Rozdział 1
Z Kosą lepiej nie zaczynać
Drzwi chaty zatrzasnęły się. W największej izbie tłoczyło się już
kilkanaście osób - sąsiad zaprosił na mecz chyba całą wioskę, bo jako
jeden z nielicznych miał telewizor. Każda para oczu wpatrzona była w mały kwadrat, który rzucał na drewnianą podłogę szarą poświatę. Z otwartą buzią patrzyłem, jak kadra Kazimierza Górskiego walczy z RFN-em
na wodzie o pierwszy w historii naszej reprezentacji finał mistrzostw
świata. Jeszcze przed bramką Gerda Müllera usłyszeliśmy potężny grzmot i niebo rozdarła błyskawica, po której w chacie zrobiło się ciemno. Burza
sprawiła, że w całej okolicy wysiadła elektryczność i ekran z czarno-białego zrobił się czarny. Wzburzenie wszystkich zebranych było
ogromne, bo tamtego lata, w 1974 roku, cała wioska żyła pracą i mundialem. O telefonie komórkowym czy komputerze nikt jeszcze nawet nie
marzył, więc przez kilkadziesiąt minut nie mieliśmy pojęcia, co do
cholery dzieje się na zalanym wodą boisku we Frankfurcie. Dopiero po
jakimś czasie sołtys przyjechał do chaty na rowerze i obwieścił, że
przegraliśmy 0:1. Załamałem się, ale już wtedy, w wieku ośmiu lat,
wiedziałem, że nie będę strażakiem ani policjantem, tylko drugim
Grzegorzem Latą.
Jako młody chłopak niemal każde wakacje spędzałem we wsi Łączka u dziadków. Czas zajmowało mi głównie wypasanie krów i podkradanie jajek z kurnika, a gdy nie można było iść na mecz do gospodarza sąsiedniej
chaty, babcia sadzała mnie obok i opowiadała o wierzeniach słowiańskich
albo II wojnie światowej. Kiedy Niemcy albo Rosjanie wchodzili do
wioski, dziadek uciekał do lasu, żeby się chować z partyzantami, a kobiety zaganiały zwierzęta do zagrody. Raz moja rodzina otarła się o śmierć. Naziści pozajmowali chaty gospodarzy, wypędzając mieszkańców do
obór. Gdy zaczęły się zbliżać wojska radzieckie, Niemcy rzucili się do
ucieczki. Tuż przed tym, jak wyjechali, wyprowadzili babcię, mamę i ciocię za dom, a jeden z żołnierzy oddał trzy strzały tuż obok ich głów.
Nie mam pojęcia, dlaczego tak zrobił, ale wiem jedno - niewiele
zabrakło, a w ogóle nie byłoby mnie na świecie.
Choć opowieści babci mroziły mi krew w żyłach, uwielbiałem ich słuchać.
Przed snem zawsze z trójką kuzynów musieliśmy odmówić pacierz. Gdy
nadchodziła burza, babcia stawiała w oknie święte obrazy, by chroniły
nas przed niebezpieczeństwem. Kiedy piorun mijał naszą chatę,
powtarzała, że ochronił nas Bóg. W niedzielę cała wioska spotykała się w kościele, do którego jechało się bryczką przez las.
Pochodzę z prostej rodziny - mama pracowała w fabryce papieru w Konstancinie, ojciec był murarzem. Oboje ostro zasuwali, żeby zarobić na
chleb, więc często musiałem radzić sobie sam. Gdy byłem szkrabem,
odwożono mnie do żłobka w poniedziałek, a odbierano w sobotę. Jak już
trochę podrosłem, najczęściej spędzałem dzień na boisku. Byłem
buntownikiem od najmłodszych lat. Starsi chłopcy ze szkoły brali mnie do
drużyny, bo szybko zorientowali się, że młody Kosecki to kawał piłkarza.
Za to nauczyciele spostrzegli, że młody Kosecki często spóźnia się na
lekcje, bo ma do dogrania mecz na przerwie.
Nie szukałem awantur, ale czasem zdarzało się pójść na solo. Walczyło
się zawsze do pierwszej krwi albo do słowa "basta" - jeśli je
wypowiedziałeś, twój przeciwnik dostawał sygnał, że się poddajesz. Nigdy
go nie używałem, wolałem już dostać. Dzięki takiej postawie wyrabiałem
sobie szacunek. Starszyzna czasem chciała stanąć w mojej obronie, ale
nie korzystałem z tego, że mam plecy. Pamiętam jednego cwaniaczka, który
szukał guza. Zaczął mnie popychać, aż w końcu znalazłem się pod murem.
Facet nie wiedział, że "Kosy" lepiej nie zaczepiać. Zanim się
zorientował, dostał strzała i padł. Siadłem na nim okrakiem i okładałem
go jakiś czas. Dostałem jakiegoś szału. Kto wie, jak to by się
skończyło, gdyby nie odciągnęli mnie nauczyciele. Co ciekawe, ja i ten
gość później zostaliśmy najlepszymi kolegami. Mamę wezwano wtedy z pracy, ale rozeszło się po kościach. Ojciec budował dom dyrektora mojej
szkoły. Jak przyszło co do czego, dyrektor zawsze mówił nauczycielom, że
ten Romek to zdolny chłopak jest, a spóźnieniami i sporadycznymi bójkami
nie ma się co przejmować.
W domu na ścianie wisiała dyscyplina - drewniany kij ze skórzanym
rzemykiem. Wystarczyło, by mama udawała, że po nią sięga, żebym się
uspokoił. Zdarzało się, że goniła mnie z tą dyscypliną, ale wtedy
uciekałem na dach i czekałem, aż jej przejdzie. Zadania domowe robiłem
oczywiście dwie minuty przed lekcją na kolanie. Po klasówkach modliłem
się, żeby uniknąć dwójki, ale dawałem radę i nigdy nie kiblowałem. Raz
po sprawdzianie kolega zaczął płakać. Pytam go, co się stało, a on, że
dostał czwórkę z plusem, a chciał piątkę. Powiedziałem mu, że, za
przeproszeniem, jest jakiś popieprzony. Nie chciało mi się tłumaczyć, że
liczy się to, ile bramek walnąłeś na boisku szkolnym, a nie jakie masz
cyferki w dzienniku.
W wieku piętnastu lat debiutowałem w seniorach RKS-u Mirków na czwartym
poziomie rozgrywkowym. Nawiasem mówiąc - jeśli myślicie, że
najważniejszą osobą w klubie jest prezes albo trener, grubo się mylicie.
Najważniejszy jest magazynier. W Mirkowie tę funkcję pełnił pan Pyzio, u którego miałem spore chody. Zwykle nie chciał wydawać zawodnikom
sprzętu. Nieraz wyskakiwał wkurzony z klubowego budynku i rzucał w innych pękiem kluczy. A tymczasem gdy moje korki rozpadły się ze
starości, pan Pyzio zaprosił mnie do magazynu i wydał nowiutkie
polsporty. Zawsze mogłem do niego wpaść po nowe spodenki czy koszulkę.
W Mirkowie mieliśmy fajną ekipę. Andrzej Zagończyk naprawdę dawał radę,
występował między innymi w drugiej drużynie Legii Warszawa. Włodek
Pabisiak poszedł później do Polonii. Janek Świątek spokojnie mógł grać w pierwszej lidze, ale jakoś mu nie wyszło. Był jeszcze Janek Grabski,
największy gaduła w drużynie.
Kiedyś przed meczem siedzimy w szatni, a Janek do nas:
- Chłopaki, dzisiaj na luzie wygrywamy, sędziuje mój kumpel.
W dziesiątej minucie ten kumpel pokazał mu czerwoną kartkę, a my
dostaliśmy w dupę. Cóż, bywa.
Szybko się zaaklimatyzowałem w szatni, bo chłopaki zobaczyły, że "Kosa"
coś potrafi. Pamiętam, jak graliśmy z rezerwami Legii na głównej płycie
przy Łazienkowskiej. Mecz zakończył się wynikiem 3:3, a ja walnąłem hat
tricka, przedstawiając się klubowi w najlepszy możliwy sposób. "Dzień
dobry, Romek jestem, dziś ukłułem trzy razy, a kiedyś będę u was grał".
Już wtedy dotarły do mnie pogłoski, że działacze Wojskowych zapytali po
meczu o gówniarza z Mirkowa. Wiedziałem jednak, że nie jestem jeszcze
gotowy na Legię. W wieku siedemnastu lat przeniosłem się do
występującego na trzecim poziomie rozgrywek Ursusa Warszawa.
Zanim się zorientowałem, siedziałem w pociągu w dresie z orzełkiem na
piersi, jadąc do Kijowa na swój pierwszy międzynarodowy turniej. W 1984
roku znalazłem się w kadrze juniorskiej reprezentacji Polski, która
przywiozła z mistrzostw Europy do lat 18 brązowe medale. Wielu
zawodników tamtej drużyny błysnęło później na ligowych boiskach, a niektórzy porobili międzynarodowe kariery.
Naszym liderem był Andrzej Rudy. Świetną robotę wykonywali też Jacek
Ziober, Mirek Dreszer, Darek Wójtowicz czy Darek Marciniak. Jestem
przekonany, że ten ostatni skończyłby w topowym europejskim klubie,
gdyby nie utopił talentu w alkoholu. Wszyscy mieliśmy po siedemnaście,
osiemnaście lat, a Marciniak grał jak senior. Między innymi dzięki niemu
wygraliśmy wszystkie mecze grupowe - z Włochami, Bułgarią i Danią.
Bułgarzy z Christo Stoiczkowem na czele popłakali się po meczu z nami,
bo odebraliśmy im szansę na awans. Mokre policzki miał też nasz lekarz,
Czesław Małkiewicz. Przed turniejem założył się z nami, że jeśli
wejdziemy do półfinału, wykąpie się w hotelowej fontannie. Dotrzymał
słowa.
Na boisku na pewno prezentowaliśmy się dużo lepiej niż poza nim.
Trenowaliśmy w strojach po drużynie koszykarzy, a prócz tego dostaliśmy
popielate garnitury bez krawatów i... czerwone adidasy. Wyobrażacie to
sobie? Jak zobaczyliśmy z Andrzejem Rudym nasz galowy zestaw, od razu
zapowiedzieliśmy, że w życiu tego nie założymy, bo wiocha na cały Kijów.
Już na peronie ludzie patrzyli, co to za cyrkowcy przyjechali z Polski.
Jednocześnie wiedzieliśmy, że przecież nie szata zdobi człowieka.
Pewnego dnia przeprowadziliśmy z Rudym akcję dwójkową - poznaliśmy
przepiękne rosyjskie dziewczyny i ruszyliśmy z nimi na miasto. Do hotelu
Rossija wracaliśmy w czwórkę - tyle że nie z dziewczynami, lecz z dwoma
tajniakami. Przez cały wyjazd pilnowali naszej reprezentacji, a pięć
minut po przyjeździe do Kijowa odebrali nam paszporty. Tamta randka nie
do końca się udała...
Jeśli chodzi o pozaboiskową skuteczność i kontakty damsko-męskie, królem
strzelców całej imprezy został Darek Wójtowicz. Tym bardziej że gol
strzelony na wyjeździe liczy się podwójnie. Otóż przydzielono nam
przepiękną tłumaczkę. Tatiana, Irina, Anastazja, czy jak jej tam było na
imię, zakochała się w Darku na zabój. Tyle tylko, że była córką wysoko
postawionego oficera. Śmialiśmy się więc, że jak coś będzie nie
charaszo, to chłop ma przerąbane. Do dziś pamiętam, jak stała na
lotnisku i płakała za Wójtowiczem, gdy wylatywaliśmy do Polski.
Po świetnej fazie grupowej w Kijowie przenieśliśmy się do Moskwy.
Chodziliśmy na coś w rodzaju marketu przy placu Czerwonym, gdzie
sprzedawano sprzęty gospodarcze, o jakich w Polsce można było w dobie
komunizmu tylko pomarzyć. Największym zainteresowaniem cieszyły się
żelazka. Gdy w tamtych czasach jechało się do Związku Radzieckiego,
zakładało się kilka par dżinsów, żeby potem sprzedać je za ruble.
Słyszałem kiedyś nawet historię, jak jedna z reprezentacji młodzieżowych
leciała na turniej do Taszkientu i miała międzylądowanie oraz nocleg w Moskwie. Zamiast od razu ruszyć do hotelu, autokar podjechał pod
ambasadę. Trener wytypował kilku chłopaków, którzy po chwili wrócili z ogromnymi worami. Cała drużyna była przekonana, że przynieśli sprzęt
piłkarski, ale patrzą, a tam kilkaset par dżinsów na handel. Selekcjoner
powiedział, że mają wszystko sprzedać i nie może zniknąć ani jedna para!
Z ręką na sercu - nie pamiętam podobnych akcji z juniorskich mistrzostw
Europy 1984. Nie zapomnę natomiast chyba najgorzej zaplanowanego
przemytu w historii reprezentacji Polski. Z kadrą do lat 21 polecieliśmy
do Grecji. Pierwszego wieczora siadamy w pokoju i każdy zaczyna się
chwalić, co przywiózł na handel. W pewnym momencie jeden z kolegów
pokazuje tubkę po paście do zębów i wyciąga z niej plik banknotów.
Wszyscy w szoku.
- Ty to masz łeb, stary! W ten sposób pieniądze przemycić...
- Nie, chłopaki, to bony do Peweksu są. Sprzedam na pniu!
- Ty debilu! Przecież w Grecji nie ma Peweksów!
Facet nie odezwał się do końca zgrupowania.
W Moskwie nasz piękny sen przerwali Węgrzy, którzy ograli nas w półfinale 2:0. Na otarcie łez pokonaliśmy Irlandię 2:1 i zajęliśmy
trzecie miejsce. Ale żadnej fety nie było - po naszym ostatnim meczu
wszedł do szatni jakiś facet i powiedział, że przynosi medale. Postawił
tacę i sobie poszedł. Widocznie ze względów politycznych organizatorzy
uznali, że nie wypada, by Polacy świętowali na murawie miejsce na
podium. Na finałowy mecz gospodarzy z Węgrami przyszło 70 tysięcy, co
zrobiło na nas wielkie wrażenie. Gdy przy stanie 2:2 Madziar strzelał
decydującego karnego, wszyscy ludzie na stadionie gwizdali. Gość
wytrzymał presję i złoto odjechało Sowietom do Węgier. Trzy minuty po
ostatnim gwizdku sędziego stadion był już pusty. Kibice Sbornej wracali
do domu z poczuciem zawodu, a ja z przekonaniem, że moja kariera zaczyna
nabierać rozpędu.
Kto wie, jak potoczyłyby się nasze losy, gdyby nie zabrano nam szansy
przedstawienia się szerszemu audytorium. Jako trzecia drużyna Europy
uzyskaliśmy automatyczny awans na mistrzostwa świata do lat 20. Wtedy
jednak dał się nam we znaki PZPN. Działacze poskąpili 100 dolarów
wpisowego, a gdy w końcu zdecydowali się nas zgłosić, było już za późno.
Zamiast nas pojechali Bułgarzy. I tym razem to my mogliśmy płakać.
Tuż po powrocie z mistrzostw czekał mnie egzamin kończący szkołę
zawodową, który dawał tytuł mechanika silników spalinowych.
Przystępowałem do niego "zielony", ale wszyscy już wiedzieli, że jestem
piłkarzem. Nauczyciele wychowania fizycznego mocno lobbowali, by nie
stała mi się krzywda. Na egzaminie teoretycznym komisja zebrała się
specjalnie dla mnie i dała mi pytania... razem z odpowiedziami. Część
teoretyczna też okazała się farsą.
Zaprowadzono mnie przed ciągnik.
- Proszę powiedzieć, co to za część.
- Filtr powietrza.
- Nie, panie Kosecki. Filtr oleju.
Komisja wiedziała już, że dalej nie ma sensu brnąć. "Wie pan co? Zrobimy
tak: pan ten ciągnik umyje na zaliczenie". Lśnił czystością, więc nie
było mowy, żeby mnie oblali.
Ursus, do którego trafiłem, miał dobrego sponsora - fabrykę ciągników -
oraz jasny cel, jakim był awans do drugiej ligi. W moim pierwszym
sezonie ta sztuka się nie udała. Kiedy wracaliśmy z ostatniego meczu
sezonu w Lipnie, jeden z kolegów - jak się później okazało, na moje
nieszczęście - znalazł w autokarze skrzynkę szampanów o wdzięcznej
nazwie Pompadour. Myślałem, że wszystko kontroluję, ale nagle zapadła
ciemność. Na domiar złego okazało się, że do siedziby Ursusa przyjechali
jacyś działacze z Niemiec. Widok pijanego Koseckiego raczej by im się
nie spodobał. Koledzy doradzili, bym schował się w pobliskich krzakach.
Tak też zrobiłem, mimo że na pewno dogadałbym się z Niemcami. Po
Pompadourze byłem przekonany, że płynnie mówię w tym języku. Na tym
sprawa się nie zakończyła, bo następnego dnia prezes zaprosił mnie do
gabinetu:
- Czego się napijesz, Romeczku? Kawki, herbatki? A może szampana polać?
- szydził Marek Pietruszka. A koledzy z szatni jeszcze przez jakiś czas
nazywali mnie "Pompadour". Wymyślili mi też ksywkę "Tahamata". Według
nich miałem przypominać tego holenderskiego skrzydłowego. Tak samo jak
ja był niski i szybki, ale w odróżnieniu od niego nie mam indonezyjskich
korzeni. Chyba że o czymś nie wiem.
Całe szczęście z rywalami na boisku radziłem sobie dużo lepiej niż z Pompadourem. Byłem niesamowicie pewny siebie. Przed meczem z Lechią
Gdańsk ubzdurałem sobie, że wyjdę na boisko w białych trampkokorkach. Od
razu dostrzegłem na sobie spojrzenia lechistów, którzy ewidentnie
pomyśleli, że jakiś dziwoląg zabłądził przypadkiem na boisko. Zwyczajnie
mnie wyśmiali, ale tak się jakoś złożyło, że wygraliśmy 1:0 po moim
golu. Po meczu zawiesiłem sobie trampkokorki na ramionach i powiedziałem
tak, by mnie usłyszeli:
- Następnym razem opierdolę ich na bosaka!
Kilku zawodników Lechii od razu się zagrzało i ruszyło do bitki, ale
skończyło się tylko na wyzwiskach.
Byłem przekonany, że mogę walnąć na bosaka całą ligę. Jak to zwykle bywa
w takich przypadkach, życie szybko sprowadziło mnie na ziemię. Podczas
jednego z meczów nagle poczułem potworny ból w kręgosłupie. Upadłem i nie mogłem się ruszyć. Zniesiono mnie z boiska, ale moje problemy tak
naprawdę dopiero się zaczynały. Dolegliwość nie mijała, a gdy zobaczyłem
w moczu krew, zdałem sobie sprawę, że sytuacja jest naprawdę poważna.
Mijały tygodnie, lecz nikt nie potrafił powiedzieć, co mi dolega.
Leżałem w szpitalu przy Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi, a później
trafiłem do Warszawy na Szaserów. Stało się tak głównie dzięki pomocy
doktora Stanisława Machowskiego i Legii, która już wtedy się mną
interesowała. Wykonano mi szereg badań, ale ciągle nie widać było
rozwiązania, więc jak tonący zacząłem chwytać się brzytwy. Najpierw
wymyśliłem, że pójdę do wróżki. Wszedłem przez jakąś zasłonkę i zobaczyłem kobietę przypominającą czarownicę. Brakowało jej tylko kruka
na ramieniu. Wywróżyła mi, że kiedyś na pewno wyzdrowieję. "No, dziękuję
bardzo, tyle to wiem bez wróżki".
Musiałem szukać czegoś innego. Z pomocą przyszli działacze Ursusa: Piotr
Jasiński i Paweł Rakowski. Stwierdzili, że musimy prędko wsiadać do
samochodu, bo znaleźli cudotwórcę, który mnie wyleczy. Zawieźli mnie do
Lipiec Reymontowskich, gdzie przyjmował słynny na całą Polskę znachor
Jan Duda. Zajechaliśmy mercedesem do wiochy zabitej dechami i weszliśmy
do jakiejś chaty. Niedługo później przyszedł mój wybawiciel - między
uzdrawianiem pacjentów musiał przepalować krowy i teraz wracał z pola.
Gdy zobaczyłem 60-letniego potężnego faceta w gumiakach, który za chwilę
ma robić coś z moim ciałem, pomyślałem: "To się nie ma prawa udać". Z drugiej strony nasłuchałem się historii o ludziach, którzy przyjeżdżali
do niego na wózkach inwalidzkich, a wychodzili o własnych siłach.
Pomyślałem, że zaryzykuję, bo i tak nie mam nic do stracenia. Duda
posadził mnie na krześle, obejrzał zdjęcie rentgenowskie, owinął mnie
bandażem i zaczął nastawiać mi plecy.
- Niech pan ćwiczy kręgosłup.
- Jak mam ćwiczyć, skoro mnie boli?
- Ojciec nasypie 20 kg piachu do worka, położy panu na brzuch, a pan
niech głęboko oddycha.
Nie wiem, co dokładnie zrobił z moim kręgosłupem Duda. Może po prostu
nagle uwierzyłem, że jednak mogę wyzdrowieć. Wykonywałem opisane przez
znachora ćwiczenia i po jakimś czasie ból faktycznie ustąpił. Nie
pytajcie mnie, jak to możliwe, do dziś nie mam zielonego pojęcia.
Po półrocznej przerwie mogłem wrócić na boisko, ale musiałem zadać sobie
pytanie: co dalej? W moim drugim roku awansowaliśmy, jednak przygoda
Ursusa z zapleczem ekstraklasy nie potrwała długo. Po sezonie spadliśmy
do trzeciej ligi.
Wymyśliłem więc sobie, że zostanę piłkarzem Widzewa. Wsiadłem do pociągu
i pojechałem do Łodzi, żeby zapukać do gabinetu twórcy potęgi tego
klubu, Ludwika Sobolewskiego. Dostałem cynk, że mnie chcą, ale podczas
rozmowy usłyszałem, że jeszcze muszę się ograć i że za wcześnie na
Widzew.
Nie miałem do Sobolewskiego żalu, rozumiałem go. Wróciłem do Warszawy z niczym, ale wiedziałem już, że chcę zmienić otoczenie. Gdy więc w 1987
roku zgłosiła się po mnie drugoligowa Gwardia Warszawa, nie wahałem się
ani chwili.
Tam po raz pierwszy przekonałem się, co tak naprawdę znaczy twarda ręka
trenera. Zespół prowadził Henryk Szczepański nazywany przez szatnię
"Burzą". Szkoleniowiec kierował się głównie dwiema zasadami:
1. Piłkarz nigdy nie ma kontuzji.
2. Jak mówi, że ma, to przesadza albo kłamie.
Pamiętam, jak jeden z zawodników zgłosił mu kiedyś uraz.
- Trenerze, strasznie boli mnie noga, nie dam rady grać.
- Co ty pieprzysz?! Wyleczymy cię. Bezpośrednio przed snem nałóż sobie
na nogę smalec z gęsi i daj na to gazę z denaturatem.
Facet rano wstał, zobaczył czerwoną plamę i pomyślał, że zaraz mu ta
noga odpadnie. A "Burza" oczywiście wystawił go od pierwszej minuty.
Gość ani słowem nie zająknął się o kontuzji.
Oglądaliście film "Być jak Kazimierz Deyna"? Na początku jest tam scena,
w której trener woła do siebie młodych piłkarzy i tłumaczy im krótko
swoją filozofię: "U mnie się zapierdala. Kto nie zapierdala, ten nie
gra". U Szczepańskiego wyglądało to podobnie. Lubił powtarzać młodym
zawodnikom: "Albo będziesz piłkarzem, albo maminsynkiem".
Obowiązkowym punktem przygotowania do rozgrywek był zimowy obóz w górach, na którym non stop zapieprzaliśmy. Pewnego dnia trening
kondycyjny polegał na tym, że wbiegaliśmy na bardzo wysokie wzniesienie.
"Burza" był na górze, a jego ówczesny asystent Mirosław Jabłoński
mierzył na dole tętno zawodnikom. Jeden z nich, ledwo żywy, wyraźnie
miał dość. Jabłoński przyłożył palce do szyi delikwenta i wyszło, że
facet ma tętno w okolicach dwustu. Dał znać "Burzy", że piłkarz musi na
razie spasować. A pierwszy trener:
- E, daj spokój. Nic mu nie jest. Niech zapieprza na górę! Stoi i oddycha, więc może biec.
Treningi u "Burzy" były takie, że niektórzy mieli dość nawet zbiegania z góry. Wymyśliliśmy, że będziemy zjeżdżać na dupach, ale jeden kolega
nadział się na wystający spod śniegu kołek. Porysował sobie tyłek i od
tamtej pory już zawsze zbiegał.
Nigdy nie zapomnę też, jak któregoś dnia obozu poszliśmy na stołówkę,
żeby zjeść obiad. Chłopaki w minutę opróżniły talerze z ogórkową, po
czym od razu poprosili kucharkę o dokładkę. Zanim włożyłem łyżkę do
zupy, oni atakowali już drugą porcję. I trzecią. Czwartą...
- Spróbuj, Romek, świetna ta zupa.
No to spróbowałem i do dziś nie wiem, czy to była ogórkowa z dodatkiem
wódki, czy wódka z dodatkiem ogórkowej.
- Chłopaki, przecież można było normalnie w pokojach rozlać...
- No co ty, najpierw obiad trzeba zjeść.
Dla zainteresowanych podaję przepis na ogórkową, która tak posmakowała
kolegom. Składniki: sześć ogórków kiszonych, jedna marchewka, 300 g
ziemniaków, litr wódki. Sposób przygotowania: ugotować ogórkową i dolać
wódki.
Drużyna rozumiała się świetnie poza boiskiem, ale - co najważniejsze -
także podczas meczów. Pierwszą rundę zakończyłem co prawda z jedną
zdobytą bramką, jednak w swoim drugim sezonie trafiłem do siatki 11
razy, pomagając zespołowi w utrzymaniu się. Witold Kompa czy Robert
Chełstowski, z którymi się trzymałem, dogrywali mi znakomite piłki na
skrzydło. W tamtym okresie mało który obrońca drugiej ligi mógł mnie
zatrzymać. Puszczałem sobie piłkę na kilka metrów. Czasem wybiegałem
nawet na bieżnię, która otaczała murawę, a i tak wyprzedzałem
przeciwników. Czułem, że jestem w gazie. Obronę trzymał nam Janusz
Klimczewski, pseudonim Mesel. Facet przez całe życie stosował na boisku
zasadę: piłka może przejść, ale zawodnik nie. Gdy urodziło mu się
dziecko i zorganizował u siebie pępkowe, trochę popłynęliśmy. Ojciec
Janusza, na co dzień członek Kapeli Czerniakowskiej, przyszedł do domu,
jak impreza już się skończyła.
- Wróciłem z ulicy, a tu nie ma dla kogo grać, bo wszyscy leżą!
Jak już jesteśmy przy tej imprezie, najwyższa pora, żebym przeprosił
Janusza za stół. Zanim pospadaliśmy z krzeseł, zaczęliśmy ostro
dyskutować. Nie pamiętam już nawet, na jaki temat. W każdym razie
chciałem uspokoić atmosferę. Wziąłem z kuchni nóż, wbiłem w środek stołu
i krzyknąłem: Cisza! Janusz zbladł.
- Pojebało cię, Kosa? Żona mnie zabije. Dobrze, że jest jeszcze w szpitalu po porodzie.
Cóż, może trochę mnie poniosło, ale faktycznie zrobiło się wtedy cicho.
Były oczywiście rzeczy, które nie funkcjonowały w Gwardii, jak powinny.
Jeden z problemów stanowiła niska frekwencja na stadionie. Raz się
zdziwiłem, bo przyszła większa grupa, tak samo ubrana i w dodatku w otoczeniu milicjantów. Strzeliłem gola i podbiegłem do nich, żeby razem
się cieszyć, ale szybko się zorientowałem, że nie podzielają mojej
radości. Okazało się, że to grupa więźniów z zakładu karnego, która
przyszła na mecz w ramach resocjalizacji.
Czasem na stadionach widzi się transparenty: "Pozdrowienia do
więzienia!". Na obiekcie Gwardii nie trzeba było ich wieszać - więzienie
przychodziło do nas. Na jednym meczu wśród kibiców-skazańców znalazł się
facet, który pochodził z miejscowości naszych rywali. Gdy straciliśmy
gola, wyskoczył do góry z radości i od razu został spałowany przez
milicjantów.
Jeśli pod jakimś względem nie pasowałem do Gwardii, to chyba tylko...
ideologicznym. Był to przecież klub Milicji Obywatelskiej, a jako młody
chłopak sympatyzowałem z Solidarnością i specjalnie się z tym nie
kryłem. Kiedy zainteresowała się mną reprezentacja, przyjechała do klubu
telewizja, żeby zrobić ze mną wywiad. Powiedziałem, że wspieram Lecha
Wałęsę i że chcę pokoju na ziemi, a nie bomb atomowych. Na drugi dzień
byłem już na dywaniku w pokoju prezesa klubu.
- Jakie bomby atomowe?! Jaki Wałęsa?! Popieprzyło cię, Romek? - grzmiał.
Chcieli mnie postawić do pionu i zrobiło się ostro. Kazano mi nawet
ściąć włosy. Ostrzegłem prezesa, że jak to zrobię, przestanę grać.
W klapie ubrania nosiłem opornik, który był symbolem buntu przeciwko
władzy, więc miałem też problemy z milicjantami. Wiele razy mnie
zatrzymywali, ale nigdy nie pękałem. Zawsze kończyło się tylko na
spisywaniu. Raz wyciągnęli mnie z autobusu w Wilanowie.
- Kolego, ściągaj to natychmiast albo będziesz miał problemy.
- Będę nosić, co mi się podoba.
Milicjant spojrzał w dokumenty i zorientował się, że jestem piłkarzem
Gwardii Warszawa.
- Dlaczego nie mówiłeś, że grasz w resortowym klubie?
- To moja sprawa, gdzie gram.
Jechałem akurat na próbę, bo mieliśmy z kumplami kapelę. Najpierw
występowaliśmy pod nazwą Cywilizacja, później przechrzciliśmy ją na
Dyskotekę. Raz graliśmy w szpitalu dla dzieci w Konstancinie i w pewnym
momencie zaczęliśmy rozrzucać ulotki Solidarności. Od razu podjechała
nyska, z której wysiedli milicjanci. Chcieli zarekwirować cały sprzęt,
ale wstawiła się za nami dyrektorka szpitala. Ostatecznie zatrzymaliśmy
gitary, jednak władza wyłączyła prąd i o dokończeniu koncertu nie było
mowy.
Kibice mogą się tylko cieszyć, że nie słyszeli, jak śpiewam. Graliśmy
reggae i punk rocka. Moje marzenia o zostaniu drugim Bobem Marleyem
legły w gruzach na przeglądzie piosenki w klubie Remont - basista
zapomniał nastroić gitarę i zaprezentowaliśmy się tragicznie. Dno i metr
mułu. Mimo to chętnie wracam myślami do tamtych wydarzeń. Jako część
muzycznego podziemia czułem się wolny. Słuchałem, jak koledzy śpiewają o trudnej rzeczywistości, ustroju, polityce... Poznałem fantastycznych ludzi
- Roberta Brylewskiego, Darka Malejonka czy Tomka Lipińskiego. No i przede wszystkim swoją żonę.
Przyszła z koleżanką na próbę zespołu w remizie i już została w moim
życiu. Na pierwszą randkę mieliśmy iść do kina Beata w Konstancinie,
gdzie grali "Wielką podróż Bolka i Lolka". Jadzia wystawiła mnie do
wiatru. Myślałem przez moment, że nic z tego nie będzie, ale
wytłumaczyła swoją nieobecność i zaczęliśmy się spotykać. Nie wiedziała
wtedy, że wcale nie zobaczyłem jej pierwszy raz w remizie przed naszą
próbą, tylko rok wcześniej. Dojrzałem ją w autobusie w towarzystwie
koleżanek i od razu pomyślałem: "Ta dziewczyna kiedyś będzie moja". Dziś
jesteśmy już 32 lata po ślubie. Niezły wynik, nie?
Jadzia przychodziła nie tylko na koncerty, ale także na stadion. W sezonie 1987/88 wszyscy wiedzieli już, że wkrótce odejdę z Gwardii.
Czułem, że najwyższa pora iść wyżej, a klub miał problemy finansowe i musiał sprzedać najlepszych piłkarzy. Zgłosił się po mnie legendarny
prezes GKS-u Katowice, Marian Dziurowicz, więc wsiedliśmy z Jadzią do
pociągu i ruszyliśmy na Górny Śląsk. Najpierw pojechaliśmy zobaczyć
mieszkanie. Nowiutkie osiedle, cztery pokoje na drugim piętrze.
Pomyślałem, że jest świetne, ale wtedy spojrzałem przez okno i zobaczyłem las... kominów fabrycznych oraz kłęby dymu. Od razu wyłożyłem
kawę na ławę.
- Mieszkanie niby ładne, ale widok nie najlepszy.
- Jak chcesz, to jutro posadzimy tu las i drzewa zasłonią kominy. Nie ma
problemu.
Dziurowicz słynął z tego, że w razie słabej gry zawodników wpadał w szał. Gdy jednak wszystko szło po jego myśli, potrafił przychylić im
nieba. Zwłaszcza tym, których chciał przekonać do gry w swoim klubie. A że miał wielkie wpływy, budował wtedy naprawdę mocną ekipę - gdy ja
zwiedzałem mieszkanie, w hotelu na podpisanie kontraktu czekał już
Andrzej Rudy. Czułem jednak, że to nie to. Grzecznie podziękowałem za
rozmowę i odrzuciłem ofertę GKS-u. Byłem też w Poznaniu, bo chciała mnie
Olimpia, ale tamtejsi działacze również mnie nie przekonali.
Na szczęście zgłosiła się po mnie Legia Warszawa, która zdała sobie
sprawę, że ktoś zaraz może im sprzątnąć Koseckiego sprzed nosa. Ówczesny
kierownik Kazimierz Orłowski i członek sztabu szkoleniowego Paweł Janas
przyjechali do mojego domu, żeby porozmawiać z rodzicami. Mnie nie
trzeba było przekonywać. Zawsze chciałem grać na Łazienkowskiej, a poza
tym wiedziałem, że trener Andrzej Strejlau bardzo naciska na transfer.
Orłowski opowiadał mi, że z perspektywy Legii wyglądało to następująco:
kierownik pojechał z Jerzym Engelem na mecz, żeby obserwować jakiegoś
stopera.
Engel: - No i jak ci się, Kaziu, podoba ten obrońca?
Orłowski: - Daj spokój, przecież to jest drugi Jacek Gmoch - wjebać się
w rywala i nic więcej. Jedynym zawodnikiem, który nadaje się tu do
Legii, jest Kosecki.
Później Orłowski podobno mocno namawiał prezesa CWKS-u, generała
Wojciecha Barańskiego, żeby mnie ściągnął.
- Panie generale, a co z tym Kosą będzie?
- No przecież podobno jest kontuzjowany. Ma jakieś problemy z kręgosłupem.
- Gra w kadrze i jedną nogą jest w GKS-ie Katowice. To co, kalekę biorą
do reprezentacji? Ktoś chyba z pana wała robi.
- A pasowałby pana zdaniem do Legii?
- Jak Kosecki tu nie pasuje, to kto?
- No dobra, uruchomię sprawę.
Do dziś mam kontrakt, który wtedy podpisałem - dwie strony maszynopisu.
Zaproponowano mi niezłe pieniądze, poloneza, lodówkę i meble na talon
oraz mieszkanie na Targówku, na ulicy Mokrej. Byłem w pionie
gwardyjskim, więc musiałem napisać pismo do generała Kiszczaka o zgodę
na przeniesienie do wojska. Kiedy wszystko było już dogadane,
przypomniałem sobie, jak po treningach Gwardii wsiadałem w autobus,
przyjeżdżałem na Łazienkowską i oglądałem zza płotu zajęcia Legii. Teraz
wreszcie miałem być po drugiej stronie.
Rozdział 2
Ulubieniec Żylety
Wybaczcie, że zacznę ten rozdział od truizmu - w Legii zawsze gra się o mistrzostwo. Pod koniec lat 80. myślałem o tytule tym intensywniej, że
trafiłem do szatni pełnej wielkich piłkarzy. Liderami zespołu byli Darek
Dziekanowski i Staszek Terlecki, najlepsi technicy biegający po polskich
boiskach. Na trening potrzebowaliśmy trzech piłek: jedna dla zespołu
plus po jednej dla Staszka i Darka, bo jak zaczynali holować, nie było
szans, że komuś podadzą.
Terlecki chyba nie do końca odnajdował się w grupie i zawsze musiał
postawić na swoim. Trudno się z nim współpracowało, ale jeśli chodzi o umiejętności piłkarskie, był niesamowity, podobnie zresztą jak
"Dziekan". Kiedy stawiałem na Łazienkowskiej pierwsze kroki, Darek wziął
mnie pod swoje skrzydła. Żałuję, że grałem z nim w Legii jedynie pół
roku. Byliśmy ulubieńcami Żylety, która intonowała na meczach: "Śpiewają
miasta, śpiewają wioski, najlepszy piłkarz to Dziekanowski. A zaraz za
nim Roman Kosecki, który dla Legii strzela brameczki". Wiele pisało się
o pozaboiskowym życiu Darka, ale, mówiąc zupełnie szczerze, miałem to
gdzieś. Dla mnie to był pan piłkarz przerastający całą ligę. Gdy
przejąłem koszulkę z dychą, czułem dumę, myśląc, że grali z nią tacy
piłkarze jak Dziekanowski, a wcześniej Kazimierz Deyna, któremu mogłem
co najwyżej czyścić buty.
Bramki najczęściej strzegł Maciek Szczęsny. Tak jak ja, przyszedł z Gwardii Warszawa. Człowiek guma, na treningach wyprawiał cuda i dziwię
się, czemu nie skończył w czołowym klubie jednej z najsilniejszych lig.
Jestem pewien, że gdyby tak się stało, dziś kibice wymienialiby go w gronie najlepszych bramkarzy lat 90. na świecie. Trzymał się trochę z boku i chodził własnymi ścieżkami, może dlatego, że miał nietypowe jak
na piłkarza zainteresowania - fotografię czy jazz. Był w szatni lubiany
i dogadywał się z resztą. Słyszałem historię, jak po moim odejściu Legia
grała z Widzewem, a że kilku piłkarzy złapało kontuzje, Wojskowi
wystąpili w mocno osłabionym składzie. W szatni Szczęsny rzucił ponoć do
naszego pomocnika Jacka Sobczaka:
- Jak strzelisz gola, to wiozę cię samochodem z Warszawy do twojego
rodzinnego Wałbrzycha.
Oczywiście - jak to w życiu bywa - Sobczak wpisał się na listę
strzelców, więc Szczęsny wsadził go do samochodu i pojechali.
Czasem Maćkowi lekko dogryzałem, bo na każdym kroku starał się pokazać,
jaki to jest elokwentny. Używał mądrych słówek i chyba chciał udowodnić
innym, że ma trochę wyższe IQ niż reszta zespołu. Gdy za bardzo pozował
na inteligenta, mówiłem mu: "Maciuś, idź najpierw między słupki,
wytaplaj się w błocie przed bramką i potem pogadamy". Wzajemnie sobie
dogryzaliśmy, ale - tak mi się wydaje - lubiliśmy się. Co ciekawe,
Maciek, mimo ogromnych umiejętności, nie mógł być pewny miejsca w podstawowym składzie, bo Zbyszek Robakiewicz też dawał sobie radę.
Szczęsny miał trochę większy talent i lepsze warunki, ale Robak
nadrabiał pracowitością. Cała szatnia wiedziała, że za sobą nie
przepadają.
Wielką postacią tamtej drużyny był też mały generał, Leszek Pisz. W 1986
roku Legia potrzebowała nowego rozgrywającego i padło właśnie na Leszka,
który występował w Igloopolu. Kierownik Orłowski pojechał do Dębicy,
żeby przyklepać transfer. Jak już dotarł do klubu, szybko odnalazł
piłkarza.
- Przepraszam, chciałem z Leszkiem Piszem porozmawiać.
- No to stoi przed panem.
- Nie, nie, ja chciałem z Piszem, tym rozgrywającym.
Orłowski nie mógł uwierzyć. Przyjechał po zawodnika, który rzekomo
wygrywa mecze w pojedynkę, a zobaczył kurdupla, więc trochę się
przeraził. Mimo to doszło do transferu i wkrótce Pisz po raz kolejny
całkowicie zaskoczył kierownika. Orłowski usłyszał od jednego z piłkarzy:
- Kiero, ależ on wolne bije! Niesamowity facet!
- Co ty sobie jaja ze mnie robisz?! Przecież to krasnoludek jest.
Orłowski nie wytrzymał. Wziął jednego z bramkarzy i Pisza na boczne
boisko i kazał mu wykonywać rzuty wolne, wieszając ścierkę w "okienku"
bramki. Co strzał, to bach! Trafiona! Kierownik przyniósł więc drewniany
mur do ćwiczenia rzutów wolnych, żeby utrudnić zawodnikowi zadanie, ale
znowu było to samo! Bach! Bach! Bach! Wszystko w sieci. Orłowski - jak
święty Tomasz - zobaczył i uwierzył, więc poleciał do Engela, żeby dawać
Piszowi każdy rzut wolny.
- Co ty sobie, Kaziu, jaja ze mnie robisz? Przecież to krasnoludek jest.
Koniec końców Engel zorganizował trening strzelecki, po którym nikt nie
miał już wątpliwości, że Pisz to największy ekspert od wolnych w całej
lidze. Czasem przed stałym fragmentem zagajałem, że może ja tym razem
spróbuję, ale Pisz mówił: "Spróbujesz po meczu, Romek". Miał niesamowitą
technikę i potrafił zagrać piłkę na nos. Słyszałem, że już po moim
odejściu Krzysiek Ratajczyk zawsze go pytał, gdzie będzie centrował, a Pisz odpowiadał: "Ty się nie bój, wbiegaj, a ja cię trafię w głowę!". I tak się później działo. Na treningu od razu było wiadomo, która piłka
jest Pisza. Normalnie skórzany kamień. Reszta drużyny pewnie nie
dokopałaby do bramki z połowy, a Leszek walił przerzut przez całe
boisko. Niesamowite, bo chyba jako jedyny miał w szatni mniejszą stopę
ode mnie (noszę rozmiar 39) i buty musieliśmy kupować w dziecięcym.
Na bokach obrony mieliśmy dwa pociągi pospieszne - Darka Wdowczyka i Darka Kubickiego. Ten drugi był Davidem Beckhamem naszych czasów. Zawsze
w garniturku pod krawatem i w wypolerowanych butach. Po treningu jeszcze
nie zdążyliśmy wejść do szatni, a Kubicki już wychodził pachnący spod
prysznica i odjeżdżał swoim polonezem, żeby kupić nowe perfumy.
Za elegancika uchodził też grający w drugiej linii Jacek Bąk. Przystojny
brunet. Gdy biegł z piłką, z trybun było słychać pisk dziewczyn. Kochały
go. Śmialiśmy się, że jest zbyt ładny, żeby siedzieć w szatni z innymi
facetami, więc rusza na miasto. Towarzyski gość. Pamiętam jeden trening,
który odbywał się późną jesienią. Na ulicy pojawił się już pierwszy
śnieg. Wybiegliśmy na boisko w dresach ortalionowych, patrzymy, a chwilę
później pojawia się Jacek ubrany w krótkie spodenki i koszulkę. Trochę z niego poszydziliśmy. "Jacuś, chyba ci się pory roku pomyliły!". Drużyna
go ceniła, bo miał stalowe płuca. Podczas meczu praktycznie się nie
zatrzymywał i nawet gdy zespół trenował po wieczornym biesiadowaniu, pod
względem fizycznym Jacek prezentował się fantastycznie. Był też w optymalnej dyspozycji zaraz po wygranym przez nas finale Pucharu Polski
z Jagiellonią - zaczęliśmy we dwójkę świętować, a że mieliśmy sporo wody
przez o z kreską, impreza skończyła się jakoś po tygodniu. Pływaliśmy z Jacusiem rowerami wodnymi, kreśląc przepiękne zygzaki.
Największym żartownisiem w szatni był Marek Jóźwiak. Do dziś pamiętam,
jak wysmarował mi majtki maścią rozgrzewającą. A że stosowanie związku
chemicznego może przynosić niepożądane skutki, później przez godzinę
siedziałem pod prysznicem i nie powiem, gdzie trzymałem słuchawkę. Nie
ma chyba żadnego piłkarza Legii z tamtych lat, który choć raz nie byłby
ofiarą "Bereta". O jego pomysłach przez lata krążyły przeróżne anegdoty.
Jedną z historii usłyszałem od doktora Machowskiego. W roli głównej
oczywiście Marek Jóźwiak. Role drugoplanowe: Zbyszek Mandziejewicz i Leszek Pisz. Ofiara: Krzysztof Ratajczyk. Otóż podobno "Rataj" przyszedł
do szatni w nowych butach, tzw. kowbojkach. Reszta chłopaków go
zobaczyła i zaczęła się jazda, a jako pierwszy pocisk wypuścił Leszek
Pisz:
- Krzysiu, co ty masz na nogach?
- No jak to co? Buty normalne.
- A gdzie bat zostawiłeś, kowboju?
Wtórował mu Zbyszek Mandziejewicz: "Co ty, John Wayne jesteś?". W końcu
wszyscy wyszli na trening, a w szatni został tylko Marek Jóźwiak.
"Beret" wziął but Ratajczyka, przybił go młotkiem do stołu i zagiął
gwóźdź od spodu. Wiedział jednak, że Krzysiek będzie chciał się zemścić,
więc przełożył swoje skarpetki do butów Igora Kozioła, a Kozioła do
swoich. Po treningu przychodzi cała banda, patrzy na but Krzyśka
przybity do stołu i pokłada się ze śmiechu. Tymczasem Krzysiek bez słowa
idzie do rehabilitanta i mówi: "Panie Zbyszku, pan mi da nożyczki".
Wraca i krzyczy:
- Beret, to jest twoja robota!
Bierze skarpetki z butów Jóźwiaka i tnie na strzępy. A "Beret" siedzi i się śmieje:
- Koziołek, popatrz, Rataj ci pociął skarpety!
Wtedy "Ratajowi" aż ponoć gule wyszły ze zdenerwowania! Jak ochłonął,
pożyczył z magazynu piłkę do metalu i uciął gwóźdź, żeby odzyskać swój
kowbojski but.
Każdy musiał mieć się na baczności, bo nie znałeś dnia ani godziny, a Marek tylko czekał na okazję. W szatni obowiązywała zasada: jak idziesz
się załatwić, nie zamykasz drzwi. "Dziekan" kiedyś o tym zapomniał, a "Beret" nie wybaczał takich rzeczy. Momentalnie złapał miskę, nalał do
niej wody i oblał Darka, który siedział na desce klozetowej w garniturze. Od tamtej pory "Dziekan" już pamiętał, że w Legii drzwi do
WC się nie zamyka.
Innego dnia Jóźwiak przybił komuś klapki do podłogi i facet runął jak
długi przy pierwszym kroku. Zaznaczam, że "Beret" uwielbiał żartować z innych, ale miał też duży dystans do siebie. Raz na treningu pomalował
sobie korki złotym sprayem, chodził i mówił wszystkim:
- Patrzcie, Złote Buty dostałem, nareszcie mnie docenili.
Rzecz jasna, jak to bywa w piłkarskiej szatni, czasem najwięksi
żartownisie stają się ofiarami. Najlepszy numer koledzy wycięli właśnie
"Beretowi". To zresztą przy Łazienkowskiej słynna anegdota. Partnerka
Marka była wtedy w ciąży i pewnego dnia dostał telegram. Leciało to
mniej więcej tak: "Marek! STOP! Przyjeżdżaj do szpitala! STOP!
Urodziła!". Całe zdarzenie miało miejsce na jakimś wyjeździe, więc
Jóźwiak od razu poleciał do trenera, który pozwolił mu na powrót do
domu. "Beret" kupił kwiaty i czekoladki, po czym zapukał do teściów,
gdzie mieszkała wówczas wybranka.
- Gdzie ona jest?
- Jak to gdzie? W pokoju.
- No przecież rodzi.
- A gdzie tam...
Gdy wkurzony Marek wrócił do drużyny, Pisz i "Mandziej" od razu wzięli
go w obroty.
- Syn czy córka?
- Spieprzaj, Leszek!
- A mówi już coś?
Reszta chłopaków tarzała się ze śmiechu. Marek zdecydowanie dawał radę
na boisku, ale też cementował szatnię poza nim.
Podobnie jak Darek Czykier, z którym miałem świetny kontakt. Cały czas
biegał skrzywiony, ale kiedy już się rozpędził, nikt nie był w stanie go
dogonić. Rywale nie mogli go rozszyfrować i myślę, że tak naprawdę Darek
też nie potrafił rozczytać samego siebie. Śmialiśmy się z jego chudych
nóg i dokuczaliśmy mu, że ma żabie udka. Gdy kładł się na stole,
masażysta pytał: "Po coś przyszedł? Kości się przecież nie masuje".
Już przed transferem na Łazienkowską wiadomo było, że Darek będzie
silnym punktem tzw. grupy Lambada, która lubiła się pobawić. Jeszcze w Jagiellonii Białystok zdyskwalifikowano go na pół roku za prowadzenie
niesportowego trybu życia. Czykier wiedział, że chce go Legia, więc
zgłosił się do armii. PZPN zawiesił mu później karę, Darek zaczął z nami
trenować, a kluby dogadały się co do transferu. Wszystko szło bardzo
gładko. Zbyt gładko... Niebawem Czykier sam sobie wszystko skomplikował.
Cztery dni przed oficjalnym dołączeniem do Legii dachował polonezem, a badanie wykazało, że ma 2,56 promila alkoholu we krwi. Zamiast na boisko
trafił do wojskowej paki. Innym razem nie dostał przepustki na weekend,
więc przekupił wartowników. Tyle że gdy wracał, zapomniał, że ma wejść
przez płot. I też wsadzili go do aresztu.
Do Czykiera przylgnęła łatka imprezowicza, ale nic sobie z tego nie
robił. W rozmowie z "Przeglądem Sportowym" skwitował to w swoim stylu: -
Irytowało mnie, że ciągle wołano za mną, ile promili miałem we krwi.
Wypominano mi, że było to 2,54, a ja przecież miałem o dwie setne
więcej... Darek chodził swoimi ścieżkami. Kiedy wpadaliśmy na piwko do
pubu przy Agrykoli, naprzeciwko kortów tenisowych, zazwyczaj kończyło
się na jednym, a Czykier coraz częściej zostawał przy barze. Nikt nie
sądził, że problem stanie się aż tak poważny. Żal mi, że nadal musi
walczyć z nałogiem i trzymam kciuki, żeby wyszedł na prostą. Gdy
pokazują czasem w telewizji jego syna, który uprawia lekkoatletykę,
widzę całego Darka. Tak jak jego tata przed laty jest fajnym,
uśmiechniętym i bardzo utalentowanym chłopakiem.
W Legii najbardziej trzeba było uważać na to, żeby nie wejść do środka
podczas gry w "dziadka", bo Andrzej Łatka, Krzysiek Iwanicki czy Leszek
Pisz tak wymieniali piłeczkę, że człowiek gonił za nią do usranej
śmierci! Zresztą z Iwanickim bardzo często się przekomarzałem:
- Widziałeś, Kosa, jaką ci asystę dałem?
- Ta... asystę... Musiałem zapieprzać pod chorągiewkę, minąć czterech i dopiero strzelić.
- Ale to przy mnie się techniki nauczyłeś.
Mieliśmy naprawdę fajną ekipę. Lubiłem przychodzić do roboty nie tylko
dlatego, że kochałem grać w piłkę, ale też ze względu na ludzi, których
codziennie spotykałem w szatni.
W moim pierwszym sezonie na Łazienkowskiej prowadził nas Andrzej
Strejlau, profesjonalista w każdym calu i wielki pasjonat futbolu.
Treningi miał rozpisane co do sekundy, co robiło na zespole wrażenie.
Poza tym obowiązywały u niego jasne zasady. Gdy wyjeżdżaliśmy na mecz,
punktualnie o ustalonej godzinie Strejlau zamykał drzwi autobusu. Nawet
jeśli ktoś spóźnił się tylko minutę, miał pecha - musiał jechać za
autokarem swoją furą albo taksówką. Trener wzbudzał szacunek, podczas
zajęć zawsze żył i podpowiadał. Był lubiany przez drużynę. Praktycznie
nigdy nie wychodził z pracy, oddychał futbolem 24 godziny na dobę i mógł
o nim rozmawiać bez końca.
Gdy członkowie sztabu gdzieś się spieszyli i nagle dostrzegali trenera
na horyzoncie, od razu padało hasło: "Uciekamy! Andrzej idzie!". Nie
dlatego, że go nie lubili - wiedzieli po prostu, że rozmowa z trenerem o piłce to kilka godzin wyjęte z życia. Jestem pewien, że gdyby obudzić go
w środku nocy i zapytać, jaki wynik padł w meczu o trzecie miejsce na
mundialu w 1938 roku, odpowiedziałby bez zająknięcia.
Nie było sytuacji, w której Strejlau straciłby nad sobą panowanie. Raz
dwójka zawodników poszła w tango i zjawiła się na treningu w nie
najlepszym stanie. Gały czerwone jak przy zapaleniu spojówek, zionie od
nich na kilometr. Kierownik Orłowski podchodzi do Strejlaua:
- Andrzej, oni walnięci są. Nie nadają się w ogóle do treningu.
- Wiesz co, Kazek, zabierz ich do doktora Machowskiego, bo coś
pokasłują. Ja z nimi jeszcze porozmawiam.
Zamiast robić awanturę przy całej drużynie, Strejlau wolał załatwić to w ten sposób. Później powiedział każdemu zawodnikowi w cztery oczy, co
myśli o ich zachowaniu i ukarał delikwentów.
Podsumowując, mieliśmy świetnych piłkarzy i trenera z wysokiej półki.
Rundę wiosenną w 1989 roku zaczęliśmy z wysokiego C, rozbijając Olimpię
Poznań 3:0, a ja zaliczyłem wymarzony debiut przy Łazienkowskiej. Prawdę
mówiąc, zeszło ze mnie wtedy ciśnienie. Kibice Legii to zupełnie inna
półka niż fani pozostałych drużyn. Wspierają cię jak nikt, ale też
wymagają. Jeśli jakiś ligowiec mówi wam, że nie czuje dodatkowych emocji
przed meczem na Łazienkowskiej, zwyczajnie leci w kulki. Przed pierwszym
gwizdkiem serce biło mi jak szalone, a tymczasem w niespełna pół godziny
walnąłem dwie bramki, wprawiając Żyletę w euforię.
Do końca sezonu było jeszcze mnóstwo kolejek, a strata do prowadzącego w tabeli Górnika Zabrze zmalała do trzech punktów. Szybko zostaliśmy
jednak sprowadzeni na ziemię. W 20. kolejce pojechaliśmy do Wałbrzycha
na mecz z ostatnim w tabeli Górnikiem i dostaliśmy w czapę 0:1. Mieliśmy
sytuacje, jednak nie potrafiliśmy ich wykorzystać. Ja sam zmarnowałem
jedną czy dwie patelnie. Zaraz po końcowym gwizdku Janek Karaś wpadł do
szatni, dając do zrozumienia, co myśli o grze zespołu:
- Jesteście dzieci, a nie zawodnicy! Jakim prawem marzycie o wielkiej
piłce?!
Strejlau nawet nie otworzył ust, bo doskonale rozumiał, że piłkarze
muszą wyjaśnić pewne sprawy między sobą. Zapadła cisza, po której kilku
zawodników skoczyło sobie do gardeł i doszło do ostrej szarpaniny. Gdy
emocje opadły, trener skrytykował drużynę na łamach "Przeglądu
Sportowego", stwierdzając, że "Legia to nadal zespół o minimalistycznych
ambicjach". Na pomeczowej odprawie też z nami pojechał. Na dzień dobry
powiedział, że jego zdaniem niektórzy zawodnicy celowo odpuścili ten
mecz. Często wysuwał podejrzenia pod adresem sędziów czy graczy, robiąc
jakieś aluzje, albo - tak jak po spotkaniu z Górnikiem - waląc prosto z mostu. Choć wszyscy wiemy, że w latach 80. i 90. polską piłkę toczył rak
korupcji, ja sam nigdy nie zetknąłem się z sytuacją, by któryś z moich
kolegów z Legii przehandlował mecz.
Otrzymałem w karierze jedną propozycję korupcyjną. Kilka dni przed
spotkaniem z Lechem w sezonie 1989/90 dostałem telefon od działacza z Poznania, który wprost sugerował, że Kolejorz chce kupić korzystny
wynik. Odpowiedziałem mu, że chyba pomylił numery i odłożyłem słuchawkę.
Później zastanawiałem się, czy jakiś inny piłkarz Legii odebrał podobny
telefon. Lech przyjechał do Warszawy po remis i osiągnął cel. Nie mogę
jednak powiedzieć, że ktoś specjalnie odpuścił, bo nie mam na to
dowodów.
Choć porażka z czerwoną latarnią ligi zabolała, moim zdaniem nie
przegraliśmy tytułu w Wałbrzychu, a w Warszawie, sześć kolejek przed
końcem ligi. Graliśmy u siebie z Ruchem, mieliśmy szansę na mistrza i gdybyśmy wygrali ten mecz, finisz sezonu mógł ułożyć się zupełnie
inaczej. Na Łazienkowskiej zasiadło 18 tysięcy ludzi, stawka meczu była
bardzo duża. Tymczasem odsunięto od składu Darka Dziekanowskiego. Klub
poinformował później w komunikacie, że za "nieusprawiedliwioną
nieobecność na trzech kolejnych treningach CWKS Legia Warszawa ukarał
Dariusza Dziekanowskiego najwyższą regulaminową karą pieniężną oraz
odsunął go od udziału w meczach z Ruchem Chorzów i ŁKS-em Łódź".
Mimo absencji Darka powinniśmy wygrać ten mecz. Już w pierwszym
kwadransie przeprowadziłem piękną akcję. Uderzyłem z powietrza, ale
piłka odbiła się od wewnętrznej części słupka i wyszła w pole. Skończyło
się 0:0. Mistrzostwo zgarnął ostatecznie właśnie Ruch, a my
zakończyliśmy rozgrywki na czwartym miejscu, co przyjęto rzecz jasna ze
sporym rozczarowaniem.
Na pocieszenie został nam Puchar Polski. W finale rozmontowaliśmy z "Dziekanem" Jagiellonię Białystok, strzelając po dwa gole. Krzysiek
Iwanicki dołożył jednego gola po mojej asyście i wygraliśmy 5:2. Tym
samym wzięliśmy rewanż, bo w przerwie zimowej wpadliśmy do Białegostoku
na sparing i Jaga pojechała z nami 4:0. Miałem długie włosy i gdy
biegałem przy linii bocznej, miejscowi kibice naśladowali odgłosy
Indian, naśmiewając się ze mnie. Tuż przed finałem, w tunelu prowadzącym
na boisko, to raczej zawodnicy Jagi przypominali bohaterów westernu. Z szatni wyszło jedenaście bladych twarzy. Chyba wiedzieli, że tym razem
to oni zostaną załatwieni. Mieli rację.
Po sezonie 1988/89 nastąpiła zmiana na stanowisku trenera Legii,
ponieważ Andrzej Strejlau dostał nominację na selekcjonera kadry. Na
Łazienkowskiej zastąpił go Rudolf Kapera. Podobnie jak jego poprzednik
Rudek miał świetny kontakt z drużyną. Był impulsywny i czasem chciał nas
zrównać z ziemią, ale problem polegał na tym, że jego tyrady najczęściej
wywoływały śmiech.
Wchodził wściekły Kapera do szatni i krzyczał:
- Ja pierdziut! Gówno! Kurna, wszystko do dupy!
Chowaliśmy twarze w dłoniach, a trener, widząc, co się dzieje, jeszcze
bardziej się wkurzał i dokręcał śrubę na kolejnym treningu. Ale
prawdziwą zmorą Rudka byli sędziowie. Miał na ich punkcie obsesję i gdy
jakiś arbiter popełniał błędy na naszą niekorzyść, Kapera zaczynał swój
show.
- Co za czarna wrona obesrana! Śmierdziel jeden! Nic, tylko bydlaka w mordę palnąć!
A że trener uwielbiał chodzić w swetrze w słoniki i skórzanej kamizelce,
przy tego typu scenach zawodnikom trudno było zachować powagę.
Słyszałem głosy, że byłem ulubieńcem Kapery, ale mam na ten temat swoją
teorię: po prostu świetnie grałem w piłkę. Ktokolwiek prowadziłby Legię,
byłbym u niego mocnym punktem, bo na to zasługiwałem.
Lepszego początku kadencji Kapery nie mogliśmy sobie wymarzyć. Na dzień
dobry odprawiliśmy z kwitkiem Ruch Chorzów w meczu o Superpuchar Polski.
W drużynie nie było już "Dziekana", więc przejąłem od niego koszulkę z numerem 10 i poprowadziłem chłopaków do zwycięstwa 3:0. Zostałem wybrany
najlepszym zawodnikiem spotkania, a prasa pisała, że jestem już
piłkarzem światowego formatu. W meczu z Widzewem Łódź pilnowało mnie aż
dwóch rywali, a że i tak nie mogli nadążyć, po prostu na mnie polowali.
Gdy za którymś razem zostałem wycięty równo z trawą, jeden z kibiców
krzyknął z rozpaczą: "Zabiją go!". Spokojnie - mordować nikt Koseckiego
nie chciał.
Były też oczywiście słabsze mecze, więc gdy w 1/16 finału Pucharu
Zdobywców Pucharów trafiliśmy na Barcelonę, dziennikarze drżeli, że
Katalończycy nas rozniosą i będzie wstyd na całą Europę. W szatni też
nikt nie skakał pod sufit. Każdy miał w pamięci, że sezon wcześniej
przyjechał do Warszawy Bayern i pojechał z Legią siódemką, a w dodatku
Barça broniła trofeum. Tylko trener Kapera nie tracił optymizmu, mówiąc
z pełnym przekonaniem, że nie ma się co bać, bo Barcelona gra piach.
Ktoś mógłby pomyśleć, że pozostało nam się tylko modlić, żeby Duma
Katalonii nas nie zmiażdżyła. Choć wcale nie czuliśmy strachu,
faktycznie się modliliśmy, a nawet zabraliśmy do Hiszpanii... księdza.
Znałem bardzo dobrze ojca Mariusza Zapolskiego i to ja wpadłem na
pomysł, że powinien znaleźć się na pokładzie samolotu do Barcelony.
Oczywiście działaczom CWKS-u się to nie spodobało, ale miałem po swojej
stronie Kaperę oraz kolegów z szatni. Gdy pułkownik Zawadzki zaczął
wykrzykiwać, żebyśmy nie robili komedii, nadział się na kontrę naszego
trenera.
- To przede wszystkim psycholog, a nie ksiądz. Jeśli ma pan z tym
problem, to ja też nigdzie nie lecę.
Do mnie również Zawadzki miał pretensje:
- Co ty, Kosecki, odwalasz z tym księdzem?
- Niech się pan zajmie swoimi sprawami. Zapolski z nami leci, drużyna go
potrzebuje. Zresztą nie będę z panem w ogóle gadał na ten temat, bo
szkoda czasu. Proszę się nie spóźnić na samolot!
Może zareagowałem za ostro, ale cieszyłem się na Łazienkowskiej dużym
szacunkiem. Już wtedy kilka europejskich klubów pytało o Koseckiego, a jeśli masz na sprzedaż brylant, chronisz go, zamiast walić w niego
młotkiem. W sytuacji z Zapolskim zagrałem va banque. Opłaciło się,
postawiliśmy na swoim. Gdy Mariusz odprawił mszę w kaplicy na Camp Nou,
Hiszpanie nie wiedzieli, co się dzieje - przylatuje drużyna z kraju, w którym jeszcze niedawno panował komunizm. Na dodatek wojskowi, a przywożą ze sobą księdza i modlą się na stadionie. Nie mieliśmy
jednakowych klubowych dresów, więc wyglądaliśmy w tej kaplicy jak banda
turystów, a nie profesjonalna drużyna. Piłkarze Barcelony na pewno
myśleli, że dwumecz będzie dla nich spacerkiem. Mariusz podczas kazania
nawiązał do historii Dawida i Goliata, co do nas trafiło.
Bardzo poruszony słowami duchownego był trener Lucjan Brychczy, który
miał łzy w oczach. Tymczasem Kapera prowadził psychologiczne gierki.
Grzmiał do dziennikarzy, że w przedsezonowym meczu ze Sredecem Sofia
uznano Barcelonie cztery nieprawidłowe bramki i że jest zbulwersowany
postawą arbitra. Trener chyba trochę obawiał się "gospodarskiego"
sędziowania.
W szatni mówiliśmy sobie: "Zapieprzamy od pierwszej do ostatniej minuty,
niech się z nami męczą". Nie mam pojęcia, czy to ksiądz Zapolski nas tak
natchnął, ale zagraliśmy świetne spotkanie. Po losowaniu Kapera wysłał
do Hiszpanii Pawła Janasa, żeby oglądał Barcelonę z trybun Camp Nou.
"Janosik" pięknie się opalił. Co ważniejsze, przywiózł informacje, że
Katalończyków można skontrować, bo wychodzą bardzo wysoko. Ta taktyka
się sprawdziła.
Przed przerwą prowadzenie dał nam Andrzej Łatka. Po prostopadłej piłce
wykorzystał to, że Andoni Zubizarreta poszedł na grzyby, minął na
spokoju hiszpańskiego bramkarza i z ponad trzydziestu metrów uderzył do
pustej bramki. Później tworzyliśmy kolejne sytuacje. "Łata" znów stanął
oko w oko z Zubizarretą, jednak tym razem Hiszpan był górą. Ja też
napsułem obrońcom Blaugrany krwi. W drugiej połowie podwyższyłem na 2:0,
ale sędzia odgwizdał spalonego, którego nie było. Pięć minut przed
końcem Barcelonę uratował Ronald Koeman, wykorzystując rzut karny. Gdy
Kapera zjawił się na konferencji prasowej w swoim sweterku w słoniki,
dziennikarze powitali go brawami.
Mieliśmy co prawda świadomość, że mogliśmy wygrać na Camp Nou, ale przed
pierwszym gwizdkiem bramkowy remis bralibyśmy w ciemno. Na lotnisku w Warszawie czekali na nas kibice, którzy nagrodzili nas brawami i wręczyli drużynie kwiaty. Tylko Kapera był nie w sosie, narzekając, że
Johan Cruyff nawet się z nim nie przywitał i nie pogratulował mu remisu.
Przed rewanżem każdy czuł, że naprawdę możemy walnąć utytułowaną
Barcelonę. Bilety, które kosztowały dwa razy więcej niż na Bayern rok
wcześniej, rozeszły się błyskawicznie. W obiegu znalazły się nawet
podrobione wejściówki, a stadion na Łazienkowskiej był pełen ludzi już
dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem.
Kapera wymyślił bardzo prosty plan: od początku siadamy na nich i gramy
otwartą piłkę. Znów mieliśmy sytuacje, ale tym razem triumfował Cruyff,
który przez cały mecz stał przy linii bocznej w swoim charakterystycznym
płaszczyku. Barça stworzyła dosłownie jedną okazję i ją wykorzystała -
gol Michaela Laudrupa dał Katalończykom awans. Po meczu Cruyff
powiedział dziennikarzom, że widziałby w składzie Barcelony takiego
zawodnika jak Kosecki. To nie była czysta dyplomacja - już wcześniej
słyszałem, że zwrócił na mnie uwagę. Chodziła plotka, że chciał, by
Barça zaoferowała za mnie osiem milionów dolarów. Nigdy nie usłyszałem
jednak od działaczy Legii o oficjalnej ofercie z Camp Nou.
Pochwały od Holendra oczywiście sprawiły mi przyjemność, ale wracając ze
stadionu i tak byłem w podłym nastroju po przegranej. Nie miałem
pojęcia, że tego dnia czeka mnie jeszcze jedna niemiła niespodzianka.
Wysiadając z windy, zauważyłem uchylone drzwi mieszkania. Łudziłem się
jeszcze, że może to sąsiedzi, u których zostawiliśmy z żoną dzieci.
Zapaliłem jednak światło i pozbyłem się złudzeń - mieszkanie wyglądało
tak, jakby wybuchła w nim bomba. Totalny burdel, wszędzie porozrzucane
rzeczy... W salonie na stole stała niedopita butelka wódki i trzy
kieliszki.
Gdy złodzieje skończyli robotę, rozlali alkohol i zaczęli oglądać mecz
Legii z Barceloną. Absurd. Przyjechali milicjanci i z miejsca zabrali
się do tropienia sprawców, zaczynając od bardzo inteligentnych pytań:
- Nie wie pan, panie Kosecki, kto pana okradł?
- Wiem. Sędzia na Camp Nou, bo nie uznał mi prawidłowej bramki. Jak tak
ma wyglądać wasze śledztwo, to lepiej od razu stąd wyjdźcie!
W czasie gry dla Legii miałem jeszcze jeden nieprzyjemny incydent. Gdy
mieszkałem na Pradze, często chodziłem na bazar Różyckiego, żeby zjeść
świetne flaczki albo pyzy z mięsem i wypożyczyć kasety VHS. Nieraz
patrzyłem z boku, jak miejscowe cwaniaczki ogrywają w karty postronnych
ludzi, skubiąc ich na kasę. Mechanizm zawsze był ten sam: gdy "obcy"
zaczynał wygrywać, cwaniaczki na hasło "bomba" wywracali wszystkie stoły
i spieprzali, krzycząc na cały bazar, że jedzie milicja, choć oczywiście
żadna nyska nie nadjeżdżała. Któregoś dnia karki zaczęły patrzeć na mnie
spod byka i szybko zdałem sobie sprawę, że raczej nie jest to
zaproszenie do gry w karty. Otoczyło mnie kilka osób:
- Koleżko, co tam masz w uchu?
- Kolczyk. Jakiś problem?
- Zdejmuj to gówno.
- Nie zamierzam.
- To ci pomożemy.
Z kilkoma naraz radziłem sobie na boisku, ale wiedziałem, że na bazarze
to nie przejdzie i dostanę oklep. Kiedy już na mnie ruszali, ktoś rzucił
jednak: "Zostawcie chłopaka, on gra w Legii". Cwaniaczki nagle
stwierdzili, że jestem spoko gość i jednak nie będą mnie bić. Miałem
sporo szczęścia.
Niestety historia z obrobieniem mojego mieszkania nie kończy się happy
endem. Sprawę szybko umorzono, a ja musiałem sprzedać poloneza i kupić
sobie malucha, żeby wyjść na prostą. Całe szczęście, że mieliśmy z Jadzią pochowane dolary w mieszkaniu.
Jeśli zastanawiacie się, jakim cudem gwiazda ligi mogła po takiej akcji
wpaść w kłopoty finansowe, pamiętajcie, że to były zupełnie inne czasy.
W latach 80. i pierwszej połowie lat 90. organizacyjnie mocno kulał
prawie każdy klub, dotyczyło to także Legii. Broń Boże, nie była to wina
działaczy, bardziej skutek sytuacji politycznej i tego, że znaleźliśmy
się w erze transformacji.
Młodsi kibice mocno by się zdziwili, widząc, jak wyglądała kiedyś
rzeczywistość w Legii. Czasem trenowaliśmy na Fortach Bema w błocie po
kostki. W zimie ćwiczyliśmy w grubych zielonych spodniach i wojskowych
dresach. Po sprzęt chodziło się do legendarnej magazynierki, pani
Lucyny, z którą nie było dyskusji.
- Skąd ja ci, kurwa, spodenki wezmę?! Dobra, masz tutaj jedne. Jeszcze
Kazek Deyna w nich grał, ale powinny być dobre.
Doktor Machowski, który przez lata opiekował się zawodnikami Legii,
dwoił się i troił, bo dostawał pięć opakowań żelu Reparil na cały rok.
Jeździł do kościoła po dary dla potrzebujących i brał od księdza
preparaty lecznicze. Nie chcę, żebyście odebrali to w kategoriach
narzekania. Nie znaliśmy świata, w którym piłkarze mają wszystko
podstawione pod nos, więc gdy usłyszało się wiązankę od Lucyny, nikt się
nie żalił. Wiedzieliśmy, że trzeba zacisnąć zęby i zapieprzać.
Potrafiliśmy przeciwstawić się Barcelonie, a w lidze szło nam jak po
grudzie. Mieliśmy za wąską kadrę. Ktoś złapał kartkę, inny wyleciał z powodu kontuzji i od razu robił się problem. Cały czas brakowało kropki
nad i, co rodziło sporą frustrację. Atmosfera w klubie bardzo się
popsuła. Po treningu każdy od razu wsiadał do samochodu i wracał do
domu, w szatni porobiły się grupki. Kibice i dziennikarze jechali z nami
coraz mocniej. Cztery dni po rewanżowym meczu z Barceloną ograliśmy 1:0
Zawiszę Bydgoszcz, ale nikt nie skakał pod sufit.
Przytaczam fragment relacji z meczu z "Przeglądu Sportowego": "Dziady,
dziady! Gdzie jest prawdziwa Legia? - takimi okrzykami kibice żegnali
piłkarzy stołecznej jedenastki po ich niedzielnym występie przeciwko
Zawiszy. Szczytem wszystkiego był rajd Koseckiego (połączony z żonglerskimi popisami) w kierunku... własnej bramki. Skończyło się na
podaniu piłki Maciejowi Szczęsnemu".
Kapera też nie wytrzymywał: "Chciałbym chociaż raz w życiu zajrzeć do
głów piłkarzy - co myślą, o co im właściwie chodzi". Ja sam w rozmowach
z dziennikarzami też nie zamierzałem gryźć się w język. "Ludzie na mnie
gwiżdżą, a ja daję z siebie wszystko. Czasem odnoszę wrażenie, że po
prostu nie znają się na piłce, bo gwiżdżą nawet wówczas, gdy wygrywamy.
Wiosną zamierzam udowodnić, że stać mnie na wielką grę. Chcę wyjechać za
granicę" - mówiłem facetowi z "Piłki Nożnej".
Byłem w podłym nastroju, a w dodatku mało brakowało, by pierwsza część
rozgrywek zakończyła się wielkim skandalem ze mną w roli głównej.
Wracając z wyjazdowego meczu przeciwko Lechowi Poznań, wypiłem piwo. W Warszawie przesiadłem się do swojego auta. Ostro grzałem, gdy nagle przy
skręcie na Piaseczno zobaczyłem przed sobą ciężarówkę. Od razu dałem po
hamulcach, ściąłem znak i walnąłem w słup. Choć bolało mnie całe ciało,
wyszedłem z samochodu, próbując ochłonąć i ułożyć jakiś plan działania.
Zanim jednak doszło do mnie, co tak naprawdę się wydarzyło, zobaczyłem
na horyzoncie milicyjną nyskę. Wiedziałem już, że mam przerąbane. Oczami
wyobraźni widziałem nagłówki gazet o gwieździe Legii Warszawa, która
wsiadła za kółko pod wpływem alkoholu. Tymczasem z nyski wyłoniło się
dwóch panów w mundurach i nagle usłyszałem:
- A co to się, Romeczku, podziało?
Okazało się, że tego dnia służbę miał mój kolega z Konstancina.
Odpowiedziałem, że zwyczajnie wpadłem w poślizg, i nawet nie dmuchałem w balonik. Zamiast mnie zatrzymać, milicjanci wsadzili mnie do nyski i...
odholowali auto do mojego garażu. Życzyli mi powodzenia w następnej
rundzie, zasalutowali i się zawinęli.
- Widzisz, Jadzia - opowiadałem żonie - są jeszcze dobrzy ludzie na tym
świecie. A mówiąc poważnie, oczywiście uważam dziś, że siadając za
kierownicę po piwie, zachowałem się jak idiota. Musiało minąć trochę
czasu, zanim zdałem sobie sprawę, że nie jestem wielkim panem piłkarzem,
który może robić, co mu się podoba i nie poniesie żadnych konsekwencji.
Wtedy nikt z klubu nie dowiedział się o moim wypadku, ale i tak
niespecjalnie mnie to pocieszało.
Skończyliśmy sezon na siódmym miejscu. Kapera jeszcze w trakcie
rozgrywek uznał, że jego czas na Łazienkowskiej dobiegł końca. Czarę
goryczy przelała porażka z Olimpią Poznań. Szkoleniowiec grzmiał po
meczu, że mimo 51 lat zagrałby lepiej od nas, a po kilku dniach odszedł.
Jak to sam zwykł mawiać, "poszedł w pierdziut" i tyle go widzieliśmy.
Sezon w roli pierwszego trenera dokończył Lucjan Brychczy. Napisał on w swojej książce, że do zwolnienia Kapery przyczyniła się w bardzo dużym
stopniu wspomniana już grupa Lambada, myśląca nie tylko o grze w piłkę.
Każdy w szatni wiedział, że z niektórymi zawodnikami trener zupełnie się
nie dogaduje, więc w słowach Brychczego jest zapewne sporo racji.
Jeśli mieliśmy jeszcze jakieś nadzieje na tytuł, rozwiał je ŁKS Łódź w 26. kolejce. Dwa dni przed tym spotkaniem na ślubnym kobiercu stanął
Jacek Cyzio. Wiadomo, że na wesele kumpla trzeba iść, więc zamieniliśmy
koszulki z "elką" na garnitury i ruszyliśmy na parkiet. Andrzejowi Łatce
najwyraźniej było mało, bo chyba jako jedyny z zespołu poszedł także na
poprawiny, które kończyły się kilkanaście godzin przed pierwszym
gwizdkiem. Niedługo po imprezie zjawił się na zbiórce w średnim stanie,
ale Brychczy najwyraźniej tego nie zauważył i wystawił go w pierwszej
jedenastce. Jeśli ktoś łudził się jeszcze, że alkohol zdążył już
wyparować z organizmu Andrzeja, pod koniec meczu "Łata" rozwiał
wątpliwości. Przejął piłkę i ruszył na bramkę, tyle że... naszą. Patrzymy
po sobie, zastanawiając się, co on wyprawia?! Zawodnicy ŁKS-u tak samo.
Łatka składał się już do zagrania w pole karne Szczęsnego, ale ktoś mu
krzyknął, że pomylił bramki i w ostatniej chwili się ogarnął. Jakby tego
było mało, później dziennikarze dali mu najwyższą notę, a z resztą
zespołu strasznie pojechali, bo przegraliśmy 0:1.
Po porażce z ŁKS-em prowadzący w tabeli Lech Poznań odskoczył na pięć
punktów i dotarło do nas, że tytuł znów zaczyna odjeżdżać. Na osłodę po
raz kolejny został nam Puchar Polski - tym razem w finale bez problemów
uporaliśmy się z GKS-em Katowice, wygrywając 2:0. Mecz trwał co prawda
90 minut, ale nie obyło się bez "dogrywki". Po końcowym gwizdku nasi
kibice próbowali wbiec na boisko. Do akcji w porę wkroczyła policja i ich spałowała.
Mówiło się, że zdobyty puchar nie do końca spodobał się naszym
działaczom. Po odejściu Kapery wypłaty i premie zostały zamrożone.
Klubowa kasa świeciła pustkami, a tymczasem za pokonanie Gieksy obiecano
nam 300 mln zł. Poradzono sobie z tym w najprostszy sposób. Zbyszek
Kaczmarek przeszedł do Auxerre, a my mogliśmy ruszyć po należne nam
pieniądze.
Od sezonu 1990/91 trenerem Legii został Władysław Stachurski, który
oczyścił atmosferę. Cały czas powtarzał, że jak nie będziemy zapieprzać,
tylko balować, skończymy jak "te malynowe nosy pod budką nad Wisłą".
Rządził twardą ręką. Zamiast krzyczeć na zawodników, wolał na nas
gwizdać, ale delikatnie daliśmy mu do zrozumienia, że pogwizdywać to on
sobie może na dziewczyny, a nie na piłkarzy. Asystent Stachurskiego,
Ryszard Kosiński, ostro jechał:
- Kosa, zapieprzaj do tyłu! Trzeba się wrócić!
- Ja? A myśli pan, że w Argentynie taki Caniggia wraca do obrony?
- Nie, ale Caniggia strzela po 20 goli w sezonie, a ty nie, więc ruszaj
dupę!
Przed sezonem 1990/91 powiedzieliśmy sobie, że celem numer jeden jest
pokazanie się w europejskich pucharach. Kierownictwo klubu chciało
załatwić Stachurskiemu nowych zawodników i pewien generał z Warszawskiego Okręgu Wojskowego wpadł na idiotyczny pomysł, o czym
opowiadał Lucjan Brychczy. Otóż pan generał wymyślił sobie, że trzeba
testować pod kątem gry na Łazienkowskiej żołnierzy: 50 kilometrów biegu
z ciężkim plecakiem, finisz w masce przeciwgazowej. Ten geniusz
tłumaczył, że jeśli ktoś przejdzie taki test, można go brać do zespołu,
bo przecież piłka nożna to bieganie. Na szczęście Stachurski miał swój
rozum i wyśmiał ten pomysł.
W Pucharze Zdobywców Pucharów zaczęliśmy od pyknięcia luksemburskich
przebierańców ze Swiftu Hesperange. Najpierw powieźliśmy ich na
Łazienkowskiej. Potem przyjechaliśmy na ich malutki stadionik, na którym
atmosfera przypominała niedzielny piknik. Dwa razy ograliśmy ich 3:0. Na
szczęście to nie były jeszcze czasy, w których Legia męczy się z zespołem z Gibraltaru albo kompromituje się z jakimś Dudelange, a później pseudoeksperci trąbią w pięknych studiach TV, że dzisiaj nie ma
już słabych drużyn. W latach 90. Legia nie miała prawa męczyć się w Luksemburgu i się nie męczyła.
Wiedzieliśmy, że ze szkockim Aberdeen, które na nas czekało, nie będzie
już przelewek. Sztab szkoleniowy załatwił nagrania VHS z meczami rywala,
ale okazało się, że w klubie nie ma magnetowidu. Na szczęście do akcji
wkroczył kierownik Boguś Łobacz, który pożyczył od znajomego odtwarzacz
oraz kolorowy telewizor. Kosiński przygotował analizę przeciwnika i podpowiedział, że Aberdeen ma stopera, który nie potrafi grać lewą nogą.
Tymczasem facet tą lewą nogą rzucił kilka piłek na sześćdziesiąt metrów
co do centymetra - taka to była analiza. Zresztą od początku mówiłem, że
zamiast oglądać Wyspiarzy na wideo, lepiej wysłać im pocztą kilka kaset
z meczami Legii, żeby zobaczyli, jak fajnie gramy w piłkę.
Tego, co przygotowali dla nas Szkoci, nie mogliśmy obejrzeć w żadnym
materiale. W szatni mówiłem do chłopaków, że idziemy na wojnę. Ze
stadionu dochodziły już okrzyki kibiców i dźwięki dud. Gdy wyszliśmy na
murawę, zrobiła się taka wrzawa, że nie mogliśmy wymienić kilku zdań, bo
jeden nie słyszał drugiego. Przed trybunami stały bandy reklamowe
zrobione z cienkiej blachy. Przy każdym udanym zagraniu swoich piłkarzy
Szkoci walili w nie pięściami. To była prawdziwa bitwa, co chwilę
trzeszczały kości. Już w pierwszym kwadransie szkoccy drwale załatwili w powietrznym pojedynku Leszka Pisza. "Piszczyk" dostał potężną bombę, po
której przez kilka minut leżał na murawie, nie dając oznak życia. Mimo
ciężkiego nokautu Leszek podniósł się z desek i próbował walczyć, ale
nie do końca chyba się już orientował, gdzie jest. Zrobiło się poważnie.
Szybko zapadła decyzja, że Pisz jedzie do szpitala. Diagnoza:
wstrząśnienie mózgu. Boguś Łobacz opowiadał później, że gdy pojechał
odwiedzić Pisza, Leszek wyglądał, jakby zderzył się z pociągiem
pospiesznym - na fioletowej twarzy trudno było wskazać, gdzie jest nos,
a gdzie oko.
Maciek Szczęsny błysnął kilka razy w bramce i dzięki temu wywieźliśmy z pola bitwy cenne 0:0. Najbardziej byłem dumny nie tyle z samego wyniku,
ile z tego, że nie pękliśmy. W rewanżu Aberdeen załatwił Krzysiek
Iwanicki, który pod koniec meczu wsadził bramkarzowi gola lobem.
Jeszcze przed przerwą zimową dołączył do nas Wojtek Kowalczyk, który
wszedł do szatni Legii razem z drzwiami. Kiedy zobaczyłem go w pierwszej
gierce wewnętrznej, od razu się zorientowałem, że chłopak ma w sobie to
coś. Był pewny siebie, a jednocześnie słuchał moich rad i rozumiał, czym
jest hierarchia. Opowiadał, że oglądał moją grę z trybun Żylety.
Wiedziałem już, że żegnam się z Łazienkowską i traktowałem "Kowala" jako
swojego następcę. Symboliczne przekazanie pałeczki nastąpiło w ostatnim
meczu jesieni, z Zagłębiem Wałbrzych w Pucharze Polski. Wygraliśmy 3:1,
a Wojtek zdobył debiutancką bramkę po moim podaniu. Gdy nasz autokar
obrał kurs na Warszawę, rozpoczął się bal. "Kowal" siedział grzecznie z przodu, ale kiedy zawołaliśmy młodego, żeby wypił z nami piwko po swoim
pierwszym golu, ruszył jak po swoje. Trenerzy udawali, że nic nie widzą
i nie słyszą, w końcu kolejny mecz mieliśmy rozegrać dopiero za trzy i pół miesiąca. Cóż, podróż była bardzo wesoła...
Niedługo później, już jako piłkarz Galatasaray, przyleciałem do Warszawy
przy okazji meczu kadry i zorganizowałem imprezę pożegnalną w klubie
Remont. Legia już beze mnie wyeliminowała Sampdorię Genua, więc w ramach
gratulacji dałem każdemu z chłopaków złoty łańcuszek z grawerką. Wziąłem
mikrofon do ręki i powiedziałem, że na Łazienkowskiej nadchodzi czas
"Kowala". Kochałem Legię, ale wiedziałem, że zostawiam drużynę w dobrych
rękach. Mogłem ze spokojną głową i siatką pełną pieniędzy wrócić nad
Bosfor.