PŁOWDIW, XXI WIEK
Upał i kurz. Kurz i upał. Przeklęte miasto.
Nie, nie przeklęte. Przecież je kochasz, Margarito. Nieprawda. Kochałam
je kiedyś, zanim mnie wchłonęło i wypluło. Nieprawda, Margarito. To
Angeł najpierw cię wchłonął, a potem wypluł. Miasto nie miało z tym nic
wspólnego. No dobrze, kocham je. Zadowolona?
Zadzwonił telefon, pewnie służbowy, bo bułgarski numer, muszę odebrać.
- Margarita Nowak, słucham...
- Cześć, Gitka, jak spałaś?
Spałam mocno i śnił mi się Angeł, którego niby wyrzuciłam z pamięci
przed ośmioma laty. Na szczęście nic nie mówił, siedział tylko i patrzył
z uśmiechem na twarzy pokrytej modnym wtedy zarostem.
- Dziękuję, dobrze spałam. Kiedy mam przyjść?
W moim głosie zabrzmiała niechęć. Musiał ją wyczuć, bo się zawahał. Co
myślał? Że tęsknię za starymi przyjaciółmi z podwórka albo dawnymi
kolegami z wydziału archeologii? Że tęsknię za nim, zawsze roześmianym,
a do tego najmilszym i najbardziej koleżeńskim Bułgarem, jakiego
poznałam w tym cholernym mieście? Nie mylił się, tęskniłam za nim, ale
nie widziałam go osiem lat. I miałam opory przed pierwszym spotkaniem.
- Wiesz, Gitka... Chciałbym, żebyś przyszła zaraz. Przecież nie będziesz
się aklimatyzować ani robić innych takich głupot, co?
Tylko Dimityr Paunow, starszy oficer wydziału kryminalnego w Płowdiwie,
mówi do mnie Gitka. Nienawidzę swojego imienia. Margarita... Matka musiała
zwariować, skoro wybrała właśnie to. Kiedy byłam mała, inne dzieci
naśmiewały się z niego. Często podczas zabawy w piaskownicy odnosiłam
wrażenie, że mnie zatłuką łopatkami. Próbowałam kłamać, że mam na imię
Małgosia. Gdyby w papierach napisano "Małgorzata Nowak", mogłabym być
inną osobą. A na wakacjach w Bułgarii przedstawiałabym się jako
Margarita. Wszyscy byliby zadowoleni.
- Gitka, usnęłaś?
- Dobrze, Dimityr, w porządku, zaraz będę. Mam przyjść na komendę?
- Za pół godziny czekam na ciebie przed Dżumają. Pójdziemy od razu na
miejsce, gdzie znaleźliśmy ciało, dopiero potem na komendę.
Wynajęli mi kwaterę w centrum Płowdiwu, przy ulicy Georgiego
Benkowskiego. Sypialnia, hol, kuchenka, łazienka z toaletą, ale, co
częste w Bułgarii, bez kabiny prysznicowej - po prostu słuchawka
zwisająca ze ściany. A jednak w ogóle mnie to nie zdenerwowało. Mogłabym
się wkurzyć, gdyby zamiast sedesu była laminowana dziura w podłodze.
Tego w tym kraju nienawidzę: załatwiania się w kucki, jak w lesie. Brr.
Szybko włożyłam cienkie, luźne spodnie i białą bluzkę z krótkimi
rękawami. Już poprzedniego dnia wybrałam ten zestaw na pierwsze
spotkanie. Chciałam zrobić dobre wrażenie po latach, a jednocześnie
wyglądać tak, jakbym się nie przejmowała.
Dimityr wcale nie stał przed meczetem, tylko siedział w kawiarni i pił
kawę. No tak, mogłam się tego spodziewać. Podeszłam, uśmiechnęłam się po
dawnemu, przyjrzałam mu się uważnie. Zerwał się z miejsca. Trochę
zmężniał, poza tym nic się nie zmienił. Wysoki, ciemny, przystojny.
Ładne zęby i wesołe oczy. Musiał mieć wiele kobiet przez te lata.
- Gitka! - Zagwizdał z podziwem. - Piękna jesteś.
W tym kraju się gwiżdże: to komplement. I wiedziałam, że szczery.
- Nic się nie zmieniłeś. - Usadowiłam się na chybotliwym stołeczku. -
Może jesteś szerszy w barach. Ale tylko trochę.
Podeszła kelnerka.
- Przedłużone espresso - zamówiłam. - I szklankę wody z kranu.
Pokręciła głową. Oni tak mają. Kiwanie głową oznacza "nie", kręcenie -
"tak". To pozostałość z czasów zaboru tureckiego. Kiedy Turek
przystawiał Bułgarowi nóż do gardła i pytał, czy przyjmie islam, "tak"
oznaczało życie, "nie" - śmierć. Dlatego Bułgarzy wymyślili odwrotny
kod, aby i przeżyć, i zachować wiarę.
- Jadłaś coś? - zapytał z troską Dimityr, kiedy sączyliśmy kawę. -
Przepraszam, że cię poganiałem, ale cisną nas ze śledztwem. Na śniadanie
masz jednak czas. Mizerna jesteś. Dopilnuję, żebyś jadła.
- Lepiej, żebym nie zaczęła jeść banic ani milinek - odparłam z przekąsem. - Ciężko pracowałam nad swoją figurą.
- Nie zaszkodzą ci na figurę. - Uśmiechnął się. - Pomożesz nam, więc
szybko się uwiniemy ze sprawą i niedługo wrócisz do siebie, do tej
twojej zimnej Polski, do której mnie nigdy nie zaprosiłaś.
Zaśmiałam się i szturchnęłam go łagodnie. Zawsze go zapraszałam do
Polski. Kiedy przerwałam studia na archeologii i wróciłam do kraju, on
jeden wiedział, dlaczego to zrobiłam. Na początku dzwoniłam regularnie,
mówiłam, jak się urządziłam, gdzie jestem, co robię, i za każdym razem
ponawiałam zaproszenie. Zawsze obiecywał, że przyjedzie. Może latem,
mówił, bo u was zimą przecież trzyma straszny mróz. Późną wiosną
stwierdzał natomiast, że latem też jest zimno, a on musi jechać nad
morze. W polskim morzu nie popływa... I tak mijały lata. Powoli zacierało
się wspomnienie naszego ostatniego spotkania na lotnisku. Zanim weszłam
do samolotu, tłumaczył mi, że nie powinnam uciekać, że robię duży błąd i żebym się zastanowiła przez wakacje, odpoczęła, a potem wróciła. Do
Bułgarii, do Płowdiwu i do niego. To ostatnie dodał z krzywym uśmiechem,
lekko zdławionym głosem. Nie wróciłam. Przeniosłam papiery na
psychologię, skończyłam ją, podjęłam pracę w szpitalu na oddziale
hematologii. Tam, otoczona prawdziwym nieszczęściem, zapominałam o urojonym własnym. Dzwoniłam również kilka razy do Kaliny, mojej byłej
przyjaciółki, ale do niej mniej chętnie, bo przecież to ona poznała mnie
z Angełem, a on wybrał ją. Kalina zaprosiła mnie na swój ślub.
Dowiedziałam się, kto jest panem młodym, i rzecz jasna nie przyjechałam.
Kalina się obraziła. Skorzystałam z pretekstu i więcej się do niej nie
odezwałam. Słyszałam, że przenieśli się do Sofii, że urodziła im się
córeczka, ale nie znałam jej imienia.
Bułgarscy archeolodzy ciągle coś wykopują: trackie i rzymskie ruiny,
amfiteatry, ostatnio nawet arenę wielką jak cała Sofia. Musieliby
zburzyć Sofię, gdyby chcieli to wszystko wyciągnąć na powierzchnię.
Kalina na pewno nie narzeka na brak pracy. Nie należała do specjalnie
zdolnych studentek, ale była szalenie ambitna, no i skończyła studia, w przeciwieństwie do mnie. W Sofii jest pod dostatkiem barów, więc Angeł
też ma na pewno dobrą pracę, świetne napiwki i kobiet na pęczki. Dimityr
nie studiował z nami, od dziecka chciał być policjantem. Świrował na tym
punkcie, choć nikt nie traktował go poważnie. "Będę łapał przestępców,
mówił, więc uważajcie". Interesował się bronią, uczył walki wręcz.
Namiętnie oglądał seriale o detektywach, bardzo lubił polskie filmy,
najbardziej Vabank.
Nasze babcie się przyjaźniły, my - siłą rzeczy - też. Dimityr
zaproponował, że zabije Angeła za to, co mi zrobił. Szkoda, że się nie
zgodziłam. Może byłabym teraz mniej zbuntowana i nieszczęśliwa? Tyle że
on nie zostałby policjantem...
Nie mieliśmy ze sobą kontaktu trzy lata. Niespodziewanie zadzwonił przed
tygodniem i od razu przeszedł do rzeczy, jakbyśmy gadali wczoraj, jakby
wiedział, że z marszu mogę się spakować, wsiąść do samolotu i przylecieć
do Płowdiwu, bo wiodę życie nijakie i bez celu.
- Hej, Gitka, ja w sprawie tego morderstwa, wiesz...
W teatrze antycznym w Płowdiwie pewnego czerwcowego poranka znaleziono
nagie zwłoki mężczyzny pokryte dziwnymi symbolami. Przy zwłokach nie
było żadnych dokumentów. Co ciekawe, ciało rozpięto na krzyżu wykonanym
z dużą pieczołowitością, a głowę odcięto i położono na tacy umieszczonej
obok krzyża. Sekcja wykazała, że mężczyznę otruto. Bułgaria, piąte koło
u wozu Unii Europejskiej, nagle stała się tematem numer jeden we
wszystkich telewizjach na świecie. Najpierw morderstwo powiązano z terrorystami ze względu na to, że ofierze odcięto głowę. Wiadomo, takie
mamy czasy. Szybko jednak tę hipotezę porzucono. Terrorysta raczej
wysadziłby się podczas jednego z letnich przedstawień operowych, niż
robił widowisko z ukrzyżowaniem. A kiedy zidentyfikowano ofiarę, sprawa
przestała być jedynie bułgarska. Śledziłam doniesienia prasowe i programy telewizyjne. Ofiarą okazał się Przemysław Tarkowski, biznesmen
z Warszawy, eksposeł na sejm, działacz społeczny, kawaler. Stąd telefon
do mnie. Najpierw od Dimityra, potem z bułgarskiej ambasady w Warszawie,
następnie z polskiej ambasady w Sofii, wreszcie z Ministerstwa Spraw
Zagranicznych i Komendy Głównej Policji, z którą współpracowałam kilka
razy, kiedy moi nieletni pacjenci narozrabiali.
- Chcą zatrudnić kogoś z Polski, to jasne. Od razu pomyślałem o tobie -
stwierdził z naciskiem Dimityr.
- Dlaczego o mnie?
Nie kryłam zdziwienia. Nie widzieliśmy się od ośmiu lat, nie słyszeliśmy
od trzech i przysięgam, nie przyszło mi do głowy, że wpadnie na pomysł,
abym to ja pomagała im w śledztwie. Zresztą nie wiedziałam, że to on je
prowadzi. W czym miałabym być przydatna? Przecież porzuciłam
archeologię.
- Zastanawiałem się, czy nie zadzwonić do Dana Browna, tylko nie miałem
jego numeru. No i podejrzewam, że on by mi nie pomógł tak jak ty.
Studiowałaś archeologię, pasjonujesz się Rzymem i Tracją, skończyłaś
psychologię, mówisz po bułgarsku, a ofiara to Polak znaleziony w bułgarskim teatrze antycznym...
- Rozumiem - przerwałam mu. - Co niby miałabym robić? Nie macie u siebie
specjalistów od kultury rzymskiej i trackiej? Przecież już nic nie
pamiętam ze studiów, potem zajmowałam się czymś innym.
- Przyjedź i pomóż w przesłuchaniach. Utknęliśmy w martwym punkcie, nic
do siebie nie pasuje. Koszmarna sprawa. Z jednej strony nas naciskają, z drugiej jakby zapominają o tym biedaku. W Polsce nie miał rodziny, w Bułgarii też nikogo. Z Polakami w ogóle nie możemy się dogadać.
- Co miałabym u was robić? - Konsekwentnie domagałam się odpowiedzi.
Serce biło mi szybko, poczułam dawny lęk. Przyjadę do Płowdiwu i co
dalej? Chcę tam pojechać czy nie chcę? I co powie na to moja matka?
"Problem z tobą, Margarito, polega na tym, że nie wiesz, czego chcesz, i na domiar złego nie masz pojęcia, czego nie chcesz. Użalasz się nad sobą
nieustannie. Czego się boisz?"... Niczego się nie boję, ja tylko...
- Przybliżyć nam Trację, znaleźć jakieś powiązania między tym Polakiem a teatrem antycznym. Nasza psycholożka jest bezradna, chociaż to mądra
kobieta. Wiem, że trochę współpracowałaś z policją w Polsce. - Jego głos
był mocny, odrobinę natarczywy.
W końcu obiecałam, że się zastanowię. "Właściwie czemu nie", pomyślałam.
Zaskoczyła mnie stanowczość tej myśli. Wrócić do Płowdiwu, zobaczyć
ruiny, pić bozę, jeść banicę, chodzić do ogrodów cara Symeona. Odciąć
się od przeszłości. Nie bać się, że spotkam Angeła. Przecież on jest w Sofii.
- Naprawili śpiewające fontanny - kusił Dimityr.
- Ty draniu! - Roześmiałam się w słuchawkę. - Masz mnie!
Uwielbialiśmy je jako dzieci. W ogrodzie cara Symeona wieczorem włączano
fontanny, a my patrzyliśmy na nie z rozdziawionymi buziami. Strugi wody
strzelały pod niebo przy akompaniamencie muzyki, mieniąc się wszystkimi
kolorami tęczy. Mogłam je oglądać codziennie. Później fontanny przestały
śpiewać i niszczały pełne śmieci. Uznałam je za symbol swojego życia i historii z Angełem. Naprawdę je teraz naprawili?
- Nie okłamujesz mnie? - Chciałam się upewnić.
- W sprawie fontann nigdy bym cię nie okłamał. Słowo pioniera. To co?
Mam uruchamiać procedury?
Zaczęłam się pakować i załatwiać sprawy. Wzięłam bezpłatny urlop w szpitalu, co nie spotkało się z entuzjazmem, bo akurat druga psycholożka
też była na urlopie. Nawet nie pomyślałam o tym, że we wrześniu kończy
mi się umowa, więc po powrocie mogę nie mieć pracy. Przeprowadziłam
dramatyczną rozmowę z ojcem i nieco mniej dramatyczną z matką.
Spakowałam książki, które mogłyby mi się przydać, i parę płyt ukochanego
Cohena. Po kilku dniach wylądowałam w Sofii, złapałam pociąg do Płowdiwu
i oto jestem. Gotowa pomagać w śledztwie dotyczącym Polaka zamordowanego
w Bułgarii i przerażona bliskością miasta, które tak długo było moim
domem, a potem wypluło mnie niczym wyżutą gumę.
Dimityr zawołał kelnerkę i zapłacił za nas oboje. Nie zaprotestowałam.
Kawa jest tu dobra i tania. Zresztą to on mnie zaprosił.
- Witaj w Płowdiwie. Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że znów tu
jesteś.
Nie mogłam odpowiedzieć, bo ściskało mnie w gardle. Wspinaliśmy się
ulicą Saborną. Oglądałam kolejne budynki. Jedne odrestaurowane i odmalowane wyglądały pięknie. Inne były w ruinie: puste, z dziurami w ścianach, wybitymi szybami i bluszczem porastającym wnętrza. Pewnie
starzy ludzie, którzy tu mieszkali, umarli, a spadkobiercy nie zrzekli
się swoich praw, lecz nie stać ich na remont. Przy domu poety
Lamartine'a skręciliśmy. Amfiteatr był blisko. Serce mi waliło.
Przybiegałam tu, żeby spotkać się z Angełem. Jego rodzice mieszkali
niedaleko, na ulicy Pyldin. Oni na piętrze, babcia na parterze. Tyle
razy mijałam dom Lamartine'a, zanim Angeł wreszcie dostrzegł, że
istnieję.
- Chyba już o nim nie myślisz? - zagadnął Dimityr. - Minęło tyle lat.
Zresztą nie stało się nic naprawdę złego.
Zależy, jak się rozumie "coś naprawdę złego". Rzeczywiście nie powinnam
myśleć o kimś, kto przed ośmioma laty zniknął z mojego życia. No i gościł w nim niezwykle krótko. Naprawdę nie ma powodu, żebym...
- Pomyślałam. Przecież on tu mieszkał... - wymamrotałam. - To chyba
naturalne.
- Wiesz, dlaczego pytam. - Dimityr potknął się na bruku.
- Uważaj! - Zareagowałam odruchowo. - Te kamienie mają tysiące lat, nie
zniszcz ich. Też zdarza mi się czasem o nim myśleć w takim sensie, o jaki pytasz.
- Jakie tysiące? To poczciwe socjalistyczne kamyczki... - zamruczał pod
nosem, ale przeszliśmy ze środka ulicy na chodnik. Różnica była
niewielka. Kamienne płyty leżały nierówno i należało patrzeć pod nogi,
żeby o którąś nie zawadzić. - Lepiej nie myśleć za dużo.
- I zobacz, jak skończyłeś - rzuciłam złośliwie. Minęliśmy sklep ze
starymi blaszanymi tabliczkami: "Ostrożnie, prąd", "Woda niezdatna do
picia", "Uwaga, zły pies". - Jestem kobietą, więc czasem myślę więcej
niż ty.
Wzruszył ramionami. On pewnych spraw nie zrozumie. Ja też nie. Może
gdybym nie rzuciła wszystkiego i nie wróciła do Polski, moje życie
potoczyłoby się inaczej. Poznałabym kogoś, założyła rodzinę, urodziła
dzieci. Rozpamiętywanie przeszłości to cecha archeologa.
- Wejście za opłatą. - Ładna dziewczyna uśmiechnęła się do nas.
Dimityr pokazał legitymację policyjną. Dziewczyna spoważniała, jakby nie
mogła się uśmiechać przy oficerze. Otworzyła barierkę i weszliśmy do
amfiteatru.
* * *
Kazał go wznieść około roku setnego po Chrystusie rzymski cesarz Trajan
na południowym zboczu jednego ze wzgórz Płowdiwu. Samo miasto jest
znacznie starsze, zostało założone przez Traków. Filip Macedoński,
ojciec Aleksandra, zbudował jego potęgę prawie dwa i pół tysiąca lat
temu i nazwał je swoim imieniem - Filipopolis.
Wodziłam wzrokiem po trzech i pół tysiącu miejsc amfiteatru zwróconych
na południe ku starożytnemu centrum miasta i Rodopom. To jeden z najlepiej zachowanych i - rzecz jasna - najstarszych teatrów rzymskich
na świecie. Przychodziłam tu mnóstwo razy, zwykle z Dimityrem, babcią, z koleżankami, nigdy z Angełem. Z Angełem właściwie nigdzie nie chodziłam.
Był typowym bułgarskim chłopakiem, barmanem w Trimoncjum, tutejszej
kultowej knajpie. Studentka archeologii mu nie imponowała. Ciekawe, czy
teraz mu imponuje żona pracująca przy wykopaliskach. Może się roztyła po
urodzeniu dziecka i on się jej wstydzi albo zdradza ją jak dawniej...
Przestań, Margarito. Ledwie przyjechałaś, a już wydziwiasz.
- Gdzie go znaleziono? - spytałam, żeby odegnać niepotrzebne myśli.
Dimityr spojrzał ironicznie.
- Wiem, że na proscenium, ale chcę, żebyś dokładnie mi pokazał. Po to tu
przyszliśmy, prawda? W przeciwnym razie mogłam poprzestać na oglądaniu
zdjęć.
- Masz rację.
Zeszliśmy stromymi kamiennymi schodkami. Scenę zbito z desek, między
kolumnami prześwitywało miasto tonące w słońcu.
- Tu. - Dimityr wskazał miejsce. - Dokładnie tu stał krzyż. Obok taca.
Jak widziałaś na zdjęciach, głowa była zwrócona prosto na wejście.
- Przytargali go przytroczonego do krzyża czy załatwili to na miejscu?
- I to jest najciekawsze. Ukrzyżowano go wcześniej. Dokładnie na
podobieństwo ukrzyżowania Chrystusa. Żelazne gwoździe ważą po pół
kilograma każdy. Wbito je między ścięgna, fachowo, a nie tak, jak się
czasem przedstawia na ikonach, symbolicznie w środek dłoni. Stopy
skrzyżowano tak jak u Chrystusa, prawą na lewej.
- Czyli najpierw gościa otruto, potem odcięto mu głowę, ukrzyżowano go,
przywieziono i postawiono na wspornikach dokładnie na orchestrionie.
- Jeszcze namalowali mu te złote obrazki, z powodu których tu jesteś.
- Jeśli o nie chodzi...
Kompletnie nie wiedziałam, co znaczą, stanowiły bowiem dziwaczną
mieszankę głagolicy, cyrylicy oraz symboli egipskich, trackich i greckich.
- Masz jakąś koncepcję? Przynajmniej wstępną?
Miałam wiele koncepcji, niestety nadawały się raczej do scenariusza
amerykańskiego filmu klasy C niż do ujawnienia podczas konsultacji z oficerami wydziału kryminalnego.
- Jakieś tam mam - mruknęłam wymijająco.
- Świetnie. - W jego głosie aprobata łączyła się z ironią. Być może
starał się odgadnąć, czy "wiem, ale nie chcę powiedzieć", czy raczej
"wiem, że nic nie wiem".
- Dimityr, chyba się wam nie przydam. Przecież nie mam pojęcia...
Cóż za idiotyczny pomysł z tym przyjazdem! Jeśli już chciałam wrócić,
nie musiałam załatwiać sobie papierów z ministerstwa.
- Zapomniałem, jaka jesteś. - Roześmiał się. - Zlepek niepewności i wątpliwości. Moja Gitka... A ja, zamiast zaprosić cię tutaj na rakiję i fontanny, funduję ci trupa bez głowy przybitego do krzyża.
Kątem oka zauważyłam dziewczynę, która wpuściła nas do amfiteatru. Stała
sztywno ze wzrokiem zwróconym w naszą stronę. A niech to, ale z nas
kretyni. Przecież jesteśmy w miejscu zaprojektowanym tak, aby szept ze
sceny był słyszalny nawet w ostatnim rzędzie widowni. Dimityr również
się zreflektował.
- Pogadamy w kawiarni.
Wróciliśmy tą samą drogą, pożegnaliśmy uprzejmie dziewczynę i usiedliśmy
przy stoliku kawiarni sąsiadującej z amfiteatrem. Przez kraty zerkałam
na miejsce, w którym przed chwilą staliśmy, a które stało się sceną
zbrodni. Wyglądało zupełnie niewinnie. Z plakatu wynikało, że wieczorem
wystawiają tu Traviatę.
- Grają przedstawienia? - zdziwiłam się. - W miejscu popełnienia
przestępstwa?
Wzruszył ramionami.
- A co mają zrobić? Trupa zabraliśmy, życie toczy się dalej.
Show must go on.
- Nikt nie oczekuje od ciebie, że rozwiążesz zagadkę. To nasze zadanie -
zaczął, kiedy kelnerka przyniosła dwie butelki schweppsa. - Ty masz nam
pomóc. Powinniśmy skoordynować działania tutaj i w Polsce. Od tego
głównie jesteś, bo znasz oba języki.
- Czyli jeśli nie zgadnę, co znaczą malunki na ciele tego biedaka i jak
się wiążą ze sprawą, to nie będzie wstydu? - Trochę mi ulżyło.
- Naoglądałaś się filmów, Gitka. Nie będzie. Gdybyś jednak rozszyfrowała
te znaki, wszyscy bylibyśmy szczęśliwi.
Tyle że czułam się tak, jakbym oglądała film sensacyjny. Może to było
prostsze, niż się wydawało, a sposób uśmiercenia i znaki nie miały
znaczenia? Ale komu by się chciało ukrzyżować człowieka, odcinać mu
głowę i wypisywać coś na ciele, gdyby nie grał w jakąś grę?
- Jak go zidentyfikowaliście?
- Hotel zgłosił zaginięcie gościa, my mieliśmy trupa bez dokumentów.
Recepcjonistka go zidentyfikowała.
- Dobrze, że zdążył się zameldować. Zginął zaraz po przyjeździe?
Dimityr zaprzeczył ruchem głowy.
- Zrobił online rezerwację w Grand Hotelu. Trzy dni przed śmiercią
przyleciał samolotem do Sofii, na lotnisku zamówił taksówkę i przyjechał
do Płowdiwu. Zameldował się w hotelu, i tyle - wyrecytował. Widać
powtarzał te informacje po raz kolejny.
Przesiadłam się, bo oślepiało mnie słońce. Było strasznie gorąco. Może z powodu upału ten człowiek przyjechał tu taksówką?
- Przepytaliście kierowcę?
- Tak. Kurs kosztował dwieście lewów. Facet raczej nie oszczędzał.
Taksówkarz niczego specjalnego nie potrafił powiedzieć. Nie rozmawiali,
bo po jakiemu niby.
Dwieście lewów, ponad sto euro. No, ale skoro stać go było na Grand
Hotel, po co miałby się tłuc pociągiem w tym upale.
- Przyleciał klasą biznes? - spytałam, mimo że nie bardzo wiedziałam, co
mogłabym zrobić z tą informacją.
- Tak. Pierwszy wieczór spędził w barze, gdzie popijał rakiję i uśmiechał się do barmanki. Mamy jej zeznania. Też nic specjalnego. Nie
próbował jej podrywać, nie rozmawiał z nią z wiadomej przyczyny.
- Rozumiem, że pan eksposeł nie mówił w żadnym języku oprócz polskiego?
- Mówił ponoć po rosyjsku, ale niezbyt dobrze. - Dimityr wychylił
ostatni łyk napoju.
Wiele lat temu sprzedawano jeszcze schweppsy pomarańczowe i grejpfrutowe. Babcia czasem dawała mi lewa, żebym sobie kupiła. Potem
Bułgaria straciła licencję.
- Co robił drugiego dnia? - drążyłam dalej.
- Nie wiemy. Rano wyszedł z hotelu i taksówką pojechał na ulicę Główną
od strony Trimoncjum. Wysiadł w pobliżu poczty. Taksówkarz nie wie, w którą stronę poszedł. Nie rozmawiali, chociaż kierowca próbował...
Trimoncjum, tam pracował Angeł. Przestań, Margarito, kompromitujesz się.
- Tylko że trafił na ścianę - dopowiedziałam.
- Właśnie... Próbował poradzić sobie za pomocą decybeli, ale w końcu
odpuścił.
Śmieszne. Niektórzy uważają, że wystarczy mówić głośniej, by
obcokrajowiec zrozumiał.
- Nasz eksposeł wrócił do hotelu około siedemnastej i nie wychodził aż
do dziewiętnastej. Potem znów spędził wieczór w hotelowym barze.
Obsługiwała go inna barmanka. Z nią też nie rozmawiał i nie uśmiechał
się do niej tak uroczo jak do tej poprzedniej.
- Miał jakiś powód? Wydawał się smutny, zdenerwowany?
- Ona nie odniosła takiego wrażenia. Raczej skupiony albo zamyślony.
Może po prostu nie była w jego typie. Wypił dwie rakije i poszedł do
pokoju. Następnego dnia powinien był go zwolnić. O dwunastej piętnaście
zadzwoniła do niego recepcjonistka, bo skończyła się doba hotelowa. Nikt
nie odebrał. Wtedy obsługa weszła do pokoju. Na środku stała prawie
spakowana walizka, panował ogólny porządek.
- Ktoś widział, jak wychodził?
Dimityr rozłożył bezradnie ręce.
- Nikt. W walizce nie było piżamy, co może oznaczać, że albo porwano go
z łóżka... - Uśmiechnął się.
- Albo sypiał nago.
- Właśnie.
Wstaliśmy i zaczęliśmy schodzić w stronę Hisar Kapija, bramy, którą
można opuścić Stare Miasto od wschodu.
- Komórki nie znaleźliście?
- Nie. Mamy numer, niestety nie udało się go zlokalizować. Poza
zasięgiem.
Tak, właściciel znalazł się poza zasięgiem wszystkich i wszystkiego.
Aktualnie w chłodni.
- Żeby skończyć sprawę hotelu... Nikt go więcej nie widział.
Przesłuchaliśmy wszystkich. W większości to pracownicy zatrudniani na
czas określony. Nawet w takim dobrym hotelu rzadko można znaleźć kogoś z dłuższym stażem. Jeśli zatem pytasz, czy na tej zmianie pracował ktoś,
kto zatrudnił się w hotelu po tym, jak ofiara dokonała rezerwacji, to
odpowiem ci, że cztery osoby. Trzy sprzątaczki i kucharka. Sprzątaczki
są tureckimi Cygankami, kucharka przyjechała z Sofii. Jest wysoko
wykwalifikowana, specjalizuje się w daniach bułgarskich. Zamknęli
restaurację, w której gotowała, i od razu znalazła pracę w Płowdiwie.
Jest starszą osobą. Jej syn mieszka i pracuje w Grecji. Wydaje się poza
podejrzeniem. Podobnie jak Turczynki.
Cyganki. Zasilają w Bułgarii najniższy personel. Jeśli w ogóle pracują.
- Kto go znalazł w amfiteatrze?
- Ktoś, kto wracał z imprezy o czwartej nad ranem. Zadzwonił z komórki
zszokowany i niepewny, czy nie jest to element dekoracji do spektaklu.
- Co zaplanowano na wieczór tamtego dnia? Czy to ma jakieś znaczenie?
- Wydaje mi się, że nie. Traviatę. To taka opera.
- Jezu, Dimityr, wiem, co to jest Traviata! Rozmawialiśmy o tym, że
dziś też ją wystawiają.
Minęliśmy jakąś knajpkę.
- Tu zjemy czy idziemy na flaki przy meczecie? - rzucił Dimityr.
No tak, południe. Bułgarzy o tej porze zaczynają obiad. Potem idą do
domu na dwu-, trzygodzinną sjestę. Następnie wracają do pracy z nowymi
siłami. Wieczorem, po powrocie do domu, przebierają się i wychodzą do
miasta.
A tak mu zależało, żebym jak najszybciej zabrała się do pracy.
- Wolę tutaj.
Weszliśmy do przyjemnej restauracji. Na szczęście znaleźliśmy wolny
stolik. Usiedliśmy w ogródku. W środku działała klimatyzacja, ale jak
zawsze wolałam jeść na powietrzu. Zamówiliśmy to samo: tarator i wątróbkę po wiejsku.
- Ależ dobry - westchnęłam po spróbowaniu taratora.
- Zaledwie przyzwoity - stwierdził Dimityr. - Babcia robiła lepszy.
Twoja zresztą też.
No dobrze. Tajemnica tkwi w tym, że moja babcia Sofija i jego babcia
Stefka ucierały posiekane orzechy włoskie z czosnkiem, zanim dodały je
do jogurtu, i dorzucały mały pomidor drobno posiekany albo starty na
tarce. Ja również tak robię.
- Wątróbkę też skrytykujesz? - spytałam.
- Wątróbka akurat jest taka jak trzeba.
Ja także uznałam, że czepianie się wątróbki byłoby bezzasadne.
Uśmiechnęłam się do kelnerki. Nie pozwoliłam Dimityrowi zapłacić za
siebie.
- Jesteś gościem - zaprotestował. - A poza tym ta dama straci do mnie
szacunek.
Miałam w nosie, co pomyśli o nim kelnerka. Nie będzie mnie utrzymywał.
- No tak, teraz jesteś bardziej Polką. Niewiele w tobie zostało z Bułgarki...
Może i niewiele. Tylko to, że latami cierpiałam i tęskniłam za Angełem,
z którym przecież nie łączył mnie długotrwały i głęboki związek. To
akurat bardzo bułgarska cecha.
Wychodzimy. Znów mijamy sklep z pamiątkami i śmiesznymi napisami na
blaszanych tabliczkach. Sprzedawca siedzi na stołeczku na zewnątrz i uśmiecha się do nas. Myślałam, że to jakiś znajomy Dimityra, ale nie.
Mimo to odpowiadam mu uśmiechem. Dimityr patrzy z dezaprobatą.
- Odprowadzę cię teraz do kwatery, odpocznij sobie. Koło trzeciej
przyjdź na komisariat. Poznam cię z całą ekipą, pogadamy o śledztwie.
Wieczorem zapraszam cię do nas.
Nagle zrobiło mi się jeszcze goręcej.
- Jak to "do nas"?
Pytałam go przecież, czy jest sam. Chciałam się przygotować na widok
ewentualnej żony. Odpowiedział ze śmiechem, że się nie ożenił. Więc
jakie "do nas"?
- No do nas, do domu. Mieszkam teraz z Silwiją na Radost.
Jak mogłam o niej zapomnieć? Imię młodszej siostry wymawiał "Silwija".
Nie bawiliśmy się z nią, bo jak z maluchem młodszym od nas o osiem lat
biegać po Starym Mieście? Na ulicy Radost mieszkali ich rodzice, a babcia, obok mojej babci, na Eutymiusza Tyrnowskiego. Rano rodzice
przywozili go do babci autobusem i szli do pracy. Do Silwiji chodziła
druga babcia i pilnowała jej na miejscu.
- Nie wyszła za mąż?
- Daj spokój - żachnął się. - Studiuje. Jeszcze ma czas, żeby wychodzić
za mąż.
- Co studiuje?
- Ekonomię. Chce stąd wyjechać. Jak wszyscy młodzi ludzie.
Witaj w Bułgarii.
* * *
Upał i kurz. Kurz i upał. I te powykrzywiane płyty chodnikowe. O mało
nie straciłam zębów, kiedy się potknęłam. "Uważaj, dziewczyno, bo sobie
piękną buźkę pokiereszujesz!" - krzyknął za mną niemiłosiernie brudny
dziadek, który przysiadł na drewnianym stołku przed domem i patrzył na
przechodzących ludzi, dłubiąc pieczone pestki słonecznika.
Nie odpowiedziałam, ale i się nie rozzłościłam. Robisz postępy,
Margarito.
W drzwiach mojej kwatery siedział na taborecie Bożydar, właściciel.
Podobnie jak tamten brudny dziadek jadł słonecznik i wypluwał łuski
wprost na chodnik. Nic dziwnego, że Płowdiw jest tak strasznie brudny,
wszędzie łuski, liście, pety...
- Kwatera okej, dziewczyno?
- Jasne, wszystko w porządku.
- Chcesz czegoś? Kupić ci coś? Kobieta ma ci posprzątać?
Ta "kobieta" to jego żona.
- Przecież nie zabawię tu długo.
- Przez miesiąc nie będziesz sprzątała?
Rzeczywiście kurzy się tu okropnie. Poddałam się.
- Niech przyjdzie i posprząta, ale wystarczy raz w tygodniu. Ręczniki
chcę wymieniać co trzy dni. Gdzie tu macie pralnię?
- Kobieta ci upierze, zostaw, co chcesz. Jak powiesz, to ci i wyprasuje.
- Gdzie znalazłeś taką pracowitą kobietę? - Uśmiechnęłam się krzywo.
- Na wsi u babci. Ona też z Płowdiwu, ale poznaliśmy się w Pyrwomaju.
Taki los.
Odpowiedział całkiem poważnie, nie dostrzegł ironii w moim głosie.
Jeszcze nie widziałam jego "kobiety".
- Daj jej mój numer telefonu. Idę odpocząć, przepraszam cię, nie
pogadamy.
Bożydar przesunął się trochę, ale niewystarczająco i przechodząc,
musiałabym się o niego otrzeć. Stałam więc, uparcie patrząc na zdrawec
rosnący w donicach ustawionych po obu stronach drzwi. Uwielbiam jego
zapach. Wreszcie Bożydar podniósł się i odsunął stołek.
- Możemy cię zabrać wieczorem na miasto, bo ty tu chyba nikogo nie
znasz.
Jeszcze czego. Nie mam w planach wychodzenia "na miasto", dopóki sobie
wszystkiego nie poukładam. Muszę się zastanowić nad tymi znakami. No i Dimityr mnie zaprosił.
- Dzięki, już się z kimś umówiłam.
- Widzę, że nie jesteś z tych, co siedzą w domu wieczorami. - Zaśmiał
się. - Prawidłowo. Młoda, piękna, musisz korzystać z życia.
Ruszyłam wąskimi schodkami na górę. Mieszkanie znajdowało się na
ostatnim piętrze. Miało własny balkon i coś naprawdę fajnego - taras na
dachu budynku. Tylko do mojego użytku. Widać z niego było całe miasto.
Wolę spędzić wieczór tutaj niż z Bożydarem i jego "kobietą" na mieście.
Nie lubię bułgarskich mężczyzn, nie tylko ze względu na Angeła. Chodzi o to, jak traktują kobiety. Czy naprawdę nie przenosisz swojej niechęci na
wszystkich mężczyzn z powodu tego, co ci zrobił ten jeden? To bez sensu,
Margarito.
* * *
Dimityr był szefem. Imponujące. Jego zespół liczył wprawdzie tylko kilka
osób, ale przecież o sukcesie decyduje nie ilość, lecz jakość. Jego
zastępcy byli jak ogień i woda. Pierwszy łysy, z brzuszkiem, Christo
Wapcarow, starszy policjant pamiętający czasy Todora Żiwkowa. Drugi
młody i przystojny Nedko Kolew, bez wątpienia spędzający długie godziny
w siłowni. Na jego muskularnym ramieniu widniał tatuaż smoka. Miałam
ochotę powiedzieć mu, że taki smok to dziewczyńska dziara, ale się
powstrzymałam. W przeciwieństwie do Christa nie obrzucił mnie niechętnym
spojrzeniem, tylko powitał miło. Piękna dziewczyna, Wirginija Popowa,
była młodszym detektywem i psychologiem z zawodu, podobnie jak ja.
Zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, na mężczyzn zapewne również tak
działała. W stu procentach wpisywała się w definicję atrakcyjnej
Bułgarki. Bardzo zgrabna, włosy czarne, wielkie oczy podkreślone kreską,
rzęsy oczywiście przyklejone, usta zrobione, ale dyskretnie. Ubrana
niczym piosenkarka na chwilę przed udzieleniem wywiadu w telewizji - w ciasne dżinsy, półprzezroczystą białą koszulę do pępka i sandały na
niebotycznych obcasach. Długie paznokcie, a w uszach krzykliwe czerwone
kolczyki. Moim zdaniem psycholog, który tak wygląda, nie wzbudza
zaufania. No i w tym stroju nie pobiegłaby za przestępcą, ale pewnie nie
musiała. W grupie byli również Koljo Dżubrow, patolog, cichy facecik
średniego wzrostu, średniej urody i w ogóle dość średni, a także Milena
Krumowa, krępa, śniada dziewczyna, która "dopiero zaczyna".
- Margarita Nowak - przedstawiłam się, wymawiając imię z naciskiem.
Miałam nadzieję, że Dimityrowi nie przyjdzie do głowy nazywać mnie
publicznie Gitką.
- Czekaliśmy na ciebie - odezwała się Wirginija. - Cieszymy się, że
jesteś.
Reszta potwierdziła energicznie. To miłe. Sądziłam, że nie będą
szczególnie rozentuzjazmowani na mój widok. W końcu poza znajomością
polskiego niczego specjalnego nie wniosę do sprawy. Zresztą raport z Komendy Głównej mają przetłumaczony na bułgarski, a moja wiedza
archeologiczna nie czyni ze mnie ekspertki. Dwa lata studiów osiem lat
temu...
- Czy wiesz o nieboszczyku coś ponad to, co nam tu przysłali? - Pytanie
padło z ust Christa Wapcarowa.
Twarz oblał mi rumieniec. Przed wyjazdem wezwano mnie do komendy.
Podpisałam tonę papierów, między innymi klauzulę poufności. Dostałam
wszelkie raporty w formie elektronicznej i na papierze. Przestudiowałam
je dokładnie, ale nie przyszło mi do głowy, żeby spytać o cokolwiek.
- Nie.
- Jutro o dziesiątej naszego czasu mam zadzwonić do Polski. Jestem
umówiony na telefon z... - spojrzał na kartkę - ...Tomaszem Małęczyńskim.
Mógłbym z nim gadać po angielsku, ale skoro mamy ciebie, to będziesz
tłumaczyła.
Wymówił "Malecziński", a Wirginija parsknęła śmiechem. Dimityr zgromił
ją wzrokiem. Ona nie będzie mnie lubiła. Ciekawe dlaczego, przecież jest
ode mnie atrakcyjniejsza.
- Podsumujmy, co wiemy o tym panu - zdecydował Dimityr.
Powtórzył wszystko, co przekazał mi rano, o przyjeździe, hotelu i drink-barze. O przedstawienie reszty informacji poprosił Milenę.
Wyraźnie zadowolona wyprostowała się na krześle i zaczęła recytować jak
dobrze przygotowana uczennica.
- Przemysław Tarkowski, lat pięćdziesiąt dziewięć, zamieszkały w mieście
Warszawa, Aleje Jerozolimskie czterdzieści dwa mieszkania piętnaście...
Wymawiała nazwę ulicy "aleje jerusalimskie". Bułgarzy mają wielki kłopot
z polską wymową.
- Czy ten adres coś ci mówi? - Przystojniak przerwał koleżance,
zwracając się do mnie.
- Tak. To jedna z głównych ulic w Warszawie, w samym centrum. Bardzo
dobra lokalizacja. Tarkowski musiał odziedziczyć mieszkanie po krewnych,
bo raczej nie byłoby go na nie stać. No i kupowanie drogiego lokum w kamienicach, które są wiekowe i często nie wyglądają najlepiej, bywa
dość ryzykowne...
- Czyli nic nam to nie daje, tak? - upewnił się Dimityr.
- Można spytać tego Małęczyńskiego, skąd Tarkowski miał mieszkanie i jak
ono wyglądało. Meble i te rzeczy...
- Rozumiemy - przerwała mi Wirginija.
- Był posłem na sejm kadencji 2008-2012. Wcześniej radny z partii -
Milena spojrzała do notatek - Polskie Stronnictwo Ludowe. Do sejmu
wszedł jako kandydat niezrzeszony. Co o tym powiesz?
- PSL to partia wiejska, w domyśle ludowa. Ich elektorat wywodzi się ze
wsi - zaczęłam się plątać. - Trzeba poprosić jutro o ulotki reklamowe,
namiary do dawnego biura poselskiego. Może uda się odnaleźć ludzi,
którzy z nim współpracowali, sprawdzić, czym się interesował, w jakich
zasiadał komisjach... I dlaczego nie kandydował z tej partii, tylko jako
niezrzeszony.
- Świetnie, tak zrobimy - rzucił Dimityr.
- Otoczenie... - kontynuowała Milena. - Nie miał żony, dzieci ani
rodzeństwa. Nawet kuzynów. Rodzice, oboje jedynacy, zmarli dziesięć lat
temu w odstępie roku. Jedno i drugie na raka. Tarkowski był samotny.
Nikt z Polski nie zgłosił się po ciało. Nikt go nie szukał.
- A sąsiedzi? - spytałam.
Gorączkowo próbowałam sobie przypomnieć, co się w takich sytuacjach
robi, czego szuka. Moja wiedza ograniczała się jedynie do telewizji i skandynawskich kryminałów.
- Zapisujemy ten punkt. Spytamy.
- Czytałam w raporcie, że był bardzo religijny. Skąd to wiadomo? -
rzuciłam.
- Napisali, że chodził do kościoła i ciągle coś tam organizował, zbierał
pieniądze na dzieci, działał w jakiejś organizacji kościelnej... - Dimityr
grzebał w notatkach - ...Caritas.
Wzruszyłam ramionami. Chyba nikt nikogo by nie ukrzyżował za działalność
w Caritasie.
- Rodzaj śmierci nie pasuje do jego religijności - zauważyłam.
- Albo wręcz przeciwnie. - Wirginija nie zgodziła się ze mną. - Jezusa
ukrzyżowano za jego religijność.
- I wtedy też w grę wchodziła polityka - dodała Milena.
Te dwie kobiety znacznie się od siebie różniły, a jednocześnie w jakiś
sposób były do siebie podobne. Trudno stwierdzić, na czym to polegało.
- Tyle że Jezus nie chciał mieszać się do polityki, to jego wmieszano -
powiedziałam. - A pan poseł kandydował do sejmu dobrowolnie...
- Wy w Polsce jesteście bliżej Kościoła niż my tutaj. Pewnie wiesz
lepiej. - Milena mówiła życzliwym tonem, poczułam się jednak w obowiązku
wyjaśnić.
- Chodziło mi o fakt, że Jezusa ukrzyżowali Jego pobratymcy. Czekali na
Mesjasza, by ich uwolnił z rzymskiej niewoli. Jezusowi zaś chodziło
przede wszystkim o wolność duchową.
- Królestwo moje nie jest z tego świata - wyrecytował Christo i wzruszył
ramionami, bo wszyscy obecni popatrzyli na niego ze zdumieniem. - Mój
dziadek był popem - wyjaśnił.
Zapadła cisza. Dimityr spojrzał na Christa, Wirginiję, Milenę, wreszcie
przeniósł wzrok na patologa.
- Koljo, może teraz ty nam coś powiesz.
Koljo poprawił się na krześle i przesunął teczkę leżącą na biurku, choć
jej nie otworzył.
- Denat został otruty cyjankiem - zaczął. - Jakąś godzinę po śmierci,
góra dwie, odcięto mu głowę, następnie spuszczono z ciała krew i przybito je do krzyża. W takiej właśnie kolejności. Głowę odrąbano
bardzo ostrym narzędziem, maczetą, mieczem, raczej nie toporem.
Narzędzie zbrodni było nowe albo wyczyszczone chemicznie, bo nie
znalazłem śladów drewna ani innego materiału.
- Ucięto ją starannie, równiutko. - Milena się wzdrygnęła.
- Zrobił to fachowiec.
Trudno się nie zgodzić, tyle że nic z tego nie wynika. W pokoju nie było
klimatyzacji, kręcił się wentylator. Poczułam zmęczenie. Starałam się
jednak skupić, żeby zapamiętać jak najwięcej.
- Gwoździe zrobił kowal rzemieślnik, są autentycznie piękne. Starannie,
wręcz perfekcyjnie wykonane i...
Dimityr przejechał dłonią po włosach.
- Daj spokój, Koljo, nie napalaj się tak.
- Ja tylko wprowadzam koleżankę w szczegóły sprawy. Poza tym - nachylił
się w moją stronę - chcemy znaleźć tego kowala. Na razie się nie udało,
ale próbujemy.
- Dziękuję - mruknęłam. - Jak przechowywano głowę, zanim trafiła na
tacę?
Wydawało mi się, że Wirginija się skrzywiła.
- Nie w lodówce, jeśli o to pytasz. Nad ranem, kiedy ten młodzieniec
zadzwonił i wyciągnął nas z łóżek, szczelnie oblepiały ją muchy.
Paskudztwo.
Koljo także się skrzywił.
- Wydawało mi się, że patologa nic nie brzydzi. - Wirginija wyszczerzyła
w uśmiechu idealnie białe, równe zęby.
Jakaż ona piękna!
- Mylisz się, moja droga. Brzydzę się trupami. Nie cierpię oglądać zwłok
rozdętych, jedzonych przez robaki ani innych podobnych. A już topielcy
wywołują we mnie autentyczną odrazę. - Koljo mówił tak, jakby żartował.
- To czemu zostałeś patologiem? - zainteresowałam się, przybrawszy
równie lekki ton.
Wiatrak zwalniał obroty. Jeśli się zatrzyma, zemdleję.
- Żywi pacjenci brzydzą mnie jeszcze bardziej. Podobnie śmierdzą, na
dodatek się ruszają... To gorsze niż larwy.
Znów nie wiedziałam, czy żartuje, czy mówi poważnie.
- Nie zwracaj na niego uwagi. - Wirginija machnęła ręką. - Dziś powie ci
jedno, jutro coś zupełnie innego. Przynajmniej jeśli chodzi o sekcję,
trzyma się faktów. Powiedz jej, Koljo, o żołądku.
- Zostawiłem to na koniec, bo tu przynajmniej coś osiągnęliśmy. Otóż na
ostatni posiłek denat zjadł rybę i chleb. Poza tym pił wino. - Zastygł z wyrazem triumfu na twarzy.
Szczerze mówiąc, nie widziałam w tym niczego specjalnego.
- Wydaje się nam, że to ma znaczenie... - Milena westchnęła. -
Specjalistka jakoś nie podziela naszego entuzjazmu.
- Nie podzielam - potwierdziłam, wodząc wzrokiem dokoła.
Do tablicy na ścianie przyczepiono zdjęcia oraz informacje dotyczące
śledztwa. Na przeciwległej ścianie wisiał wielki plakat z instrukcją
udzielania pierwszej pomocy. Obok niego plakat przedstawiający
przystojnego motocyklistę z gołym torsem pod rozpiętą kurtką. Zgadłam,
że ozdabia ścianę nad biurkiem Wirginiji.
- Szkoda... - mruknął Koljo. - A gdybym ci powiedział, że rybę upieczono
bez przypraw, chleb był z mąki pełnoziarnistej na zakwasie, a wino
niesiarczanowane i niedosładzane, rozcieńczone wodą, czyli... mszalne?
Może wtedy zmieniłabyś zdanie?
Coś zaczynało mi świtać.
- Biblijne jedzenie... - zaczął Nedko. Odezwał się po raz pierwszy. Miał
miły, niski głos.
- Raczej stylizowane na biblijne... - uściśliłam. - Jaką rybę zjadł?
- Makrelę.
Ryba, chleb i wino mszalne. Ukrzyżowanie i ucięta głowa. Można to
połączyć z religijnością ofiary, tylko w jaki sposób i co z tego mogłoby
wyniknąć? Pocieszał mnie fakt, że oni też nie wiedzieli.
- Czy twoim zdaniem uciętą głowę należy łączyć ze Świętym Pawłem czy
raczej z Janem Chrzcicielem? - zapytał Nedko.
Żebym to ja wiedziała. Wzruszyłam ramionami.
- Jan Chrzciciel bardziej pasuje. W końcu Salome kazała Herodowi podać
sobie głowę Świętego Jana na srebrnej tacy... - wtrąciła Milena.
- Słuchajcie. Chyba musi chodzić o Jana Chrzciciela. Przecież ten
człowiek zginął dwudziestego czwartego czerwca. - Wpadłam na pewien
pomysł.
- A to jakiś szczególny dzień? - spytała Milena i wystukała coś na
klawiaturze. Pewnie zaczęła szukać w internecie.
- Tak. To dzień narodzin Jana Chrzciciela. Zgodne są co do tego Kościół
katolicki oraz Cerkiew prawosławna. Nie jest to popularne święto,
dlatego nam umknęło.
Szczęście, że pamiętałam to ze studiów. Towarzystwo wyraźnie się
ożywiło. Dimityr wodził po wszystkich dumnym wzrokiem, jakby chciał
pokazać, że miał rację, zapraszając mnie tutaj.
- No to mamy jakiś trop, tylko nie wiemy, co z nim zrobić... - Christo nie
krył sceptycyzmu.
Milena patrzyła z zainteresowaniem. Wirginija żuła gumę. Wiatrak ledwo
zipał.
- Musimy znaleźć powiązanie między tym, co znaleźliśmy w jego żołądku,
ukrzyżowaniem a napisami na ciele. Nie są to napisy hebrajskie -
dodałam.
- Nie są - zgodził się Nedko. - Nie wiemy, czy to litery, znaki czy
symbole. Stawiamy na litery, bo wydaje się to bardziej logiczne.
Liczyliśmy na ciebie...
Coś mnie tknęło.
- Czemu liczyliście na mnie? - Popatrzyłam na Dimityra. - Czemu nie
zwróciliście się do któregoś z tutejszych profesorów? Choćby mojej
matki...
Zapadła cisza. Wreszcie przemówił Christo:
- Pytaliśmy... Ją pierwszą.
Czarna dziura. Głupia jesteś, Margarito.
- Odesłała nas do ciebie. - Dimityr kilka razy przeczesał włosy. Wolałby
pewnie, żebyśmy tę rozmowę przeprowadzili na osobności. - Poradziła,
żeby sprowadzić ciebie jako konsultantkę. Ona sama jest chwilowo w Egipcie, gdzie...
- Wiem, gdzie jest - przerwałam mu lodowatym tonem. Oczywiście, jak
mogłam pomyśleć, że to Dimityr chciał, żebym tu przyjechała.
Muszę się opanować. Nie ich wina, że mam odwieczny problem z matką.
Chciałabym wstać, wyjść, zadzwonić do niej i wykrzyczeć, że tak się nie
robi. Nie sprowadza się podstępem do Bułgarii własnej córki, jakby była
przedmiotem. Na moment zaświtała mi absurdalna myśl, że to moja matka
nafaszerowała tego biedaka chrześcijańskim jedzeniem, otruła go, ucięła
mu głowę i wymalowała na jego ciele znaki. Wszystko po to, by ściągnąć
mnie tutaj. Dlaczego nie wpadłam na to, że Dimityr musiał najpierw
zadzwonić do niej? Co mu powiedziała, że zdecydował się wciągnąć w śledztwo drugi kraj i - co ważniejsze - przekonał polską policję oraz
Ministerstwo Spraw Zagranicznych, że właśnie ja mogę pomóc rozwiązać
sprawę? I co ja sobie wyobrażałam, wierząc, że chcą akurat mnie?
- No dobra, dzieciaki, fajrant - oznajmił Dimityr. - Każdy idzie do domu
i myśli. Jutro po rozmowie z tym gościem z Polski wykombinujemy, co
dalej.
- Nie mam zamiaru siedzieć w domu i myśleć - żachnęła się Wirginija. -
Położę dzieci spać i wychodzę z Wasiłem do miasta.
Taka lasencja ma dzieci? Trudno uwierzyć. Może adoptowane.
- Na mnie też nie liczcie. - Koljo wstał z krzesła i uniósł ręce. Kości
aż mu zatrzeszczały. - Konsultantka niech myśli.
Nie spojrzałam na Dimityra. Wyszłam. Słyszałam, że idzie za mną.
- Gitka...
W Polsce chyba w drugiej klasie podstawówki powiedziałam, że tak się
zdrabnia moje imię. Któryś chłopak spytał, czy to od "gites-majonez".
Potem przezywali mnie: "majonezowa".
- Gitka! - Dimityr złapał mnie za ramię.
Chciałam zasypać go pretensjami, ale się powstrzymałam. Skończyłam
trzydzieści lat, a reagowałam jak dzieciak. To nie wina Dimityra, że
czuję się bezwartościowa. To nie jest nawet wina Angeła. To tylko moja
cholerna wina, że nie umiem sobie ułożyć życia, że w każdym miejscu
czuję się źle, nie u siebie i tak dalej. Odwróciłam się i spokojnie na
niego popatrzyłam. Nie dam mu tej satysfakcji, by usłyszał żale albo
zobaczył fochy.
- Pamiętasz, że zabieram cię na kolację do nas? Silwija powiedziała, że
mam się bez ciebie nie pokazywać. Będziemy mogli porozmawiać? Nie sądź...
- Dimityr, wszystko w porządku. Chcę wam pomóc. Zespół jest... fajny.
Dogadamy się. - Położyłam mu rękę na ramieniu.
Odetchnął z ulgą.
* * *
Czego właściwie chcesz od swojej matki, Margarito? Odkąd pamiętasz,
czepiasz się jej i czepiasz. Co takiego ci zrobiła? Hmm, zastanówmy się.
Może to, że przerzucała mnie jak przedmiot z Bułgarii do Polski i z powrotem, bo tak jej akurat pasowało? Do trzeciego roku życia mieszkałam
w Polsce, bo matka zakończyła pracę w Egipcie. Zresztą w samą porę -
urodziłam się dwa dni po jej przylocie do Polski. Dobrze, że nie na
pustyni albo na pokładzie samolotu. To by dopiero było coś. W domu
siedziała ze mną niania, bo mama wróciła do wykładów na uczelni. Potem
znów pojechała na wykopaliska za granicę, a ja wylądowałam u babci w Płowdiwie. Chodziłam tu do przedszkola i do pierwszej klasy. Nie
narzekałam. Ubierali nas w niebieskie kaftaniki i śmieszne majty
wydymające się na pupie. Na spacerze szliśmy gęsiego i trzymaliśmy się
za te majty. Pamiętam, że zawsze szłam za Dymityrem, a on narzekał, że
za bardzo go ciągnę. Miłe wspomnienia. Nawet leżakowania nie wspominam
źle. I jego, i moja babcia pracowały w fabryce odzieży, szyły sukienki.
Raz jedna, raz druga odbierała nas oboje i prowadziła do domu. Tam
bawiliśmy się przy akompaniamencie stukotu maszyny do szycia - każda
babcia po pracy obszywała prywatne klientki. Gotowych ubrań w sklepie
właściwie nie udawało się znaleźć, za to bez problemu można było kupić
materiał każdego rodzaju, w dowolnym kolorze i wymarzonej fakturze: od
najcieńszych jedwabi, przez gabardyny i rypsy, aż po wełnę na płaszcz.
Przyznaj, Margarito - uwielbiałaś patrzeć na szyjącą babcię. W Polsce
siedziałabyś w małym mieszkaniu na Ochocie i czekała, aż matka i ojciec
wrócą z pracy i chwilę z tobą porozmawiają, zanim pójdziesz spać. Czemu
nie masz pretensji do ojca za to, że zniknął z twojego życia?
Druga i trzecia klasa w Polsce, potem znów na dwa lata do Bułgarii,
szósta - Polska, siódma i ósma - Bułgaria, liceum w Polsce. Bóg jeden
wie, jak trudno zdać egzaminy, kiedy przez poprzednie dwa lata pisało
się głównie cyrylicą, a rodzice przysyłali pocztą tylko co drugi
wymagany polski podręcznik. A w liceum? Uczyłam się nocami, mimo to
zbierałam prawie same dwóje. Przez braki z historii i języka polskiego
ledwie zdałam do następnej klasy. Jedna wielka męka i pełne pogardy
spojrzenia nauczycieli. Poza tym brak koleżanek i kolegów, ciągła
samotność. Znajomi zazdrościli mi, że mieszkam sama. Nie lubili mnie
jednak, bo nie robiłam imprez ani nikogo nie zapraszałam.
O Dimityra rodzice też dbali tyle co nic. Pracowali i odbierali go od
babci albo późnym wieczorem, albo dla wygody w soboty. Tęskniłam za nim
w niedziele i nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Babcia ubierała mnie z rana w elegancką sukienkę z falbanką i szłyśmy do cerkwi na mszę,
najczęściej na Stare Miasto, do Świętej Niedzieli albo Świętych
Konstantyna i Heleny.
Cerkwie są takie klimatyczne. Znikanie popa za carskimi wrotami,
mamrotanie po cerkiewnosłowiańsku, zawodzenie starych kobiet na chórze i gryzący w oczy dym z kadzidła... Szczególnie pop Wasyl w Świętej Niedzieli
napychał kadzielnicę taką ilością żywicy, że powietrze stawało się siwe,
a pod koniec nabożeństwa ludzie niemal się dusili. Paliłam świece i modliłam się o powrót do domu. "Niech mama po mnie przyjedzie",
szeptałam. "Niech mnie zabierze do Polski", powtarzałam trochę bez
sensu, bo w Polsce tęskniłam i za domem babci przy bazarze Poniedziałek,
i za Dimityrem, i jego nieokiełznaną fantazją. Za matką wcale.
Drzwi otworzyła Silwija. Nie poznałabym jej na ulicy. Zupełnie nie była
podobna do Dimityra. On wysoki, umięśniony, bardzo śniady, grube brwi, z owłosionymi rękami i klatką piersiową. Ona drobna, jasna, delikatna.
- Gitka! - Pocałowała mnie w policzek. - Cieszę cię, że cię widzę!
Dom na Radost. Tylko w Bułgarii mogą tak nazwać ulicę. Radość. Rzadko
mnie tam zapraszano. Podczas tych nielicznych wizyt biegaliśmy z Dimityrem na dach. Tam lelja Rajna, siostra jego babci mieszkająca w domu przylepionym do Dimityrowego, trzymała króliki. Godzinami mogłam
patrzeć, jak z zapałem chrupią podsuwane im liście winorośli albo trawę.
Braliśmy je na ręce, a one tuliły się do nas, choć nie przestawały jeść.
Płakałam za każdym razem, kiedy Dimityr z dziecięcym okrucieństwem
mówił, że jego mama piecze z nich pasztety.
- Po polsku punktualna. - Dimityr pojawił się w korytarzu, naciągając
pospiesznie koszulkę.
Silwija zwróciła mu uwagę, że powinien ubrać się w pokoju.
- Przecież jesteśmy jak rodzeństwo - obruszył się, choć twarz mu
ściemniała pod zarostem.
Silwija miała rację. Nie powinien biegać przy mnie rozebrany, nawet do
połowy. Zawsze byliśmy blisko, ale bez przesady. Dopiero odświeżaliśmy
naszą przyjaźń.
- Siadaj i opowiadaj, co u ciebie. - Silwija nie przypominała tamtej
dziewczynki wiecznie marudzącej, że nie chcemy się z nią bawić. Była
pewna siebie, nawet nieco władcza. Pociągnęła mnie za sobą do pokoju.
- Pewnie większość oficjalnych wiadomości przekazał ci Dimityr -
zaczęłam. - Niewiele mam do dodania...
- Nie mówił, co u ciebie słychać. Wyszłaś za mąż? Masz dzieci?
Nagle skurczył mi się żołądek. To pewnie boza kupiona w sklepie koło
kwatery. Chyba się skrzywiłam, bo Silwija spytała:
- Co jest?
- Brzuch mnie rozbolał. To pewnie boza...
- Ooo... - W jej głosie zabrzmiała troska. - A ja kupiłam dla ciebie
bozyczkę...
Dimityr musiał jej powiedzieć, że lubię ten jęczmienny napój, bo nie
mogła tego pamiętać.
- Nie, nie wyszłam za mąż ani nie mam dzieci. - Nie powinna pomyśleć, że
to dla mnie jakiś problem.
I najwyraźniej tak nie pomyślała, bo zaczęła wypytywać:
- Taka piękność? Łopatą mogłaś zbierać chłopaków... Doskonale pamiętam,
ilu za tobą latało.
- To prawda. - Dimityr skinął głową, patrząc na mnie ciepło.
Za czasów ich rodziców w tym pokoju stały ogromna drewniana szafa i łóżko z materacem sprężynowym, który rzęził przeraźliwie, kiedy się na
nim siadało. Uwielbialiśmy na nim skakać, ale po kilku sekundach
zjawiała się babcia albo lelja Rajna i wrzeszczała na nas okropnie.
Wspomnienia. Był tu też wielki stół, okrągły, przykryty ręcznie
haftowanym obrusem i przezroczystą folią - chroniła obrus przed
zabrudzeniem, nie zakrywając pięknego wzoru. Ściany pokrywały tapety w krzykliwe róże. Jako dziecko zachwycałam się tym wszystkim. Teraz pokój
wyglądał zupełnie inaczej. Na kremowobiałych ścianach wisiały ładne
obrazy, między innymi widoki Starego Miasta. Szafę zastąpiła nowoczesna
witryna z kieliszkami i szklankami. Na środku stały stół i cztery
krzesła osłonięte fantazyjnymi pokrowcami, każdy z kokardą z tyłu. Do
tego - na wprost telewizora - kanapa i stolik.
- Bardzo tu ładnie - pochwaliłam szczerze, kiedy usiedliśmy do stołu.
- Zasługa Silwiji - odezwał się Dimityr. - Ona urządzała mieszkanie po
śmierci rodziców. Zrobiliśmy generalny remont.
- Wiem, jak to jest - przyznałam. - Po powrocie do Polski wprowadziłam
się do mieszkania, w którym przed laty mieszkałam z rodzicami. Po ich
rozwodzie stało puste, bo ojciec przeniósł się do babci i został tam po
jej śmierci. Wyrzuciłam stare meble, przebudowałam kuchnię, łazienkę.
Zmieniłam wszystko, bo... musiałam zacząć od nowa.
Tym razem opowiedziałam niepytana, w końcu to nie tajemnica. Miałam
piętnaście lat, zaczynałam właśnie naukę w liceum, kiedy moja matka
pojechała na miesięczną ekspedycję do Bułgarii. Śmiesznie: ona tam, a ja
wyjątkowo w Polsce. I spotkała miłość życia, archeologa Cwetana Mitkowa.
Rzuciła ojca w pięć minut. Wróciła na moment, spakowała swoje rzeczy i pojechała do tego gościa. On nie miał żony ani dzieci. Za to matka,
chociaż dobiegała czterdziestki, machnęła sobie z nim dwóch synów.
Otoczyła ich i nadal otacza taką opieką, o jakiej ja mogłam tylko
marzyć. Nie mam z nimi kontaktu, mimo że przyrodni bracia nie przestają
o to zabiegać. Matka z rodziną mieszka teraz w Sozopolu. Kilka lat temu
ogłoszono, że na Wyspie Świętego Jana zostały odnalezione szczątki Jana
Chrzciciela. Głównie Cwetan rozpowszechniał te rewelacje:
"Prawdopodobnie znaleźliśmy szczątki Jana Chrzciciela. Badania to
potwierdziły. To szczątki człowieka, który żył na przełomie starej i nowej ery... Ach i och!". Wierutne bzdury. "Nawet jeśli szczątki
pochodziły z pierwszych lat po Chrystusie, to jaka jest gwarancja, że
należały akurat do Jana Chrzciciela? A tak, przecież wtedy na ziemi
mieszkali tylko Chrystus, wspomniany Jan oraz dwunastu apostołów",
powiedziałam matce. Spytałam ją, czy pobrali do porównania DNA od
rodziny Świętego Jana. Nawet się nie obruszyła. Stwierdziła, że szczątki
są pozbawione głowy i prawicy, więc możliwe, że należą do Świętego Jana.
Poza tym wyspy koło Sozopola były miejscem kultu...
- Zaraz, zaraz... Jan Chrzciciel... - powiedziałam głośno.
- Sądzisz, że to ma znaczenie? - Dimityr się ożywił.
Silwija wniosła tacę pełną gołąbków w liściach winorośli.
Przełknęłam ślinę. Uwielbiam je.
- Zrobiłaś sarmi? - Patrzyłam z podziwem. Malutkie gołąbki pachniały
czubrycą.
- Lelja Rajna! - Zaśmiała się. - Ja gotuję proste rzeczy.
- To ona żyje? - zdziwiłam się niezbyt taktownie.
- Tak, żyje. - Silwija uśmiechnęła się z zadumą. - Mieszka obok, wciąż w tym samym miejscu. Potem ją odwiedzimy, bo chciała cię zobaczyć. Czas
się tam zatrzymał. Gotuje nam i przepisała mieszkanie w zamian za
opiekę.
To się tutaj często zdarza. Mieszkanie w zamian za opiekę na starość.
- Na razie raczej ona opiekuje się nami - wtrącił się Dimityr. - Uprawia
ogród, gotuje. Zobaczysz, ma pomidory, paprykę, fasolę, oczywiście
winorośl...
- O winorośl dba Dimityr - dodała Silwija. - W zeszłym roku zrobił nowe
podpórki, bo tamte pamiętały czasy naszych dziadków. Robi opryski,
przycina. Jesienią zbiera owoce. Robimy rakiję.
- Znakomite - powiedziałam z uznaniem, przełykając kolejny gołąbek.
- Napijesz się rakii? Dimityr kupił dla ciebie wino, bo mówi, że nie
lubisz grozdowki. Czy to się nie zmieniło? - spytała Silwija.
Nie zmieniło się. Nie lubię rakii od czasu, kiedy zamroczona nią,
zapłakana i bosa wyszłam od Angeła. Rozhisteryzowana zadzwoniłam z budki
do Dimityra. Przyjechał i zabrał mnie na Radost. Najpierw zarzygałam mu
pół łazienki, a później zasnęłam w jego łóżku. On posłał sobie na
materacu leżącym na podłodze. Silwija to zapamiętała? Na pewno.
Zbudziłam wtedy pół ulicy, przede wszystkim jego rodziców oraz lelję
Rajnę.
- Mocny alkohol mi nie służy. W Polsce też nie piję wódki.
- Wracając do Jana Chrzciciela... - Dimityr pogładził się po starannie
ogolonej brodzie. Przypomniałam sobie, że goli się dwa razy dziennie,
tak silny ma zarost. - Co nam może dać taka informacja? Dlaczego zabijać
kogoś w dzień urodzin Świętego Jana i odcinać mu głowę?
Wzruszyłam ramionami.
- Ty jesteś w kryminalnym, nie ja...
- Nigdy nic podobnego tu się nie zdarzyło. Przecież to przypomina
scenariusz filmu. Zrozum, w realu nie ma takich morderstw. Pijany mąż
wali na oślep żonę: wieśniak siekierą, inteligent pałką. Ktoś truje
starą ciotkę albo babkę, bo nie może się doczekać spadku... - Odchrząknął,
bo zaniosłyśmy się śmiechem. - Ja nie o tym, dajcie spokój. - Po chwili
też się roześmiał. - Leliczka jest naprawdę kochana. Poza tym mamy gdzie
mieszkać.
Lelja Rajna to starsza siostra babki Dimityra i Silwiji. Kiedyś mi
opowiedziała, że rodzice nie chcieli zgodzić się na ślub młodszej córki,
zanim starsza wyjdzie za mąż. Młodsza i jej ukochany czekali trzy lata,
wreszcie pobrali się potajemnie. Rajna nikogo nie znalazła, została
sama. Była jak cień, zawsze w pobliżu, pomocna.
- Jedyny punkt zaczepienia to znaki na ciele ofiary - zauważyłam. -
Naprawdę nikt nie umie ich odczytać?
- Nie pytaliśmy aż tak wielu osób - wyjaśnił Dimityr. - Do twojej matki
zadzwoniłem zaraz następnego dnia. Po prostu mnie zbyła. Trochę mnie to
zdziwiło. Bo w końcu czemu...
Najwyraźniej czuł się głupio, że nie powiedział mi o tamtej rozmowie.
Matka też nie wspomniała, że Dimityr zwrócił się najpierw do niej.
Kochana, prawda? Po co uknuła intrygę, by sprowadzić mnie do Bułgarii?
Czy sądzi, że zdoła mnie ściągnąć do Sozopola? Chce, żebym z nimi
zamieszkała, poznała braci przyrodnich? Tyle razy zachwycała się, jacy
są zdolni i mili. Pewnie, będziemy jeszcze wielką, szczęśliwą rodziną.
- Mówiła, że znaki nie są trackie, na pewno też nie hebrajskie ani
egipskie. - Dimityr uparcie ciągnął temat. A mógłby pozwolić nam
spokojnie zjeść.
- Niby czemu nie trackie? - Skrzywiłam się.
Trakowie właściwie nie używali pisma. Polegali na ustnych przekazach,
dlatego wiadomo o nich mniej niż o Grekach i Rzymianach. Oczywiście
starożytni Trakowie, nie ci z pierwszych wieków po Chrystusie. Matka z pewnością była tego świadoma.
- Nie mam pojęcia czemu...
Matka lepiej sprawdziłaby się jako konsultantka. Jest wybitną
archeolożką, znawczynią kultury trackiej, rzymskiej i hebrajskiej.
Dlaczego nie chciała pomóc?
- Lepiej nie mów przy swoich ludziach, że nie wiesz, co z tym zrobić -
zauważyłam.
- Znamy się jak łyse konie. Nie zamierzam udawać mądrego. Cóż, wiele nie
szukaliśmy i nie pytaliśmy. Baliśmy się pretensji Polaków. W końcu to
deputowany... Muszę przyznać, że pozwalają nam spokojnie prowadzić
śledztwo, nie wtrącają się, nie naciskają, żebyśmy jak najszybciej
znaleźli winnego. Jestem nawet zaskoczony.
- Zaskakujące, fakt. Ktoś tuszuje sprawę?
Silwija przysłuchiwała się nam z zainteresowaniem.
- Każdy ma swoje problemy - wtrąciła po chwili. - Biednie tu, przaśnie,
ludzie coraz mniej zarabiają, ledwie wiążą koniec z końcem. Kto może,
ucieka za granicę. Taka sprawa na krótko wywołuje sensację, kilka dni
rozprawia się o niej ze znajomymi przy kawie. Potem pojawiają się inne
sprawy. Ostatecznie to nie był Bułgar.
- A w Polsce nikt go nie chce - dodał Dimityr. - Nie wiemy, co zrobić z ciałem. Oczywiście jeszcze nie teraz...
- Nie znaleźliście spadkobierców? Kto po nim odziedziczy mieszkanie? -
Zanotowałam w pamięci, żeby spytać o to jutro policjanta z Warszawy.
- Ponoć Kościół. Przepisał im wszystko. Sam jak palec.
W dzisiejszych czasach niemal nieprawdopodobne.
- Czyli nikt nie miał motywu, żeby go zabić. Więc dlaczego nie żyje? Po
co zwabiać kogoś do innego kraju i pozbawiać życia w tak perwersyjny
sposób? - zastanawiałam się głośno. - Przepraszam, Silwijo, pewnie cię
to nudzi. - Zauważyłam, że patrzy w bok.
- Fakt. Znam to na pamięć. Wciąż słucham o tym gościu i szczegółach jego
śmierci. Ale wy się nie krępujcie. Przyniosę deser.
- Masz jeszcze deser? Perwersja...
- Krem karmelowy. - Silwija wyszczerzyła równe zęby. - Moje dzieło.
Dimityr go uwielbia. Kiedy jest grzeczny i ładnie poprosi, to mu robię.
Odprowadziliśmy ją wzrokiem.
- Wyrosła, co?
Nie da się zaprzeczyć.
- Od kiedy mieszkacie tu razem?
Tak naprawdę chciałam wiedzieć, czy z kimś był. Miałam nadzieję, że się
nie zorientuje.
- Od zawsze. Jesteśmy zgodnym rodzeństwem. Nie przeszkadzamy sobie.
- Nie ożeniłeś się?
- Nie. Już mnie o to pytałaś.
- Dlaczego? Jesteś przystojny, masz dobrą pracę.
Nie wyglądał na zdziwionego. Dla Bułgarów to normalne: chcesz coś
wiedzieć, pytasz. Nie ma spraw intymnych.
- Jeszcze się ożenię. Mam czas. - Wzruszył ramionami.
Taką odpowiedzią musiałam się zadowolić. Krem karmelowy okazał się
pyszny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki