praca... - Zamilkła na chwilę. - Mama chyba uważa, że musi dalej prowadzić tę firmę ze względu na babcię i dziadka, i tatę, i Penny. Czasami żałuję, że nie chce zmienić zdania. - Nerwowo splotła palce.
Nigdy jeszcze tak otwarcie tego nie przyznała.
- Ledwie pamiętam swoich rodziców - powiedziała Jessica bardzo cicho. - Oni również zginęli.
Ta informacja wstrząsnęła Ioną. A więc Jessica ją rozumiała. Poczuła, że łączy je jakaś niewidzialna nić. Jessica doświadczyła podobnego bólu, i to podwójnie.
- Tak mi przykro - odezwała się. - To jest okropne, prawda? Jak... - Urwała, uświadamiając sobie, że to nie jej sprawa.
Jessica wpatrywała się w drogę przed nimi.
- Wypadek samochodowy - powiedziała beznamiętnie. Po chwili jakby się otrząsnęła z letargu. - Wychowałam się w rodzinie cioci. Jest w porządku.
Było w jej minie coś takiego, że Iona umilkła.
- Co twoja mama i Sam sądzą na temat tego hotelu? - Starsza z dziewczyn zmieniła temat.
- W tej chwili sytuacja jest trudna - wyznała Iona. - Ale kiedy wszystko się uspokoi, jestem pewna, że będzie dobrze.
Jessica zerknęła na nią przelotnie.
- To super.
Dopiero dużo później, kiedy Iona siedziała z podwiniętymi nogami na krześle w kuchni, w towarzystwie Maxa, wciąż ściskając swoją wstążkę i po raz kolejny opowiadając zachwyconej Sarze o minionym dniu, przypomniała sobie tę rozmowę. Skąd Jessica wiedziała o hotelu? Iona nie przypominała sobie, żeby jej o tym mówiła. I czyż mężczyzna, który ich nachodził, nie powiedział, że jeszcze nic nie jest ostatecznie zatwierdzone? Zmarszczyła czoło. Może powiedziała jej o tym mama. Albo Sam? Albo po prostu gdzieś o tym usłyszała; wszyscy w okolicy wiedzieli, że posiadłość została sprzedana, a Jessica nie mieszkała daleko.
Jeszcze raz obejrzała w telefonie zdjęcia udekorowanego Jinksa. Zalogowała się na swoje konto w mediach społecznościowych i kliknęła na profil April. Dziewczyna zamieściła piękne zdjęcie galopującego Mambo i wpis w zaskakująco radosnym tonie: Wspaniały dzień w Overview. Mambo bardzo się starał, ale po prostu nie był dziś w swojej zwykłej, doskonałej formie. Będziemy musieli wezwać weterynarza i fizjoterapeutę, żeby się upewnić, czy wszystko z nim w porządku. Gdyby był w formie, zdobyłby wynik lepszy o co najmniej pięć procent! Gratulacje dla Iony Patterson, która wygrała.
Iona jeszcze raz przeczytała tekst, żeby sprawdzić, czy wyobraźnia nie płata jej figli. Czyżby April rzeczywiście jej gratulowała? A może nie? Wyniki czołowych zawodniczek były do siebie tak zbliżone, że dodatkowe pięć procent uplasowałoby April dużo wyżej niż ją. Zabrzmiało to trochę jak przytyk.
Wszystkie komentarze pod zdjęciem były bardzo miłe. Następnym razem pójdzie ci lepiej niż kiedykolwiek!, napisał ktoś. Dla mnie Mambo nadal jest numerem jeden, skomentował ktoś inny. Iona się skrzywiła i weszła na swoje konto. Zamieściła na nim najlepsze zdjęcia zrobione przez Jessicę. Napisała kilka słów, a na koniec otagowała profil Jessiki, zanim kliknęła przycisk "opublikuj". Od dawna marzyła o tym, żeby mieć okazję do podzielenia się w internecie swoim sukcesem.
Odwiedziła strony innych zawodniczek, które obserwowała w sieci, jeszcze raz przejrzała swoje zdjęcia, a następnie wróciła do zamieszczonego przed chwilą postu. To było dziwne. Ze zmarszczonym czołem patrzyła na ekran telefonu. Przecież otagowała Jessicę, była tego pewna, jednak jakikolwiek ślad po tym zniknął. Może zrobiła coś nie tak? Spróbowała zamieścić tag jeszcze raz, ale ukazał się komunikat o błędzie. Rzekomo nie miała uprawnień do dokonania takiego wpisu. Ze wstydu zrobiło jej się na przemian zimno i gorąco. Jessica musiała usunąć oznaczenie; najwyraźniej nie chciała, aby jej nazwisko pojawiło się pod tym zdjęciem.
Iona wyłączyła telefon, po czym potrząsnęła głową, wiedząc, że jak zwykle nadmiernie analizuje sytuację. Pewnie to tylko jakiś błąd techniczny albo starzejący się telefon płatał jej figle. Skupiła się na swoim przejeździe, na tym niesamowitym uczuciu, które nią zawładnęło, kiedy podjeżdżała do środkowej linii. Nie pozwoli, żeby coś zepsuło jej ten dzień!
Nazajutrz zobaczyła Oscara w szkolnym autobusie. Zajął dla niej miejsce obok siebie. Uświadomiła sobie z poczuciem winy, że nie wysłała mu żadnego SMS-a od czasu wspólnej przejażdżki, podczas której spotkali April. Normalnie w takich okolicznościach Oscar byłby pierwszą osobą, którą zawiadomiłaby o swoim sukcesie, ale towarzystwo Jessiki tak ją zajęło, że zapomniała o przyjacielu.
- Hej! - powitał ją, kładąc plecak na kolanach, żeby mogła zająć sąsiednie miejsce.
Otrzepała kilka źdźbeł siana z rajstop i usiadała obok. Poranek był nieco stresujący. Znowu zablokowano drogę, ale udało im się przecisnąć w ostatniej chwili.
- Hej! - odparła trochę sztywno.
- Widziałem twój post - powiedział Oscar. - Cieszę się razem z tobą! April też dobrze się spisała.
- Dzięki - odrzekła z wdzięcznością.
Przypomniała sobie słowa przyjaciela, że zawsze rywalizuje z April, i postanowiła nie wspominać o swoim zwycięstwie nad konkurentką, chociaż sprawiło jej ono wielką satysfakcję. Przeczytawszy kilka razy post April, doszła do przekonania, że koleżanka chciała wbić jej szpilę. Nic jednak nie powiedziała, tylko zmarszczyła czoło. Przypomniała sobie scenę na parkingu, której była mimowolnym świadkiem.
- Czy... czy u April w domu wszystko w porządku? - spytała ostrożnie. Nie chciała wyjść na plotkarę. - Chodzi o to, że podczas zawodów zobaczyłam... jak to określić... - Chciała dobrać odpowiednie słowa. - Zauważyłam pewną kłótnię.
Oscar się zastanowił.
- To zupełnie nie moja sprawa, ale chyba jej rodzice nie dogadują się ostatnio zbyt dobrze.
- Aha. - Iona miała ochotę wypytać go o szczegóły, ale się powstrzymała.
Oscar zmienił temat.
- A u was nadal trwa zamieszanie? Widziałem z drogi jakieś światła.
- To w rezydencji. Rozbierają wszystko na kawałki. Podobno chcą ją przerobić na hotel. Nie wiem, czy to publiczna wiadomość, więc nikomu nic nie mów - dodała na wszelki wypadek.
Potem przypomniała sobie, że Jess o tym wie, więc chyba nie jest to taki wielki sekret?
Po następnych kilku tygodniach wielkie ciężarówki zniknęły, a na ich miejscu pojawiły się samochody dostawcze z napisami w rodzaju KUCHNIE NA ZAMÓWIENIE lub LUKSUSOWE ŁAZIENKI. Prace nabrały szybszego tempa, ale małe gospodarstwo pozostało oazą spokoju pośród chaosu renowacji.
Jess zgłosiła Ionę do kolejnego konkursu w dresażu, więc dziewczynka po lekcjach trenowała wytrwale w coraz to krótszym świetle dnia. Sara miała jechać za nimi swoją półciężarówką, a Iona nie mogła się doczekać, żeby zobaczyć reakcję mamy. Polerując buty, beztrosko nuciła piosenkę dobiegającą z radia, lecz później, na podwórzu, poczuła się dziwnie.
Zabrała Maxa na wieczorny spacer, ale pies trzymał się blisko niej, jakby wyczuwał coś niepokojącego. Kuce były pobudzone, stały przy bramie, tupiąc kopytami. Co jakiś czas w chłodnym powietrzu rozbrzmiewało rżenie któregoś z nich. Iona pociągnęła nosem. Dym. Ale nie była to znajoma woń dymu unoszącego się z komina, pachnącego drewnem, którym palili w starym piecu. To było coś innego.
Wyszedłszy za róg stodoły, gdzie tymczasowo przechowywali siano, poczuła w żołądku nieprzyjemny skurcz strachu. Natychmiast otworzyła drzwi i usłyszała złowróżbne trzaski, dobiegające od strony stosu bel siana. Stojący obok Max zadygotał, a ona wiedziała, że muszą stąd uciekać. Wzięła psa na ręce i rzuciła się do ucieczki, ale w tej samej chwili sterta siana buchnęła płomieniami z taką siłą, że podmuch powalił dziewczynkę na ziemię. Wystraszone kuce przegalopowały na drugi koniec pastwiska. Max zamortyzował jej upadek, na szczęście nic mu się przy tym nie stało. Polizał ją po twarzy i stanął na czterech łapach. Ale co z Tazem i Jinksem! Iona poderwała się, mocno chwyciła psa za obrożę i krzykiem alarmując mamę oraz Sama, ile sił pobiegła otworzyć drzwi do stajni. W ten sposób jej ukochany kuc i duży koń Jess mogły się wydostać na podwórze. Doskonale wiedziała, jak niezwykle szybko potrafi rozprzestrzeniać się ogień, zwłaszcza w takich starych budynkach.
Po chwili Jinks i Taz stały już razem przy ogrodzeniu. Nie mogły odbiec dalej niż wybrukowana część dziedzińca, ale znajdowały się teraz z dala od bezpośredniego zagrożenia.
- Iono! - Sam biegł w jej stronę z przerażoną miną.
- To siano - powiedziała zdyszana. - Zapaliło się! Szybko!
Sam bez słowa chwycił dwa kubły, napełnił je wodą z koryta i pobiegł do stodoły, a za nim Sara, która już wyjęła komórkę, żeby zadzwonić po straż pożarną. Iona wzięła głęboki oddech i podążyła za nimi.
Ich błyskawiczne działanie ocaliło stodołę, ale nie siano. Strażacy starannie ugasili pożar i upewnili się, że teren jest bezpieczny, jednak woda zrujnowała większość ocalałych bel.
- Wszystko przez to, że musieliśmy je tu przenieść. - Twarz Sary pobladła. - Mówiłam, że ta stodoła jest zbyt wilgotna.
Woń tlącego się siana przywarła do włosów i swetra Iony i towarzyszyła jej przez resztę wieczoru. Podczas kolacji nikt nie miał apetytu.
- Jesteśmy przeklęci - jęknęła Sara z rozpaczą, przesuwając widelcem jedzenie po talerzu. - I po każdym kolejnym ciosie coraz trudniej się podnieść. Nie wiem, ile siły mi zostało do dalszej walki.
Rozdział dziewiąty
Przed świtem Iona wyszła cicho z domu, żeby zobaczyć swojego ukochanego czarnego kuca. Na razie nie musiała zaplatać mu warkoczyków i przygotowywać do zawodów. Po prostu bardzo chciała go zobaczyć, znaleźć pocieszenie w dotyku jego jedwabistej grzywy i delikatnym dotknięciu miękkich chrapów. Jinks zarżał radośnie na jej widok i podbiegł do niej z drugiego końca dziedzińca. Wielka bryła rezydencji majaczyła w mroku. Dziewczynka zauważyła ze zdziwieniem, że od czasu przejścia w inne ręce ten dom stracił w jej oczach całą swoją magię, którą widziała w nim od zawsze.
Atmosfera bardzo się zmieniła i mogło się wydawać, że to oni są tu intruzami. Iona przytuliła Jinksa i zadrżała. Mama miała rację. Chyba dotknęła ich jakaś klątwa. Duże zamówienie, które nie doszło do skutku, groźba pozwu sądowego, wciąż wisząca nad ich głowami, wyciek wody, zły numer telefonu, a teraz pożar. Gdyby wtedy nie wyszła na podwórze... Nawet nie chciała o tym myśleć. Muszą dokupić więcej siana, żeby przetrwać zimę. A to będzie kolejny wydatek.
O ile w ogóle dotrwają do zimy.
Jessica zerknęła na Ionę.
- Wszystko w porządku?
Dziewczynka spoglądała na krajobraz przewijający się za oknem. Jinks bezpiecznie podróżował w tylnej części niewielkiej ciężarówki, ale ona ledwo pamiętała, jak go tam wprowadziła.
Sara pomogła jej zapleść grzywę niewielkiego, czarnego konika i uściskała ją mocno przed odjazdem.
- Tak mi przykro, skarbie. Jednak nie dam rady pojechać dzisiaj z wami. Muszę zostać i postarać się uporządkować ten bałagan.
Iona również uściskała mamę, poruszona smutkiem w jej głosie. Jak to możliwe, że w ciągu kilku krótkich tygodni sprawy przybrały taki katastrofalny obrót? Czy to wszystko było tego warte? Naprawdę? Nieustający stres, niekończące się pasmo pechowych zdarzeń i brak pieniędzy, żeby naprawić szkody.
Dziewczynka wróciła do teraźniejszości i się przeciągnęła.
- W porządku - odpowiedziała Jessice. - Tylko w domu nie najlepiej. Mama i Sam nie mogą złapać oddechu, ciągle coś nam się przytrafia.
Nie chciała mówić za dużo, żeby Jessica nie odebrała im Taza. Minionej nocy jej koń znalazł się w niebezpieczeństwie.
- Mówiłaś, że prowadzenie firmy trekkingowej to potężny stres - odrzekła starsza dziewczyna ze współczuciem. - Wygląda na to, że sytuacja jest niełatwa.
Iona spojrzała przez okno.
- Czasami wyobrażam sobie, jak by wyglądało nasze życie bez tego wszystkiego - wyznała. Zalało ją poczucie winy. - Kocham wszystkie nasze konie, ale mama stale się martwi o opłacenie rachunków za paszę, za weterynarza i takie tam. Zwykle jakoś nam idzie, ale nie teraz. Tyle rzeczy się wydarzyło w ciągu ostatnich tygodni. Nie mogę patrzeć, jak mama ciągle się martwi. Może gdyby chodziło tylko o Jinksa, udałoby się wynająć jakiś dom z małą stajnią dla niego, no i dla Merry. Ich nie można rozdzielić. - Za oknem mignęły konie pasące się na polu. - Mama nigdy, przenigdy nie sprzedałaby Jinksa. - "A ja mogłabym skupić się na treningach ujeżdżania", dodała w myślach, ale nie powiedziała tego głośno.
- Pewnie byłaby to dla ciebie miła odmiana. Coś zupełnie innego - powiedziała Jessica z namysłem.
- Mam jakieś przeczucie, że właśnie tak to się skończy - dodała Iona.
Nie była pewna, co powinna czuć. Nie chciała przyznać, nawet sama przed sobą, że takie rozwiązanie przyniosłoby jej ulgę.
Właśnie skończyła siodłać Jinksa, kiedy ktoś zawołał ją po imieniu. Zobaczyła, że w jej stronę idzie jakaś kobieta.
- Jesteś Iona, prawda? - zapytała kobieta z uśmiechem. - Już się kiedyś poznałyśmy - ciągnęła. - W Whitemoor, podczas zawodów. Poproszono mnie, żebym zastąpiła wtedy innego sędziego, w ramach przysługi. Znamy się z Henny od dawna.
Iona próbowała ją sobie przypomnieć. Tak, ta kobieta oceniała jej przejazd na ostatnich zawodach w szkole Henny i powiedziała, że powinna iść dalej z Jinksem. No i poszła! A sędzia ją zapamiętała! Dziewczynka poczuła, że rozpiera ją duma.
- Dzień dobry - przywitała się nieśmiało.
- To cudownie, że cię tu widzę. - Kobieta poklepała Jinksa. - Nazywam się Emma. Prowadzę zespół juniorów. Oglądałam z galerii twój przejazd testowy i nie mogłam się nadziwić, jak bardzo ty i twój kuc poprawiliście się od czasów Whitemoor. A już wtedy byłaś całkiem niezła! Cieszę się, że udaje ci się częściej brać udział w zawodach.
- Dziękuję - odrzekła Iona, nieco oszołomiona.
- Wiesz, że następne tutejsze zawody będą również kwalifikacją do zimowych mistrzostw juniorów? - ciągnęła Emma, a Iona skinęła głową. Znała harmonogram na pamięć i wydawało jej się, jakby wczoraj przeczytała post April o tym, że udało jej się zakwalifikować. - Sądzę, że masz realną szansę. Wiesz, że oferujemy nagrodę dla mistrza juniorów we freestyle'u: roczne stypendium na treningi. To powinno być twoim celem.
- Na pewno bardzo by tego chciała - rozległ się jakiś głos.
Zza rogu wyszła Jessica i uśmiechnęła się do Iony.
Emma drgnęła z zaskoczenia.
- Jak się masz, Jess? - powitała ją serdecznie. - Nie wiedziałam, że tu jesteś.
- Och, ja nie startuję w zawodach - wyjaśniła Jessica. - Jestem tu, bo pomagam Ionie.
- Nie mogę się doczekać, kiedy znów cię zobaczę na arenie - powiedziała z uśmiechem Emma.
- Ale super - oznajmiła radośnie Jessica, kiedy Emma odeszła. - To jest Emma Landy. Najlepsza specjalistka od dresażu. Musimy się postarać o zakwalifikowanie do mistrzostw. To byłaby dla ciebie prawdziwa szansa! Jeśli dobrze ci pójdzie, otworzą się przed tobą nowe możliwości. Kiedy zabiorę Taza do domu, będziesz potrzebowała pomocy. Uda nam się.
Ionę ogarnęły najróżniejsze emocje. Jess powiedziała "nam"; były teraz prawdziwym zespołem. W jej głosie wyraźnie brzmiała determinacja, ale przecież starsza zawodniczka wkrótce zakończy wizyty w Kestrel. Iona przyzwyczaiła się do jej codziennej obecności i niemal zapomniała o tym, że to tylko tymczasowa sprawa. Jess miała rację: ich celem powinien być start w mistrzostwach, żeby nie wiem co. Teraz, kiedy już się przekonała, czego wraz z Jinksem potrafią dokonać, nie było powrotu na wyboisty plac w Whitemoor.
Trochę później, dosiadłszy już Jinksa, Iona poczuła świeży przypływ motywacji. Być może jest to ich ostatni pokaz przed eliminacjami, muszą więc dać z siebie wszystko. Żałowała, że mama nie widzi, jak galopuje po arenie. Wyprostowała się, wiedząc, że po ostatnim występie jej nazwisko będzie rozpoznawalne. Nawet w wiekowych butach i ze starym, postrzępionym czaprakiem pod siodłem czuła, że ona i Jinks mogą śmiało konkurować z innymi. Gdy spostrzegła, że April wchodzi na rozgrzewkę, celowo podjechała do Jess, żeby koleżanka mogła zobaczyć, że są przyjaciółkami.
April zadarła nos i udała, że jej nie widzi.
"Ha - pomyślała Iona - teraz już nie może traktować mnie z wyższością". Odepchnęła od siebie myśl, że kiedy ostatnim razem się widziały, niemal zrobiło jej się żal tej dziewczyny.
Gdy wjechała na wielki plac, okolony międzynarodowymi flagami, całkiem zapomniała o April. Wzięła głęboki oddech, a kiedy kłusowała wokół areny, czekając na sygnał dzwonka, zdenerwowanie całkiem ustąpiło. Zatrzymała się przy stanowisku sędziów, żeby mogli zanotować jej numer. A potem, przez następne cztery i pół minuty, wszystko wokół przestało istnieć. Jinks kłusował bardziej zdecydowanie niż kiedykolwiek wcześniej, zakręty brał ostro i precyzyjnie, a kiedy przeszedł w wydłużony galop, miała wrażenie, jakby drobnemu czarnemu kucowi nagle wyrosły skrzydła i uniosły go w powietrze. To było najlepsze uczucie pod słońcem. Zaraz po tym, jak oddała salut po skończonym przejeździe, nie mogła się powstrzymać i pochyliła się, żeby mocno przytulić Jinksa. Łzy cisnęły jej się do oczu. To było już coś więcej niż zawody w ujeżdżaniu; to była ucieczka.
Krótko potem poczuła się jeszcze bardziej nierealnie, kiedy odbierała rozetę za zdobycie pierwszego miejsca, jeszcze bardziej błyszczącą i luksusową niż poprzednia. Zwycięstwo uderzyło jej do głowy niczym alkohol. Przebiegła wzrokiem tablicę wyników i ku swojego zaskoczeniu spostrzegła, że April nie uplasowała się w pierwszej szóstce; jej wynikł widniał na samym dole zestawienia. Właściwie to nigdzie nie widziała nawet śladu koleżanki; miejsce, w którym parkowała jej wielka ciężarówka, było teraz puste. Pewnie zaraz po występie odjechała do domu.
Iona żałowała, że April nie była świadkiem jej rozmowy z Emmą Lancy; na pewno pozieleniałaby z zazdrości i czułaby się tak, jak ona przez długie lata. Układała już w głowie podpis, który umieści obok zdjęcia rozety. A może poprosi mamę, żeby kupiła choćby najmniejszą fotografię zrobioną przez zawodowca. Wreszcie nadszedł jej moment. "Nawet jeśli w domu wszystko się wali, to przynajmniej ja i Jinks błyszczymy jak prawdziwe gwiazdy", pomyślała, ale zaraz poczuła, że to trochę nielojalne.
Kiedy Jessica wjechała na dziedziniec, Sara właśnie prowadziła Merry do stajni i Iona nie mogła nie zauważyć, jak bardzo mama jest zmęczona. Merry kwiknęła, gdy ciężarówka się zatrzymała, a Jinks odpowiedział jej z końskiego boksu w tylnej części pojazdu. Jego ostre, przenikliwe rżenie odbiło się echem od kamiennych ścian.
Dzisiaj Iona uciekła na kilka godzin, podróżując luksusową ciężarówką i galopując po złocistym piasku prestiżowego ośrodka jeździeckiego, ale teraz znowu znalazła się w domu, wróciła do rzeczywistości, gdzie wszystko kruszyło się i sypało. Znów myślała o tym, o ile łatwiejsze byłoby życie, gdyby zostawili sobie tylko Jinksa i Merry, a odpadłby im cały stres związany z prowadzeniem firmy. Uwielbiała konie trekkingowe i wiedziała, że na takie spokojne, bezpieczne kuce do rekreacyjnych przejażdżek na pewno byłby wielki popyt, gdyby wystawić je na sprzedaż. Kestrel zawsze było częścią jej otoczenia, tak samo jak strome, skaliste klify, spienione fale i smagane deszczem rozległe wrzosowiska, rozciągające się za posiadłością. Ale teraz wszystko niesamowicie szybko się zmieniało, a oni zostawali na marginesie wydarzeń. Czy naprawdę byłoby tak źle, gdyby i oni się zmienili?
- Cześć, skarbie! - przywitała ją mama, zamykając drzwi boksu za Merry.
Iona właśnie przyprowadziła Jinksa na dziedziniec. Kuc zarżał na powitanie Taza, ale największą serdeczność okazał ukochanej Merry, która naparła na drzwi boksu i dotknęła chrapami chrapów przyjaciela.
- Spójrz tylko na nie - powiedziała Sara zmęczonym głosem. - Szkoda, że życie nie jest takie proste.
- Wszystko w porządku, pani Patterson? - Jess weszła za nimi do stajni i głaskała Taza ponad drzwiami boksu.
Sara przez chwilę milczała, a potem jakby przerwała się w niej jakaś tama.
- Nie, nie całkiem - wyrzuciła z siebie. - Wszystko się rozpada. Siano w stodole niemal kompletnie spłonęło, musieliśmy zapłacić olbrzymi rachunek za wodę z powodu awarii rury, a na domiar złego nadal wisi nade mną groźba pozwu o odszkodowanie, który chce wnieść pewna kobieta. Niegroźnie zsunęła się z konia podczas przejażdżki w czasie ferii szkolnych. Jeśli dodać do tego wszystko, co się dzieje wokół, mam już naprawdę dość!
- Mamo! - Iona spojrzała na nią z przerażeniem.
Sara zbyła ją machnięciem dłoni, najwyraźniej obojętna na jej ostrzegawczy okrzyk.
- Proszę, nie przerywaj mi - powiedziała. - I tak wkrótce wszyscy się dowiedzą. Wiadomości rozchodzą się szybciej niż pożar. Widzisz, Jess... - westchnęła - ...zatrzymamy tu Taza tak długo, jak będzie trzeba, ale nie jestem pewna, czy potem nasza stajnia będzie miała jakąkolwiek przyszłość.
Jessica przestała głaskać Taza i znieruchomiała.
- Ktoś chce was pozwać? Wybuchł tu pożar? - Minę miała taką, jakby trudno jej było w to uwierzyć. - Serio?
- Tak, ale udało się go ugasić - odrzekła Sara ponuro. - Straciliśmy większość siana, jednak ogień nie rozprzestrzenił się na budynki. Na szczęście Iona w porę zauważyła niebezpieczeństwo i wyprowadziła Jinksa oraz Taza na zewnątrz. Nie martw się, nic mu się nie stało. Teraz wszystko jest w rękach firmy ubezpieczeniowej, ale mam doświadczenie i wiem, że taka historia może się skończyć ruiną stajni.
- To okropne! - jęknęła Jessica.
"Ją chyba rzeczywiście martwi nasza sytuacja". Iona przypomniała sobie, jak Oscar z początku krytycznie wyrażał się o Jessice. Najwyraźniej ona naprawdę się przejęła!
- Będziemy walczyć - rzekła zaraz zadziornie mama. - Nie poddam się bez oporu. To miejsce tak wiele dla nas znaczy.
Jednak Iona już widziała, że zmartwienia i ciężka praca zaczynały się na niej odciskać. Nadciągające od morza deszczowe chmury nabrały symbolicznego znaczenia.
Następny ranek wstał jasny i bezchmurny. Promienie słońca sprawiały, że ziemia skrzyła się wesoło, a mimo pory roku w powietrzu wyczuwało się odrobinę ciepła. Nocny deszcz jakby zmył ponurą atmosferę dnia poprzedniego. "Szkoda - pomyślała Iona - że nie może zmyć też wszystkich naszych problemów". Mimo trudów związanych z występem na zawodach Jinks był pełen energii, a że teraz zmierzch zapadał szybko, to słoneczne dni w weekend były wyjątkowo cenne, więc dziewczynka postanowiła osiodłać kuca i ruszyć na plażę. Myślami wróciła do taty - zniszczone obrazy sprawiały, że jego nieobecność wydawała się podwójnie bolesna. Nienawidziła morza, ale na plaży czuła się tak, jakby była bliżej ojca. Jinks zdawał się wiedzieć, dokąd zmierzają, i niecierpliwie przebierał nogami, kiedy wsiadła na siodło. Poczuła ukłucie winy. Tak ją pochłonęły przygotowania do eliminacji w ujeżdżaniu, że każda jazda była poświęcona treningowi i ćwiczeniom. A przecież wiedziała, jak Jinks uwielbia galopować po piasku.
Ostatni trekking odbyła w towarzystwie Oscara. Wyjęła z kieszeni telefon i wybrała numer kolegi.
Odpowiedział szybko, ale słyszała wokół niego dużo gwaru.
- Hej - powitała go trochę skrępowana. - Właśnie wybieram się na przejażdżkę. Tak sobie pomyślałam, że może miałbyś ochotę towarzyszyć mi na rowerze?
Po drugiej stronie zapanowała cisza.
- Nooo... - Oscar również wydawał się skrępowany. - Właśnie byłem na meczu. Kojarzysz Jacksona z naszej szkoły, prawda? Zaprosił nas wszystkich na pizzę.
- Rozumiem - odrzekła. - No to innym razem.
Wsunęła telefon do kieszeni. Po raz pierwszy odczuła, że oddalili się od siebie z przyjacielem. Najwyraźniej wszystko się zmieniało.
Wypuściła wodze z rąk i pozwoliła kucowi samodzielnie odnaleźć drogę na plażę. Ledwo stanęli na piachu, pozwoliła mu na niekontrolowany galop. Czarne kopyta unosiły się w powietrzu niemal jak w locie, jedwabista grzywa, wciąż lekko pofalowana po zaplecionych wczoraj warkoczykach, smagała jej twarz, gdy dziewczyna pochylała się nisko nad szyją, zachęcając konia do szybszego biegu. To było zupełnie inne uczucie niż opanowana energia, którą w nim czuła poprzedniego dnia na środku areny. To był Jinks w swojej najlepszej formie; miał w sobie dziką naturę, której nigdy do końca nie dało się ujarzmić.
Rozdział dziesiąty
Na końcu plaży Iona spostrzegła jakąś kobietę na siwym koniu, więc odchyliła się nieco w tył i przystopowała Jinksa. Teraz płonący w nim ogień przygasł. Rozpoznała w niej znajomą mamy, która trzymała swojego konia za wiejskim pubem. Dziewczynka głaskała go, kiedy tylko miała okazję.
Kobieta pomachała do niej, a ona odpowiedziała jej tym samym, podjeżdżając bliżej.
- Nie bój się, że zdenerwujesz Billy'ego. On woli trzymać się stępa, ale doceniam, że zwolniłaś. - Wskazała gestem na morze, spokojne dzisiaj niczym staw. Jego powierzchnia połyskiwała jak lustro. - Zamierzam się trochę pochlapać. Jeśli masz ochotę dołączyć, zapraszam. Ostatnio ciągle było takie wzburzone. Billy uwielbia brodzić w wodzie, więc dziś korzystam z okazji.
Iona głośno przełknęła ślinę.
- Dobrze - odparła.
Właściwie to nie miała wyboru. Jinks natychmiast poczuł sympatię do przystojnego Billy'ego i z wielką radością podążył za nim w stronę wody. Im bardziej się zbliżali, tym mocniej kręciło jej się w głowie, a panika ściskała za gardło. Spróbowała powstrzymać kuca.
Uszczęśliwiony siwek wszedł między fale delikatnie omywające piasek.
- Konie uwielbiają wodę, prawda?
Kobieta odwróciła się do niej z uśmiechem, ale ona tego nie widziała. Nie zobaczyła też, jak twarz jej towarzyszki przybiera wyraz zdumienia, ponieważ już zawróciła Jinksa. Morze zdawało się ich wchłaniać, pod spokojną powierzchnią czaiło się niebezpieczeństwo. Musiała uciekać.
- Przepraszam - zawołała przez ramię, kierując niechętnego kuca z powrotem na plażę. - Właśnie sobie przypomniałam, że muszę już wracać do domu.
Dopiero kiedy znów znalazła się na ścieżce i zniknęła kobiecie z oczu, kierując się do bezpieczniej przystani, jaką był dla niej dom, zatrzymała Jinksa i starała się uspokoić. Trzęsła się jak galareta i z trudem chwytała powietrze. Wybrała się na przejażdżkę, która miała odsunąć od niej codzienne problemy, a wracała z niej bardziej roztrzęsiona niż kiedykolwiek.
Po powrocie, jeszcze na podjeździe, zobaczyła na dziedzińcu Jessicę. Starała się nie okazać zdziwienia, choć widok zawodniczki ją zaskoczył. Przecież była tu zaledwie wczoraj po południu, a zwykle nie odwiedzała Taza codziennie.
- Hej. Chciałam cię o coś zapytać - zaczęła Jess.
Iona zmarszczyła brwi. Zeskoczyła z Jinksa, poprowadziła go pod ścianę, na której wisiał jego kantar, i zaczęła go rozsiodływać. Jessica podążyła za nią.
- Wiesz, że pracuję przy kampaniach reklamowych, prawda? - kontynuowała. - Mieliśmy zrobić zdjęcia do świątecznej kampanii z Tazem, ale oczywiście... - Zerknęła na swojego pięknego gniadosza, który drzemał spokojnie przy drzwiach boksu, ze źdźbłami siana w czarnej grzywie. Od czasu przyjazdu bardzo się uspokoił; najwyraźniej polubił swoją starą, kamienną stajnię oraz towarzystwo kuców i jagniąt. - Ale sesja nie może czekać - mówiła dalej Jess. - Trzeba wszystko zrobić na czas.
- Aha... - powiedziała powoli Iona, mocując kucowi na grzbiecie starą derkę stajenną.
Zastanawiała się, do czego dziewczyna zmierza.
- Więc pokazałam zespołowi fotki Jinksa, zrobione podczas wczorajszego zwycięskiego startu. Zachwycili się nim! Bardzo by chcieli wykorzystać go do zdjęć! Planują ujęcia na plaży, na wrzosowiskach i tym podobne, więc ta okolica nadawałaby się idealnie.
- Ojej! - Iona z wrażenia wypuściła z rąk sprzączkę. - To niesamowite. A co ja bym robiła? - Wyobraziła sobie, jak dosiada swojego kuca w pięknym stroju, takim, jakie nosiła Jess podczas swoich sesji zdjęciowych, zgranym kolorystycznie z podkładką pod siodło.
Jess miała zakłopotaną minę.
- Właśnie tu jest mały haczyk. Ja musiałabym na nim jechać. Ale jest przewidziane wynagrodzenie - dodała pospiesznie. - Za wykorzystanie Jinksa.
Iona się speszyła. Oczywiście, że znana marka nie byłaby nią zainteresowana. Nie zastanawiała się nad tym długo. Samo to, że jej ukochane zwierzę może wystąpić w reklamie, było wspaniałe.
- Dobrze, zgadzam się!
Jessice najwyraźniej ulżyło.
- Cudownie! Zatem we wtorek?
- Dobrze - powtórzyła Iona.
Najpierw sukcesy w ujeżdżaniu na prestiżowych arenach, a teraz jej koń, jej Jinks, wystąpi w reklamie odzieży jeździeckiej marki z wysokiej półki. W gospodarstwie być może wszystko się waliło, ale jej marzenia się spełniały, a to przecież dobrze, prawda? A wszystko to dzięki temu, że Jessica i Taz pojawili się w ich stajni.
- Chcesz się spotkać jutro przed lekcjami?
Telefon od Oscara zupełnie ją zaskoczył.
- Przykro mi, ale nie mogę - odrzekła. - Sesja zdjęciowa. Pamiętasz? - Wczoraj wysłała mu wiadomość na ten temat. - Jess to załatwiła.
- A tak.
Na chwilę zapanowało milczenie i Iona poczuła niepokój. Najpierw Oscar odrzucił jej zaproszenie, a teraz ona mu to robiła. Nie mogła jednak zrezygnować z propozycji Jess.
- Wiesz, niedawno April powiedziała mi coś na temat Jessiki - oznajmił niespodziewanie chłopak. - Że nie wszystko jest takie idealne, jak się wydaje.
Iona zmarszczyła czoło.
- Co to ma niby znaczyć?
- Mówi, że krążą jakieś plotki. Są jakieś podejrzane sprawy.
- Bardzo to wszystko dziwne. - W głosie Iony było słychać nutę irytacji. - April zawsze podziwiała Jess, udawała, że się dobrze znają, i takie tam. A teraz, kiedy ja się z nią zakolegowałam, zaczęła ją obgadywać.
- Ja tylko mówię.
- To lepiej przestań - odpaliła ze złością. - Dlaczego nie możesz po prostu cieszyć się razem ze mną?
- Ależ ja się cieszę - bronił się Oscar. - Dobra, zapomnij. Baw się dobrze na zdjęciach. Tylko uważaj, okej? April mówiła poważnie.
Iona prychnęła lekceważąco.
- Nie wierzyłabym w ani jedno jej słowo!
W noc poprzedzającą sesję zdjęciową dziewczynka niemal nie zmrużyła oka. Rozmyślała o słowach Oscara. Dlaczego April ciągle coś do niej ma?
Dzień wstał piękny i mroźny, różowe promienie słońca ogrzewały ziemię i zalewały wszystko łagodnym światłem, doskonałym do robienia zdjęć.
Sara bardzo się ucieszyła na wieść o tym, że Jinks zostanie wykorzystany w reklamie, i nawet uzyskała dla córki zwolnienie z pierwszych lekcji, żeby mogła być obecna podczas sesji.
Dziewczynka objęła dłońmi kubek z gorącą czekoladą i czekała na przyjazd Jessiki. Oraz wszystkich, którzy byli niezbędni na planie, na przykład fotografa. Iona miała o tych sprawach bardzo mgliste pojęcie. Zastanawiała się, co na siebie włożyć, tak na wypadek, gdyby jednak miała pokazać się w kadrze. Było jednak tak zimno, że w końcu wciągnęła ulubione jeansy i granatowy sweter.
Jessica przybyła pierwsza. Z miłym pomrukiem silnika podjechała pod dom w swoim szarym kabriolecie. Wydawała się nawet bardziej dorosła niż zazwyczaj. Włosy miała pięknie ułożone, a na twarzy makijaż. Iona gapiła się na nią i zastanawiała, jak to możliwe, że dzieli je tak niewielka różnica wieku. Przy niej czuła się taka nieobyta i dziecinna.
Starsza koleżanka wyszła z samochodu i się skrzywiła.
- Jak wcześnie! Owszem, wstajemy wcześnie w dniach zawodów, ale to coś całkiem innego.
Iona zdała sobie sprawę, że Jess najprawdopodobniej nigdy nie musiała czyścić stajni przed lekcjami.
- A teraz co będzie? - zapytała.
- Cóż... - Jessica zerknęła na zegarek. - Ekipa powinna przyjechać za chwilę. W zasadzie już ich widzę. - Wskazała na koniec podjazdu i Iona zobaczyła kilka czarnych minivanów, wjeżdżających na dziedziniec. - A potem to już światło, kamera, akcja! Będzie kilka zmian ubioru, parę ujęć bez wsiadania na konia, zdjęcia w ruchu.
- To brzmi cudownie - zachwyciła się Iona.
Jessica wzruszyła ramionami z trudnym do rozszyfrowania wyrazem twarzy.
- Jest w porządku. - Urwała na chwilę. - Tak naprawdę to nie mam wyboru.
Iona nie miała szansy zapytać, o co jej chodzi, ponieważ minivany już do nich podjechały i wysypała się z nich spora grupa ludzi. Każdy po kolei ściskał się z Jess na powitanie. Wszyscy mężczyźni i kobiety mieli na sobie długie, pikowane kurtki, czarne jeansy, botki i czapki z pomponami, ale nie takie, jak nosiła Sara, tylko najmodniejsze, z logo znanych firm. Iona miała wrażenie, że przybyli tu z innego świata. Ale jakie to było ekscytujące! Pomyślała o honorarium, które im zaproponowano. Rozważała, czy poprosić mamę, żeby odłożyła te pieniądze na przyszłe koszty udziału w konkursach i na treningi, kiedy Taz już opuści ich stajnię. Co prawda miała wziąć udział w eliminacjach do mistrzostw, ale nie miała żadnej gwarancji, że potem wystarczy jej środków na treningi, a nawet nie była pewna, czy się zakwalifikuje. Potrzebowała planu awaryjnego.
Kobieta, która najwyraźniej była tu szefową, wyciągała wielkie pudło z jednego z samochodów. Włosy, z rozjaśnionymi pasemkami, upięła w niedbały węzeł i nosiła kurtkę reklamowanej marki.
- Cześć - zagaiła pewnym głosem. - Jestem Fran. A ty to pewnie Iona. - Uścisnęła dziewczynie dłoń. - Jesteśmy bardzo wdzięczni, że pozwoliłaś nam użyć swojego kuca. Nie wiedzieliśmy, co robić bez Taza. Wpadliśmy w panikę, bo to jedna z naszych największych kampanii reklamowych. Jednak kiedy Jessica przysłała zdjęcia, od razu wiedzieliśmy, że to odpowiedni kandydat. Jest wspaniały, pięknie się rusza i wzbudza ciepłe uczucia. Dzieciaki go pokochają.
Iona poczuła, że puchnie z dumy. Potem wszyscy przystąpili do swoich zadań, a Jess przebrała się w czarnym namiocie, rozstawionym specjalnie w tym celu. Ktoś wyprowadził Jinksa, przeczesał go szczotką i posmarował kopyta olejem. Kuc rozglądał się z błyskiem w oku, wyraźnie zaciekawiony. Uwielbiał być w centrum zainteresowania.
- Jakie to piękne miejsce - zachwycała się Fran, patrząc na okolicę. - Tu się czuje historię. Może pstrykniemy parę zdjęć tutaj?
Wszyscy uznali to za świetny pomysł. Jess stanęła obok Jinksa, który teraz miał założone ogłowie, i wdzięcznie zapozowała. Zadaniem Iony było upewnić się, że kuc ma uszy skierowane do przodu, co osiągnęła, potrząsając miarką z paszą, a potem przyprowadziła Merry i ustawiła ją obok siebie.
Fran włożyła okulary w czarnej oprawie i kucnęła przy fotografie, aby spojrzeć w wizjer aparatu.
- Świetnie, doskonale. Co za piękne gospodarstwo. Od jak dawna tu mieszkasz, Iono?
- Całe życie - odrzekła dziewczyna. - Mama prowadzi firmę trekkingową. Jestem już trzecim pokoleniem naszej rodziny, które tutaj mieszka.
- To wspaniałe! - zawołała Fran zachwyconym głosem. - Dorastać w takim cudownym miejscu. Zgodzisz się ze mną, Jess?
Iona zerknęła na Jessicę, która właśnie zdejmowała kask, żeby założyć inny do następnego zdjęcia.
Na krótką chwilę na twarzy zawodniczki pojawił się bardzo dziwny wyraz.
- Tak - odrzekła w końcu. - Iona ma wielkie szczęście.
Słońce uniosło się wyżej nad oszronionymi polami, więc cała ekipa ruszyła na plażę. Iona prowadziła Jinksa, a Jess wskoczyła do jednego z czarnych minivanów, który przyjechał tu za nimi. Ktoś już wcześniej osiodłał Jinksa i włożył mu piękny błękitny czaprak, który świetnie prezentował się na jego czarnej sierści. Jess była cała na czarno: miała na sobie długi płaszcz do jazdy z kapturem, eleganckie bryczesy i długie buty z lakierowanej skóry.
- Ten płaszcz to nasz hit sprzedażowy na święta - powiedziała z zadowoleniem Fran do Iony, gdy i ona wskoczyła do samochodu. - Gdy tylko zdjęcia się pojawią, zamówienia nas zasypią. W ramach podziękowania też go dostaniesz. Oraz kilka innych rzeczy.
- O kurczę! - powiedziała Iona, czując, że rozpiera ją radość.
Nigdy wcześniej nie miała czegoś tak eleganckiego. Mogłaby w pełni dopasować się do reszty towarzystwa na zawodach. Zastanawiała się, czym mogą być te "inne rzeczy", i miała nadzieję, że wśród nich znajdzie się nowy biały czaprak.
Idąc w dół podjazdu, żeby dołączyć do ekipy, spojrzała przez ramię na dziedziniec i budynki. Wyglądały wyjątkowo pięknie; szron sprawiał, że pola skrzyły się jak diamenty, z komina domu unosiła się delikatna smuga dymu, a kucyki przeznaczone do trekkingu skubały trawę na pastwisku. Ich gruba zimowa sierść zapewniała im odpowiednią ochronę. Fran miała rację. To było niesamowite miejsce do życia, ale za tym uroczym widokiem kryły się głębokie zmartwienia. Iona myślała o rachunku za wodę, zbliżającej się opłacie za siano i, co najgorsze, o kosztach prawnych. Wiedziała, że wynagrodzenie Jinksa za sesję zdjęciową powinno zostać przeznaczone na te wydatki, ale i tak byłaby to tylko kropla w morzu. Gdyby przyjęli ofertę od hotelu, uwolniliby się od stresu, a jej mama mogłaby obserwować, jak Jinks rozkwita, tak jak zawsze marzyła.
Po chwili znów pojawiło się poczucie winy i dziewczynka odpędziła tę myśl od siebie.
- Pewnie ciągle tu przychodzisz! - zawołała Fran, kiedy zrównała się z nią na ścieżce prowadzącej na plażę. - Tutaj jest przepięknie!
- Często jeżdżę tu na Jinksie. - Położyła dłoń na szyi swojego kuca. - On to uwielbia.
- Tak bym chciała mieszkać nad morzem - ciągnęła Fran z tęsknotą w głosie. - Stale powtarzam, że chciałabym się przeprowadzić w takie miejsce jak to i móc codziennie kąpać się w morzu. Czy kiedykolwiek pływałaś ze swoim koniem? Jako dziecko robiłam to często, w rzece, która płynęła nieopodal domu.
Iona zadygotała. Na myśl o tym, że jej ukochany Jinks miałby zanurzyć choćby jedno wypolerowane czarne kopyto w morzu, choćby spokojnym, odczuwała mdłości. Ale jak miałaby wyjaśnić Fran, że jednocześnie kocha te niebieskoszare fale oraz ich nienawidzi? Że są dla niej jak dom, ale kiedyś odebrały jej kogoś, kogo nawet nie zdążyła poznać?
- Jinks nie przepada za wodą - odrzekła tylko.
Wkrótce coś odwróciło uwagę Fran, a ekipa zaczęła się przygotowywać do następnego ujęcia.
Jessica zdjęła śmieszne małe klapki, które włożyła na buty, żeby je chronić, i zapięła pasek kasku pod brodą. Prezentowała się nieskazitelnie, ale było w niej dziś coś dziwnego, czego dziewczynka nie potrafiła rozszyfrować. Starsza koleżanka pozostawała dla niej zagadką.
- Mogę wsiadać? - zapytała Ionę, a ta skinęła głową i wręczyła jej wodze.
Jessica bez wysiłku wskoczyła na siodło. Była wyższa od Iony, ale nadal prezentowała się na Jinksie elegancko. Właścicielka kuca poczuła, że jej serce przepełnia duma. Gdy przyprowadzała go z pastwiska, całego w błocie i rzepach, łatwo było zapomnieć, jak niezwykłym jest koniem. Teraz, na tle różowego nieba i szarego morza, wyglądał nieziemsko, jakby był istotą z innego świata. Przez następne pół godziny Iona patrzyła zahipnotyzowana, jak Jessica jeździ na Jinksie; razem kłusowali po piasku, zataczali kółka w galopie albo po prostu stali w bezruchu, podczas gdy fotograf pstrykał kolejne zdjęcia. Jessica ponagliła Jinksa do najpiękniejszego cwału, a Iona poczuła, że ma ochotę się rozpłakać. "Cokolwiek się wydarzy - pomyślała - mama i ja zawsze będziemy miały Jinksa". Żałowała, że mamy tu nie ma i nie może patrzeć na wyhodowanego przez siebie konia. Niestety, była zajęta przeglądaniem papierów w swoim biurze, czyli właściwie w rogu salonu. Ostatnio spędzała tam całe wieki.
- Cudownie - stwierdziła Fran z uśmiechem. - Jess, wyszło nawet lepiej, niż się spodziewałam. - Potem z namysłem zwróciła się do Iony: - Jeśli ta kampania odniesie sukces, będziemy chętni na dalszą współpracę. Jinks prezentuje się wspaniale i na pewno przypadnie do gustu naszej grupie docelowej. Byłabyś zainteresowana?
Dziewczynka nie musiała się zastanawiać.
- Oczywiście! To byłoby niesamowite.
Spojrzała z uśmiechem na Jessicę, która już zsiadła na ziemię i teraz poklepywała Jinksa po szyi. Nie obchodziło jej, co mówi Oscar. Jess otworzyła przed nią cały świat nowych możliwości. Będzie jej za to zawsze wdzięczna.
Rozdział jedenasty
Następny pokaz dresażu, eliminacje do mistrzostw, zbiegł się z datą premiery zimowej kampanii reklamowej marki. Iona dumnie nosiła swój nowy płaszcz i zastanawiała się, czy ktoś rozpozna Jinksa ze zdjęć opublikowanych w mediach społecznościowych. Przeglądała je w ciężarówce, zachwycając się ich pięknem. Światło, ruchy Jinksa, wszystko. Trudno jej było uwierzyć, że to jej kucyk! Nie mogła oprzeć się pokusie, żeby opublikować jedno ze zdjęć na swoim koncie w mediach społecznościowych. Dzięki ostatnim zwycięstwom i oznaczeniu jej na fotografiach z zimowej kampanii nagle zyskała wielu nowych obserwujących.
- Jeśli Jinks zostanie ponownie zatrudniony - powiedziała z nadzieją do Jessiki - będę mogła kontynuować treningi i występy. Nie wiem, jak ci dziękować!
Starsza dziewczyna spojrzała na nią pustym wzrokiem, ale Iona przyzwyczaiła się już do jej dziwnych nastrojów.
- Cieszę się razem z tobą.
"Jest taką dobrą przyjaciółką", pomyślała dziewczynka z radością, ale lekko zabarwioną smutkiem. Stan Taza poprawił się tak bardzo, że koń mógł teraz wychodzić na krótkie spacery na wybieg. Robił to z radością, zwłaszcza że zawsze towarzyszyli mu Jinks lub Merry. Stał się częścią stajni, a Iona aż wzdrygała się na myśli o tym, że on i Jess niedługo odjadą.
Tym razem Sara miała jechać z nimi, żeby obejrzeć pokaz. Nadpalone siano zostało wyrzucone, zamówiono nowe, w sprawie pozwu o odszkodowanie trwała trochę niepokojąca cisza, ale w powietrzu wciąż wisiała czarna chmura. Nie mając w tych dniach innych zobowiązań, Sara podążała za ciężarówką Jessiki w swoim samochodzie, który zdecydowanie wyróżniał się spośród wszystkich eleganckich pojazdów do przewożenia koni. Mama miała na sobie wełniany sweter z owcą na froncie i sztruksowe spodnie. Nadal nie zmieniła gumowych kaloszy na bardziej wyjściowe obuwie. Iona zauważyła, jak inni rodzice, ubrani w drogie puchowe kurtki i kaszmirowe czapki, szacowali ją wzrokiem. Mama April, trzymająca różowo-złoty kubek termiczny, zatrzymała się, kiedy przechodziła przez dziedziniec, żeby porozmawiać z Sarą. Odbyły krótką, ale najwyraźniej miłą pogawędkę. Iona czasami zapominała, że mama zna wszystkich w okolicy.
- Czego chciała mama April? - zapytała, przypatrując się odchodzącej kobiecie.
- Och, niczego szczególnego - odpowiedziała Sara. - Pochwaliła cię, że tak dobrze ci idzie. Chociaż to dziwne. - Zmarszczyła brwi. - April wycofała się dzisiaj z zawodów. Już się zakwalifikowała, ale to i tak dla niej przykre.
Iona zerknęła na mamę, zaskoczona.
- Naprawdę?
- Tak, wracają do domu. Biedna April, ma teraz trochę kłopotów. Może dobrze by było, gdybyście się spotkały.
Iona przewróciła oczami. Dlaczego wszyscy nagle tak bardzo współczuli April?
- Jestem z ciebie dumna, Iono. I z tego małego konika. Wiedziałam, że zostanie gwiazdą.
- Dzięki, mamo. - Dziewczynka na chwilę zamilkła. - Nie będziemy musieli sprzedawać Jinksa, prawda? - wypaliła szybko i gwałtownie.
Sara potrząsnęła głową.
- Cokolwiek się stanie, zawsze będziemy mieć Jinksa. I Merry, a nawet owieczki. - Uśmiechnęła się, ale w jej oczach nie było radości. - Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.
Iona poczuła całą mieszaninę najróżniejszych emocji. Tak bardzo chciała, żeby mama znów uśmiechała się beztrosko, żeby dzień w dzień się nie stresowała, żeby mogła się po prostu cieszyć życiem i nie martwić, skąd weźmie pieniądze na opłacenie kolejnego rachunku. Chciała, żeby cieszyła się z Jinksa. Kestrel było dla niej niemal całym światem.
- Och, mamo! - Tylko tyle mogła powiedzieć.
- Cóż, nie jesteśmy teraz w Kestrel. - Sara najwyraźniej postanowiła wziąć się w garść. - A ja chcę zobaczyć Jinksa w akcji!
Okazało się, że Jinks jest w szczytowej formie. Nieduży czarny konik uwielbiał występować, a arena miała własną trybunę, gdzie już siedziała mała grupka publiczności, gotowa do oglądania porannych zawodów w ujeżdżaniu. Iona pogłaskała kuca po grzbiecie, wzięła głęboki oddech i lekkim ruchem łydek zachęciła do ruszenia naprzód. Ten występ był wyzwaniem - ruchy były trudniejsze, bardziej skomplikowane - ale wiedziała, że Jinks sobie poradzi. Desperacko chciała pokazać mamie, jak daleko zaszli.
Jinks pokłusował po środkowej linii jak strzała, jego skręty były ostre i precyzyjne, a kiedy Iona ponagliła go do wydłużonego kłusu po przekątnej, usłyszała, jak tłum cichutko zaszemrał, a niemal elektryczna energia uniosła się w powietrzu nad areną. Nikt nie mógł oderwać oczu od czarnego kuca, który był równie charyzmatyczny, co utalentowany. Dziewczynka napawała się każdą sekundą jazdy na nim. To było niesamowite uczucie. Kiedy przegalopowali po dziesięciometrowym kole, a potem wrócili na środkową linię, spojrzała na publiczność i oddała salut. Zauważyła mamę, której po twarzy spływał strumień łez.
- Nie mogę w to uwierzyć - powiedziała Sara, gdy już siedzieli przy stole w kuchni, przy herbacie, maślanych bułeczkach i gorącej czekoladzie.
Iona trzymała swoją trzecią rozetę ze wstążką za pierwsze miejsce, nadal do końca nie wierząc w swój sukces. Nie tylko wygrali, ale zakwalifikowali się do wielkich mistrzostw przed świętami. Oznaczało to, że będzie konkurowała z April. Stypendium treningowe było o krok bliżej. Zamknęła oczy i pogrążyła się w marzeniach.
- Jego matka poruszała się pięknie, ale on jest jeszcze bardziej utalentowany. - Sara oglądała wideo, które Jess zrobiła podczas występu Iony. - Cieszę się, że mogę to obejrzeć. Płakałam tak bardzo, że prawie nic nie widziałam!
- On jest niesamowity - powiedziała Iona. - A Jess bardzo mi pomaga.
- Wiem i przepraszam, że byłam tak pochłonięta innymi sprawami - odpowiedziała Sara. - Ale oglądałam jego dzisiejszy występ z prawdziwą przyjemnością.
- Mamo - zaczęła Iona ostrożnie - jeśli... kiedy się stąd wyprowadzimy, będziesz mogła oglądać Jinksa częściej, patrzeć, jak osiąga wszystko, o czym marzyłaś.
Atmosfera w pokoju natychmiast się zmieniła, jakby nagle wokół zrobiło się zimniej.
- Kiedy się stąd wyprowadzimy? - Sara spojrzała na nią z zaskoczeniem. - Iono, ja wciąż walczę, żeby tu zostać. Nie ma mowy o "kiedy", jeszcze nie teraz.
Dziewczynka przygryzła wargę.
- Tyle że... cały ten stres. Myślałam, że może... - przełknęła ślinę - może to byłoby lepsze.
Na dłuższą chwilę zapanowała straszliwa cisza.
- Czy właśnie tego chcesz? - zapytała Sara powoli.
Iona poczuła, jak jej policzki płoną.
- Nie... Czasem tak, czasem nie...
Nie wiedziała, czego naprawdę chce. Pragnęła jedynie, żeby to pasmo trosk się skończyło, ale czuła, jakby zdradzała mamę.
W oczach Sary wyraźnie było widać ból.
- Lepiej pójdę do stajni - powiedziała nagle.
Wstała, strzepała okruchy ze spodni, po czym wyszła.
Iona zaczęła obgryzać paznokieć. Spojrzała na milczącego Sama, który siedział obok i pracował na laptopie.
- Nie chciałam, żeby to zabrzmiało tak, jak zabrzmiało - powiedziała. - Po prostu sama nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.
Sam uśmiechnął się dobrodusznie.
- Wiem - odrzekł. - I szczerze mówiąc, mnie też przeszło przez myśl, czy to wszystko ma sens. Moglibyśmy mieć trochę więcej pieniędzy, czasu, wszystkiego, gdybyśmy przyjęli tę ofertę i się wyprowadzili, ale... - przerwał na chwilę - twoja mama kocha to miejsce ponad wszystko. I tyle.
Iona żałowała, że w ogóle zaczęła ten temat. Przypomniała sobie łzy mamy na trybunach, gdy patrzyła na poranny występ Jinksa, i zastanawiała się, co one oznaczały. Zawsze myślała, że mama zrezygnowała z marzeń o prowadzeniu stadniny w Kestrel, tymczasem teraz, gdy miały szansę, żeby zmienić swoje życie, Sara nie chciała jej wykorzystać. Może błędnie ją oceniła.
* * *
Wieczorem, oglądając telewizję, Iona sięgnęła po telefon, który niespodziewanie zaczął pikać. Mrużąc oczy, przejrzała powiadomienia i poczuła dreszczyk emocji. Nie mogła w to uwierzyć! Nagle stała się superpopularna! Zyskała setki nowych obserwujących i mnóstwo komentarzy pod zdjęciami. Wyglądało na to, że zwariowane na punkcie koni nastolatki, takie jak ona, szybko połączyły zdjęcia Jinksa z kampanii reklamowej dla znanej firmy jeździeckiej z jej ostatnimi zwycięstwami. Iona przejrzała komentarze. Wszystkie były pełne uznania i przyprawiły ją o szybsze bicie serca. "Pewnie tak czuje się Jess każdego dnia", pomyślała. Wtedy zauważyła nową wiadomość tekstową.
Cześć, Iono, tu Fran! Zdjęcia Jinksa przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Został naszą nową gwiazdą! Zastanawialiśmy się, czy nie zechciałabyś zabrać go na Londyński Pokaz Koni, gdzie mógłby wziąć udział w powitalnym spotkaniu z fanami razem z Jess? Daj znać, jeśli jesteś zainteresowana.
Iona przeczytała wiadomość kilka razy, zastanawiając się, czy przypadkiem jej się to nie przywidziało. Natychmiast przyszło jej do głowy, żeby napisać do Oscara.
Pamiętasz te zdjęcia Jinksa?, napisała szybko, już wyobrażając sobie, że będzie mogła wkrótce kupić nowy telefon, jeśli marka ponownie wykorzysta jej konia. Nigdy nie zgadniesz! Chcą, żeby pojechał na spotkanie z fanami!
Oscar odpisał niemal natychmiast.
To niesamowite, Ion. To naprawdę wielka sprawa!
Uśmiechnęła się i odetchnęła z ulgą. Z radością uznała, że Oscar nadal szczerze się cieszy z jej powodzenia.
Na ekranie pojawiła się kolejna wiadomość od przyjaciela.
Chcesz się jutro spotkać?
Nie mogę, odpisała, czując się winna. Już umówiłam się z Jess.
Odpowiedź przyszła po chwili.
To może innym razem.
* * *
Jessica zaczęła rehabilitacyjne spacery z Tazem i zażyczyła sobie, żeby towarzyszył mu Jinks. Długa droga prowadząca do rezydencji Kestrel House była idealnym miejscem na taki spacer, a Iona bardzo chętnie spełniła to życzenie. Idąc obok Taza, Jinks wyglądał na jeszcze drobniejszego, ale bez trudu dotrzymywał kroku większemu koniowi. Obaj byli teraz serdecznymi przyjaciółmi. Taz musiał spacerować dokładnie dwadzieścia minut - ani krócej, ani dłużej - i każdego dnia stopniowo wydłużać ten czas.
Minęli Kestrel House dwa razy, zanim zawrócili i skierowali się do stajni. Przejechali jeszcze kawałek dalej, gdy Iona usłyszała odgłos silnika. Wyjechała przed Taza, aby przepuścić nadjeżdżający pojazd - błyszczący, elegancki samochód. Niektórzy kierowcy, którzy korzystali z tej długiej, krętej drogi, nie zwracali szczególnej uwagi na konie i nie zmniejszali prędkości, więc miała szczęście, że Jinks tak dobrze radził sobie na ruchliwych drogach. Tym razem samochód zwolnił i przejechał ostrożnie. Iona nie mogła dostrzec zbyt wiele przez przyciemniane szyby, ale zauważyła, że kierowca uniósł rękę i pomachał Jess. Na chwilę nieco opuścił przy tym szybę i powiedział coś, czego nie usłyszała. Jessica patrzyła przed siebie, a samochód podążył dalej.
- Znasz ich? - zapytała.
Ktokolwiek to był, jej nie pozdrowił.
Jessica drgnęła i ponagliła Taza.
- Nie. Tylko podziękowali nam, że zjechałyśmy na bok.
- To pewnie coś związanego z rezydencją. Dziwne - dodała Iona, nie mogąc się powstrzymać. - Teraz stał się zupełnie inny.
Jessica podążyła za jej spojrzeniem.
- Mam na myśli dom - dodała. - Aż trudno uwierzyć, ile się ostatnio zmieniło.
- Cóż - odrzekła Jessica. - Wszystko się zmienia; takie jest życie.
Iona mrugnęła, nieprzyjemnie zaskoczona. Myślała, że Jess okaże jej nieco więcej zrozumienia. Poczuła, że brakuje jej Oscara, który zawsze był gotów wysłuchać jej zwierzeń na temat trosk i obaw.
- Chyba masz rację - wymamrotała bez przekonania.
Jessica najwyraźniej miała ochotę kontynuować spacer z Tazem, więc Iona ruszyła za nią, delikatnie odciągając Jinksa od skraju drogi, gdzie próbował skubać trawę.
- Wiem, że jeśli będziecie musieli się wyprowadzić, będzie to trudne doświadczenie - powiedziała Jessica. - Przeprowadzałam się kilka razy. To naprawdę nie jest takie straszne. No i masz przecież Jinksa i tyle wspaniałych możliwości przed sobą.
Iona zmarszczyła brwi.
- Nie wyprowadzamy się. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. - Przypomniała sobie słowa mamy z poprzedniego dnia.
- Aha. - Jessica pokręciła głową. Wyglądała na lekko zakłopotaną. - Przepraszam, chyba po prostu założyłam... przez te wszystkie rozmowy w drodze na zawody.
- Nie - odparła Iona powoli. - Mówiłam, że być może będziemy musieli, ale mama jest zdecydowana walczyć.
Z bólem przypomniała sobie smutek w oczach mamy, kiedy poruszyła przykry dla niej temat.
- Rozumiem - odrzekła Jessica. - W takim razie zdecydowanie błędnie założyłam.
Iona wciąż rozmyślała nad tą wymianą zdań, kiedy Jess odjechała. Czuła się nieswojo i żałowała, że nie umówiła się z Oscarem, zamiast jechać z Jessicą.
- Chcesz się przejechać? - Propozycja Sary padła zupełnie niespodziewanie. Mama krzątała się po podwórzu, zamiatając bruk i rozładowując zamówioną paszę. - Dawno już nie miałam okazji, żeby trochę pojeździć. Pomyślałam sobie, że mogłoby być miło.
Od dnia zawodów Iona nie odbyła z mamą żadnej dłuższej, szczerej rozmowy. Odkładały temat na później.
- Tak, bardzo chętnie - zgodziła się z uśmiechem.
Sara przyprowadziła z pastwiska Biscuita, swojego ulubionego konia do trekkingów. Stał spokojnie w bladym zimowym słońcu, gdy Sara zeskrobywała z niego największe grudki błota, a Iona zajęła się czyszczeniem Jinksa. Kilka minut później siedziały już w siodłach i konie, stukając kopytami o kamienie, ruszyły drogą w dół.
- Jedźmy tam - zaproponowała Sara, wskazując wijącą się ścieżkę, która łagodnie wspinała się na klify z widokiem na zatokę.
Zazwyczaj Iona kierowała się prosto na plażę, by tam rozpocząć galop, więc ucieszyła się z odmiany i pojechała za Biscuitem, gdy zaczęli się wspinać. Biscuit szedł powoli i statecznie, a Jinks, w doskonałej kondycji, nawet nie sapał, kiedy dotarły na szczyt. Zatrzymały się tam i ogarnęły wzrokiem rozległy krajobraz.
Morze rozciągało się po jednej stronie, a wrzosowiska usiane skałkami - po drugiej. Iona przyjrzała się szarym i zielonym urwiskom wiekowych klifów oraz głębokim jaskiniom, do których wejścia były widoczne w nadbrzeżnych skałach. W oddali, na wzgórzu, mogła dostrzec ledwo stąd widoczny dach Kestrel House.
- Chciałam cię zabrać tutaj, na szczyt klifów - odezwała się w końcu Sara. - Uznałam, że to właściwe miejsce. Wiem, że ostatnio jest nam ciężko, naprawdę ciężko, i zdaję sobie sprawę, że ty też odczuwasz ten stres. Ale, Iono... - zawahała się na moment - ta stadnina, zatoka, Kestrel... Na początku nie chciałam takiego życia. Marzyłam o tym, żeby zostać dresażystką jak Jessica, i miałam żal, że moje życie potoczyło się inaczej. A potem pojawiliście się ty i Jinks, i to zmieniło cały mój świat. To miejsce wreszcie stało się domem, zapuściłam tu korzenie. Twój tata i ja nauczyliśmy się je kochać. Nie było łatwo, sama wiesz. Ale teraz, kiedy hotel oferuje nam możliwość zmiany, zrozumiałam, że nie mogę tego zostawić. I nie tylko z powodu poczucia lojalności, ale z miłości. Kestrel to nasz dom.
Słysząc te słowa, Iona poczuła, jak coś przeszywa jej serce na wylot niczym strzała. I już miała pewność, tak jak pewny jest nieustanny przypływ fal rozbijających się o brzeg, już zrozumiała, czego naprawdę chce. Myśl o życiu z dala od stresu związanego z prowadzeniem gospodarstwa wydawała się kusząca, ale przypomnienie historii tego miejsca, rodzinnych więzi i koni, które miały tu dom, uświadomiło jej, że nie chce wyjeżdżać.
- Najciemniej jest zawsze tuż przed świtem - powiedziała Sara. - Musimy tylko znaleźć sposób, żeby iść naprzód. Ale szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, jak to zrobić... - Ucichła i już tylko głaskała Biscuita, a Iona zrozumiała, że muszą walczyć.
Rozdział dwunasty
Iona z irytacją potrząsnęła miarką do porcjowania karmy.
Była pora karmienia i na podwórzu ewidentnie coś się działo. Kucyki były wyjątkowo rozbrykane. Merry już zdołała uciec, a teraz przyszła kolej na owieczki, które biegły przed Ioną i podskakiwały wesoło, merdając puszystymi ogonkami. Próbowała zagonić je do stodoły na noc, bo temperatura spadła, ale one miały zupełnie inne plany.
- Lenny! - Dziewczynka rzuciła się w stronę największego z jagniąt, które umknęło za stare stajnie.
Mamrocząc pod nosem brzydkie słowa, pobiegła za nim. Lenny skubał chwasty za budynkiem i spojrzał na nią niewinnie, zabeczał, a potem podskoczył do niej, domagając się drapania po głowie. Iona zmiękła, gdy łagodnie szturchnął ją w kolana.
- Nie wiem, co dziś w was wstąpiło! - mruknęła i skrzywiła się, gdy podniosła Lenny'ego. Był już taki ciężki! - Przepraszam, koleżko. - Westchnęła, odstawiając go z powrotem na ziemię. - Nie będę cię nosić. Jeszcze złamię sobie kręgosłup przez ciebie. - Podniosła miarkę z ziarnem, które Lenny chętnie przyjął, i zaczęła go prowadzić z powrotem.
Nagle jej wzrok przyciągnęła stara rura wodociągowa, którą zauważyła kilka tygodni wcześniej, kiedy zaczęła przeciekać - ta sama, która spowodowała utratę całomiesięcznego przychodu z opieki nad Tazem. Zmarszczyła brwi i podeszła bliżej, a Lenny posłusznie podreptał za nią, w nadziei na następną porcję karmy.
- To dziwne - powiedziała na głos.
Odgarnęła gałęzie jeżyn i spojrzała na rurę. Kiedy zauważyła przeciek, widziała tylko wodę. To Sam przyjrzał się rurze dokładniej, zakręcił wodę i coś tam przekierował - Iona nie była pewna co. Ale jak to możliwe, że ani on, ani nikt inny wcześniej nie zauważył, że rura była przecięta nienaturalnie równo?
- To pewnie nowi właściciele Kestrel - zadecydowała. - Bo niby kto inny?
Pokazała mamie i ojczymowi to, co odkryła.
Sam rzucił jej zmartwione spojrzenie.
- Mamy już wystarczająco dużo problemów, bez rzucania oskarżeń na prawo i lewo.
- Ale jeśli to było celowe - upierała się - to co z resztą?
Sara pokręciła głową.
- Sam ma rację - powiedziała. - I tak jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji. Kto wie, jakich mają prawników i ludzi na swoich usługach. Najpierw zobaczmy, co jeszcze możemy odkryć. Nie chcę niepotrzebnie ryzykować.
Iona spojrzała na swoją energiczną, zwykle twardą mamę, która teraz wyglądała na wyczerpaną. Wiedziała, że musi zrobić coś, żeby jej pomóc. Nie mogli się teraz poddać.
Następnego dnia podczas przejażdżki Jessica słuchała uważnie, kiedy Iona zdradziła jej, że wyciek wody wygląda na zamierzony, a nie przypadkowy. Tym razem pojechały dalej, prawie na skraj wrzosowisk rozciągających się za Kestrel. Potem wróciły do końca podjazdu, skąd Jinks tęsknie spoglądał w stronę odległej plaży, niemal wzdychając, gdy na komendę Iony musiał zawrócić.
Dziewczynka zmarszczyła brwi.
- Coś tu się dzieje - myślała na głos, wpatrując się w wielki dom. - Ale chyba nie mogą mieć z tym bezpośredniego związku? Nie byli zbyt zadowoleni, gdy mama powiedziała, że się nie wyprowadzi. Jednak...
Jessica skrzywiła się lekko.
- Och, przestań - powiedziała, ale niezbyt surowo. - Naczytałaś się za dużo książek. Po pierwsze, nadal nie masz pewności, że rura została przecięta celowo, a po drugie, to dość naciągane, prawda?
Iona była trochę zaskoczona.
- Sama nie wiem. Coś mi tu nie pasuje. Ale mama i Sam uważają, że nie powinniśmy się z nimi konfrontować. Sam tak powiedział, a mama się zgodziła.
Jessica się zamyśliła.
- Wiesz, jeśli jesteś pewna, że zrobiono to celowo, to może powinnaś się zastanowić, czy sprawca nie jest bliżej, niż myślisz? Czy nie mówiłaś, że twój ojczym później sprawdzał rurę? Może...
Dziewczynka spojrzała na nią z przerażeniem. Sam, jej niezawodny ojczym, cichy i pracowity, nieodmiennie akceptujący styl życia, jaki wybrała Sara. Żadnych wakacji, niemal bez wolnych weekendów, z wiecznym nawałem pracy do wykonania - i po co to wszystko? Czy całe to gospodarstwo, kucyki i prowadzone życie naprawdę dają mu szczęście? Sam przyznał, że czasem zastanawia się, czy ten cały stres jest tego wart. Ale nie, nie zrobiłby czegoś takiego. Przypomniała sobie, jak ostrożnie przenosił obrazy, które później uległy zniszczeniu. Był wtedy załamany, mimo że nie zawinił. Nigdy nie zraniłby Iony w taki sposób.
- Nie - zaprotestowała. - Sam nigdy by czegoś takiego nie zrobił.
Jessica wzruszyła ramionami.
- Skoro tak twierdzisz. Przepraszam, ale mówiłaś, że wyglądało to na celowe działanie, a on sam ci powiedział, żeby nie stawiać sprawy na ostrzu noża. Ja tylko się głośno zastanawiam. - Jej dłonie tak mocno zacisnęły się na wodzach Taza, że aż zbielały jej kostki. - Czasami nie można ufać nawet najbliższej rodzinie.
- Może masz rację - odrzekła Iona, choć sama w to nie wierzyła. Jednak nie chciała kłócić się z Jess. - Po prostu nie wyobrażam sobie tego...
- Jesteś dziś taka cicha.
Sam podał jej miskę z warzywami, a Iona usiadła przy stole w kuchni, delikatnie przesuwając kota, który zajął jej miejsce. Wzięła miskę i spojrzała na ojczyma, na którego twarzy było widać zmęczenie. Nie mogła powstrzymać się od myśli o tym, co zasugerowała Jess, chociaż sama siebie za to nienawidziła. Ale przecież to on naprawiał przeciek, pomagał mamie z prowadzeniem strony internetowej, która później wyświetlała błędny numer telefonu, a na dodatek, gdy się nad tym teraz zastanawiała, nie wyglądał nawet na szczególnie zmartwionego, kiedy duża rezerwacja na ferie przepadła. Natychmiast skarciła się w myślach za takie podejrzenia. Przecież to Sam. Pozew o odszkodowanie i pożar, jeśli ktoś zadziałał celowo, były złośliwe. Sam nie skrzywdziłby nawet muchy; nigdy nie podnosił głosu i zawsze dostrzegał we wszystkim jasne strony. Otrząsnęła się z tych myśli. Może ta napięta atmosfera w gospodarstwie wpływała na nią silniej, niż sądziła; przez to napięcie zaczynała wszystko kwestionować.
- W porządku - mruknęła. - Po prostu mam dużo na głowie.
- Znam to uczucie. - Sara westchnęła ciężko.
Sam położył jej rękę na ramieniu. Wymienili pełne zrozumienia spojrzenie. Iona obserwowała, jak wrócił do krojenia pieczonego ziemniaka, obficie smarując go masłem. Delikatnie odsunął Maxa, który kręcił się wokół stołu. Dlaczego nie broniła Sama bardziej, gdy Jess powiedziała to, co powiedziała?
Nagle wszystko zaczęło dziać się naraz, a tygodnie dzielące ich od świąt Bożego Narodzenia mijały błyskawicznie. Remont rezydencji był niemal skończony, choć nadal nic nie wspominano o otwarciu hotelu. Iona nie mogła znaleźć żadnych informacji na ten temat w internecie, ale może miał to być ekskluzywny obiekt, dostępny na zaproszenie i tylko dla tych, którzy mają miliony na koncie. Zanim jednak zdecyduje, co robić dalej, musiała się przygotować do spotkania z fanami Jinksa. Zaraz potem jechała prosto na mistrzostwa w ujeżdżeniu.
Skupiła się na przygotowaniu konia. Sara pożyczyła od jednej ze swoich hodujących konie przyjaciółek maszynkę do strzyżenia, i z nową, elegancko przystrzyżoną sierścią, okryty derką przesłaną przez markę, Jinks wyglądał olśniewająco. Jego kruczoczarna sierść przypominała starą aksamitną tkaninę. Iona wysuszyła go i nałożyła mu na ogon odżywkę o zapachu jabłek. Jess miała jej pomóc zapleść go na mistrzostwa. Iona poczuła nagłą tęsknotę za dniami w Whitemoor - za chwilami, gdy mama zaplatała Jinksowi grzywę, rozmowami z Henny, domowym ciastem i rozetkami, a także czyszczeniem starych butów przy kominku z Maxem u boku. Na jutro nie potrzebowała swoich starych butów. Marka przesłała jej kompletny strój, od góry do dołu, aż po skarpety jeździeckie; wszystko było już spakowane do walizki, która stała przy tylnych drzwiach. Wszystko było gotowe do pobudki o trzeciej nad ranem.
"Tego właśnie pragnęłaś - powtarzała sobie stanowczo. - Wszyscy dorastamy i idziemy dalej".
Przypomniała sobie też, jak Jessica powiedziała jej, że wszystko się zmienia, bo takie jest życie. Nagle poczuła, że wcale tego nie chce.
Niebo było czarne jak atrament, gdy Iona krzątała się po podwórzu. Kucyki i jagnięta patrzyły na nią sennie, kiedy przygotowywała im wczesne śniadanie i po raz trzeci sprawdzała, czy spakowała wszystko. Było lodowato zimno, a wszystko otulała gruba warstwa szronu, tłumiąc dźwięki. Iona bandażowała nogi Jinksa, gdy ciężarówka wjechała na podwórze, oświetlając kucyki trekkingowe zimujące na polach. Jeszcze zanim Jess podeszła, Sara wyjrzała ponad drzwiami do boksu i podała dwie gorące czekolady: jedną dla Iony, drugą dla Jess.
- Powodzenia - powiedziała. - Będę myśleć o tobie w każdej chwili. Baw się dobrze. - Potem spojrzała na podwórze. - Te stajnie widziały już naprawdę wiele - powiedziała, a na jej twarzy pojawił się smutek. - Cieszę się, że mogą zobaczyć to wszystko, zanim... - Przerwała, a Iona spojrzała na nią z niepokojem. - Nie wiem, córeczko, pewnie to tylko zmęczenie daje mi się we znaki. - Znów zamilkła, patrząc na morze. - Może. Ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że to już koniec.
Jinks zarżał cicho, a Jess wyłoniła się zza rogu. Sara szybko się wyprostowała i uśmiechnęła pogodnie, ale opiekunka Taza najwyraźniej słyszała każde słowo.
Iona spojrzała przez okno ciężarówki. Podróżowali przez ciemność krętymi wiejskimi drogami, które nieuchronnie oddalały się od Kestrel. Wrzosowiska ustępowały miejsca polom, potem ogrodom, a w końcu otwarte przestrzenie zmieniły się w nieskończone rzędy domów. Zobaczyła miasto i szarość autostrady.
Nie mogła przestać myśleć o tym, jak przygnębiona wydawała się mama. A co, jeśli prześladujący ich pech był zamierzony? Musiała drążyć dalej, lecz teraz, mając przed sobą dwa bardzo ważne dni, była całkiem bezradna i wiedziała, że będzie mogła działać dopiero po powrocie do domu.
Zatrzymali się na kawę dla Jess na stacji benzynowej, a Iona sprawdziła, jak ma się Jinks, który wydawał się nieco zdezorientowany tą nową przygodą. Teraz byli już w Londynie. Mimo wczesnej pory miasto tętniło życiem, skrzyło się światłami i ogłuszało hałasem. Iona podskoczyła, gdy obok nich z wyciem syreny przemknął samochód policyjny. Na chodnikach roiło się od porannych biegaczy i ludzi w garniturach, spieszących do metra lub trzymających gorące napoje na wynos z licznych kawiarni.
- Gdzie jest pałac? - zapytała Iona.
Jessica się uśmiechnęła.
- Nie przejedziemy obok, to nie ta trasa.
- Aha... - Westchnęła z rozczarowaniem. - Chciałam go zobaczyć.
- To twój pierwszy raz w Londynie? - zapytała Jess z lekkim niedowierzaniem, a dziewczynka poczuła, że policzki jej czerwienieją.
Miała trzynaście lat i zaledwie kilka razy wyjechała poza granice hrabstwa, a co dopiero mówić o wizycie w stolicy. Z zazdrością obserwowała April wracającą z bożonarodzeniowych pokazów konnych, obładowaną torbami z zakupami. Teraz sama nie była zwykłym widzem, lecz brała udział w takich wydarzeniach. I to nie tylko dzisiaj. Nazajutrz miała jechać na wielkie mistrzostwa. Pragnęła jak najdłużej pozostać w tej bańce.
- Tak - przyznała. - W przyszłym semestrze jest planowana wycieczka szkolna.
Nagle coś dotarło do niej z całą mocą. A co, jeśli rzeczywiście będą musieli się wyprowadzić? Czy to znaczyłoby także zmianę szkoły? Gdzie by zamieszkali? Co z Oscarem, z koniecznością zawierania nowych przyjaźni, z jej mamą, próbującą odnaleźć się w domu z sąsiadami za ścianą? A Max, który nie mógłby się już swobodnie włóczyć? Biscuit i pozostałe kuce trekkingowe? Czy udałoby się im znaleźć dobre domy? Tak bardzo chciała, by stres i niepokój się skończyły, że nawet nie myślała o tym, jak bardzo odmieniłoby się jej życie. Poczuła mdłości. Kestrel było domem i nagle tylko tego pragnęła.
Parkowanie ciężarówki w miejskim otoczeniu było dziwne, lecz mimo hałasu i świateł Jinks zachował spokój, gdy zmierzali w stronę ogromnego budynku. Atmosfera była elektryzująca, a chociaż pokaz dopiero się zaczął, wszędzie kręciły się tłumy ludzi: widzowie, ochrona, sprzedawcy, stajenni rozmawiający między sobą. I czy to był Carl Hester, złoty medalista olimpijski? Iona poczuła, że wszystko to ją przytłacza. Wtedy dotarł do niej znajomy, kojący zapach, który natychmiast przeniósł ją do starych kamiennych stajni w Kestrel. Wióry zmieszane z sianem i nawet świeży nawóz - najpiękniejszy zapach na świecie. Konie!
Jessica uśmiechnęła się, gdy wyszła im na spotkanie Fran, kobieta z sesji zdjęciowej.
- Gotowe? Już ustawiła się długa kolejka!
Iona zauważyła z zaskoczeniem, że Jessica wygląda na zdenerwowaną. Widziała, jak przyjaciółka kładzie rękę na boku Jinksa, jakby szukała ukojenia i wsparcia.
Za kulisami czekał zespół ludzi, gotowych w ekspresowym tempie doprowadzić do porządku zarówno Jess, jak i Jinksa. Iona przysiadła na krześle, obserwując, jak zakładają kucowi najnowsze ochraniacze na ścięgna i strzepują siano z eleganckiej derki. Jess przebrała się już w strój, który miała na sobie podczas sesji zdjęciowej.
- No dobra - powiedziała, jakby miała przed sobą jakieś okropne zadanie do wykonania. - Jestem gotowa.
Iona pamiętała zdjęcia przyjaciółki w mediach społecznościowych, na których Jess zawsze się uśmiechała, teraz jednak nie wyglądała na osobę, która cieszy się z tej chwili!
- To ona! Już tu jest! To Jessica Jefferies! - wykrzyknął ktoś.
Jessica rozdawała autografy wcześnie, by fani mieli szansę spotkać ją przed głównym pokazem. Niektóre dzieciaki były już obładowane torbami, ściskały w ramionach pluszowe kucyki albo wymachiwały błyszczącymi, różowymi bacikami. Iona patrzyła na ich radosne, pełne oczekiwania twarze. Jeszcze kilka miesięcy temu sama stałaby wśród nich, a teraz była po drugiej stronie.
- I spójrzcie - odezwał się kolejny głos - to Jinks! Kucyk z plaży!
Wszelkie inne uczucia szybko zastąpiła duma, gdy tłumek zaczął zbierać się wokół Jinksa. Koń dumnie wkroczył na swoje miejsce, zachwycony obecnością ludzi. Z wyrazem radości w oczach i uszami skierowanymi do przodu witał dzieci jedno po drugim, i te nieco nieśmiałe, i te bardziej pewne siebie. Jessica podpisywała zdjęcia i pozowała do fotografii, a dzieci promieniały, stojąc obok niej. Potem w wesołych podskokach wracały na pokaz, z szerokimi uśmiechami na twarzach.
Jessica poświęcała chwilę na rozmowę z każdym dzieckiem. Jinks pomagał rozluźnić się tym nieśmiałym - wąchał ich dłonie i pozwalał niezliczonym małym rączkom głaskać grzywę. Iona bardzo żałowała, że jej mama tego nie widzi. Ten mały kuc miał w sobie tyle dobrych uczuć i zawsze je wspierał. Pomógł im obu przetrwać najczarniejsze chwile po śmierci Leo.
Nieoczekiwanie znów poczuła ukłucie tęsknoty za Kestrel...
Rozdział trzynasty
Kolejka małych fanów powoli się skracała. Kiedy odeszło ostatnie dziecko, Iona zauważyła, że Jess kurczowo wtula się w szyję Jinksa, gładząc jego świeżo przystrzyżoną sierść. Jej promienny uśmiech zniknął i wyglądała na całkiem wyczerpaną.
Fran krzątała się wokół, porządkując stoisko.
- Co to za wspaniały koń! Chętnie porozmawialibyśmy o możliwościach na przyszły rok. Możemy sporządzić umowę, żebyś miała zapewnione regularne wynagrodzenie. W połączeniu z rosnącymi sukcesami w dresażu Jinks w przyszłości może stać się prawdziwą gwiazdą.
Iona niemal widziała, jak w głowie Fran wirują coraz to nowe pomysły. Jednak przyszły rok wydawał się teraz zbyt niepewny.
Nie mogła oderwać wzroku od znanych zawodników i zawodniczek, którzy krzątali się po zapleczu. Pili kawę, rozmawiali lub wsiadali na ogromne konie, zmierzając w stronę areny do rozgrzewek. Dostała dwa bilety na pokaz, więc zaprosiła Oscara, który miał niebawem przyjechać pociągiem. Zajmowała się Jinksem, upewniając się, że niczego mu nie brakuje. Koń z radością zajadał się sianem i witał stojącą obok piękną siwą klacz, która ewidentnie się w nim zakochała, mimo że była dwa razy większa.
Jessica zdawała się znać tu wszystkich.
- Hej! - Zawodniczką dosiadającą szarej klaczy była młoda kobieta, wyglądająca na niewiele ponad dwadzieścia lat. Podeszła z wędzidłem na ramieniu i kocem polarowym w ręku. - Jak tam Taz? - zapytała miło.
Jessica się uśmiechnęła.
- Świetnie, dziękuję. Wróci wczesną wiosną, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem.
- O, cudownie!
Zawodniczka weszła do boksu, nie przestając mówić.
- I przeprowadzicie się do nowej stajni. To ekscytujące!
Iona zerknęła na Jess. Ani podczas spacerów z Tazem, ani podczas długich jazd na zawody, ani w czasie, który spędzały wspólnie w Kestrel, Jess nawet się nie zająknęła o nowej stajni.
- Noo... - zaczęła Jessica, dziwnie zmieszana. - To jeszcze nic pewnego.
Unikała wzroku Iony, a jej wyraz twarzy był trudny do rozszyfrowania.
Dziewczynka zmarszczyła brwi. Może ta przyjaźń była bardziej jednostronna, niż jej się wydawało? Tak naprawdę prawie nic nie wiedziała o Jess.
- No cóż, w każdym razie powodzenia! - Właścicielka siwej klaczy zajęła się przygotowaniem do występu.
- O której przyjeżdża Oscar?
Nie uszło jej uwagi, że Jessica dość niespodziewanie zmieniła temat.
- Za chwilę - odpowiedziała, szybko wyciągając telefon.
Zobaczyła wiadomość od Oscara, wysłaną kilka minut temu:
Dojadę za pięć minut. Wsiadłem do złej linii metra! Koszmar!
Wiadomość była zakończona masą uśmiechniętych buziek, wiedziała więc, że z chłopakiem wszystko w porządku. Uśmiechnęła się na myśl o tym, jak jej najlepszy przyjaciel porusza się po wielkim mieście.
- Siedzę w loży dla gości - powiedziała Jessica. - Muszę iść.
- O! - Iona się tego nie spodziewała. Myślała, że wszyscy będą siedzieli razem. - Mogę zobaczyć, jak to wygląda?
Jessica potrząsnęła głową.
- Przykro mi. Żeby się tam dostać, trzeba mieć specjalną przepustkę. Nie wiedziałam o tym - dodała przepraszającym tonem. - Myślałam, że będziemy siedzieć razem. Naprawdę.
Ionie w ogóle to nie przeszkadzało. Jess prowadziła całkiem odmienne życie.
- Czy to firma, którą reklamujesz, ci to załatwiła?
- Coś w tym rodzaju. Muszę już uciekać. O, idzie Oscar. - W jej głosie było słychać ulgę.
- Super - odrzekła Iona. - Spotkamy się po zawodach?
- Jasne. Tutaj, w stajni. Potem pojedziemy na mistrzostwa - dokończyła i odeszła w pośpiechu.
Iona żałowała, że nie może siedzieć w loży, ale przede wszystkim cieszyła się ze spotkania z przyjacielem.
- Hej! - Uściskała Oscara na powitanie, kiedy do niej podszedł.
Zastanawiała się, czy April też jest gdzieś tutaj, i miała nadzieję, że Oscar nie zmyje się nagle, żeby się z nią spotkać. Bardzo go potrzebowała.
- No to idziemy - powiedział z szerokim uśmiechem. - Dwie godziny oglądania koni!
Pokaz był jeszcze bardziej magiczny, niż Iona się spodziewała. Zawsze miło było oglądać go w telewizji z mamą, siedząc na kanapie w towarzystwie Maxa, ale na żywo było to coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyła. Skakała razem z jeźdźcami przez każdą przeszkodę, wstrzymując oddech, a potem klaskała ile sił w dłoniach, gdy przekraczali linię mety. Ocierała łzę wzruszenia, gdy młoda zawodniczka Devon Jenkins zwyciężyła, galopując na swoim pięknym, odważnym koniu w świetle reflektorów. Zafascynowana patrzyła na zespół z Portugalii, który dał niesamowity pokaz, skacząc i wręcz tańcząc na wspaniałych siwych koniach. Potem kibicowała najsłodszym pod słońcem wyścigowym kucykom szetlandzkim. A teraz, śpiewając kolędy, podczas gdy Święty Mikołaj przejeżdżał na saniach ciągniętych przez dwa cudowne siwki, doszła do wniosku, że nigdy nie zapomni tego dnia.
Oscar bił brawo wraz z innymi.
- Nawet mnie się to podobało, chociaż nie jestem koniarzem. Och, patrz - powiedział, gdy zauważył coś na ziemi - ktoś zostawił lornetkę.
Zapytał wszystkich siedzących dookoła, ale nikt z obecnych nie był właścicielem zguby.
- Powinniśmy ją zanieść do punktu informacyjnego, wygląda na drogą. - Podniósł lornetkę do oczu. - Widzę wszystko aż po drugiej stronie. - Przekazał ją Ionie.
Dziewczynka spojrzała i zaśmiała się, widząc, jak miniaturowy kucyk szetlandzki uderza kopytem w ziemię. Potem przyjrzała się tłumowi wokół areny, żeby nacieszyć się widokiem uszczęśliwionych twarzy w wysokiej rozdzielczości. Powoli podążyła wzrokiem w górę, zachwycając się błyszczącymi sukniami pań i smokingami panów w eleganckich lożach. Zaciekawiło ją, czy uda jej się dostrzec Jess. Nagle zmarszczyła brwi. To dziwne, ale przysięgłaby, że gdzieś już widziała tego faceta. Tylko gdzie?
Facet w czerni stał na skraju jednej z ekskluzywnych lóż. Wyglądało, jakby patrzył prosto na nią. Iona wiedziała, że nie może jej zobaczyć, mimo to z wrażenia prawie upuściła lornetkę. Ciemne włosy, ironiczny uśmieszek, opalenizna nabyta w jakimś drogim kurorcie. Znała go.
Oscar trącił ją łokciem.
- Wszystko w porządku?
Szybko uniosła lornetkę i jeszcze raz spojrzała w stronę loży. Mężczyzna gdzieś zniknął. Zmarszczyła brwi. Może jej się tylko przywidziało? Jednak po plecach przebiegł jej zimny dreszcz. Wszyscy zaczęli kierować się ku wyjściu, więc zabrała torbę i mocno chwyciła Oscara za rękę, żeby się nie zgubić.
Jinks z zaciekawieniem przyglądał się krzątaninie na zapleczu. Uszy miał postawione, oczy błyszczące, gdy radośnie rżał na widok kolejnej ślicznej klaczy skaczącej przez przeszkody. Minęło kilka minut, potem dziesięć, aż w końcu pół godziny.
- Mówiła, że spotkamy się tutaj? - Oscar siedział na skrzynce z przyborami do czyszczenia Jinksa.
- Tak - potwierdziła Iona. - Na pewno tak powiedziała.
Właśnie miała dzwonić do Jess, gdy nagle zbliżył się do nich jakiś znajomo wyglądający mężczyzna.
- Iona?
Zachowywał się uprzejmie, ale jego głos brzmiał dość szorstko. Iona rozpoznała w nim człowieka, który przed kilkoma tygodniami przywiózł Taza. Był to Rick, stajenny Jess.
- Panna Jefferies poleciła mi, bym w jej imieniu przeprosił - kontynuował Rick. - Jest zajęta pilnymi sprawami. Poprosiła mnie, żebym zawiózł twojego kuca na mistrzostwa, a ona dołączy do was później.
Iona spojrzała na Oscara, czując się niepewnie. Byli w samym centrum Londynu, więc nie miała dużego wyboru.
Oscar wyprostował się i spojrzał na Ricka.
- Pojadę z wami - powiedział stanowczo. - Powiadomię mamę. To trochę dziwne - dodał szeptem, tak by tylko Iona mogła go usłyszeć.
Dziewczyna mocniej ścisnęła jego dłoń, wdzięczna za wsparcie.
- Dobrze - powiedziała do stajennego. - Pojedziemy oboje.
Rick skinął głową.
- Pójdę przygotować samochód - oznajmił. - Wracam za dziesięć minut.
Iona przypomniała sobie o lornetce.
- Oddam ją do punktu informacyjnego - powiedziała do Oscara.
Ten kiwnął głową.
- W takim razie ja zostanę z Jinksem.
Zajęło jej kilka minut, zanim przecisnęła się przez tłum i dotarła do okienka informacji, gdzie jakaś uśmiechnięta pani podziękowała jej za przyniesienie zguby.
Iona już miała wracać do stajni, ale zatrzymała się jak wryta. Czy to możliwe? Przez znajdujące się przed nią drzwi na kolejny pokaz wchodziła kobieta z córką. Córka miała na sobie bluzę z kapturem i paplała radośnie. Ostatni raz Iona widziała ją, gdy prowadziła kuca, na którym jechała dziewczynka, podążając za rodzicami. To wtedy jej matka spadła z siodła i złożyła wniosek o odszkodowanie za uraz. A teraz? Z beztroską miną, cała i zdrowa szła, niosąc torby pełne zakupów.
Córka pierwsza zauważyła Ionę.
- O, cześć! - Pomachała do niej. - Pamiętasz mnie? Teraz mam bzika na punkcie koni! Popatrz, mamo, to ta dziewczyna z naszych wakacji!
Chwyciła mamę za rękę, a Iona zobaczyła, że na twarzy kobiety pojawia się przerażenie.
Kobieta zaczęła się cofać.
- Musimy iść, zaraz zaczyna się pokaz... - zaczęła nerwowo.
- Myślałam... myślałam... pani nadgarstek? - Iona wskazała na rękę kobiety, ale już widziała, że nic jej nie dolega, sądząc choćby po liczbie dźwiganych przez nią toreb.
- Mylisz mnie pewnie z kimś innym - zapierała się kobieta, próbując zachować pewność siebie, ale Iona wyczuła, że zaczyna się łamać.
Uwagę jej córki przykuło stoisko z figurkami koni.
- Nie, nie mylę się - powiedziała, czując mdłości. - Złożyła pani pozew do sądu. Byłam przy tym wypadku! Wiem, że nic się nie stało.
Kobieta pobladła.
- Bardzo potrzebowaliśmy wtedy pieniędzy. Wysłałam tylko list... Nie zamierzaliśmy robić nic więcej... - mówiła coraz ciszej. - Przepraszam.
- Nie rozumiem - dociekała Iona. - Ktoś panią do tego namówił?
Kobieta unikała jej wzroku.
- Nie podał swojego imienia. Powiedział, że to tylko list...
- Iona! - zawołał Oscar z drugiego końca placu ze stoiskami. - Musimy już zabrać Jinksa!
Kobieta miała skruszoną minę.
- To był tylko list. Nie miałam zamiaru robić nic więcej. Potem zadzwoniła do mnie jakaś kobieta, błagając, żebym wycofała roszczenie. Nie wiem, skąd miała mój numer, a roszczenie i tak już wcześniej wycofałam.
- Moja mama?
- Nie, nie, to nie była twoja mama. - Kobieta potrząsnęła głową. - Zapewniam, nie chciałam ciągnąć tego dalej. Proszę, uwierz mi. Naprawdę potrzebowaliśmy pieniędzy, ale zrozumiałam, że to byłoby niegodziwe...
Zanim Iona zdążyła zapytać ją o cokolwiek więcej, tłum je rozdzielił, a kobieta zniknęła. Zakręciło jej się w głowie. Ta kobieta właśnie przyznała, że jej roszczenie było fałszywe. Została do tego nakłoniona. Ale przez kogo? I kim była osoba, która ją prosiła, by wycofała skargę?
Jinks wyraźnie posmutniał, kiedy musiał opuścić stajnię. Dzień sprawił mu wiele radości, a teraz kuc był tak pełen energii, że parskał i podskakiwał, maszerując przez parking dla ciężarówek. Rick, stajenny Jess, pozostał małomówny, podczas gdy Iona trzymała kurczowo swojego rozbrykanego czarnego konia.
Podróż na mistrzostwa w ujeżdżeniu przebiegła w atmosferze skrępowania. Rick nie odezwał się ani słowem, a Iona o tak wielu rzeczach chciała porozmawiać z Oscarem, ale nie mogła. Nadal była w szoku po przypadkowym spotkaniu z kobietą i jej córką. W efekcie miała niemal dwie godziny ciszy, by przetrawić wszystko, co się wydarzyło.
Pęknięta rura i bałagan na stronie internetowej mogły być przypadkiem, ale fałszywe roszczenie o odszkodowanie okazało się celowe. A pożar mógł zagrozić życiu kuców i Taza, nie wspominając o niej samej i o Maxie. Wcześniej podejrzewała, że to nie były zwykłe nieszczęśliwe zbiegi okoliczności, ale teraz była tego pewna. Za wszystkim musieli stać nowi właściciele Kestrel. Cóż, niech tylko się dowiedzą, że zna całą prawdę. To przywróci jej mamie wolę walki!
- O kurczę!
Oscar był równie wstrząśnięty jak Iona. Siedzieli w tymczasowej stajni Jinksa na zafoliowanej beli trocin, a ona właśnie mu opowiedziała, co usłyszała od tamtej kobiety.
- No właśnie - rzekła ponuro.
Tymczasem Jinks spokojnie skubał siano obok nich.
- Nie mogę uwierzyć, że naprawdę stanęłaś z nią twarzą w twarz i zadałaś jej to pytanie. To było odważne!
- Nie bardzo. W chwili, gdy zobaczyłam jej minę, wiedziałam, że kłamała. Mówiła, że sprawa miała się nie rozwijać, ale przecież już zaszła za daleko, prawda? I nawet jeśli udowodnimy, że to była nieprawda, jak mamy się po tym wszystkim podnieść?
Na wspomnienie smutku w oczach mamy poczuła ucisk w gardle.
- I naprawdę sądzisz, że to ci nowi właściciele? - Oscar potrząsnął głową. - Można by powiedzieć, że zadają sobie mnóstwo fatygi, żeby przejąć tak niewielki kawałek posiadłości.
Iona przypomniała sobie, jak tamten mężczyzna spokojnie proponował im pieniądze w zamian za opuszczenie miejsca, które było całym ich życiem. Kiedyś przez chwilę pomyślała, że tak byłoby lepiej, i nawet miała nadzieję, że tak się stanie, co dzisiaj napełniało ją wstydem. Potem uświadomiła sobie, że to jedyne życie, którego pragnie.
- Byli zdeterminowani, żeby przejąć nasze stajnie.
- Nawet jeśli - ciągnął Oscar - to jak można próbować podstępem wykurzyć kogoś z domu? Nie można im na to pozwolić.
- Wiem. Mam tylko nadzieję, że nie jest za późno - powiedziała. - Muszę powiedzieć mamie!
W całym tym zamieszaniu prawie zapomniała, że bierze udział w prestiżowych zawodach. To było spełnienie jej marzeń, ale teraz nagle ogarnęły ją wątpliwości.
- Czuję, że powinnam się wycofać z zawodów i wrócić do domu.
- Przecież tak ciężko pracowałaś - powiedział Oscar. - Twoja mama na pewno by chciała, żebyś stanęła do konkursu. Dokończ to, co zaczęłaś, a potem wrócisz. Będzie dobrze. Masz już wystarczająco dużo dowodów. Powinnaś powiedzieć mamie osobiście, nie przez telefon.
Iona rozważała swoją sytuację, a potem zadała sobie pytanie, jak by zareagowała mama na wieść, że Jess ich porzuciła. Na pewno bez namysłu wsiadłaby do swojego wiekowego samochodu i ruszyła w niemal sześciogodzinną podróż, a tego dziewczynka nie chciała. Jednak przecież ona i Oscar byli teraz zdani sami na siebie, a mieli dopiero po trzynaście lat. Nagle poczuła się bardzo młoda i bezradna.
Oscar położył dłoń na jej ramieniu, jakby czytał jej w myślach.
- Poradzimy sobie - zapewnił. - Jutro o tej porze będziesz w domu.
Skinęła głową. To była ich jedyna opcja. Rick już dawno się oddalił - przyjechał po niego czarny samochód kombi - ale wszystko było tu dla nich przygotowane: stajnia posprzątana, ciężarówka zatankowana, Jinks w swoim boksie spokojny i zadowolony. Nie mogli zrobić wiele więcej, choć właściwie zostali porzuceni bez opieki. Iona nie miała pojęcia, gdzie jest Jessica. Wysyłane do niej SMS-y pozostawały bez odpowiedzi, a telefony trafiały prosto na pocztę głosową. Dlaczego Jess zadała sobie tyle trudu, żeby przywieźć Jinksa na pokaz do Londynu, a potem na zawody w ujeżdżeniu, i nagle zniknęła bez słowa?
Rozdział czternasty
Iona nie była pewna, czy tej nocy w ogóle zmrużyła oko, ale wstała wcześnie, żeby sprawdzić, co u Jinksa. Narzuciła polar na piżamę i naciągnęła długie wełniane skarpety, które zrobiła dla niej na drutach przyjaciółka mamy. Wyglądała nieco dziwacznie, ale się tym nie przejmowała.
Oscar usiadł na swojej pryczy naprzeciwko.
- Jessica się odezwała? - zapytał.
Dziewczynka sprawdziła telefon, choć dopiero co na niego patrzyła. Pokręciła głową.
- Nie.
- No to jak? - Zaspany chłopak uśmiechnął się niewyraźnie. - Chyba właśnie zostałem twoim stajennym!
Chwilę później w stajniach zapanowały ożywiony ruch i gorączkowa krzątanina. Wszyscy inni mieli u boku stajennych i trenerów, ale Iona była zachwycona, że jest przy niej Oscar. Najpierw wyczyścili boks Jinksa, a potem dziewczynka zaczęła go przygotowywać.
Skoncentrowana, z wysuniętym językiem, zaplatała jego czarną grzywę. Palce ją bolały od skręcania, zszywania i zawijania równiutkich koreczków. Cofnęła się o krok, by podziwiać swoje dzieło.
- Nie tak dobrze, jak zrobiłaby to mama, ale wystarczy.
Nagle ogarnął ją taki strach, że aż poczuła mdłości. Oscar zajadał się ogromną kanapką śniadaniową z eleganckiej kawiarni, ale ona miała ściśnięty żołądek. Nie mogła się doczekać początku zawodów, ale jednocześnie najchętniej wróciłaby prosto do Kestrel. Jak w transie ubrała się w strój do jazdy i była teraz gotowa do rozgrzewki.
- Dzień dobry! - przywitała ich uśmiechnięta stewardka, otulona ciepłym płaszczem i z szalikiem zawiązanym pod szyją.
Z parującym kubkiem kawy w dłoni otworzyła im bramkę, spojrzała na numer przyczepiony do ogłowia Jinksa, a potem na swoją listę.
- Ach, czy to kuc, którego dosiadała Jessica Jefferies na tych pięknych zdjęciach? Wiem, że wczoraj był na Londyńskim Pokazie Koni; moja córka widziała go, kiedy brała autograf od Jessiki.
- Tak! - odrzekła Iona, czując, jak przebiega ją dreszczyk emocji. - To jest Jinks.
- Czy Jessica dziś tu jest? - zapytała kobieta, rozglądając się dokoła.
Uśmiech Iony zbladł.
- Jeszcze nie. Myślę, że pojawi się później.
Nie potrafiła sobie wyobrazić, że jej przyjaciółka nie przyjdzie, zwłaszcza po tym wszystkim, co zrobiła, by Iona mogła wziąć udział w konkursie. Na pewno będzie. No bo jak inaczej?
- Pewnie jest w tym pięknym hotelu niedaleko stąd, który należy do jej rodziny - powiedziała kobieta, a potem pomachała na pożegnanie koniowi i zawodniczce. - Powodzenia! - dodała, wpuszczając Ionę przez bramkę. - Masz pięć minut.
Iona poczuła się zaskoczona, ale nie miała wyboru, musiała kontynuować jazdę. To kolejna rzecz, której nie wiedziała o Jessice. Jaki hotel? Gdzie? Nagle poczuła, jak lodowate dreszcze przechodzą jej po plecach. Części układanki zaczęły się łączyć w całość. Hotel. Rezydencja Kestrel miała zostać zamieniona w hotel...
Musiała wyrzucić to z głowy i skupić się na jeździe. Po raz pierwszy czuła, że naprawdę pasuje do pozostałych jeźdźców na rozgrzewce. Reklamowana marka kompletnie wyposażyła Jinksa. Miał piękny aksamitny biały czaprak, drogie białe owijki wokół czarnych pęcin, które miała mu zdjąć tuż przed samym startem. Ona była ubrana w nową kurtkę i zauważyła, że kilka innych osób na arenie również takie nosi. Ten fason był zdecydowanie "na topie", tak jak przewidziała Fran. Ale teraz, kiedy Iona miała ją na sobie, kurtka nagle straciła dla niej wszelkie znaczenie. Ze wstydem przypomniała sobie, że przez chwilę miała nadzieję, iż jej mama przyjmie oferowane pieniądze i opuści Kestrel, a ona będzie mogła żyć jak April.
Jinks był w fantastycznej formie, reagował miękko, ale natychmiastowo i z odpowiednią dawką energii. Wkrótce rozgrzewka zupełnie wciągnęła Ionę. Wraz z Jinksem jechali stępa, kłusowali i galopowali wokół areny, a ona starała się nie myśleć o zdenerwowaniu. Spojrzała na zegarek. Zostało tylko kilka minut...
Nagle zobaczyła znajomą i bardzo niepożądaną twarz. April. Przyszła pieszo. Podbiegła do niej po piasku areny. Iona wiedziała, że dziewczyna jest już po rozgrzewce; występowała jako jedna z pierwszych zawodniczek.
- Iono! - zaczęła z przejęciem. - Musimy porozmawiać po twoim występie.
- Ale o czym? - zapytała dziewczynka.
Nie wiedziała, co o tym myśleć.
- Chodzi o Jessicę. - April obniżyła głos. - Muszę ci coś powiedzieć.
Iona zmarszczyła brwi.
- O Jess?
- Tak - potwierdziła April. - Porozmawiamy, jak skończysz. Powiem ci wtedy wszystko.
Iona poczuła falę irytacji. Co za podstępna taktyka! April wyraźnie chciała ją rozproszyć przed ważnym występem. Niestety jej się udało. Zupełnie straciła koncentrację.
- Nie - odrzekła gniewnie. - Powiedz mi wszystko teraz.
- Nie mogę, jeszcze nie. Ale musisz wysłuchać, co mam do powiedzenia. Proszę, nie zniknij nigdzie po zawodach. Jess nie... ona nie jest tym, za kogo ją bierzesz.
- O czym ty w ogóle mówisz? - Iona usłyszała pulsowanie własnej krwi w żyłach. - Dlaczego zawsze chcesz być lepsza ode mnie? Jess wybrała mnie, wybrała naszą stajnię, więc od razu próbujesz to zepsuć! I nie musisz niszczyć mojego pokazu tylko dlatego, że ostatnio zdecydowanie źle ci idzie!
Gdy tylko wyrzuciła z siebie te ostatnie słowa, od razu ich pożałowała. To było wredne.
- Iono, to ważne - upierała się April. - Po prostu obiecaj, że spotkasz się ze mną po zakończeniu konkursu w naszej klasie. Nie chcę, żebyś... żebyś wsiadła do ciężarówki Jessiki, zanim mnie wysłuchasz. Obiecaj mi, że tego nie zrobisz.
- Numer czterysta dwadzieścia cztery! - zawołał steward, wskazując na Ionę. - Jesteś następna.
Nie miała wyboru i musiała opuścić plac rozgrzewkowy, ale serce biło jej jak młotem. Co wiedziała April? Zniknięcie Jessiki naprawdę wytrąciło ją z równowagi, a teraz na dodatek w sprawy wmieszała się ta dziewczyna. Co też ona chciała jej powiedzieć? Mówiła tak poważnie. Czy Iona była w jakimś niebezpieczeństwie? Przez głowę przelatywały jej chaotyczne myśli. Ale przez następne cztery i pół minuty musiała skupić się na jeździe i zapomnieć o wszystkim innym.
Mogło się wydawać, że Jinks wie, co się dzieje. Spojrzał na nią łagodnymi bursztynowymi oczami, jakby próbował ją pocieszyć. Iona wyciągnęła rękę i poklepała go czule.
- Postaram się nie zawieść.
Ale dresaż wymagał totalnej koncentracji, a jej w tej chwili właśnie tego brakowało. Jinks podążył na środkową linię, jak zwykle, prosto i pewnie, a potem... nic. Iona zapomniała, w którą stronę powinna teraz skręcić. Zawahała się i delikatnie popchnęła konia w prawo. Prawie natychmiast rozległ się głośny dźwięk dzwonka i serce w niej zamarło. Pomyliła kierunek. Usłyszała, jak widzowie nerwowo chwytają oddech. Jinks przyciągnął spory tłum, a teraz wszystko szło nie tak, jak należy.
Przypomniała sobie moment, kiedy pomyliła kolejność ruchów w Whitemoor. Jej mama mocno ją wtedy przytuliła.
- To tylko pojedynczy błąd - powiedziała, ocierając łzy córki. - Liczy się, jak pojedziesz dalej.
Zebrała się w sobie i na ułamek sekundy zamknęła oczy, by się uspokoić. Zawróciła Jinksa, chwytając mocniej lewą wodzę, w nadziei, że uda jej się nadrobić stracone punkty. Wiedziała, że na poziomie, na którym się znalazła, i przy tak silnej konkurencji, ten błąd będzie ją sporo kosztował, ale jedyne, co mogła teraz zrobić, to dać z siebie wszystko. Nagle zobaczyła przed sobą błotnisty plac w Kestrel, własnoręcznie zrobione oznaczenia, i przypomniała sobie radość, jaką czuła, występując przed publicznością złożoną z Merry i owieczek. Kiedyś marzyła o arenach takich jak ta, ale teraz myślała tylko o domu.
Kiedy jednak Jinks przeszedł w energiczny, średni kłus, z uszami zwróconymi do przodu, jego entuzjazm udzielił się też jej. Ukochany kuc dawał z siebie wszystko, żeby jej pomóc. Jego galop był niczym czysta poezja i stopniowo wszystko inne odeszło w niepamięć.
Gdy tylko wykonała salut, nie mogła się powstrzymać; pochyliła się i mocno go przytuliła. Pomógł jej przejść przez ten trudny występ - jej wspaniały, dzielny konik.
Oscar wraz z April czekali przy boksie Iony. Z bardzo poważnymi minami przywołali ją do siebie.
Poczuła, jak ogarnia ją lodowaty strach. Zeskoczyła z Jinksa i wtuliła twarz w jego mocną szyję, żałując, że nie może zostać tak na zawsze. Potem podniosła wzrok na przyjaciela i na April.
- Powiesz mi w końcu, o co ci chodzi?
- Czy Jessica się pojawiła? - zapytała April.
Iona pokręciła głową, zajęta rozsiodływaniem Jinksa, żeby okryć go ciepłą derką.
- Nie - odparła. - Ale jestem pewna, że ma ku temu ważne powody. Jej grafik jest bardzo napięty.
- Ona nie jest osobą, za którą ją uważasz...
Iona z wściekłością spojrzała na April, przerywając pracę.
- O czym ty w ogóle mówisz? - syknęła. - Odkąd Jess zaczęła mnie trenować, zachowujesz się okropnie! Całe życie czekałam na taką szansę! Ty masz wszystkie możliwości, cały ten drogi sprzęt, starty w prestiżowych zawodach, a jak mnie przytrafia się coś dobrego, natychmiast próbujesz to zniszczyć! - wyrzuciła z siebie.
Wszystkie tłumione obawy i przykre uczucia z ostatnich dni, a nawet tygodni, wylały się z niej w niekontrolowany sposób. Wszystkie te lata, podczas których patrzyła, jak April osiąga to, o czym ona mogła tylko marzyć.
- I na dodatek odebrałaś mi Oscara - dodała z furią, choć jej gniew już powoli gasł.
Oscar położył jej rękę na ramieniu.
- Wysłuchaj jej - poprosił.
Iona z ciężkim westchnieniem osunęła się na skrzynię z uprzężą.
- No dobra - powiedziała cicho. - Mów. Opowiedz mi wszystko.
Jinks skubał siano, a troje nastolatków siedziało, każde na swoim miejscu w stajni: Iona na skrzyni z uprzężą, Oscar na odwróconym wiadrze, a April na końskiej derce. Iona zaczęła słuchać, nie odzywając się ani słowem.
- Wiesz, że mój tata zajmuje się planowaniem i sprawami urzędowymi, prawda? - zaczęła April. - Zapytał mnie, czy wiem coś o stajniach w Kestrel. Powiedziałam mu, że Sara i Sam mają tam stajnie, a on na to, że nie o te chodzi. Podobno ktoś złożył wniosek o pozwolenie na postawienie nowoczesnej stajni, rozbiórkę starych i budowę czegoś zupełnie nowego. - Iona poczuła ukłucie w sercu. - Zaczęłam się dopytywać i tata znalazł nazwę wnioskodawcy. Był to fundusz powierniczy, więc poszukałam w internecie. Okazało się, że to ten sam fundusz, który kupił dom.
Iona potrząsnęła głową.
- No i co z tego? Przecież już wiemy, że chcieli się nas pozbyć. Ale nie pozwolimy im na to! Co to ma wspólnego z Jess?
Zapadła straszna cisza.
- Nie wiem, jak ci to powiedzieć - zaczął Oscar. - Sam w to nie wierzyłem, dopóki April nie pokazała mi dowodów. Powiedziała mi o wszystkim tuż przed twoim występem.
- Nie chciałam cię rozpraszać. - April wyglądała na szczerze skruszoną. - Chodziło o to, żebyś wiedziała, że naprawdę muszę z tobą porozmawiać o czymś bardzo ważnym po występie. Gdyby zjawiła się tu Jessica, nie miałabym okazji ci powiedzieć, czego się dowiedziałam. Nigdy byś mnie nie wysłuchała.
- A czego się dowiedziałaś? - zapytała Iona, choć już chyba wiedziała.
Przypomniała sobie, gdzie wcześniej widziała tego mężczyznę w loży dla gości. To on wpadł na nią w sklepie i powiedział, żeby uważała. Zaraz potem Jessica pojawiła się u nich w stajni w poszukiwaniu miejsca dla Taza.
- To rodzina Jessiki - wyjaśniła April. - Oni są właścicielami Taza. A teraz kupili Kestrel. I chcą przejąć waszą stajnię!
- Co mam teraz zrobić?
Iona krążyła tam i z powrotem przed stajnią Jinksa. Cały jej świat wywrócił się do góry nogami. Przypomniała sobie dzień, kiedy pojawiła się Jessica i jak Oscar odnosił się do niej z rezerwą, a ona ciągle stawała w jej obronie. Wierzyła, że są przyjaciółkami. Rozmawiały w ciężarówce o wszystkim. Na myśl o tym Iona poczuła, jak zimny dreszcz przechodzi jej po plecach. Zwierzała jej się ze swoich uczuć, opowiadała o domowych kłopotach i niepowodzeniach. Czy Jessica miała w tym swój udział? Iona nie chciała w to wierzyć. Jessica siadywała przecież przy ich kuchennym stole. W chłodne poranki Sara podawała im gorącą czekoladę, Jessica pomagała karmić kucyki, owieczki i Merry. Traktowali ją jak członka rodziny. Do tego wszystkiego udzieliła jej tak wiele pomocy: lekcje, transport na zawody, sesja zdjęciowa, a teraz mistrzostwa w ujeżdżeniu. Robiła to wszystko, a mimo to zdradziła ich w najgorszy możliwy sposób!
W tej samej chwili przez drzwi weszła kobieta w kamizelce odblaskowej, z krótkofalówką w ręku.
- Iona Patterson? Numer czterysta dwadzieścia cztery? Zakwalifikowałaś się do finału freestyle'u. Możesz zacząć siodłać konia.
Iona wpatrywała się w nią, oszołomiona.
- Ale przecież popełniłam błąd.
Kobieta się uśmiechnęła.
- Zajęłaś siódme miejsce. Do finału przechodzi najlepsza dziesiątka. Gratulacje!
Spełniały się wszystkie jej marzenia, ale w tym momencie nie miała głowy do dalszego współzawodnictwa.
- Przepraszam - zaczęła. - Muszę się wyco...
- Ona wystartuje - przerwała jej szybko April i potrząsnęła głową, patrząc na oszołomioną Ionę. - Dziękujemy za informację.
- No to w porządku! - ucieszyła się kobieta i skierowała do wyjścia. - Zaczynamy za godzinę - rzuciła na odchodnym.
- Dlaczego to powiedziałaś? - zapytała Iona, patrząc na April.
Dziewczyna się uśmiechnęła.
- Chyba nie pozwolisz, żeby Jessica wygrała. Wystąpisz w finale, dasz z siebie wszystko, a potem wrócisz do domu i uratujesz stajnię.
- Ale nie mam swojej muzyki - zaprotestowała słabym głosem. - Jessica ją miała.
April się uśmiechnęła.
- Ja nie przeszłam dalej. Pożyczę ci swoją muzykę i układ. Będzie idealnie pasował do Jinksa. Aha, i mam świetny kask, który możesz włożyć, jeśli ci się spodoba. Chodź! - ponagliła, widząc zdumioną minę Iony. - Damy radę!
Rozdział piętnasty
Czując się nieco surrealistycznie, Iona zaczęła się przygotowywać. Przeglądała układ opracowany przez April i słuchała muzyki, podczas gdy druga dziewczyna zajmowała się Jinksem. Spryskała jego czarną sierść specjalnym środkiem nabłyszczającym i wypolerowała kopyta. Oscar wyczyścił buty za pomocą zestawu April i tak dzięki ich wspólnym wysiłkom Iona zdążyła wsiąść na Jinksa na czas. Kask koleżanki pasował idealnie. Iona, zerkając przelotnie na swoje odbicie w szybie ciężarówki, stwierdziła, że wygląda fantastycznie. Udało jej się szybko przyswoić układ. April miała rację: dramatyczne, pełne rozmachu figury idealnie pasowały do Jinksa. Miała wielką ochotę rzucić to wszystko i jechać do domu, ale Jess nadal się nie pojawiła.
Teraz, siedząc na Jinksie, czuła się milion razy pewniej, a on sam wydawał się zachwycony kolejną okazją do popisów przed publicznością. Podążał w stronę placu rozgrzewkowego krokiem pełnym energii, z postawionymi uszami, i stopniowo jego pewność siebie udzielała się również Ionie. To było spełnienie jej marzeń. Może działo się to w najgorszych możliwych okolicznościach, ale zamierzała wykonać ten układ i cieszyć się każdą jego sekundą. A potem wróci do domu...
Mimo to w głowie odzywał się cichy głos, którego nie mogła zignorować. To, że brała udział w mistrzostwach, wśród najlepszych zawodniczek, w dużej mierze było zasługą Jess i ich domniemanej przyjaźni. Jess dała jej szansę, której Iona tak długo pragnęła. Dlaczego to zrobiła?
Wzięła głęboki oddech, próbując opanować nerwy.
- Jestem gotowa.
- Dasz radę - dodał jej otuchy Oscar, przytulając ją serdecznie, a April pogłaskała czarną sierść Jinksa.
- Arena jest naprawdę pięknie przybrana - dodała. - Kwiaty, flagi, wszystko. I zebrało się mnóstwo widzów. - Przez chwilę w jej oczach mignęły smutek i tęsknota.
Iona wiedziała, że koleżanka również marzy o tym, by wyjechać na czworokątny plac, jednak ta zaraz się uśmiechnęła i powiedziała:
- Zrób to dla Jinksa i dla swojej mamy. Zrób to dla swojej stajni!
Iona poczuła tremę, gdy brama na arenę się otworzyła, ukazując tłum widzów, ale Jinks zdawał się rosnąć w oczach. Był najmniejszym koniem w swojej klasie, lecz zdecydowanie najbardziej charyzmatycznym. Dziewczynka wręcz czuła uśmiechy ludzi na trybunach, kiedy popisywał się na arenie niczym prawdziwy showman. Gdy rozbrzmiał pierwszy akord muzyki, zatańczył w doskonałym rytmie. Jego kłus współgrał z szybkim tempem, a umiarkowany galop wznosił się wraz z porywającą melodią. Stęp był spokojny, lecz zdecydowany, w zgodzie z delikatnymi dźwiękami fortepianu w połowie utworu, a gdy po raz drugi przejechał przez środek areny, zatrzymując się równo i precyzyjnie w momencie, gdy bębny osiągnęły crescendo, zapadła cisza, po czym rozległy się gromkie owacje, a niektórzy na trybunach nawet wstali, by oklaskiwać wspaniałego karego kuca.
- To było niesamowite, najlepsze, co kiedykolwiek widziałam w jego wykonaniu - powiedziała ze łzami wzruszenia April. - Na pewno zdobędziesz świetne miejsce!
Ale Iona czuła, że na dzisiaj już skończyła. Musiała wracać do Kestrel.
W tym momencie pojawił się Rick i znacząco stuknął palcem w zegarek.
Poczuła nagły przypływ paniki.
- Jessica poprosiła, żebym cię zabrał do ciężarówki razem z koniem - oznajmił.
Ku ogromnemu zaskoczeniu Iony April potrząsnęła głową.
- Nie ma mowy - zaoponowała stanowczo, śmiało patrząc Rickowi prosto w oczy. - Wracają z nami. Zawieziemy ich do domu. - Ostatnie słowo wypowiedziała z wyraźnym naciskiem.
Iona poczuła narastającą panikę, kiedy po raz czwarty albo piąty odłożyła telefon.
- Mama nadal nie odbiera.
- Jestem pewien, że nic złego się nie dzieje - uspokoił ją siedzący obok Oscar. Dotarli już do znajomych stron, krajobraz wokół zmienił się w nadmorski i niemal czuć było słoną bryzę. Iona chciała dać mamie znać, że niedługo dojadą do domu. - Wiesz, jaka jest twoja mama! Pewnie wyszła naprawić płot albo pomalować dach.
Dziewczynka skinęła głową. Po wszystkim, co wydarzyło się dzisiaj, i po wszystkim, czego się dowiedziała, nie mogła się pozbyć natarczywego niepokoju, że nadal coś jest nie tak. Wjechali już do wioski i zmierzali w stronę wielkiej bramy na końcu podjazdu do posiadłości Kestrel.
Gdy minęli linię drzew, Iona zobaczyła, że nigdzie nie ma samochodu mamy. Właściwie to całe podwórze było zupełnie opustoszałe. Konie trekkingowe stały na pastwisku, na które wyrzucono wiązki siana, a owieczki spały spokojnie obok bramy. Jedynym dźwiękiem było gniewne pokwikiwanie wyraźnie zdenerwowanej Merry, która została zupełnie sama w stajni. Boks Taza okazał się pusty.
- Wygląda na to, że zabrała swojego konia i nie powiedziała nawet słowa - rzucił z pogardą Oscar, gdy ciężarówka się zatrzymała. - Co za tchórzostwo.
Musieli szybko wyprowadzić Jinksa, żeby uspokoić Merry. Na jego widok kwiczenie małej szetlandki zmieniło się w ciche rżenie i zwierzę wyraźnie się uspokoiło.
Iona wprowadziła Jinksa do boksu obok Merry. Czuła się trochę zagubiona.
- Lepiej będzie, jeśli szybko odstawimy Mambo, jeśli to nie problem - oznajmiła przepraszającym tonem mama April. - Stresuje się w przyczepie. Jestem pewna, że twoja mama zaraz wróci. Wyślesz nam później SMS? Dasz znać, czy wszystko jest dobrze?
Iona przytaknęła ze zrozumieniem. Mambo już tupał niecierpliwie w tyle ciężarówki.
- Dziękuję za wszystko. - Uśmiechnęła się do April.
Wiedziała, że dziewczyna rozumie, iż te podziękowania są za coś więcej niż tylko pomoc w konkursowym występie.
Iona i Oscar skończyli rozpakowywać rzeczy Jinksa, zawiesili jego uprząż i złożyli derki w siodlarni, kiedy na podwórze wjechała półciężarówka mamy. Było coś w sposobie, w jaki trzasnęła drzwiami, i w głośnych krokach na bruku, co sprawiło, że Iona rzuciła się w jej stronę, upuszczając derkę na podłogę.
Sara była blada, włosy miała potargane, a na nogach wciąż domowe kapcie z owczej skóry.
- Mamo? Co się stało?
Kobieta ledwie mogła mówić, jej głos brzmiał głucho i ochryple.
- Chodzi o Taza! Zaginął! Chyba uciekł!
Na kilka sekund czas jakby stanął w miejscu.
- Zaginął? - powtórzyła Iona. - Co masz na myśli? To pewnie Jess go zabrała.
- Nie, nie zabrała, przynajmniej nic o tym nie wiemy. Przypuszczam, że uciekł.
Sam, który siedział na przednim siedzeniu półciężarówki, wyszedł z samochodu i dołączył do nich.
- Właśnie zadzwoniłem na policję i do straży przybrzeżnej.
- Słuchałam prognozy pogody; mówią, że zapowiada się jedna z najgorszych burz od lat... - Sara niemal wykrzyczała te słowa.
- Uciekł? Jak to możliwe?
- Skobel był uszkodzony - wyjaśnił Sam. - Nie wiem jak, ale to całkiem możliwe. Jest dużym, silnym koniem, mógł po prostu się oprzeć...
Na widok jego rozpaczy Iona poczuła falę wyrzutów sumienia, przypomniawszy sobie, jak wcześniej podejrzewała go o sabotaż, gdy Jess zasugerowała taką możliwość.
- Dobrze - ciągnął ojczym. - Musimy obmyślić jakiś plan. Trzeba go odnaleźć. Najpierw spróbujmy zadzwonić do Jessiki.
- Nie! - zaprotestowała Iona, a mama i ojczym spojrzeli na nią zaskoczeni. Wzięła głęboki oddech. - To nie jest przypadek. Jess na pewno go zabrała. Myślimy, że nowi właściciele Kestrel próbują zniszczyć wasz biznes i... - zamknęła oczy, wiedząc, że mama odczuje zdradę równie boleśnie jak ona sama - i to jest rodzina Jess. Chcą nas stąd wyrzucić!
Ogłuszona tą nowiną Sara próbowała zrozumieć to, co właśnie usłyszała od córki.
- Ale przecież dopiero co przyjechałaś z nią z Londynu - wyjąkała. - Z mistrzostw w ujeżdżaniu... - Głos jej zamarł.
- Nie przyjechałam z nią. - Iona wzięła głęboki oddech. - Zniknęła po Londyńskim Pokazie Koni, a potem April mi wszystko wyjaśniła... Chciałam ci to powiedzieć osobiście, twarzą w twarz - ciągnęła - ale kiedy wróciliśmy do domu, Taza już nie było. Mogę cię zapewnić, że jest bezpieczny - dodała spokojnie. - Pewnie tylko go przenieśli i chcą cię nastraszyć. To ich styl.
Sara potrząsnęła głową.
- To już za dużo jak na moje nerwy, ale obiecuję, że porozmawiamy o tym, kiedy już się dowiemy, gdzie jest Taz. Muszę się upewnić, że nic mu nie grozi, a potem zajmiemy się wszystkim, o czym powiedziałaś. - Pobiegła na ganek, zmieniła kapcie na kalosze, po czym znów wybiegła na zewnątrz.
- Sam i ja weźmiemy ciężarówkę - powiedziała, wsiadając do pojazdu. - Ty i Oscar zostańcie tutaj, na wypadek gdyby Taz wrócił. Pasuje ci, Oscarze?
- Oczywiście - odparł chłopak.
Iona wzruszyła ramionami. Nie martwiła się o Taza. Wiedziała, że został zabrany celowo, ale dobrze znała mamę. Jeśli istniał nawet najmniejszy cień ryzyka, że ta cenna gwiazda dresażu może być w niebezpieczeństwie, przeszuka każdy zakątek w okolicy.
- No cóż, ten dzień zrobił się jeszcze dziwniejszy - powiedziała do Oscara, gdy ciężarówka zniknęła na drodze, ale nawet ona nie była w stanie przewidzieć, co się wkrótce wydarzy.
Gdy skończyli przygotowywać Jinksa do snu, od strony posiadłości na podwórze wbiegła jakaś żałosna postać, z twarzą zalaną łzami.
Kiedy się zbliżyła, zaczęła głośno szlochać, a Iona gwałtownie wciągnęła powietrze. To była Jess! Wyglądała, jakby nie spała od tygodni, a zamiast gładkiej, wypielęgnowanej fryzury miała na głowie bezładną, potarganą szopę.
- Iono, pomóż mi, proszę. Taz jest w niebezpieczeństwie!
* * *
Jessica była blada, oczy miała zaczerwienione i trzęsła się jak galareta. Mimo woli Ionie zrobiło się jej żal, więc wprowadziła dziewczynę do siodlarni. Potem przypomniała sobie faceta, który zakradł się do tego pięknego, starego budynku, udając, że się zgubił, i serce w niej znów stwardniało. Nie da się nabrać na gierki Jess.
- Znamy prawdę o tobie - oznajmiła, splatając ręce. Cieszyła się, że Oscar stoi obok niej. - Wiemy, że jesteś zamieszana w sprawy Kestrel. Wiemy też, że ty i twoja rodzina maczaliście palce we wszystkim, co się tu ostatnio działo: awaria rury wodociągowej, usterki na stronie w internecie i nakłanianie tej kobiety, żeby podała nas do sądu. Może nawet próbowałaś podpalić stodołę! - dodała z niesmakiem. - A teraz chcesz nam wmówić, że Taz uciekł i że to wina mojej mamy! Chciałaś się nas stąd pozbyć, więc starałaś się nas zmusić do wyprowadzki w każdy możliwy sposób!
- Nie, nie! - zaprotestowała Jess. - Wydarzenia wymknęły się spod kontroli i zaszły za daleko. Proszę - nalegała. - Taz naprawdę uciekł. To nie jest wina twojej mamy. Zabrali go.
Iona potrząsnęła głową.
- Kto go zabrał?
- Moja rodzina - wyjaśniła Jessica. - Wpadli w panikę, ponieważ nic nie układało się tak, jak zaplanowali. Pewnie doszli do wniosku, że jeśli Taz "zniknie", to uda im się ostatecznie zamknąć waszą stajnię. Nie miałam z tym nic wspólnego, nic o tym nie wiedziałam, a ponieważ to nie ja się nim zajmowałam, Taz naprawdę uciekł. Wiesz, jak łatwo się stresuje. - Wyglądała tak, jakby zaraz miała wybuchnąć płaczem. - On kocha waszą stajnię, ale pewnie spłoszył się i uciekł. A najgorsze jest to... - jej głos zadrżał - ...że Taz nie jest dla nich ważny. Gdyby został ranny albo, albo... - Nie dokończyła zdania, ale Iona zrozumiała, co ma na myśli. - Byłoby im to nawet na rękę. Przejęliby stadninę i na dodatek dostali pieniądze z ubezpieczenia. On jest dla nich tylko częścią majątku, ale dla mnie to najlepszy przyjaciel!
- Dobrze już, dobrze. - Iona spojrzała na roztrzęsioną Jess. Twarz dziewczyny jeszcze bardziej pobladła, a w oczach było widać rozpacz. Mimo że Iona ani trochę jej nie ufała, postanowiła uwierzyć w jej słowa. - Jak myślisz, gdzie on może być?
Jess pociągnęła nosem.
- Nie wiem. Miałam nadzieję, że może wróci tutaj. Dopiero co wyzdrowiał... - Jej głos brzmiał jak krzyk rozpaczy. - A teraz biega nie wiadomo gdzie! Proszę cię, znajdźmy go, a ja ci wszystko opowiem.
W głowie Iony kłębił się milion myśli, ale w tej chwili najważniejsze było, żeby odnaleźć Taza.
- Dobrze - powiedziała, przejmując dowodzenie. - Więc oni, czyli twoja rodzina, zabrali go stąd i próbowali to zainscenizować tak, żeby wyglądało, jakby uciekł. Zgadza się?
Jess przytaknęła.
- Tak. Wyprowadzili go na tę drogę biegnącą wzdłuż wybrzeża i próbowali wprowadzić do czekającej tam ciężarówki do przewożenia koni. Ale Taz stanął dęba i uciekł. Wiem to tylko dlatego, że przejeżdżałam obok tej ciężarówki. Taza już tam nie było. Jechałam do ciebie, żeby porozmawiać.
- Więc gdzie teraz jest ta ciężarówka? - Iona próbowała to wszystko ogarnąć.
Przez krótką chwilę zastanawiała się, o czym Jess chciała z nią rozmawiać.
- Już dawno ją zabrali - odrzekła starsza z dziewczyn. - Dla nich wygląda to tak, jakby sam uciekł. A teraz zaginął! Może być wszędzie. Idę. Muszę go znaleźć...
Iona intensywnie myślała.
- Mogę pojechać konno - zadecydowała, rzucając okiem na Jinksa, który patrzył na nich uważnie.
- A ja mogę pojechać rowerem - rzucił Oscar. - Jeśli mi pozwolisz wziąć rower Sama.
- Doskonały pomysł - zgodziła się Iona. - Zaprowadzę tylko Merry na pastwisko, do reszty kucyków, a potem przygotuję Jinksa. Rozdzielimy się i spróbujemy przeszukać jak najwięcej terenu. Na pewno nie odszedł daleko.
Spojrzała na ciemniejące niebo i poczuła, że przechodzi ją dreszcz. Nadciągała burza. Krążyła wokół nich, przesycając powietrze elektrycznością i złowrogim napięciem. Wzgórza i wrzosowiska były zdradliwe nawet przy dobrej pogodzie, a co dopiero teraz. Dalej, na klifach było jeszcze niebezpieczniej. Jeśli ktoś nie znał tej okolicy, jeden fałszywy krok mógł się skończyć upadkiem z urwiska i śmiercią.
Iona zamknęła na chwilę oczy. Zdążyła już pokochać Taza i niezależnie od tego, co czuła do Jess, teraz jej priorytetem był ten koń. Taz błąkał się gdzieś po okolicy, przestraszony, samotny, zapewne wyczuwając nadciągającą burzę. Czy zdążą na czas?
Pokierowała Jinksa w dół długiego podjazdu. Mały, czarny wałach był zaskoczony, że znów go osiodłano, ale wyczuwał powagę i niepokój u swojej młodej pani. Oscar ruszył na rowerze Sama, by przeszukać leśne ścieżki za Kestrel, a Jess pobiegła do rezydencji po swój samochód, zanim ruszyła z piskiem opon w stronę drogi biegnącej wzdłuż wybrzeża.
Jinks parł przed siebie, jedno ucho miał nastawione do przodu, a drugim słuchał Iony. Ta desperacko wypatrywała jakiegokolwiek śladu Taza, odcisków kopyt czy nawet świeżych odchodów, ale niczego nie znalazła. Wspięła się na wzgórze, żeby mieć dobry widok na zatokę, i stamtąd patrzyła, jak fale rozbijają się i kotłują na brzegu.
- Taz! - zawołała, zagłuszana przez szalejący wiatr. - Gdzie jesteś?
Jechała dalej i dalej, aż światło dnia powoli bledło. Zaczął się przypływ, morze było wzburzone i szare. Nigdzie nie było widać ani Oscara na rowerze, ani samochodu Jess, ani ciężarówki mamy. Postanowiła przed powrotem do domu jeszcze raz sprawdzić ścieżkę wiodącą na plażę. Nagle zamarła w bezruchu. Po piasku plaży biegła jakaś dziewczyna. To nie był spokojny, wieczorny jogging, ale dziki, rozpaczliwy sprint. Iona poczuła lodowaty dreszcz na plecach. Wiedziała, kim jest ta osoba i dlaczego biegnie w taki sposób. Jess! Taz musiał być na plaży, chociaż poza zasięgiem jej wzroku.
Podjechała do przodu, żeby dostrzec więcej. Kiedy ogarnęła wzrokiem ten odcinek plaży, poczuła narastającą grozę. W jednej z zatoczek, między skałami, zauważyła kasztanowatego wałacha. Stał nieruchomo jak posąg, a jego chrapy unosiły się i opadały, jakby był zbyt wyczerpany, by uciekać dalej. Jess była już blisko, biegła najszybciej, jak mogła, po kostki w wodzie, coraz bliżej ukochanego konia. Fale napływały jedna po drugiej i uderzały o brzeg, pieniąc się i bulgocząc, i coraz bardziej zbliżając się do Taza.
- Nie! - Iona ruszyła naprzód, ponaglając Jinksa do szybszego biegu. Zostało im zaledwie kilka minut, zanim zatoka zostanie odcięta przez przypływ. - Jess, nie! Utkniesz tam! - krzyknęła, ale zagłuszyły ją porywy wiatru.
Jinks przeszedł do kłusa, a potem do galopu, pędząc w dół piaszczystą ścieżką, którą Iona jeździła tyle razy. Gdy tylko jego kopyta dotknęły piachu, jeszcze przyśpieszył i gnał teraz niczym wicher. Tym razem nie był to radosny galop. Iona nie ścigała się z surferami i nie napawała się mocą swojego konia.
To był wyścig z czasem. Wyścig na śmierć i życie.
Rozdział szesnasty
Wydawało się, że czas zwolnił bieg.
Plaża była ogromna, a chociaż Iona zwykle uwielbiała to miejsce, ponieważ tu mogła pozwolić Jinksowi na swobodny galop, teraz ta rozległa przestrzeń tylko utrudniała dotarcie do Jessiki. Przecież musiała ją ostrzec. Jinks nie zwalniał; wciąż pędził, jego kopyta dudniły na mokrym piachu.
- Jess! - krzyknęła Iona.
Starsza koleżanka dotarła już do Taza i sprawdzała, czy nie jest ranny, wodząc dłońmi po jego ciele. Potem zarzuciła mu ramiona na szyję.
Taz dostrzegł Jinksa, podniósł głowę i zarżał. Na widok przyjaciela strach w jego oczach nieco zelżał.
Jessica odwróciła się, żeby zobaczyć, na co patrzy.
- Jest cały! - krzyknęła przez huk fal. - Jest cały!
Potem nagle zrozumiała, w jak niebezpiecznym położeniu się znalazła, i jej ulga zmieniła się w przerażenie.
- Iono! Co mam robić?
- Sprawdź, czy pójdzie za tobą z powrotem na plażę! - zawołała Iona, obserwując, jak fale nadciągają coraz szybciej.
Skrawek piasku, na którym stał Taz, wydawał się już o połowę węższy.
Jessica chwyciła Taza za grzywę i próbowała łagodnie go nakłonić, by ruszył naprzód, ale koń pozostał w miejscu, sparaliżowany strachem.
Iona poczuła, jak znów ogarnia ją panika. Odpięła swój uwiąz od siodła.
- Spróbuj z tym! - Wyciągnęła linkę do Jess.
Fale, które wcześniej sięgały starszej dziewczynie do kostek, doszły już powyżej kolan, gdy brodząc w wodzie, szła ku Ionie. Większe fale rozpryskiwały się coraz wyżej, mocząc jej i tak już mokre ubranie. Wzięła linkę, pośpieszyła z powrotem do Taza, założyła mu ją na szyję i próbowała go pociągnąć do przodu.
Koń w popłochu przewrócił oczami, po czym stanął dęba, rzucając Jessicę na piasek. Potrząsnął głową i się cofnął. Najwyraźniej nie mógł zrozumieć, że przejście przez wzburzone fale oznaczałoby powrót na bezpieczny brzeg.
Iona uspokoiła Jinksa, który skakał i podrygiwał, próbując dostać się do przyjaciela.
- Musisz wrócić przez wodę na plażę! - krzyknęła, podczas gdy Jessica z wysiłkiem wstała na nogi. - Jeśli tego nie zrobisz, przypływ cię odetnie.
Chociaż klif tutaj był niski, Taz i Jess nie mieli szans, żeby wspiąć się na szczyt po stromym zboczu.
Jessica objęła szyję Taza i potrząsnęła głową.
- Nie mogę go zostawić. On jest wszystkim, co mam.
- Jess, proszę cię - błagała Iona. - Zginiesz!
Starsza koleżanka spróbowała jeszcze raz wyprowadzić konia z pułapki, ale on znów się wyrwał. Iona dostrzegła przerażenie w oczach Jessiki, która w końcu zdała sobie sprawę, że znalazła się w pułapce.
W tym momencie Jinks stanął dęba, jakby pokazując swojej pani, co powinna zrobić. Serce podeszło jej do gardła, gdy zrozumiała, jak niewyobrażalnie trudne zadanie ją czeka. Nie miała pojęcia, czy straż przybrzeżna jest już w drodze; plaża nadal była pusta. Musiała dostać się do Taza. Wszystkie spacery, które odbyła z Jessicą i jej koniem, miały się teraz przydać - musiała tylko podejść do niego i poprowadzić z powrotem. Taz uwielbiał Jinksa i podążyłby za nim wszędzie, ale musiała być blisko, by zachęcić go do działania.
Spojrzała na szare, wirujące fale, które wkrótce miały sięgnąć Jess do pasa. Musiała stawić czoło strachowi. Musiała przejść przez wodę.
- Idę do ciebie - zawołała.
Zamknęła oczy, poprowadziła Jinksa do przodu, ale mimowolnie mocno ściągnęła wodze na skraju wody.
- Nie mogę! - krzyknęła zdesperowana. - Boję się.
- Proszę, pomóż mi! - szlochała Jessica. - Pomożemy sobie nawzajem. Posłuchaj mnie. Pomyśl o tym jak o pokazie ujeżdżenia. Wyobraź sobie, że to jest linia centralna. Jedź prosto naprzód.
Iona wzięła głęboki oddech, starając się sobie wyobrazić, że ten skrawek piasku to plac, na którym jeździła zaledwie kilka godzin wcześniej, a co teraz wydawało się odległym wspomnieniem. Rano dała najlepszy występ w życiu. Teraz też mogła to zrobić.
- Patrz na tę linię - ciągnęła Jess drżącym głosem. - Skup się na linii.
Iona ponagliła Jinksa, a on bez chwili wahania rzucił się w wodę. Czuła opór fal, które na niego napierały, ale starała się robić to, co nakazała jej Jess.
- Właśnie tak! - zawołała Jessica. - Bardziej stanowczo, bardziej zdecydowanie!
Jinks unosił teraz nogi wyżej i z wygiętą szyją sunął przez wodę tak prosto i pewnie, jak wykonywał figury na mistrzostwach.
Dotarli do skrawka piasku, na którym stał Taz, trzęsąc się ze strachu. Jinks przysunął chrapy do chrapów drugiego konia, jakby próbował go uspokoić.
- Dobra - powiedziała ponuro Iona. - Wracamy.
Zeskoczyła szybko z Jinksa, pomogła Jess wdrapać się na grzbiet Taza, a potem sama jak najszybciej wróciła na siodło. Chwyciła uwiąz, który Jess zawiązała wokół szyi Taza, i odwróciła oba konie w odpowiednim kierunku. Piasku nie było już wcale widać, ale znała to miejsce na tyle dobrze, by wiedzieć, że jeśli utrzymają kurs równoległy do klifów, wkrótce wrócą na główną plażę, gdzie będą bezpieczne.
Musiała tylko trzymać się nadziei, że to się uda, bo inaczej wszystkie cztery życia znajdą się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
- No dalej, koniku. - Iona starała się mówić spokojnym głosem, zachęcając Jinksa do jazdy naprzód.
Wiedziała, że musi to dobrze rozegrać. Jeden fałszywy ruch i znajdą się w wielkim niebezpieczeństwie. Teraz, gdy woda kompletnie zalała zatoczkę, trudno było orientować się w terenie. Musiała trzymać prosty kurs. Ku jej ogromnej uldze Taz podążał za nimi, trzymając się blisko Jinksa.
Oba konie weszły do wody, a Iona znów poczuła napór fal, które chciały je ściągnąć z kursu. Jinks był o wiele mniejszy od Taza, więc wkrótce woda sięgała mu dobrze powyżej łopatek. Parskał, ale parł dalej naprzód, podczas gdy Iona kurczowo trzymała uwiąz. Nie mogła go puścić. Jinks ruszył do przodu, a Taz dotrzymywał mu kroku, jakby czerpiąc siłę z odwagi dzielnego czarnego kuca.
Bezpieczna plaża była już niemal na wyciągnięcie ręki, ale woda robiła się coraz głębsza. "Musieliśmy iść po skosie", uświadomiła sobie Iona w panice, ale w tej samej chwili kopyta Jinksa oderwały się od piasku i kuc zaczął płynąć.
- Iono! - usłyszała przejmujący krzyk Jessiki.
Ledwie zdążyła się odwrócić, kiedy uderzyła ją ogromna fala i zalała po czubek głowy. Wypluła wodę i spazmatycznie chwyciła powietrze. Jinks znowu znalazł stabilne podłoże i odważnie parł dalej, ale na grzbiecie Taza nie zobaczyła nikogo. Gdzie była Jess?
Poczuła, jak serce w niej zamiera, a oddech więźnie w płucach. Jess pewnie spadła z konia. Może zabrakło jej sił, żeby się utrzymać, kiedy uderzyła ta ostatnia fala?
Iona ponagliła Jinksa, głośno krzycząc na przekór wiatrowi i szalejącym falom. Byli bezpieczni; dotarli do plaży. Pół spadła, pół zeskoczyła z kuca i rozpłakała się, wtulając twarz w jego szyję. Niespodziewanie nadjechał czerwonym land roverem pracownik straży przybrzeżnej. A zatem ich zauważono. Ale jeśli Iona i Jess postanowiłyby czekać na pomoc, Taz zginąłby we wzburzonych falach.
Teraz jednak to Jessica przegrała z falami. Iona ją zawiodła.
Usłyszała czyjś rozdzierający krzyk i zdała sobie sprawę, że to ona sama krzyczy. Cokolwiek Jessica zrobiła, Ionie nadal na niej zależało, a w jej strachu o Taza było coś, co sprawiło, że zaczęła się zastanawiać, czy w historii tej dziewczyny nie kryje się coś więcej. Teraz jednak Jessica przepadła we wzburzonych, nieustępliwych falach, podobnie jak kiedyś jej tata. Może nigdy nie pozna prawdy o niej.
Nagle Taz cicho zarżał, a Ionie napłynęły do oczu łzy ulgi. O bok konia opierała się przemoczona do suchej nitki, szczękająca z zimna zębami, ale żywa, bezpieczna i prawdziwa Jessica!
Potem wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Ratownicy owinęli dziewczyny i konie folią termiczną. Iona nie chciała stracić Jinksa z oczu. Dopiero teraz zaczęło do niej docierać, na jak wielkie niebezpieczeństwo go naraziła - a jednak nie wahał się ani przez chwilę; zaufał jej. Pamiętała ze wszystkich lekcji na temat bezpieczeństwa na plaży, że nie powinna próbować ratować nikogo na własną rękę, ale Jinks był jedyną nadzieją Taza na ocalenie. Jess nigdy nie zostawiłaby swojego konia.
Mama biegła ku niej po plaży, a za nią Sam i Oscar. Iona poczuła, jak nogi pod nią miękną, a łzy przesłaniają widok. Zostało tyle spraw do wyjaśnienia, ale teraz najbardziej chciała zaprowadzić Jinksa do ciepłej i suchej stajni, a sama wrócić do domu.
Przykryty dwiema derkami Jinks przeżuwał siano z zawieszonej w boksie siatki i wyglądał na całkiem zadowolonego, gdy Iona zajrzała do niego chyba już po raz dwudziesty tego wieczoru. Taz został umieszczony w swoim starym boksie tuż obok. Weterynarz przyjechał już wcześniej i zbadał oba konie. Jess zabrano karetką do szpitala, a Iona spędziła długą chwilę pod gorącym prysznicem. Przebrała się w czysty dres i z mokrymi włosami opadającymi na plecy wypiła gorącą czekoladę. Mama próbowała zatrzymać ją przy kominku, ale ona czuła, że musi być przy Jinksie.
- Proszę, wysłuchaj mnie, kiedy wrócę - błagała Jessica, zanim wsiadła do karetki.
Więc Iona czekała.
Objęła Jinksa za szyję, czując kojący rytm jego oddechu. Kuc był cieplutki i spoglądał bystrymi, błyszczącymi oczami, mimo długiego dnia, który zaczął się występem na mistrzostwach w ujeżdżaniu, a zakończył w lodowatym morzu.
Nagle podniósł głowę i zarżał na dźwięk cichych kroków. W stajni pojawiła się Jessica; czysta i sucha, ale z zaczerwienionymi oczami.
- Wróciłam ze szpitala taksówką - powiedziała cicho. - Możemy porozmawiać?
Siedząc w siodlarni na starym grzejniku, który służył do suszenia derek, dziewczyna starała się znaleźć właściwe słowa.
- Przepraszam - odezwała się w końcu.
Iona zmarszczyła brwi. Słowo "przepraszam" to było zdecydowanie za mało.
- Przez cały ten czas nas wykorzystywałaś - wypaliła, a tłumiony dotąd gniew znów się obudził. - Od początku próbowałaś nas stąd wygryźć! Byłaś ich szpiegiem? Podgryzałaś nas od środka?
Jessica potrząsnęła głową.
- Nie wiedziałam nawet połowy tego, przysięgam - odparła. - Mówiłam ci, Taz nie jest mój. Naprawdę potrzebowałam miejsca, gdzie mógł dojść do siebie, ale to moja rodzina zaproponowała waszą stajnię. Pamiętasz, jak ci mówiłam, że wychowywała mnie rodzina ciotki? To oni podejmują decyzje. - Iona przypomniała sobie tamtą rozmowę w przyczepie, gdy Jess cicho opowiadała, że oboje jej rodzice nie żyją.
Nigdy później do tego nie wróciła.
- Moja obecna stajnia została wystawiona na sprzedaż i nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia. Powiedziano mi, że wasza firma trekkingowa kiepsko prosperuje, że konie są źle traktowane, że cała wieś was tutaj nie chce. Nie, nie! Poczekaj! - dodała pośpiesznie, widząc wściekłą minę Iony. - Szybko zrozumiałam, że to nieprawda, ale Taz stał się dla nich kartą przetargową. Nie wiedziałam, że to zajdzie tak daleko. Na początku byłam gotowa z nimi współpracować, ale kiedy poznałam ciebie i twoją rodzinę, próbowałam ich nakłonić, żeby dali wam spokój. - Ukryła twarz w dłoniach. - Niestety, było już za późno. Twoja mama przyjęła mnie tak serdecznie, sprawiła, że poczułam się częścią rodziny, czego nigdy wcześniej nie zaznałam. A przez cały ten czas... - Zaniosła się szlochem.
- Rura z wodą - wycedziła Iona powoli. - To też twoja sprawka?
Jessica spojrzała na nią ze wstydem.
- Tak, i czuję się strasznie winna, ale przysięgam, że zapłacę rachunki. Pokryję wszystko, co straciliście.
- Nie zastąpisz zniszczonych obrazów - warknęła dziewczynka.
Jessica spuściła wzrok.
- Wiem. Gdybym wiedziała, że tak się stanie, nigdy bym... - Łza spłynęła jej po policzku. - Byłam pod ogromną presją. Ale wiem, że nic, co powiem, mnie nie usprawiedliwia i nie naprawi szkód.
- A co z oszukańczym żądaniem odszkodowania za uraz? A pożar? Mogłaś zabić Maxa. I mnie! I Taza!
- To nie byłam ja - zaprzeczyła Jessica stanowczo. - Proszę, Iono, uwierz mi. Przysięgam, że nie miałam z tym nic wspólnego. Nigdy nie naraziłabym Taza na niebezpieczeństwo, ani nikogo z was. Wiedziałam, że sprawy zaszły za daleko, ale nie miałam na to żadnego wpływu. Pożar był naprawdę straszny. Podobno mieli tylko zniszczyć siano; wiedzieli, że jesteś w domu i dasz radę ugasić ogień. Nie miałam o tym planie pojęcia. I chciałam pomóc w sprawie pozwu o odszkodowanie. Zadzwoniłam do tej kobiety i błagałam ją, żeby wycofała skargę.
- No i próbowałaś mi wmówić, że to Sam za tym wszystkim stoi - powiedziała Iona, tłumiąc szlochanie.
- Wiem - wyszeptała Jessica. - Byłam zdesperowana, a tymczasem ty odkryłaś już tak wiele. Tak bardzo nie chciałam, żebyś się dowiedziała, że jestem w to zamieszana. Na samą myśl o tym cierpła mi skóra.
- Dlaczego po prostu nam tego nie powiedziałaś?
Jessica spuściła wzrok.
- Bo nie chciałam stracić Taza. A ty stawałaś się coraz silniejsza, mimo wszystkiego, co próbowali wam zrobić. Myślałam, że dadzą sobie spokój, kiedy hotel się otworzy. Nie rozumiesz... Oni kontrolują wszystko.
- W takim razie dlaczego mi tak bardzo pomagałaś? - zapytała Iona, zdezorientowana, przypominając sobie wszystkie treningi, wyjazdy na pokazy, sesje zdjęciowe i determinację Jess, by ona zakwalifikowała się do mistrzostw i zdobyła stypendium na szkolenie. - Próbowałaś nas wygryźć, a jednocześnie poświęcałaś mi tyle czasu.
- Myślałam, że jeśli im - mojej rodzinie - naprawdę uda się was zmusić do wyprowadzki, to nie zostaniesz z niczym. Miałabyś sesje zdjęciowe, które dałyby wam dochód. Wiedziałam też, że masz duże szanse na mistrzostwach. Myślałam, że nawet jeśli nie wygrasz, to przynajmniej dasz się poznać szerszej publiczności i zdobędziesz nowe możliwości na przyszłość. Próbowałam cię jakoś zabezpieczyć i to było jedyne, co przyszło mi do głowy. - Jess spojrzała na Ionę, po jej policzkach popłynęły łzy. - Moja rodzina jest skomplikowana. Kiedy zaczęli używać Taza, żeby mnie kontrolować, zrozumiałam, że tak naprawdę nie zależy im na mnie ani trochę. A hotel to zwykła ściema.
- Co takiego? Tyle się zdarzyło, i to wszystko nie wiadomo po co?
Jessica pokręciła głową.
- Powiedzieli mi, że stajnie będą dla mnie, ale niedawno się dowiedziałam, że nawet to nie jest prawdą. Jakiś baron naftowy, jeden z wielu bogatych i wpływowych znajomych moich krewnych, chciał zdobyć tę posiadłość i stajnię dla swojej córki, która skacze przez przeszkody. Pierwotnie próbował je kupić bezpośrednio, ale syn Penny odrzucił ofertę, bo tamten przypadkiem zdradził, że chce zburzyć budynki gospodarcze. Podobno tak bardzo się uparł, że zapłacił mojej rodzinie dużo więcej, niż wynosi cena rynkowa, żeby tylko zdobyć Kestrel. Moja rodzina powiedziała synowi Penny, że to będzie uroczy wiejski hotelik, który zapewni miejsca pracy i przychody lokalnej społeczności oraz że włączą do swoich planów firmę trekkingową twojej mamy. Właśnie tak zdobyli całą posiadłość: podstępem. - Przewróciła oczami mimo łez. - Chciałam to naprawić. Dlatego zniknęłam. Dowiedziałam się, gdzie mieszka syn Penny; tylko o godzinę lotu stąd, więc kiedy byłyśmy w Londynie, kupiłam bilet w ostatniej chwili i poleciałam do niego. Właściwie to Henny bardzo mi pomogła. Nie wiedziałam, kogo innego mogłabym poprosić.
Iona nie mogła uwierzyć własnym uszom.
- Naprawdę to zrobiłaś?
- Musiałam mu powiedzieć prawdę - odrzekła Jess. - Był w szoku, gdy się dowiedział, jak bezczelnie został oszukany. W młodości przychodził tu jeździć na koniach i wyraźnie zaznaczył w umowie, że stajnie powinny zostać.
- Ale co możemy zrobić? Oni nadal są właścicielami Kestrel. Syn Penny już nic nie pomoże.
Po twarzy Jess przemknął cień uśmiechu.
- Tutaj sprawa robi się jeszcze bardziej skomplikowana. Moja rodzina, dokładnie rzecz biorąc, mój cioteczny dziadek i jeszcze jeden kuzyn, sprawowali kontrolę nad moim funduszem powierniczym, który odziedziczę, gdy skończę dwadzieścia jeden lat. Okazało się jednak, że nie zarządzali nim zbyt dobrze. Zleciłam pewnej kancelarii prawniczej, żeby się tym zajęła, bo okazuje się, że kupili Kestrel za moje pieniądze, chociaż ja nie miałam o tym pojęcia. Jeśli to zostanie udowodnione, tak naprawdę właścicielką Kestrel zostanę ja.
- Żartujesz sobie chyba - powiedziała Iona powoli. - Myślisz, że to się uda?
- Cóż - odrzekła Jessica. - Takie rzeczy są skomplikowane. Jest dużo spraw do rozwikłania. Zajmie to wiele czasu, ale prawnicy sądzą, że mam szansę wygrać. A kiedy Kestrel przejdzie w moje ręce... - urwała na chwilę - ...wasza przyszłość będzie pewna i bezpieczna.
W drzwiach stajni pojawiła się Sara. Wciąż wyglądała blado i mizernie.
- Martwiłam się, że tak długo tu siedzisz. - Następnie zauważyła Jess i twarz jej stężała. - Wynoś się! - syknęła. - Nie jesteś tu mile widziana!
Iona potrząsnęła głową.
- Mamo, chodź do nas. - Gestem zachęciła ją do wejścia do ciepłej i przytulnej siodlarni. - Chyba powinnaś tego posłuchać...
Epilog
- Jak się miewa Taz? - zapytał Oscar kilka dni później.
Szedł obok Iony, która zabrała Jinksa na przejażdżkę w upragnionym zimowym słońcu. Morze było bardzo spokojne, zupełnie niepodobne do tego w dniu, w którym Jess i Taza niemal pochłonęły fale.
- Całkiem nieźle - poinformowała go Iona. - Jess planuje kupić mu kuca szetlandzkiego do towarzystwa, skoro tak polubił Merry. Taz będzie potrzebował przyjaciela, bo wszystkie inne konie z jego stajni idą na sprzedaż.
Oscar potrząsnął głową.
- Jej cały świat wywrócił się do góry nogami - zauważył. - Powiedzieć, że stosunki w jej rodzinie są skomplikowane, to duże niedopowiedzenie.
Iona zamyśliła się nad jego słowami.
- Wydaje mi się jednak, że jest teraz szczęśliwsza. Zamierza trzymać Taza w Whitemoor, u Henny, dopóki nie znajdzie nowej stajni i nie wyjaśni spraw prawnych związanych z Kestrel. Ale teraz może przynajmniej działać na własną rękę. Nawet jeśli potrwa to kilka lat, to potem będzie mogła zacząć od nowa. A wiedziałeś, że Henny była sędzią na olimpiadzie, jakieś sto lat temu?! Nigdy się tym nie pochwaliła. Jess jest w siódmym niebie, że może trzymać u niej Taza. Są teraz najlepszymi przyjaciółkami. Da sobie radę.
- Myślę, że z takimi pieniędzmi życie jest łatwiejsze - rzekł Oscar.
- Nie wiem - odparła Iona. - Nie sądzę, żeby pieniądze wszystko ułatwiały. Nie znosiła, kiedy jej mówiono, co jej wolno, a czego nie. Po prostu chciała jeździć, robić to, co kocha, i teraz to ma. Zyskała wolność.
Przez kilka minut milczeli.
- Wiesz, telefon po prostu się urywa. Ludzie ciągle dzwonią, żeby zamawiać przejażdżki - oznajmiła Iona z radością. - Wystarczyło jedno polecenie od Jess! Mamy rezerwacje aż do przerwy wielkanocnej. Mama zaczęła nawet myśleć o założeniu konta w mediach społecznościowych. Ma zamiar wykorzystać tam zdjęcia Sama.
Oscar zaśmiał się, rozbawiony.
- Pani Patterson robi się nowoczesna! Nie mogę w to uwierzyć!
Rozległ się tętent końskich kopyt. Oscar podniósł wzrok, a Iona zmrużyła oczy dla ochrony przed słońcem. Zobaczyli April, jadącą w ich stronę na Mambo. Iona uśmiechnęła się niepewnie, ponieważ nie rozmawiała z koleżanką od mistrzostw.
- Cześć! - Pomachała jej nieśmiało.
- Cześć! - April odpowiedziała tym samym.
- Właśnie sobie przypomniałem, że miałem pomóc mamie z... z zakupami - oświadczył Oscar z uśmiechem. - Zostawiam was, żebyście sobie pogadały - rzucił na pożegnanie, wsiadł na rower i odjechał.
Przez kilka minut dziewczyny jechały w ciszy.
- Ale dziś ładnie - powiedziała Iona, trochę sztywno.
April kiwnęła głową.
- Tak, naprawdę ładnie - zgodziła się. - Słuchaj, Iono...
- April, ja...
Obie jednocześnie wybuchły śmiechem.
- Ty mów - zachęciła April.
- Chciałam ci tylko podziękować - zaczęła Iona cicho. - Za wszystko: za pomoc na mistrzostwach i za to, co odkryłaś, a dzięki czemu możemy uratować stajnię. I przepraszam, że ci nie wierzyłam, kiedy mówiłaś o Jess. Myślałam, że chcesz popsuć mi występ. Ale szczerze mówiąc, wiedziałam, że coś tu nie gra, tylko po prostu nie chciałam tego usłyszeć.
- W porządku - powiedziała April. - I ja przepraszam, że przeze mnie czułaś się źle. Nie uwierzysz, ale... - zawahała się - ...naprawdę ci zazdrościłam!
Iona prawie spadła z siodła.
- Mnie? Dlaczego?
- Bo tak dobrze ci szło, a nie potrzebowałaś do tego wszystkiego, co ja miałam - wyjaśniła April, spuszczając wzrok. - Moi rodzice przestali się ostatnio dogadywać. Im gorzej było między nimi, tym więcej mi kupowali. Z poczucia winy, jak się domyślam. A ja przez ich awantury jeździłam coraz mniej pewnie, co tylko pogarszało sprawę. - Zamilkła na chwilę. - Na dodatek miałaś Oscara. Ja nie mam nikogo takiego, żadnego dobrego przyjaciela, z którym mogłabym porozmawiać.
Iona przypomniała sobie, ile razy zazdrościła April. A potem pomyślała o chwilach spędzonych przy kominku z mamą i Samem, kiedy to śmiejąc się, gadali o wydarzeniach mijającego dnia albo wspólnie napełniali siatki na siano w zimowe wieczory. Zawsze razem, jako rodzina.
- Wiesz, moja mama naprawdę się ucieszyła, że mogła wtedy odwieźć Jinksa - wyznała April. - Powiedziała, że jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebowała podwózki na jakieś zawody czy występ, to teraz, kiedy Jessica nie przyjeżdża do waszej stajni, zawsze możecie na nią liczyć. Wiem, że twoja mama będzie wkrótce bardzo zajęta prowadzeniem trekkingów, a szczerze mówiąc - uśmiechnęła się - bardzo chciałabym spędzać więcej czasu w twoim towarzystwie. Zostałam sama z mamą. Mogłybyśmy się wzajemnie wspierać i dopingować.
- Aha... - Iona nie wiedziała, co odpowiedzieć, ale nie musiała długo się zastanawiać. - Bardzo bym tego chciała!
Kiedy minęły zakręt, dziewczynka wstrzymała oddech na widok tego, co ukazało się ich oczom. Na klifie, przy Tor Point, stał koń z nadstawionymi uszami, zwrócony w stronę morza, dokładna kopia Biscuita. Było coś znajomego w jego wspaniałej, dzikiej pozie, wygiętej szyi i rozwianej grzywie. Obraz Leo.
- Och. - April cicho westchnęła. - Nie wiedziałam, że już to zrobili. Ustawili wstępny model, żeby sprawdzić, jak się prezentuje w naturze. Sam pokazał nam obrazy twojego taty, te uszkodzone przez wodę, więc jeśli twoja rodzina zatwierdzi projekt, odleją ten posąg w brązie. - Położyła dłoń na ramieniu Iony. - Zajęli się też tatą Oscara i Simonem Fairweatherem, ale wszyscy uznali, że w przypadku Leo koń będzie najodpowiedniejszy. Wasze kuce, Jinks, twoja mama i ty - zawsze będziecie częścią Kestrel. Z tego, co słyszałam, twój tata kochał to miejsce tak samo jak ty.
Przez chwilę Iona nie mogła wydobyć z siebie głosu. W gardle ścisnęło ją z emocji. Jinks przerwał ciszę, podnosząc głowę i rżąc w stronę pomnika, dokładnie w chwili, gdy promień słońca rozświetlił go tak, że wydawał się niemal prawdziwy.
- Jest idealny - wykrztusiła w końcu Iona. - Nie mogę uwierzyć, że musiałam prawie stracić Kestrel, żeby zrozumieć, jak bardzo kocham to miejsce.
Mambo i Jinks stali spokojnie, jakby cieszyli się swoim towarzystwem i ciepłem słabego zimowego słońca.
- A, i jeszcze chciałam ci pogratulować wygranej - powiedziała nagle April.
- Jakiej wygranej? - zapytała zdezorientowana Iona.
- W programie dowolnym - wyjaśniła koleżanka, patrząc na nią ze zdziwieniem. - Na mistrzostwach w Londynie. Podobno Emma Lancy szukała cię wszędzie, żeby jak najszybciej zapisać cię na stypendium treningowe. Iono, co za niesamowity sukces! - Wyglądała na szczerze uradowaną. - Nie mów, że nie sprawdziłaś wyników online?
- Nie pomyślałam o tym - przyznała dziewczynka. - Po tym wszystkim, co się wydarzyło po powrocie, zupełnie nie miałam do tego głowy.
April się uśmiechnęła.
- Pewnie po świętach dostaniesz pocztą swoje trofeum. Naprawdę wygrałaś.
Iona odwróciła głowę i spojrzała w stronę Kestrel, przywołując w pamięci obraz swojskich stajni, Maxa zmierzającego chwiejnym krokiem do grzejnika w siodlarni, pola, na którym pasły się owce i konie trekkingowe, i Merry, która zapewne drzemała przy drzwiach stajni. Potem zerknęła na Jinksa, który wciąż patrzył na pomnik. Pochyliła się i mocno objęła swojego konia.
- Naprawdę wygrałam - powtórzyła cicho.