Akt 2
Ptaki wydawały się nie zauważać poruszenia wokół znaleziska. Ćwierkały w oddali przyjemnie i głośno, jakby chciały zademonstrować przyjezdnym, że
ptasie trele na żywo są o wiele lepsze niż jakiekolwiek relaksujące
"odgłosy lasu" nagrane na płytach i sprzedawane mieszczuchom.
Przyjemny cień drzew zachęcał do położenia się na ziemi i zaczerpnięcia
energii z naturalnego źródła. Gdzieniegdzie przez korony drzew
przedzierały się ostre promienie słoneczne.
Miejscowy policjant Jerzy Franek, który dotarł na miejsce oględzin z komisariatu w Kórniku, szturchnął kolegę po fachu:
- Patrz, kryminalni już są.
- Podarować sobie nie mogli, co?
- No. - Funkcjonariusz splunął przed siebie. - Jakbyśmy sami sobie nie
poradzili... Pieprzona Jedynka.
Energicznym krokiem zbliżał się do nich policjant z Wydziału
Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej. Franek udał serdeczność:
- Witamy Poznań!
- Witam, podkomisarz Burzyński. - Przemysław przywitał się z lokalnymi
funkcjonariuszami krótkim uściskiem dłoni. - Witam. A to jest
posterunkowy...
Odwrócił się, żeby przedstawić Michała Majewskiego, ale ten tkwił
jeszcze przy samochodzie, odwrócony do reszty towarzystwa plecami, więc
dalsza prezentacja nie miała sensu. Burzyński przeszedł do konkretów.
- Co tu mamy? - Rozejrzał się.
- Przyszło zgłoszenie telefoniczne, podjechaliśmy na miejsce zdarzenia -
referował Franek. - Potwierdziliśmy zgłoszenie i zabezpieczyliśmy
miejsce do waszego przyjazdu.
Mężczyźni stali nad znaleziskiem. Na mchu leżał szkielet człowieka.
Postać miała rozpostarte ręce i nogi. Już na pierwszy rzut oka widać
było, że kościec jest niepełny. Brakowało dużej części dłoni i fragmentów stóp.
- Trochę już sobie leży. - Radosny głos Majewskiego zakomunikował jego
przybycie. - Ale ładnie tu jest. Jaki spokój!
Burzyński upomniał partnera wzrokiem. Jak zwykle, zamiast najpierw
skoncentrować się na czynnościach związanych z pracą, chłopak delektował
się widokiem.
- Młody, skup się! - Na wszelki wypadek do mrożącego spojrzenia dodał
komunikat werbalny. Oczywiście ściszonym głosem, by dotarł tylko do
adresata.
Michał Majewski pojawił się w komendzie pierwszego dnia kwietnia i bez
skrępowania przedstawił się jako chrześniak szefa szefów. Ówczesny
partner Burzyńskiego, Ryszard Milczek, żegnał się właśnie ze służbą i zmęczony walką z rakiem udawał się na zasłużony, prawdopodobnie wieczny
odpoczynek. Opuszczone biurko Milczka zajął ten młody, irytujący
mężczyzna.
Burzyński postanowił bronić się przed tym kukułczym jajem, jawnym
dowodem nepotyzmu komendanta głównego. Bronić się, a jednocześnie nie
wbijać gwoździ do swojej trumny. Początkowo współpraca z Młodym, jego
ogromnym ego i jeszcze większymi wyobrażeniami o pracy w policji w niczym nie przypominała kooperacji. Dopiero po pierwszej wspólnej
sprawie - poszukiwaniu zaginionej Leny Pietrzak - Burzyński zaczął
oceniać partnera przez pryzmat jego umiejętności, zamiast zastanawiać
się nad jego koneksjami rodzinnymi. Nie wiadomo kiedy zrodziła się
między nimi nić sympatii.
- Kto to zgłosił? - Burzyński kontynuował przepytywanie policjanta z Kórnika i rozglądał się uważnie.
Spokój i odgłosy lasu co jakiś czas przerywane były warkotem
przejeżdżających samochodów. Na drodze między Kórnikiem a Mieczewem
panował zwiększony ruch, zwłaszcza samochodów ciężarowych.
- Zadzwonił facet, ale szczątki znalazła paniena. - Franek wskazał na
siedzącą na ziemi parę.
- Paniena? Pracująca nieopodal? - szeroko uśmiechnął się Młody.
Dobrze znał profil biznesowy okolicznych lasów. Przed remontem tak
zwanej trasy katowickiej przydrożne prostytutki stały na skraju lasu
bliżej Poznania, na wysokości Borówca. Po remoncie, wybudowaniu ronda i zjazdów oraz zamknięciu leśnej uliczki, lokalnej alei czerwonych
latarni, biznes przydrożnych, zazwyczaj ukraińskich punktów uciechy
musiał przenieść się trochę dalej. Idealnym miejscem stał się oddalony o kilka kilometrów las przy drodze wojewódzkiej między Kórnikiem a Mieczewem.
- Podobno nie jest dziwką. - Franek poczuł się w obowiązku stanąć w obronie młodej dziewczyny. - Nie sądzę, by... Nie. Ona mówi, że
przejeżdżała tędy z chłopakiem, wyszła z samochodu za potrzebą i natknęła się na czaszkę.
Takie tłumaczenie nie przekonało Majewskiego. Wzruszył tylko ramionami i zanim podążył za Burzyńskim, dodał:
- A co miała powiedzieć? Że była się odlać przed stosunkiem, za który
bierze pięć dych?
- Kuźwa, nie wygląda to dobrze. - Młody, jak zwykle w chwilach
skupienia, obracał się na swoim krześle. Co jakiś czas zerkał na leżące
na biurku zdjęcia ludzkich szczątków.
Niewielką przestrzeń pokoju śledczych szczelnie wypełniały meble dalekie
od funkcjonalności, bliższe raczej eksponatom muzealnym: dwa ogromne
biurka, obdrapana szafa pancerna i wysłużone, obrotowe krzesła.
- Trup nigdy nie wygląda dobrze.
- Jaki trup? Przecież tu nawet grama mięsa nie znajdziesz. - Majewski
nie mógł się uspokoić. - To jest taki... karykaturalny obraz. Jak
pozostałości po gigantycznym indyku w Święto Dziękczynienia.
- Taa, faktycznie - przytaknął Burzyński. - Niektórzy mieszkańcy lasu
mieli niezłą ucztę! Nie można temu zaprzeczyć.
Mężczyźni pracowali wspólnie od ponad czterech miesięcy, spędzili ze
sobą siedemset godzin, rozmawiali niemalże codziennie. Żyli wspólnymi
sprawami i uczyli się siebie nawzajem. Burzyński zobaczył w końcu w młodszym koledze siebie sprzed lat - policjanta pełnego zapału, marzeń,
chcącego zmieniać świat.
Z kolei Michał Majewski powoli oswajał się z przerażającym poczuciem
odpowiedzialności Burzyńskiego. Z jego brakiem ekscytacji i emocji w patrzeniu w przyszłość. Nadal bał się, że najdalej za kilkanaście lat
będzie wiódł podobnie nudne i schematyczne życie. Zrobiłby wszystko, by
tego uniknąć. Uważnie obserwował kolegę i starał się na bieżąco
analizować jego zachowanie. Wnioski zostawiał dla siebie, licząc po
cichu, że w ten sposób odnajdzie receptę na szczęśliwe życie.
- Dobra, Młody, przestań kręcić się w kółko. Zajmę się dziewczyną i chłopakiem, zobaczę, co mi powiedzą. - Burzyński wstał energicznie i spojrzał na zegarek.
- Chętnie ci pomogę.
- No myślę...
- To co, gadamy razem czy solo? Chętnie wezmę tę pannę w obroty.
- Taa, w to nie wątpię. Dzielimy się. Ja przesłuchuję oboje, a ty
jedziesz do ZMS-u. Musisz ustalić, co wiedzą o ofierze.
- Ja?
- A co?
- Nic... Burza, ale ja jeszcze nigdy tego nie robiłem. Może poczekam i pojedziemy razem?
- Przecież kręcą cię pierwsze razy. Sam dasz radę. Ja po przesłuchaniach
- spojrzał na zegarek - uciekam prosto do domu.
Za godzinę mieli skończyć pracę. Mijało właśnie siedem godzin, do
których Burzyński doliczył sześćdziesiąt minut - czas niezbędny na
dokładne przepytanie dwóch osób. Nowa sprawa spowodowała dopływ
adrenaliny do jego krwi. Miał ochotę, niczym pies gończy, zerwać się ze
smyczy i biec w nieznane, dopóki nie zgubi tropu albo nie złapie zębami
nogawki złoczyńcy. Sam mógłby podjechać do Zakładu Medycyny Sądowej, ale
instynkt samozachowawczy przypominał mu bezustannie o zasadzie numer
trzy.
Dziesięć zasad mających na celu ratowanie małżeństwa Burzyńskich
powstało w wyniku długich i ciężkich negocjacji. Ograniczenie numer trzy
mówiło o wyraźnym i z góry ustalonym rozdziale czasu pracy i czasu dla
rodziny. Gdy obiecywał przestrzegać tego punktu, doskonale wiedział, że
nie da rady dotrzymać słowa. Już samą zgodę na jego wstawienie uznał za
wielkie poświęcenie i ogromny dowód miłości. Niestety, jak się później
okazało, Izie Burzyńskiej nie wystarczyły puste deklaracje. Pilnowała
przestrzegania zasad jak lew upolowanej antylopy.
- Czemu ty nie pojedziesz, kuźwa, tylko mnie wysyłasz? - Młody nie
odpuszczał. - Ja załatwię przesłuchania, a ty ZMS.
Majewski wielokrotnie brał udział w przesłuchaniach świadków i podejrzanych. Rozkoszował się obserwowaniem ludzi przebywających w małych pomieszczeniach, branych w krzyżowy ogień pytań. Widział i czuł
dużo więcej niż przeciętny człowiek. Obawiał się jednak rozmowy ze
specjalistą od kości. Tu nie mógł sobie pozwolić na improwizację. Musiał
wiedzieć, o co pytać, a później zapamiętać odpowiedzi, by nie zostać
wyśmianym przez Burzyńskiego.
- A ty co? Spotkałeś już wcześniej jakiegoś antropologa, że masz takiego
cykora?
- Ja cykora? Chyba żartujesz, kuźwa. Powinienem się bać?
- No wiesz, mówi się, że to krwiożercze bestie... - Burza nie mógł
powstrzymać się od żartów. - Podobno antropologami zostają ci, dla
których na medycynie zabrakło miejsc.
- Tak trzeba było od razu ze mną rozmawiać. - Chłopak skapitulował, bo
czuł, że nic nie wskóra. - Czyli wysyłasz mnie do jakiegoś frustrata, co
czyta z kości, żebym dowiedział się, kim był ten kościotrup, zanim
został pozbawiony mięśni i tłuszczu. Od razu brzmi dużo ciekawiej. Kogo
mam tam szukać?
- Już ci zapisuję nazwisko.
Michał Majewski z impetem trzasnął drzwiami czerwonej alfy romeo. Stał
przy prawie stuletnim, monumentalnym budynku, zwanym kiedyś Pałacem
Sztuki. Gdy wpisywał w nawigację dane adresowe Zakładu Medycyny Sądowej,
spodziewał się dojechać do obskurnego budynku z lat osiemdziesiątych,
wepchniętego bez ładu i składu między kamienice. Tymczasem, skręcając
zaraz za terenem Międzynarodowych Targów Poznańskich z ulicy
Grunwaldzkiej w lewo, w wąską ulicę Święcickiego, zorientował się, że
numer sześć, do którego zmierza, znajduje się w Collegium Anatomicum.
Szybko minął bramę z napisem "Nie zastawiać" oraz podwórze użytkowane
jako parking dla pracowników instytucji i stanął na schodach, odrobinę
zaniepokojony czekającą go rozmową ze specjalistą. Wziął głęboki wdech,
jakby za chwilę miał zniknąć pod powierzchnią wody, i popchnął drzwi.
Przeszedł koło portierni i stanął na środku ogromnego korytarza. Ku jego
zdziwieniu nie przywitały go sterty kości, zapach trupów, szaleni
antropolodzy i patolodzy ze zwichrzonymi włosami. Korytarz wypełniał
studencki gwar. Gdzie nie odwrócił głowy, tam widział atrakcyjne
dziewczyny.
"Jestem w raju" - ta myśl pojawiła się i sprawiła, że krew zaczęła mu
krążyć szybciej niż zwykle. Na chwilę się przyczaił i wytypował
dziewczynę. Nie byłby sobą, gdyby nie wybrał najładniejszej. Długowłosa
właścicielka seksownego biustu siedziała na schodach i przeglądała
notatki.
Podszedł na tyle blisko, by zauważyła go kątem oka. Odczekał chwilę i usiadł. Dokładnie na tym samym schodku co ona, blokując tym samym
przejście. Zgodnie z jego planem dwie minuty później osoba wchodząca na
piętro rzuciła pełne wyrzutów:
- Przepraszam!
Michał przesunął się w stronę atrakcyjnego biustu, by zrobić przejście.
Oczywiście udawał, że robi to pod przymusem. Dziewczyna poczuła
krępującą bliskość obcego ciała i przesunęła się w stronę balustrady,
żeby zwiększyć dystans. Nie miała jednak zbyt dużego pola manewru.
- Cześć! - Michał podarował jej uśmiech numer cztery.
Wielokrotnie sprawdzał jego skuteczność. Wiedział, jak działa na
kobiety. Pełne usta odsłaniające zęby i tańczące chochliki w niebieskich
oczach.
- Cześć.
Dziewczyna spojrzała na niego. Ich twarze dzieliła suma długości ich
ramion. Maksymalnie pięćdziesiąt centymetrów.
- Co robisz?
Uśmiech nie schodził z jego twarzy, zwłaszcza że był już pewien, jak
spędzi dzisiejszy wieczór.
- Ja, yyy - dziewczyna starała się zapanować nad zaskoczeniem -
przeglądam notatki.
- Wiesz - symulował wahanie, by tym skuteczniej uwieść ją mieszanką
pewności siebie i nieśmiałości - nie o to pytałem. Co robisz? No wiesz,
po zajęciach? Wieczorem? Co będziesz robić przez całe swoje życie?
- A co?
Na osobistą listę podbojów mógł wpisać kolejną zdobycz, jeszcze
bezimienną, ale z rozmiarem, na oko, 75 E. Wbił już w nią swoje kły,
leżała sparaliżowana. Wystarczyło zanieść jej ciało do jaskini.
- Bo jeśli nie spędzisz tego wieczoru ze mną, uczynisz mnie najbardziej
nieszczęśliwym facetem na świecie. Wybacz, że tak prosto z mostu, ale...
zaczarowałaś mnie.
Oblizywała usta, nie wiedząc, co powiedzieć.
- O której kończysz? - spytał. Czuł, że jego podniecenie rośnie.
- Mam jeszcze ćwiczenia, będę wolna za godzinę.
- Świetnie, więc zapraszam cię na najlepsze włoskie spaghetti w mieście.
- Przemilczał fakt, że sam zaserwuje jej makaron z sosem pomidorowym, w prywatnym mieszkaniu, po porcji włoskich ćwiczeń fizycznych. - Jak masz
na imię?
- Ewka, a ty?
