Korzenie i skrzydła - Danuta Brzoza-Sorbal

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (10,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ciepły urok starych domów z drzewa

Nie burzcie proszę starych domów z drzewa

Stawianych z sosnowych belek lub modrzewia

Ja wierzę, że w tych belkach w ich ośrodku rdzennym

Żyje zaklęta święcie ich żywiczna dusza

Pomyślcie, że te belki rosły kiedyś w lesie

Koronami energię czerpały ze słońca

Korzeniami silnymi piły wodę z ziemi

I szumiały wciąż wdzięczne dla swojego Stwórcy

Rosły w harmonii razem z paprociami

Pod którymi krasnale bawiły się w berka

I mchem co aksamitnym ścielił się dywanem

Po którym leśne elfy stawiały koziołki

Po ich smukłych kolumnach biegały wiewiórki

A na gałęziach ptaki dawały koncerty

Żyły - tak, żyły pełnią życia

Zanim je ociosano, zanim pień ucięto

Kiedyś w tych domach z drzewa rodziły się dzieci

Jak ja na przykład - bociani podrzutek

Wykołysana w kołysce sosnowej

Którą ośnikiem wyrzeźbił mój ojciec

O, gdybym mogła ten domek zobaczyć

Całowałabym pewnie każdą jedną belkę

Ale niestety on już nie istnieje

Na jego miejscu stoi dom z pustaków

Gdzie te małe okienka co pelargoniami

Od wiosny do jesienni nieustannie kwitły

A całą zimę mróz liście malował

Jakichś nieznanych roślin egzotycznych

Ten dom w wielką sobotę obchodził mój ojciec

Kropiąc wodą święconą i szepcąc modlitwę

By Bóg strzegł go od ognia, pioruna i wiatru

I od wszystkiego złego strzegł jego mieszkańców

Nie burzcie proszę starych domów z drzewa

Przyjaciółka dzieciństwa

Rzeko mego dzieciństwa złotobrzega Erwo

za szumem twojej wody tak mi czasem tęskno

widzisz - urosłam - już mnie nie wypada

tańczyć z wiatrem na łące lub z ważkami gadać

Czy pamiętasz jak wianki wrzucałam w twe wody

i statków papierowych robiłam zawody

albo siedząc na kładce chlapałam nogami

rozmawiałam z ważkami albo kijankami

Na twej plaży zrobiłam raz ołtarz dla Boga

i pytałam się ciebie czy ci się podoba

ołtarz z kamyków i kwiatków jesiennych

z niebieskim okiem, w kształcie trójramiennym

Wiosną kiedy opadły wody nieprzejrzyste

odkryły na twych brzegach zielone półwyspy

każdemu z tych półwyspów jakąś nazwę dałam

bo Anie z Zielonego Wzgórza przeczytałam

Jeden z nich nazywałam po prostu Samotniak

odwiedzałam go kiedy czułam się samotna

innemu dałam imię mojego kuzyna

w którym się na poważnie wtedy zadurzyłam

Smutne byłoby życie bez ciebie kochana

bowiem nie miałam blisko żadnych koleżanek

w domu nikt nie rozumiał dziwnego dziecięcia

tylko ty rozumiałaś i brałaś w objęcia

Obiecuję ci rzeko na twój brzeg powrócę

i jak dawniej piosenkę wesołą zanucę

uzbieram koło lasu fiołków sasanek

i rzucę w twoje wody tak jak kiedyś - wianek

Południca

Ojciec w samo południe powracał z jarmarku

Z Pokrzywnicy* gdzie wtedy handlował bednarką

Powoził na dwa gniade i ładne koniki

Wiózł na wozie maślniczki dzieżki i cebrzyki

Jechał przez las dość gęsto brzózkami przybrany

Dojechał do niewielkiej słonecznej polany

Wśród młodych brzózek naraz niespodzianie

Ujrzał dziewczynę jak to malowanie

Włosy we dwa warkocze miała zaplecione

Na białej bluzce korale czerwone

Spódnicę i trzewiki też czerwone miała

I narączko gałązek brzozowych trzymała

Uśmiech jakiś nieziemski gościł na jej licach

I mój tato zrozumiał że to południca

Zdradzały ją zbyt równo zaplecione splotki

I zbyt dokładnie cięte brzozowe gałązki

Nieraz się ojcu na kolana pchałam

I tę opowieść sobie powtarzać kazałam

Lecz nie umiał wyjaśnić kim jest południca

Skąd się jawi dlaczego dokąd potem znika

* - Chodzi o Koprzywnicę koło Sandomierza o dawnej nazwie Pokrzywnica.

Na ołtarzu łąki

Rozległe były łąki mego ojca

ciągnęły się wzdłuż lasu z obu stron strumyka

a przed mostem co łączył te połacie trawy

dwa malutkie poletka zielonego żyta

Właśnie w tym życie zwłaszcza pobrzegami

rozkwitały dość gęsto chabrowe bławatki

a przy bruzdach dokoła niziutko nad ziemią

swoje główki wznosiły żółtosiwe bratki

Łąka po prawej wyżej położona

końcem czerwca gotowa była już pod kosę

najpiękniej się mieniła kolorami tęczy

rankiem nim wiatr i słońce osuszyły rosę

Najwyżej się wznosiły koszyczki ostrożnia

przyciągając do siebie chrabąszcze i trzmiele

zwaliśmy je ostami bo kłuły jak oset

a zdawały się całkiem sympatycznym zielem

Buiły się kępami białe margerytki

te co się patrzą na świat jednym żółtym okiem

a gdzieniegdzie grupkami liliowe dzwoneczki

i kwiaty jaskrów mieniły się złote

Tu i ówdzie firletka zwana zwykle boćkiem

bo ma nogę czerwoną płatki postrzępione

a białe albo żółte przytuliowe kwiaty

zdobiły łąkę cieniutkim welonem

I kukułki co wprawdzie storczykami zowią

znaczyły się soczystym fioletem na łące

siadały na nich chętnie żółtawe motyle

zostawiając też miejsce panience biedronce

Koniczynę trójlistną odwiedzały pszczoły

chyba najchętniej na niej przysiadały

a wśród tych wszystkich wielobarwnych kwiatów

polne koniki beztrosko skakały

Zaś niższa połać łąki po lewej strumyka

przystroiła się wdzięcznie w niezapominajki

nie było dzwonków ani margerytek

za to mięciutkie białe kocotki wełnianki

Z rówka co to opodal wpływał do strumyka

babka wodna wznosiła swoje drobne kwiecie

bocian w nim brodził żaby upatrując

i nie mogło być łąki piękniejszej na świecie

Mój ojciec Jan i rzepaku żółty łan

Gdy grałam sobie w klasy ojciec mnie zawołał

- Chodź zobaczymy czy już rzepak dojrzał

Choć zwykle był surowy teraz był łagodny

A i dzień był słoneczny, ciepły i łagodny

Wyprzedziłam go biegnąc jak zwykle na boso

Wśród pól gdzie len zakwitał, dojrzewało proso

Podskakiwałam lekko biegnąc z przodu tyłem

Ej, uważaj na mostek zaraz kozła fikniesz

Spod ronda kapelusza lekko się uśmiechał

I pogroził mi palce, że tak tyłem biegłam

Rozgniótł strączki rzepaku w palcach, przedmuchiwał

Z jednej ręki do drugiej ziarnka przesypywał

Kręcił głową i cmokał - nie bardzo obrodził

Nawoził, orał, zasiał, tyle się natrudził

A teraz trzeba skosić, zwieść, zmłócić, odstawić

Nie opłaci - jak mówią - skórka na wyprawę

Lecz sprawdzał w innych miejscach, ziaren było więcej

I oczy mego ojca stały się weselsze

Już jutro zacznie żniwo, rano wyjdzie z kosą

Bo najlepiej się kosi wcześnie razem z rosą

Po latach tato odszedł, a ja po pogrzebie

Prosiłam: tato, daj znak, jak ci tam jest w niebie

A on mnie wziął za rękę, powiódł znaną dróżką

I wskazał łan rzepaku, co kwitł - kipiał żółto

Ta wizja mi przyniosła spokój, ukojenie

Tatowi zakwitł rzepak, chociaż spoczął w ziemi

W ziemi, którą tak kochał, którą tak doglądał

Teraz w niebie nagrodę duchową oglądał

Wigilia z lat dziecięcych

Gdy wspominam wigilię z moich lat dziecięcych

Myślę jakże odmienna była od dzisiejszej

W nocy śniegu nawiało aż po same okna

Więc zrobiliśmy przejścia przy pomocy łopat

Mimo zgrabiałych palców i czerwonych nosów

Postawiliśmy z bratem igloo Eskimosów

Z okapu zwisały sople kryształowe

Które mróz zmroził jako świąteczną ozdobę

A w domu było ciepło w piecu buchał ogień

Śnieg się topiło w kotle dla bydła na wodę

Mama w wigilię z rana mełła ser na sernik

Piekła biszkopt makowiec szarlotkę i piernik

A potem pierogów lepiła po trochu

Z kapustą z serem z jabłkiem i kapustę z grochem

A na końcu ziemniaki i barszczyk z grzybami

Cośmy je uzbierali w lecie pod drzewami

Ojciec tymczasem przyniósł ze stodoły

Pachnącą wiązkę siana i snopeczek słomy

Słomę postawił za zatyłkiem łóżka

Pod stół położył siana zielonego wiązkę

Dla nas dzieci została praca najpiękniejsza

Szczególnie dla mnie bo byłam najmniejsza

Brat Edward już choinkę w stojak zamocował

Zieloną pachnącą żywicą świerkową

A siostra Krysia stanęła na stołku

I gwiazdę założyła na drzewka wierzchołku

Ojciec ciągle spoglądał na drogę i zegar

Bo jeszcze się Józka na pośnik spodziewał

Syna co węgiel drzewny wypalał w Bieszczadach

A kiedy wracał dziwy opowiadał

O górach wilkach owcach i juhasach

Widać mu dobrze było w tych góralskich lasach

Tego dnia jednak tato daremnie pooglądał

I znajomej sylwetki na śniegu wyglądał

A myśmy już choinkę ubierać skończyli

W bańki cukierki świeczki pięknie wystroili

Janka już postawiła na stole talerze

I razem z mamą podały wieczerzę

Ojciec rozdał opłatki łzę ocierał skrycie

Bo brakło syna co kochał nad życie

Bo nasz tato w wigilię zawsze się roztkliwiał

Rok później płakał bo Edward z wojska nie przyjechał

W kolejną płakał bo się z nami żegnał

Mówiąc że to jego ostatnia wigilia

Ale wiele lat jeszcze i wnuczkami siadał

I drżącą ręką opłatkiem się łamał

Wigilijny wieczór w stajni

Pamięci mojego przyjaciela Gniadego poświęcam

Tuż po wieczerzy wigilijnej

Jeszcze ze stołu nie sprzątnięto

Szliśmy do stajni z moim ojcem

Rozdawać opłatki zwierzętom

Ja przyświecałam mu latarnią

On łamał opłatek różowy

I rozdawał go im przechodząc

Od jednej do następnej krowy

A one kto wie skąd wiedziały

Że właśnie była wigilia

Bo po kolei powstawały

Sarna Wiśniocha i Kalina

Dalej stała jałówka Małka

I Kwiata w rzędzie drugim

Dwa roczne byczki koło żłobu

I mały byciuś brykał w grudzy

Głaskałam Brysia łepetynę

Różki miał tycie i ślepia czarne

Szorstkim językiem lizał mi rękę

Wtem ojciec zabrał mi latarnię

Idziemy do następnych drzwi

Znów trzymam zimny drut od latarni

Tato uwolnił patyk ze skubla

I weszliśmy do końskiej stajni

Gniady się zaśmiał przyjacielsko

Od gospodarza zjadł opłatek

Potrząsnął łbem dzwoniąc łańcuchem

I patrzył na mnie i na tatę

Ojciec głaskał mu czarną grzywę

I poklepywał go po karku

Wtem Gniady rzekł: wesołych świąt

I pomyślności w tym folwarku!

Lecz w domu naszej opowieści

Nikt absolutnie nie chciał wierzy

Ni mnie ani naszemu ojcu

Choć był dopiero po spowiedzi

Ku pamięci Anny Dawidowicz

Kaplica była pełna w tę marcową niedzielę

I stałyśmy na zewnątrz przez całą mszę świętą

Byłaś taka poważna ...

Nie zwracałaś uwagi na wiatr co rozwiewał ci włosy

Miałaś oczy zamknięte prawie przez godzinę

A kiedy je otwarłaś czasami na chwilę

Twoje spojrzenie biegło gdzieś w dal

Gdzieś daleko

O czym myślałaś Anno

W tę piękną niedzielę

Co zobaczyłaś wtedy oczami twej duszy

Czy już spacerowałaś po pastwiskach nieba

Czy wybiegając w przyszłość snułaś jakieś plany

Czy na modlitwie byłaś tak bardzo skupiona

Bóg tylko raczy wiedzieć

O stanie twej duszy

Niestety w ten feralny piątek po południu

Na twoje młode życie padł cień samochodu

Przekreślając na zawsze marzenia i plany

Zostawiłaś swe książki swoje koleżanki

I pustkę w sercach twoich ukochanych

Rodziców brata siostry krewnych i przyjaciół

Już nigdy więcej

Wiatr nie rozwieje twoich długich włosów

I uśmiech nie zagości na młodziutkiej twarzy

Uwiądł pączek nim jeszcze rozwinął się w różę

Na twoim grobie kwitną

Białe tulipany

U wróżki

Pamiętam, po pierwszej wypłacie

ja, Krystyna i jeszcze Józka

pytałyśmy po Nowej Dębie

gdzie mieszka Magda słynna wróżka

A każdej z nas snów o przyszłości

wiły się tęcze wciąż po głowie

I nie mogłyśmy się doczekać

aby usłyszeć co nam powie

A ona żeś karty rozłożywszy

spytała o datę urodzin

i rzekła: ty jak i byk każdy

raz żeś pod wozem raz na wozie

Wywróżyła mi wielką miłość

choć nie spełnioną i bolesną

lecz ta - mówiła - miłość pierwsza

będzie miłością twą największą

I będziesz miała dwoje dzieci

pierwsza dziewczynka drugi chłopiec

będziesz ich wychowywać sama

bowiem za młodu masz owdowieć

Oglądała mi lewą rękę

i rzekła szczerze: jest rozbieżność

na dłoni masz dwie kreski mężów

w kartach zbyt cenisz niezależność

Nie wszystko dotąd się sprawdziło

zawiodło byka porzekadło

ilekroć na wóz się dostałam

spychano mnie losu imadło

Jak to co mi wróżyły karty

nie zgadzało się z dłoni linią

taki i film snów mojej młodości

na swoją stronę los przewiną

Kim był Selim?

Przytulna kuchnia zimowy wieczór

Ogień wesoło buszuje w piecu

Ojciec przycina knota u lampy

- Wiesz gdzie skończyłaś? - pyta się Janki

W naszej rodzinie był piękny zwyczaj

Kawałek książki co wieczór czytać

Edek wychodzi już do kuzyna

A dzisiaj czytać będzie Krystyna

Jakaś osoba jest ciężko chora

,,Selim zaprzęgaj jedź po doktora"

- ,,Selim" - skąd znam to imię Selima?

Siostra wciąż czyta za oknem zima

A mnie się wlała do serca tkliwość

Jakaś tęsknota i żal i miłość

Tak intensywne jakich nie znałam

Przecież dopiero kilka lat miałam

Selim - gdzie jesteś? Chcę do Selima!

To ktoś kochany kogo straciłam

A przecież jestem tu z rodzicami

I żaden Selim nie był nam znany

Serce mi wali drżą mi kolana

Szczęściem niczego nie widzi mama

Wszyscy w opowieść są zasłuchani

A ja dotykam twarzy rękami

Selim! - myślami wołam Selima

Straciłam męża brata czy syna

Już prawie sobie przypominałam

Skrzydłami duszy już doń leciałam

Zwolna ustają dziwne emocje

Siostra spokojnie czyta opowieść

Nic więcej sobie nie przypomniałam

Bałam się żebym nie oszalała

Gdy to przeżycie teraz wspominam

Wciąż jest mi drogie imię Selima

Dzięki dźwiękowi tego imienia

Wierzę w poprzednie moje wcielenia

Toliboski się żeni

Słyszysz muzykę Danuta?

Siostra przez okno mnie woła

Na górce już gra kapela

Te twój zbiera się już do kościoła

Nie płaczesz? Pyta zdziwiona

Twój narzeczony się żeni

Cóż - inną weźmie w ramiona

Przez próg przeniesie do sieni

Ja teraz nie płaczę już łzami

Bo wiosną się z nim pożegnałam

Lecz w sercu mam ranę co krwawi

Niestety nie, nie zapomniałam

Więc idę przejść się nad rzekę

Aby być choć chwilę sama

By duszę obciążyć grzechem

Wiecznego rozpamiętywania

Tak idę ścieżką wśród rzeki

Gdzie spojrzę wracają wspomnienia

I modlę się w duszy do Boga

Dla siebie o dar zapomnienia

Idę dalej na mostek - kładkę

Zrobiony z drewnianych palików

To tutaj na którąś randkę

Przyniosłeś bukiet polnych storczyków

Czy już tak zawsze jak Niechcicowa

Będę wspominać ten czas miłości

Gdy z tobą byłam, w sercu zachowam

Jedną miłość - mój ty Toliboski

Zapach polnych storczyków

Mój najdroższy mi przyniósł garść polnych storczyków

Zerwanych na polance przy leśnym strumyku

Czekałam na niego na drewnianym moście

A serce mi biło mocno i radośnie

Gdzie znalazłeś te kwiaty tak pachnące majem?

Zerwałem je dla ciebie w lasku nad ruczajem

Idąc poczułem kwiecia zapach mocny

Pomyślałem: to dla niej zakwitły tej wiosny

Musisz wiedzieć jaskółko, że polne storczyki

Są rzadkie jak miłości prawdziwej ogniki

Zapamiętaj ich zapach intensywny rzadki

I niech to będą nasze ulubione kwiatki

A jeżeli się zgodzisz za rok o tej porze

Na twój palec serdeczny obrączkę ci włożę

Zabiorę cię do domu mych ojców na górkę

A oni ciebie przyjmą jak rodzona córkę

Zaśpiewał: i chodź miła na mały spacerek

Tylko zabierz ze sobą sweterek

I śmialiśmy się razem z tej wiejskiej przyśpiewki

Przechodząc się jak zwykle ścieżką koło rzeczki

On był bardzo szczęśliwy w ten wieczór na łące

Bo go przyjęłam znowu po długiej rozłące

A ja byłam milcząca, może przeczuwałam

Że znów się rozstaniemy chociaż go kochałam

Bo myślała że dla mnie to szczęście zbyt wielkie

To się nie może zdarzyć byłoby zbyt pięknie

Nie wierzyłam i może jemu nie ufałam

Więc się zdarzyło tak jak przeczuwałam

Rok później spacerując ścieżką przy strumyku

Żal tylko miałam w sercu i zapach storczyków