Wstęp
Od pierwszych dosłownie dni wojny ukraińsko-rosyjskiej przyszło mi
zajmować się chyba najważniejszym zadaniem logistycznym mojego
lekarskiego życia, jakim była koordynacja ewakuacji setek dzieci chorych
na nowotwory - wraz z ich najbliższymi - ze strefy okrutnej, brutalnej
wojny współczesnego świata.
Następnie, bogaty w doświadczenia z pierwszych miesięcy 2022 roku,
dzięki grupie wspaniałych ludzi, z którymi ratowaliśmy naszych małych
pacjentów, przeniosłem się na wschód i południe Ukrainy, by leczyć,
ewakuować i dostarczać pomoc humanitarną, a w pewnych sytuacjach ratować
na miejscu życie ofiarom konfliktu.
Przez ten czas bywałem świadkiem niesamowitej solidarności, bohaterstwa
i profesjonalizmu obrońców Ukrainy, ale też wielkiego cierpienia
milionów ludzi. Odnoszę wrażenie, że moje wcześniejsze działania jako
lekarza pediatry i psychiatry, w tym doświadczenia międzynarodowe,
pozyskiwane w różnych obszarach kataklizmów i konfliktów zbrojnych -
dosłownie na wszystkich kontynentach - przygotowywały mnie w pewnym
sensie do tego najważniejszego zadania, czyli pracy na Ukrainie.
Zawsze będę pamiętać o poświęceniu medyków, żyjących miesiącami w punktach stabilizacyjnych, czy o bohaterstwie żołnierzy. Szczególnie
tych, z którymi miałem kontakt w Donbasie, w okolicach Charkowa, w Zaporożu.
Nigdy nie zapomnę Piotra Skopca, który zachowując zimną krew, szybko
wywiózł nas z miejsca ostrzału w Kramatorsku, ratując nam życie.
Nie zapomnę Tatiany, która zdobyła dla mnie z archiwum książkę o cmentarzu w Piatichatkach, gdzie pochowany jest brat mojego dziadka.
Nigdy nie zapomnę małego Ignata, chłopca, który 1 marca przekroczył
granicę z Polską, idąc z trudem o kulach, nie mając jednej nogi, bo
trzeba ją było odciąć z powodu nowotworu. Odprowadziłem go wzrokiem,
licząc, że znajdzie lepsze życie, a gdy po roku dowiedziałem się, że
zmarł, serce mi pękło.
Nie zapomnę braci z Mariupola, z których jeden, 12-latek, powiedział mi,
że jego miasta już nie ma, ale drugi, 5-latek - że zostało jednak
morze...
Nie zapomnę wyrazu oczu ojca, który podczas ostrzału okolic Kijowa
stracił dwóch synów w ciągu niespełna kilkunastu sekund. Jeden zginął od
odłamka, drugi od precyzyjnego strzału snajpera.
Nie zapomnę głosu kobiety, która krzyczała do słuchawki telefonu jej
siostry, stojącej obok nas, że Rosjanin właśnie zastrzelił ich matkę i zaraz ją zabiera nie wiadomo dokąd.
Nie zapomnę widoku dzieci tulących w trakcie ostrzału swoje zwierzątka w piwnicy w Charkowie pośród ruin.
Nie zapomnę widoku zmiażdżonego auta pod Borodianką, w którym zginęła
rodzina z półtorarocznym dzieckiem, czy sterty aut w Irpieniu - których
pasażerowie mordowani byli jeden po drugim przez snajperów.
Nie zapomnę konającego żołnierza ZSU (Sił Zbrojnych Ukrainy),
pozbawionego obu nóg.
Nie zapomnę zapisu EKG szesnastego dziecka, które dostało zawału serca w ostrzelanym Zaporożu.
Nie zapomnę widoku zakrwawionego krokodylka, który wypadł z ręki
trafionego odłamkiem dziecka.
Nie zapomnę dzieci chorych na białaczkę drżących z zimna i choroby w piwnicach szpitala lwowskiego, kryjących się przed ostrzałem miasta.
Ta książka jest hołdem dla nich wszystkich.
Mimo tych strasznych strat.
Zwyciężysz, Ukraino!
Rozdział I. Początek
I
Początek
W dzień wybuchu wojny 24 lutego 2022 roku obudził mnie w nocy ból
żołądka. Zszedłem do kuchni po lekarstwo i wracając, postanowiłem
zerknąć do komputera. Od 6 lat jestem członkiem zespołu ratunkowego
Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM) i z tego między innymi
względu współpracuję z ludźmi mieszkającymi w różnych strefach
czasowych. Zwykle więc dzień zaczynam od sprawdzenia tego, co się
wydarzyło, jakie informacje spłynęły do mnie minionej nocy.
Od razu po otwarciu laptopa moim oczom ukazał się komunikat, że przed
około półgodziną wojska rosyjskie podjęły zmasowany atak na Ukrainę.
Trwał ostrzał Kijowa, a Rosjanie rozpoczęli równoczesny atak i od
wschodu, i od północy, i od południa tego kraju.
Natychmiast, mimo iż wciąż jeszcze była noc, napisałem do szefa PCPM,
Wojtka Wilka, o tym, co się dzieje. Wojtek potwierdził i dodał, że mimo
iż przebywa na Madagaskarze, gdzie pojechał z zespołem wesprzeć
tamtejsze ofiary tajfunów - śledzi wydarzenia i postara się jak
najszybciej do kraju wrócić, mimo niesprzyjających warunków pogodowych.
Wojtek Wilk założył fundację PCPM wraz ze swoją żoną Sylwią kilkanaście
lat temu. Jest jednym z najniezwyklejszych ludzi, z jakimi miałem
zaszczyt pracować. Zrealizowaliśmy wspólnie kilkanaście misji, począwszy
od udzielania pomocy ofiarom lawin błotnych i powodzi w Peru, przez
wspieranie uchodźców syryjskich, którzy znaleźli schronienie w Libanie,
a skończywszy na misjach medycznych podczas pandemii covid-19, podjętych
we współpracy z wojskiem i WHO.
Wojtek łączy ogromną energię do działania z równie ogromną wiedzą i kontaktami międzynarodowymi gromadzonymi jeszcze w czasach, gdy pracował
w ONZ-ecie.
Jeszcze wczoraj rozmawialiśmy o potencjalnych scenariuszach rozwoju
sytuacji na Ukrainie i doszliśmy do wspólnego wniosku, że Putin zapewne
zaatakuje Ukrainę, jednak skupi się raczej na Donbasie i będzie stosować
taktykę salami, zapoczątkowaną aneksją Krymu w 2014 roku.
Z drugiej wszakże strony otrzymałem pod koniec stycznia dwie sprzeczne
informacje. Oto, będąc na największych na świecie targach medycznych
Arab Health w Dubaju, spotkałem znajomą Rosjankę. Swietłana
przeprowadziła się do Emiratów z Kaliningradu. Urodziła się jednak i dzieciństwo spędziła na Ukrainie. Jej ojciec był pilotem. Swietłana
miała z tamtego okresu wielu przyjaciół na Ukrainie, również w kręgach
wojskowych. Jej stosunek do Putina był bardzo krytyczny. Podczas kolacji
w dubajskim centrum handlowym wprost spytałem, co sądzi o agresji na
Ukrainę. Odparła, że według jej znajomych - zarówno z Rosji, jak i z Ukrainy - Putin blefuje i nic się nie stanie. Tak się złożyło, że
zadzwonił wówczas do mnie mój przyjaciel, emerytowany były wysoki oficer
polskiego kontrwywiadu wojskowego, i oznajmił, że powinienem siebie i rodzinę przygotować na agresję ze strony Rosji. Dodał, że Rosja napadnie
na Ukrainę, że będzie to atak pełnoskalowy, bo już poczyniła takie
przygotowania i poniosła takie koszta, że nie da się tego cofnąć.
Na co dzień pracowałem w tamtym czasie na oddziale pediatrii, a popołudniami jako psychiatra. Zajmuję się jednocześnie tymi dwiema
dziedzinami medycyny. Jestem poza tym również biegłym sądowym w zakresie
psychiatrii, stąd moja wiedza w dziedzinie psychopatologii wykracza
ponad przeciętność. Jako człowiek, którego przodkowie walczyli podczas
drugiej wojny światowej - i ponieśli znaczące ofiary, o czym wspomnę
krótko w dalszej części - zawsze byłem wyczulony na Historię. Po
przeczytaniu świetnych książek Krystyny Kurczab-Redlich oraz Catherine
Belton - w których obydwie, doskonale orientujące się w kremlowskich
realiach autorki opisywały postać Putina i jego otoczenia - nie miałem
wątpliwości, że to psychopata, który chce przejść do historii nie jako
pokojowy reformator w stylu Jelcyna czy Gorbaczowa, lecz raczej jako
ktoś w rodzaju Józefa Stalina. Obydwie autorki jasno pokazywały, że
chociażby przez tworzenie olbrzymiej sieci szkół kadetów prezydent Rosji
od dawna szykuje się do wojny. Zatem wybuch wojny mnie nie zaskoczył.
Jako członek medycznego zespołu ratunkowego, uczestnik licznych misji
medycznych, interesowałem się sytuacją geopolityczną dalece bardziej niż
statystyczny lekarz. Nasz zespół ratunkowy jako jedyny w Europie
Środkowo-Wschodniej jest akredytowany przy WHO. Zespół PCPM może w ciągu 48 godzin wyruszyć w dowolne miejsce świata, gdzie rozgrywa się
akurat konflikt lub nastąpiła jakaś katastrofa. Takimi na przykład
operacjami była misja do Nepalu po trzęsieniu ziemi, które nawiedziło
ten kraj w 2015 roku, albo wspólna misja cywilno-wojskowa, realizowana z lekarzami z Wojskowego Instytutu Medycznego (WIM) oraz jednostkami
GROM-u do włoskiej Lombardii na początku pandemii, za co zresztą
zostaliśmy odznaczeni przez prezydenta RP Andrzeja Dudę krzyżami za
dzielność. Było więc jasne, że gdy tylko rozpocznie się konflikt na
Ukrainie, nasz zespół uda się tam w takim czy innym charakterze.
Zwłaszcza że sama fundacja PCPM miała swoje przedstawicielstwo w Charkowie i była tam obecna z pomocą humanitarną od początku
konfrontacji rosyjsko-ukraińskiej w Donbasie w 2014 roku, zwanej
operacją ATO.
Tak się szczęśliwie złożyło, że podczas pandemii nasz zespół, który
poznał skalę tragedii i realia covid-19 w Lombardii, został poproszony o pomoc w walce z pandemią w Tadżykistanie. Ta była republika ZSRR,
położona blisko chińskiej granicy, jest silnie powiązana z Moskwą, a miejscowi lekarze słabo władają angielskim. By skutecznie z nimi
współpracować, musiałem odświeżyć swój język rosyjski, którego nie
używałem od czasów studenckich. Miesiąc pracy w Duszanbe pomógł mi
jednak na nowo wejść w realia języka; wkrótce byłem gotów do pracy na
Ukrainie. Drugim zbawiennym spadkiem po pandemii było rozpowszechnienie
się leczenia on-line. Taki system w mojej ocenie nie sprawdza się w pediatrii - i nie powinien być w ogóle nadużywany, jednak w psychiatrii
się sprawdza. Toteż jeszcze przed wybuchem konfliktu uzgodniłem z kierownictwem mojej przychodni, że może się okazać, że w razie wojny
będę przez jakiś czas pracować w trybie on-line. Jednocześnie ustaliłem
z ordynatorem oddziału dziecięcego, doktorem Bernardem Wójcikiem, iż w nadchodzącym roku biorę urlop bezpłatny. Bernard, znając moje
zaangażowanie w medyczne misje humanitarne, przystał na to rozwiązanie,
za co jestem mu niezmiernie wdzięczny.
W końcu rodzina, która zawsze wspierała mnie w moich medycznych
działaniach, również zaakceptowała mój potencjalny wyjazd. Obiecałem im
nie przekraczać czerwonych linii - i tak czynię do dziś.
Można zatem powiedzieć, że napaść Rosji na Ukrainę nie zaskoczyła mnie.
Byłem organizacyjnie, czasowo i kompetencyjnie przygotowany do tego, by
ruszyć na wschód. Szczerze mówiąc, to, co mnie zaskoczyło, to raczej
nieskuteczność Rosjan, ale tego jeszcze nie wiedzieliśmy w pierwszych
godzinach konfliktu.
Rozdział II. Pierwsze godziny wojny. U progu kataklizmu
II
Pierwsze godziny wojny.
U progu kataklizmu
Już 25 lutego 2022 roku moi przyjaciele, z którymi pod koniec 2015
pracowałem jako pediatra w sierocińcu pod ukraińskim miastem
Iwano-Frankiwskiem, założyli na WhatsAppie grupę Ukrainian Team. To
grupa absolutnie fantastycznych osób, głównie medyków. Jednym z nas jest
polski ksiądz, ojciec Grzegorz Ząbek, pracujący na co dzień pod Lwowem.
Szybko zebrano leki oraz środki opatrunkowe i wraz z prawniczką i filologiem, Anną Kuracińską, zdecydowaliśmy się zawieźć zebrany towar
księdzu Grzegorzowi. Anna jest pełną niesamowitej energii 60-latką;
poznałem ją nie tylko jako wspaniałą wolontariuszkę, ale też świetnego
kierowcę. Nadawała się więc znakomicie do wyjazdu w strefę wojny.
Potrafiła prowadzić samochód brawurowo, ale i bezpiecznie po niełatwych,
bo często dziurawych ukraińskich drogach i bezdrożach. Bez problemu
dojechaliśmy w okolice przejścia granicznego Medyka. Równolegle
śledziliśmy doniesienia informujące o tym, iż do Polski zdążają setki
tysięcy uchodźców. I już w drugim dniu wojny na własne oczy zobaczyliśmy
sytuację na granicy. Muszę przyznać, iż byłem pod wrażeniem zarówno
dużej liczby wolontariuszy oraz przedstawicieli służb państwowych, jak i jakości ich pracy.
W tym miejscu uczynię pewną dygresję. Od blisko 7 lat wielokrotnie
uczestniczyłem w misjach medycznych, których celem było wsparcie
uchodźców. Czy to syryjskich, którym PCPM pomagał w znalezieniu dachu
nad głową i udzielał pomocy medycznej w klinice w Bire, znajdującej się
kilka kilometrów od granicy między Syrią a Libanem; czy kurdyjskich,
którym pomagaliśmy pod Mosulem w 2016; czy sudańskich, których
leczyliśmy na pograniczu Sudanu z Ugandą podczas epidemii ebola
trwającej w sąsiednim Kongo.
W Libanie odwiedziłem dosłownie dziesiątki mieszkań syryjskich
uchodźców. Często byli to ludzie wykształceni, adwokaci lub zamożni
przedsiębiorcy, mający potężne interesy w Homsie czy Damaszku, ludzie,
którym w wyniku wojny przyszło mieszkać w namiocie, garażu czy naprędce
zaadaptowanym budynku gospodarczym. Pamiętam dzieci, które badałem w prowizorycznych obozowiskach w górach północnego Libanu, a które jeszcze
niedawno przechodziły zaawansowane zabiegi medyczne w klinikach w Damaszku. Pamiętam ludzi z wszczepionymi nowoczesnymi rozrusznikami
serca albo protezami. I nagle wszyscy oni, niezależnie od własnej woli,
lądowali w strasznych warunkach. Przerwane chemioterapie dzieci,
przerwane zaawansowane zabiegi ortopedyczne. Katastrofa, stracone
pokolenie. Wojna to - jak powiadają - moment, gdy nie czas żałować róż,
gdy płoną lasy. Najbardziej zawsze tracą najsłabsi - chorzy, kalecy. Im
jest najtrudniej. Mogą mówić o dużym szczęściu, jeśli w ogóle ujdą z życiem. W takich dramatycznych okolicznościach często nawet banalne
zapalenie oskrzeli może zabić. Stąd tak ważne jest wspieranie uchodźców,
ludzi, którzy nie z własnej woli znaleźli się gdzieś wśród nas.
W wywiadach wielokrotnie podawałem przykład, co by było, gdyby Putin
najechał Polskę i nagle trzeba by było opuścić wygodne mieszkania i przenieść się gdzieś do stodół pod Bratysławą i żyć życiem obywateli
drugiej kategorii. A w takiej właśnie sytuacji znaleźli się Syryjczycy w Libanie po 2015 roku. Wyobraźmy sobie teraz, że sąsiad zalał nam
mieszkanie. Zniszczył meble, uszkodził książki, także ściany trzeba
będzie odmalować, a dywany wyrzucić. Przecież dla wielu z nas byłaby to
tragedia, którą byśmy latami wspominali. Tymczasem uchodźcy często
bezpowrotnie tracą absolutnie wszystko. Wiem, że na początku pandemii
wielu Polaków znalazło się poza granicami kraju, gdy poszczególne linie
lotnicze zaczęły kasować połączenia, a granice państw zaczęły się
zamykać. Sam byłem wśród takich ludzi, akurat przebywałem służbowo na
Malcie. Naprawdę nikomu nie było do śmiechu, a wielu ludzi zaczynało
wpadać w panikę. A co dopiero mówić o tych, którzy nagle tracą wszystko
i z dnia na dzień są zmuszeni uciekać z własnego kraju nie wiadomo dokąd
na nie wiadomo jak długi czas.
Toteż postawa wielu moich rodaków wzywających do zamykania granic przed
uchodźcami, w tym niektórych moich przyjaciół, których skądinąd szanuję
- zawsze mnie bolała. Kulminacją tych postaw była obojętność wobec
uchodźców traktowanych przedmiotowo i instrumentalnie przez Łukaszenkę,
a transportowanych na polsko-białoruską granicę zimą 2021 roku. Zdaję
sobie oczywiście sprawę ze złożoności sytuacji, z tego, że nie możemy
ulegać jako państwo prowokacjom dyktatorów, ale nikt nie powinien
zamarzać na polskiej ziemi. Wiedziony tym przekonaniem zdecydowałem się
wraz z zespołem PCPM pracować na granicy i podczas świąt Bożego
Narodzenia starałem się udzielać pomocy tym ludziom.
Uciekanie przed krwawymi dyktatorami z obszarów objętych wojną czy
okupacją to nie akt paniki - to bardzo racjonalna decyzja. Pracując w takich regionach, badałem dzieci poparzone ogniem lub środkami
chemicznymi, ofiary sarinu, ofiary tortur, słyszałem setki historii
mrożących krew w żyłach. Te obrazy pozostaną ze mną do końca życia.
Bardzo wielu moich pacjentów było ofiarami wojny w Syrii. Ale to nie
znaczy, że tylko ISIS czy Asada. Były to również ofiary rosyjskiego
generała Dwornikowa, człowieka odpowiadającego za bombardowania celów
cywilnych, w tym szkół, szpitali i sierocińców. Miałem okazję na własne
oczy widzieć efekty jego zbrodniczych działań i na własne uszy słyszeć
wiele historii. Wiedziałem, że armia rosyjska, która nie liczy się z losem swoich własnych żołnierzy, nie ma żadnej litości dla cywilów i jeśli zaczęła się z ich strony agresja militarna, to należy uciekać. Co
więcej, zachowania zawodowych najemników z tzw. Grupy Wagnera,
działającej tak w Syrii, jak i Afryce, oraz Rosjan podczas wojny w Czeczenii wskazują na częstokroć sadystyczne i seksualne zachowania
rozpowszechnione w tej armii.
Nasza znakomita dziennikarka i znawczyni Rosji, w której mieszkała
kilkanaście lat, wspomniana już Krystyna Kurczab-Redlich, opisuje w swojej wspaniałej książce Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji
Putina, jak rosyjscy żołnierze porwali kilkunastoletnią dziewczynkę z Czeczenii. Najpierw gwałcili ją zbiorowo przez blisko dwa tygodnie.
Kiedy skończyli, była już tylko wrakiem dziecka. Następnie pochwycili
czeczeńskiego chłopca i chcieli od niego wydobyć pewne interesujące ich
informacje. Żeby go zmusić do mówienia, powiesili nagą dziewczynkę nad
ziemią i najpierw odcięli jej nożem piersi, a potem siekierą odcinali
konającej i wciąż żywej ofierze kończyny. Po wszystkim spakowali
fragmenty jej ciała do worka, worek rzucili na skrzynkę, po czym
przywiązali do skrzynki przerażonego, skatowanego chłopca i na koniec
wysadzili go w powietrze. Jak się zdaje, najwyższe dowództwo sił
zbrojnych Rosji świadomie przyzwala na te barbarzyństwa, z jednej strony
chcąc terroryzować ofiary, z drugiej zaś przez zgodę na gwałty nagradzać
w ten sposób żołnierzy. Równocześnie, nie dbając o logistykę ani opiekę
medyczną, pozwalają wykrwawiać się swoim oddziałom, nie boją się więc,
że zdemoralizowani żołnierze wrócą pewnego dnia do swoich miast i miasteczek w Rosji i tam będą dalej gwałcić i siać terror wśród własnych
obywateli. Dlatego szybkie ewakuowanie się kobiet z dziećmi z terenów
zajmowanych początkowo dość sprawnie przez Rosjan miało pełne
uzasadnienie.
Kiedy Polska otworzyła granice przed uchodźcami z Ukrainy, odetchnąłem z ulgą. Jednak to, co zobaczyliśmy z Anną Kuracińską w Przemyślu i Medyce,
przeszło moje oczekiwania. Naprawdę poczułem ogromną dumę z postawy
moich rodaków i szczęście, że wreszcie pokazaliśmy nasze narodowe
zalety: pozytywną emocjonalność, gościnność, chęć pomocy. Ludzie
fantastycznie się zorganizowali. Spontanicznie, oddolnie. Podziwiałem
zaangażowanie setek ludzi przygotowujących jedzenie dla naszych
ukraińskich gości. Ale też autentyczną troskę i uprzejmość okazywane im
przez nasze służby, począwszy od straży granicznej, a na policji
skończywszy. Momentami nie dowierzałem własnym oczom, ale zachowanie
tysięcy ludzi, którzy wyszli naprzeciw ukraińskim kobietom i dzieciom,
było doprawdy fantastyczne. Uderzyło mnie to, że pomyślano absolutnie o wszystkim, włącznie ze smyczami i zabawkami dla zwierząt, które w wielkiej liczbie towarzyszyły uchodźcom. To było naprawdę wzruszające.
Widząc świetną organizację pomocy i skalę potrzeb, doszliśmy z Anną do
wniosku, że zostawimy ratownikom na granicy przywiezione rzeczy.
Potrzebowali między innymi środków opatrunkowych do opatrywania
poranionych często kilkudniowym marszem ludzi.
Dodatkowo, śledząc na bieżąco tak raporty amerykańskiego Institute of
War, jak polskiego think tanku - Ośrodka Studiów Wschodnich - zdaliśmy
sobie sprawę, że możemy wjechać na teren Ukrainy, ale już z niej nie
wrócimy do Polski, gdyż kilkusettysięczna fala migrantów całkowicie
sparaliżowała ukraińskie przejścia graniczne. Pozostawiliśmy więc
zebrane środki medyczne w nomen omen Medyce i ustaliliśmy, że wracamy
do domu.
Kiedy jechaliśmy z powrotem, przytrafiła nam się niezwykła historia.
Dostrzegliśmy Ukrainkę z dzieckiem. Była wyraźnie zagubiona i zestresowana. Okazało się, że nie może się dodzwonić do polskich
przyjaciół, którzy obiecali po nią przyjechać. Powód tego zagubienia był
prozaiczny: nie miała roamingu. Zadzwoniłem więc ze swego telefonu na
podany przez nią numer i po chwili podjechał człowiek, który również
bezskutecznie jej szukał w nieodległym punkcie recepcyjnym. Jakaż była
radość tych ludzi i jaka wdzięczność! Za tę drobną w końcu przysługę
rzucili się nam na szyje. Naprawdę! Nieskromnie powiem, że udzieliłem
później daleko bardziej istotnego wsparcia różnym ludziom, ale nikt
nigdy ani wcześniej, ani później nie okazał mi aż takiej wdzięczności.
To pokazuje, że czasami drobny gest ma dla ludzi ogromne znaczenie w jakimś momencie ich życia.
Gdy tylko wróciłem, na moim telefonie wyświetlił się numer siostry
Małgorzaty Chmielewskiej. Wiedziałem, że skoro dzwoni, to szykuje się
coś poważnego. I nie myliłem się.
Rozdział III. Trzeba ratować ukraińskie dzieci
III
Trzeba ratować ukraińskie dzieci
Siostra Małgorzata Chmielewska to w Polsce człowiek instytucja. Nie dość
że jako założycielka Wspólnoty Chleb Życia udzieliła wsparcia dosłownie
tysiącom osób bezdomnych i odrzuconych, wielokrotnie zabierała głos w sprawach ważnych, niezmiennie prezentując postawę łączącą miłość
bliźniego ze zdrowym rozsądkiem, to jeszcze stała się prawdziwą matką
dla adoptowanego rodzeństwa z Rumunii oraz ciężko chorego Artura - który
mimo stanu zdrowia wiedzie dzięki niej szczęśliwe życie. Dla mnie jako
lekarza zawsze największym wzorem godnym naśladowania są i będą rodzice
dzieci niepełnosprawnych. To niezwykły krzyż, który dźwigają przez całe
życie, drżąc przy tym, co będzie z ich dziećmi po ich śmierci. Siostra
Małgorzata dobrowolnie obsadziła się w tej roli i wypełnia ją
znakomicie, co wielokrotnie widziałem na własne oczy, odwiedzając ją.
Przed kilkoma laty jechałem autem i kątem oka dostrzegłem
autostopowiczkę. Spieszyłem się i pewnie bym się nie zatrzymywał, ale
zobaczyłem, że trzyma w ręku nosidełko, a dzień był rekordowo upalny.