- Michał. Będę tu na ciebie czekał. Powiedz mi jeszcze, gdzie znajdę
Zakład Medycyny Sądowej?
- Tam, na parterze. Te szklane drzwi po prawej stronie.
Tuż obok wejścia do Zakładu Medycyny Sądowej Majewski zauważył łacińską
sentencję na ścianie: Hic mors gaudet succurrere vitae et iustitiae.
Tu śmierć cieszy się, że pomaga życiu i sprawiedliwości.
Śmierć cieszy się. Ta antyteza rozbawiła go i przeraziła jednocześnie.
Ktoś przyjął założenie, że śmierć może odczuwać radość. Przecież śmierć
nie czuje... Jest jak urzędnik państwowy, obojętna na stany poruszenia
umysłu, prośby, groźby i obietnice. Przychodzi w najmniej oczekiwanym
momencie, zabiera to, na czym zależy ludziom najbardziej. Ma w dupie to,
czy komuś pomaga, czy też go pogrąża.
Gdy szklane drzwi zamknęły się za Majewskim, poczuł się nieswojo. Tak
jakby właśnie przeprawił się przez Styks. Jakby uciekło z niego życie.
Wszelkie oznaki istnienia - śmiech, krzyki i ruch - pozostały za
drzwiami. Korytarz, którym podążał, był pusty. Lodowato pusty. Niby
podobny do miejsca, w którym przed chwilą poderwał dziewczynę na
dzisiejszy wieczór, a jednak zupełnie inny.
Zbliżał się do końca korytarza. Kolejne szklane drzwi broniły wstępu do
części, w której znajdowały się zamknięte w szklanych gablotach muzealne
eksponaty - kości, czaszki i zmumifikowane ciało.
Nagle na korytarzu pojawiła się kobieta w średnim wieku. Szła w kierunku
drzwi. Myśliwy Majewski po raz kolejny tego dnia poczuł zwierzynę łowną.
Węch nie mógł go mylić. Kobieta musiała być przed czterdziestką lub
nieznacznie po niej. Smakowicie kołysała biodrami, układając stopy
niemalże w linii prostej. Jej nogi zakrywała przydługa (jak na gust
Michała) spódnica. Nie potrzebował wiele, by wyobrazić ją sobie w obcisłej mini. Tak, taka kobieta powinna pokazywać nie tylko łydki i kolana, ale i uda.
Kobieta podchwyciła jego łakomy wzrok. Jej lodowate spojrzenie zmroziło
go. Momentalnie wrócił do rzeczywistości. Mini wydłużyło się, a biodra,
zamiast siedzieć na nim, właśnie go mijały. Odwrócił się, by jeszcze
przez chwilę cieszyć oczy tym zmysłowym zjawiskiem. Kobieta zniknęła
jednak tak szybko, jak się pojawiła. Zamknęła za sobą drzwi, a Majewskiemu przemknęło przez myśl, że powinna zapomnieć czegoś i znów
wyjść na wybieg między ludzkimi szczątkami. Mógłby podziwiać drugi akt
przedstawienia. Niestety, korytarz pozostał pusty. Policjant złapał więc
za najbliższą klamkę.
- Dzień dobry, posterunkowy Majewski - przedstawił się.
Mężczyzna w białym fartuchu odwrócił wzrok od mikroskopu.
- Pan do mnie?
- Być może. Szukam - spojrzał na kartkę od Burzyńskiego - Brolla.
- Brolla? - zdziwił się mężczyzna. - Aaa! - Dopiero po chwili skojarzył
nazwisko. - To musi pan iść do pracowni antropologii i odontologii,
pokój numer siedem. Jeśli tam nikogo nie będzie, to niech pan zajrzy pod
piątkę.
- Pokój siedem lub pięć, dzięki.
Chwilę później klamka do pokoju numer pięć ustąpiła pod naciskiem dłoni
Majewskiego. Pracownia antropologii była zamknięta na cztery spusty,
dlatego bez pukania zajrzał do piątki.
- Dzień dobry... - Miał zamiar przywitać się służbowo, ale zobaczył
kobietę w spódnicy, która według jego wcześniejszej oceny powinna być
zdecydowanie krótsza. - No, no, no. Nie wiedziałem, że w takim miejscu
można spotkać anioła.
Kobieta stała przy metalowym stole. Odwróciła głowę i wrogo spojrzała na
przybysza.
- Nie umie pan pukać?
- Pani wygląda jak anioł, zwłaszcza w tym świetle. Jestem oślepiony... -
Do wyznania dodał uśmiech numer trzy.
- Nieupoważnionym wstęp wzbroniony! - Ostry ton i spojrzenie kobiety
były jednoznaczne.
Oto stała przed nim kobieta - wyzwanie. Kobieta - Mount Everest. Kobieta
- królowa lodu. Nie działał na nią jego urok. Nie miała ochoty na flirt.
- Niech się pani nie denerwuje. - Majewski nie zamierzał się poddać. -
Złość piękności szkodzi. Jestem z policji. Lepiej powiedz mi, aniele,
gdzie znajdę antropologa?
- Raczej antropolog - poprawiła go.
- A jakie to ma znaczenie?
- Ogromne.
Policjant nie wytrzymał pełnego pretensji spojrzenia kobiety. Na stole,
przy którym stała, zauważył kości ułożone na kształt ludzkiego
szkieletu. Chciał podejść bliżej, ale dopiero w tej chwili uświadomił
sobie, że jego węch odbiera dziwne bodźce. Coś podobnego do zapachu
szkolnej stołówki, zaschniętego brudu, przypalonego mięsa i wiecznie
czarnej ścierki, którą kucharka przeciera tace. Nie był w stanie ocenić,
czy zapach go drażni, czy się mu podoba. Budził jednak nieprzyjemne
wspomnienia.
- Dokładnie kogo pan szuka? - Kobieta przyglądała mu się lodowato.
- A. Broll - odczytał z kartki. - Korzystając z wrodzonej inteligencji -
do wypowiedzi dołączył kolejny uśmiech, zazwyczaj działający na kobiety
- strzelę w Aleksandra. Szukam antropologa Aleksandra Brolla.
- Nie wróżę panu długiej kariery w policji, zwłaszcza jeśli będzie pan
musiał strzelać. O swojej inteligencji może pan zapomnieć. Radziłabym
raczej popracować nad sobą i kulturą osobistą! Proszę przyjść do mnie
dopiero, jak uzupełni pan braki. Proszę też sobie zapamiętać moje
nazwisko: Anita Broll.
- Przepraszam bardzo. Burza mnie nie uprzedził, że idę do babeczki.
- A to trzeba uprzedzać?! - Jeśli chwilę wcześniej Majewski myślał, że
zdenerwował kobietę, dopiero teraz widział, że się mylił. Ostatnie
zdanie wprawiło ją w prawdziwą wściekłość. - Burza nie uprzedził?! Pan
sobie chyba żartuje! Czy płeć ma znaczenie podczas wykonywania czynności
zawodowych?!
- Nie, oczywiście, że nie. Proszę się uspokoić. Nie chciałem pani
urazić...
- Tylko mnie zaliczyć? Upokorzyć? Zapomniałam o czymś?
Stał w ciszy, czekając, aż Anita Broll się uspokoi. Dość szybko
opanowała się i zamilkła. Odwróciła się do niego plecami. Chciała, by
opuścił pokój, uznała jednak, że najłatwiej się go pozbędzie, jeśli
szybko odpowie na jego pytania.
- Przysłali pana w sprawie wczorajszych szczątków?
- Tak.
- To wasze znalezisko. - Pokazała kości na stole. - Szczątki należą do
jednej osoby. Najprawdopodobniej kobiety.
- Kobiety? - Majewski przyglądał się uważnie temu, co leżało na stole.
Czaszka, żebra, miednica, kończyny. Nie mógł powiedzieć nic więcej poza
tym, że kości są kośćmi. Określanie na ich podstawie płci osobnika było
dla niego równie wiarygodne, jak wróżenie z fusów. - Kościotrup mógł być
rodzaju żeńskiego?
- Tak. - Lakoniczna odpowiedź Broll nie zawierała żadnego ładunku
emocjonalnego. Zaczęła zachowywać się tak, jakby wyłączyła odczuwanie.
- No nie wiem, ale... nie wygląda to - wskazał na czaszkę - na kobietę.
- Wygląda - zapewniła obojętnie.
- Dobrze, zatem kobieta. - Zaczął notować, by nie uronić ani jednego
słowa. Nie zamierzał wracać z dodatkowymi pytaniami do lodowatej
antropolożki. - Czy można określić jej wiek i to, jak długo leżała w lesie?
- Jeśli wziąć pod uwagę, że przez ostatnie dwa tygodnie panowała iście
egipska pogoda... Nie wiem, ile dni po zgonie trafiła do miejsca, w którym
ją odnaleziono. Ale jeśli założyć, że umarła w lesie albo znalazła się
tam zaraz po śmierci, to jej ciało musiało leżeć minimum trzy tygodnie.
A może nawet i pięć. Owady i zwierzęta zrobiły swoje. Na kościach widać
pozostałości po ich żerowaniu. Brakuje kilku drobniejszych kości... -
Broll przerwała; uznała, że młody policjant i tak niewiele zrozumie z jej wypowiedzi. Powinna odpowiadać krótko i rzeczowo.
- Drobniejszych? - powtórzył.
- Tak.
- Czyli?
- Chociażby kości dłoni.
- Aha.
- Nie miała więcej niż trzydzieści lat, nie mniej niż dwadzieścia pięć -
uprzedziła jego pytanie.
Od lat współpracowała z policją. Wiedziała, jakich informacji powinna
dostarczać.
- Między dwa pięć a dwa dziewięć - notował. - Wiadomo, jak zginęła? Może
to pani odczytać z tych szczątków?
- Niestety, nie ma żadnego urazu, który mógłby prowadzić do śmierci.
Jedyne uszkodzenie to złamana kość przedramienia, ale złamanie jest
zrośnięte. Kość gnykowa jest nienaruszona.
- Gnykowa?
- Mówię, że ofiara nie została uduszona.
- Aha. O co jeszcze powinienem zapytać?
- Była niewysoka, miała metr sześćdziesiąt dwa. To wszystko.
Przynajmniej na tę chwilę.
- Może jakieś ślady udało się znaleźć?
- Mówię, że nie wiem nic więcej. Ofiara musiała być naga, nie znalazłam
na szkielecie śladów materiałów.
- Dziękuję. Jakby coś jeszcze wyszło, gdyby pojawiły się nowe
informacje, to proszę o info.
Majewski z tylnej kieszeni spodni wyjął wizytówkę i podał ją
antropolożce.
- Dobrze - odpowiedziała i nie czekając, aż bezczelny mężczyzna opuści
jej terytorium, wróciła do pracy.
Michał Majewski stał jeszcze chwilę, obserwując ją, aż w końcu
zdecydował się zaatakować po raz kolejny.
- Niesamowite... - rzucił od niechcenia.
Kobieta wyczuła zmianę w jego głosie. Brzmiał zupełnie inaczej, gdy
rozmawiali o sprawach zawodowych.
- Niesamowite, że taka piękna kobieta chce obcować ze śmiercią...
Anita Broll postanowiła nie dać się po raz kolejny sprowokować. Czuła
jego wzrok na sobie, opanowała więc rosnące w niej oburzenie i odwróciła
się.
- Żegnam pana.
- Do zobaczenia, pani Anito.
Przemysław Burzyński wysłuchał opowieści Barbary Chabrzyk i zamierzał
przejść do kolejnego punktu: pytań i odpowiedzi. Wcześniej przesłuchiwał
Sebastiana Kaźmierczaka i miał parę wątpliwości, które dziewczyna mogła
rozwiać lub potwierdzić.
- Mówiłaś, że znasz Sebastiana Kaźmierczaka. Jak długo?
- Dość długo, poznaliśmy się jakieś dwa miesiące temu, na imprezie.
- Kto podjął decyzję o zatrzymaniu samochodu?
- Tłumaczyłam przecież policjantom, opowiadałam też panu. Muszę wszystko
powtarzać?
Barbara Chabrzyk wyglądała na zmęczoną. Przez kilka ostatnich dni żyła
na wyższych obrotach, niewiele spała. W tej chwili marzyła o spokoju i wygodnym łóżku. Irytowały ją pytania łysiejącego policjanta. Gdy
opowiadała mu o znalezisku, wydawał się skupiony. Myślała, że gdy tylko
dobrnie do końca opowieści, policjant da jej coś do podpisania i wypuści
do domu.
- Rany, siku mi się okropnie chciało. Już pół godziny wcześniej. Co
prawda myślałam, że jakoś wytrzymam do Poznania, nie zrobię sobie siary,
no ale nie wyszło. Zatrzymaliśmy się, żebym nie posikała mu samochodu.
- Nie uważasz, że to zabawny zbieg okoliczności?
- Nie rozumiem. Pan coś insynuuje? - Otworzyła szeroko oczy i zmarszczyła czoło.
Czujny wzrok Burzyńskiego odnalazł w końcu coś, na czym mógł się skupić.
Jego cierpliwość została wynagrodzona. Dziewczyna zaczęła się
denerwować. Miał pewność, że zdziwienie, które przed chwilą wyraziła,
było nieszczere. Jej czoło nie zmarszczyło się błyskawicznie. Delikatne
opóźnienie trwało jeden moment, potrzebny, by wydane przez jej mózg
polecenie dotarło do mięśni twarzy.
- Las ciągnie się przecież wzdłuż drogi przez kilka kilometrów, a on
wysadził cię akurat tam?
- Tak wyszło. Najpierw starałam się o tym nie myśleć. Później nacisk na
pęcherz był tak duży, że mu powiedziałam... Nie miał się gdzie zatrzymać.
Albo droga nie miała pobocza, albo gdy zbliżało się coś szerszego, to
nie można było się tam zatrzymać.
- Z jakiego powodu?
- Nie wiem. Nie ja byłam kierowcą. Całą uwagę skupiałam na sobie.
- Na pewno widziałaś zjazd i parking leśny kilkaset metrów wcześniej,
mogliście tam się zatrzymać.
Burzyński miał swoją teorię. Kaźmierczak i Chabrzyk zatrzymali się w lesie, by uprawiać seks. Tego był pewien. Podczas przesłuchania
Kaźmierczak chwalił się wręcz swoim olbrzymim popędem seksualnym. Uważał
go za oznakę prawdziwej męskości. Przy drodze, którą jechał, stały
tirówki. Nie mógł oprzeć się takiej pokusie. To jakby głodnemu kazać
stanąć w długiej kolejce do kasy w markecie, gdzie z półki krzyczą
batony: "Weź mnie, weź mnie".
Musiał ustalić, czy miejsce, w którym zatrzymała się para, było
przypadkowe, czy znane Kaźmierczakowi. Być może miał w tym lesie swój
rozkoszny zakątek, w którym regularnie oddawał się zmysłowym
przyjemnościom.
- Widziałam, ale Sebastian nie chciał się tam zatrzymać. Przy drodze
stały dziwki.
- Widziałaś je?
- Sebastian powiedział, że to dziwki. W sumie tak, widziałam jedną
kobietę, może nawet dwie. Nie skojarzyłam, czemu stoją same w lesie.
Siku mi się chciało. Myślałam, że zaraz eksploduję.
- Czyli twój chłopak ci powiedział... - Policjant położył akcent na słowo
"twój".
- Powiedział, że stoją tu panienki. - Dziewczyna ani nie potwierdziła,
ani nie zaprzeczyła, że jest związana z Kaźmierczakiem. - Pytałam, skąd
wie, że to właśnie jagodzianki. Powiedział, że wie. Podobno z kolegami
czasem jeżdżą pooglądać je sobie, więc wie, jak wyglądają. Nie
dopytywałam, bo poczułam, że już nie wytrzymam ani minuty dłużej.
Jęknęłam, a on zatrzymał się kilkanaście sekund później, kawałek za
zakrętem. Wystrzeliłam jak strzała i biegłam prosto przed siebie, by
stracić z oczu samochód.
- Nie uważasz, że to było niebezpieczne, skoro - jak sama mówisz - w kilku miejscach stały tirówki? Mogłaś się natknąć na jedną z nich
podczas pracy...
- Nie myślałam o tym. - Barbara kręciła głową. - Chciałam tylko opróżnić
pęcherz.
- Nie mogłaś zrobić tego przy samochodzie?
- Nie.
- Dlaczego? To byłoby przecież bezpieczniejsze.
- Być może, ale też nieestetyczne. Jak to panu wyjaśnić? Nie wiem, czy
pan zrozumie, nie jest pan, hm... najmłodszy. My z Sebastianem... To znaczy
on i ja nie jesteśmy małżeństwem, nie znamy się tak długo, by bez
skrępowania sikać przy sobie. Znamy się raczej krótko.
Burzyński nie mógł nie zauważyć rosnącego zdenerwowania dziewczyny.
Wychwycił też rozbieżność w jej wypowiedziach. Jej ocena czasu
znajomości z Kaźmierczakiem zmieniała się w zależności od sytuacji.
- Jak długo się znacie? - zapytał, by sprawdzić jej reakcję. Mogła albo
potwierdzić jedną z dwóch wykluczających się odpowiedzi, których
udzieliła wcześniej, albo wymyślić trzecią, zupełnie nową.
- Znamy się od dwóch miesięcy, ale dopiero na chwilę przed wyjazdem nad
morze, że tak powiem, poznaliśmy się bliżej. - Speszona Barbara spuściła
głowę.
- Współżyjesz z Kaźmierczakiem? - Postanowił wykorzystać jej chwilowe
zakłopotanie i rozpoczął pytania na najbardziej krępujący temat.
- Słucham?
Zareagowała dokładnie tak, jak się spodziewał. Rumieniec zalał jej
policzki. Nie wiedziała, gdzie spojrzeć. Kręciła się na krześle, jakby
wzrok policjanta sprawiał jej ból.
- Uprawialiście seks? - powtórzył.
- Tak - wyznała w taki sposób, jakby przyznawała się do morderstwa. -
Pierwszy raz tydzień temu...
Burzyński odwrócił głowę, by dać dziewczynie odpocząć od swojego
spojrzenia. W swojej pracy poznał wielu dziwnych ludzi, wiele trudnych
związków, niezrozumiałych motywacji. Nauczył się przyglądać i nie
oceniać. Często milczenie było jedyną reakcją, na jaką mógł sobie
pozwolić.
- A wtedy w lesie zatrzymaliście się na seks?
- Nie. Robiliśmy to tuż przed wyjazdem. W lesie zatrzymaliśmy się na
siku, mówiłam już.
- Dobrze. - Burzyński uśmiechnął się. Wiedział już wszystko. Kaźmierczak
podczas przesłuchania zapierał się, że nie musi płacić za seks, a miejsce, w którym się zatrzymał, było przypadkowe. Chabrzyk to
potwierdzała. - To czas na ostatnie pytanie: kiedy zauważyłaś zwłoki?
- Wracałam do samochodu, zrobiłam kilka kroków i zauważyłam coś
dziwnego. Nie wiem, dlaczego akurat spojrzałam w tamtą stronę, ale ta
czaszka była okropna i tak wyraźnie odznaczała się na ziemi.
- Dziękuję, na dziś to wszystko. - Policjant spojrzał na zegarek.
Powinien już opuszczać firmę.
- Proszę pana? To chyba dobrze, że musiałam za potrzebą biec do lasu,
dobrze, że wpadłam na te zwłoki, przynajmniej teraz możecie złapać tego,
co zabił, prawda?
- Każdą potrzebę trzeba zaspokoić. Jak ty zaspokajałeś swoje?
Pytanie kobiety wybrzmiało w pokoju, a później zapadła złowroga cisza.
Jakby mężczyzna rozważał, czy zabić kobietę przed udzieleniem
odpowiedzi, czy zaraz po. Powietrze stało się gęste, a temperatura
wzrastała z minuty na minutę za sprawą dwóch lamp na statywach.
- Najlepiej, jak umiałem - odezwał się w końcu, a jego rubaszny śmiech
obijał się przez chwilę o ściany. - Przecież nie można stale żyć w napięciu. Poczucie niespełnienia zamienia się we frustrację, a ona
potrafi zniszczyć nawet najtwardszego człowieka. Moje potrzeby były
proste. Bodźce docierały z każdej strony. Kobieta mijająca mnie na
ulicy, dziewczyna z teledysku... Cóż, mam umiejętność nadawania
seksualnego znaczenia ludziom i sytuacjom w zupełnie zwyczajnych
okolicznościach.
- Rozumiem. - Kobieta nawet przez chwilę nie pomyślała, że igra z ogniem. - Myślisz, że stać cię na bardziej konkretne odpowiedzi?
- Chcesz konkretów? Proszę bardzo. - Wypuścił z siebie powietrze tak
mocno, że uniosły się leżące na stole kartki z pytaniami. - Zaczynałem
jak każdy seksoholik. Najpierw był seks z przypadkowymi dziewczynami.
Uprzedzę twoje pytanie. Chętne cipki znajdziesz wszędzie. Na dyskotece,
w barze, w pubie. Takich to nawet do hotelu nie musisz zabierać.
Zamykasz się w kiblu, chwila moment i idziesz dalej.
Jeśli masz więcej czasu albo jesteś nieśmiały, używasz sobie w internecie. Wchodzisz na czat z dobrym nickiem i laski lecą do ciebie
jak muchy do gówna. Mniej więcej dziewięćdziesiąt procent z nich umówi
się na randkę, a później da się namówić na seks. Zrobią wszystko, by
kupić sobie odrobinę uczucia.
Mężczyzna nawet nie ukrywał swojego przedmiotowego stosunku do kobiet.
Przerwał na chwilę, a potem ciągnął dalej:
- Wiem, co zrobić, by laska poczuła się pożądana i chciała się rozebrać.
Jestem koneserem kobiecego ciała. No dobra, nie będę się chwalił. W końcu okazało się, że przy moich potrzebach zbyt dużo czasu zajmuje mi
poszukiwanie lasek do zaliczenia. W każdą trzeba zainwestować nie tylko
czas, ale też kasę. Wiesz, po jednym piwie za pięć złotych laska nie
pójdzie się z tobą pierdolić, nawet ci nie obciągnie. Potrzeba kilku
wypasionych drinków, odpowiedniej gadki, uśmiechów.
Dziennikarka słuchała opowieści swojego gościa ze spokojem. Przygotowała
się do tej rozmowy i dobrze wiedziała, czego może się spodziewać.
Obserwowała jednak uważnie twarz rozmówcy. Twarz, na której malowała się
obojętność.
- Po jakimś czasie przestało mnie to bawić - kontynuował mężczyzna. -
Stwierdziłem, że skoro i tak muszę wydać na seks trochę kasy, to po co
narażać się na ryzyko, że stracę czas i kasę na laskę, która w ostatnim
momencie przypomni sobie o narzeczonym, moralności i innych pierdołach.
Poza tym jestem konkretnym facetem. Wiem, czego chcę. Skoro seks i tak
mnie kosztuje, to lepiej wiedzieć od początku, jaka jest stawka i za co.
Najpierw zapłaciłem tirówce. Zatrzymałem się przy drodze, zagadałem
pierwszą lepszą i już. Zrobiliśmy to. Było zajebiście. Bez problemów,
udawanych uśmiechów. Napięcie zeszło. Żądza została zaspokojona. Szkoda,
że na krótko. Szybko doszedłem do wniosku, że tirówki, jagodziany,
nieważne, jak je nazwiesz... są jak łyk wódki, a przecież chciałoby się
wypić przynajmniej cały kieliszek. Nie tak w przelocie, tylko usiąść
przy barze i wypić.
Kolejny etap to dziewczyny z ogłoszeń prasowych. Idziesz do mieszkania i chlup. Niby to większy komfort, masz łazienkę, łóżko i nikt znajomy nie
zauważy twojego samochodu przy trasie, ale jakość cichodajek była dla
mnie zbyt kiepska. Wkurwiały mnie te proste laski. Większość z nich
myślała, że ich praca polega tylko na użyczeniu na chwilę cipki. W końcu
poszedłem do agencji z prawdziwego zdarzenia. Bezpieczeństwo,
anonimowość, kultura i czysty ręcznik.
- A z żoną? Próbowałeś z nią?
- Uwierzysz, że te same czynności z żoną nie rozładowywały napięcia?
- Okej. A sam fakt płacenia za seks ci nie przeszkadzał? - Kobieta nie
rozumiała motywacji rozmówcy. - A może pomagał, co?
- Rozśmiesza mnie twoja naiwność. To tak, jakbyś zapytała mnie, czy nie
przeszkadza mi to, że podczas pierdolenia spuszczam spodnie. Kobieto!
Każdy facet płaci za seks. Jeden żonie, inny kochance, jeszcze inny
kurwie. Tylko ten ostatni ma czysty układ. Mnie to odpowiadało.
- Do czasu, prawda? W końcu przestało ci wystarczać?
- Tak. Musiałem poczuć coś więcej, to było silniejsze ode mnie...
Akt 3
Auto Majewskiego mknęło lewym pasem trasy katowickiej z takim impetem,
że inni kierowcy bez zwłoki zjeżdżali na prawy. Michał nie oszczędzał
ani benzyny, ani silnika. Ciężką stopą cisnął pedał gazu. Sprawiało mu
to ogromną przyjemność. Cieszył się przy tym jak pies spuszczony ze
smyczy. Jeżdżąc po mieście, nie miał wielu okazji, by delektować się
sportowym duchem swojego samochodu. Gdy tylko się rozpędził, musiał
hamować. Ograniczały go skrzyżowania i czerwone światła, drażnili
niedzielni kierowcy.
Na dwupasmowej trasie czuł siłę sprawczą i moc wyrafinowanej
technologii, która według producenta miała łączyć się z funkcjonalnością. Przynajmniej kilka razy dziennie, siadając za
kierownicą, napawał się esencją włoskiego smaku i dbałością o każdy
detal wnętrza. Giulietta była równie perfekcyjna jak on. Bez wątpienia
była przedłużeniem jego męskości. Musiał ją mieć.
Chwilę po tym, jak minął Cinema City Kinepolis na obrzeżach miasta,
dojeżdżał już do Kórnika. Zahamował, by bezpiecznie skręcić w prawo, a następnie, w chwili gdy pojawiło się czerwone światło, nacisnął
gwałtownie gaz i pokonał skrzyżowanie. Zwolnił dopiero wtedy, gdy
zbliżył się do miejsca, w którym odnaleziono denatkę.
- No, pokażcie się! - Otworzył okno od strony kierowcy i wystawił
łokieć.
Wychodząc z Zakładu Medycyny Sądowej, pomyślał, że skoro w miejscu
znanym z przydrożnej prostytucji znaleziono kości kobiety, to istnieje
duże prawdopodobieństwo, że należą one do jednej z przedstawicielek
najstarszego zawodu świata. Chciał przepytać pozostałe dziewczyny
urzędujące w tej części lasu, by potwierdzić hipotezę śledczą. Nie mógł
tego zrobić wcześniej, bo zniknęły z trasy, zanim na miejsce zdarzenia
dojechał radiowóz.
Liczył na to, że tirówki szybko wrócą do pracy, by nadrobić straty
finansowe. Nie mylił się. Zauważył przy drodze trzy kobiety. Chuda stała
tyłem, dwie pozostałe, widocznie zmęczone życiem, ożywiły się
nieznacznie na widok zwalniającego auta i zaczęły zachęcać potencjalnego
klienta.
Zawahał się, zwolnił do dziesięciu na godzinę, ale nie zatrzymał
samochodu. Zlustrował tirówki uważnie i uznał, że są zbyt zniszczone.
Nie kierował się względami estetycznymi, lecz policyjnym doświadczeniem.
Zniszczenie w ich zawodzie zwiastowało duże doświadczenie, a to z kolei
oznaczało problemy. Nie będą chciały rozmawiać z policjantem. Nie
przestraszą się policyjnej odznaki. Nie chciał ich przepłoszyć -
wiedział, że ma tylko jedno podejście. Jeśli źle zacznie rozmowę, panny
nabiorą wody w usta i znikną z drogi na dłuższy czas.
Rozłożył ręce, by pokazać, że stracił zainteresowanie, i odjechał. Chuda
kobieta krzyknęła za nim:
- Ciota!
Kilkaset metrów dalej, po drugiej stronie drogi dziewczyna w minispódniczce siedziała na kamieniu. Sama. Zawrócił i zaparkował na
poboczu. Podeszła do jego samochodu.
- Na co masz ochotę, kochanie? - spytała.
Nie miała więcej niż dwadzieścia lat. Nie była zbyt atrakcyjna. Wałek
tłuszczu wylewał się nad paskiem spódniczki. Duży dekolt odkrywał jej
największy atut. Majewski rozejrzał się uważnie.
- A ile bierzesz?
- To zależy, czego chcesz.
- Nie wiem... - Seksownie zawiesił głos. Chciał informacji. Gdyby przyznał
się do tego w tej chwili, dziewczyna przestałaby z nim rozmawiać. - A co
masz?
- Za loda biorę cztery dychy.
- Jak masz na imię?
- Wera.
- Ładnie.
- Masz cztery dychy, kochanie? - Dziewczyna znała się na swoim fachu. -
Bo jeśli nie, to... - Pokazała mu, że odejdzie. Widać nie miała zamiaru
tracić czasu. Czas to pieniądz, także (a może zwłaszcza) w przydrożnym
punkcie usług seksualnych. Przedłużanie bezpłatnej rozmowy oznacza
przecież stratę przejeżdżających potencjalnych klientów.
- Siadaj! - Pokazał jej swój portfel i zaprosił do samochodu.
Obeszła auto, patrząc na Majewskiego spod przymrużonych powiek. Dawno
nie widział tak kiepsko udawanej zmysłowości. Chwilę później usadowiła
się bokiem na siedzeniu pasażera i oblizując usta, wpatrywała się w jego
rozporek. Nad włoską esencją wyrafinowanej tapicerki uniósł się zapach
przetrawionego alkoholu. Dziewczyna była spocona.
- Słuchaj, Wera... - Zablokował drzwi, by nie uciekła z samochodu. -
Jestem z policji. Potrzebuję twojej pomocy. Spokojnie, nic ci nie grozi.
Pewnie wiesz, że znaleźliśmy tu... hm, ciało. - Uznał, że nie będzie
zapoznawał jej ze szczegółami prowadzonej sprawy.
- A powinnam wiedzieć? - Z jej twarzy zniknął uśmiech. Straciła
zainteresowanie rozporkiem Majewskiego. Patrzyła przed siebie, udając
obojętność.
- Dobrze by było, gdybyś wiedziała. Słuchaj, czy przypadkiem w ostatnich
dniach, może tygodniach nie zaginęła któraś z twoich koleżanek? Albo
może kręcił się tu jakiś podejrzany klient? Bardziej agresywny na
przykład?
- Nie chcę z tobą gadać.
Dziewczyna złapała klamkę, ale nie mogła otworzyć drzwi. Majewski sam
chętnie by je otworzył i wpuścił choć trochę świeżego powietrza. Bał
się, że zapach dziwki wsiąknie w tapicerkę i zostanie w niej na dłużej.
- Wera! O ile w ogóle masz tak na imię. Posłuchaj mnie przez chwilę i sama oceń sytuację. Nie jestem twoim wrogiem. Nie zabieram cię do
komendy. Nie wypytuję o alfonsa. W tym lesie jest niebezpiecznie.
Najprawdopodobniej grasuje morderca. Twoje życie jest zagrożone. Możesz
być następna.
- Nie żartuj. - Dziewczyna roześmiała się. - Moje życie będzie
zagrożone, jeśli będę gadać z psami. Na bank. Gdyby alf dowiedział się o naszej rozmowie... Nawet boję się myśleć, co by mi zrobił.
- Nikt, kuźwa, nie musi wiedzieć, że gadasz z gliną. Przyjeżdżam do
ciebie się spuszczać. Proste, prawda? - Młody uniósł głos, by zapanować
nad histeryczną reakcją dziwki. - Zerknij, proszę, chociaż na to
zdjęcie. Widzę, że jesteś bystra. Wiem, że możesz mi pomóc. Nie
zaszkodzę ci. A może kiedyś pomogę? Co ty na to? Zobacz. - Majewski
znalazł w telefonie fotkę, którą zrobił Kaźmierczakowi. - Widziałaś go
tu kiedyś?
Dziewczyna przez dłuższą chwilę biła się z myślami, aż w końcu odezwała
się zupełnie innym niż wcześniej, całkiem słabym głosem:
- Myślisz, że to on może być mordercą? - Nie odrywała oczu od
wyświetlacza telefonu. Jakby chciała zapamiętać możliwie najwięcej
szczegółów.
- Sprawdzamy wszystkie tropy. Być może.
- Słyszałam o trupie w lesie. Gdy tylko pojawił się pierwszy radiowóz,
alf nas stąd zabrał. Każda z nas ma swój teren, nie wchodzimy sobie w paradę. Nie widziałam nigdy tego faceta. Boję się. - Słaby głos
przeszedł w płacz.
- Jesteś pewna?
- Tak.
- Znasz wszystkie dziewczyny z okolicy? Może któraś zaginęła?
- Nie wiem, nie słyszałam o zaginięciu. W tej branży dziewczyny
odchodzą, przychodzą.
- Dobrze, podpytaj inne dziewczyny i opiekuna.
- Boję się.
- Spróbuj! Miej oczy i uszy otwarte. Ktoś coś widział. Jestem pewien.
Przecież stoicie tu codziennie. Ktoś te zwłoki musiał przywieźć.
- Tak, prawie codziennie. Spróbuję, ale nie obiecuję. Jeśli ktoś się
dowie, że...
- Nie dowie się. - Dotknął jej ręki. - Nie wciągnę cię na oficjalną
listę ucholi. Zawsze mogę przyjechać do ciebie niby na loda, jestem
facetem, nie widać?
- No tak... ale musi mi się zgadzać w finansach.
- Dobra, dam ci dziś trzydzieści złotych, na konto przyszłej współpracy.
Zastanów się.
- Pomyślę, ale... jeśli alf się dowie, to połamie mi nogi i zmasakruje
twarz.
- Jesteśmy już na antenie, Rafale, podobno chcesz powiedzieć coś swojej
partnerce. - Tubalny męski głos rozbrzmiewał w głośnikach.
Był to głos niski, jak zwykło się mówić: radiowy. Łagodnie pieścił
zmysły. Nieważne, co mówił, brzmiał tak, jakby wydobywał się z ust
niezwykle przystojnego mężczyzny.
- Już mogę mówić? Aniu, chciałem cię przeprosić. Jestem palantem, ale
pamiętaj, że cię kocham.
Wypowiedź słuchacza nie brzmiała zbyt atrakcyjnie. Brakowało mu
odpowiedniej dykcji.
- Nie będę wyduszać z ciebie, Rafale, tłumaczenia, co takiego
zmalowałeś. Mam nadzieję, że Ania ci wybaczy. Wybrałeś dla niej muzyczny
prezent. Co to będzie?
- Take my breath away.
- Piękna piosenka. W takim razie posłuchajmy razem...
- Przepraszam, mogę jeszcze coś dodać?
- Dodawaj, jeśli musisz!
- Aniu, pamiętasz tę piosenkę, prawda? Chciałbym się cofnąć w czasie.
Wrócić do tamtych chwil...
- Rafał cofa się w czasie! - Tubalny głos bezczelnie przerwał
chłopakowi. Prowadzący audycję nie zastanawiał się nad wagą problemów
miłosnych, które słuchacz próbował rozwiązać. Liczył się czas antenowy.
- Ania mu wybacza, a wy posłuchajcie zespołu Berlin.
W salonie panował półmrok. Tylko podłogowa, odrobinę skrzywiona lampa z Ikei rzucała romantyczne światło. Łagodna muzyka rozlewała się po
pokoju, odbijała się od regału z książkami, muskała komodę, telewizor i trafiała na skórzaną sofę.
Przemysław i Izabela Burzyńscy dawno nie siedzieli tak blisko siebie, na
jednej kanapie, zaledwie na wyciągnięcie ręki. Na ławie stała butelka
czerwonego wina i jeden kieliszek. Drugi znajdował się w rękach Izy.
Palcem wskazującym przesuwała po krawędzi, jakby dotykiem chciała poznać
jego kształt.
- Facet musiał nieźle nawywijać. - Burza westchnął i skupił się na
hipnotycznych kółkach, które wykonywał palec jego żony. "Zawsze ma
pomalowane paznokcie" - pomyślał.
- Noooo, pewnie to ich piosenka. Pamiętasz naszą?
- Naszą?
Świadomość Burzyńskiego poderwała się nagle z błogiego uśpienia i zaczęła nerwowo poszukiwać odpowiedzi. Ze zbioru kilkunastu piosenek
ważnych dla nich w różnych okresach życia musiał wybrać jedną, dokładnie
tę, o której myślała żona. W przeciwnym razie narażał się na ryzyko
kolejnych zarzutów z jej strony.
- Masz na myśli... - Próbował złapać koło ratunkowe.
- Naszą pierwszą piosenkę.
- Pierwszą? - Uspokoił się. - Oczywiście. Nie mógłbym jej zapomnieć.
Kylie Minogue wyśpiewywała w dwa tysiące drugim roku moje myśli. Love
at the first time.
- Pamiętasz? Jak miło. - Odłożyła kieliszek i przytuliła się do niego. -
Gdy cię wtedy zobaczyłam, wiedziałam, że będzie między nami coś ważnego.
Przemysław odwzajemnił uścisk. Berlin przestał śpiewać, a on nie mógł
otrząsnąć się z melancholijnego nastroju. Tyle lat minęło od chwili, gdy
koleżanka, której imienia już nie pamiętał, przedstawiła mu Izę.
Flirtowali, zaczęli się spotykać, wkrótce zdobył jej serce. Potem
wszystko potoczyło się szybko: ślub, dzieci.
- Przemo, co się z nami stało?
Pytanie Izy zawisło w powietrzu jak nieproszony gość.
Faktycznie, chcieli żyć długo i szczęśliwie.
- Nie wiem, kochanie.
W rzece codzienności utopili plany i marzenia. Zagubili siebie. Jego
chorobliwy pracoholizm sprawił, że przestał ją zauważać. Liczyła się
tylko praca. Wszystko inne było na szarym końcu. Nawet nie na drugim
miejscu. Bycie policjantem angażowało Burzyńskiego w całości.
Wielokrotnie obiecywał poprawę. Tyle samo razy musiał przepraszać i tłumaczyć, dlaczego tym razem nie dotrzymał obietnicy.
Początkowo Iza przyjmowała przeprosiny, a nawet sama go
usprawiedliwiała. Z czasem jednak jego słowa straciły znaczenie,
zamieniły się w pusty, nic nieznaczący bełkot. Przestała traktować go
poważnie. Została sama ze wszystkim. Zajmowała się bliźniaczkami, pracą,
domem, zakupami. Nie mogła liczyć na pomoc męża. Nie podobało jej się
to. Nie powstrzymywała się od wyrażania swojego niezadowolenia.
Przemysław słuchał jej wyrzutów i nie mógł pozbyć się myśli, że powodem
jej niezadowolenia jest jego własna nieudolność. Gdyby miał na swoim
koncie spektakularne sukcesy, gdyby był sławny albo przynosił do domu
dużo pieniędzy, Iza nie narzekałaby na jego pracoholizm. Pracował więc
coraz więcej, z myślą, że w końcu wypracuje sukces i udowodni kobiecie
swojego życia, że jednak jest prawdziwym mężczyzną.
- Myślisz, że mamy jeszcze szansę poczuć to, co kiedyś? - Głos Izy
brzmiał jak szept nieśmiałej dziewczynki.
Miesiąc temu, gdy Burzyński pełen ekscytacji i pasji wrócił z pracy do
domu, żona stanęła w korytarzu i zapytała o przyziemną sprawę,
urodzinowe prezenty dla córek. W jednej chwili z jego twarzy zniknęły
wszelkie pozytywne emocje. Ich miejsce zajęły przygnębienie, znudzenie i niechęć. Iza nie mogła tego zlekceważyć. Nie chciała dłużej go
unieszczęśliwiać. Zdecydowała, że nie będzie dla niego ciężarem. Ani
ona, ani dziewczynki.
- Ty mi powiedz. - Przemek spojrzał Izie prosto w oczy
- Ja?
- Nie czułaś tego na Majorce?
- Przemo, na wakacjach było cudownie. Wyjaśniliśmy sobie wiele spraw.
Przez dwa tygodnie byliśmy tylko my. Ty, ja i dziewczynki. Brakowało mi
tego. Dawno nie było tak miło.
- Wiem, że wielu obietnic nie dotrzymałem, ale wtedy, gdy zdecydowałaś
się odejść, obiecałem, że się zmienię. Miałem skończyć sprawę i wyjechać
z wami na dwutygodniowy urlop. Tak zrobiłem.
- Zgadza się. Było wspaniale, przyznaj!
- Tak.
Było miło, ale bez dzieci byłoby lepiej. Takiej odpowiedzi chciał
udzielić. Powstrzymał się jednak. Chodził po świecie już ponad
trzydzieści osiem lat i wiedział, że w życiu nie zawsze prawda jest
najważniejsza. Czasem cenniejszy jest spokój.
- To były bardzo miłe dwa tygodnie. Starałem się dzielić ten czas między
wszystkie moje kobiety.
- Dziewczynki były zachwycone twoją uwagą. Ja zresztą też.
- Starałem się, jak mogłem. Nadal się staram.
- Widziałam, widzę i doceniam to. Wiesz, powoli zaczynam czuć, że mam
szansę wygrać konkurencję z twoją pracą.
- Cieszę się.
Przemysław po raz kolejny chciał powiedzieć coś więcej. Pragnął
wytłumaczyć Izie, ile kosztuje go stosowanie się do jej zasad. Chciał
zapytać, dlaczego ona dopiero "powoli zaczyna czuć", skoro on tak bardzo
się stara.
- Widzisz, plan zasad nam pomógł. - Iza wyglądała na zadowoloną. -
Dobrze, że wpadłam na ten pomysł. Bałam się, że bez psychologa sobie nie
poradzimy
- Tak, zasady pomagają. Jesteś cudowna.
Przemysław pocałował żonę. Nie mógł po raz kolejny stracić kobiety i dzieci. Uznałby to za swoją największą porażkę. Gdyby stracił ją,
straciłby też siebie. I sens życia. Dlatego zgodził się na te pieprzone
zasady współżycia rodzinnego, które wisiały na lodówce.
- Ta skrzynka będzie hitem! - Tomek Kolanowski nie posiadał się z radości. - Lepsza od innych.
- Nawet sobie nie zdajesz sprawy jakim - burknął od niechcenia Major.
Marcin Gryczyński czuł się znudzony, jakby siedział w kinie i czekał na
zakończenie kiepskiego filmu. Zdziwiony obserwował kolegów. Nie miał
wątpliwości, że są bardzo podnieceni. Widział ich emocje, ale ich nie
rozumiał. Ubolewał nad tym, że musi wytrwać do końca. Najchętniej
poszedłby już do domu.
Major tyle razy opowiadał mu o przyjemności płynącej z czegoś, co
nazywał okeszowywaniem niedostępnych miejsc, że postanowił spróbować.
Przyłączył się do wyprawy, ale już po kwadransie wiedział, że to nie
jest rozrywka dla niego. Nie odczuwał żadnej satysfakcji, gdy
przedzierał się przez zarośnięty kawałek lasu w środku miasta i oglądał
zrujnowane fortyfikacje obronne. Nie mógł udawać obojętności wobec
wszechobecnego smrodu.
- Dobra, czyli najpierw w opisie wrzucę trochę rysu historycznego fortu,
a potem nasze wskazówki.
- Dopisz też, że to trudny teren.
Major i Kolanowski cieszyli się jak mali chłopcy. Przeciskali się przez
krzaki, podziwiali ruiny, wygłupiali się, jakby nagle ubyło im
przynajmniej dwadzieścia lat. Wydawało się, że na terenie fortu są sami.
Była to zapewne zasługa pory dnia. Bezdomni sypiający w zakamarkach
obiektu już dawno się wynieśli, a młodzi amatorzy napojów wyskokowych z pobliskich osiedli schodzili się na mniej lub bardziej spontaniczne
imprezy nieco później.
- To gdzie to schowamy?
- A jakie to ma znaczenie? - spytał Marcin. - Skrytka to skrytka.
- Miki - oburzył się Major - nie skrytka, tylko kesz. Zapamiętaj. Kesz.
Nie kesz w znaczeniu kasy. Kesz od geocache, czyli taki wodoodporny
pojemnik, w którym chowamy prezenty i dziennik. Każdy, kto odnajdzie
kesza, może wpisać się na listę odkrywców, by zostawić po sobie ślad.
Może coś z kesza wyjąć, coś do niego wrzucić. Dlatego miejsce, w którym
jest kesz, ma ogromne znaczenie. Zobaczcie - chłopak odłożył na ziemię
czarny pojemnik przypominający bidon, a z kieszeni dżinsowych spodenek
wyjął zapisany kawałek papieru - to będą współrzędne kesza, a to
dodatkowa wskazówka.
- Czyli że od tego znaku na ścianie trzeba zrobić trzy kroki w lewo,
skręcić o czterdzieści pięć stopni i pod pierwszym drzewem znaleźć
kesza. - Tomek odczytał kartkę, oddał ją Marcinowi i zaczął iść przed
siebie.
Major zapalił papierosa. Marcin nie chciał wyjść na nieprzystosowanego
do otoczenia, więc rzucił okiem na kartkę z udawanym zainteresowaniem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki