Koneser - Joanna Opiat-Bojarska

Kup ebooka

44.90 zł
37.26 zł (31,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Akt 1

Dziew­czyna bie­gła w głąb lasu, by uciec przed spoj­rze­niami kie­row­ców samo­cho­dów prze­jeż­dża­ją­cych drogą woje­wódzką numer 431. Gdy stra­ciła z oczu asfal­tową wstążkę, pod­cią­gnęła spód­nicę i opu­ściła majtki. Silny stru­mień moczu roz­lał się po leśnym runie. Poczuła ulgę. W końcu mogła zapo­mnieć o nie­przy­jem­nym uci­sku na pęcherz. Chwilę wcze­śniej myślała, że prę­dzej osza­leje, niż się go pozbę­dzie.

Pod­cią­gnęła majtki i odwró­ciła się. Nagle świat wydał jej się pięk­niej­szy. Kilka, sekund temu widziała tylko samo­chody i ciemne pnie drzew. Teraz zie­leń w wielu odcie­niach oddzia­ły­wała na zmy­sły. Zauro­czona wido­kiem zbli­żała się do drogi, gdy jej uwagę przy­kuło coś, co burzyło ide­alną har­mo­nię kolo­rów. Zamiast wra­cać pro­sto do auta, skrę­ciła w lewo i zacie­ka­wiona pode­szła bli­żej biało-żół­tej plamy.

- O kurwa!

Seba­stian Kaź­mier­czak opie­rał się o maskę sto­ją­cego na pobo­czu samo­chodu i wysta­wiał twarz do słońca. Mija­jący go kie­rowcy przy­glą­dali mu się uważ­nie lub rzu­cali nostal­giczne spoj­rze­nia. Gdy kolejny jadący z naprze­ciwka samo­chód zatrą­bił, a jego kie­rowca wyko­nał nie­wy­bredny ruch ręką, Seba­stian uświa­do­mił sobie, że sytu­ację, w któ­rej się zna­lazł, można było inter­pre­to­wać cał­kiem opacz­nie. Oto stał na skraju lasu, przy źró­dełku płat­nej miło­ści, a prze­jeż­dża­jący męż­czyźni zwy­czaj­nie mu zazdro­ścili.

- Aaaaaa! - Krzyk dotarł do niego wcze­śniej niż bie­gnąca dziew­czyna. - Aaaaa!

Nie­stety, nie był to krzyk roz­ko­szy. Blada i spo­cona Bar­bara Cha­brzyk dotarła do auta i szarp­nęła drzwiami. Nie mogła jed­nak wejść do środka. Samo­chód był zamknięty.

- Seba... - Oddy­chała szybko.

- Prze­stra­szy­łaś się pająka?

Gdy wybrzmie­wała ostat­nia część pyta­nia, nie miał już wąt­pli­wo­ści. Dziew­czyna nie żar­to­wała. Wpa­try­wała się w niego nie­przy­tom­nie, jed­no­cze­śnie szar­piąc klamkę. Była śmier­tel­nie prze­stra­szona.

- Trup... tam jest trup... - szep­nęła i zakryła usta rękoma.

- Opo­wiedz mi o swo­jej żądzy - cie­pły głos wyar­ty­ku­ło­wał żąda­nie.

- O żądzy?

- Tak.

- Cho­dzi ci o... - pro­wo­ko­wał i uważ­nie obser­wo­wał reak­cję kobiety.

- Dobrze wiesz, o co mi cho­dzi. O źró­dło two­jej przy­jem­no­ści.

- Aha. - Usa­tys­fak­cjo­no­wany męż­czy­zna kiw­nął głową.

- W takim razie zacznijmy od początku: opo­wiedz mi o swo­jej żądzy.

- Żądza... dobre słowo. Ale oso­bi­ście wolę okre­śle­nie "nadak­tyw­ność".

- Nadak­tyw­ność?

- Tak. Widzę świat zupeł­nie ina­czej niż ty. Dociera do mnie znie­kształ­cony. Wszystko jest szare, a na pierw­szy plan wysuwa się wła­śnie TO. TO mnie moty­wuje i pobu­dza. Widzę TO wszę­dzie. Gdy widzę, rośnie we mnie napię­cie i czuję potrzebę aktyw­no­ści, więc dzia­łam. Czę­sto dzia­łam, stąd to okre­śle­nie: nadak­tyw­ność.

- Dzia­łasz, bo chcesz, czy dla­tego, że musisz?

- Chcę. Chcę pozbyć się wkur­wia­ją­cego napię­cia. Wiem, jak to zro­bić, więc po co mam się ogra­ni­czać?

- Czyli jed­nak czu­jesz wewnętrzny przy­mus...

- Czyli jed­nak masz ochotę mnie wkur­wiać! Chęć, przy­mus... o co ci, kurwa, cho­dzi? Mam ochotę, więc TO robię. Nie mam, to nie robię. Nikt mi do skroni lufy nie przy­kłada! Nie czuję przy­musu! Cho­ciaż fak­tycz­nie, rzadko zda­rza się, żebym nie miał ochoty...

- Potra­fisz nad sobą pano­wać? - dopy­ty­wała kobieta, nie przej­mu­jąc się, że dolewa oliwy do ognia. Zacho­wy­wała się tak, jakby była piro­manką. Chciała, by nie­wiel­kie ogni­sko zmie­niło się w pożar. - Nad tą chę­cią?

- A po... - Zamilkł na chwilę, spoj­rzał pro­sto w kamerę i dodał, uważ­niej dobie­ra­jąc słowa: - A po co? Potra­fię się w niej zatra­cać. To jest o wiele przy­jem­niej­sze.

Akt 2

Ptaki wyda­wały się nie zauwa­żać poru­sze­nia wokół zna­le­zi­ska. Ćwier­kały w oddali przy­jem­nie i gło­śno, jakby chciały zade­mon­stro­wać przy­jezd­nym, że pta­sie trele na żywo są o wiele lep­sze niż jakie­kol­wiek relak­su­jące "odgłosy lasu" nagrane na pły­tach i sprze­da­wane miesz­czu­chom.

Przy­jemny cień drzew zachę­cał do poło­że­nia się na ziemi i zaczerp­nię­cia ener­gii z natu­ral­nego źró­dła. Gdzie­nie­gdzie przez korony drzew prze­dzie­rały się ostre pro­mie­nie sło­neczne.

Miej­scowy poli­cjant Jerzy Fra­nek, który dotarł na miej­sce oglę­dzin z komi­sa­riatu w Kór­niku, szturch­nął kolegę po fachu:

- Patrz, kry­mi­nalni już są.

- Poda­ro­wać sobie nie mogli, co?

- No. - Funk­cjo­na­riusz splu­nął przed sie­bie. - Jak­by­śmy sami sobie nie pora­dzili... Pie­przona Jedynka.

Ener­gicz­nym kro­kiem zbli­żał się do nich poli­cjant z Wydziału Kry­mi­nal­nego Komendy Woje­wódz­kiej. Fra­nek udał ser­decz­ność:

- Witamy Poznań!

- Witam, pod­ko­mi­sarz Burzyń­ski. - Prze­my­sław przy­wi­tał się z lokal­nymi funk­cjo­na­riu­szami krót­kim uści­skiem dłoni. - Witam. A to jest poste­run­kowy...

Odwró­cił się, żeby przed­sta­wić Michała Majew­skiego, ale ten tkwił jesz­cze przy samo­cho­dzie, odwró­cony do reszty towa­rzy­stwa ple­cami, więc dal­sza pre­zen­ta­cja nie miała sensu. Burzyń­ski prze­szedł do kon­kre­tów.

- Co tu mamy? - Rozej­rzał się.

- Przy­szło zgło­sze­nie tele­fo­niczne, pod­je­cha­li­śmy na miej­sce zda­rze­nia - refe­ro­wał Fra­nek. - Potwier­dzi­li­śmy zgło­sze­nie i zabez­pie­czy­li­śmy miej­sce do waszego przy­jazdu.

Męż­czyźni stali nad zna­le­zi­skiem. Na mchu leżał szkie­let czło­wieka. Postać miała roz­po­starte ręce i nogi. Już na pierw­szy rzut oka widać było, że kościec jest nie­pełny. Bra­ko­wało dużej czę­ści dłoni i frag­men­tów stóp.

- Tro­chę już sobie leży. - Rado­sny głos Majew­skiego zako­mu­ni­ko­wał jego przy­by­cie. - Ale ład­nie tu jest. Jaki spo­kój!

Burzyń­ski upo­mniał part­nera wzro­kiem. Jak zwy­kle, zamiast naj­pierw skon­cen­tro­wać się na czyn­no­ściach zwią­za­nych z pracą, chło­pak delek­to­wał się wido­kiem.

- Młody, skup się! - Na wszelki wypa­dek do mro­żą­cego spoj­rze­nia dodał komu­ni­kat wer­balny. Oczy­wi­ście ści­szo­nym gło­sem, by dotarł tylko do adre­sata.

Michał Majew­ski poja­wił się w komen­dzie pierw­szego dnia kwiet­nia i bez skrę­po­wa­nia przed­sta­wił się jako chrze­śniak szefa sze­fów. Ówcze­sny part­ner Burzyń­skiego, Ryszard Mil­czek, żegnał się wła­śnie ze służbą i zmę­czony walką z rakiem uda­wał się na zasłu­żony, praw­do­po­dob­nie wieczny odpo­czy­nek. Opusz­czone biurko Milczka zajął ten młody, iry­tu­jący męż­czy­zna.

Burzyń­ski posta­no­wił bro­nić się przed tym kukuł­czym jajem, jaw­nym dowo­dem nepo­ty­zmu komen­danta głów­nego. Bro­nić się, a jed­no­cze­śnie nie wbi­jać gwoź­dzi do swo­jej trumny. Począt­kowo współ­praca z Mło­dym, jego ogrom­nym ego i jesz­cze więk­szymi wyobra­że­niami o pracy w poli­cji w niczym nie przy­po­mi­nała koope­ra­cji. Dopiero po pierw­szej wspól­nej spra­wie - poszu­ki­wa­niu zagi­nio­nej Leny Pie­trzak - Burzyń­ski zaczął oce­niać part­nera przez pry­zmat jego umie­jęt­no­ści, zamiast zasta­na­wiać się nad jego konek­sjami rodzin­nymi. Nie wia­domo kiedy zro­dziła się mię­dzy nimi nić sym­pa­tii.

- Kto to zgło­sił? - Burzyń­ski kon­ty­nu­ował prze­py­ty­wa­nie poli­cjanta z Kór­nika i roz­glą­dał się uważ­nie.

Spo­kój i odgłosy lasu co jakiś czas prze­ry­wane były war­ko­tem prze­jeż­dża­ją­cych samo­cho­dów. Na dro­dze mię­dzy Kór­ni­kiem a Mie­cze­wem pano­wał zwięk­szony ruch, zwłasz­cza samo­cho­dów cię­ża­ro­wych.

- Zadzwo­nił facet, ale szczątki zna­la­zła paniena. - Fra­nek wska­zał na sie­dzącą na ziemi parę.

- Paniena? Pra­cu­jąca nie­opo­dal? - sze­roko uśmiech­nął się Młody.

Dobrze znał pro­fil biz­ne­sowy oko­licz­nych lasów. Przed remon­tem tak zwa­nej trasy kato­wic­kiej przy­drożne pro­sty­tutki stały na skraju lasu bli­żej Pozna­nia, na wyso­ko­ści Borówca. Po remon­cie, wybu­do­wa­niu ronda i zjaz­dów oraz zamknię­ciu leśnej uliczki, lokal­nej alei czer­wo­nych latarni, biz­nes przy­droż­nych, zazwy­czaj ukra­iń­skich punk­tów ucie­chy musiał prze­nieść się tro­chę dalej. Ide­al­nym miej­scem stał się odda­lony o kilka kilo­me­trów las przy dro­dze woje­wódz­kiej mię­dzy Kór­ni­kiem a Mie­cze­wem.

- Podobno nie jest dziwką. - Fra­nek poczuł się w obo­wiązku sta­nąć w obro­nie mło­dej dziew­czyny. - Nie sądzę, by... Nie. Ona mówi, że prze­jeż­dżała tędy z chło­pa­kiem, wyszła z samo­chodu za potrzebą i natknęła się na czaszkę.

Takie tłu­ma­cze­nie nie prze­ko­nało Majew­skiego. Wzru­szył tylko ramio­nami i zanim podą­żył za Burzyń­skim, dodał:

- A co miała powie­dzieć? Że była się odlać przed sto­sun­kiem, za który bie­rze pięć dych?

- Kuźwa, nie wygląda to dobrze. - Młody, jak zwy­kle w chwi­lach sku­pie­nia, obra­cał się na swoim krze­śle. Co jakiś czas zer­kał na leżące na biurku zdję­cia ludz­kich szcząt­ków.

Nie­wielką prze­strzeń pokoju śled­czych szczel­nie wypeł­niały meble dale­kie od funk­cjo­nal­no­ści, bliż­sze raczej eks­po­na­tom muze­al­nym: dwa ogromne biurka, obdra­pana szafa pan­cerna i wysłu­żone, obro­towe krze­sła.

- Trup ni­gdy nie wygląda dobrze.

- Jaki trup? Prze­cież tu nawet grama mięsa nie znaj­dziesz. - Majew­ski nie mógł się uspo­koić. - To jest taki... kary­ka­tu­ralny obraz. Jak pozo­sta­ło­ści po gigan­tycz­nym indyku w Święto Dzięk­czy­nie­nia.

- Taa, fak­tycz­nie - przy­tak­nął Burzyń­ski. - Nie­któ­rzy miesz­kańcy lasu mieli nie­złą ucztę! Nie można temu zaprze­czyć.

Męż­czyźni pra­co­wali wspól­nie od ponad czte­rech mie­sięcy, spę­dzili ze sobą sie­dem­set godzin, roz­ma­wiali nie­malże codzien­nie. Żyli wspól­nymi spra­wami i uczyli się sie­bie nawza­jem. Burzyń­ski zoba­czył w końcu w młod­szym kole­dze sie­bie sprzed lat - poli­cjanta peł­nego zapału, marzeń, chcą­cego zmie­niać świat.

Z kolei Michał Majew­ski powoli oswa­jał się z prze­ra­ża­ją­cym poczu­ciem odpo­wie­dzial­no­ści Burzyń­skiego. Z jego bra­kiem eks­cy­ta­cji i emo­cji w patrze­niu w przy­szłość. Na­dal bał się, że naj­da­lej za kil­ka­na­ście lat będzie wiódł podob­nie nudne i sche­ma­tyczne życie. Zro­biłby wszystko, by tego unik­nąć. Uważ­nie obser­wo­wał kolegę i sta­rał się na bie­żąco ana­li­zo­wać jego zacho­wa­nie. Wnio­ski zosta­wiał dla sie­bie, licząc po cichu, że w ten spo­sób odnaj­dzie receptę na szczę­śliwe życie.

- Dobra, Młody, prze­stań krę­cić się w kółko. Zajmę się dziew­czyną i chło­pa­kiem, zoba­czę, co mi powie­dzą. - Burzyń­ski wstał ener­gicz­nie i spoj­rzał na zega­rek.

- Chęt­nie ci pomogę.

- No myślę...

- To co, gadamy razem czy solo? Chęt­nie wezmę tę pannę w obroty.

- Taa, w to nie wąt­pię. Dzie­limy się. Ja prze­słu­chuję oboje, a ty jedziesz do ZMS-u. Musisz usta­lić, co wie­dzą o ofie­rze.

- Ja?

- A co?

- Nic... Burza, ale ja jesz­cze ni­gdy tego nie robi­łem. Może pocze­kam i poje­dziemy razem?

- Prze­cież kręcą cię pierw­sze razy. Sam dasz radę. Ja po prze­słu­cha­niach - spoj­rzał na zega­rek - ucie­kam pro­sto do domu.

Za godzinę mieli skoń­czyć pracę. Mijało wła­śnie sie­dem godzin, do któ­rych Burzyń­ski doli­czył sześć­dzie­siąt minut - czas nie­zbędny na dokładne prze­py­ta­nie dwóch osób. Nowa sprawa spo­wo­do­wała dopływ adre­na­liny do jego krwi. Miał ochotę, niczym pies goń­czy, zerwać się ze smy­czy i biec w nie­znane, dopóki nie zgubi tropu albo nie zła­pie zębami nogawki zło­czyńcy. Sam mógłby pod­je­chać do Zakładu Medy­cyny Sądo­wej, ale instynkt samo­za­cho­waw­czy przy­po­mi­nał mu bez­u­stan­nie o zasa­dzie numer trzy.

Dzie­sięć zasad mają­cych na celu rato­wa­nie mał­żeń­stwa Burzyń­skich powstało w wyniku dłu­gich i cięż­kich nego­cja­cji. Ogra­ni­cze­nie numer trzy mówiło o wyraź­nym i z góry usta­lo­nym roz­dziale czasu pracy i czasu dla rodziny. Gdy obie­cy­wał prze­strze­gać tego punktu, dosko­nale wie­dział, że nie da rady dotrzy­mać słowa. Już samą zgodę na jego wsta­wie­nie uznał za wiel­kie poświę­ce­nie i ogromny dowód miło­ści. Nie­stety, jak się póź­niej oka­zało, Izie Burzyń­skiej nie wystar­czyły puste dekla­ra­cje. Pil­no­wała prze­strze­ga­nia zasad jak lew upo­lo­wa­nej anty­lopy.

- Czemu ty nie poje­dziesz, kuźwa, tylko mnie wysy­łasz? - Młody nie odpusz­czał. - Ja zała­twię prze­słu­cha­nia, a ty ZMS.

Majew­ski wie­lo­krot­nie brał udział w prze­słu­cha­niach świad­ków i podej­rza­nych. Roz­ko­szo­wał się obser­wo­wa­niem ludzi prze­by­wa­ją­cych w małych pomiesz­cze­niach, bra­nych w krzy­żowy ogień pytań. Widział i czuł dużo wię­cej niż prze­ciętny czło­wiek. Oba­wiał się jed­nak roz­mowy ze spe­cja­li­stą od kości. Tu nie mógł sobie pozwo­lić na impro­wi­za­cję. Musiał wie­dzieć, o co pytać, a póź­niej zapa­mię­tać odpo­wie­dzi, by nie zostać wyśmia­nym przez Burzyń­skiego.

- A ty co? Spo­tka­łeś już wcze­śniej jakie­goś antro­po­loga, że masz takiego cykora?

- Ja cykora? Chyba żar­tu­jesz, kuźwa. Powi­nie­nem się bać?

- No wiesz, mówi się, że to krwio­żer­cze bestie... - Burza nie mógł powstrzy­mać się od żar­tów. - Podobno antro­po­lo­gami zostają ci, dla któ­rych na medy­cy­nie zabra­kło miejsc.

- Tak trzeba było od razu ze mną roz­ma­wiać. - Chło­pak ska­pi­tu­lo­wał, bo czuł, że nic nie wskóra. - Czyli wysy­łasz mnie do jakie­goś fru­strata, co czyta z kości, żebym dowie­dział się, kim był ten kościo­trup, zanim został pozba­wiony mię­śni i tłusz­czu. Od razu brzmi dużo cie­ka­wiej. Kogo mam tam szu­kać?

- Już ci zapi­suję nazwi­sko.

Michał Majew­ski z impe­tem trza­snął drzwiami czer­wo­nej alfy romeo. Stał przy pra­wie stu­let­nim, monu­men­tal­nym budynku, zwa­nym kie­dyś Pała­cem Sztuki. Gdy wpi­sy­wał w nawi­ga­cję dane adre­sowe Zakładu Medy­cyny Sądo­wej, spo­dzie­wał się doje­chać do obskur­nego budynku z lat osiem­dzie­sią­tych, wepchnię­tego bez ładu i składu mię­dzy kamie­nice. Tym­cza­sem, skrę­ca­jąc zaraz za tere­nem Mię­dzy­na­ro­do­wych Tar­gów Poznań­skich z ulicy Grun­waldz­kiej w lewo, w wąską ulicę Świę­cic­kiego, zorien­to­wał się, że numer sześć, do któ­rego zmie­rza, znaj­duje się w Col­le­gium Ana­to­mi­cum.

Szybko minął bramę z napi­sem "Nie zasta­wiać" oraz podwó­rze użyt­ko­wane jako par­king dla pra­cow­ni­ków insty­tu­cji i sta­nął na scho­dach, odro­binę zanie­po­ko­jony cze­ka­jącą go roz­mową ze spe­cja­li­stą. Wziął głę­boki wdech, jakby za chwilę miał znik­nąć pod powierzch­nią wody, i popchnął drzwi.

Prze­szedł koło por­tierni i sta­nął na środku ogrom­nego kory­ta­rza. Ku jego zdzi­wie­niu nie przy­wi­tały go sterty kości, zapach tru­pów, sza­leni antro­po­lo­dzy i pato­lo­dzy ze zwi­chrzo­nymi wło­sami. Kory­tarz wypeł­niał stu­dencki gwar. Gdzie nie odwró­cił głowy, tam widział atrak­cyjne dziew­czyny.

"Jestem w raju" - ta myśl poja­wiła się i spra­wiła, że krew zaczęła mu krą­żyć szyb­ciej niż zwy­kle. Na chwilę się przy­czaił i wyty­po­wał dziew­czynę. Nie byłby sobą, gdyby nie wybrał naj­ład­niej­szej. Dłu­go­włosa wła­ści­cielka sek­sow­nego biu­stu sie­działa na scho­dach i prze­glą­dała notatki.

Pod­szedł na tyle bli­sko, by zauwa­żyła go kątem oka. Odcze­kał chwilę i usiadł. Dokład­nie na tym samym schodku co ona, blo­ku­jąc tym samym przej­ście. Zgod­nie z jego pla­nem dwie minuty póź­niej osoba wcho­dząca na pię­tro rzu­ciła pełne wyrzu­tów:

- Prze­pra­szam!

Michał prze­su­nął się w stronę atrak­cyj­nego biu­stu, by zro­bić przej­ście. Oczy­wi­ście uda­wał, że robi to pod przy­mu­sem. Dziew­czyna poczuła krę­pu­jącą bli­skość obcego ciała i prze­su­nęła się w stronę balu­strady, żeby zwięk­szyć dystans. Nie miała jed­nak zbyt dużego pola manewru.

- Cześć! - Michał poda­ro­wał jej uśmiech numer cztery.

Wie­lo­krot­nie spraw­dzał jego sku­tecz­ność. Wie­dział, jak działa na kobiety. Pełne usta odsła­nia­jące zęby i tań­czące cho­chliki w nie­bie­skich oczach.

- Cześć.

Dziew­czyna spoj­rzała na niego. Ich twa­rze dzie­liła suma dłu­go­ści ich ramion. Mak­sy­mal­nie pięć­dzie­siąt cen­ty­me­trów.

- Co robisz?

Uśmiech nie scho­dził z jego twa­rzy, zwłasz­cza że był już pewien, jak spę­dzi dzi­siej­szy wie­czór.

- Ja, yyy - dziew­czyna sta­rała się zapa­no­wać nad zasko­cze­niem - prze­glą­dam notatki.

- Wiesz - symu­lo­wał waha­nie, by tym sku­tecz­niej uwieść ją mie­szanką pew­no­ści sie­bie i nie­śmia­ło­ści - nie o to pyta­łem. Co robisz? No wiesz, po zaję­ciach? Wie­czo­rem? Co będziesz robić przez całe swoje życie?

- A co?

Na oso­bi­stą listę pod­bo­jów mógł wpi­sać kolejną zdo­bycz, jesz­cze bez­i­mienną, ale z roz­mia­rem, na oko, 75 E. Wbił już w nią swoje kły, leżała spa­ra­li­żo­wana. Wystar­czyło zanieść jej ciało do jaskini.

- Bo jeśli nie spę­dzisz tego wie­czoru ze mną, uczy­nisz mnie naj­bar­dziej nie­szczę­śli­wym face­tem na świe­cie. Wybacz, że tak pro­sto z mostu, ale... zacza­ro­wa­łaś mnie.

Obli­zy­wała usta, nie wie­dząc, co powie­dzieć.

- O któ­rej koń­czysz? - spy­tał. Czuł, że jego pod­nie­ce­nie rośnie.

- Mam jesz­cze ćwi­cze­nia, będę wolna za godzinę.

- Świet­nie, więc zapra­szam cię na naj­lep­sze wło­skie spa­ghetti w mie­ście. - Prze­mil­czał fakt, że sam zaser­wuje jej maka­ron z sosem pomi­do­ro­wym, w pry­wat­nym miesz­ka­niu, po por­cji wło­skich ćwi­czeń fizycz­nych. - Jak masz na imię?

- Ewka, a ty?

- Michał. Będę tu na cie­bie cze­kał. Powiedz mi jesz­cze, gdzie znajdę Zakład Medy­cyny Sądo­wej?

- Tam, na par­te­rze. Te szklane drzwi po pra­wej stro­nie.

Tuż obok wej­ścia do Zakładu Medy­cyny Sądo­wej Majew­ski zauwa­żył łaciń­ską sen­ten­cję na ścia­nie: Hic mors gau­det suc­cur­rere vitae et iusti­tiae. Tu śmierć cie­szy się, że pomaga życiu i spra­wie­dli­wo­ści.

Śmierć cie­szy się. Ta anty­teza roz­ba­wiła go i prze­ra­ziła jed­no­cze­śnie. Ktoś przy­jął zało­że­nie, że śmierć może odczu­wać radość. Prze­cież śmierć nie czuje... Jest jak urzęd­nik pań­stwowy, obo­jętna na stany poru­sze­nia umy­słu, prośby, groźby i obiet­nice. Przy­cho­dzi w naj­mniej ocze­ki­wa­nym momen­cie, zabiera to, na czym zależy ludziom naj­bar­dziej. Ma w dupie to, czy komuś pomaga, czy też go pogrąża.

Gdy szklane drzwi zamknęły się za Majew­skim, poczuł się nie­swojo. Tak jakby wła­śnie prze­pra­wił się przez Styks. Jakby ucie­kło z niego życie. Wszel­kie oznaki ist­nie­nia - śmiech, krzyki i ruch - pozo­stały za drzwiami. Kory­tarz, któ­rym podą­żał, był pusty. Lodo­wato pusty. Niby podobny do miej­sca, w któ­rym przed chwilą pode­rwał dziew­czynę na dzi­siej­szy wie­czór, a jed­nak zupeł­nie inny.

Zbli­żał się do końca kory­ta­rza. Kolejne szklane drzwi bro­niły wstępu do czę­ści, w któ­rej znaj­do­wały się zamknięte w szkla­nych gablo­tach muze­alne eks­po­naty - kości, czaszki i zmu­mi­fi­ko­wane ciało.

Nagle na kory­ta­rzu poja­wiła się kobieta w śred­nim wieku. Szła w kie­runku drzwi. Myśliwy Majew­ski po raz kolejny tego dnia poczuł zwie­rzynę łowną. Węch nie mógł go mylić. Kobieta musiała być przed czter­dziestką lub nie­znacz­nie po niej. Sma­ko­wi­cie koły­sała bio­drami, ukła­da­jąc stopy nie­malże w linii pro­stej. Jej nogi zakry­wała przy­długa (jak na gust Michała) spód­nica. Nie potrze­bo­wał wiele, by wyobra­zić ją sobie w obci­słej mini. Tak, taka kobieta powinna poka­zy­wać nie tylko łydki i kolana, ale i uda.

Kobieta pod­chwy­ciła jego łakomy wzrok. Jej lodo­wate spoj­rze­nie zmro­ziło go. Momen­tal­nie wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści. Mini wydłu­żyło się, a bio­dra, zamiast sie­dzieć na nim, wła­śnie go mijały. Odwró­cił się, by jesz­cze przez chwilę cie­szyć oczy tym zmy­sło­wym zja­wi­skiem. Kobieta znik­nęła jed­nak tak szybko, jak się poja­wiła. Zamknęła za sobą drzwi, a Majew­skiemu prze­mknęło przez myśl, że powinna zapo­mnieć cze­goś i znów wyjść na wybieg mię­dzy ludz­kimi szcząt­kami. Mógłby podzi­wiać drugi akt przed­sta­wie­nia. Nie­stety, kory­tarz pozo­stał pusty. Poli­cjant zła­pał więc za naj­bliż­szą klamkę.

- Dzień dobry, poste­run­kowy Majew­ski - przed­sta­wił się.

Męż­czy­zna w bia­łym far­tu­chu odwró­cił wzrok od mikro­skopu.

- Pan do mnie?

- Być może. Szu­kam - spoj­rzał na kartkę od Burzyń­skiego - Brolla.

- Brolla? - zdzi­wił się męż­czy­zna. - Aaa! - Dopiero po chwili sko­ja­rzył nazwi­sko. - To musi pan iść do pra­cowni antro­po­lo­gii i odon­to­lo­gii, pokój numer sie­dem. Jeśli tam nikogo nie będzie, to niech pan zaj­rzy pod piątkę.

- Pokój sie­dem lub pięć, dzięki.

Chwilę póź­niej klamka do pokoju numer pięć ustą­piła pod naci­skiem dłoni Majew­skiego. Pra­cow­nia antro­po­lo­gii była zamknięta na cztery spu­sty, dla­tego bez puka­nia zaj­rzał do piątki.

- Dzień dobry... - Miał zamiar przy­wi­tać się służ­bowo, ale zoba­czył kobietę w spód­nicy, która według jego wcze­śniej­szej oceny powinna być zde­cy­do­wa­nie krót­sza. - No, no, no. Nie wie­dzia­łem, że w takim miej­scu można spo­tkać anioła.

Kobieta stała przy meta­lo­wym stole. Odwró­ciła głowę i wrogo spoj­rzała na przy­by­sza.

- Nie umie pan pukać?

- Pani wygląda jak anioł, zwłasz­cza w tym świe­tle. Jestem ośle­piony... - Do wyzna­nia dodał uśmiech numer trzy.

- Nie­upo­waż­nio­nym wstęp wzbro­niony! - Ostry ton i spoj­rze­nie kobiety były jed­no­znaczne.

Oto stała przed nim kobieta - wyzwa­nie. Kobieta - Mount Eve­rest. Kobieta - kró­lowa lodu. Nie dzia­łał na nią jego urok. Nie miała ochoty na flirt.

- Niech się pani nie dener­wuje. - Majew­ski nie zamie­rzał się pod­dać. - Złość pięk­no­ści szko­dzi. Jestem z poli­cji. Lepiej powiedz mi, aniele, gdzie znajdę antro­po­loga?

- Raczej antro­po­log - popra­wiła go.

- A jakie to ma zna­cze­nie?

- Ogromne.

Poli­cjant nie wytrzy­mał peł­nego pre­ten­sji spoj­rze­nia kobiety. Na stole, przy któ­rym stała, zauwa­żył kości uło­żone na kształt ludz­kiego szkie­letu. Chciał podejść bli­żej, ale dopiero w tej chwili uświa­do­mił sobie, że jego węch odbiera dziwne bodźce. Coś podob­nego do zapa­chu szkol­nej sto­łówki, zaschnię­tego brudu, przy­pa­lo­nego mięsa i wiecz­nie czar­nej ścierki, którą kucharka prze­ciera tace. Nie był w sta­nie oce­nić, czy zapach go drażni, czy się mu podoba. Budził jed­nak nie­przy­jemne wspo­mnie­nia.

- Dokład­nie kogo pan szuka? - Kobieta przy­glą­dała mu się lodo­wato.

- A. Broll - odczy­tał z kartki. - Korzy­sta­jąc z wro­dzo­nej inte­li­gen­cji - do wypo­wie­dzi dołą­czył kolejny uśmiech, zazwy­czaj dzia­ła­jący na kobiety - strzelę w Alek­san­dra. Szu­kam antro­po­loga Alek­san­dra Brolla.

- Nie wróżę panu dłu­giej kariery w poli­cji, zwłasz­cza jeśli będzie pan musiał strze­lać. O swo­jej inte­li­gen­cji może pan zapo­mnieć. Radzi­ła­bym raczej popra­co­wać nad sobą i kul­turą oso­bi­stą! Pro­szę przyjść do mnie dopiero, jak uzu­pełni pan braki. Pro­szę też sobie zapa­mię­tać moje nazwi­sko: Anita Broll.

- Prze­pra­szam bar­dzo. Burza mnie nie uprze­dził, że idę do babeczki.

- A to trzeba uprze­dzać?! - Jeśli chwilę wcze­śniej Majew­ski myślał, że zde­ner­wo­wał kobietę, dopiero teraz widział, że się mylił. Ostat­nie zda­nie wpra­wiło ją w praw­dziwą wście­kłość. - Burza nie uprze­dził?! Pan sobie chyba żar­tuje! Czy płeć ma zna­cze­nie pod­czas wyko­ny­wa­nia czyn­no­ści zawo­do­wych?!

- Nie, oczy­wi­ście, że nie. Pro­szę się uspo­koić. Nie chcia­łem pani ura­zić...

- Tylko mnie zali­czyć? Upo­ko­rzyć? Zapo­mnia­łam o czymś?

Stał w ciszy, cze­ka­jąc, aż Anita Broll się uspo­koi. Dość szybko opa­no­wała się i zamil­kła. Odwró­ciła się do niego ple­cami. Chciała, by opu­ścił pokój, uznała jed­nak, że naj­ła­twiej się go pozbę­dzie, jeśli szybko odpo­wie na jego pyta­nia.

- Przy­słali pana w spra­wie wczo­raj­szych szcząt­ków?

- Tak.

- To wasze zna­le­zi­sko. - Poka­zała kości na stole. - Szczątki należą do jed­nej osoby. Naj­praw­do­po­dob­niej kobiety.

- Kobiety? - Majew­ski przy­glą­dał się uważ­nie temu, co leżało na stole. Czaszka, żebra, mied­nica, koń­czyny. Nie mógł powie­dzieć nic wię­cej poza tym, że kości są kośćmi. Okre­śla­nie na ich pod­sta­wie płci osob­nika było dla niego rów­nie wia­ry­godne, jak wró­że­nie z fusów. - Kościo­trup mógł być rodzaju żeń­skiego?

- Tak. - Lako­niczna odpo­wiedź Broll nie zawie­rała żad­nego ładunku emo­cjo­nal­nego. Zaczęła zacho­wy­wać się tak, jakby wyłą­czyła odczu­wa­nie.

- No nie wiem, ale... nie wygląda to - wska­zał na czaszkę - na kobietę.

- Wygląda - zapew­niła obo­jęt­nie.

- Dobrze, zatem kobieta. - Zaczął noto­wać, by nie uro­nić ani jed­nego słowa. Nie zamie­rzał wra­cać z dodat­ko­wymi pyta­niami do lodo­wa­tej antro­po­lożki. - Czy można okre­ślić jej wiek i to, jak długo leżała w lesie?

- Jeśli wziąć pod uwagę, że przez ostat­nie dwa tygo­dnie pano­wała iście egip­ska pogoda... Nie wiem, ile dni po zgo­nie tra­fiła do miej­sca, w któ­rym ją odna­le­ziono. Ale jeśli zało­żyć, że umarła w lesie albo zna­la­zła się tam zaraz po śmierci, to jej ciało musiało leżeć mini­mum trzy tygo­dnie. A może nawet i pięć. Owady i zwie­rzęta zro­biły swoje. Na kościach widać pozo­sta­ło­ści po ich żero­wa­niu. Bra­kuje kilku drob­niej­szych kości... - Broll prze­rwała; uznała, że młody poli­cjant i tak nie­wiele zro­zu­mie z jej wypo­wie­dzi. Powinna odpo­wia­dać krótko i rze­czowo.

- Drob­niej­szych? - powtó­rzył.

- Tak.

- Czyli?

- Cho­ciażby kości dłoni.

- Aha.

- Nie miała wię­cej niż trzy­dzie­ści lat, nie mniej niż dwa­dzie­ścia pięć - uprze­dziła jego pyta­nie.

Od lat współ­pra­co­wała z poli­cją. Wie­działa, jakich infor­ma­cji powinna dostar­czać.

- Mię­dzy dwa pięć a dwa dzie­więć - noto­wał. - Wia­domo, jak zgi­nęła? Może to pani odczy­tać z tych szcząt­ków?

- Nie­stety, nie ma żad­nego urazu, który mógłby pro­wa­dzić do śmierci. Jedyne uszko­dze­nie to zła­mana kość przed­ra­mie­nia, ale zła­ma­nie jest zro­śnięte. Kość gny­kowa jest nie­na­ru­szona.

- Gny­kowa?

- Mówię, że ofiara nie została udu­szona.

- Aha. O co jesz­cze powi­nie­nem zapy­tać?

- Była nie­wy­soka, miała metr sześć­dzie­siąt dwa. To wszystko. Przy­naj­mniej na tę chwilę.

- Może jakieś ślady udało się zna­leźć?

- Mówię, że nie wiem nic wię­cej. Ofiara musiała być naga, nie zna­la­złam na szkie­le­cie śla­dów mate­ria­łów.

- Dzię­kuję. Jakby coś jesz­cze wyszło, gdyby poja­wiły się nowe infor­ma­cje, to pro­szę o info.

Majew­ski z tyl­nej kie­szeni spodni wyjął wizy­tówkę i podał ją antro­po­lożce.

- Dobrze - odpo­wie­działa i nie cze­ka­jąc, aż bez­czelny męż­czy­zna opu­ści jej tery­to­rium, wró­ciła do pracy.

Michał Majew­ski stał jesz­cze chwilę, obser­wu­jąc ją, aż w końcu zde­cy­do­wał się zaata­ko­wać po raz kolejny.

- Nie­sa­mo­wite... - rzu­cił od nie­chce­nia.

Kobieta wyczuła zmianę w jego gło­sie. Brzmiał zupeł­nie ina­czej, gdy roz­ma­wiali o spra­wach zawo­do­wych.

- Nie­sa­mo­wite, że taka piękna kobieta chce obco­wać ze śmier­cią...

Anita Broll posta­no­wiła nie dać się po raz kolejny spro­wo­ko­wać. Czuła jego wzrok na sobie, opa­no­wała więc rosnące w niej obu­rze­nie i odwró­ciła się.

- Żegnam pana.

- Do zoba­cze­nia, pani Anito.

Prze­my­sław Burzyń­ski wysłu­chał opo­wie­ści Bar­bary Cha­brzyk i zamie­rzał przejść do kolej­nego punktu: pytań i odpo­wie­dzi. Wcze­śniej prze­słu­chi­wał Seba­stiana Kaź­mier­czaka i miał parę wąt­pli­wo­ści, które dziew­czyna mogła roz­wiać lub potwier­dzić.

- Mówi­łaś, że znasz Seba­stiana Kaź­mier­czaka. Jak długo?

- Dość długo, pozna­li­śmy się jakieś dwa mie­siące temu, na impre­zie.

- Kto pod­jął decy­zję o zatrzy­ma­niu samo­chodu?

- Tłu­ma­czy­łam prze­cież poli­cjan­tom, opo­wia­da­łam też panu. Muszę wszystko powta­rzać?

Bar­bara Cha­brzyk wyglą­dała na zmę­czoną. Przez kilka ostat­nich dni żyła na wyż­szych obro­tach, nie­wiele spała. W tej chwili marzyła o spo­koju i wygod­nym łóżku. Iry­to­wały ją pyta­nia łysie­ją­cego poli­cjanta. Gdy opo­wia­dała mu o zna­le­zi­sku, wyda­wał się sku­piony. Myślała, że gdy tylko dobrnie do końca opo­wie­ści, poli­cjant da jej coś do pod­pi­sa­nia i wypu­ści do domu.

- Rany, siku mi się okrop­nie chciało. Już pół godziny wcze­śniej. Co prawda myśla­łam, że jakoś wytrzy­mam do Pozna­nia, nie zro­bię sobie siary, no ale nie wyszło. Zatrzy­ma­li­śmy się, żebym nie posi­kała mu samo­chodu.

- Nie uwa­żasz, że to zabawny zbieg oko­licz­no­ści?

- Nie rozu­miem. Pan coś insy­nu­uje? - Otwo­rzyła sze­roko oczy i zmarsz­czyła czoło.

Czujny wzrok Burzyń­skiego odna­lazł w końcu coś, na czym mógł się sku­pić. Jego cier­pli­wość została wyna­gro­dzona. Dziew­czyna zaczęła się dener­wo­wać. Miał pew­ność, że zdzi­wie­nie, które przed chwilą wyra­ziła, było nie­szczere. Jej czoło nie zmarsz­czyło się bły­ska­wicz­nie. Deli­katne opóź­nie­nie trwało jeden moment, potrzebny, by wydane przez jej mózg pole­ce­nie dotarło do mię­śni twa­rzy.

- Las cią­gnie się prze­cież wzdłuż drogi przez kilka kilo­me­trów, a on wysa­dził cię aku­rat tam?

- Tak wyszło. Naj­pierw sta­ra­łam się o tym nie myśleć. Póź­niej nacisk na pęcherz był tak duży, że mu powie­dzia­łam... Nie miał się gdzie zatrzy­mać. Albo droga nie miała pobo­cza, albo gdy zbli­żało się coś szer­szego, to nie można było się tam zatrzy­mać.

- Z jakiego powodu?

- Nie wiem. Nie ja byłam kie­rowcą. Całą uwagę sku­pia­łam na sobie.

- Na pewno widzia­łaś zjazd i par­king leśny kil­ka­set metrów wcze­śniej, mogli­ście tam się zatrzy­mać.

Burzyń­ski miał swoją teo­rię. Kaź­mier­czak i Cha­brzyk zatrzy­mali się w lesie, by upra­wiać seks. Tego był pewien. Pod­czas prze­słu­cha­nia Kaź­mier­czak chwa­lił się wręcz swoim olbrzy­mim popę­dem sek­su­al­nym. Uwa­żał go za oznakę praw­dzi­wej męsko­ści. Przy dro­dze, którą jechał, stały tirówki. Nie mógł oprzeć się takiej poku­sie. To jakby głod­nemu kazać sta­nąć w dłu­giej kolejce do kasy w mar­ke­cie, gdzie z półki krzy­czą batony: "Weź mnie, weź mnie".

Musiał usta­lić, czy miej­sce, w któ­rym zatrzy­mała się para, było przy­pad­kowe, czy znane Kaź­mier­cza­kowi. Być może miał w tym lesie swój roz­koszny zaką­tek, w któ­rym regu­lar­nie odda­wał się zmy­sło­wym przy­jem­no­ściom.

- Widzia­łam, ale Seba­stian nie chciał się tam zatrzy­mać. Przy dro­dze stały dziwki.

- Widzia­łaś je?

- Seba­stian powie­dział, że to dziwki. W sumie tak, widzia­łam jedną kobietę, może nawet dwie. Nie sko­ja­rzy­łam, czemu stoją same w lesie. Siku mi się chciało. Myśla­łam, że zaraz eks­plo­duję.

- Czyli twój chło­pak ci powie­dział... - Poli­cjant poło­żył akcent na słowo "twój".

- Powie­dział, że stoją tu panienki. - Dziew­czyna ani nie potwier­dziła, ani nie zaprze­czyła, że jest zwią­zana z Kaź­mier­cza­kiem. - Pyta­łam, skąd wie, że to wła­śnie jago­dzianki. Powie­dział, że wie. Podobno z kole­gami cza­sem jeż­dżą pooglą­dać je sobie, więc wie, jak wyglą­dają. Nie dopy­ty­wa­łam, bo poczu­łam, że już nie wytrzy­mam ani minuty dłu­żej. Jęk­nę­łam, a on zatrzy­mał się kil­ka­na­ście sekund póź­niej, kawa­łek za zakrę­tem. Wystrze­li­łam jak strzała i bie­głam pro­sto przed sie­bie, by stra­cić z oczu samo­chód.

- Nie uwa­żasz, że to było nie­bez­pieczne, skoro - jak sama mówisz - w kilku miej­scach stały tirówki? Mogłaś się natknąć na jedną z nich pod­czas pracy...

- Nie myśla­łam o tym. - Bar­bara krę­ciła głową. - Chcia­łam tylko opróż­nić pęcherz.

- Nie mogłaś zro­bić tego przy samo­cho­dzie?

- Nie.

- Dla­czego? To byłoby prze­cież bez­piecz­niej­sze.

- Być może, ale też nie­este­tyczne. Jak to panu wyja­śnić? Nie wiem, czy pan zro­zu­mie, nie jest pan, hm... naj­młod­szy. My z Seba­stia­nem... To zna­czy on i ja nie jeste­śmy mał­żeń­stwem, nie znamy się tak długo, by bez skrę­po­wa­nia sikać przy sobie. Znamy się raczej krótko.

Burzyń­ski nie mógł nie zauwa­żyć rosną­cego zde­ner­wo­wa­nia dziew­czyny. Wychwy­cił też roz­bież­ność w jej wypo­wie­dziach. Jej ocena czasu zna­jo­mo­ści z Kaź­mier­cza­kiem zmie­niała się w zależ­no­ści od sytu­acji.

- Jak długo się zna­cie? - zapy­tał, by spraw­dzić jej reak­cję. Mogła albo potwier­dzić jedną z dwóch wyklu­cza­ją­cych się odpo­wie­dzi, któ­rych udzie­liła wcze­śniej, albo wymy­ślić trze­cią, zupeł­nie nową.

- Znamy się od dwóch mie­sięcy, ale dopiero na chwilę przed wyjaz­dem nad morze, że tak powiem, pozna­li­śmy się bli­żej. - Spe­szona Bar­bara spu­ściła głowę.

- Współ­ży­jesz z Kaź­mier­cza­kiem? - Posta­no­wił wyko­rzy­stać jej chwi­lowe zakło­po­ta­nie i roz­po­czął pyta­nia na naj­bar­dziej krę­pu­jący temat.

- Słu­cham?

Zare­ago­wała dokład­nie tak, jak się spo­dzie­wał. Rumie­niec zalał jej policzki. Nie wie­działa, gdzie spoj­rzeć. Krę­ciła się na krze­śle, jakby wzrok poli­cjanta spra­wiał jej ból.

- Upra­wia­li­ście seks? - powtó­rzył.

- Tak - wyznała w taki spo­sób, jakby przy­zna­wała się do mor­der­stwa. - Pierw­szy raz tydzień temu...

Burzyń­ski odwró­cił głowę, by dać dziew­czy­nie odpo­cząć od swo­jego spoj­rze­nia. W swo­jej pracy poznał wielu dziw­nych ludzi, wiele trud­nych związ­ków, nie­zro­zu­mia­łych moty­wa­cji. Nauczył się przy­glą­dać i nie oce­niać. Czę­sto mil­cze­nie było jedyną reak­cją, na jaką mógł sobie pozwo­lić.

- A wtedy w lesie zatrzy­ma­li­ście się na seks?

- Nie. Robi­li­śmy to tuż przed wyjaz­dem. W lesie zatrzy­ma­li­śmy się na siku, mówi­łam już.

- Dobrze. - Burzyń­ski uśmiech­nął się. Wie­dział już wszystko. Kaź­mier­czak pod­czas prze­słu­cha­nia zapie­rał się, że nie musi pła­cić za seks, a miej­sce, w któ­rym się zatrzy­mał, było przy­pad­kowe. Cha­brzyk to potwier­dzała. - To czas na ostat­nie pyta­nie: kiedy zauwa­ży­łaś zwłoki?

- Wra­ca­łam do samo­chodu, zro­bi­łam kilka kro­ków i zauwa­ży­łam coś dziw­nego. Nie wiem, dla­czego aku­rat spoj­rza­łam w tamtą stronę, ale ta czaszka była okropna i tak wyraź­nie odzna­czała się na ziemi.

- Dzię­kuję, na dziś to wszystko. - Poli­cjant spoj­rzał na zega­rek. Powi­nien już opusz­czać firmę.

- Pro­szę pana? To chyba dobrze, że musia­łam za potrzebą biec do lasu, dobrze, że wpa­dłam na te zwłoki, przy­naj­mniej teraz może­cie zła­pać tego, co zabił, prawda?

- Każdą potrzebę trzeba zaspo­koić. Jak ty zaspo­ka­ja­łeś swoje?

Pyta­nie kobiety wybrzmiało w pokoju, a póź­niej zapa­dła zło­wroga cisza. Jakby męż­czy­zna roz­wa­żał, czy zabić kobietę przed udzie­le­niem odpo­wie­dzi, czy zaraz po. Powie­trze stało się gęste, a tem­pe­ra­tura wzra­stała z minuty na minutę za sprawą dwóch lamp na sta­ty­wach.

- Naj­le­piej, jak umia­łem - ode­zwał się w końcu, a jego rubaszny śmiech obi­jał się przez chwilę o ściany. - Prze­cież nie można stale żyć w napię­ciu. Poczu­cie nie­speł­nie­nia zamie­nia się we fru­stra­cję, a ona potrafi znisz­czyć nawet naj­tward­szego czło­wieka. Moje potrzeby były pro­ste. Bodźce docie­rały z każ­dej strony. Kobieta mija­jąca mnie na ulicy, dziew­czyna z tele­dy­sku... Cóż, mam umie­jęt­ność nada­wa­nia sek­su­al­nego zna­cze­nia ludziom i sytu­acjom w zupeł­nie zwy­czaj­nych oko­licz­no­ściach.

- Rozu­miem. - Kobieta nawet przez chwilę nie pomy­ślała, że igra z ogniem. - Myślisz, że stać cię na bar­dziej kon­kretne odpo­wie­dzi?

- Chcesz kon­kre­tów? Pro­szę bar­dzo. - Wypu­ścił z sie­bie powie­trze tak mocno, że unio­sły się leżące na stole kartki z pyta­niami. - Zaczy­na­łem jak każdy sek­so­ho­lik. Naj­pierw był seks z przy­pad­ko­wymi dziew­czy­nami. Uprze­dzę twoje pyta­nie. Chętne cipki znaj­dziesz wszę­dzie. Na dys­ko­tece, w barze, w pubie. Takich to nawet do hotelu nie musisz zabie­rać. Zamy­kasz się w kiblu, chwila moment i idziesz dalej.

Jeśli masz wię­cej czasu albo jesteś nie­śmiały, uży­wasz sobie w inter­ne­cie. Wcho­dzisz na czat z dobrym nic­kiem i laski lecą do cie­bie jak muchy do gówna. Mniej wię­cej dzie­więć­dzie­siąt pro­cent z nich umówi się na randkę, a póź­niej da się namó­wić na seks. Zro­bią wszystko, by kupić sobie odro­binę uczu­cia.

Męż­czy­zna nawet nie ukry­wał swo­jego przed­mio­to­wego sto­sunku do kobiet. Prze­rwał na chwilę, a potem cią­gnął dalej:

- Wiem, co zro­bić, by laska poczuła się pożą­dana i chciała się roze­brać. Jestem kone­se­rem kobie­cego ciała. No dobra, nie będę się chwa­lił. W końcu oka­zało się, że przy moich potrze­bach zbyt dużo czasu zaj­muje mi poszu­ki­wa­nie lasek do zali­cze­nia. W każdą trzeba zain­we­sto­wać nie tylko czas, ale też kasę. Wiesz, po jed­nym piwie za pięć zło­tych laska nie pój­dzie się z tobą pier­do­lić, nawet ci nie obcią­gnie. Potrzeba kilku wypa­sio­nych drin­ków, odpo­wied­niej gadki, uśmie­chów.

Dzien­ni­karka słu­chała opo­wie­ści swo­jego gościa ze spo­ko­jem. Przy­go­to­wała się do tej roz­mowy i dobrze wie­działa, czego może się spo­dzie­wać. Obser­wo­wała jed­nak uważ­nie twarz roz­mówcy. Twarz, na któ­rej malo­wała się obo­jęt­ność.

- Po jakimś cza­sie prze­stało mnie to bawić - kon­ty­nu­ował męż­czy­zna. - Stwier­dzi­łem, że skoro i tak muszę wydać na seks tro­chę kasy, to po co nara­żać się na ryzyko, że stracę czas i kasę na laskę, która w ostat­nim momen­cie przy­po­mni sobie o narze­czo­nym, moral­no­ści i innych pier­do­łach. Poza tym jestem kon­kret­nym face­tem. Wiem, czego chcę. Skoro seks i tak mnie kosz­tuje, to lepiej wie­dzieć od początku, jaka jest stawka i za co.

Naj­pierw zapła­ci­łem tirówce. Zatrzy­ma­łem się przy dro­dze, zaga­da­łem pierw­szą lep­szą i już. Zro­bi­li­śmy to. Było zaje­bi­ście. Bez pro­ble­mów, uda­wa­nych uśmie­chów. Napię­cie zeszło. Żądza została zaspo­ko­jona. Szkoda, że na krótko. Szybko dosze­dłem do wnio­sku, że tirówki, jago­dziany, nie­ważne, jak je nazwiesz... są jak łyk wódki, a prze­cież chcia­łoby się wypić przy­naj­mniej cały kie­li­szek. Nie tak w prze­lo­cie, tylko usiąść przy barze i wypić.

Kolejny etap to dziew­czyny z ogło­szeń pra­so­wych. Idziesz do miesz­ka­nia i chlup. Niby to więk­szy kom­fort, masz łazienkę, łóżko i nikt zna­jomy nie zauważy two­jego samo­chodu przy tra­sie, ale jakość cicho­da­jek była dla mnie zbyt kiep­ska. Wkur­wiały mnie te pro­ste laski. Więk­szość z nich myślała, że ich praca polega tylko na uży­cze­niu na chwilę cipki. W końcu posze­dłem do agen­cji z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Bez­pie­czeń­stwo, ano­ni­mo­wość, kul­tura i czy­sty ręcz­nik.

- A z żoną? Pró­bo­wa­łeś z nią?

- Uwie­rzysz, że te same czyn­no­ści z żoną nie roz­ła­do­wy­wały napię­cia?

- Okej. A sam fakt pła­ce­nia za seks ci nie prze­szka­dzał? - Kobieta nie rozu­miała moty­wa­cji roz­mówcy. - A może poma­gał, co?

- Roz­śmie­sza mnie twoja naiw­ność. To tak, jak­byś zapy­tała mnie, czy nie prze­szka­dza mi to, że pod­czas pier­do­le­nia spusz­czam spodnie. Kobieto! Każdy facet płaci za seks. Jeden żonie, inny kochance, jesz­cze inny kur­wie. Tylko ten ostatni ma czy­sty układ. Mnie to odpo­wia­dało.

- Do czasu, prawda? W końcu prze­stało ci wystar­czać?

- Tak. Musia­łem poczuć coś wię­cej, to było sil­niej­sze ode mnie...

Akt 3

Auto Majew­skiego mknęło lewym pasem trasy kato­wic­kiej z takim impe­tem, że inni kie­rowcy bez zwłoki zjeż­dżali na prawy. Michał nie oszczę­dzał ani ben­zyny, ani sil­nika. Ciężką stopą cisnął pedał gazu. Spra­wiało mu to ogromną przy­jem­ność. Cie­szył się przy tym jak pies spusz­czony ze smy­czy. Jeż­dżąc po mie­ście, nie miał wielu oka­zji, by delek­to­wać się spor­to­wym duchem swo­jego samo­chodu. Gdy tylko się roz­pę­dził, musiał hamo­wać. Ogra­ni­czały go skrzy­żo­wa­nia i czer­wone świa­tła, draż­nili nie­dzielni kie­rowcy.

Na dwu­pa­smo­wej tra­sie czuł siłę spraw­czą i moc wyra­fi­no­wa­nej tech­no­lo­gii, która według pro­du­centa miała łączyć się z funk­cjo­nal­no­ścią. Przy­naj­mniej kilka razy dzien­nie, sia­da­jąc za kie­row­nicą, napa­wał się esen­cją wło­skiego smaku i dba­ło­ścią o każdy detal wnę­trza. Giu­lietta była rów­nie per­fek­cyjna jak on. Bez wąt­pie­nia była prze­dłu­że­niem jego męsko­ści. Musiał ją mieć.

Chwilę po tym, jak minął Cinema City Kine­po­lis na obrze­żach mia­sta, dojeż­dżał już do Kór­nika. Zaha­mo­wał, by bez­piecz­nie skrę­cić w prawo, a następ­nie, w chwili gdy poja­wiło się czer­wone świa­tło, naci­snął gwał­tow­nie gaz i poko­nał skrzy­żo­wa­nie. Zwol­nił dopiero wtedy, gdy zbli­żył się do miej­sca, w któ­rym odna­le­ziono denatkę.

- No, pokaż­cie się! - Otwo­rzył okno od strony kie­rowcy i wysta­wił łokieć.

Wycho­dząc z Zakładu Medy­cyny Sądo­wej, pomy­ślał, że skoro w miej­scu zna­nym z przy­droż­nej pro­sty­tu­cji zna­le­ziono kości kobiety, to ist­nieje duże praw­do­po­do­bień­stwo, że należą one do jed­nej z przed­sta­wi­cie­lek naj­star­szego zawodu świata. Chciał prze­py­tać pozo­stałe dziew­czyny urzę­du­jące w tej czę­ści lasu, by potwier­dzić hipo­tezę śled­czą. Nie mógł tego zro­bić wcze­śniej, bo znik­nęły z trasy, zanim na miej­sce zda­rze­nia doje­chał radio­wóz.

Liczył na to, że tirówki szybko wrócą do pracy, by nad­ro­bić straty finan­sowe. Nie mylił się. Zauwa­żył przy dro­dze trzy kobiety. Chuda stała tyłem, dwie pozo­stałe, widocz­nie zmę­czone życiem, oży­wiły się nie­znacz­nie na widok zwal­nia­ją­cego auta i zaczęły zachę­cać poten­cjal­nego klienta.

Zawa­hał się, zwol­nił do dzie­się­ciu na godzinę, ale nie zatrzy­mał samo­chodu. Zlu­stro­wał tirówki uważ­nie i uznał, że są zbyt znisz­czone. Nie kie­ro­wał się wzglę­dami este­tycz­nymi, lecz poli­cyj­nym doświad­cze­niem. Znisz­cze­nie w ich zawo­dzie zwia­sto­wało duże doświad­cze­nie, a to z kolei ozna­czało pro­blemy. Nie będą chciały roz­ma­wiać z poli­cjan­tem. Nie prze­stra­szą się poli­cyj­nej odznaki. Nie chciał ich prze­pło­szyć - wie­dział, że ma tylko jedno podej­ście. Jeśli źle zacznie roz­mowę, panny nabiorą wody w usta i znikną z drogi na dłuż­szy czas.

Roz­ło­żył ręce, by poka­zać, że stra­cił zain­te­re­so­wa­nie, i odje­chał. Chuda kobieta krzyk­nęła za nim:

- Ciota!

Kil­ka­set metrów dalej, po dru­giej stro­nie drogi dziew­czyna w mini­spód­niczce sie­działa na kamie­niu. Sama. Zawró­cił i zapar­ko­wał na pobo­czu. Pode­szła do jego samo­chodu.

- Na co masz ochotę, kocha­nie? - spy­tała.

Nie miała wię­cej niż dwa­dzie­ścia lat. Nie była zbyt atrak­cyjna. Wałek tłusz­czu wyle­wał się nad paskiem spód­niczki. Duży dekolt odkry­wał jej naj­więk­szy atut. Majew­ski rozej­rzał się uważ­nie.

- A ile bie­rzesz?

- To zależy, czego chcesz.

- Nie wiem... - Sek­sow­nie zawie­sił głos. Chciał infor­ma­cji. Gdyby przy­znał się do tego w tej chwili, dziew­czyna prze­sta­łaby z nim roz­ma­wiać. - A co masz?

- Za loda biorę cztery dychy.

- Jak masz na imię?

- Wera.

- Ład­nie.

- Masz cztery dychy, kocha­nie? - Dziew­czyna znała się na swoim fachu. - Bo jeśli nie, to... - Poka­zała mu, że odej­dzie. Widać nie miała zamiaru tra­cić czasu. Czas to pie­niądz, także (a może zwłasz­cza) w przy­droż­nym punk­cie usług sek­su­al­nych. Prze­dłu­ża­nie bez­płat­nej roz­mowy ozna­cza prze­cież stratę prze­jeż­dża­ją­cych poten­cjal­nych klien­tów.

- Sia­daj! - Poka­zał jej swój port­fel i zapro­sił do samo­chodu.

Obe­szła auto, patrząc na Majew­skiego spod przy­mru­żo­nych powiek. Dawno nie widział tak kiep­sko uda­wa­nej zmy­sło­wo­ści. Chwilę póź­niej usa­do­wiła się bokiem na sie­dze­niu pasa­żera i obli­zu­jąc usta, wpa­try­wała się w jego roz­po­rek. Nad wło­ską esen­cją wyra­fi­no­wa­nej tapi­cerki uniósł się zapach prze­tra­wio­nego alko­holu. Dziew­czyna była spo­cona.

- Słu­chaj, Wera... - Zablo­ko­wał drzwi, by nie ucie­kła z samo­chodu. - Jestem z poli­cji. Potrze­buję two­jej pomocy. Spo­koj­nie, nic ci nie grozi. Pew­nie wiesz, że zna­leź­li­śmy tu... hm, ciało. - Uznał, że nie będzie zapo­zna­wał jej ze szcze­gó­łami pro­wa­dzo­nej sprawy.

- A powin­nam wie­dzieć? - Z jej twa­rzy znik­nął uśmiech. Stra­ciła zain­te­re­so­wa­nie roz­por­kiem Majew­skiego. Patrzyła przed sie­bie, uda­jąc obo­jęt­ność.

- Dobrze by było, gdy­byś wie­działa. Słu­chaj, czy przy­pad­kiem w ostat­nich dniach, może tygo­dniach nie zagi­nęła któ­raś z two­ich kole­ża­nek? Albo może krę­cił się tu jakiś podej­rzany klient? Bar­dziej agre­sywny na przy­kład?

- Nie chcę z tobą gadać.

Dziew­czyna zła­pała klamkę, ale nie mogła otwo­rzyć drzwi. Majew­ski sam chęt­nie by je otwo­rzył i wpu­ścił choć tro­chę świe­żego powie­trza. Bał się, że zapach dziwki wsiąk­nie w tapi­cerkę i zosta­nie w niej na dłu­żej.

- Wera! O ile w ogóle masz tak na imię. Posłu­chaj mnie przez chwilę i sama oceń sytu­ację. Nie jestem twoim wro­giem. Nie zabie­ram cię do komendy. Nie wypy­tuję o alfonsa. W tym lesie jest nie­bez­piecz­nie. Naj­praw­do­po­dob­niej gra­suje mor­derca. Twoje życie jest zagro­żone. Możesz być następna.

- Nie żar­tuj. - Dziew­czyna roze­śmiała się. - Moje życie będzie zagro­żone, jeśli będę gadać z psami. Na bank. Gdyby alf dowie­dział się o naszej roz­mo­wie... Nawet boję się myśleć, co by mi zro­bił.

- Nikt, kuźwa, nie musi wie­dzieć, że gadasz z gliną. Przy­jeż­dżam do cie­bie się spusz­czać. Pro­ste, prawda? - Młody uniósł głos, by zapa­no­wać nad histe­ryczną reak­cją dziwki. - Zer­k­nij, pro­szę, cho­ciaż na to zdję­cie. Widzę, że jesteś bystra. Wiem, że możesz mi pomóc. Nie zaszko­dzę ci. A może kie­dyś pomogę? Co ty na to? Zobacz. - Majew­ski zna­lazł w tele­fo­nie fotkę, którą zro­bił Kaź­mier­cza­kowi. - Widzia­łaś go tu kie­dyś?

Dziew­czyna przez dłuż­szą chwilę biła się z myślami, aż w końcu ode­zwała się zupeł­nie innym niż wcze­śniej, cał­kiem sła­bym gło­sem:

- Myślisz, że to on może być mor­dercą? - Nie odry­wała oczu od wyświe­tla­cza tele­fonu. Jakby chciała zapa­mię­tać moż­li­wie naj­wię­cej szcze­gó­łów.

- Spraw­dzamy wszyst­kie tropy. Być może.

- Sły­sza­łam o tru­pie w lesie. Gdy tylko poja­wił się pierw­szy radio­wóz, alf nas stąd zabrał. Każda z nas ma swój teren, nie wcho­dzimy sobie w paradę. Nie widzia­łam ni­gdy tego faceta. Boję się. - Słaby głos prze­szedł w płacz.

- Jesteś pewna?

- Tak.

- Znasz wszyst­kie dziew­czyny z oko­licy? Może któ­raś zagi­nęła?

- Nie wiem, nie sły­sza­łam o zagi­nię­ciu. W tej branży dziew­czyny odcho­dzą, przy­cho­dzą.

- Dobrze, pod­py­taj inne dziew­czyny i opie­kuna.

- Boję się.

- Spró­buj! Miej oczy i uszy otwarte. Ktoś coś widział. Jestem pewien. Prze­cież sto­icie tu codzien­nie. Ktoś te zwłoki musiał przy­wieźć.

- Tak, pra­wie codzien­nie. Spró­buję, ale nie obie­cuję. Jeśli ktoś się dowie, że...

- Nie dowie się. - Dotknął jej ręki. - Nie wcią­gnę cię na ofi­cjalną listę ucholi. Zawsze mogę przy­je­chać do cie­bie niby na loda, jestem face­tem, nie widać?

- No tak... ale musi mi się zga­dzać w finan­sach.

- Dobra, dam ci dziś trzy­dzie­ści zło­tych, na konto przy­szłej współ­pracy. Zasta­nów się.

- Pomy­ślę, ale... jeśli alf się dowie, to poła­mie mi nogi i zma­sa­kruje twarz.

- Jeste­śmy już na ante­nie, Rafale, podobno chcesz powie­dzieć coś swo­jej part­nerce. - Tubalny męski głos roz­brzmie­wał w gło­śni­kach.

Był to głos niski, jak zwy­kło się mówić: radiowy. Łagod­nie pie­ścił zmy­sły. Nie­ważne, co mówił, brzmiał tak, jakby wydo­by­wał się z ust nie­zwy­kle przy­stoj­nego męż­czy­zny.

- Już mogę mówić? Aniu, chcia­łem cię prze­pro­sić. Jestem palan­tem, ale pamię­taj, że cię kocham.

Wypo­wiedź słu­cha­cza nie brzmiała zbyt atrak­cyj­nie. Bra­ko­wało mu odpo­wied­niej dyk­cji.

- Nie będę wydu­szać z cie­bie, Rafale, tłu­ma­cze­nia, co takiego zma­lo­wa­łeś. Mam nadzieję, że Ania ci wyba­czy. Wybra­łeś dla niej muzyczny pre­zent. Co to będzie?

- Take my bre­ath away.

- Piękna pio­senka. W takim razie posłu­chajmy razem...

- Prze­pra­szam, mogę jesz­cze coś dodać?

- Doda­waj, jeśli musisz!

- Aniu, pamię­tasz tę pio­senkę, prawda? Chciał­bym się cof­nąć w cza­sie. Wró­cić do tam­tych chwil...

- Rafał cofa się w cza­sie! - Tubalny głos bez­czel­nie prze­rwał chło­pa­kowi. Pro­wa­dzący audy­cję nie zasta­na­wiał się nad wagą pro­ble­mów miło­snych, które słu­chacz pró­bo­wał roz­wią­zać. Liczył się czas ante­nowy. - Ania mu wyba­cza, a wy posłu­chaj­cie zespołu Ber­lin.

W salo­nie pano­wał pół­mrok. Tylko pod­ło­gowa, odro­binę skrzy­wiona lampa z Ikei rzu­cała roman­tyczne świa­tło. Łagodna muzyka roz­le­wała się po pokoju, odbi­jała się od regału z książ­kami, muskała komodę, tele­wi­zor i tra­fiała na skó­rzaną sofę.

Prze­my­sław i Iza­bela Burzyń­scy dawno nie sie­dzieli tak bli­sko sie­bie, na jed­nej kana­pie, zale­d­wie na wycią­gnię­cie ręki. Na ławie stała butelka czer­wo­nego wina i jeden kie­li­szek. Drugi znaj­do­wał się w rękach Izy. Pal­cem wska­zu­ją­cym prze­su­wała po kra­wę­dzi, jakby doty­kiem chciała poznać jego kształt.

- Facet musiał nie­źle nawy­wi­jać. - Burza wes­tchnął i sku­pił się na hip­no­tycz­nych kół­kach, które wyko­ny­wał palec jego żony. "Zawsze ma poma­lo­wane paznok­cie" - pomy­ślał.

- Noooo, pew­nie to ich pio­senka. Pamię­tasz naszą?

- Naszą?

Świa­do­mość Burzyń­skiego pode­rwała się nagle z bło­giego uśpie­nia i zaczęła ner­wowo poszu­ki­wać odpo­wie­dzi. Ze zbioru kil­ku­na­stu pio­se­nek waż­nych dla nich w róż­nych okre­sach życia musiał wybrać jedną, dokład­nie tę, o któ­rej myślała żona. W prze­ciw­nym razie nara­żał się na ryzyko kolej­nych zarzu­tów z jej strony.

- Masz na myśli... - Pró­bo­wał zła­pać koło ratun­kowe.

- Naszą pierw­szą pio­senkę.

- Pierw­szą? - Uspo­koił się. - Oczy­wi­ście. Nie mógł­bym jej zapo­mnieć. Kylie Mino­gue wyśpie­wy­wała w dwa tysiące dru­gim roku moje myśli. Love at the first time.

- Pamię­tasz? Jak miło. - Odło­żyła kie­li­szek i przy­tu­liła się do niego. - Gdy cię wtedy zoba­czy­łam, wie­dzia­łam, że będzie mię­dzy nami coś waż­nego.

Prze­my­sław odwza­jem­nił uścisk. Ber­lin prze­stał śpie­wać, a on nie mógł otrzą­snąć się z melan­cho­lij­nego nastroju. Tyle lat minęło od chwili, gdy kole­żanka, któ­rej imie­nia już nie pamię­tał, przed­sta­wiła mu Izę. Flir­to­wali, zaczęli się spo­ty­kać, wkrótce zdo­był jej serce. Potem wszystko poto­czyło się szybko: ślub, dzieci.

- Przemo, co się z nami stało?

Pyta­nie Izy zawi­sło w powie­trzu jak nie­pro­szony gość.

Fak­tycz­nie, chcieli żyć długo i szczę­śli­wie.

- Nie wiem, kocha­nie.

W rzece codzien­no­ści uto­pili plany i marze­nia. Zagu­bili sie­bie. Jego cho­ro­bliwy pra­co­ho­lizm spra­wił, że prze­stał ją zauwa­żać. Liczyła się tylko praca. Wszystko inne było na sza­rym końcu. Nawet nie na dru­gim miej­scu. Bycie poli­cjan­tem anga­żo­wało Burzyń­skiego w cało­ści. Wie­lo­krot­nie obie­cy­wał poprawę. Tyle samo razy musiał prze­pra­szać i tłu­ma­czyć, dla­czego tym razem nie dotrzy­mał obiet­nicy.

Począt­kowo Iza przyj­mo­wała prze­pro­siny, a nawet sama go uspra­wie­dli­wiała. Z cza­sem jed­nak jego słowa stra­ciły zna­cze­nie, zamie­niły się w pusty, nic nie­zna­czący beł­kot. Prze­stała trak­to­wać go poważ­nie. Została sama ze wszyst­kim. Zaj­mo­wała się bliź­niacz­kami, pracą, domem, zaku­pami. Nie mogła liczyć na pomoc męża. Nie podo­bało jej się to. Nie powstrzy­my­wała się od wyra­ża­nia swo­jego nie­za­do­wo­le­nia.

Prze­my­sław słu­chał jej wyrzu­tów i nie mógł pozbyć się myśli, że powo­dem jej nie­za­do­wo­le­nia jest jego wła­sna nie­udol­ność. Gdyby miał na swoim kon­cie spek­ta­ku­larne suk­cesy, gdyby był sławny albo przy­no­sił do domu dużo pie­nię­dzy, Iza nie narze­ka­łaby na jego pra­co­ho­lizm. Pra­co­wał więc coraz wię­cej, z myślą, że w końcu wypra­cuje suk­ces i udo­wodni kobie­cie swo­jego życia, że jed­nak jest praw­dzi­wym męż­czy­zną.

- Myślisz, że mamy jesz­cze szansę poczuć to, co kie­dyś? - Głos Izy brzmiał jak szept nie­śmia­łej dziew­czynki.

Mie­siąc temu, gdy Burzyń­ski pełen eks­cy­ta­cji i pasji wró­cił z pracy do domu, żona sta­nęła w kory­ta­rzu i zapy­tała o przy­ziemną sprawę, uro­dzi­nowe pre­zenty dla córek. W jed­nej chwili z jego twa­rzy znik­nęły wszel­kie pozy­tywne emo­cje. Ich miej­sce zajęły przy­gnę­bie­nie, znu­dze­nie i nie­chęć. Iza nie mogła tego zlek­ce­wa­żyć. Nie chciała dłu­żej go uniesz­czę­śli­wiać. Zde­cy­do­wała, że nie będzie dla niego cię­ża­rem. Ani ona, ani dziew­czynki.

- Ty mi powiedz. - Prze­mek spoj­rzał Izie pro­sto w oczy

- Ja?

- Nie czu­łaś tego na Majorce?

- Przemo, na waka­cjach było cudow­nie. Wyja­śni­li­śmy sobie wiele spraw. Przez dwa tygo­dnie byli­śmy tylko my. Ty, ja i dziew­czynki. Bra­ko­wało mi tego. Dawno nie było tak miło.

- Wiem, że wielu obiet­nic nie dotrzy­ma­łem, ale wtedy, gdy zde­cy­do­wa­łaś się odejść, obie­ca­łem, że się zmie­nię. Mia­łem skoń­czyć sprawę i wyje­chać z wami na dwu­ty­go­dniowy urlop. Tak zro­bi­łem.

- Zga­dza się. Było wspa­niale, przy­znaj!

- Tak.

Było miło, ale bez dzieci byłoby lepiej. Takiej odpo­wie­dzi chciał udzie­lić. Powstrzy­mał się jed­nak. Cho­dził po świe­cie już ponad trzy­dzie­ści osiem lat i wie­dział, że w życiu nie zawsze prawda jest naj­waż­niej­sza. Cza­sem cen­niej­szy jest spo­kój.

- To były bar­dzo miłe dwa tygo­dnie. Sta­ra­łem się dzie­lić ten czas mię­dzy wszyst­kie moje kobiety.

- Dziew­czynki były zachwy­cone twoją uwagą. Ja zresztą też.

- Sta­ra­łem się, jak mogłem. Na­dal się sta­ram.

- Widzia­łam, widzę i doce­niam to. Wiesz, powoli zaczy­nam czuć, że mam szansę wygrać kon­ku­ren­cję z twoją pracą.

- Cie­szę się.

Prze­my­sław po raz kolejny chciał powie­dzieć coś wię­cej. Pra­gnął wytłu­ma­czyć Izie, ile kosz­tuje go sto­so­wa­nie się do jej zasad. Chciał zapy­tać, dla­czego ona dopiero "powoli zaczyna czuć", skoro on tak bar­dzo się stara.

- Widzisz, plan zasad nam pomógł. - Iza wyglą­dała na zado­wo­loną. - Dobrze, że wpa­dłam na ten pomysł. Bałam się, że bez psy­cho­loga sobie nie pora­dzimy

- Tak, zasady poma­gają. Jesteś cudowna.

Prze­my­sław poca­ło­wał żonę. Nie mógł po raz kolejny stra­cić kobiety i dzieci. Uznałby to za swoją naj­więk­szą porażkę. Gdyby stra­cił ją, stra­ciłby też sie­bie. I sens życia. Dla­tego zgo­dził się na te pie­przone zasady współ­ży­cia rodzin­nego, które wisiały na lodówce.

- Ta skrzynka będzie hitem! - Tomek Kola­now­ski nie posia­dał się z rado­ści. - Lep­sza od innych.

- Nawet sobie nie zda­jesz sprawy jakim - burk­nął od nie­chce­nia Major.

Mar­cin Gry­czyń­ski czuł się znu­dzony, jakby sie­dział w kinie i cze­kał na zakoń­cze­nie kiep­skiego filmu. Zdzi­wiony obser­wo­wał kole­gów. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że są bar­dzo pod­nie­ceni. Widział ich emo­cje, ale ich nie rozu­miał. Ubo­le­wał nad tym, że musi wytrwać do końca. Naj­chęt­niej poszedłby już do domu.

Major tyle razy opo­wia­dał mu o przy­jem­no­ści pły­ną­cej z cze­goś, co nazy­wał oke­szo­wy­wa­niem nie­do­stęp­nych miejsc, że posta­no­wił spró­bo­wać. Przy­łą­czył się do wyprawy, ale już po kwa­dran­sie wie­dział, że to nie jest roz­rywka dla niego. Nie odczu­wał żad­nej satys­fak­cji, gdy prze­dzie­rał się przez zaro­śnięty kawa­łek lasu w środku mia­sta i oglą­dał zruj­no­wane for­ty­fi­ka­cje obronne. Nie mógł uda­wać obo­jęt­no­ści wobec wszech­obec­nego smrodu.

- Dobra, czyli naj­pierw w opi­sie wrzucę tro­chę rysu histo­rycz­nego fortu, a potem nasze wska­zówki.

- Dopisz też, że to trudny teren.

Major i Kola­now­ski cie­szyli się jak mali chłopcy. Prze­ci­skali się przez krzaki, podzi­wiali ruiny, wygłu­piali się, jakby nagle ubyło im przy­naj­mniej dwa­dzie­ścia lat. Wyda­wało się, że na tere­nie fortu są sami. Była to zapewne zasługa pory dnia. Bez­domni sypia­jący w zaka­mar­kach obiektu już dawno się wynie­śli, a mło­dzi ama­to­rzy napo­jów wysko­ko­wych z pobli­skich osie­dli scho­dzili się na mniej lub bar­dziej spon­ta­niczne imprezy nieco póź­niej.

- To gdzie to scho­wamy?

- A jakie to ma zna­cze­nie? - spy­tał Mar­cin. - Skrytka to skrytka.

- Miki - obu­rzył się Major - nie skrytka, tylko kesz. Zapa­mię­taj. Kesz. Nie kesz w zna­cze­niu kasy. Kesz od geo­ca­che, czyli taki wodo­od­porny pojem­nik, w któ­rym cho­wamy pre­zenty i dzien­nik. Każdy, kto odnaj­dzie kesza, może wpi­sać się na listę odkryw­ców, by zosta­wić po sobie ślad. Może coś z kesza wyjąć, coś do niego wrzu­cić. Dla­tego miej­sce, w któ­rym jest kesz, ma ogromne zna­cze­nie. Zobacz­cie - chło­pak odło­żył na zie­mię czarny pojem­nik przy­po­mi­na­jący bidon, a z kie­szeni dżin­so­wych spode­nek wyjął zapi­sany kawa­łek papieru - to będą współ­rzędne kesza, a to dodat­kowa wska­zówka.

- Czyli że od tego znaku na ścia­nie trzeba zro­bić trzy kroki w lewo, skrę­cić o czter­dzie­ści pięć stopni i pod pierw­szym drze­wem zna­leźć kesza. - Tomek odczy­tał kartkę, oddał ją Mar­ci­nowi i zaczął iść przed sie­bie.

Major zapa­lił papie­rosa. Mar­cin nie chciał wyjść na nie­przy­sto­so­wa­nego do oto­cze­nia, więc rzu­cił okiem na kartkę z uda­wa­nym zain­te­re­so­wa­niem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki