INTRO - Korona z cudzych imion - By odzyskać tron, wygnana księżniczka musi ukraść imię tyrana i zaryzykować utratę własnego.INTRONera miała zapłacić za cudze imię wspomnieniem, ale kobieta po drugiej stronie stołu zażądała jeszcze sześciu srebrników.
- Dwa teraz. Cztery, kiedy je oddasz.
Położyła dłoń na blacie, nie zdejmując rękawiczki. Między palcami miała zaschniętą mąkę. Nera spojrzała na jej kciuk, wykrzywiony po źle zrośniętym złamaniu, i na porządnie załatany mankiet. Spodziewała się przemytniczki albo złodziejki cmentarnych zapisów. Ta kobieta wyglądała, jakby oderwano ją od wyrabiania ciasta. W izbie nad przystanią pachniało łojem; pod deskami chlupotała woda, a przez szczelinę okiennicy widać było latarnię przy miejskiej bramie. Za nią zaczynał się Talren.
Siedem lat wygnania mieściło się teraz w szerokości rzeki.
- Rud mówił o trzech srebrnikach - powiedziała Nera.
- Rud nie będzie przez całą noc nikim.
Stary siedział przy piecyku i ogrzewał srebrną igłę. Nie zaprzeczył. Odkąd przybyli do przystani, nie odezwał się do niej inaczej niż przez ramię, jakby wciąż mogła zrezygnować, jeśli nie spojrzy jej w twarz. Uczył ją zdejmowania zapisów przez pięć zim. Pozwalał rozplatać wygasłe przysięgi, otwierać zamki należące do umarłych, znajdować fałszywe połączenia w srebrze. Żywego imienia nie dał jej dotąd dotknąć.
Nera wyliczyła dwie monety. Były ciepłe od ciała; nosiła je w zaszytej kieszeni przy żebrach. Pozostałe cztery stanowiły wszystko, co miała na przeprawę, nocleg i odnalezienie człowieka, który kiedyś prowadził królewskie księgi urodzeń.
- Oddam je przed świtem.
- Imię też.
Kobieta ściągnęła rękawiczkę. Pod spodem nosiła wąską srebrną obrączkę, przeciętą w dwóch miejscach i spojoną ciemniejszym metalem. Rud przysunął stołek, obejrzał naprawy przez szkiełko, po czym wyciągnął rękę po sakiewkę. Nera przycisnęła ją do stołu.
- Najpierw przysięgi. Chcę wiedzieć, co razem z nim wezmę.
- Dostawy mąki do zamkowej piekarni. Dług u młynarza. Służba królowi.
Ostatnie słowa zabrzmiały równie zwyczajnie jak poprzednie. Nera poczuła napięcie pod szczęką. Człowiek, który kazał wywlec jej ojca z sali rady, od siedmiu lat przyjmował ten tytuł z ust piekarzy, przewoźników i kobiet cerujących rękawy. Potrzebowała właśnie takiego imienia: żywego, zapisanego w mieście, objętego prawem przejścia przez bramę. Jej własne wystarczyło, żeby uruchomić szafot.
- Jakiego rodzaju służba?
- Dowóz na wezwanie. Pierwszeństwo zamkowych zamówień. Posłuszeństwo straży. Nie szukaj kogoś bez tej ostatniej. Takich od zimy nie wpuszczają.
Rud spojrzał wreszcie na Nerę. Nie musiał przypominać jej, że pożyczone imię nie zmieniało twarzy. Sprawiało tylko, że zaprzysiężone przedmioty uznawały nowego nosiciela za właściciela: brama, zamkowe drzwi, pierścienie strażników. Gdyby któryś człowiek rozpoznał w niej wygnaną córkę króla, żadne srebro by go nie oszukało. Miała dwadzieścia jeden lat, kiedy uciekała z miasta; siedem kolejnych zmieniło ją mniej, niż potrzebowała. Ściągnęła włosy na kark i schowała je głębiej pod chustą.
- Zróbmy to.
Kobieta przedstawiła się jako Istra. Wymówiła imię, dotykając obrączki, a Rud wsunął rozgrzaną igłę pod ciemne spojenie. Nera nadstawiła lewą dłoń. Ukłucie było niewielkie; gorsza okazała się chwila, w której starzec połączył jej krew ze srebrem. Poczuła pod skórą ruch, jakby ktoś przeciągał bardzo cienką nić od palca w stronę łokcia. Istra zacisnęła zęby. Jej obrączka powoli traciła połysk.
- Nie wybieraj tego, co możesz opowiedzieć - mruknął Rud. - Wybierz coś, co jeszcze potrafisz przeżyć. Inaczej weźmie samo.
Nera miała przygotowany wieczór w pałacowej kuchni. Skończyła wtedy dwanaście lat, uciekła nauczycielowi rachunków i jadła gorące śliwki prosto z rondla. Matka znalazła ją pod stołem, ale zamiast wyciągnąć, usiadła obok na podłodze. Nera pamiętała zaskoczenie kucharki, klejące się palce, ciepło przy biodrze. Przez całe wygnanie wracała do tej chwili, kiedy potrzebowała uwierzyć, że poza tronem czekał na nią kiedyś także dom.
Wybrała ją dlatego, że miała wystarczyć.
Rud przekręcił igłę. Przez moment Nera zobaczyła obce dłonie wsypujące mąkę do dzieży. Wiedziała, bez zastanowienia, że lewy uchwyt jest obluzowany i nie należy za niego ciągnąć. Potem przyszła pewność znacznie głębsza niż obraz: była Istrą, spóźniała się z dostawą, młynarz znów policzy za dużo. Szarpnęła rękę, ale Rud przytrzymał nadgarstek.
- Twoje imię.
- Nera.
- Całe.
Zawahała się przy obcej kobiecie. Nić zacisnęła się aż pod pachą.
- Nera Sarn.
Istra podniosła głowę. Jej wzrok przesunął się z twarzy Nery na chustę skrywającą włosy. Potem obrączka kobiety zmatowiała do końca, a pod skórą Nery pojawił się cienki srebrny łuk. Rud odsunął igłę. Zabrało to mniej czasu niż nalanie kubka wody.
Nera spróbowała przypomnieć sobie śliwki. Wiedziała, że były. Wiedziała też, dlaczego przed chwilą o nich myślała. Nie potrafiła jednak odnaleźć kuchni, twarzy matki ani własnego śmiechu. Pozostała wiadomość o zdarzeniu, równie odległa jak data jakiejś bitwy. Docisnęła paznokcie do blatu. Rud udawał, że czyści narzędzia.
- Kiedy zwrócę imię...
- Nie.
Nie zapytała ponownie. Kobieta po drugiej stronie stołu poruszała bezgłośnie ustami. Usiłowała się przedstawić. Na jej twarzy pojawiło się przerażenie, którego nie było podczas ukłucia. Nera wyjęła pozostałe cztery srebrniki i przysunęła je razem z sakiewką.
- Przed świtem - powtórzyła.
Rud schował igłę, potem zawiesił Nerze na szyi woreczek grubej soli. Wystarczyło wetrzeć ją w nakłucie, żeby przerwać połączenie. Imię wróciłoby do właścicielki, lecz wszystkie pieczęcie w pobliżu usłyszałyby zerwanie. Przy bramie oznaczało to zamknięcie krat i alarm. Nera wsunęła woreczek pod koszulę, obok miejsca po monetach.
Schodząc na pomost, obejrzała się jeszcze. Istra trzymała pieniądze, ale patrzyła na pustą obrączkę.
Przewoźnik wziął zapłatę od Ruda. Nera stała na dziobie i obserwowała mury, szukając okna swojej dawnej komnaty. Nie znalazła go w ciemności. Wyżej, ponad dachami, płonęły światła zamku, w którym Hadran przechowywał pierwszy zapis własnego imienia. Tego zapisu zamierzała szukać. Bez niego pozostawał panem wszystkich zaprzysiężonych bram i ludzi; z nim w jej dłoni mógł stracić koronę, zanim ktokolwiek wyciągnie miecz.
Przy wejściu do miasta strażnik uniósł żelazny pierścień.
- Imię?
- Istra.
Metal rozgrzał się czerwono. Krata za plecami mężczyzny drgnęła i zaczęła się podnosić. Nera zrobiła krok, lecz strażnik zatrzymał ją drzewcem włóczni.
- Nowe polecenie dla dostawców zamkowych.
Dotknął pierścieniem srebrnego łuku na jej dłoni. Pod skórą odpowiedziało ukłucie.
- Z rozkazu króla Hadrana: jeżeli znasz miejsce pobytu Nery Sarn, masz je wskazać.
Nera zacisnęła usta. Lewa dłoń uniosła się wbrew jej woli. Wyprostowany palec powoli obrócił się ku jej piersi.
Rozdział 1 - Imię, które zostało przy bramie - Korona z cudzych imion - By odzyskać tron, wygnana księżniczka musi ukraść imię tyrana i zaryzykować utratę własnego.Rozdział 1 - Imię, które zostało przy bramiePalec dotknął wełny nad jej mostkiem. Nera chwyciła lewy nadgarstek prawą ręką, ale zdołała tylko docisnąć go mocniej do piersi. Strażnik spojrzał na ten ruch, potem na jej twarz. Nie rozpoznał jej jeszcze. W jego oczach pojawiło się raczej zniecierpliwienie człowieka, któremu ktoś utrudnia ostatnią godzinę służby. Za plecami miał podnoszącą się kratę; za kratą, w świetle dwóch lamp, czekał wózek z workami. Człowiek przy dyszlach pochylił się, sprawdzając, czy może już przejść.
- Co pokazujesz?
Nera puściła nadgarstek. Lewa dłoń pozostała przy sercu, posłuszna rozkazowi złożonemu w cudzym imieniu. Prawą wsunęła pod kołnierz i wyciągnęła woreczek. Sznurek nie chciał ustąpić. Szarpnęła go zębami, czując na języku sól przenikającą przez płótno.
Strażnik zobaczył biały okruch.
- Ręce na widoku.
Jej prawa ręka zaczęła wysuwać się spod brody. Rozkaz był prosty; imię Istry nie potrzebowało go rozumieć lepiej niż ten poprzedni. Nera skręciła tułów, jakby chciała osłonić dłonie przed wiatrem, i wcisnęła rozerwany woreczek między wyprostowany palec a nakłucie po igle. Kryształki rozsypały się po koszuli. Kilka weszło w ranę.
Ból przeszedł przez ramię aż do szczęki.
W tej samej chwili naparła całym ciężarem na drzewce włóczni. Nie próbowała odebrać strażnikowi broni. Był cięższy i przygotowany do szarpnięcia; przyciągnął drzewce do siebie, a ona poszła za nimi, wpadając barkiem pod jego łokieć. Uderzył ją nasadą dłoni w skroń. Świat przechylił się i Nera zobaczyła z bliska mokry kamień. Wtarła sól, zanim zdążył chwycić ją za gardło.
Srebro pod skórą rozpadło się na blade punkty. Dłoń otworzyła się sama, już bez przymusu. Nad głową odezwał się dzwon, tak bliski i głośny, że przez moment nie słyszała niczego więcej. Krata przestała się podnosić.
Człowiek z wózkiem krzyknął. Zamiast cofnąć ładunek, szarpnął go naprzód, chcąc zdążyć na przystań. Koło stanęło w koleinie dokładnie pod żelaznymi zębami. Strażnik odwrócił głowę; wystarczyło, żeby Nera wyrwała mu brzeg chusty i rzuciła się ku prześwitowi obok worków. Upadła na kolano, podparła prawą dłonią i przecisnęła pod boczną belką wózka.
Krata uderzyła w dyszel. Drewno pękło, wózek przechylił się na bok, a jeden z zębów rozdarł jej rękaw i skórę na przedramieniu. Szarpnięcie zatrzymało ją na sekundę. Cofnęła łokieć, tracąc kawałek materiału, i przetoczyła się na bruk po miejskiej stronie. Worek spadł tuż obok jej głowy. Mąka zasłoniła lampę.
- Ta kobieta! Istra! Zatrzymać ją!
Wstała, uderzyła biodrem o narożnik wozu stojącego za bramą i pobiegła wzdłuż muru. Nie miała przewagi większej niż kilkanaście kroków. W głębi przejazdu ktoś odciągał rannego tragarza, ktoś inny próbował podważyć kratę. Strażnik po zewnętrznej stronie nie mógł jej ścigać, ale przy wartowni pojawiło się dwóch następnych. Usłyszała ponowny rozkaz zatrzymania się. Tym razem nie poczuła niczego poza strachem.
Pierwsza uliczka prowadziła do zamkniętego składu. Zauważyła łańcuch między słupkami i skręciła, zanim weszła w ślepy zaułek. Przy kolejnym domu schody biegły nad wejściem do piwnicy. Wsunęła się pod nie na czworakach, w ciemność pachnącą wilgotnym drewnem i kapustą. Przycisnęła twarz do rękawa. Kroki minęły ją, zatrzymały się i wróciły. Przez szparę między stopniami widziała podeszwy, potem czerwony odblask lampy na ostrzu.
Nera czekała, aż zacznie boleć ją kark. Strażnik zajrzał do zamkniętej piwnicy obok, potrząsnął klamką i odszedł, wołając do towarzysza, żeby obstawił schody na górny targ. Dopiero gdy lampy znalazły się za rogiem, pozwoliła sobie na oddech. W lewej dłoni wciąż trzymała zmięty woreczek. Zostało w nim trochę soli, wilgotnej od krwi.
Nie miała już prawa wejścia do miasta, chociaż znajdowała się w jego środku.
Przez chwilę układała w myślach drogę powrotną do Ruda. Za bramą leżała przystań, dalej rzeka i izba, w której kobieta odzyskiwała właśnie swoje imię. Nera wyobraziła sobie jej ulgę. Zaraz potem usłyszała ponowione wołanie o Istrze. Na bramie zostało imię piekarki, a nie wygnanej księżniczki. Straż nie musiała znać sztuki przeplatania zapisów, żeby pójść po właścicielkę obrączki.
Rud zrozumie dzwony, pomyślała. Zabierze ją stamtąd.
Powtórzyła to jeszcze raz, z mniejszą pewnością. Na wygnaniu starzec zawsze wiedział, kiedy należy porzucić pracę, wygasić piec i wyjść tylnymi drzwiami. Tym razem mógł czekać na nią. Bez spotkania nie dowiedziałby się, czy uciekła, czy leży pod kratą.
Rozdarła uszkodzony rękaw prawą ręką i zębami. Owinęła paskiem przedramię, dociskając zwinięty materiał do cięcia. Rana piekła przy każdym zgięciu łokcia, lecz palce poruszały się, a pod skórą nie wyczuła twardej, przesuniętej krawędzi kości. Ze skroni spływała wilgoć. Otarła ją i obejrzała opuszki; tylko pot. Nie mogła tu zostać do świtu.
Wyszła spod schodów, gdy dzwon zamilkł. Z przystani docierały uderzenia młotów: ktoś próbował uwolnić zakleszczony wózek. Odgłos miał w sobie pocieszającą zwyczajność. Nawet po alarmie trzeba było udrożnić bramę, wynieść rozsypaną mąkę, policzyć zniszczone worki. Nera poprawiła chustę, chowając postrzępiony brzeg pod brodą, i ruszyła pod górę, trzymając zranione ramię przy ciele.
Talren pamiętała z siodła albo zza zasłon powozu. Wtedy wszystkie ulice prowadziły dokądś, gdzie ktoś na nią czekał. Teraz rozpoznawała okno czy kamienny narożnik dopiero po minięciu i musiała cofać się po własnych śladach. Przy dawnej studni targowej zbudowano drewniane zadaszenie. Pod nim stały beczki, każda zamknięta zaprzysiężoną obręczą. Kobieta z pustym dzbankiem siedziała na stopniu. Nera już miała zapytać ją o drogę, kiedy dostrzegła metalową płytkę na sznurku: wodę wydawano dopiero od pierwszego porannego dzwonu.
Poszła dalej. Miała na ustach smak soli i nie chciała sprawdzać, do czego skłoniłoby ją jeszcze pragnienie.
Przy gospodzie dwóch mężczyzn omawiało alarm. Jeden słyszał o przemytniczce, drugi o kradzieży wojskowej pieczęci. Nera zwolniła, licząc na wiadomość o przeprawach. Gospodarz stojący w drzwiach spojrzał na jej rękaw, potem na twarz.
- Do izby czy po wodę?
- Muszę przesłać wiadomość za rzekę.
- Teraz?
Wyciągnął rękę, nie odpowiadając. Zrozumiała dopiero po chwili. Sięgnęła odruchowo do pustej kieszeni przy żebrach.
Mężczyzna cofnął dłoń.
- Rano przyjdź na przystań. Któryś przewoźnik może weźmie z litości.
Chciała powiedzieć, że zapłaci później. Wśród ludzi, do których należała przez pierwsze dwadzieścia jeden lat życia, takie zdanie zamykało rozmowę. Tu musiałaby jeszcze wyjaśnić, dlaczego ktokolwiek ma jej uwierzyć. Odeszła, zanim gospodarz zdążył ponownie przyjrzeć się krwi.
Do Starych Schodów dotarła po niespełna półgodzinie. Wznosiły się za targiem garbarzy, wąskie i popękane przy odpływach. Przy wejściu musiała przytrzymać się poręczy. Przed oczami znów pojawiły się jasne plamy. W domu naprzeciwko uchylono okno i ktoś wylał wodę, nie patrząc na przechodniów. Nera cofnęła nogę przed strugą. Chciała zawołać ostrzegawczo, tak jak robił to niegdyś idący przed nią służący, i przyłapała się na tym z odrazą. Przyjechała odbierać miasto Hadranowi, lecz nadal poruszała się w nim tak, jakby ludzie mieli usuwać przeszkody spod jej stóp.
Na drugim podeście minęła śpiącego człowieka. Przywiązał do nadgarstka pusty koszyk, żeby nikt mu go nie zabrał. Z całego jego ciała najstaranniej osłonięta była dłoń z obrączką: zawinął ją w szmatę i schował pod policzek. Nera odwróciła wzrok, ale obraz został z nią, kiedy podchodziła do trzeciego podestu. W czasie nauki wyobrażała sobie kradzież imienia jako otwieranie dobrze strzeżonego zamka. Nie jako pochylanie się nad człowiekiem, który na ten zamek zastawił własne życie.
Dom, którego szukała, rozpoznała po kamiennej donicy pod oknem. Nadal tam stała, lecz zamiast krzewu tkwiły w niej drewniane listwy obciążające mokre sznurki. Nad drzwiami wisiał szyld introligatora. Nazwisko dawnego gospodarza ktoś usunął tak niedbale, że pod nową farbą można było odczytać dwie ostatnie litery.
Oren mieszkał tutaj, kiedy prowadził księgi królewskich urodzeń. Rud zapewniał tylko, że przeżył przewrót. To Nera uznała, że człowiek związany przez trzy dekady z jednym domem nie będzie miał powodu go opuścić. Teraz zobaczyła na framudze ślady po urzędowej pieczęci zajęcia i poczuła, jak głupie było to założenie.
Mimo to zapukała.
Za drzwiami poruszyło się światło. Ktoś odsunął małą klapkę na wysokości jej oczu.
- Warsztat zamknięty.
Głos należał do młodej kobiety.
- Szukam Orena.
- Po co?
- Znał mojego ojca.
- Wielu ludzi znało twojego ojca?
Nera oparła zdrową dłoń o kamień, chowając drżenie palców. Za dziewczyną paliła się pojedyncza lampa, zbyt słaba, żeby zobaczyć twarz.
- Potrzebuję człowieka, który prowadził księgi przed Hadranem. Nie proszę o darmową naprawę.
- To dobrze. Za darmo też nie robimy.
Klapa zaczęła się zamykać.
- Rud nauczył mnie zdejmować zapisy.
Kobieta znieruchomiała. Odwróciła głowę i powiedziała coś w głąb domu. Nera nie dosłyszała odpowiedzi. Po długiej chwili zamek zgrzytnął, drzwi uchyliły się na szerokość dłoni, a w szczelinie pojawił się mężczyzna ze skórzanym fartuchem przewieszonym przez ramię. Miał znacznie mniej włosów, niż pamiętała, i przekrwione powieki. Trzymał lampę nisko, osłaniając płomień dłonią.
- Rud nie przysyła uczniów po nocy.
- Tym razem nie zdołał mnie zatrzymać.
Podniósł światło. Rozpoznała chwilę, w której zobaczył ją naprawdę: ręka z lampą cofnęła się o kilka palców. Nie skłonił głowy. Nie wymówił jej imienia.
- Odejdź.
- Nie przyprowadziłam za sobą straży.
- Tego nie możesz wiedzieć.
Nie podniósł głosu, a mimo to spojrzała w dół schodów. Droga, którą przyszła, ginęła za zakrętem. Dopiero teraz pomyślała, że ten dom może być dla niego ostatnią rzeczą, jakiej nie stracił po przewrocie. Nie miał obowiązku poświęcać jej dlatego, że ona straciła więcej.
- Straż szuka kobiety, której zabrałam imię. Potrzebuję pomocy.
- A ona?
- Wróciło do niej.
- Nie o to pytam. Gdzie jest?
Nera podała nazwę przystani i opisała izbę nad pomostem. Oren spojrzał na krew, na rozcięty rękaw, potem za jej plecy. Wciągnął ją do środka tak gwałtownie, że uderzyła ramieniem o futrynę. Młoda kobieta zamknęła drzwi i oparła na nich poziomą belkę.
- Tesa, wody. Tej przegotowanej.
- Wiem, której.
Nie było w jej odpowiedzi usłużności. Przeszła obok Nery, zabierając lampę, i dopiero wtedy stało się jasne, że nie jest dziewczyną. Miała około trzydziestu lat i plamy kleju na fartuchu. Przy prawym uchu brakowało jej kosmyka włosów, jakby przycięła go naprędce, kiedy przeszkadzał w pracy. Zatrzymała wzrok na twarzy przybyszki, lecz o nic nie zapytała.
Oren posadził Nerę na ławie przy stole do prasowania ksiąg. Na półkach leżały stosy okładek bez kart, a pod ścianą suszyły się rozpięte na ramach pergaminy. Nie zauważyła żadnej królewskiej księgi. W dzieciństwie uważała Orena za człowieka, który potrafił znaleźć wszystko, pod warunkiem że ktoś kiedyś zapisał to odpowiednio wyraźnie. Teraz zdawał się zajmować przede wszystkim naprawianiem rzeczy, na których zarabiało się niewiele.
- Czy Rud został na drugiej stronie? - zapytał.
Skinęła głową.
- To przy dzwonie już pakował narzędzia. Jeśli ta kobieta dała mu się wyprowadzić, nie czeka w izbie.
- Powinni wiedzieć, że szukają Istry.
Oren zdjął z haka przy drzwiach cienki sznur z trzema drewnianymi kółkami i pociągnął za środkowe. Za ścianą, niewyraźnie, zabrzęczał dzwoneczek.
- Sąsiad nosi wiadomości dla cechu. Zna człowieka przy dolnym promie.
- Nie mam pieniędzy.
- Zauważyłem.
Tesa przyniosła miskę i pasma czystego płótna. Zanim dotknęła ramienia Nery, odsunęła rękaw i dokładnie obejrzała cięcie. Nie pocieszała. Powiedziała tylko, że trzeba wypłukać mąkę, inaczej rana zacznie ropieć. Nera zacisnęła zęby, kiedy woda spłynęła po odsłoniętej skórze.
- Dziękuję, Teso.
Kobieta urwała ruch. Spojrzała na ojca.
- To twoje imię? - zapytała ostrożnie Nera.
- Tak mnie wołają.
- Ale...
- Znam pytanie. Nie, sama go nie wypowiem.
Na jej lewej dłoni nie było obrączki. Pozostał jasny pasek i dwie niewielkie blizny po bokach palca. Nera rozpoznała odstęp pomiędzy nimi: właśnie tam wkładało się igłę, żeby rozpocząć zdjęcie. U Istry srebro było naprawiane w tych samych miejscach.
- Kto je nosi?
Tesa związała opatrunek.
- Nie wiem.
Oren wyjął ze szuflady skrawek papieru i zapisał wiadomość. Nie użył imienia Nery. Podał miejsce, z którego Rud miał zabrać Istrę, ostrzeżenie przed strażą i adres warsztatu. Kiedy w boczną ścianę zapukano dwa razy, wyszedł do sieni. Nera usłyszała brzęk monet, cichy spór o zamknięte przejścia i wreszcie odsuwany rygiel tylnych drzwi.
Tesa sprawdziła, czy opatrunek nie uciska zbyt mocno.
- Nie mogę ci za to zapłacić - powiedziała Nera.
- Ojciec już wyłożył pieniądze. Mnie wystarczy, że nie będziesz ruszać ręką.
Oren wrócił z pustą dłonią. Wiadomość poszła, ale nikt nie obiecał mu, że przed świtem znajdzie adresatów. Nera przyjęła to bez protestu. Miał prawo powiedzieć mniej pocieszającą prawdę, zwłaszcza po tym, co właśnie dla niej zrobił.
- Szukasz dawnej księgi - powiedział. - Której?
- Pierwszego zapisu Hadrana.
Oren odłożył pióro.
- Nie mam go.
- Wiem, że przechowuje go w zamku. Potrzebuję drogi do depozytu. Kogoś, kto zna układ zabezpieczeń, uprawnienia strażników. Nie wróciłam zbierać wojska.
- Wróciłaś odebrać mu imię.
- Wystarczy, że utraci nad nimi władzę. Potem pokażę się radzie.
Wypowiadała ten plan wielokrotnie, przez lata, przy zimnym piecu i podczas pracy. Zawsze brzmiał rozsądnie, kiedy nie stała obok osoba, która nie potrafiła się przedstawić. Teraz zauważyła, że Tesa przestała zwijać zużyte płótno.
- Wystarczy - powtórzył Oren.
Sięgnął za ramę z pergaminem i wyciągnął długą, płaską skrzynkę. Na wieku znajdował się znak dawnej Korony, ten sam, którym pieczętowano rozporządzenia jej ojca. Oren położył skrzynkę przed nią, ale nie cofnął rąk.
- Najpierw zobaczysz, co właściwie chcesz wziąć.
Rozdział 2 - Miejsce po człowieku - Korona z cudzych imion - By odzyskać tron, wygnana księżniczka musi ukraść imię tyrana i zaryzykować utratę własnego.Rozdział 2 - Miejsce po człowiekuSkrzynka nie miała dziurki na klucz. Wieko trzymały dwie srebrne klamry, a między nimi, w płytkim zagłębieniu, spoczywał odcisk pieczęci. Nera pochyliła lampę. Pod brunatnym woskiem zobaczyła cienkie włókna metalu, rozłożone nierówno jak korzenie wyrwanej rośliny. Przy jednym z nich zostało otarcie po urzędowym pierścieniu. Oren próbował otwierać skrzynkę wielokrotnie, zawsze w ten sam, legalny sposób.
- Odebrali mi pieczęć stanowiska - powiedział, widząc, gdzie patrzy. - Zwykła obrączka nie wystarcza.
- Mogłeś rozciąć drewno.
- I wyjąć czyste karty. Zapis siedzi pod tym samym zamknięciem.
Przesunęła palcem nad pieczęcią, nie dotykając jej. Nie było drżenia, które wyczuwała przy żywym połączeniu. Rozkaz zamknięcia pozostał, lecz człowiek stanowiący jego źródło nie mógł go już podtrzymywać. Oren zauważył jej zawahanie. Nera opuściła wzrok. Dopóki myślała o ojcu jako o zamordowanym królu, widziała salę rady i ludzi, którzy go stamtąd zabrali. Tutaj jego śmierć oznaczała słabość zabezpieczenia, z której mogła skorzystać.
- To nie pierwszy zapis Hadrana - uprzedził ją Oren. - To księga spraw, które przekazałem następcy. Zostawiłem sobie uwierzytelniony odpis.
- Dlaczego?
- Bo przewidywałem, że któregoś dnia będzie twierdził, iż nie dostał wszystkiego.
Tesa postawiła przy prawej dłoni Nery pudełko narzędzi. Były w nim igły, szydła i cienkie noże do wyrównywania pergaminu. Nera wybrała najwęższą igłę i obejrzała ostrze pod światło. Nadawało się. Brakowało jej szczypczyków Ruda, ale Oren znalazł małe kleszcze używane do zszywania grubych grzbietów. Ułożyła je po prawej stronie. Lewa ręka mogła jedynie przytrzymywać wieko.
- Umiesz to zrobić? - zapytała Tesa.
- Tak.
- A z tą ręką?
Nera zmieniła ustawienie skrzynki.
- Przytrzymaj tutaj. Nie przy srebrze.
Wosk ogrzała nad lampą, tak żeby zmiękł tylko przy krawędzi. Wygasłego rozkazu nie trzeba było wypierać całym cudzym życiem, ale ktoś nadal musiał zapłacić za zmianę. Przywołała drobne wspomnienie, podobne do tych, które oddawała w czasie nauki: letni poranek przed chatą Ruda, miskę jeżyn postawioną na odwróconym wiadrze. Jedna z nich była kwaśna, reszta ciepła od słońca. Wiedziała, ile może oddać tak słabej pieczęci. Nie miała powodu sięgać głębiej.
Ukłuła prawy kciuk. Kroplę zostawiła na igle i wsunęła ostrze pod najcieńsze włókno. Srebro odpowiedziało bladym światłem. Nera odczekała, aż poczuje w ustach smak owoców, po czym obróciła igłę. Kiedy smak zniknął, klamra uniosła się z cichym trzaskiem.
Tesa puściła wieko.
- Co zabrało?
- Poranek.
- Cały?
- Ten jeden.
Nie potrafiła już powiedzieć, czy usiadła wtedy na wiadrze, czy obok niego. Pozostał fakt: Rud dał jej jeżyny. Nera odsunęła igłę i owinęła nakłuty kciuk skrawkiem płótna. Ubyło niewiele, ale nagle zapragnęła, żeby ktoś w tym domu przestał na nią patrzeć. Nie chciała widzieć w ich twarzach rachunku, którego sama starała się nie prowadzić.
W skrzynce leżała księga oprawiona w szarą skórę. Oren otworzył ją pod oknem, chociaż na zewnątrz było ciemno, i przestawił lampę na zwykłe miejsce do czytania. Ten odruch powiedział Nerze więcej o latach spędzonych nad dokumentami niż stosy tomów. Tesa przyniosła stołek i usiadła blisko, tak żeby widzieć stronę. Nie zachowywała się jak osoba czekająca na wyjaśnienia ojca.
Na górze pierwszej karty widniał tytuł: Rejestr imion przyjętych na zabezpieczenie dostaw.
Nera rozpoznała datę. Ostatnia zima przed przewrotem.
- Te zapisy powstały jeszcze...
- Za twojego ojca.
Pod tytułem znajdowały się nazwiska dostawców, sumy i terminy. Obok każdej sumy wypisano imię człowieka, który odpowiadał za należność. Nie zawsze był to dłużnik. Przy jednym młynarzu zapisano jego żonę, przy właścicielu barek dwóch synów.
- Zastawy - powiedziała Nera.
- Imiona - poprawiła ją Tesa.
Nera podniosła wzrok. Przez moment chciała wyjaśnić, że zna urzędowy sens słowa, że nie umniejsza nim niczyjego cierpienia. Zrezygnowała. Kobieta siedząca obok miała lepszy powód, żeby go nie lubić.
Tesa przyniosła plik zwykłych kartek związanych sznurkiem. Oren wyjął jedną z nich i położył przy dawnym wpisie. Było to rozliczenie, w którym spłatę potwierdzono sześć lat po złożeniu zabezpieczenia. Pieniądze zostały oddane, odsetki również. W rubryce dotyczącej zwrotu imienia ktoś wprowadził numer innej księgi. Tak samo wyglądał następny dokument i pięć kolejnych.
- Umorzono dług - powiedziała Nera. - Powinni zwolnić zapis.
- Powinni - przyznał Oren. - Zaniosłem do kancelarii jedenaście takich spraw. Dostałem jedenaście potwierdzeń, że zwrócono depozyt prawowitemu właścicielowi.
Tesa odszukała następną kartkę. Znajdowało się na niej jej imię i data sprzed kilku miesięcy.
- Za klej, skóry i podatek od warsztatu - powiedziała. - Ojciec zachorował. Trzeba było utrzymać zamówienia.
- Dlaczego twoje imię?
- Bo z jego obrączką otwierają się drzwi warsztatu. Beze mnie dało się pracować. Bez niego nikt nie odebrałby zamówień ani nie pokwitował wypłaty.
Powiedziała to bez żalu skierowanego przeciw ojcu. Nera zauważyła jednak, że Oren patrzy w księgę, nie na córkę.
- Oddaliśmy pieniądze przed terminem - ciągnęła Tesa. - Pierwszy raz kazali przyjść po trzech dniach. Potem po sześciu. W końcu pokazali mi pokwitowanie zwrotu. Imienia nie było, ale sprawa została zamknięta. Od tamtej pory zbieramy pokwitowania innych.
Rozłożyła papiery. Obok jej własnego pojawiły się kolejne, opatrzone różnymi pieczęciami. Nie były zapisami imion, tylko świadectwami odebrania czegoś, czego nikt nie oddał. Nera odruchowo szukała błędu w datowaniu, rozbieżności pomiędzy kwotami. Oren pozwolił jej szukać.
Znalazła coś innego. Przy słowach o prawowitym właścicielu srebrny ślad urzędowej igły nie zamykał się w zwykłą pętlę. Rozdzielał się i znikał pod pieczęcią Korony. Rud uczył ją wypatrywać takich połączeń w fałszywych umowach. Na papierze rzecz oddawano człowiekowi wskazanemu na początku pisma. W srebrze kierowano ją do kogoś innego.
- Macie szkło?
Oren podał soczewkę na drewnianej rączce. Nera ustawiła ją pod kątem i zobaczyła drobne znaki wzdłuż drugiego odgałęzienia. Ich treść była krótka: Włączono w zapis królewski.
Poczuła, że krzesło uciska ją pod udami. Usiadła głębiej.
- Hadran?
- Jego kancelaria - powiedział Oren. - To mogę wykazać. Co dalej dzieje się z imionami, nie wiem.
Nera wróciła do starej księgi. Tam każde przyjęte imię miało dwie osobne adnotacje: miejsce przechowywania pierwopisu i zakres zobowiązania. W pokwitowaniu Tesy pozostał tylko numer nowego depozytu. Nie określono terminu ani obowiązku, po którego spełnieniu miało wrócić do właścicielki.
- Nie ma warunku zwolnienia - powiedziała.
- Dlatego chciałem, żebyś otworzyła ten odpis. Pamiętałem, że dawniej musiał być. Ale moja pamięć nie wystarczy przed urzędnikiem.
Oren położył palec pod pierwotną formułą. Miał popękaną skórę przy paznokciu; drobny kawałek kleju odpadł na margines. Nera zobaczyła nagle, jak długo czekał na możliwość wskazania tej jednej linijki. Nie na powrót królewskiej córki. Na dowód, z którym przestaną odsyłać jego własną.
Nera przyjrzała się karcie Tesy. Nie miała przed sobą błędu ani łapówki wziętej przez jednego pisarza. Powtarzający się wzór pojawiał się pod znakami trzech różnych urzędów. Gdyby ukradła królowi imię, przejęłaby zapis, do którego prowadziły wszystkie te odgałęzienia.
- Czy one przejdą razem z nim?
- Miałem nadzieję, że ty mi to powiesz.
Przypomniała sobie obcą pewność w głowie: obluzowany uchwyt dzieży, dług u młynarza, pośpiech przed dostawą. Imię Istry mieściło jedno życie i kilka zobowiązań. Nawet ono przez chwilę wypierało jej własne. Spojrzała na stos potwierdzeń i nie potrafiła oszacować ceny.
- Potrzebuję zobaczyć pierwszy zapis - powiedziała ciszej. - Bez odrywania go. Najpierw muszę zobaczyć.
W drzwi uderzono trzykrotnie.
Tesa podniosła głowę. Oren odsunął lampę od okna, zamknął księgę i zgarnął potwierdzenia do skrzynki. Nera sięgnęła po nią, lecz zranione ramię odmówiło posłuszeństwa; skóra napięła się pod opatrunkiem tak boleśnie, że syknęła. Tesa odebrała jej ciężar i zaniosła go do wielkiej prasy stojącej w kącie. Oren nasłuchiwał przy wejściu.
- Kontrola zapisów. Otwierać.
Nera szukała drugich drzwi. Te do sieni widziała, lecz prowadziły obok wejścia z ulicy. Wąskie schody w głębi warsztatu kończyły się na mieszkalnym piętrze. Bez wyjścia, jeżeli ktoś pójdzie za nią.
Tesa odsunęła dolną płytę prasy. Pod nią leżały już dwa pakiety papierów.
- Na górę - szepnęła do Nery. - Pierwsze drzwi. Za łóżkiem jest wnęka.
Oren obejrzał się.
- Sprawdzają pomocników. Będą musieli cię zobaczyć.
Nera spojrzała na odkrytą skrytkę. Tesa potrzebowała obu rąk, żeby zamknąć płytę; jedna podpórka stała krzywo i drewno nie chciało wrócić na miejsce. Uderzenie w drzwi powtórzyło się, tym razem cięższe.
- Ilu ludzi masz zgłoszonych w warsztacie? - zapytała Nera.
- Mnie i córkę.
- Niech ona się schowa.
Tesa wyprostowała się.
- To nie otworzy ci żadnej pieczęci.
- Nie potrzebuję jej imienia.
Nera zdjęła z kołka roboczy kaftan i wsunęła ręce w szerokie rękawy. Na suknię opuściła wiszący obok fartuch. Tesa spojrzała na ojca, po czym wcisnęła zdrową dłoń Nery pod pas fartucha, żeby ukryć świeże nakłucie kciuka. Sama wsunęła się za stojące pod ścianą ramy. Do prasy można było wrócić, kiedy strażnik odwróci uwagę. Nera schyliła głowę nad rozłożoną na stole okładką.
Oren otworzył.
Urzędnik miał młodą, nieruchomą twarz i przemoknięte brzegi płaszcza. Towarzyszył mu żołnierz z krótką włócznią, który został na progu, opierając stopę między drzwiami a futryną. Urzędnik rozejrzał się, zatrzymując wzrok na prasie i rozłożonych narzędziach. Na jego palcu błyszczał żelazny pierścień. Nera poczuła mdłości.
- Pracujecie po zamknięciu?
- Skończył nam się opał w południe. Musiałem czekać na dostawę.
Oren powiedział to bez namysłu. W piecyku rzeczywiście dogasało kilka kawałków drewna.
Urzędnik wyjął tabliczkę.
- Oren, dawny pisarz ksiąg rodowych?
- Tak.
- W mieście zerwano przełożone imię. Zbieramy zeznania od osób wykonujących pracę w srebrze.
- Oprawiam księgi.
- Wiem, co oprawiasz. Kto tu przychodził po wieczornym dzwonie?
Oren wymienił sąsiada. Zgodnie z prawdą. Nera przypomniała sobie brzęk monet i poczuła nowy rodzaj strachu: człowiek, który zgodził się zanieść ostrzeżenie, mógł teraz zapłacić za ich ocalenie. Urzędnik zanotował nazwisko, ale nie zapytał o wiadomość. Podszedł do stołu.
- Córka?
- Tak.
- Rękę.
Nera na moment znów znalazła się przed bramą. Czekała na przymus, na obcy ruch, który przyzna się za nią do wszystkiego. Nic nie przyszło. Wyciągnęła lewą dłoń własną wolą, zasłaniając przedramię rękawem i brzegiem fartucha.
Urzędnik przyjrzał się pustemu palcowi.
- Nadal bez zwrotu?
Oren skinął głową.
- Składaliśmy odwołanie.
- Odwołanie nie przedłuża zwolnienia z opłat. Nie zapomnij.
Nie dotknął jej pierścieniem. Nie miał na czym oprzeć rozkazu: według własnej tabliczki stała przed nim osoba pozbawiona imienia. Obejrzał tylko dłonie, szukając obrączki noszonej niezgodnie z rejestrem. Potem przesunął wzrok na wystający spod mankietu brzeg opatrunku.
- Co to?
- Nóż do skóry - odpowiedziała Nera.
Wydało jej się, że powiedziała za dużo, zbyt wyraźnie. Urzędnik podniósł brwi.
- Następnym razem ojciec potrąci ci za zniszczony materiał.
Odwrócił się. Nera patrzyła w okładkę, dopóki nie przestała widzieć jego cienia nad swoją ręką. Przez lata ćwiczyła przejmowanie uprawnień ludzi stojących wyżej od niej. O tym, jak przejść niezauważoną dzięki cudzej krzywdzie, nie myślała ani razu.
Urzędnik położył na stole złożone pismo.
- O świcie zgłosisz się do spichrza celnego. Przygotuj igły i narzędzia do zabezpieczania pierwopisów. Zatrzymane zapisy pojadą do zamku wraz z zaległymi depozytami. Potrzebujemy drugiego pisarza przy wydaniu.
- Od siedmiu lat nie pełnię urzędu.
- Dlatego dostaniesz zapłatę jak za pracę zleconą, a nie pensję.
- Potrzebuję pomocnika.
Urzędnik spojrzał na Nerę.
- Możesz zabrać córkę. Będzie pod twoją odpowiedzialnością.
Na odwrocie pisma dopisał kilka słów i przycisnął do nich mosiężny tłok. Zostawił kopię zawiadomienia o poszukiwanej kobiecie, po czym przeszedł do kolejnego domu. Żołnierz jeszcze raz zajrzał do wnętrza i zamknął drzwi.
Tesa wyszła zza ram dopiero po odejściu obu mężczyzn. Dokończyła zamykanie prasy. Oren odsunął belkę, sprawdził schody przez szparę, potem wrócił do stołu i usiadł tak ostrożnie, jakby wszystkie kości bolały go jednocześnie.
Nera przeczytała zawiadomienie. Istra. Dostawczyni mąki. Podejrzenie udostępnienia imienia osobie ściganej przez Koronę. Nakazano zatrzymać kobietę i zabezpieczyć jej pierwopis.
Nie napisano, kto właściwie przekroczył bramę.
Niżej podano numer miejskiej szuflady, w której przechowywano pierwszy zapis Istry. Nera dotknęła go palcem.
- Nie muszą jej znaleźć, żeby zabrać imię.
- Nie muszą - potwierdził Oren.
Wiadomość wysłana za rzekę mogła ochronić Istrę przed żołnierzami, ale nie przed tym, co mieli zrobić w spichrzu. Nera przypomniała sobie kobietę pilnującą sześciu srebrników. Wydała jej te pieniądze z przekonaniem, że uczciwie zamyka umowę. Teraz nawet udana ucieczka piekarki zostawiałaby ją bez prawa powrotu do warsztatu, bez dostaw i bez możliwości dochodzenia zapłaty.
Oren rozłożył wezwanie.
- Wydanie depozytów wymaga sprawdzenia numerów. Będę miał je przed sobą, zanim zamkną skrzynie. Tylko nie wiem, czy zdążą dołączyć jej zapis do pierwszego transportu.
- Pójdę z tobą - powiedziała Nera.
Tesa wyjęła kartkę spod jej dłoni.
- W moim miejscu?
- Zanim wyślą jej zapis do zamku, możesz mi pomóc go odnaleźć. - Nera zwróciła się znów do Orena. - A potem ustalimy, jak dojść do królewskiego.
- Nie obiecuj, że oddasz mi imię, żeby ojciec się zgodził - powiedziała Tesa.
Nera spojrzała na nią.
- Nie wiem jeszcze, czy potrafię.
- Za wiadomość i opatrunki niczego nie żądam - powiedział Oren. - Praca jutro to co innego. Nie pozwolę użyć zwrotu imienia mojej córki jako przynęty dla straży. Ani jej pierwszego zapisu do otwierania kolejnych drzwi.
Nera przytaknęła, lecz Tesa nie zaczęła jeszcze pakować torby.
- Powiedz to.
- Nie wezmę twojego imienia.
Kobieta odsunęła z blatu metalowe narzędzia, pozostawiając między nimi zwykłe drewno. Nie zażądała krwi ani pieczęci. Nera rozumiała, że w razie złamania tej obietnicy nie będzie mogła obwiniać źle poprowadzonej srebrnej nici.
Po raz pierwszy kobieta nie odpowiedziała od razu. W końcu zdjęła z półki płócienną torbę i zaczęła wkładać do niej narzędzia. Przy każdym mówiła, do czego służy i gdzie powinno leżeć, żeby pomocnica nie zdradziła się pierwszym niepewnym ruchem.
Oren przesunął przepustkę bliżej Nery. Urzędnik wpisał własne uprawnienie, imię pisarza i jedną osobę do przenoszenia skrzynek. Po raz pierwszy od przekroczenia rzeki dostała dokument pozwalający iść dalej. Nie potwierdzał, kim jest. Pozwalał wprowadzić ją do depozytu razem z wyposażeniem.