Konie nigdy nie kłamią. Istota pasywnego przywództwa - Mark Rashid

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (31,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Wstęp

Pytanie

(...)

Na roz­prę­żalni tre­ner miał pro­blem z uzy­ska­niem od swo­jego konia sli­ding sto­pów, a jego przej­ścia też nie były o wiele lep­sze. Wałach nie chciał wyko­ny­wać lot­nych zmian nogi w galo­pie, a jego spiny były wolne i pozba­wione ener­gii. Tre­ner zde­ner­wo­wany ane­micz­nym zacho­wa­niem konia mocno go zmę­czył na roz­prę­żalni i wresz­cie osią­gnął zado­wa­la­jące go zacho­wa­nie zwie­rzę­cia.

Jed­nak to jego wierz­cho­wiec miał tego dnia ostat­nie słowo. Kiedy nade­szła jego pora, wszedł spo­koj­nie na ujeż­dżal­nię, ale potem dał naj­więk­szy pokaz nie­po­słu­szeń­stwa, jaki widziano w owych stro­nach. Opu­ścił głowę i zaczął wierz­gać jak na fina­łach rodeo w Las Vegas.

Tre­ner utrzy­mał się co prawda w sio­dle przez kilka pierw­szych bara­nich sko­ków, ale potem chyba tego poża­ło­wał. To były jedne z naj­wyż­szych wysko­ków, jakie kto­kol­wiek z obec­nych widział (szcze­gól­nie na zawo­dach reinin­go­wych), a więk­szość nie potra­fiła stwier­dzić, kto bar­dziej kwi­czał -?koń, który wyda­wał dzi­kie dźwięki przy każ­dym skoku, czy tre­ner, który naj­pierw opadł na tylny łęk sio­dła, potem na jego róg, by w końcu wylą­do­wać na szyi wierz­chowca.

W każ­dym razie tre­ner skoń­czył na ziemi z poła­ma­nym kape­lu­szem i podar­tymi dżin­sami, a koń wyko­nał jesz­cze trzy eks­pre­syjne rundy wokół ujeż­dżalni, pędząc, wierz­ga­jąc i pusz­cza­jąc gazy przez całą drogę. Para po cichutku opu­ściła arenę, a poten­cjalni kupcy stra­cili zain­te­re­so­wa­nie zarówno koniem, jak i tre­nerem.

Tak więc przy­naj­mniej w tej kon­kret­nej sytu­acji sta­nie się "domi­nu­ją­cym przy­wódcą stada" dla konia nie skoń­czyło się dobrze i nie przy­nio­sło spo­dzie­wa­nych efek­tów dla tre­nera. Koń, być może, był innego zda­nia. Podej­rze­wam, że uznał, że skoń­czyło się to dokład­nie tak, jak powinno.

---

Jest jesz­cze jeden spo­sób, w jaki ludzie stają się przy­wód­cami czy też osob­ni­kami alfa w "sta­dzie" swo­jego konia. To dużo powszech­niej­sza metoda uczona na dużą skalę przez wielu tre­ne­rów. Jej pod­sta­wowe zało­że­nie wciąż polega na tym, żeby koń postrze­gał cię jako domi­nu­ją­cego przy­wódcę, ale masz też posta­rać się spo­glą­dać na każdą sytu­ację z per­spek­tywy konia. A przy­naj­mniej tak jest w teo­rii. Z moich obser­wa­cji prak­tycz­nego wyko­rzy­sty­wa­nia tej metody wynika, że wygląda ona bar­dzo podob­nie do tej uży­wa­nej przez owego tre­nera konia reinin­go­wego. Efekty jej sto­so­wa­nia u konia (choć więk­szość z nich nie zrzuca swo­ich jeźdź­ców pod­czas waż­nych zawo­dów) są pod wie­loma wzglę­dami podobne. Szko­lony w ten spo­sób koń pra­cuje bez "uczu­cia" i przy­po­mina bar­dziej maszynę niż chęt­nego do współ­pracy part­nera.

Widzia­łem konie szko­lone przez wła­ści­cieli zacho­wu­ją­cych się jak osob­niki alfa: one po pro­stu wyłą­czają się men­tal­nie. Nie twier­dzę, że nie sto­sują się do pole­ceń czło­wieka, bo to robią -?z pozoru nawet bez zarzutu. Jed­nakże ich występy nie utrzy­mują sta­łego poziomu, a same zwie­rzęta nie wyglą­dają na szczę­śliwe, wyko­nu­jąc swoją pracę. Jed­nego razu mogą wyko­ny­wać dane zada­nie bez waha­nia, a następ­nego nawet nie pró­bo­wać do niego podejść. Takie konie czę­sto usi­łują powie­dzieć swo­jemu jeźdź­cowi, że nie są zado­wo­lone z ich wza­jem­nych sto­sun­ków. Koń komu­ni­kuje to na różne spo­soby: poprzez nie­obecny wzrok, poło­żone po sobie uszy, ner­wowo rusza­jący się ogon i odmowę wyko­na­nia zada­nia. W nie­któ­rych przy­pad­kach nie daje się zła­pać, nawet jeśli wła­ści­ciel poświę­cił dużo czasu na naukę posłu­szeń­stwa w tej kwe­stii.

Zanim przejdę dalej, chciał­bym stwier­dzić, że sama idea takiego stylu szko­le­nia nie jest zła. Nie ma w niej abso­lut­nie nic złego. Nie wszyst­kie konie szko­lone w ten spo­sób naba­wiają się pro­ble­mów beha­wio­ral­nych i zacho­wują się tak, jak opi­sa­łem powy­żej. Uwa­żam, że to kwe­stia oso­bi­stego wyboru -?to metoda, która u jed­nych ludzi i ich koni się spraw­dza, a u innych nie. Wie­rzę, że wszystko spro­wa­dza się do tego, jakie chcesz mieć rela­cje ze swoim zwie­rzę­ciem. Jeśli chcesz, by postrze­gało cię jak alfę czy też domi­nu­ją­cego przy­wódcę stada, powi­nie­neś postę­po­wać w ten spo­sób. Bar­dzo wielu tre­ne­rów i wła­ści­cieli koni osiąga olbrzy­mie suk­cesy, pra­cu­jąc z końmi tą metodą. Nie­które wierz­chowce wręcz pre­fe­rują takie trak­to­wa­nie.

Uwa­żam jed­nak -?na pod­sta­wie obser­wa­cji wielu koni, któ­rych jeźdźcy sto­sują tę metodę -?że sto­sunki mię­dzy nimi nie są part­ner­skie, przy­po­mi­nają bar­dziej dyk­ta­turę. Coś w stylu: "Ja mówię, a ty robisz".

Oso­bi­ście wolał­bym, żeby mój koń widział we mnie part­nera, a nie dyk­ta­tora. Bar­dziej: "Zróbmy to razem". Takie podej­ście pano­wało w nie­wiel­kiej stajni mojego zna­jo­mego sta­ruszka. Kiedy ktoś musi przy­jąć funk­cję przy­wódcy, mogę to być ja. Ale zro­bię to w taki spo­sób, żeby koń nie czuł się zdo­mi­no­wany ani też nie czuł, że go nie sza­nuję.

Kiedy wspo­mi­nam spo­sób, w jaki star­szy czło­wiek pra­co­wał ze swo­imi końmi, pamię­tam, że zawsze miał bar­dzo swo­bodną postawę. Nie chcę przez to powie­dzieć, że pozwa­lał koniom na wszystko, czy też nie ocze­ki­wał od nich, żeby grzecz­nie się zacho­wy­wały i miały przy­zwo­ite maniery. Sta­rał się jed­nak także zawsze pozwa­lać im mieć swoje zda­nie na temat tego, o co je pro­sił. Słu­chał ich, brał pod uwagę ich punkt widze­nia i dopiero dzia­łał. Dzięki temu jego konie były bar­dzo godne zaufa­nia, chętne do współ­pracy, spo­kojne i żywo reagu­jące.

Tak było ze sta­rym Sal­tym. Wałach posta­no­wił, że nie da się zła­pać. Sta­ru­szek stwier­dził, że nic mu do tego. Jed­nakże Salty musiał żyć z kon­se­kwen­cjami swo­jej decy­zji, które, jak wkrótce się prze­ko­nał, były bar­dzo nie­po­żą­dane. Kiedy spró­bo­wał zna­leźć wyj­ście z sytu­acji, sta­ru­szek był gotowy mu pomóc -?jed­nak sama decy­zja nale­żała do konia. Dostaw­szy oka­zję, sam wybrał, co jest dla niego wła­ściwe w dłuż­szej per­spek­ty­wie. Nie musiał w tym celu prze­cho­dzić żad­nego spe­cjal­nego szko­le­nia. Sta­ru­szek zna­lazł spo­sób, żeby Salty zacho­wał god­ność, osią­ga­jąc przy tym cel.

Być może na tym pole­gał sekret sta­ruszka pod­czas pracy z końmi. Ten dro­biazg był chyba jej naj­waż­niej­szą cechą -?osią­gał cel bez poni­ża­nia konia czy też zmu­sza­nia go do przy­ję­cia wła­snych pomy­słów, dzięki czemu wierz­cho­wiec chciał robić dla niego pewne rze­czy. Pozwa­lał, by wła­ściwa decy­zja była podej­mo­wana samo­dziel­nie przez konia, i nie przej­mo­wał się zbyt­nio, gdy ten doko­ny­wał złego wyboru. Wła­ści­wie może nie powinno to sta­no­wić zbyt­niej róż­nicy dla nikogo z nas.

Jedna myśl nie daje mi spo­koju. Jeśli konie mają reago­wać pozy­tyw­nie na szko­le­nie pole­ga­jące na tym, że czło­wiek staje się alfą w sta­dzie, to dla­czego tak wiele z nich ma pro­blem z tym podej­ściem? Czy coś prze­oczy­li­śmy? Może robimy coś nie­wła­ści­wie w trak­cie szko­le­nia?

Odpo­wie­dzi na te pyta­nia bar­dzo długo mi umy­kały, ale kon­cep­cja sta­nia się przy­wódcą stada wciąż mi doskwie­rała. W końcu olśniło mnie, że być może zadaję złe pyta­nia. Może powi­nie­nem zapy­tać o coś, co zupeł­nie prze­oczy­łem. Widzia­łem tę całą sytu­ację z mojej per­spek­tywy -?osoby patrzą­cej na konia. Aby spoj­rzeć na nią z punktu widze­nia zwie­rzę­cia, musia­łem zro­zu­mieć, jak koń postrzega jego sto­sunki z alfą w sta­dzie. Czy jest z nich zado­wo­lony, lubi je? Czy to jego sza­nuje i chęt­nie naśla­duje? A może wolałby być jak naj­da­lej od niego?

Przez kilka następ­nych lat, dzięki pomocy i cier­pli­wo­ści licz­nych koni i osób, odpo­wie­dzi na te pyta­nia zaczęły się wresz­cie poja­wiać.

Wkrótce prze­ko­na­łem się, że dla koni były one od dawna jasne.

UWAGI DO ROZ­DZIAŁU "PYTA­NIE"

Zawsze twier­dzi­łem, że praca z koniem opiera się -?a przy­naj­mniej powinna się opie­rać -?na pró­bach odkry­cia, jak dużo czy też jak mało wska­zó­wek potrzeba, żeby koń, z któ­rym pra­cu­jemy, zro­zu­miał, czego pró­bu­jemy go nauczyć. Za mało wska­zó­wek, a nie będziemy sku­teczni. Kiedy uży­jemy ich za dużo, możemy wywo­łać u konia opór i nie­chęć wobec nas.

W cza­sie, gdy pisa­łem tę książkę, w krę­gach konia­rzy ist­niała silna ten­den­cja, żeby osoba pra­cu­jąca z koniem stała się w jego oczach "alfą" -?koniem, sze­fem. Trend ten przy­bie­rał na sile, przez co widy­wa­łem sporo roz­go­ry­czo­nych koni i sfru­stro­wa­nych wła­ści­cieli. Myślę, że działo się tak dla­tego, że dla wielu ludzi zosta­nie alfa ozna­czało danie upu­stu emo­cjom takim jak gniew, gdy pró­bo­wali skło­nić swo­jego konia do zro­bie­nia cze­goś, co czę­sto prze­kła­dało się na arbi­tralne uży­cie siły. W wielu przy­pad­kach ani koń, ani jeź­dziec nie rozu­mieli za bar­dzo owego sto­so­wa­nia siły, przez co po tre­ningu jeźdźcy mieli z końmi jesz­cze więk­szy pro­blem niż ten, z któ­rym zaczy­nali.

Deli­katna rów­no­waga i sub­telne niu­anse, które mogą być istotą postę­po­wa­nia z końmi, zatra­cały się w biciu i wywo­ły­wa­niu pre­sji, czego uczono jako spo­sobu, by czło­wiek stał się alfą. Pisząc ten roz­dział, chcia­łem tro­chę spo­wol­nić mój tok rozu­mo­wa­nia, żeby ludzie, któ­rzy postę­pują (lub sądzą, że postę­pują) zgod­nie z filo­zo­fią konia alfa, mogli porów­nać to, co sły­szą lub być może robią, z nieco inną drogą... drogą, na któ­rej sto­sunki z koniem mogą być odro­binę bar­dziej zrów­no­wa­żone, zarówno pod wzglę­dem tego, jak postę­pu­jemy z koniem, jak i tego, w jaki spo­sób on reaguje.

Natura stada

Otis i Buck

Perspektywy i postrzeganie

Jak dostrzec starania

-?A niech cię -?wymam­ro­ta­łem. -?O co ci u dia­bła cho­dzi?

Minęło już czter­dzie­ści pięć minut, odkąd wsia­dłem na konia, a sprawy nie ukła­dały się dobrze. Dosia­da­łem mło­dej kla­czy o imie­niu Lacey. Pra­co­wa­li­śmy spo­koj­nie w lon­żow­niku, kiedy wpa­dłem na pomysł, żeby nauczyć ją cofa­nia. Naj­pierw popro­si­łem ją o zatrzy­ma­nie ze stępa, co od razu uczy­niła. Następ­nie zro­bi­łem to, co każdy, kiedy chce, żeby koń zaczął cofać -?pocią­gną­łem za wodze. Z początku uży­łem -?jak sądzi­łem - lek­kiego naci­sku, ale klacz się nie cof­nęła. Pocią­gną­łem moc­niej. Wciąż nic.

Minęło kilka minut, a ja zwięk­sza­łem nacisk do momentu, gdy już nie tylko cią­gną­łem oby­dwiema dłońmi, ale nawet odchy­la­łem się do tyłu, żeby mieć więk­szą dźwi­gnię. Gdy­bym miał zga­dy­wać, powie­dział­bym, że dzia­ła­łem na wędzi­dło z siłą mojego cię­żaru -?całych trzy­dzie­stu dwóch kilo­gra­mów, a ona cią­gnęła w drugą stronę.

Trwało to jakiś czas, zanim zaczą­łem się męczyć, a ręce roz­bo­lały mnie od cią­gnię­cia. W końcu musia­łem się pod­dać. Owi­ną­łem wodze wokół rogu sio­dła i spoj­rza­łem na ich ślady odci­śnięte na moich dło­niach.

-?A niech to -?powie­dzia­łem, roz­ma­so­wu­jąc ręce. -?Ale masz twardy pysk...

-?Jak ci idzie? -?usły­sza­łem nagle z tyłu głos sta­ruszka.

Zasko­czony, szybko prze­rwa­łem pocie­ra­nie dłoni, wzią­łem w nie wodze i skrę­ci­łem klacz w jego stronę.

-?Dobrze -?wypa­li­łem. -?Idzie mi dobrze.

-?Jak ona się spra­wuje?

-?Zero pro­ble­mów -?powie­dzia­łem, zmu­sza­jąc się do uśmie­chu i głasz­cząc klacz po szyi.

-?Rozu­miem. -?Poki­wał głową. -?Nad czym pra­cu­jesz?

-?Nad czym? -?Nie­świa­do­mie zaczą­łem pocie­rać o sie­bie dło­nie, żeby pozbyć się z nich uczu­cia pie­cze­nia. -?Och, my tylko... Pomy­śla­łem, że spró­buję spra­wić, żeby...

-?Stała w miej­scu?

-?Słu­cham?

-?Stała w miej­scu -?powie­dział, opie­ra­jąc stopę o dolną żerdź. - Zauwa­ży­łem, że od dłuż­szego czasu nie rusza­cie się z miej­sca. Pra­cu­jesz nad tym, by się nie ruszała?

-?No, chyba. Coś w tym stylu.

Sta­ru­szek poki­wał wolno głową i nad czymś się zamy­ślił. Prze­cią­gnął dło­nią po bro­dzie i w końcu oparł oby­dwa łok­cie o górną żerdź lon­żow­nika.

-?Chyba już to umie -?powie­dział, kiwa­jąc wolno głową.

-?Co?

-?Stać nie­ru­chomo. -?Wska­zał non­sza­lancko na klacz. -?Wydaje mi się, że cał­kiem nie­źle stoi.

-?A tak -?zgo­dzi­łem się z miną znawcy. -?Robi to już cał­kiem dobrze.

-?To pew­nie powi­nie­neś pomy­śleć o tym, żeby popra­co­wać nad czymś innym - powie­dział. -?Skoro już tak dobrze stoi w miej­scu.

-?Tak. -?Ski­ną­łem głową. -?Chyba popra­cuję nad przej­ściami.

-?Pew­nie mógł­byś. -?Znów pogła­dził się po bro­dzie. -?Ale jesz­cze lepiej byłoby, gdy­byś popra­co­wał nad naucze­niem jej cofa­nia.

-?Cofa­nia?

-?Tak -?potwier­dził. -?Upew­nijmy się, że umie cofać, zanim popra­cu­jemy nad przej­ściami.

-?No nie wiem. -?Sku­li­łem się na samą myśl o tym. -?Nie jestem pewien, czy to koń do cofa­nia.

-?Czyżby? -?Lekki uśmiech prze­mknął przez jego spa­loną słoń­cem twarz. - Chyba musimy spró­bo­wać, żeby się o tym prze­ko­nać.

-?Wła­ści­wie to już pró­bo­wa­łem, ale jej się to chyba nie podo­bało.

-?Rozu­miem. -?Znowu kiw­nął głową. -?Ale może i tak spró­buj.

-?Jasne -?zgo­dzi­łem się z nutką sar­ka­zmu w gło­sie. -?Ale ona chyba tego nie lubi.

To powie­dziaw­szy, ostatni raz potar­łem o sie­bie dło­nie, wzią­łem w nie wodze i zaczą­łem powoli wywie­rać nacisk na wędzi­dło. Czu­łem, jak Lacey się ze mną mocuje, wysu­wa­jąc pysk w przód. Utrzy­ma­łem ten sam nacisk jesz­cze kilka sekund, zanim zaczą­łem odczu­wać znowu zmę­cze­nie w dło­niach. Puści­łem wodze i spoj­rza­łem na sta­ruszka.

-?Widzi pan -?powie­dzia­łem. -?Ona chyba tego nie lubi.

Męż­czy­zna poki­wał wolno głową i prze­szedł na prze­ciwną stronę lon­żow­nika. Otwo­rzył bramkę, wszedł do środka i cicho zamknął ją za sobą. Zbli­żył się do nas, pogła­skał Lacey po szyi i popro­sił, żebym spró­bo­wał ponow­nie. Zgo­dzi­łem się, choć dałem mu wyraź­nie do zro­zu­mie­nia, że nie pod­cho­dzę do tego zbyt entu­zja­stycz­nie.

Znowu napią­łem wodze i wywar­łem nacisk na wędzi­dło, a Lacey znów odpo­wie­działa, wysu­wa­jąc głowę w przód.

-?No dobrze -?stwier­dził sta­ru­szek. -?Chyba wiem, w czym tkwi pro­blem.

Świet­nie. Wresz­cie dostrzegł to, co cały czas usi­ło­wa­łem mu powie­dzieć. Ten uparty koń nie chciał cofać. Wresz­cie. Szcze­rze mówiąc, byłem tro­chę zasko­czony, że zajęło mu to tyle czasu. Zwy­kle nie był taki ocię­żały umy­słowo.

-?Mogę ja spró­bo­wać? -?zapy­tał.

-?Jasne -?odpar­łem zasko­czony. -?Pro­szę bar­dzo.

Wypu­ści­łem wodze z rąk i już mia­łem zsia­dać, kiedy mnie powstrzy­mał. Odchy­li­łem się do tyłu i opar­łem dło­nie na bio­drach, kiedy on sta­nął obok Lacey i deli­kat­nie wziął w ręce wodze. Zaczął powoli je skra­cać, ale nagle prze­stał i oddał jej je tro­chę. Odcze­kał parę sekund, po czym znowu zaczął skra­cać wodze. I znów nagle prze­stał, i oddał kla­czy wodze. Zro­bił tak jesz­cze trzy razy. Za czwar­tym nagle poczu­łem, jak Lacey prze­nosi cię­żar ciała na zad. Sta­ru­szek puścił wodze, po czym jesz­cze raz je zebrał, a klacz deli­kat­nie cof­nęła nos i spo­koj­nie zaczęła cofać. Jeden, drugi, trzeci krok -?miękko jeden za dru­gim.

Sta­ru­szek polu­zo­wał wodze, a Lacey prze­stała cofać. Puścił je cał­ko­wi­cie i wolno pogła­skał klacz po szyi. Odcze­kał kilka minut, zanim znów zebrał wodze i wywarł nie­wielki nacisk na wędzi­dło. Klacz zawa­hała się kilka sekund i kiedy już zaczy­na­łem sądzić, że kilka pierw­szych kro­ków cofa­nia było tylko szczę­śli­wym tra­fem, znów ruszyła do tyłu. Tym razem jej kroki były nieco szyb­sze i jesz­cze bar­dziej mięk­kie.

Po tym, jak cof­nęła się o jakieś dwa, trzy metry, sta­ru­szek puścił wodze i pogła­skał Lacey po szyi.

-?Chyba jed­nak nie prze­szka­dza jej cofa­nie -?powie­dział. -?Popra­cuj z nią jesz­cze tro­chę. Tylko nie cią­gnij tak mocno i pamię­taj, że nie cofasz jej od wędzi­dła. Ono jest tylko wska­zówką. -?To powie­dziaw­szy, obró­cił się i wyszedł z lon­żow­nika, zosta­wia­jąc mnie samego, żebym mógł prze­my­śleć to, co się wyda­rzyło.

Obser­wo­wa­łem, jak znika za rogiem stajni, a w uszach wciąż brzmiały mi jego słowa. Co miał na myśli, mówiąc, że mam jej nie cofać od wędzi­dła? To nie miało sensu. Oczy­wi­ście, że cofa­łem ją od wędzi­dła. Po to wła­śnie ono było. Prawda?

Zro­bi­łem jesz­cze kilka okrą­żeń wokół lon­żow­nika na kla­czy, ale nie pro­si­łem jej wię­cej o cofa­nie. Zda­nie sta­ruszka nie dawało mi spo­koju. Nie wie­dzia­łem, o co mu cho­dziło. To mnie spa­ra­li­żo­wało. Nie chcia­łem nawet spró­bo­wać.

Po skoń­czo­nej jeź­dzie wypu­ści­łem Lacey na pastwi­sko, posze­dłem do stajni i zaczą­łem przy­bi­jać deski w sta­no­wi­sku tuż obok sio­dlarni. Od kilku dni zaj­mo­wa­łem się wymie­nia­niem spróch­nia­łych desek i mia­łem nadzieję skoń­czyć tam­tego dnia, o ile sta­ru­szek nie znaj­dzie mi jakie­goś innego zaję­cia w mię­dzy­cza­sie.

Wbi­łem może ze dwa gwoź­dzie, kiedy męż­czy­zna sta­nął w przej­ściu. Przez kilka sekund nic nie mówił, jakby oce­niał moją pracę, a potem się­gnął do kie­szeni po paczkę papie­ro­sów. Wbi­łem jesz­cze jeden czy dwa gwoź­dzie, zanim olśniło mnie, że może nie stoi tam po to, żeby podzi­wiać moje umie­jęt­no­ści cie­siel­skie. Mia­łem wra­że­nie, że cze­kał, aż zadam mu pyta­nie, które nie dawało mi spo­koju: o nie­uży­wa­nie wędzi­dła do cof­nię­cia Lacey.

-?Jak ci idzie? -?zapy­tał, zapa­liw­szy papie­rosa.

-?Dobrze -?stwier­dzi­łem, wbi­ja­jąc ostatni gwóźdź.

Spoj­rza­łem na niego, odkła­da­jąc mło­tek i się­ga­jąc po następną deskę, ale nic nie powie­dzia­łem. Męczy­łem się z uło­że­niem deski. Oczy­wi­ście, dopiero wtedy zauwa­ży­łem, że nie mam pod ręką młotka i gwoź­dzi. Gdy­bym puścił deskę, żeby po nie się­gnąć, na pewno by spa­dła. Musia­łem więc ją odło­żyć.

Nie chcąc wyjść przed sta­rusz­kiem na kom­plet­nego idiotę, który zapo­mniał narzę­dzi, przyj­rza­łem się dokład­nie desce, jak­bym chciał się upew­nić, że ide­al­nie pasuje w wybrane przeze mnie miej­sce. Odcze­kaw­szy dość czasu, żeby wyglą­dało na to, że jestem zado­wo­lony z dopa­so­wa­nia deski (która została wcze­śniej przy­cięta, żeby była odpo­wied­nia do tego miej­sca), zdją­łem ją i odło­ży­łem na zie­mię. Uda­jąc, że cały czas mia­łem taki plan, posze­dłem po mło­tek i garść gwoź­dzi. Wło­ży­łem je mię­dzy zęby, jak praw­dziwy cie­śla, i zatkną­łem sobie mło­tek za pasek. Następ­nie umie­ści­łem deskę na ścia­nie i zaczą­łem ją przy­bi­jać.

Sta­ru­szek nie ruszył się miej­sca. Po pro­stu stał tam, jakby obser­wo­wa­nie wbi­ja­nia gwoź­dzi było naj­waż­niej­szym, co miał do zro­bie­nia tego dnia. Po krót­kim cza­sie skoń­czy­łem przy­bi­jać deskę. Było już jasne, że męż­czy­zna ni­gdzie się nie wybiera, póki nie zadam mu drę­czą­cego mnie pyta­nia.

-?Lacey bar­dzo dobrze dziś pra­co­wała -?wspo­mnia­łem, oce­nia­jąc moje wysiłki.

-?Tak to wyglą­dało -?odparł, wypusz­cza­jąc z ust kłąb dymu. -?Jak cofała po tym, jak wysze­dłem?

-?Wła­ści­wie -?zaczą­łem -?to nie mia­łem już wię­cej oka­zji na niej cofać.

-?Nie?

-?Nie -?powie­dzia­łem lekko zawsty­dzony. -?Nie wie­dzia­łem, o co panu cho­dziło, kiedy mówił pan, że mam jej nie cofać od wędzi­dła.

W końcu spoj­rza­łem na sta­ruszka. Miał lekki uśmiech na twa­rzy. Zacią­gnął się dymem, poki­wał wolno głową i gestem wska­zał, żebym poszedł za nim do sio­dlarni.

Odło­ży­łem mło­tek na stertę drewna i podą­ży­łem za nim. Wpa­try­wał się w ogło­wia wiszące na ścia­nie. Zdjął stare ogło­wie ze zwy­kłym, łama­nym wędzi­dłem. Roz­plą­tał poskrę­cane skó­rzane wodze i podał mi ogło­wie z wędzi­dłem, a sam zosta­wił sobie wodze.

-?Weź wędzi­dło w rękę -?powie­dział, wypusz­cza­jąc kłęby dymu kąci­kami ust, przez co lekko zmru­żył oczy -?i prze­łóż sobie ogło­wie przez ramię.

Poło­ży­łem ogło­wie na całej ręce, zakła­da­jąc nagłó­wek na bark i wzią­łem wędzi­dło w dłoń, zaci­ska­jąc ją w pięść.

-?A teraz zamknij oczy i powiedz mi, kiedy poczu­jesz, że pocią­gam za wodze.

Zamkną­łem oczy i cze­ka­łem. Po kilku sekun­dach poczu­łem, że wędzi­dło się rusza, ale nic nie powie­dzia­łem, bo nie czu­łem, by za nie cią­gnął.

-?Czu­jesz już coś? -?zapy­tał.

-?Nie. Tak. Tak jakby.

-?Czyli?

-?Chyba tak. Coś czuję.

-?Dobrze. -?Poczu­łem, że wędzi­dło wraca do pozy­cji wyj­ścio­wej. -?Tym razem, jak tylko poczu­jesz jakiś nacisk wędzi­dła, rusz w jego stronę. Rozu­miesz?

Ski­ną­łem głową i cze­ka­łem, aż wędzi­dło znów się poru­szy. Poczu­łem bar­dzo deli­katne pocią­gnię­cie, ledwo wyczu­walne, ale rze­czy­wi­ste. Jak tylko je poczu­łem (chcąc oczy­wi­ście być dobrym uczniem), zro­bi­łem krok naprzód, w stronę naci­sku.

-?Bar­dzo dobrze. -?Choć mia­łem zamknięte oczy, wie­dzia­łem, że sta­ru­szek się uśmie­cha. -?Spró­bujmy jesz­cze raz.

Znów się roz­luź­ni­łem i cze­ka­łem, aż wędzi­dło się poru­szy. Tym razem poru­szyło się nawet mniej niż poprzed­nio, ale znów chcąc być pil­nym uczniem, posze­dłem w stronę naci­sku, jak tylko go poczu­łem.

-?Dobrze -?stwier­dził znowu. -?A teraz coś mi powiedz.

Otwo­rzy­łem oczy i spoj­rza­łem na niego.

-?Czy cią­gną­łem cię w moją stronę wędzi­dłem?

-?Cią­gnął pan? -?Byłem lekko oszo­ło­miony. -?Nie, pro­szę pana.

-?Mia­łeś ochotę się zapie­rać?

-?Nie.

-?Czy łatwo ci było zro­bić to, o co cię popro­si­łem?

-?Tak, pro­szę pana -?powie­dzia­łem z nutą zasko­cze­nia w gło­sie. -?Bar­dzo łatwo.

-?Powiem ci -?rzekł, zabie­ra­jąc ogło­wie z mojego ramie­nia i wie­sza­jąc je na ścia­nie -?że mnie też było łatwo.

To powie­dziaw­szy, zacią­gnął się jesz­cze raz dymem, pod­szedł do drzwi i zgniótł nie­do­pa­łek pal­cami. Resztki tyto­niu posy­pały się na zie­mię z pozo­sta­ło­ściami owi­ja­ją­cej je bibuły. Wgniótł je w zie­mię i wyszedł.

---

Następ­nego dnia przy­pro­wa­dzi­łem Lacey z pastwi­ska, wyczy­ści­łem ją, zało­ży­łem jej sio­dło i ogło­wie i zapro­wa­dzi­łem na lon­żow­nik na naszą codzienną jazdę. Z tego, co pamię­tam, oby­dwoje byli­śmy w dobrym nastroju; już po chwili sie­dzia­łem na koniu i roz­po­czą­łem tre­ning. Rusze­nie stę­pem, zakręt w prawo, zakręt w lewo, zatrzy­ma­nie, kil­ku­se­kun­dowe sta­nie w miej­scu i od początku. Po około pię­ciu minu­tach stwier­dzi­łem, że nad­szedł czas, żeby popro­sić ją o cofa­nie.

Klacz ład­nie się zatrzy­mała i stała spo­koj­nie, kiedy zaczą­łem zbie­rać wodze. Bar­dzo się sta­ra­łem mieć mięk­kie i spo­kojne dło­nie, podob­nie jak sta­ru­szek, gdy cofał ją dzień wcze­śniej i gdy demon­stro­wał mi to w stajni.

Z początku, choć uży­łem bar­dzo lek­kiego naci­sku, nie czu­łem, żeby klacz w jaki­kol­wiek spo­sób zare­ago­wała. Już mia­łem go zwięk­szyć, aż nagle wpa­dłem na pewien pomysł. Gdy sta­ru­szek kazał mi mówić, kiedy zaczyna sto­so­wać nacisk na wędzi­dło, które trzy­ma­łem w ręku, pole­cił mi zamknąć oczy. Oczy­wi­ście nie mogłem być pewien, czy cho­dziło mu o to, żebym nie pod­glą­dał, czy też chciał, żebym naprawdę to poczuł. W każ­dym razie uzna­łem, że to był ważny, bra­ku­jący ele­ment ukła­danki, więc zbie­ra­jąc wodze, po pro­stu zamkną­łem oczy.

I nagle zaczą­łem czuć poprzez wodze rze­czy, któ­rych nie doświad­cza­łem wcze­śniej. Poczu­łem lekki opór, ustą­pie­nie, drgnię­cie wędzi­dła, scho­wa­nie głowy, lek­kie ugię­cie szyi w poty­licy -?a to wszystko w ciągu zale­d­wie kilku sekund. Odda­łem na chwilę wodze, po czym znów je zebra­łem, aby poczuć poprzez nie kolejną sze­roką gamę ruchów. Nagle, kiedy byłem zajęty roz­szy­fro­wy­wa­niem róż­nych sygna­łów prze­no­szo­nych przez wodze, poczu­łem, że Lacey robi coś zupeł­nie innego. Prze­nio­sła cię­żar ciała do tyłu! Nie był to duży ruch. Wła­ści­wie, gdy­bym go wypa­try­wał, zapewne wcale bym go nie zauwa­żył. Myślę jed­nak, że fakt, iż mia­łem zamknięte oczy, zmu­sił mnie, abym go poczuł.

Natych­miast puści­łem nie­wielki nacisk, jaki wywie­ra­łem na wodze, otwo­rzy­łem oczy i pochy­li­łem się, żeby pogła­skać klacz po szyi. Posie­dzia­łem spo­koj­nie kilka sekund, po czym spró­bo­wa­łem ponow­nie. Zamkną­łem oczy, zebra­łem lekko wodze, a gdy poczu­łem kon­takt z pyskiem konia, po pro­stu cze­ka­łem. Minęło jakieś sześć sekund, zanim znów zaczą­łem odczu­wać wiele róż­nych, lek­kich reak­cji. Po nie­ca­łych dzie­się­ciu sekun­dach klacz prze­nio­sła cię­żar ciała do tyłu, a ja od razu puści­łem wodze. Zro­bi­łem tak jesz­cze trzy razy, gdy nagle, w odpo­wie­dzi na nie­mal nie­zau­wa­żalny nacisk na wędzi­dło, Lacey zro­biła kilka kro­ków do tyłu!

Zszo­ko­wany, że klacz poszła do tyłu w odpo­wie­dzi na tak lekki nacisk, rzu­ci­łem wodze. Pod­eks­cy­to­wany roz­glą­da­łem się za sta­rusz­kiem w nadziei, że widział, co wła­śnie zro­bi­li­śmy, ale ni­gdzie go nie dostrze­głem. Opa­no­wa­łem emo­cje i wró­ci­łem do pracy, dzia­ła­jąc w ten sam spo­sób. W nie­całe pięć minut Lacey cofała pięć, dzie­sięć, pięt­na­ście kro­ków naraz od tak lek­kiego naci­sku, że wprost nie mogłem w to uwie­rzyć. A jed­nak!

Nieco póź­niej z wiel­kim prze­ję­ciem opo­wia­da­łem sta­rusz­kowi o tym, co osią­gną­łem z Lacey, ale jak zwy­kle nie wywo­łało to u niego zbyt wiel­kiej reak­cji. Sie­dział, słu­cha­jąc cier­pli­wie, co mam do powie­dze­nia, kiwał wolno głową od czasu do czasu, ale nie wyda­wał się być pod wra­że­niem tego, co mówi­łem. Pamię­tam, że zacze­kał, aż skoń­czę mówić, a następ­nie zapa­lił papie­rosa. Wydmuch­nął dym mię­dzy zębami, roz­siadł się wygod­nie w fotelu i spoj­rzał przez okno na pastwi­sko.

-?Zawsze, kiedy chcesz wal­czyć z końmi -?powie­dział niskim, moc­nym gło­sem -?one będą wal­czyły z tobą. A jed­nak nawet pod­czas takiej walki koń wciąż stara się zro­zu­mieć, o co ci cho­dzi. Smutne jest to, że jesteś tak zajęty walką, nie zauwa­żasz jego sta­rań. Wydaje mi się, że wresz­cie prze­sta­łeś wal­czyć.

W owym cza­sie to były dla mnie tylko słowa. Nie miały szcze­gól­nego zna­cze­nia. Być może dla­tego, że byłem jesz­cze mło­dym chłop­cem, a może wciąż myśla­łem o tym, co zaszło mię­dzy mną i Lacey. W każ­dym razie dopiero po latach zro­zu­mia­łem w pełni to, co powie­dział mi tego dnia sta­ru­szek.