Zatrzymałem się, w nosidełku był noworodek. Po zweryfikowaniu, że
dziecko nie wymaga natychmiastowej opieki szpitalnej, nie jest
odwodnione, odruchowo zadzwoniłem do siostry Małgorzaty z prośbą o pomoc. Ta natychmiast poleciła mi przyjechać z dzieckiem i matką do niej
do Nagorzyc i zajęła się nimi w najlepszy możliwy sposób.
Niedługo potem Małgorzata do mnie zadzwoniła.
- Doktorze - zaczęła, bo tak się do mnie zwraca, nieco ochrypłym głosem,
bo niestety pali. - Trzeba zawieźć leki dla dzieci chorych na raka do
Lwowa. Ponieważ sprawa dotyczy wojny i medycyny, to oczywiście dzwonię
do pana.
Natychmiast poprosiłem o telefon do osoby zajmującej się tym projektem,
okazała się nią pani Olga Młynarska z Rotary Club. Przekazała mi telefon
do potencjalnego odbiorcy leków, doktora Romana Kizyma ze Lwowa.
Wyobraziłem sobie leciwego profesora, słabo mówiącego po angielsku, ale
co było robić. Zatrzymałem auto i zadzwoniłem na podany numer telefonu.
Ku mojemu zaskoczeniu odezwał się młody głos, mówiący doskonałym
angielskim. Powiedziałem, iż w mojej opinii poza dostarczeniem leków
należy przede wszystkim ewakuować dzieci, bo lada chwila mogą zakończyć
się możliwości leczenia tego typu zaawansowanych chorób, na co Roman
odparł, że tak właśnie chcą zrobić i mają nawet miejsca w polskich i niemieckich klinikach, tyle że nie da się przejechać granicy. Dodał, że
próbują wysyłać pojedyncze osoby, ale to i tak trudna sprawa.
Jednocześnie Roman przytomnie dał mi namiar na zajmujące się tą sprawą
osoby w Polsce: doktor Martę Salek, Kanadyjkę polskiego pochodzenia,
która pracuje w St Jude Children's Research Hospital w Memphis, a właśnie przyjechała na pogrzeb swojego dziadka do Polski, oraz
Małgorzatę Dudkiewicz, szefową Fundacji Herosi, która zajmuje się opieką
nad dziećmi onkologicznymi i również zaangażowała się w tę operację.
Panie potwierdziły, że tak, w istocie, jest możliwość hospitalizowaniu
dzieci w Unii Europejskiej, ale jest problem z ich wywiezieniem przez
zablokowane granice.
W tych okolicznościach postanowiłem wykorzystać zdarzenia, które miały
miejsce w ubiegłych latach. Jak wspominałem, nasz zespół ratunkowy brał
udział w misji związanej z covid-19 we włoskiej Lombardii; ktoś wpadł na
pomysł, że skoro jestem znanym lekarzem, który działał w Lombardii, to
będzie dobrze ustanowić mnie konsulem generalnym w Mediolanie. Byłem
mile zaskoczony tą propozycją, ale na nią nie przystałem, jako że trwała
pandemia i absolutnie nie wyobrażałem sobie porzucenia pracy lekarza dla
stanowiska w dyplomacji. Owszem, kilka lat wcześniej byłem kandydatem
ówczesnej opozycji na stanowisko rzecznika praw dziecka, rozważałem więc
pewne ograniczenia w pracy lekarskiej na rzecz pracy organizacyjnej, ale
z uwagi na to, że byłem rozpoznawany jako lekarz uchodźców i podczas
przesłuchań w Sejmie domagałem się respektowania ich praw - większość
sejmowa nie poparła mnie. Szczęśliwie w kuluarach oraz mediach moja
kandydatura została dobrze przyjęta i po dziś dzień od czasu do czasu
spotykam się z opiniami, iż źle się stało, że nie zostałem wybrany. Te
wydarzenia sprawiły, że poznałem sporo wpływowych osób i mogłem dzięki
tym kontaktom teraz utorować drogę do wywiezienia dzieci. Ostatecznie,
po kilku godzinach działań i wykonaniu ogromnej liczby telefonów,
otrzymałem zapewnienie od polskiej konsul generalnej we Lwowie, pani
Elizy Dzwonkiewicz, że mogę liczyć na pomoc polskiego konsulatu w ewakuacji dzieci. Natychmiast obwieściłem tę informację niezawodnej
Annie Kurasińskiej i następnego dnia ruszyliśmy ponownie w stronę Lwowa.
Rozdział IV. Wyjeżdżamy na wojnę dobra ze złem. Czy aby na pewno wrócimy?
IV
Wyjeżdżamy na wojnę dobra ze złem.
Czy aby na pewno wrócimy?
Do granicy dotarliśmy koło południa. Widząc nas, policjanci kontrolujący
ostatni odcinek szosy przed granicą z Ukrainą pokiwali głowami z politowaniem; patrzyli na nas trochę jak na wariatów. Po chwili
podjechaliśmy do punktu granicznego. Od polskiego konsulatu dostałem
list, w którym polska placówka zgłaszała prośbę do wszystkich służb
ukraińskich o udzielanie mi wsparcia przy ewakuacji dzieci. Ten dokument
w przyszłości miał się okazać bardzo pomocny. Granicę przekraczaliśmy w praktyce sami. Nikt wówczas nie jechał na Ukrainę. Wolontariusze i kandydaci do tzw. legionu - czyli składającej się z obcokrajowców
elitarnej jednostki wojskowej - dopiero mieli zacząć nadciągać nad
granicę za kilka dni. Zaraz po przejechaniu punktu kontroli celnej
zobaczyłem, że na środku drogi jeszcze na odcinku granicznym leży ciało
starszego człowieka. Obok siedział płaczący syn. Okazało się, że
mężczyzna zmarł, nie dotarłszy do celu podróży. Pomyślałem, że jest jak
u Hitchcocka - zaczyna się trzęsieniem ziemi.
W swojej pracy lekarza widziałem dosłownie setki, jak nie tysiące ciał.
Pracowałem w rejonach wojen i katastrof; wszyscy widzieliśmy w telewizji
zdjęcia ogromnej liczby zmarłych transportowanych w Lombardii do
kremacji. Ja to widziałem na własne oczy. Obsługiwałem tych pacjentów w ostatnich godzinach ich życia. Podczas studiów uczestniczyłem w sekcjach
zwłok. A pracując jako biegły psychiatra sądowy, niejednokrotnie podczas
analizowania dokumentacji sądowej oglądałem zdjęcia ofiar morderstw
będących nierzadko w stanie rozkładu. Były to też ciała dzieci - zatem
jestem naprawdę doświadczony. Rok wcześniej pożegnałem mojego ukochanego
tatę. Byłem pogodzony z jego śmiercią, zmarł w domu, nie cierpiał, miał
90 lat; każdemu można życzyć takiego odejścia. Jednakże widok jego
dłoni, której już nigdy nie miałem dotknąć, był dla mnie trudny. Kiedy
więc zobaczyłem tego ojca i syna na granicy, poczułem ogromny smutek.
Wyobraziłem sobie cierpienie syna i cierpienie ojca oraz jego stres. Nie
wiem nawet, czy on zmierzał z powrotem na Ukrainę, czy z Ukrainy
próbował się wydostać. Tak oto przywitała mnie Ukraina dosłownie w pierwszych sekundach mojego tam pobytu.
Ledwo przejechaliśmy pierwsze metry, a już prawie musieliśmy zatrzymać
auto, gdyż wjechaliśmy w tłum ludzi jadących w stronę Polski. W zdecydowanej większości były to kobiety, młodzież oraz dzieci. Zdarzali
się też starsi ludzie, mężczyzn widziałem niewielu. Znać było po nich
ogromne zmęczenie mieszające się ze szczęściem, że już niebawem, za
chwilę, często po kilku dniach podróży i wydostaniu się z ostrzeliwanych
miast na wschodzie i południu kraju - trafią na teren Unii Europejskiej
i NATO, czyli do naszego kraju. W pewnej chwili nie jechaliśmy, lecz
toczyliśmy się z minimalną prędkością, bo ludzie dotykali ciałami
naszego auta, nie mieszcząc się na chodniku.
Tutaj mała dygresja. Moja rodzina tak ze strony taty, jak i ze strony
mamy boleśnie zostały dotknięte podczas drugiej wojny światowej. Mama z rodzeństwem jako bardzo mała dziewczynka przeszła przez niemiecki obóz
przejściowy w podwarszawskim Pruszkowie (tzw. Dulag 121 Pruszków), gdzie
Niemcy gromadzili ludność Warszawy po upadku powstania, by dalej ją
deportować w różnych kierunkach. Brat dziadka, Władysław Szczuciński -
oficer katyński i młody lekarz - zginął rozstrzelany przez NKWD. Brat
babci, ksiądz Antoni Czarnecki, pracując w warszawskim getcie, ratował
tamtejszych Żydów. Dlatego moje dzieciństwo przepełniały wojenne
opowieści, a i sam później żywo interesowałem się historią Holokaustu.
I oto nagle przejeżdżałem obok tysięcy ludzi, wyglądających bardzo
podobnie do tych ze zdjęć czy filmów o drugiej wojnie światowej. I wszystko to działo się na granicy mojej ojczyzny, w XXI wieku.
Po opuszczeniu punktu granicznego pojechaliśmy bez przeszkód do Lwowa.
Przejazd był sprawny, choć przez kilkadziesiąt kilometrów od granicy
ciągnął się nieskończony sznur ukraińskich aut. Niektóre z pustymi
bakami - efekt wielogodzinnego oczekiwania w superkorku.
Checkpointy, punkty kontrolne, zwane tu blok-postami, były dopiero
budowane i obsadzane. Pierwsza poważna kontrola czekała nas we Lwowie.
Emocje sprawiły, że Anna, nasz wspaniały kierowca, o mało nie rozjechała
na przejściu dla pieszych uzbrojonego w broń maszynową policjanta.
Spojrzał na nas jak na wariatów i widząc polską rejestrację oraz nasze
głupie miny, machnął ręką i poszedł w swoją stronę.
Cała ta surrealistyczna sytuacja rozładowała w nas napięcie i dobrych
kilka minut śmieliśmy się z tego. Dość szybko dotarliśmy do polskiego
konsulatu we Lwowie. Była to wówczas jedyna nieewakuowana placówka
dyplomatyczna. Potężny budynek, w normalnym okresie zatrudniający około
90 osób personelu. Ponieważ do wybuchu drugiej wojny światowej Lwów był
polskim miastem, mimo upływu dekad nadal mieszka tu wielu Polaków, a miejscowy cmentarz Orląt Lwowskich jest bardzo ważną polską nekropolią.
Funkcje metropolity lwowskiego sprawuje Polak, były sekretarz papieża
Jana Pawła II, arcybiskup Mieczysław Mokrzycki. Stąd nie dziwi, iż
tutejszy konsulat jest ważnym punktem na mapie polskiej dyplomacji.
Budynek zastaliśmy już ufortyfikowany i w znacznej części ewakuowany. Na
zebraniu zorganizowanym przez panią konsul przedstawiono nam konsula
Rafała Kocota, który został oddelegowany do ewakuacji.
Od razu złapaliśmy z konsulem znakomity kontakt. To energiczny i bardzo
sympatyczny człowiek. Konsul Rafał powiedział wprost, że choć mają
świadomość tego, że za chwilę mogą na miasto zacząć spadać iskandery, to
jednak podobnie jak ambasada w Kijowie - konsulat działa i będzie
działać. Bardzo mnie to ucieszyło, gdyż zrozumiałem, że będę
współpracować nie z politycznymi, niekompetentnymi nominatami, którzy
wszędzie się zdarzają, lecz z profesjonalnymi, odważnymi ludźmi i patriotami. Ta świadomość była dla mnie bardzo ważna. Z doświadczenia
wiem, że ludzie z korpusu dyplomatycznego potrafią być bardzo trudni.
Niektórzy z nich mają potężne ego. Ale dyplomaci, z którymi przyszło mi
pracować we Lwowie, okazali się na szczęście fantastycznymi ludźmi. Bez
nich cała ta potężna operacja nie miałaby szans powodzenia.
Rafał Kocot był doświadczonym dyplomatą. Od lat pracował na Ukrainie.
Znał świetnie język, miasto, panujące tu zwyczaje. W charakterze konsula
pracowała tu również jego żona Joanna. Takie dyplomatyczne małżeństwa
nie są rzadkością. Ludzie poznają się często w Ministerstwie Spraw
Zagranicznych, a jeśli nowy pracownik ma już małżonka "spoza branży", to
często taka osoba zdobywa dodatkowy zawód, bo niezwykle trudno jest
towarzyszyć latami dyplomacie, gdy ten zmienia placówki, kraje, a czasem
nawet i kontynenty. Wtedy na przykład zdarza się, że lekarz musi
zrezygnować ze swojego wyuczonego zawodu i zająć się pracą konsularną.
Trudno w końcu co kilka lat nostryfikować dyplom, adaptować się do
nowego środowiska zawodowego po to tylko, by po czterech latach jechać
dalej. A tyle właśnie trwa kadencja konsula. Gdy wybuchła wojna, żona
Rafała opuściła Lwów z dziećmi i wróciła do Polski, ale małżonkowie
ustalili, iż będą się wymieniać - tak by żadna ze stron nie straciła z dziećmi kontaktu. I rzeczywiście, podczas pobytu na Ukrainie przyszło mi
pracować również z żoną Rafała.
Jeszcze tego wieczora pojechaliśmy do szpitala dziecięcego przy ulicy
Dnisterskiej 27. Szpital nazywany jest "Czarnobylski"' a nazwa ta
pochodzi z czasów, gdy podczas awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu w 1986 leczono tu ofiary katastrofy.
Gdy przyjechaliśmy na miejsce, trwało oklejanie okien specjalnymi
taśmami oraz przyklejanie znaków wskazujących kierunek, w którym należy
się udać do schronu, gdy miasto zacznie być bombardowane.
Niby wiesz, że jest wojna, niby widziałeś w Syrii zbombardowane przez
Rosjan szpitale, ale nie dociera do ciebie, że 80 kilometrów od twojego
kraju, w XXI wieku, szpital dziecięcy musi się przygotowywać na ostrzał.
Szpital dziecięcy to specyficzne miejsce. Radosne i straszne zarazem.
Dzieci tu odzyskują zdrowie, ale przedtem cierpią, a część nie
wyzdrowieje. To miejsce przesiąknięte niesamowitymi emocjami. Ja, zanim
zostałem pediatrą, pracowałem wiele lat na oddziałach psychiatrycznych.
Widziałem setki ludzkich dramatów, nieraz odcinałem samobójców z drzew w przyszpitalnym ogrodzie; reanimowaliśmy ich z różnym skutkiem. Ale nigdy
nie byłem odporny na cierpienie dzieci.
Pamiętam, jak w przededniu Dnia Dziecka w 2015 roku odchodził na moim
oddziale 15-latek z powodu nowotworu żołądka. To bardzo rzadka sytuacja.
Towarzyszyłem jemu i jego rodzicom do końca; pamiętam to jednak do dziś,
nigdy nie zapomnę tych koszmarnych chwil. Nie ma we mnie zgody i nigdy
nie było na cierpienie dzieci i pewnie dlatego zaangażowałem się właśnie
w pomaganie dzieciom w ramach naszego zespołu ratunkowego. Aczkolwiek
zestawienie cierpienia chorego dziecka z wojną jest szczególnie okrutne.
Nie dość że walczy z chorobą, to jeszcze jest narażone na zagrożenie z ziemi i powietrza.
Widok moich kolegów i koleżanek, zabezpieczających okna szpitala przed
pęknięciem w trakcie bombardowania, robił wrażenie. Szkło jest w takich
sytuacjach szalenie niebezpieczne, po eksplozji w Bejrucie w 2020 roku
mnóstwo osób odniosło obrażenia właśnie dlatego, że w chwili wybuchu
znajdowało się blisko okien. Toteż w trakcie alarmów bombowych należy
być możliwie daleko od nich, bo nie odłamki, ale właśnie szkło z okien
może zadać wielkie cierpienie.
Szpital dziecięcy we Lwowie, zwłaszcza ten, do którego przyjechaliśmy,
wygląda dokładnie tak, jak każdy inny szpital europejski - trwające w nim przygotowania do ataku po raz kolejny uzmysłowiły nam, gdzie
jesteśmy. Bo jadąc wieczorem przez centrum Lwowa, można było o tym
jeszcze nie pamiętać. Przez cały okres wojny wszystko działało w mieście
w sposób raczej dość sprawny. Owszem, nie można było wypłacać dowolnych
kwot w bankomatach, z czasem benzyna zaczęła być limitowana, ale w pierwszych dniach wojny tych problemów nie było.
Wspięliśmy się na piąte piętro, gdzie mieścił się oddział onkologiczny,
i tak oto poznałem Romana, z którym wcześniej rozmawiałem telefonicznie.
Przede mną stał nie żaden leciwy, siwobrody profesor, jak sobie na
początku wyobrażałem, lecz młody, przypominający bardziej gitarzystę
rockowego niż ordynatora onkologii, energiczny lekarz. Znać było po nim
ślady stresu i zmęczenia, ale zarazem myślał i działał w sposób bardzo
jasny i logiczny. Roman był synem lekarzy. Jego ojciec pracował jako
anestezjolog na Słowacji, a mama Zoriana była jego zastępczynią na
oddziale. Szybko się zorientowałem, że będzie się nam dobrze
współpracować. Roman okazał się wulkanem energii, człowiekiem absolutnie
bezkompromisowym w walce o ratowanie swoich pacjentów. Nie mam też
wątpliwości, że bez Romana nasza operacja z pewnością by się nie
powiodła. To zresztą jego apel o pomoc zainicjował cały projekt.
Roman z jednej strony nie krył radości, że oto do Lwowa w chwili, gdy
wszystko zdaje się walić i wojska rosyjskie podchodzą pod ważne
ukraińskie miasta - w tym pod Kijów - przyjeżdża lekarz z UE, w dodatku
zjawia się w obecności konsula, czyli sprawa jest poważna. Z drugiej zaś
strony nie krył wątpliwości związanych z ewakuacją tak poważnie chorych
dzieci.
Tutaj znów ważna dygresja. Trzeba mianowicie zauważyć, że ewakuacja osób
zdrowych jest wyzwaniem wyłącznie logistyczno-prawnym. Ewakuacja dzieci
chorych to o niebo trudniejsze zadanie. Ale ewakuacja dzieci chorych na
nowotwory to zadanie skrajnie trudne. Po pierwsze, choroba nowotworowa u dziecka, zwłaszcza jeśli jest to choroba hematologiczna, czyli na
przykład białaczka, jest bardzo poważna, wprost grozi śmiercią - ale
zarazem jest ona w większości przypadków uleczalna. Jeśli zatem przerwie
się, zaniedba lub za późno wdroży leczenie, to dziecko, które może
przeżyć - umrze. Stąd rodzice i lekarze, którzy uczestniczą w ewakuacji,
muszą mieć pewność, że chory, po pierwsze, przeżyje transport, a więc
będzie do niego dobrze przygotowany, a po drugie, znajdzie się
odpowiednio wykwalifikowany ośrodek, który podejmie się
wysokospecjalistycznego leczenia. W czterdziestomilionowej populacji,
takiej jak ukraińska czy polska, rocznie zapada na nowotwory około 1000
dzieci. Leczone są tylko w dużych ośrodkach miejskich, których jest
kilkanaście. Leczenie jest długie i drogie. Powikłania częste i wymagają
niejednokrotnie operacji chirurgicznych, w tym plastycznych. Choroba
dziecka angażuje praktycznie całe rodziny. Stawka jest ogromna. Dzieci
znajdują się w immunosupresji, co oznacza, że łatwo zapadają na infekcje
stanowiące dla nich śmiertelne zagrożenie. Stres też nie pomaga.
Transport, jeśli w ogóle wchodzi w grę - powinien odbywać się drogą
lotniczą. A w naszym wypadku do tego wszystkiego doszło jeszcze
połączenie wojny i zimy. Ogromny chaos na granicach, wojskowe priorytety
państwa, które walczy o wszystko i za chwilę może stracić niepodległość,
a wtedy już na pewno okupant nie wyda żadnych pieniędzy na
specjalistyczne leczenie dzieci. Z drugiej strony zachodnia Ukraina, w tym Lwów, nie były wówczas atakowane militarnie, poza nielicznymi celami
wojskowymi. To wszystko sprawiało, że mieliśmy świadomość stojącego
przed nami karkołomnego wyzwania.
Roman słusznie zauważył, iż wysłanie nawet jednego dziecka to operacja,
którą normalnie przeprowadza się tygodniami i szczegółowo uzgadnia. A w ogóle robi się takie rzeczy rzadko. A tu nagle mamy przewieźć
dwadzieścioro dzieci. Mało tego, w trakcie rozmowy okazało się, że w jeden z dziecięcych szpitali w Kijowie uderzyła właśnie rakieta i nocą
przyjedzie stamtąd grupa czternaściorga dzieci. Roman spytał mnie
wprost, czy ja jestem pewien, że te dzieci zostaną otoczone właściwą
opieką. Odparłem mu na to z całą odpowiedzialnością, że tak, a to
dlatego, że wiedziałem, iż po polskiej stronie operację przekazywania
dzieci koordynuje profesor Wojciech Młynarski.
Z perspektywy czasu uważam, iż ukraińskie dzieci, które udało nam się
ewakuować na dalsze leczenie za granicę, miały naprawdę niesamowicie
dużo szczęścia. Na to szczęście złożyło się mnóstwo elementów, ale
jednym z nich był fakt, że część osób zaangażowanych w projekt znała się
wcześniej lub przynajmniej o sobie słyszała. Taką właśnie osobą, z którą
przed laty się zetknąłem, był profesor Wojciech Młynarski. Tak się
złożyło, że odbywałem staż z onkologii dziecięcej w Łodzi, w kierowanej
przez niego placówce. Profesor miał imponujące kwalifikacje, nie dość że
był lekarzem, to na dodatek ukończył studia w zakresie biologii
molekularnej, a także specjalizował się w genetyce. Jego wiedza była
doprawdy niezwykła. Dlatego gdy już na samym początku usłyszałem, że to
właśnie on jest zaangażowany w projekt z ramienia Polskiego Towarzystwa
Onkologii i Hematologii Dziecięcej (PTOiHD) - wiedziałem, że stoją za
tym poważni ludzie i że mogę się w to zaangażować, a także, że mogę
zaangażować służby państwowe.
Faktem jest jednak bezspornym, że w medycynie za pacjenta zawsze
odpowiada lekarz, który się nim aktualnie zajmuje. I nie chodzi tu
wyłącznie o odpowiedzialność moralną, która dla każdego prawdziwego
lekarza jest najważniejsza, ale też i prawną. To na mnie z Romanem
spadała ta odpowiedzialność od momentu, gdy dzieci trafiały do
lwowskiego hubu, aż po chwilę, gdy były przekazywane kolejnemu
zespołowi. Moje położenie wydawało się dość specyficzne, ponieważ jestem
lekarzem mającym licencję na uprawianie zawodu na terenie Polski, Malty
oraz Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Natomiast nie na terenie Ukrainy.
Warunki jednakże były szczególne, zanimbym uzyskał uprawnienia, minęłoby
pewnie kilka miesięcy, a okoliczności były, jakie były. Na szczęście
żadnemu z pacjentów będących pod moją opieką nic się nie stało, ale w przededniu pierwszego konwoju nie mogłem być tego wcale pewny. Czas
pokazał, że ukraińscy specjaliści świetnie przygotowali i zakwalifikowali dzieci do transportu, ale w pierwszych dniach marca
naprawdę skakałem na główkę i nie byłem pewien, czy w basenie jest woda.
Tym razem, pierwszy raz w historii moich międzynarodowych przedsięwzięć,
byłem pozbawiony ludzi z mojego zespołu ratunkowego. Nasza ekipa dopiero
wracała z Madagaskaru. Musiałem zdać się wyłącznie na wsparcie ludzi,
których kompetencji nie znałem.
Do tego pojawiło się dodatkowe wyzwanie: język. Gdy pracowałem na
Bliskim Wschodzie, sprawa była jasna - miałem tłumacza z arabskiego.
Podczas większości misji posługiwałem się angielskim, tu jednak nie
tylko nie wszyscy mówili po angielsku, lecz jeszcze niektórzy albo nie
chcieli, albo nie umieli mówić po rosyjsku. Z czasem dotarliśmy się, ale
na początku wcale nie było łatwo. Pod koniec dnia byłem czasami już tak
zmęczony, że mówiłem do Ukraińców po angielsku, do Polaków po rosyjsku,
a do ludności rosyjskojęzycznej po polsku.
Szczęśliwie jednak po drugiej stronie granicy miałem profesora
Młynarskiego, który znał wszystkich pacjentów, bo ich kwalifikował do
poszczególnych klinik po konsultacjach on-line z zespołem Romana Kizymy,
mogłem więc liczyć na wielkie wsparcie łódzkiej kliniki.
Staż, który odbyłem w łódzkiej klinice, był bezspornie najtrudniejszym
okresem w mojej specjalizacji pediatrycznej. Pediatria to tak naprawdę
chyba jedna z najwdzięczniejszych dziedzin medycyny. Co ciekawe, jest
na całym świecie bardzo do siebie podobna. Tak jak interna w Afryce i Europie różni się, i to bardzo - tak pediatria wszędzie wygląda dość
podobnie. To przede wszystkim obszar chorób zakaźnych, często
powikłanych alergiami, i dotyczy głównie problemów przewodu pokarmowego
oraz układu oddechowego. Szczęśliwie dzieci rzadko chorują na serce i rzadko zapadają na nowotwory. W Afryce gorączka u dziecka w okresie
listopad-grudzień będzie często oznaczać malarię, która nie występuje w Europie, ale już w innych fazach roku dzieci będą chorować na zapalenie
oskrzeli, płuc i inne popularne choroby infekcyjne. Pediatrzy powinni
się więc kształcić nie tyle w leczeniu chorób onkologicznych, bo tym
zajmują się onkolodzy, ale umieć takie choroby rozpoznawać jeszcze we
wczesnej fazie. Ta umiejętność jest ważna również dla lekarzy
rodzinnych, nie jest to wszakże proste.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki