Kontrahent - Magdalena Pasternak

Kup ebooka

39.90 zł
33.48 zł (33,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Nikt z nas nie wie, która godzina spo­śród wszyst­kich mija­ją­cych w ciągu życia wpły­nie na nasz los i zmieni jego bieg. Popa­damy w rutynę, wyko­nu­jemy te same czyn­no­ści bez przy­kła­da­nia do nich więk­szej wagi i przy­tom­nie­jemy dopiero wtedy, kiedy roz­sza­lały wir wciąga nas w sam śro­dek cyklonu. Dla jed­nych będzie to nagły kry­zys czy nie­szczę­śliwy wypa­dek, dla innych pozy­tywna zmiana lub pozna­nie kogoś.

Skupmy się na chwilę na tym ostat­nim przy­kła­dzie. Każdy czło­wiek jest cho­dzą­cym naczy­niem peł­nym doświad­czeń, histo­rii i prze­żyć, które go ukształ­to­wały. Ma swoje upodo­ba­nia, inte­re­suje się kon­kret­nymi rze­czami, zacho­wuje się tak, a nie ina­czej. Nagle, czę­sto bez naj­mniej­szego ostrze­że­nia, zde­rza się ze ścianą - w postaci innej osoby. Co może z tego wyjść? Na początku nikt nie wie, w którą stronę pocią­gnie nas ta spo­tkana przy­pad­kowo postać. Czy będzie to uskrzy­dla­jący lot ponad chmury, czy może bez­pre­ce­den­sowy upa­dek na samo dno...

- Marion, szef cię wzywa. - Do mojego poko­iku zagląda nowo przy­jęty chło­pak, któ­rego imie­nia za Chiny Ludowe nie pamię­tam.

Pro­sze­nie go o przy­po­mnie­nie po raz piąty byłoby dość nie­grzeczne, prawda?

- Dobrze, jasne. Już idę - potwier­dzam.

Zapi­suję szkic maila, któ­rego pisa­łam do dealera samo­cho­do­wego spod Mona­chium w spra­wie wyjąt­ko­wego modelu eks­klu­zyw­nej tunin­go­wa­nej limu­zyny. Wyma­rzyła ją sobie pewna pro­jek­tantka mody miesz­ka­jąca pod mia­stem. Usy­piam kom­pu­ter i udaję się do prze­ło­żo­nego, nie mając zie­lo­nego poję­cia, czego powin­nam się spo­dzie­wać. W Mal­foy Auto­mo­tive Servi­ces wszy­scy jeste­śmy wol­nymi strzel­cami i rzadko kiedy wła­ści­ciel wtrąca się w nasze dzia­ła­nia. Z jakiego więc powodu zosta­łam wezwana? Czy zro­bi­łam coś nie tak?

Sekre­tarka kie­row­nika wska­zuje ręką drzwi jego gabi­netu, gdy zatrzy­muję się przed jej biur­kiem.

- Mam kło­poty? - pytam nie­pew­nie, lekko się przy tym krzy­wiąc.

- Nie mam poję­cia, Par­nell.

Biorę głę­boki wdech, po czym gło­śno wypusz­czam powie­trze. Prze­szu­kuję szybko pamięć, ale nie natra­fiam na nic, czego ostat­nimi czasy bym nie dopil­no­wała.

Wcho­dzę do środka.

- Wzy­wał mnie pan - odzy­wam się po prze­kro­cze­niu progu. Zacho­wuję otwarte, przy­ja­zne nasta­wie­nie.

- Tak. Usiądź, Marion.

Pochy­lony nad doku­men­tami męż­czy­zna w śred­nim wieku wygląda jak zawsze. Zaczy­nam ana­li­zo­wać oto­cze­nie - mary­narkę powie­sił na opar­ciu, papiery leżą upo­rząd­ko­wane. Nie jest zły, nie jest spo­cony. Wydaje się być w nor­mal­nym, dobrym sta­nie.

- Coś się stało?

- Nie. To zna­czy tak, ale nic złego.

Patrzę na niego nieco zdez­o­rien­to­wana. Uśmie­cham się, mimo że nie wiem, czy powin­nam.

- Pamię­tasz Wil­liama Bol­dona, tego dzien­ni­ka­rza spor­to­wego, któ­rego prze­ka­za­łem ci na czas wyjazdu do Europy? - zwraca się do mnie iry­tu­jąco tajem­ni­czo.

- Tak, dosko­nale. W zeszłym mie­siącu spro­wa­dza­łam mu to fer­rari z osiem­dzie­sią­tego pią­tego.

- Zga­dza się. Dzwo­nił do mnie wczo­raj wie­czo­rem z potwier­dze­niem, że samo­chód już do niego dotarł.

- To super - kwi­tuję wesoło, ale dalej nie mam bla­dego poję­cia, po co szef mnie tu ścią­gał. - Wszystko w porządku z autem?

- Tak, naj­lep­szym. Klient ogrom­nie cię chwa­lił i nie mógł uwie­rzyć, że fak­tycz­nie zała­twi­łaś mu ten pojazd, zwa­żyw­szy na twój wiek: masz zale­d­wie dwa­dzie­ścia dwa lata.

- To nic takiego - komen­tuję, wzru­sza­jąc ramio­nami.

Zacho­wuję się tak, jakby taka pochwała była dla mnie chle­bem powsze­dnim. A nie jest. Mało kto zawraca sobie głowę chwa­le­niem agenta po tym, jak ten zre­ali­zo­wał zamó­wie­nie.

Branża, w któ­rej pra­cuję, należy do tych, w któ­rych obraca się nie swo­imi pie­niędzmi. Cho­ler­nie gru­bymi pie­niędzmi. To powo­duje, że zle­ca­jący rzadko kiedy w jaki­kol­wiek spo­sób doce­niają pośred­ni­ków. Kto gospo­da­ru­jący kwo­tami przy­pra­wia­ją­cymi o zawrót głowy ma czas, aby pomy­śleć o kimś innym? W tym świe­cie liczą się tylko zie­lone, nie ludzie.

- Jestem pod ogrom­nym wra­że­niem, Par­nell. Masz w sobie to, czego potrzeba, aby być dobrym agen­tem samo­cho­do­wym. Masz w sobie tę iskrę. - Męż­czy­zna strzela moty­wu­jącą prze­mowę.

- Dzię­kuję. - Obda­rzam go rado­snym, ale spo­koj­nym spoj­rze­niem.

Facet na moment dziw­nie się zawie­sza. Zasta­na­wiam się nad wła­ściwą reak­cją. Albo przy­naj­mniej tą przez niego ocze­ki­waną. Mam mu powie­dzieć coś wię­cej?

- Bol­don to bar­dzo znany dzien­ni­karz, swego czasu wspa­niały komen­ta­tor wyści­gów samo­cho­do­wych. Sama wiesz, pasjo­nat - mówi po chwili mil­cze­nia.

- Tak, tak. Zauwa­ży­łam.

- Tak się składa, że zna masę ludzi, wielu swo­jego pokroju. Możesz być z sie­bie dumna, bo pole­cił twoje nazwi­sko w śro­do­wi­sku.

Roz­piera mnie ener­gia. Zaci­skam usta w wąską linię, by poha­mo­wać pró­bu­jący wyrwać się ze mnie śmiech zado­wo­le­nia. Nie wiem, czy ist­nieje lep­sza poczta niż pan­to­flowa. I to w dodatku wszystko zaini­cjo­wane przez kogoś takiego jak Wil­liam Bol­don!

- Wow... - To jedyne, co umiem powie­dzieć. Czuję nie­praw­do­po­dobny zachwyt.

- Czy sły­sza­łaś kie­dy­kol­wiek o Maxi­mi­lia­nie Sau­te­rze?

- Nazwi­sko brzmi zna­jomo.

- To dobrze, bo powinno. W końcu to kil­ku­krotny zwy­cięzca dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzin­nego wyścigu na torze Day­tona, zdo­bywca wielu bute­lek mleka w India­na­po­lis Pięć­set i debiu­tant For­muły 1. Jeź­dził dla naj­lep­szych dru­żyn wyści­go­wych, jakie ist­niały - opo­wiada z fascy­na­cją, jed­nak jestem prze­ko­nana, że spraw­dził te infor­ma­cje w inter­ne­cie minutę przed moim przyj­ściem.

Tho­mas Mal­foy sie­dzi w branży od dekad i jest miło­śni­kiem moto­ry­za­cji, lecz nie wydaje mi się, żeby znał nazwi­sko każ­dego lep­szego kie­rowcy wyści­go­wego ubie­głego wieku. Było ich dość sporo.

- Nie­sa­mo­wity czło­wiek.

- Prawda? To zaszczyt prze­by­wać z nim w jed­nym pokoju, a co dopiero ode­brać od niego bez­po­średni tele­fon. - Męż­czy­zna roz­siada się w fotelu jak król.

- Dzwo­nił do pana?

- Zga­dza się. I to w two­jej spra­wie - wyja­śnia, a mnie nie­mal wysa­dza z butów.

- Mojej? - powta­rzam zasko­czona.

Czy ja mam halu­cy­na­cje?

- Maxi­mi­lian Sau­ter oraz Wil­liam Bol­don to przy­ja­ciele od zara­nia dzie­jów, więc Bol­don musiał cię pole­cić Sau­terowi i teraz ten chce cię oso­bi­ście poznać.

Potrzą­sam z nie­do­wie­rza­niem głową. Roz­glą­dam się po wnę­trzu gabi­netu.

Aha, czyli jed­nak jestem w ukry­tej kame­rze?

- Tak, tak - dodaje szef, widząc moją reak­cję.

Pró­buję zapa­no­wać nad roz­sza­la­łymi emo­cjami oraz eks­cy­ta­cją.

Maxi­mi­lian Sau­ter chce mnie poznać?!

Przy­szło mi funk­cjo­no­wać w zdo­mi­no­wa­nym przez męż­czyzn świe­cie, przez co jestem zmu­szona do zacho­wy­wa­nia się w spo­sób dość mocno nie­ko­biecy. Sta­ram się pre­zen­to­wać typowo sam­czą powścią­gli­wość. Koniec koń­ców w biz­ne­sie nikt nie chce patrzeć na roze­śmianą mało­latę w skow­ron­kach.

- Z przy­jem­no­ścią. Pro­szę podać mi adres i godzinę, a na pewno się zja­wię. - Pod­no­szę się z fotela zwró­co­nego w stronę biurka szefa.

- Szcze­góły pode­ślę ci zaraz mailem. - Mal­foy rów­nież wstaje, sięga po swoją szarą mary­narkę, zakłada ją i spo­koj­nie zapina, po czym wyciąga do mnie dłoń. - Moje gra­tu­la­cje, Par­nell. Jeśli speł­nisz ocze­ki­wa­nia kogoś takiego jak on, pod­bi­jesz ten świat na długo przed trzy­dziestką.

Rozdział 1

Marion

Zatrzy­muję samo­chód pod pan­cerną bramą, która skryta jest mię­dzy bujną roślin­no­ścią. Nie będę ukry­wać, serce potęż­nie wali mi w pier­siach. Dzieje się tak z dwóch powo­dów: po pierw­sze, mam oka­zję zaist­nieć w tej branży jak jesz­cze nikt przede mną, a po dru­gie, w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści trud­nią­cych się tą pro­fe­sją nie mam w spodniach penisa, co zna­cząco utrud­nia mi zada­nie. Nie­stety w więk­szo­ści dzie­dzin zwią­za­nych z moto­ry­za­cją zatrud­nieni są głów­nie męż­czyźni, a na kobiety patrzy się z aro­ganc­kim uśmiesz­kiem. Wiem, co mówię. Nie pra­cuję tu zbyt długo, a jed­nak doświad­czy­łam już tyle sek­si­zmu, że wystar­czy­łoby na całą karierę, kil­ka­dzie­siąt lat do przodu. Wła­śnie z tego względu mam do udo­wod­nie­nia jesz­cze wię­cej.

Się­gam do sto­ją­cego obok bramy domo­fonu i wci­skam nie­wielki guzik obok gło­śnika.

- Słu­cham? - sły­szę czyjś star­szy głos.

- Dobry wie­czór. Z tej strony Marion Par­nell.

- A tak, tak. Zapra­szam.

Skrzy­dła bramy roz­su­wają się na boki. Dodaję lekko gazu i wjeż­dżam w pro­wa­dzącą przez mały las dróżkę. Jak przy­stało na ogromne posia­dło­ści na pół­wy­spie Tibu­rón, już od wjazdu można dostrzec morze bogac­twa, które zostało zain­we­sto­wane w to miej­sce. Bru­ko­wany pod­jazd, pod­świe­tlane drzewa i wyła­nia­jący się zza nich budy­nek są jak z bajki, albo co naj­mniej hol­ly­wo­odz­kiego filmu.

Par­kuję przed zamknię­tymi bra­mami gara­żo­wymi, gaszę sil­nik. Willa z ozdob­nymi wie­żami robi na mnie pio­ru­nu­jące wra­że­nie. Prze­mie­rzam dłu­gie schody zakrę­ca­jące pod główne wej­ście i nim zdążę zadzwo­nić, w progu poja­wia się ele­gancki star­szy męż­czy­zna.

- Witaj, Marion. - Uśmie­cha się do mnie miło i muszę przy­znać, że bie­rze mnie tym z zasko­cze­nia

- Witam ser­decz­nie, panie Sau­ter. - Podaję mu rękę do uści­śnię­cia, nim ten wycią­gnie ku mnie swoją.

Ten jed­nak zamiast zamknąć moją dłoń w moc­nym uchwy­cie, bie­rze ją deli­kat­nie i non­sza­lancko całuje.

Dżen­tel­men sta­rej daty. Pro­szę, pro­szę.

- Mów mi Maxi­mi­lian. Nie jestem aż taki stary - żar­tuje lekko, z miej­sca pod­bi­ja­jąc moje serce.

Jadąc tu, spo­dzie­wa­łam się opry­skli­wego dziadka, który od początku będzie patrzył na mnie z góry i zio­nął w moją stronę ogniem. Nic z tych rze­czy. Sto­jący przede mną klient jest prze­uro­czym, zadba­nym panem z manie­rami. Byłam świę­cie prze­ko­nana, że tacy już dawno temu wygi­nęli...

Wcho­dzimy do środka, wła­ści­ciel pro­wa­dzi mnie do salonu.

- Co ty na to, aby­śmy usie­dli na tara­sie? Jest z niego prze­piękny widok na zatokę oraz most Gol­den Gate. Cie­pła noc jest nam na rękę.

- Bar­dzo chęt­nie. - Kiedy to mówię, stres cał­ko­wi­cie ze mnie scho­dzi.

Prze­staję cho­wać się za podwójną gardą, jak zawsze przy pierw­szych kon­tak­tach z kim­kol­wiek. Za każ­dym razem sta­ram się na początku być miła i otwarta, ale to nie ozna­cza, że bez­bronna. Mam świa­do­mość, że pozor­nie nie­winne zaczepki bar­dzo szybko mogą prze­obra­zić się w obraź­liwe tek­sty, a w takiej sytu­acji ni­gdy nie pozo­staję dłużna.

- Pozwo­li­łem sobie zapa­rzyć białą her­batę z płat­kami róży i kawał­kami hisz­pań­skich brzo­skwiń. Napi­jesz się, skar­bie?

"Skar­bie"? O jeju...

Gene­ral­nie jakie­kol­wiek "skar­bie" powinno od razu wpro­wa­dzić mnie w stan czuj­no­ści. W końcu to dość nie­nor­malne, aby ktoś zwra­cał się do mnie w ten spo­sób kilka minut po pozna­niu. A jed­nak w tym wypadku tak się nie dzieje. Dla­czego?

Może dla­tego, że mam wro­dzony dar roz­szy­fro­wy­wa­nia ludzi w mgnie­niu oka i jesz­cze ni­gdy się nie pomy­li­łam. Każdy fra­jer oka­zy­wał się fra­jerem, każda dwu­li­cowa laska dwu­li­cową laską, a każda fał­szywa osoba fał­szywą osobą. Moja intu­icja nie myli się w tej spra­wie, a jedyne, co mi teraz pod­po­wiada, to to, że Maxi­mi­lian jest ser­decz­nym zło­tym eme­ry­tem, który nie został prze­żarty przez współ­cze­śnie tok­sycz­nych ludzi. Bije od niego taka cie­pła, pozy­tywna ener­gia, że mogła­bym się stąd już nie ruszać.

- Z przy­jem­no­ścią. - Uśmie­cham się do niego szcze­rze.

Męż­czy­zna sta­wia na drew­nia­nym sto­liku tacę z fili­żan­kami oraz dzban­kiem z napa­rem.

- Pro­szę bar­dzo. - Podaje mi moją por­cję, potem sam bie­rze swoją i pociąga łyk napoju wyra­zi­ście pach­ną­cego brzo­skwi­nią.

- Dzię­kuję.

- Był tu u mnie ostat­nio mój stary przy­ja­ciel Wil­liam Bol­don. Wiesz, o kogo cho­dzi, prawda?

- Tak, oczy­wi­ście. Współ­pra­co­wa­li­śmy w zeszłym mie­siącu. - Upi­jam łyk aro­ma­tycz­nej her­baty. Jest wyśmie­nita. Na pod­nie­bie­niu roz­pły­wają się nuty owo­co­wej sło­dy­czy niczym wygry­wane przez pia­nino kolejne dźwięki kla­wi­szy.

- O ile dobrze pamię­tam, to ty zała­twi­łaś mu 288 GTO, tak?

- Ow­szem.

- Stary dziad wszę­dzie wrzuca z nim fotki. - Star­szy pan śmieje się ser­decz­nie. - Nie mógł prze­stać o tobie mówić. Wychwa­lał cię jak nikogo wcze­śniej.

- Bar­dzo miło mi to sły­szeć.

Wielki banan nie scho­dzi mi z twa­rzy, mało tego, nie­malże zaczy­nają boleć mnie mię­śnie policz­ków.

- Posta­no­wi­łem, że skon­tak­tuję się z tobą jako pierw­szy, zanim zasy­pią cię tele­fony z całego regionu. - Odsta­wia fili­żankę na ozdobną pod­stawkę. - Chciał­bym cię poznać, Marion. Jak to się stało, że taka młoda kobieta wylą­do­wała w branży nie­mal cał­ko­wi­cie zdo­mi­no­wa­nej przez face­tów?

- Cóż, lubię wyzwa­nia, ciężko mnie wystra­szyć i znie­chę­cić - odpo­wia­dam wesoło, na co on kiwa przy­ta­ku­jąco głową. - To, że nie jestem mile widziana, jesz­cze bar­dziej mnie napę­dza.

- Napę­dza. - Uśmie­cha się. - To super, że jest w tobie tyle ducha walki. Jeden z moich wnu­ków jest dokład­nie taki sam. Im wię­cej prze­ciw­no­ści, tym więk­szą ma z nich frajdę.

- Dosko­nale to znam.

- No, a powiedz mi, skąd taka pasja? Bo jed­nak masz dość nie­ty­powe zain­te­re­so­wa­nie.

- Wynio­słam to z domu. - Ogar­nia mnie przy­jemne roz­luź­nie­nie. Czuję się tak, jak­bym spo­tkała się z przy­ja­cie­lem, nie z poten­cjal­nym klien­tem. - Tato od zawsze miał hopla na punk­cie samo­cho­dów, a z kolei star­szy brat w ogóle się nimi ni­gdy nie inte­re­so­wał i chyba dla­tego padło na mnie. Wystar­czyło, że jako małą dziew­czynkę tato raz posa­dził mnie w zga­szo­nym aucie za kie­row­nicą. No i prze­pa­dłam.

- Miłość od pierw­szego wej­rze­nia?

- Zde­cy­do­wa­nie.

- Coś o tym wiem. - Śmieje się znowu w taki auten­tyczny spo­sób, że czuję się jak w domu. - Nie chcia­łaś się ści­gać?

- Chcia­łam. I przez jakiś czas to robi­łam.

- Gokarty?

- Tak, na początku. Nie­stety to bar­dzo kosz­towne zaję­cie i z powo­dów finan­so­wych musia­łam się wyco­fać.

Bolało, nie­mi­ło­sier­nie bolało, ale nie mia­łam wyj­ścia. Moich rodzi­ców nie stać było na wyda­wa­nie setek tysięcy dola­rów każ­dego sezonu. A im wyżej się pniesz, tym szyb­ciej rosną koszty.

- Rozu­miem. Moje dzieci miały wszystko zapew­nione, choć ja sam zaczy­na­łem od zera.

- To daje naj­więk­szą satys­fak­cję - komen­tuję.

- Tak, bez­względ­nie. I teraz, kiedy jestem na eme­ry­tu­rze, naprawdę mogę korzy­stać z pie­nię­dzy, na które zapra­co­wa­łem wła­snymi rękami - opo­wiada entu­zja­stycz­nie.

- Miłość do czyn­nej moto­ry­za­cji prze­ro­dziła się w pasję do bier­nej?

- Dobrze powie­dziane. Jesz­cze kie­dyś cho­dzi­łem na zawody syna i wnu­ków, ale teraz zwy­czaj­nie nie mam na to siły i prze­rzu­ci­łem się na kolek­cjo­no­wa­nie pere­łek z całego świata.

- I tutaj poja­wiam się ja - zauwa­żam bły­sko­tli­wie.

- W rze­czy samej.

- Wolisz kla­syki czy nowo­cze­sne cudeńka, Maxi­mi­lia­nie? - pytam, prze­sta­wia­jąc się na zawo­dowe tematy.

Męż­czy­zna bie­rze głę­boki wdech, spo­gląda w stronę zatoki. Patrzę tam i ja. W oddali mie­nią się świa­tła nad­brzeż­nych budyn­ków, ale to pod­świe­tlony most Gol­den Gate jest naj­więk­szą atrak­cją pano­ramy. Sau­ter miał rację, to spek­ta­ku­larny punkt wido­kowy.

- Bywało z tym u mnie róż­nie, ale aktu­al­nie moje oczy skie­ro­wane są w stronę lam­bor­ghini miura. - Męż­czy­zna wraca spoj­rze­niem na mnie. - Sły­sza­łem, że nie­ska­zi­telny model tra­fia w przy­szłym tygo­dniu na aukcję.

- Jaki mamy budżet?

- Auto ma być moje. Taki.

Nie­malże klasz­czę w dło­nie. Takich klien­tów lubimy naj­bar­dziej, ponie­waż w ten spo­sób dają nam naprawdę sze­ro­kie pole do popisu.

- Uznaj to za zała­twione - ripo­stuję nie­zwłocz­nie. - Coś jesz­cze?

- Wła­ści­wie to tak. Moja wnuczka ma nie­długo uro­dziny i chciał­bym poda­ro­wać jej bra­busa G63.

- Potrze­buję mini­mum czter­na­stu dni od zło­że­nia zamó­wie­nia. Plus trans­port, jeżeli satys­fak­cjo­nu­jący model znaj­duje się poza Sta­nami.

- O jak dłu­gim cza­sie mówimy?

- Naj­czę­ściej ścią­gamy samo­chody z Europy, a to daje dodat­kowo mini­mum mie­siąc - wyja­śniam.

- To ide­al­nie. Aria ma uro­dziny za trzy mie­siące.

- Na styk. W razie jakich­kol­wiek opóź­nień...

- W razie jakich­kol­wiek opóź­nień będziemy szu­kać innych roz­wią­zań - koń­czy za mnie.

- Tak. Zawsze zostaje trans­port powietrzny. Jest dużo droż­szy od mor­skiego, ale zde­cy­do­wa­nie mniej zawodny.

- No wła­śnie. Będziemy reago­wać ade­kwat­nie do sytu­acji.

Upi­jam łyk her­baty, auten­tycz­nie zado­wo­lona z tej współ­pracy. Jesz­cze się dobrze nie zaczęła, a już idzie we wła­ściwą stronę. Dla­czego wszy­scy klienci nie mogą być wła­śnie tacy?

- Mam do cie­bie prośbę - mówi i uzu­peł­nia moją fili­żankę przej­rzy­stym napa­rem.

- Słu­cham.

- Przejdź się, pro­szę, do salonu i weź ze sto­lika przed komin­kiem album w brą­zo­wej skó­rza­nej opra­wie. Mogła­byś?

- Jasne, nie ma pro­blemu.

Wstaję z tara­so­wego fotela wyło­żo­nego ozdobną podu­chą i wcho­dzę do środka. Piękny drew­niany sufit kase­to­nowy oraz wyko­nane z tego samego mate­riału meble powo­dują, że wnę­trza tej posia­dło­ści dają odczu­cie praw­dzi­wego luk­susu.

Mijam białą kanapę narożną oraz orze­chową leżankę, by po chwili odna­leźć na szkla­nym sto­liku przed­miot, po który tu przy­szłam. Schy­lam się, biorę go w ręce i odwra­cam się z albu­mem, by doznać zawału serca. Dosłow­nie pod­ska­kuję prze­stra­szona. Kilka metrów ode mnie w bocz­nym przej­ściu nie­spo­dzie­wa­nie wyra­sta wysoki facet w trzy­czę­ścio­wym gar­ni­tu­rze. Mam bar­dzo dobry słuch, a jed­nak nie dole­ciał do mnie żaden dźwięk. Męż­czy­zna bez­sze­lest­nie poko­nał drew­niany par­kiet, rzu­ca­jąc na pod­łogę jakiś urok, by nie wydała z sie­bie ani jed­nego skrzyp­nię­cia. Ale nie w tym rzecz. Cho­dzi o to, że patrzy na mnie tak, jakby chciał mnie zamor­do­wać.

- Masz nie­zły, kurwa, tupet, aby żero­wać na męż­czyź­nie w póź­nej sta­ro­ści - grzmi w moją stronę, krzy­wiąc się pogar­dli­wie.

- Słu­cham? - Serce kur­czy mi się o dwa roz­miary.

Czuję się bru­tal­nie ata­ko­wana, gdy pod­cho­dzi w moją stronę. Biją od niego pew­ność sie­bie i auto­ry­tarna ener­gia pełna zacię­to­ści, wręcz dzi­ko­ści. Zaci­śnięte zęby spra­wiają, że drga mu część mię­śni żuchwy.

- Liczy­łaś, że co? Że obsy­pie cię pre­zen­tami? Że prze­pi­sze na cie­bie mają­tek?

- Co takiego?! - Nie mogę wyjść z szoku, w który coraz głę­biej wpa­dam.

Znacz­nie więk­szy niż mój wzrost, uło­żone na bok żelem włosy w kolo­rze ciem­nego blondu, do tego jasne oczy, które nie­ustan­nie pró­bują spa­lić mnie żyw­cem... Na uła­mek sekundy się zapo­mi­nam.

- Odda­waj to i wynoś się stąd, zdziro.

Kiedy facet łapie mnie agre­syw­nie za ramię, wraca mi zdrowy rozum. Dzięki Bogu szybko trzeź­wieję.

- Nie doty­kaj mnie albo poła­mię ci palce. - Wyry­wam się mu i spo­glą­dam na niego nie­na­wist­nie.

- Coś ty powie­działa, gów­niaro?

- Sły­sza­łeś.

- Otwórz jesz­cze raz gębę, a poża­łu­jesz, że w ogóle się uro­dzi­łaś.

Szczęka opada mi pra­wie na zie­mię. Cho­ciaż jestem total­nie oszo­ło­miona całym tym zaj­ściem, od razu wiem, że mam do czy­nie­nia z prze­ro­śnię­tym ego w dro­gim gar­ni­tu­rze, który zastę­puje braki w kul­tu­rze.

Biorę głę­boki wdech, uśmie­cha­jąc się przy tym sze­roko. Bab­cia powta­rzała: cham­stwo zabi­jaj dobro­cią.

- Jesz­cze raz - mówię pod nosem na tyle gło­śno, aby sły­szał. - Nazy­wam się Marion Par...

- Gówno mnie obcho­dzi, jak się nazy­wasz. Wynoś się stąd.

- Nie. Nie przy­szłam tu do cie­bie, palan­cie. - Decy­duję się porzu­cić grzecz­ność. Nic mi po niej, mało tego, wręcz utrud­nia mi roz­mowę. Co mi po kur­tu­azji, skoro ten bał­wan nawet nie zna takiego słowa.

- Tak, wiem. Przy­szłaś wyko­rzy­stać star­czy wiek mojego...

- Mick, cóż za nie­spo­dzianka! - Do salonu wcho­dzi Maxi­mi­lian i swoim powi­ta­niem prze­rywa Gar­ni­tur­kowi. - O, pozna­li­ście się już z Marion?

- Dziadku, kim jest ta mało­lata i co tutaj robi?

Dziadku...?!

- Marion, prze­cież już powie­dzia­łem.

- Chwila, co...? - Patrzę na nich zdez­o­rien­to­wana.

- Chwila, kto...?

- Pamię­tasz, skar­bie, jak ci mówi­łem, że mam wnuka, który uwiel­bia wyzwa­nia i radzi sobie lepiej pod pre­sją niż bez niej?

Pro­szę bar­dzo. Powin­nam była wie­dzieć, że męż­czy­zna opi­sany przez star­szego Sau­tera będzie w rze­czy­wi­sto­ści wyglą­dał dokład­nie w ten spo­sób.

- Skar­bie...? - syczy blon­dyn.

Marsz­czę czoło. Niby to takie łatwe do zro­zu­mie­nia, a jed­nak tak cięż­kie do ogar­nię­cia.

- Marion, poznaj jed­nego z moich wnu­ków Micka. Mick, poznaj moją agentkę samo­cho­dową Marion.

Patrzymy na sie­bie z Gar­ni­tur­kiem z wyczu­walną rezerwą. On ma do mnie pre­ten­sje o nie wia­domo co, ja mam do niego uraz za wyzy­wa­nie mnie i trak­to­wa­nie jak śmie­cia. Bijąca od nas ener­gia jest jak wypi­sany wiel­kimi lite­rami wzór na bombę jądrową i tylko ktoś głupi mógłby powie­dzieć, że to nic takiego.

- O, widzę, że zna­la­złaś album. Dosko­nale. Chodźmy, pokażę ci kilka fan­ta­stycz­nych ujęć z daw­nych...

Wypo­wiedź Maxi­mi­liana cich­nie w poło­wie, bo mój umysł jest sku­piony na czym innym.

Nie bez przy­czyny mówi się, że kobiety mają ten­den­cję do prze­twa­rza­nia nie­po­wią­za­nych ze sobą myśli z pręd­ko­ścią świa­tła. Gdy­bym miała podać ich przy­bli­żoną liczbę na minutę, powie­dzia­ła­bym, że jest to czter­dzie­ści pięć tysięcy osiem­set dwa­na­ście. Plus minus. Teraz jed­nak w mojej świa­do­mo­ści panuje głu­cha cisza, w mojej gło­wie jest pustka - chyba po raz pierw­szy od dwu­dzie­stu dwóch lat. Nie ma tam nic, nawet jed­nej iskry. Moż­liwe, że to ten fakt szo­kuje mnie naj­bar­dziej. Jak to w ogóle moż­liwe?!

Gapię się bez­myśl­nie na zwró­co­nego w moją stronę blon­dyna i sły­szę, jak gło­śno bije mi serce. To zna­czy, że chyba jesz­cze żyję, prawda?

Mick nato­miast pro­wa­dzi teraz sam ze sobą star­cie tyta­nów - mądro­ści i logiki, a efekty tych zma­gań widać w jego jasnych oczach. Myśli kotłują się w jego gło­wie, pod­sy­ła­jąc umy­słowi mniej lub bar­dziej racjo­nalne sce­na­riu­sze. Jeste­śmy aktu­al­nie total­nymi prze­ci­wień­stwami i zaprze­cze­niami ste­reo­ty­pów płcio­wych.

- Tak, mam go tutaj. - Wycią­gam w stronę seniora skó­rzany fol­der, wra­ca­jąc na zie­mię.

Posy­łam młod­szemu Sau­te­rowi ostat­nie spoj­rze­nie i odwra­cam się na pię­cie. Chcia­ła­bym, naprawdę chcia­ła­bym olać gbu­ro­watą postać z fry­zurą uło­żoną praw­do­po­dob­nie sta­ran­niej niż moje włosy, ale nie przy­cho­dzi mi to tak łatwo, jak bym tego ocze­ki­wała. To jed­nak nie wszystko. Bo co naj­gor­sze, czuję w kościach, że z tej zna­jo­mo­ści nie wynik­nie nic dobrego.

Rozdział 2

Mick

- Nie jeste­śmy w sta­nie osza­co­wać, na które banki powin­ni­śmy spoj­rzeć. Skąd mamy wie­dzieć, które sobie wybrał do zde­frau­do­wa­nia tych pie­nię­dzy, kiedy jest ich aż dzie­sięć na tym pie­przo­nym Saint Kitts i Nevis?

Pod­no­szę wzrok na zada­ją­cego to pyta­nie Austina, zaro­śnię­tego niczym małpa. Jak można dopro­wa­dzić się do takiego stanu?

- Już ci mówi­łem, żebyś zgo­lił tę menel­ską brodę albo cho­ciaż równo ją przy­strzygł. - Nie umiem powstrzy­mać się przed kolej­nym w tym tygo­dniu komen­ta­rzem pod jego adre­sem. - Wyglą­dasz jak lump, który ukradł komuś gar­ni­tur za pięt­na­ście koła i przy­szedł na ważne spo­tka­nie.

- Mick, ja pier­dolę. - Austin wywraca oczami.

Krzy­wię się, lustru­jąc go nie­przy­chyl­nie.

- No, raczej nie z takim wyglą­dem. Mówię ci, jak jest.

- Mógł­byś się sku­pić na spra­wie? Mamy czas do jutra - fuka. - Musimy zawę­zić listę podej­rza­nych do mak­sy­mal­nie pię­ciu pozy­cji.

- Jak mam się sku­pić, skoro roz­pra­szasz mnie swoim wyglą­dem menela? Już kilka razy poważ­nie się zasta­na­wia­łem, czy nie wezwać ochrony.

- Masz nie­równo pod sufi­tem.

- Ostrze­gam. Niech tylko doleci do mnie zapach szczo­chów, Austin.

- Wsadź sobie te swoje uwagi, Sau­ter. Czas nas goni, a ty...

- Oto pięć pla­có­wek, które powin­ni­śmy wziąć pod lupę - prze­ry­wam skargę kum­pla i rzu­cam w jego stronę kil­koma tecz­kami.

Austin kręci w nie­do­wie­rza­niu głową, potem zagląda do sko­ro­szy­tów.

- Skąd wiesz, że to te?

- Spo­śród wszyst­kich dzie­się­ciu pra­wie połowa jest ame­ry­kań­skimi filiami, które oczy­wi­ście pod­le­gają jurys­dyk­cji. Z pozo­sta­łej szóstki w całej swo­jej histo­rii tylko jeden zła­mał się i uległ sądo­wym wezwa­niom. To daje nam dość spore szanse z tą piątką.

- No dobra, to mamy jakiś punkt odnie­sie­nia.

- Mało tego, od razu możesz odrzu­cić tę czwórkę - dodaję bez­e­mo­cjo­nal­nie, roz­kła­da­jąc przed nim następne doku­menty.

- Bo?

- Mamy prze­cież wydruki, na któ­rych widać, że tam­tego dnia tylko w jed­nym były znaczne wpływy.

Sza­tyn patrzy na mnie z wyraź­nym zdu­mie­niem. Jego fachowe oko prze­oczyło kilka klu­czo­wych kwe­stii, ale mnie one nie umknęły.

- W takim razie musimy teraz szu­kać kont, któ­rych wpływy będą paso­wać do skra­dzio­nej kwoty.

- Brawo, Cali­neczko. Już wiesz, dla­czego zara­biam wię­cej od cie­bie?

- Pieprz się, Sau­ter.

- Z przy­jem­no­ścią. - Pod­no­szę się z krze­sła. - Pora na mnie. - Zapi­nam guzik mary­narki i uśmie­cham się do niego aro­gancko.

- A gdzie ty się wybie­rasz?

- Tak jak zasu­ge­ro­wa­łeś, jadę się pie­przyć - par­skam.

- Mowy nie ma. Musimy zna­leźć te konta.

- Ze względu na fakt, że odwa­li­łem za cie­bie więk­szość roboty, sam się tym zaj­miesz.

Austin wywraca oczami, sapie ciężko i rzuca na sto­lik sko­ro­szyt w geście dez­apro­baty.

- Sam będę miał tu zaję­cie na całą noc - stęka.

- Chyba nie będziesz pła­kał, co?

Facet kiwa głową z nie­do­wie­rza­niem.

- Ale z cie­bie kawał buca - bur­czy.

- Obra­żasz czy kom­ple­men­tu­jesz?

Patrzymy na sie­bie przez chwilę, po czym obaj zaczy­namy się śmiać.

- Dobra, wynoś się stąd. Jedź się bawić, a ja idę zro­bić sobie dzban kawy, aby nad tym nie usnąć.

- Czy ja wiem, czy to będzie aż taka zabawa? Jadę do dziadka. Dawno u niego nie byłem.

- Ej, legendę Maxi­mi­liana Sau­tera ty zostaw w spo­koju. To byłoby mocno chore.

Kręcę w nie­do­wie­rza­niu głową i wycho­dzę z biura.

Co za kre­tyn.

Zjeż­dżam windą do pod­ziem­nego par­kingu, wsia­dam do auta. Zer­kam po raz pierw­szy od kilku godzin na tele­fon, ale poza paroma wia­do­mo­ściami od dewe­lo­pera, który ma jakiś pro­blem z pozwo­le­niami, nie znaj­duję niczego, co zatrzy­ma­łoby mnie w sie­dzi­bie firmy na dłu­żej. Dzi­siaj jestem już wolny.

Udaję się za mia­sto na drugą stronę zna­nego na całym świe­cie mostu. Prze­jeż­dżam przez kilka mie­ścin i po odsta­niu swo­jego na remon­to­wa­nej dro­dze dojeż­dżam do spek­ta­ku­lar­nej posia­dło­ści na wznie­sie­niu. Kiedy zatrzy­muję się przy nie­zna­nym mi mer­ce­de­sie, zaczy­nam się zasta­na­wiać, kto mógł zja­wić się dziś u dziadka. Jakiś zna­jomy? Stary przy­ja­ciel? Dzien­ni­karz? W sumie sta­ru­szek rzadko kiedy jest sam.

Idę przez dosko­nale znane mi pomiesz­cze­nia. W pierw­szej kolej­no­ści zaglą­dam do gabi­netu ze wszyst­kimi tro­fe­ami seniora. Dzia­dek uwiel­bia w nim prze­by­wać, tym razem jed­nak go tu nie zastaję. Kolej­nym wybo­rem jest pokój barowy, w któ­rym czę­sto sączy jakiś stary koniak. Kolejne pudło. Pozo­stają mi tylko dwie moż­li­wo­ści: albo dzia­dek znowu coś maj­struje w kuchni, albo popija swoją wie­czorną her­batę na tara­sie.

Kie­ruję się do dzien­nego pokoju i nie­spo­dzie­wa­nie zauwa­żam pochy­loną nad sto­li­kiem usta­wio­nym przed komin­kiem pla­ty­nową panienkę. Spoj­rze­nie z auto­matu leci mi w pierw­szej kolej­no­ści na wypięte w moją stronę pośladki, ukryte pod czar­nym mate­ria­łem sukienki z dłu­gim ręka­wem.

O kurwa.

Staję jak wryty. Z miej­sca wpie­niam się, że taka kobieta posta­wiła nogę w domu jed­nej z nie­wielu osób, które cenię. To jed­nak nie wszystko. Nie przej­muję się zbyt­nio tym, że ją wystra­szy­łem, lecz gdy dostrze­gam jej cał­kiem ładną twarz, nie­przy­jem­nie wgniata mnie w zie­mię. To utwier­dza mnie w prze­ko­na­niu, że nie przy­szła tutaj z miło­ści do moto­ry­za­cji.

- Masz nie­zły, kurwa, tupet, aby żero­wać na męż­czyź­nie w póź­nej sta­ro­ści - bur­czę w jej stronę.

- Słu­cham?

Widzę, jak cała się spina, a to działa na mnie jak syreni śpiew. Zbli­żam się do niej pode­ner­wo­wany, że przy­je­chała oma­mić swoją urodą mojego dziadka, który ma tak dobre i otwarte serce, że to nie do pomy­śle­nia.

Zaci­skam mocno szczękę, czu­jąc się wręcz zobo­wią­zany do wypie­prze­nia jej daleko poza mury tego domu.

- Liczy­łaś, że co? Że obsy­pie cię pre­zen­tami? Że prze­pi­sze na cie­bie mają­tek?

- Co takiego?

Ska­nuję ją z surową miną, mimo że czuję elek­try­zu­jące oży­wie­nie. Jest atrak­cyjna, temu zaprze­czyć nie mogę.

- Odda­waj to i wynoś się stąd, zdziro.

- Nie doty­kaj mnie albo poła­mię ci palce. - Wyrywa się, kiedy łapię ją za ramię, i patrzy na mnie z kry­sta­licz­nie czy­stą nie­na­wi­ścią.

- Coś ty powie­działa, gów­niaro?

- Sły­sza­łeś.

Tym tek­stem roz­dmu­chuje tlącą się we mnie iskrę.

- Otwórz jesz­cze raz gębę, a poża­łu­jesz, że w ogóle się uro­dzi­łaś.

Rwie mnie, aby nauczyć ją pokory, uży­wa­jąc do tego celu przy­gnia­ta­ją­cej do ziemi suro­wo­ści. Sta­wiam krok, kiedy kobieta ku mojemu zasko­cze­niu bie­rze głę­boki wdech, jakby chciała ochło­nąć.

Czyżby zro­zu­miała, że się zapę­dziła?

No jasne, że nie. To byłoby zbyt piękne, bo na koniec uśmie­cha się w prze­sło­dzony spo­sób i wiem, że nie mam co liczyć na jej okieł­zna­nie. Rodzi się we mnie dziwna potrzeba doci­śnię­cia jej.

- Jesz­cze raz. Nazy­wam się Marion Par...

- Gówno mnie obcho­dzi, jak się nazy­wasz. Wynoś się stąd.

- Nie. Nie przy­szłam tu do cie­bie, palan­cie.

O chuj... O nie...

Nie mogę uwie­rzyć w to, że pozwo­liła sobie na taką bez­po­śred­niość. Powi­nie­nem zare­ago­wać, ale chyba zwy­czaj­nie jestem w zbyt dużym szoku. Nikt od dawien dawna nie pozwo­lił sobie na coś takiego w mojej obec­no­ści.

- Tak, wiem. Przy­szłaś wyko­rzy­stać star­czy wiek mojego...

- Mick, cóż za nie­spo­dzianka. - Poja­wia się przy nas sta­ru­szek. - O, pozna­li­ście się już z Marion?

- Dziadku, kim jest ta mało­lata i co tu robi?

- Marion, prze­cież już powie­dzia­łem. - Dzia­dek jest cał­ko­wi­cie roz­luź­niony, wesoły.

Niczego już nie rozu­miem.

- Chwila, co...? - Panienka zerka po nas ze zdzi­wie­niem.

- Chwila, kto...?

- Pamię­tasz, skar­bie, jak mówi­łem ci, że mam wnuka, który uwiel­bia wyzwa­nia i radzi sobie lepiej pod pre­sją niż bez niej?

Wysa­dza mnie z butów. Brwi suną mi pod samą linię wło­sów.

- Skar­bie...?

A więc to jed­nak pro­sty­tutka?!

Patrzę to na nią, to na dziadka. Mózg wypływa mi uchem.

- Marion, poznaj jed­nego z moich wnu­ków Micka. Mick, poznaj moją agentkę samo­cho­dową Marion.

Na­dal przy­glą­dam się jej z tą samą powścią­gli­wo­ścią. Wąt­pli­wo­ści zni­kają, a nasze przed­sta­wie­nie wiele wyja­śnia. Jed­nak kilku kwe­stii tu nie rozu­miem. Jak dostała się do kogoś takiego jak senior Sau­ter? Jak mogła osią­gnąć to w tak mło­dym wieku? Ile w ogóle ma lat? Osiem­na­ście?

Ska­nuję ją całą uważ­nie, ona rów­nież bacz­nie mi się przy­pa­truje. Z jej hete­ro­chro­ma­tycz­nych oczu bucha zacię­tość.

- O, widzę, że zna­la­złaś album. Dosko­nale. Chodźmy, pokażę ci kilka fan­ta­stycz­nych ujęć z daw­nych lat i parę pere­łek.

- Tak, mam go tutaj. - Wyciąga ku dziad­kowi skó­rzany fol­der, ale na­dal ciska we mnie pio­ru­nami.

- Wspa­niale. To ja jesz­cze tylko pójdę po oku­lary, żeby widzieć te zdję­cia.

Czuję ukłu­cie zazdro­ści. To mnie sta­ru­szek przez całe dzie­ciń­stwo brał na kolana i infor­mo­wał, gdzie znaj­duje się stare fer­rari, ile kilo­me­trów prze­je­chał ulu­bio­nym mer­ce­de­sem, komu poda­ro­wał zabyt­ko­wego kul­to­wego mustanga, ile pie­nię­dzy zebrał dla fun­da­cji, ofe­ru­jąc prze­jażdżki swoim jagu­arem. I teraz to samo zrobi z nią?

- Z miłą chę­cią - mówi ona i odrywa ode mnie zde­gu­sto­wany wzrok, by spoj­rzeć na mojego przodka w zupeł­nie odmienny spo­sób.

Roz­pala się we mnie złość. Ta per­fidna niu­nia musi szyb­ciutko wró­cić do sze­regu.

Wyko­rzy­stuję chwilę jej kon­cen­tra­cji na dziadku i dokład­niej obser­wuję jej miłą dla oka syl­wetkę. Ona odpro­wa­dza go wzro­kiem, a ja pró­buję prze­świe­tlić okry­wa­jące ją ubra­nie. Męskie instynkty. Wia­domo, jak to działa.

- Nie za krótka ta sukienka? - pytam, zer­ka­jąc na jej smu­kłe nogi. Na sto­pach ma san­dałki na wyso­kim obca­sie.

Wiem, że mogę pozwo­lić sobie na bar­dzo dużo, skoro i tak już obda­ro­wa­li­śmy się kil­koma wyzwi­skami. To sta­wia mnie w kom­for­to­wej sytu­acji. Zresztą aktu­al­nie nie umiem zare­ago­wać ina­czej, coś wewnątrz mnie narzuca mi to pyszał­ko­wate, aro­ganc­kie podej­ście.

- To nie twoja sprawa.

- A wła­śnie, że moja.

- Jak się nie podoba, to nie patrz. - Pró­buje spła­wić mnie naj­bar­dziej banal­nym tek­stem we wszech­świe­cie.

- Ciężko nie patrzeć, jak przy­jeż­dżasz do zle­ce­nio­dawcy w minió­wie...

- W minió­wie?

- To kiecka do bur­delu, nie na spo­tka­nie biz­ne­sowe.

- Jestem u two­jego dziadka, nie u cie­bie - mówi pew­nie, wręcz bez­czel­nie.

Chwila, kogo ja baje­ruję? Ona zwy­czaj­nie mi pyskuje.

Nie uro­dzi­łem się wczo­raj, to nie moje pierw­sze rodeo. Jeśli szybko jej nie ukrócę, ona jesz­cze bar­dziej się roz­pę­dzi.

- Nie życzę sobie, abyś poja­wiała się w tym domu w takim stroju.

- Dobrze, następ­nym razem przy­jadę w burce. Pasuje?

Zer­kam prze­lot­nie na koń­czącą się w poło­wie uda sukienkę. Odzywa się to, do czego zapro­gra­mo­wała nas, face­tów, matka natura.

Kurwa, bez ubrań musi wyglą­dać jesz­cze lepiej.

- Jeśli pla­nu­jesz jechać pro­sto stąd do dru­giej roboty w domu scha­dzek, to weź ze sobą następ­nym razem coś na zmianę.

- Byłeś, to wiesz, tak?

- Tak. Wiem, że ta kiecka jest za krótka i koniec.

- Mówisz? Kurde, przy­kra sprawa. Współ­czuję.

- Słu­cham? - gubię się.

Czy ona pro­wa­dzi w swo­jej gło­wie inną roz­mowę i wpro­wa­dza mnie do niej w poło­wie?

- Patrząc na to, jakim jesteś pro­sta­kiem bez kul­tury i sek­si­stą, to jed­nak rze­czy­wi­ście szkoda, że pro­jek­tant inspi­ro­wał się dłu­go­ścią two­jego... - Urywa, ale wzro­kiem zjeż­dża z mojej twa­rzy na spodnie.

Mam cho­lerną nadzieję, że tylko to sobie wyobra­zi­łem, a ona wcale nie zasu­ge­ro­wała, że mam krót­kiego fiuta. W celu upew­nie­nia się nie odry­wam od niej spoj­rze­nia. Przy­glą­dam się jej w poszu­ki­wa­niu jakich­kol­wiek oznak sła­bo­ści, ale ta jedy­nie pró­buje ukryć zado­wo­le­nie, z tru­dem powstrzy­mu­jąc wędru­jący ku górze kącik ust.

Ty bez­czelna franco.

- I kto tu jest pro­sta­kiem?

- O, czyli nie podoba ci się lustrzane odbi­cie two­jego zacho­wa­nia?

Zaczepki szybko prze­obra­żają się w oszczer­stwa, któ­rych nie potrafi i naj­wy­raź­niej nie chce zatrzy­mać żadna ze stron.

- Pro­sto do obiektu zain­te­re­so­wa­nia, bez skru­pu­łów. Nie­źle. Dużo kuta­sów musia­łaś zali­czyć, aby się tu zna­leźć, co?

- Nie tylko kuta­sów.

Wyobraź­nia momen­tal­nie pod­suwa mi obraz opry­skli­wej blon­dynki liżą­cej się z jakąś drugą panienką. Penis zaczyna wier­cić się w gaciach. Czym prę­dzej prze­ły­kam ślinę i wyrzu­cam z głowy tę wizję. To nie miej­sce, nie czas i nie ta osoba.

- Jesteś żało­sna.

- Tylko na tyle cię stać? Liczy­łam na jakąś wspa­niale bez­na­dziejną ripo­stę.

- Szkoda mi na cie­bie pary.

- Już ci się skoń­czyły uszczy­pliwe tek­sty?

- Nie będę się zni­żać do two­jego poziomu.

Mam jej ser­decz­nie dość. Jest młod­sza ode mnie pew­nie o bli­sko dwa­dzie­ścia lat, a abso­lut­nie nie poczuwa się do sza­cunku wzglę­dem kogoś star­szego. Skąd się ona urwała?

- Zasta­na­wiam się, czy naprawdę jesteś aż tak głu­pia, aby wyjeż­dżać do mnie z czymś takim?

- Z czymś takim? Nie ja zwy­zy­wa­łam kogoś od zdzir. - Krzywi się. - Ja tylko odbi­jam piłeczkę, o ile wiesz, o czym mówię.

- Jak już mówi­łem, nie mój poziom.

Bia­ło­włosa pry­cha pod nosem, a następ­nie pozwala sobie na coraz gło­śniej­szy śmiech. Zaci­skam dłoń w pięść.

Bawię ją?!

- Maxi­mi­lian ma w sobie tyle kul­tury i zacno­ści, że to aż nie­moż­liwe, aby­ście byli spo­krew­nieni. - Krzy­żuje ramiona na piersi, przez co jej biust lekko się unosi.

Mój wzrok natych­miast podąża za jej gestem. Nie­mal czuję mięk­kość jej skóry, cho­ciaż tego nie chcę. To sil­niej­sze ode mnie.

- Nie dość, że jesteś ogra­ni­czona, to jesz­cze pro­stacka - komen­tuję. - Od kiedy mój dzia­dek jest twoim kolegą?

- Tak się składa, że sam mnie popro­sił, abym zwra­cała się do niego po imie­niu. To wspa­niały czło­wiek, bar­dzo się polu­bi­li­śmy. - Mówiąc to, robi krok w moją stronę. - Chyba ci nie prze­szka­dza, że jestem jego "skar­bem", co?

Zaci­skam moc­niej szczęki, krew się we mnie burzy. Ciężko mi opi­sać emo­cje, jakie ta kobieta we mnie wywo­łuje. Naj­gor­sze nie jest to, że mnie wkur­wia. Naj­gor­sze jest to, że cały się na nią napa­lam. Z nie­wy­sło­wioną chę­cią zła­mał­bym ją na tysiąc sto spo­so­bów. Takie jak ona zawsze grają twar­dzielki, a póź­niej przez łzy pocią­gają za waj­chę ze zna­kiem "stop".

- Nie masz za grosz godzi­wo­ści, aby zwra­cać się do mnie w ten spo­sób. Jestem dwu­krot­nie od cie­bie star­szy.

- Nie­źle się trzy­masz jak na pra­wie pięć­dzie­się­cio­let­niego typka. - Unosi jedną z brwi. - Tak na mar­gi­ne­sie, przy­po­mnę ci, star­cze, że to ty jako pierw­szy zaczą­łeś mnie wyzy­wać. Myślisz, że to działa tylko w jedną stronę? Za brak sza­cunku dostaje się brak sza­cunku.

- Jesteś żało­sna - powta­rzam.

- Dokład­nie tak samo jak ty, Mick.

- Nie jestem twoim kolegą, abyś tak się do mnie odzy­wała.

Marion sta­wia kolejny krok i zatrzy­muje się metr ode mnie. Teraz jest w moim zasięgu.

- Pra­cuję dla two­jego dziadka, nie dla cie­bie, więc jeśli nie nauczysz się zasad kul­tury oso­bi­stej, nie licz na sza­cu­nek z mojej strony - zadziera do góry głowę, aby spoj­rzeć mi pro­sto w oczy, gdy to mówi - nie­ważne, kim byś był. Spo­tka­łam wielu face­tów two­jego pokroju i jestem dosko­nale świa­doma tego, z kim mam do czy­nie­nia. Dawno temu prze­sta­łam się oba­wiać sta­wia­nia się nadę­tym osłom.

- Jesteś w błę­dzie. Twoja głu­pia ilu­zja mądro­ści jest tyle samo warta co ty.

- Wma­wiaj to sobie, Mick.

Pochy­lam się ku niej, woń jej per­fum z sza­fra­nową nutą wypala mi od środka noz­drza.

- Obie­cuję ci, Śnie­żynko, że znisz­czę cię naj­pierw w oczach dziadka, a póź­niej reszty świata. Poża­łu­jesz, że posta­wi­łaś nogę w tym domu i ośmie­li­łaś się mi pysko­wać, jak­bym był twoim zasra­nym rówie­śni­kiem.

- Ależ pro­szę bar­dzo. Tylko nie zapo­mnij zebrać z pod­łogi swo­jej god­no­ści, gdy będziesz wycho­dził - szep­cze uwo­dzi­ciel­sko.

Jej pewne sie­bie spoj­rze­nie, oma­mia­jący mnie zapach oraz nie­ugięta postawa spra­wiają, że skóra staje mi w pło­mie­niach, odzna­cza­jąc się szcze­gól­nie nie­bez­piecz­nie w jed­nym bar­dzo kon­kret­nym miej­scu.

- To co? Możemy? - zabiera głos senior, poja­wia­jąc się z oku­la­rami na nosie.

- Oczy­wi­ście. Już idę - ćwierka rado­śnie bia­ło­włosa jędza i ostatni raz mie­rzy mnie wynio­śle spoj­rze­niem.

Chce poje­dynku? Bar­dzo pro­szę, ześlę na nią gromy z samego nieba. Jesz­cze będzie beczeć, że nie pod­wi­nęła pło­chli­wie ogona i nie ucie­kła do ciem­nej dziury, z któ­rej wyszła.

Rozdział 3

Marion

Odczy­tuję maila od firmy trans­por­to­wej, który wymaga mojej natych­mia­sto­wej inter­wen­cji. Odnaj­duję numer do pra­cu­ją­cego w holen­der­skim por­cie dokera. Upew­niam się, czy dzie­wię­cio­go­dzinna róż­nica cza­sowa nie sta­nowi pro­blemu w komu­ni­ka­cji.

Jest za dzie­więć czwarta.

Wzdy­cham ciężko. Marne szanse, abym zastała tego, który odpo­wiada za zaist­niałe kom­pli­ka­cje. Na pewno ktoś już przy­szedł za niego na kolejną zmianę. Mimo wszystko podej­muję próbę. Dzwo­nię raz, nikt nie odpo­wiada. Dzwo­nię drugi, ale znowu koń­czy się to niczym.

W końcu za trze­cim podej­ściem ktoś odbiera.

- Port Rot­ter­dam. Ik luister?1

- Witam. Dzwo­nię w spra­wie kon­te­nera o nume­rach AFSU sie­dem osiem osiem pięć trzy trzy cztery, US czter­dzie­ści G jeden.

- Już spraw­dzam - potwier­dza głos z twar­dym akcen­tem.

Odcze­kuję chwilę, aż facet odnaj­dzie wszystko w sys­te­mie.

- Jest u nas kon­te­ner.

- Wiem, że jest, i w tym rzecz. Kilka godzin temu powi­nien był opu­ścić wasz port.

- Musiał nie przyjść opłata. - Roz­mówca kale­czy angiel­ski.

- Trzy­mam w ręce zaksię­go­waną przez firmę trans­por­tową opłatę prze­wo­zową. Pie­nią­dze tra­fiły do was dwa dni temu.

- Musi być jakiś pro­blem.

- Nie ma żad­nego pro­blemu. Trans­por­ter ma prio­ry­tet, został już kil­ku­krot­nie spraw­dzony. Ktoś z was zawa­lił robotę i jeśli nie wsa­dzi­cie ładunku na pokład naj­bliż­szego kon­te­ne­rowca, prze­lecę się oso­bi­ście do Rot­ter­damu i dopil­nuję, aby nie­kom­pe­tentna osoba bek­nęła za opóź­nie­nia - wyja­śniam surowo.

- To nie Ame­ryka.

- Nie, to Nider­landy. Obo­wią­zują was te same ramy cza­sowe co nas.

- Pani, nie da się.

- Mam udo­wod­nić, że się da?

Z nimi wszyst­kimi trzeba cho­ler­nie krótko i ostro. To nie pierw­szy mój tele­fon poza Stany. Wiem, z czym to się je. Gdy tylko wyczują mini­malny mar­gi­nes, wejdą czło­wie­kowi na głowę. Tym bar­dziej dla­tego, że z zało­że­nia powin­nam być deli­katna, miła i ule­gła.

- To dopłata. Pięć­dzie­siąt sto euro.

- Żadna dopłata. I jesz­cze chwila, a wniosę o rekom­pen­satę za nie­do­trzy­my­wa­nie ter­mi­nów.

- To nie my.

- A kto? Może ja?

- Ja tylko kon­tro­luję.

- Rozu­miem, że prze­ła­do­wu­je­cie tam kil­ka­set tysięcy kon­te­ne­rów tygo­dniowo. Rzecz w tym, że to prio­ry­te­towe zle­ce­nie. Nie mówię tutaj o oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych czy naklej­kach na ścianę z Chin, któ­rymi można się pode­trzeć, a o war­tym wiele milio­nów kontr­ak­cie z Bugatti. Chyba nie muszę poda­wać panu kwot ubez­pie­cze­nio­wych, prawda?

- To nie ja kara.

- No wła­śnie nie­stety pan, bo pan i pana zmien­nik tego nie dopa­trzy­li­ście.

- Kie­row­nik.

- Kie­row­nik to jedy­nie pana zwolni, w niczym nie pomoże.

Doker sapie osten­ta­cyj­nie gło­śno, tak bym sły­szała. To dobry znak.

- Dobrze, spo­koj­nie, pani. Już się tym zajmę.

- Świet­nie. Chcia­ła­bym za kilka godzin zoba­czyć ładu­nek na mapie poza kon­ty­nen­tem.

- Tak.

- Dzię­kuję. Do widze­nia.

Odkła­dam tele­fon na biurko i od razu piszę maila do firmy, że kry­zys został zaże­gnany. Kiedy pod­pi­suję się pod krótką infor­ma­cją, sły­szę puka­nie do drzwi mojego biura.

- Pro­szę - odpo­wia­dam, nie pod­no­sząc wzroku znad kla­wia­tury, na któ­rej pil­nie wystu­kuję kolejne litery.

Do środka zagląda sta­ży­sta o imie­niu Bren­den.

- Marion, klient do cie­bie - mówi.

Tak, naresz­cie zapa­mię­ta­łam jego imię.

- Już? - dzi­wię się. Oglą­dam się na wiszący na ścia­nie wielki zegar. Jak się oka­zuje, wcale nie prze­spa­łam ostat­niej godziny. Pan Ten­ny­son jest ponad sześć­dzie­siąt minut wcze­śniej, niż się uma­wia­li­śmy. To nic nie­ty­po­wego, takie sytu­acje też się zdą­żają. - Wpuść go - pole­cam, szu­ka­jąc na ekra­nie kur­sora.

W celu póź­niej­szej wery­fi­ka­cji zapi­suję na żół­tej kar­teczce samo­przy­lep­nej numer do Rot­ter­damu. Choć mam nadzieję, że obę­dzie się bez kolej­nych mię­dzy­na­ro­do­wych nego­cja­cji tele­fo­nicz­nych, lepiej być zabez­pie­czo­nym.

- Dzię­kuję, Bran­do­nie - sły­szę czyjś głos.

Ręka z dłu­go­pi­sem natych­miast się zatrzy­muje i nie dopi­suję brzuszka piątki, jakby ktoś wyłą­czył mi opro­gra­mo­wa­nie. Sys­tem roz­po­zna­wa­nia głosu wiąże barwę tonu tylko z jedną osobą. Widzę wcho­dzącą do mojego gabi­netu postać i nie­stety... jesz­cze nie osza­la­łam. Widok męż­czy­zny, który wyła­nia się zza ple­ców Bren­dena, nie wywo­łuje u mnie wybu­chu rado­ści.

Gbu­ro­waty Sta­rzec, no pro­szę. A ten tu czego?

Uno­szę wyżej głowę, mój wzrok tward­nieje. I co z tego, że facet pre­zen­tuje się ponadnor­ma­tyw­nie dobrze w impo­nu­ją­cym gar­ni­tu­rze, skoro to ten sam pozba­wiony kul­tury osioł, któ­rego mia­łam (nie)szczę­ście już poznać.

- Bren­de­nie - popra­wia go sam sta­ży­sta.

- Tak, tak. Bren­do­nie.

A nie mówi­łam? Co za igno­rant...

- Ależ się pan zmie­nił w ciągu ostat­niego tygo­dnia, panie Ten­ny­son. Nie­for­tun­nie się pan posta­rzał i stra­cił resztki ogłady. - Opie­ram się wygod­niej w swoim obro­to­wym fotelu.

Prze­jeż­dżam po Micku osą­dza­ją­cym spoj­rze­niem i cho­lera, mimo że wygląda jed­nak bar­dziej niż ponadnor­ma­tyw­nie dobrze w swoim sta­lo­wym mun­durku zapewne od samego Kitona, nie dodaje mu to ani grama wdzięku.

- W ten spo­sób wita pani wszyst­kich klien­tów?

Nie­malże krztu­szę się wła­sną śliną.

- Pani? Już nie "zdzira"?

- Nie wiem, o czym mowa - uzu­peł­nia cał­ko­wi­cie poważ­nie.

- No skąd... - Kiwam się na boki w sie­dze­niu i nie potra­fię nie zadać pyta­nia: - Co tutaj robisz, Sau­ter?

- Sau­ter? A od kiedy jeste­śmy na ty?

Uśmie­cham się szcze­rze roz­ba­wiona. Czy ja mam do czy­nie­nia z gościem o oso­bo­wo­ści bipo­lar­nej? Z przed­szko­la­kiem?

- Panie Sau­ter. - Odchrzą­kuję suge­styw­nie. - Jeżeli przy­szedł tu pan, by znowu mnie stra­szyć, zapew­niam, że mar­nuje pan swój czas.

- Abso­lut­nie.

- W spra­wie skarg pię­tro dru­gie, pokój sto jede­na­ście.

- To budy­nek jed­no­pię­trowy - zauważa.

- Och, doprawdy?

Blon­dyn przy­gląda mi się z wyczu­walną rezerwą, ale nie odzywa się ani sło­wem. Zamiast tego prze­jeż­dża po wnę­trzu policzka języ­kiem.

- Mul­sanne, czarna beluga.

- To nie salon Ben­tleya, panie Sau­ter. Pomy­lił pan lokale. - Ni­gdy za wiele uszczy­pli­wo­ści.

- Ben­tley mul­sanne speed W.O.

- I co w związku z nim? - sapię.

Już prze­czu­wam, do czego to zmie­rza, i w naj­mniej­szym stop­niu mi się to nie podoba.

- Chcę go mieć.

- A ja chcę apar­ta­ment w Monte Carlo, pry­watny odrzu­to­wiec i zatan­ko­wa­nego do pełna chi­rona. - Wyśmie­wam jego zachciankę.

Skąd on się urwał? Z cho­inki? Od daty wypusz­cze­nia tej limi­to­wa­nej serii minęło już kilka lat. Czy on naprawdę ocze­kuje, że z nowych modeli został jesz­cze jakiś wolny?

- To nie do mnie - odbur­kuje.

Jak Boga kocham, paso­wa­łoby odpo­wie­dzieć: "I vice versa".

- Panie Sau­ter - pochy­lam się nad biur­kiem, spla­tam ze sobą palce i robię prze­sło­dzoną minę - samo­chód, o który panu cho­dzi, został wypro­du­ko­wany w licz­bie stu sztuk, ich sprze­daż roz­po­częła się w roku dwa tysiące dzie­więt­na­stym. Trzeba było zain­te­re­so­wać się tema­tem dużo wcze­śniej.

- Aha. Czyli to dla pani nie­wy­ko­nalne?

Mie­rzę go wynio­śle wzro­kiem. Wybit­nie przej­rzy­ście widzę, co robi, a ja nie mam naj­mniej­szego zamiaru dokła­dać sobie mozol­nej pracy i reali­zo­wać jego zle­ceń.

- Może i byłoby wyko­nalne, ale zwy­czaj­nie nie mam na to czasu. Prze­ję­łam ostat­nio wielu klien­tów, mój gra­fik jest pełny. - Naprawdę mam go gdzieś. - Mogę popy­tać moich współ­pra­cow­ni­ków, może ewen­tu­al­nie oni znajdą dla pana czas.

Mam ogromną nadzieję, że potrafi on pojąć sedno mojej wypo­wie­dzi, czyli nie­chęć w sto­sunku do niego.

Mick siada naprze­ciwko. Zakłada nogę na nogę, jakby dopiero miał roz­po­cząć wła­ściwą roz­mowę. Dla mnie jed­nak ta gadka jest skoń­czona.

- Czyli ni­gdzie mnie pani nie wci­śnie?

Dla­czego odno­szę wra­że­nie, że to pyta­nie ma dru­gie dno?

- Ni­gdzie. Ni­gdzie a ni­gdzie.

Jeżeli przy­szedł tutaj z myślą, że nagle dam się mu zastra­szyć albo pozwolę sobie wejść na głowę, to był w wiel­kim błę­dzie. Tak jak mu ostat­nio powie­dzia­łam, nie boję się waż­nia­ków jego pokroju, a już na pewno nie pozwolę nikomu na trak­to­wa­nie mnie poni­żej god­no­ści.

Moje alu­zje do dłu­go­ści kutasa były pro­stac­kie, nie zaprze­czę, ale czy on wręcz się o to nie pro­sił? Wyje­chał do mnie z oszczer­stwem, pogar­dzał mną wzro­kiem i szu­kał cze­go­kol­wiek, byleby rzu­cić tym w moją stronę. W końcu co innego miało na celu pyta­nie o dłu­gość sukienki, która koń­czyła się lekko nad kola­nem?

- To przy­kre. Sły­sza­łem, że ma pani ogromny poten­cjał, a tutaj takie roz­cza­ro­wa­nie...

Kiedy to mówi, osten­ta­cyj­nie spo­gląda na mój biust, pod­kre­ślony kro­jem gor­se­to­wej sukienki.

- Nie da się usa­tys­fak­cjo­no­wać każ­dego. - Kom­plet­nie nic sobie z tego nie robię.

- Racja. Nie sądzę, abyś była w sta­nie mnie zado­wo­lić.

Rzu­cona przez niego pro­wo­ka­cja odbija się pomię­dzy ścia­nami pomiesz­cze­nia, w któ­rym prze­by­wamy. Daję się podejść, gdyż przez krótką chwilę wyobra­żam sobie coś wię­cej niż pełną napię­cia roz­mowę.

- Och, więc już wró­ci­li­śmy do bez­po­śred­nio­ści, co? Długo to nie trwało.

- W sumie to dobrze, że się wyco­fu­jesz. Wąt­pię, abyś spro­stała moim wyma­ga­niom.

- Wydział nie­speł­nio­nych ambi­cji nie w tym budynku.

- Jesteś za młoda, aby cokol­wiek wie­dzieć.

- Niech zgadnę. Nie dała­bym ci rady? - Obli­zuję nie­spiesz­nie usta. - Był­byś dla mnie za dużym...

- To nie ta...

- Wrzo­dem na dupie - uzu­peł­niam naj­waż­niej­szą część mojej prze­rwa­nej wypo­wie­dzi, a to powie­dziaw­szy, ska­nuję go wzro­kiem, uważ­nie przy­glą­da­jąc się każ­dej czę­ści ciała. Kiedy docie­ram do nie­bie­skich tęczó­wek, osten­ta­cyj­nie wywra­cam oczami.

- Widzę, że nie potra­fisz się zacho­wać przy inte­li­gent­nym męż­czyź­nie.

Wstaję zza biurka, pod­cho­dzę bli­żej niego i pod­pa­lam lont dyna­mitu, licząc na to, że ta uwaga osta­tecz­nie go zamknie:

- Daj znać, jak takowy się pojawi.

1. Ik luister? (hol.) - Słu­cham? [wróć]