1.
Dom wiedzmy, stojący na staju miasteczka, był inny niż się spodziewali. Wielki, pełen ostrych linii i dziwacznych rozpadających się ozdób. Wieżyczki, szeregi wielkich okien, wykusze i balkony zdobiły fasadę domu. Szare kamienie pokryte mchem, wyblakłe i zarazem ciemne, a pokryte plamami okna drzwi i ściany zarastały brudem. Do tego oplatał go stary bluszcz.
Siedzieli skuleni obok posagu wielkiego kota, wypatrując świateł w oknach. Wolno zapadał zmierzch i pojawiały się pasma mgły. Bez trudu przecisnęli się przez pręty metalowego ogrodzenia i pobiegli alejką ku budowli. Krążyli jakiś czas po zapuszczonym ogrodzie, a potem podkradli się do ściany domu. Byli podekscytowani. Słyszeli o nim wiele opowieści. Z zewnątrz wydawał się mniejszy, ale w środku podobno był ogromny, ciemny i zagracony. I według szeptem powtarzanych plotek, pełny cudownych i egzotycznych przedmiotów, jakich nigdy wcześniej mieszkańcy tej części Imperium nie widzieli. I oczywiście skarbów wartych fortunę. Choć dom był brzydki, stary i zapuszczony, trudno było mu się oprzeć. Kusił i przyciągał ku sobie.
Chudy, ubrany w zniszczone, błękitne kiedyś ubranie, złodziejaszek nerwowo wycierał nos. Papla Doo był zawsze niespokojny. I teraz kręcił się bez przerwy. Przez niego prawie wszyscy stawali się nerwowi i rozglądali niespokojnie. Doo spoglądał co i rusz na wyższego towarzysza. Kirin, zwany Zwinnym, zachowywał się całkiem inaczej. Był opanowany i pewny siebie. Za nimi kuliła się trzecia postać. Milcząca, nieprzewidywalna, a przez to i niepokojąca, niepozorna postać, nie bez powodu nazwana Cieniem, już zdobył renomę. Potrafił dostać się wszędzie, i to niezauważony. Skory do walki i gniewu, małomówny Zwinny, był nie tylko lubiącym ryzyko kieszonkowcem, ale i przyszłym hersztem własnej bandy. Czego pragnął Cień, tego nie wiedział nikt. Teraz Zwinny spojrzał na towarzyszy. Był wśród nich najlepszym kieszonkowcem. Potrafił namawiać innych do tego czego pragnął. Ale to było jego pierwsze włamanie.
- Jesteś pewien, że można tam wejść? - zapytał cicho Cień.
Zwinny skinął głową.
- To wygląda jak trupiarnia... A co jak jest ktoś nieżywy? Może ktoś tam czeka na nas... i co wtedy? - dopytywał się cicho Doo, schrypniętym głosem.
Zwinny przekrzywił głowę. Po wiedźmach można było się spodziewać wszystkiego.
- To tylko wielki stary dom. On tylko tak wygląda... Nie ma w nim teraz nikogo - powiedział jakby starając się przekonać i samego siebie.
- Nie podoba mi się tu - mruknął Cień.
Doo przestępował z nogi na nogę. Zwinny spojrzał na nich z irytacją.
- Tam nie ma nic strasznego. Chodźcie.
Nie czekając na ich reakcję Zwinny zaczął się przekradać do drzwi. Kieszonkowcy niechętnie ruszyli za nim.
- Mam złe przeczucia - mruknął Papla w stronę Cienia.
Zwinny zaśmiał się cicho.
- Nie bójcie się, będzie dobrze. Ona nie zauważy, że coś jej zniknęło. Jest pewnie już stara i niedołężna.
- Widziałeś ją? - spytał nerwowo Cień.
Zwinny skrzywił się.
- Słyszałem o niej, ale nigdy jej nie zobaczyłem - przyznał. - Ona rzadko tu bywa ostatnio. Sprawdziłem to.
Zaufali mu. Nie pierwszy raz. Podkradali się do bocznych drzwi domu i gdy przesunęli ich ciężkie skrzydło, w końcu weszli do budowli. Stanęli w wielkim zimnym holu pełnym cieni. W kich kierunku przesunęło się coś nieokreślonego, więc się wycofali.
- Znajdziemy inną drogę.
Posłuchali go. Obeszli dokoła dom i wślizgnęli się do środka przez wybite piwniczne okno. Okno było zaskakująco wysoko. Wpadli do pomieszczenia pełnego pajęczyn, starych gratów, butelek i dziwnych narzędzi. Na sam ich widok można było się przerazić.
Szli na palcach, prześlizgując się pomiędzy dziwnymi maszynami i skrzyniami.
- Co tu tak śmierdzi? - spytał niewyraźnie zasłaniając sobie nos i usta Doo.
- Pewnie padłe myszy.
- A jak to coś innego? - spytał Doo.
Zwinny zacisnął zęby.
- Grunt żeby było już martwe.
Cień tylko zacisnął pięści i przeskoczył zrolowane stare gobeliny. Zwinny nie przejął się tym co było w piwnicy. Ruszył do schodów. Dwaj kieszonkowcy szli posłusznie za nim.
Weszli po starych porytych kurzem i skrzypiących schodach. Było ich więcej niż powinno.
- One nigdy się nie skończą? - spytał Doo.
- To tylko złudzenie.
Zwinny nie pozwalał im się zatrzymać i w końcu dotarli do holu. Ostrożnie do niego weszli.
- Nie ma już tego czegoś?
- Nic i nikogo nie widać.
Rozejrzeli się po ogromnym ciemnym pomieszczeniu. Posadzka z jasnych i ciemnych kwadratów znikała w mroku. Podeszli do ściany, na której wisiały setki obrazów. Jeszcze nigdy nie wiedzieli ich aż tylu w jednym miejscu. To były portrety wielu kobiet i pejzaże z dziwnych miejsc. A do tego wszędzie były upiorne ozdoby.
Zwinny zatrzymał się przed portretami trzech wiedźm. Pulchna kobieta miała niezaspokojony głód w oczach, który znał aż za dobrze. Koścista miała szalone oczy, w których lśniło coś potwornego, przez co do razu odwrócił wzrok. Trzecia miała blizny i rany, oraz pełen poczucia winy wyraz twarzy. Musiała zrobić coś strasznego. Obok nich stały zasuszone potwory w szklanej gablotce. Miały małe głowy i długie, giętkie ramiona, które mogły stać się skrzydłami. Zwinny cofnął się, bo na widok tego brzydactwa przechodził go dreszcz.
Cień stanął przed jednym z obrazów, na którym była czarnowłosa kobieta, w dziwnej czarnej i przezroczystej sukni. Portret lśnił i skrzył się.
- Kto to? - spytał cicho mały złodziej.
- A skąd mam wiedzieć? - odezwał się Zwinny. - Może to jej rodzina.
- Kogo? - zdziwił się Papla.
- Jak to kogo? No tej wiedźmy, która tu mieszka.
- To one mają rodzinę?
- Jak każdy.
- Nie każdy - cicho powiedział Cień.
Zwinny obejrzał się na towarzyszy. Spojrzał na portret.
- Tak, to pewnie jej rodzina, przodkinie...
- A może mentorki.
- A kto to taki?
- Nauczycielki lub opiekunki.
Zrobili wielkie oczy. Drobny, cichy kieszonkowiec już nie stał przed jednym z portretów. Wędrował korytarzem spoglądając na portrety. Wyłożone czarnym kamieniem i szarym drewnem zdawały się ciągnąć bez końca. Co krok kolejny portret mierzył ich spojrzeniem.
- Aż tyle ich miała?
- Były całkiem ładne... kiedy były młode - powiedział cicho Papla.
- No tak... ale magia odbiera im urodę... - oświadczył z naciskiem Zwinny.
Papla był pod wrażeniem jego wiedzy.
- Nie wiedziałem - mruknął cicho.
- To przez bestie. One zatruwają im duszę. Może nawet zamieniają je w potwory.
- To straszne...
- Na początku wyglądają normalnie...
- Mogły by żyć jak inni. To czemu to robią?
- To przez magię. Chcą jej więcej, więc zawierają mroczne pakty...
- To głupie.
- Tak już jest... - oświadczył Zwinny. - Ale nie traćmy czasu. Wiecie po co tu jesteśmy.
Zaglądali do każdego pokoju.
- Tu nie ma nic cennego - oceniał szybko starszy ze złodziejaszków.
Wszędzie piętrzyły się stosy niezwykłych zakurzonych przedmiotów. Mroczne pomieszczenia pełne były mebli i wielkich lub drobnym przedmiotów, o których nic nie wiedzieli. Wszędzie unosił się też dziwny zapach.
- Coś tu jest! - powiedział cicho Papla, kiedy minęli kolejny pokój, w którym ujrzeli wielkie drewniane posągi pół ludzkie pół zwierzęce. Głowy posagów podobne były do leśnych dzikich zwierząt.
- Wydaje ci się - wyrzucił z siebie Zwinny, ignorując przeczucia.
Nawet jeśli to było kłamstwo, nie mogli się już wycofać. Za daleko zaszli.
Milczeli rozglądając się po pokojach. Wszędzie panowała cisza i mrok, ale wyczuwali tam ruch i ciepło. Nie wiedzieli tylko co to może być.
Strach Doo udziel się pozostałej dwójce. Rozglądali się nerwowo i zobaczyli je jednocześnie. Świecące w ciemnościach oczy były w każdym kącie pokoju.
Wstrzymali oddech, czekając na najgorsze. Nic jednak się nie wydarzyło.
- To tylko koty - powiedział Zwinny, gdy usłyszał ciche miauknięcie. - Idźcie daje.
Zamarli, gdy usłyszeli przeciągły hałas. Coś się do nich zbliżało.
- Nikogo tu nie ma - powtarzał Zwinny, chcąc ich zmusić do ruchu.
Nie miał pojęcia co się działo. Skupiał się korzyściach, na które liczył. I przez to był o krok od wpadnięcia w śmiertelnie niebezpieczną pułapkę.
2.
Obserwował intruzów od kiedy przekroczyli próg domu. Dotykali przedmiotów pani i pogardliwie je odkładali. Nie wiedzieli z czym się stykają. Nie rozumieli magii. Nie wiedzieli nic o świecie, w którym żyli. Jakim cudem jeszcze żyli? Byli jak nowo narodzone kocięta. Bezbronne i stanowiące łakomy kąsek. Otaczały ich pasma magii, o których nie mieli pojęcia. Wyczuwał też zapach czegoś, co czekało tylko na nieostrożny ruch naiwnych. Cierpliwie i nieubłaganie prowadząc ich ku sobie. Jak wielki przyczajony potwór.
- T o jakieś śmiecie - powtarzał najgrubszy z intruzów.
- Nic tu nie ma wartości? - spytał cicho ten który omijał pasma magi, jak potrafił je dostrzec lub wyczuć.
- Chyba nie - westchnieniem powiedział najwyższy z nieproszonych gości.
Nie mieli racji. Nie mieli pojęcia w co się pakowali. Tkwili w środku sieci utkanej z magicznych pasm.
- Niepotrzebnie tu przyszliśmy... - zamruczał najgrubszy.
- Powinniśmy już iść....
- Jeszcze nie.
- Nie czuje się tu dobrze... - oświadczył ten który omijał jakimś cudem magię.
Już samo oddychanie tym powietrzem było szkodliwe. Były tam przedmioty, które mając własną wolę, zatruwały całe swoje otoczenie. I takie, które czegoś chcą i potrafiły ludzi do czegoś zmuszać. Widział to już i świetnie się bawił oglądając autodestrukcje i walkę o przetrwanie niezdarnych przybyszów. Dom praktycznie chronił się sam. Kryły się w nim koszmary, które tylko czekały na rozrywkę.
Teraz też zapowiadało się na ciekawe przedstawienie. Czekał aż dotrą do newralgicznego punktu domostwa. Tego gdzie wszystko mogło się wydarzyć. Byli coraz bliżej miejsca gdzie wszystko pokrywały migoczące drobiny, które pokrywały kiedyś ciała wyjątkowych gości wiedźmy. Co potrafił dokonać ten pył, ślad i świadectwo ich bytu? Widział to nie raz, ale za każdym razem działo się coś czego się nie spodziewał.
Szli ciągle się zbliżając do serca mrocznego zaklęcia. Czuł jak rośnie jego moc. Minęli pokój, który pozostawał martwy od bardzo dawna.
Dopiero po chwili dotarło do niego, że dzieje się coś niecodziennego. Zbudzili coś co do tej pory głęboko spało. Ta głęboko, że można było to pomylić ze śmiercią. Jaki przedziwny przypadek ich tam skierował? Zamarł zaintrygowany.
Przebudzony i Nudzący się, zaczęli się zmagać. Walczyli o intruzów. Czy przybysze czuli, że coś i ktoś ich obserwuje? Że czeka na nich, by pokazać do czego jest zdolny. Był zaciekawiony kto wygra.
Znał tylko aktywną wolę artefaktu, który kiedyś zdobyła właścicielka domu. Wiedział, że ta niezwykle złowroga wola potrafi manipulować, tymi którzy żyli. Podszeptująca ludziom pomysły, prowadziła ich ku zagładzie. Pomagająca i gdzieś kierująca swoje marionetki zawsze miała swój plan i wiedziała jako go osiągnąć. Ponosiła porażkę, tylko dlatego, że ludzie nie byli w stanie przetrwać tego co im zgotowała.
System zabezpieczeń, który stworzyła jego pani zapulsował. Coś go włączyło, a potem wyłączyło. Jakiem cudem to się działo? To się zdarzyło pierwszy raz odkąd pamiętał. Zainstalowano go wieki temu. Zawsze był ciekawy co się wydarzy kiedy zawiedzie. Czy jego pani przewidziała to? Zdziwiło go, że nie pojawiła się, i że nie została powiadomiona o tych wypadkach.
Pamiętał kiedy zjawił się w domu ten drugi obiekt. Miejsce zostało wybrane specjalnie. Przyniosły je dwie wiedzmy, które się włamała. Słyszał ich szepty. Dwie przeciwstawne siły. Moc i świadomość. Życie, śmierć i zmiana. Nieaktywne byty miały spać tam przez całą wieczność. Słuchał jak to tłumaczyły.
Coś musiało się zmienić i teraz te dwa byty dążyły do spotkania. Mogło do niego dojść. Co się wtedy stanie? Dojdzie do konfrontacji? A może osiągną równowagę?
Wiedział, że skoro nikomu nie przekazał o czym wie, ponosił część winy za to co może się stać. Wydawało mu się, że to było bez znaczenia. Coś zmąciło jego rozsądek, wpłynęło na osąd. Popełnił błąd. Uśpiono jego czujność. Za późno przejrzał na oczy. Mógł tylko śledzić bieg wydarzeń. Czy mógł jeszcze coś zrobić? Zaskoczyło go to olśnienie, to co się nagle dostrzegł. Pozory i prawda wróciły na swoje miejsca. Mechanizmy zdarzeń stały się dla niego oczywiste.
Zamarł oczekując najgorszego. Nagle zamknęły się i otworzyły wszystkie drzwi. Dom był niezwykły, teraz stał się niczym przedsionek do innych światów. Przepływ energii uległ radykalnej zmianie. Przejścia prowadzące do innych światów przesunęły się, wchłaniające magię. Tak czuł to wyraźnie, zmieniły przepływ magii. Ostrożnie zbliżył się do jednego z przejść. Czuł obcą, fascynującą magię. Wiedział, że tam jest całkiem inny świat.
Zastanawiał się czy ruszyć tam, gdy jakiś byt przesunął się i wpadł w jedno z przejść. Drzwi zatrzasnęły się za nim. Tej drogi nie mógł już wykorzystać. Wcale tego nie żałował.
Coraz wyraźniej wyczuwał naturę bytów, które uświadomiły sobie swoją obecność. Czuł jak dom się zmienia przez nie. Był za daleko od przejść, by nimi uciec. Mógł się tylko schować.
Ożyło to co wydawało się mu się martwe od stulecia. Skurczył się i schował w swoimi bezpiecznym legowisku. Obserwował przebudzonego i czuwającego. Nie wiedział z czym ma do czynienia. Na co oni reagują? Nigdy tego nie rozumiał do końca. Żyli inaczej niż wszyscy inni.
Wiedział kto teraz się pokaże. Przybywał do domu zawsze kiedy działo się nim coś takiego. Poprzedni właściciel wracał, pokonując śmierć, by zażądać tego co jego zdaniem do niego należało.
Ujrzał go. Zjawę pełna gniewu i żalu. Wysokiego chudego mężczyznę o siwych włosach i czarnych jak noc źrenicach. Za nim zjawili się też inni. Zabici dawno temu wrogowie pierwszego właściciela domu. Licząc na strzępy mocy krążyli w pobliżu. Zagubione w magii dawno temu dzieci, które błądziły przez dekady po domu wiedzmy. Nie tylko oni tkwili tam od dawna. Mało kto potrafił znaleźć drogę na zewnątrz. Oni wszyscy byli w pułapce.
Było też ono. Milczące, uśpione i tajemnicze coś, co jego pani tak lubiła. Czasem był o to zazdrosny. Poświęcała mu zbyt wiele czasu i uwagi. Ale rozumiał, że i tak jest na pierwszym miejscu w życiu swojej pani. Mogła na niego liczyć, zawsze przy niej był.
Martwy właściciel domu starał się opanować moc dwóch świadomości, które go przerastały. Zawsze był zadufany w sobie i to o dlatego tak marnie skończył. Zagubione głodne zjawy obserwowały kręgi mocy. Starali się wyłapać fale mocy. To było dla nich zbyt wiele, więc moc ich pochłaniała. Czy te byty świadomie wchłaniali zjawy? A może to nie miało dla nich znaczenia?
Były właściciel domu próbował wykorzystać dom jak magazyn mocy. Ale mu się nie udało. Starł się ze ścianą obcej magii. Nie miał z nią szans. Został wyrzucony z domu. Inne zjawy zniknęły w kręgach mocy lub uciekły z domu.
Dzieci, które wkradł się do domu lawirowały między pasmami mocy. Miały dużo szczęścia. Ciągle jeszcze żyły.
Był ciekawy co jeszcze się wydarzy. Nie wtrącał się w bieg zdarzeń.
3.
Papla czuł strach. Rozglądał się po kolejnym pokoju pełnym czegoś, czego nie rozumiał. Czarne smukłe dzbany i dziwne kije stal pod ścianami i niepokoiły go.
Czemu tam weszli? Pokusa była zbyt wielka. Liczyli na skarby, ale znaleźli tylko jakieś starte śmieci. Wiedział że mimo wszystko spróbowali by znowu. Strach, głód i desperacja był w ich życiu odkąd stracili rodziny. Zapędzeni w kozi róg mogli tylko walczyć przetrwanie, tak jak potrafili. Nie raz uciekali przed kimś bardzo niebezpiecznym. Liczyli, że zdobędą coś co da im trochę czasu. A inni włamywacze omijali ten dom z daleka.
Po tym jak drzwi same się zamknęły i otworzyły starali się jak najszybciej znaleźć jakiś łup i uciec. Z magi nie było żartów.
- Ten dom jest inny niż wydaje się z zewnątrz - wyszeptał Cień.
- To przez magię - oświadczył Zwinny. - Nie jest dla nas groźna...
Zwinny powtórzył to po raz kolejny. Co to tak naprawdę znaczyło? Czy znał się na magii?
- Strasznie tu - mruknął cicho Cień.
Zwinny wzruszył ramionami. Za nimi stał dziwny mroczny cień. Papla udawał że nic nie dostrzega. Czuł wbity w siebie płonący w mroku wzrok. Nie pierwszy raz Papla udawał, że nic nie widzi. Ale tym razem to było naprawdę trudne.
Dom był nie tylko wielki i tajemniczy. Pełen dziwnych zapachów i niepokojących dźwięków. Czuł że coś tam jest. Zarazem żywego i nie. Mieszkało w nim coś niespodziewanego. Coś czego nie chciał by spotkać. Dziękował w duchu, że to ich nie atakowało.
Opuścili pokój i weszli na korytarz. Na jego końcu ujrzeli wysoka postać. Po chwili uświadomił sobie, że na szczęście to był tylko posąg.
- I gdzie teraz?
- Może na innym piętrze będzie coś cennego?
- A jak tam dojść? Wracamy do holu?
Pokręcił głową
- Gdzieś muszą być drugie schodu.
- Ale gdzie?
Wzruszył ramionami.
- Poszukamy ich. Mozę tam - wskazał głową koniec korytarza i posąg.
Szli korytarzem aż dotarli do jego końca i do posągu, wokoło którego ułożono w kręgu różne przedmioty.
- Co to takiego? - powiedział Cień podnosząc coś błyszczącego.
Podeszli do niego. Papla obejrzał dziwny przedmioty podniesiony z ziemi. To było pudełko w kształcie muszli, w którym co grzechotało. Papla był zawiedziony. Nic nie wyglądało na wartościowe. Wszystko wokoło było stare, brudne i zniszczone.
- Nic cenne tu nie ma - powiedział zawiedziony Papla.
- To jest cenne - upierał się Cień. - Jest w nim magia.
- Skąd to wiesz?
- Czuje to.
- A ty to co, wiedźma?
Cień skrzywił się. Pozostali mali złodzieje zaśmiali się. Mimo wszystko Cień był taki dziecinny i nielogiczny. Wszystkich to bawiło. Papla usłyszał kroki i szybko obejrzał się za sobie, ale nic nie zobaczył.
- Nikomu tego nie sprzedamy - ocenił Zwinny. - To śmiecie.
- Wcale nie.
- To komu to sprzedasz?
- Można być sprawdzić.
- Nie masz na to szans... Od razu uwięzili by cię za kradzież.
Po chwili Papla znowu coś usłyszał. Śmiech dziecka. Obcego i szalonego.
Wbił wzrok w mrok i cienie szukając źródła hałasu, ale mu się nie udało. Wcale mu się to nie podobało. Tam na pewno coś było. Chowało się przed nimi. Czy to były duchy? Ludzi zagubionych w tym domu? Ofiar wiedzmy? Jak długo tam były?
- Chodźmy stad - powiedział cicho Papla.
- Racja. Poszukajmy czegoś cennego - oświadczył Zwinny.
- Może lepiej chodźmy stąd już... z tego domu- poprosił cicho Papla.
Zwinny zmarszczył brwi.
- Nie, póki czegoś nie znajdziemy.
Był uparty, a oni go słuchali. Nie odważył my się sprzeciwić. Zawrócili i szli korytarzem aż dotarli do pokoju pełnego dziwnych szklanych urządzeń i przedmiotów.
- To musi być jej pracownia - wyszeptał Cień.
Rozglądali się zaciekawieni. Opisane dziwnymi znakami naczynia i urządzenia były pokryte tłustym złotym smarem. Próbowali, ale lśniący smar nie dawał się zeskrobać. Nic z tego nie rozumieli.
- Po co jej to wszystko? - spytał Cień.
- Do swoich eksperymentów.
- Ale co im to daje?
- Może na tym zarabiają?
- To nie wygląda na nic co by się nadawało na sprzedaż.
- Może robią to dla siebie? - zastanawiał się Cień.
Zwinny wzruszył ramionami. Papla uśmiechnął się do siebie. Kieszonkowiec przyznał się, że nie zna wszystkich odpowiedzi? Dobrze się zapowiadało.
Podeszli do wielkiego, szklanego naczynia pełnego zielonej świecącej substancji.
- Co to może być? - zastanawiał się Cień.
- Może flegma wiedzmy? - zapytał Zwinny.
Cień skrzywił się. Zauważył że miał dziwne poczucie humoru. Nim Cień zrobili kolejny krok otoczyły ich widma. Ludzkie postacie lub jakieś straszne bestie krążyły wokół nich. Czuli ich palący wzrok na sobie.
- Co to? - przeraził się Papla.
- Tylko cienie upiorów - oświadczył spokojnie Zwinny. - Nic groźnego. Nic nam nie zrobią. Magia domu wyciąga z nich energię.
Zachował spokój do chwili kiedy nie zobaczyli niezwykłego wielkiego wielorękiego stworzenia. Wydawał się być stworzony z drgającego mroku, jakby był zarazem tu i gdzieś indziej.
- A to co? - spytał cicho Papla, cofając się powoli.
- To tylko zwierzak wiedźmy - oznajmił zdecydowanym tonem Zwinny.
- Straszny - szepnął Cień.
- Musi taki być, by inni się jej bali.
- Rzuci się na nas? - spytał powoli Papla.
- Nie zwracajcie na niego uwagi. Jego tu tak naprawdę nie ma.
Stwór nie zbliżał się do nich. Tylko chodził za nimi wszędzie. Udawali, że nie zwracają na niego uwagi, choć z każdą chwilą było to trudniejsze.
W końcu Zwinny stanął przed postumentem z kamienia, podobnego do tego w posagu, stojącego na środku szerokiego korytarza. Leżały na nim trzy przedmioty. Zwinny uśmiechnął się widząc złoty blask.
- To jest cenne. Możemy sporo za to dostać.
Ostrożnie ściągnął przedmioty z podwyższenia.
- Nie jesteśmy tu sami... - wyszeptał Cień.
Papla rozejrzał się szybko. Dostrzegł zbitą masę dziwnych kształtów, które ku nim sunęły. Widział oczy oraz kończyny i robiło mu się niedobrze.
- Schowajmy się. - wyszeptał przerażony.
- To nic nam nie zrobi.
- Skąd wiesz?
Zwinny udawał, że się nie boi. Na ich oczach coś powstawało. Widzieli wpatrzone w nich oczy i dłonie, które się do nich zbliżały.
Przycisnęli się do ściany i przesuwali do okna. Jeden z paneli na ścianie cofnęła się pod naciskiem. Za nim był długi ciemny korytarz. Zajrzeli do środka. Hałas dochodzący ze zbitej widmowej masy ciągle narastał. Nie chciał czekać aż stwór przybierze nowy kształt.
- Wchodzimy tam... - powiedział Zwinny wskazując korytarz za panelem.
- Ale co tam jest? - spytał Papla.
- Nie wiem, ale to może być dobra kryjówka.
Nie wiedział tego na pewno. Mimo to ślizgnęli się do środka. Część ściany wróciła na swoje miejsce. Byli w pułapce.
- Idziemy - zarządził Zwinny, ruszając korytarzem.
Było wąsko, ale udało im się przecisnąć.
Dotarli do rozwidlenia.
- I gdzie teraz?
- Tam gdzie płynie powietrze.
Cień zapalił zapałkę. Płomyk zadrgał. Ruszyli w tamtą stronę.
Dotarli do ozdobnej kratki. Mogli by ją wypchnąć, ale wahali się.
- Przechodzimy?
- A co tam jest?
- Nie ważne - powiedział ostro Zwinny. - Grunt żeby dało się stąd uciec.
Ostrożnie wyszli na korytarz. Szli nim powoli, rozglądając się na wszystkie strony.
- Nie pamiętam tego miejsca - powiedział cicho Cień.
- Ten dom jest jak labirynt - wyszeptał Papla. - A my będziemy po nim błądzić do końca życia...
Zwinny zmierzył go gniewnym spojrzeniem.
- Przestań. To tylko stary dom.
Cień mocno zacisnął usta, jakby chciał zatrzymać jakieś słowa.
Papla oparł się o ścianę, która okazała się bardzo śliska. Jego dłoń osunęła się i wylądowała na czarnym naczyniu. Cofnął ją jak oparzony.
- Uważaj! - syknął Zwinny.
- Ja nic nie robię... - wysapał Papla.
Ujrzeli jak naczynie samo się przesuwa i kołysząc przewraca. Cofnęli się ale i tak otoczył ich dusząc ciemny pył. Kaszląc biegli przed siebie. W końcu wydostali się z korytarz i i zatrzasnęli za sobą wielkie drzwi.
- To było straszne - powiedział cicho Cień.
- Ale już mamy to za sobą - oświadczy Zwinny.
Słyszeli dziwne hałasy dochodzący zza drzwi. Stuki i chrobot. A potem kroki i chrapliwy oddech.
- Coś tam jest - wyszeptał z trudem Papla.
- Nie ma - zawarczał wręcz rozdrażniony Zwinny i w tej samej chwili ujrzeli przerażający cień.
Zamarli. Nie mieli pojęcia co to mogło by być. Czuli tylko strach. Chcieli tylko uciec.
Chowając się przed tym kimś lub czymś trafili do dziwnej komnaty. W tej prawie pustej, komnacie, gdzie ciemne połyskujące ściany zdawały się wydawać z siebie niepokojący dźwięk unosiła się widmowa wijąca się postać.
- Nie bójcie się nic nam nie zrobi.
Obeszli istotę z daleka.
- Tu nie ma drugiego wyjścia.
- Poczekamy.
- Na co?
- Aż będzie bezpiecznie.
Nagle zjawia zniknęła jakby przeszła przez podłogę.
- I co teraz?
- Poczekamy.
- Na co? - znowu spytał Papla.
Zwinny nie odpowiedział. Zaczął przeszukiwać pomieszczenie. Szybko znalazł dwie skrytki. W jednej była fiolka z pyłem, a w drugiej mały nożyk. Znajdując tam coś takiego wiedzieli, że muszą być czujni. To było ryzyko i szansa na bogactwo.
- Zabieramy to.
Przystali na to.
Cień podniósł coś z podłogi. Stali za nim.
- Co to takiego? - zapytał zaciekawiony Papla.
- Jakaś błyskotka.
- Ładna, prawda? - spytał Cień.
- Jak dla baby - Zwinny prychnął pogardliwie.
- Mi się podoba - powiedział cicho Cień.
Zwinny zacisnął zęby i oddal mu ozdobę. Cień zamknął ją w swojej dłoni.
- Pewnie to należy do wiedzmy.
- Jak wszystko inne w jej domu - zauważył Cień.
- A jak będzie chciała to odzyskać?
- Nie znajdzie nas.
Papla nie był tego taki pewny.
- Co tam jest jeszcze?
- Jakiś proszek i nożyk.
- Bierzesz to?
- Na pewno są cenne.
Papla czuł się zmęczony. Ale przynajmniej po znalezieniu tego wszystkiego mogli już opuścić to miejsce. Nie wiedział tylko jak to zrobią.
- I co teraz zrobimy? - spytał towarzyszy Papla.
- Poszukamy wyjścia.
- A jak nie będzie żadnego?
- Musi jakieś być.
Papla miał złe przeczucia, ale Zwinny nie poddał się i sprawdził każdą ścianę i fragment podłogi. Papla usiadł w kącie i miał wrażenie, że coś ich obserwuje. Oglądał się na boki, ale niczego nie dostrzegał.
- Nie wydostaniemy się stąd... - powiedział litując się nad sobą.
- Zamknij się.
Zwinny odetchnął z ulgą kiedy jedna z płyt z ornamentami przesunęła się pod naporem jego ciała.
- A nie mówiłem? - ucieszył się Zwinny. - Tam jest wyście. Za mną.
Ruszyli wąskim tunelem. Doszli do szerszego korytarz, gdzie otaczały ich cienie i widma.
- Co to jest? - spytał szeptem Cień.
- Nie wiem, ale nie robią nam przecież krzywdy - oświadczył zdecydowanie Zwinny.
- Ale... - sprzeciwili się Papla.
- Nie zwracajcie na nich uwagi.
- Dobrze - zgodził się Cień.
To nie było takie proste.
Papla był głodny, przestraszony i obolały. Nic nie zyskali. Przeszkadzała mu też obecność dziwnych przezroczystych stworzeń. Przed sobą ujrzeli światełko w ciemnościach. Zanim dostali do wyjścia ujrzał, że towarzyszące im stwory znikają, kiedy tylko opuszczali dom wiedzmy.
Owionęło ich chłodne wilgotne powietrze. Obejrzeli się za siebie.
- Gdzie oni są? - spytała Papla.
- To były tylko upiory.
- Już dawno po nich.
- Teraz my też znikajmy stąd...
Przekradali się przez zarośnięty ogród. Nad nimi świecił jasny księżyc, lekko zabarwiony na różowo. Dotarli w końcu do muru. Wysokiego i zakończonego ostrymi prętami. Był zbyt wysoki by tedy przeszli. Musieli poszukać jakiegoś wyłomu.
- Tędy nie wyjdziemy - wyszeptał Papla.
Zwinny skinął głową.
- Musimy znaleźć inną drogę.
Usłyszeli za sobą przeraźliwe wycie. Coś wyłoniło się z domu. Bestia, która wcześniej tylko ich obserwowała teraz rzuciła się w ich kierunku. W świetle księżyca wyglądała bardziej materialnie.
- Rozdzielmy się - zarządził Zwinny.
Rozbiegli się w różne strony. Bestia na szczęście pogoniła za Cieniem. Papla ucieszył się z tego.
4.
Aż nie mógł w to uwierzyć. Został uwolniony i widział przed sobą drogę ucieczki.
Mogło mu się udać. Potrzebował tylko kotwicy, która utrzymała by go w tym świecie. Przemieszczał się ciemnym korytarzem wibrującym energią, gdy zauważył coś w sam raz. Dopadł stworzenia, dzięki któremu, w końcu mógł wyraźnie odbierać ten świat. Czworonożny zwierzak nie stawiał oporu, pozwalają mu korzystać ze wszystkich swoich zmysłów. Otaczały go aury, które dopiero uczył się odczytywać.
Pozwolił stworzeniu by prowadziło go na zewnątrz, opuszczając budowlę w której spędził ostatnie stulecia. Stracił już nadzieję, że jego los szybko się zmieni. Był zaskoczony łatwością, z jaką to wszystko się stało. Coś takiego nie powinno było się wydarzyć. Wiedział, że musi wykorzystać okazję. Był taktowny jak błyskotka. Ozdoba, która przestawia się. Chciał pokazać jej kim jest. I dać jej nauczkę. Tak by popamiętała go na zawsze.
Obok niego przebiegła mysz. Rzucił się na nią i opanował ją. Stworzenie które zasiedlił zaczęło się nią bawić. To było nawet zabawne. Czy to samo mógłby zrobić i z niż? Musiał tylko ja odnaleźć i zmusić jej ciało by było mu posłuszne. Powinno pójść mu dość łatwo. Potem wrócił by do domu. Zdobył to czego pragnął. Skorzystać ze swojego daru, a dawno go nie wykorzystywał.
Pozwolił stworzeniu ruszyć na polowanie i zaspokoić głód. Długo rozważał swoją obecną sytuację. Świadomość i ciało. Ciała, które mógł przejąć. Czy to by mu pomogło? Nie był tego pewny. Cofnął się myślą w czasie. Śledzenie czegoś takiego nigdy nie był dla niego trudne. Potrafił być cierpliwy. Liczenie na coś tylko prawdopodobnego i długie oczekiwanie na rezultaty leżało w jego naturze.
Kiedy troje złodziejaszków ukradło wiedźmie coś wyglądającego trywialnie, ale kryjące w sobie potężną magię, zyskał szansę. To że jakieś stworzenie wyglądało na martwe lub niegroźne, nie znaczy, że już umarło i jest bezsilne. Przekonał się o tym na własnej skórze. Zapragnął zdobyć potężną moc i broń. Zaryzykował i przegrał. Przez to stracił więcej niż się spodziewał.
Nie miał pojęcia czemu nie odszedł. Dlaczego nie rozpadł się? Coś go ocaliło. Los zadecydował za niego. Wskazano mu dalszą drogę. Nie mógł się teraz wycofać.
On im jeszcze wszystkim pokaże. Jeszcze wszyscy poznają jego imię.
Wydał z siebie przeciągłe miauknięcie i przecisnął się przez niewielką dziurę w murze. Zanurzył się w mrok, zostawiając za sobą swoje więzienie.
5.
Jak zawsze obserwował dom wiedźmy i marnował czas, sam nie wiedząc na co liczy. To było jedno z jego natręctw. Nie potrafił porzucić zaczętych spraw. A tej sprawy nigdy nie zakończyli. Inni wyśmiewali go, ale on się tym nie przejmował. Wiedział na czym może skorzystać. Zawsze miał nosa.
Dano mu zadanie, i sumienne zbadał przeszłość wiedźmy, ale zanim wykorzystali jego wiedzę sytuacja się zmieniła. Musiał zająć się czymś inny. Pilnymi sprawami rodzinnymi. A potem był inne zajęcia. Miał co robić, ale i tak nie potrafił zapomnieć o sekretach wiedźmy. Mógł na nie skorzystać.
Z uporem trzymał się swej obsesji. Zdobył wiele przydanych artefaktów dzięki którym dostrzegał więcej i mógł zrozumieć więcej. To miało też swoją ciemną stronę. Zapędzi się w ślepy zaułek i liczył na szczęście. Co dziwne dopisało mu ono tej nocy.
To była niezwykła noc. Trójka dzieciaków dokonała niemożliwego, włamując się do środka i burząc coś niepojętego. Zabrali z domu coś, co wiedźma trzymała tam do dawna. Ta stara i potężna wiedźma miała fatalną opinię. I doprawdy dziwny gust. Przyganiała przybłędy i groźne artefakty. Nie przejmowała się tym co mogli by zrobić. Nie zakładała, że zostanie zdradzona. Czy była naiwna?
Opiekowała się też czymś, co kiedyś było kotem należącym do starej i przepotężnej wiedźmy z poprzedniej ery. Zwierzak w końcu umarł, choć nie porzucił swego ciała i teraz prowadził inne życie. Każdy kto go ujrzał wiedział, że jest inny. Kłopotliwy. Niebezpieczny. Nieprzewidywalny.
Przesuwał się wzdłuż muru. Śledził dzieciaki, które coś obudziły i rozwścieczyły. Miały do przebycia kawałek ogrodu przy domu wiedźmy. Patrzył jak się za to zabierają. Coś ich goniło. Poza domem wiedźmy, to coś, było ledwo widoczne. Zostawiało ślad.
To co miały przy sobie dzieciaki, wabiło do nich magię i to co na niej żerowało. Zabierając to ze sobą mogli narazić się nie tylko tej lekkomyślnej wiedźmie. Też innym. A co gorsze, ich śladami coś podążało. Szukało ich, czy tego, co oni znaleźli?
- Uciekajcie! - powtarzał w myślach.
Dzieciaki dopadły do ogrodzenia i się przez nie przecisnęli. Byli już na zewnątrz i pędzili ile sił w nogach. Czy to coś dało? To coś nadal ich śledziło. Poza murem zmieniło się. Przybrało inną formę na jego oczach. Widział chwilami niezwykłe kształty.
Jeden z dzieciaków wpadł na niego. Dobrze się złożyło.
Złapał je za ramię i nie puścił. Był przygotowany na takie okazje. Sięgnął do kieszeni.
6.
Coś go uderzyło, a potem otumaniło. Znał ten zapach. On nie wróżył nic dobrego. Tak się znieczulało zwierzęta i ludzi przed złożeniem ich w ofierze.
Szybował w mroku, nie mogąc nie nawet poruszyć. Był zły, że spotkał go taki los.
Wydawało mu się że ktoś go obejmuje ramieniem. To było kojące. Czuł też, że ktoś go przeszukuje. Niestety nie mógł się poruszyć. Słyszał tylko prowadzoną przy nim rozmowę.
- ... te dzieciaki wyniosły coś z domu wiedźmy.
- Co takiego?
- To było coś niewyobrażalnie magicznego...
- Ten tego nie ma...
- Dzieciaki się rozdzieliły.
- Ten nic przy sobie nie ma.
Zapadła cisza.
- I co teraz?
- Nie przyda się nam do niczego.
- Może coś wiedzieć.
- Nie ma sensu go trzymać...
Powoli wracał do siebie. Czy zdąży rzucić się do ucieczki?
- Może się nam przydać. Dostał się do domu tej wiedźmy...
- Może miał szczęście?
- Wiesz że to by nie wystarczyło. Musi w nim coś być..
- i jak chcesz się o tym przekonać?
Papla wstrzymał oddech.
- Mogę go szkolić.
- A to potrzebujemy nowicjuszy?
- Może nas zdradzić.
- Sprawiać kłopoty...
- Sam wszystkim się zajmę
- A jak będzie nam przeszkadzał?
- Nie będzie. Nie wygląda na głupiego.
Chciał przeżyć. Lekko otworzył oczy i ujrzał przed swoim nosem emblemat, który go przestraszył. Znał go ju kilka razy. Oko przecięte trójkątem i dwa koła, pod okiem i nad nim. Widział jak ludzie, którzy go nosili zniszczyli kilka miasteczek, w których zatrzymała się jego rodzina. Jak tego dokonali i po co? To było dla niego zagadką. Był gotów zrobić wszystko by ich przekonać, że mogą na niego liczyć.
To że jest już przytomny nie uszło ich uwagi. Zacisnął powieki ale był już za późno.
- Już jest przytomny - powiedziała kobieta.
Wiedzieli, że udaje. Otworzył oczy, uniósł głowę i ujrzał stojące nad nim cztery osoby. To oni rozmawiali o nim jakby nie było go przy tym.
Piegowata kobieta o potarganych brązowych włosach miała na sobie szarą suknię i skórzaną kamizelkę. Trzej mężczyźni byli niewysocy, chudzi i słabi, ale zarazem wydawali się niebezpieczni. Widział do czego są zdolni.
- Kto to może być?
- Widzicie co ma na sobie - powiedział łysiejący mężczyzna w wielkich okularach.
Pozostali kiwali głowami przekazując sobie z rąk do rąk płaską tabliczkę pokrytą kolorowymi wzorami.
- Trzeba sprawdzić skąd to ma i gdzie to go zaprowadzi.
- To może by być przypadek.
- Albo i nie.
- Czekaliśmy na co takiego od 1966.
- To może być coś innego.
- Odczyty mówi o czymś innym - kobieta skinęła głowa w stronę dziwnego urządzenia, stojącego za nimi.
O co im chodziło? Udawał przerażonego i nieszkodliwego.
- Będziesz grzeczny? - spytała kobieta z nieprzyjemnym złośliwym uśmiechem.
Skinął głową.
Pozwolił im wyrwać sobie kępkę włosów, nakichał na szklaną płytkę, oddał im mankiety i kołnierzyki koszuli oraz pozwolił się obskrobać, szklanym ostrzem. Był posłuszny. Nie miał pojęcia po co to wszystko robią. Cieszył się ze nie pocięli mu gardła ani go nie rozpruli.
Papla milczał i słuchał. Szybko przekonał się, że trafił do dziwnego miejsca, o którym nie wiedział nikt. Pełnego antykwariuszy, ich tajemnic i skarbów. Podobało im się że im pomaga.
- Może się nam przyda.
- A jak będzie sprawiał kłopoty?
- Będziesz grzeczny? - zwrócił się do niego mężczyzna z wielką, torbą z którą się nie rozstawał ani na chwilę.
Skinął głową. Przecież i tak nie miał innego wyboru. Mężczyzna uśmiechnął się do niego zadowolony.
- To dobrze.
Wydawali się zadowoleni. Nie wiedział dlaczego.
- No dobrze - powiedział najstarszy z mężczyzn z dłońmi pokrytymi bliznami. - Sprawdzimy czy się nadajesz.
Wyjmowali z jednego z koszy w z wikliny owinięte w papier przedmioty.
- Masz zawsze robić co ci każemy.
Zgodził się i na to. Chciał przeżyć.
Obserwował jak wyjmują z opakowań zbite, kolorowe substancje i układają je obok siebie. Zapach który się unosił z czymś mu się kojarzył. Już zetknął się z nim, ale nie pamiętał kiedy.
Przyglądał się czynnościom otaczających go ludzi. Pracowali szybko i zgodnie. Jakby robili to już wiele razy. Czego oni chcą? I co z nim zrobią?
7.
Zwinny znał drogę do kryjówki Wybuchowej Szajki. Inni też wiedzieli gdzie ich szukać. Wiedział że może ich tam spotkać, o ile udało im się przeżyć. Ruszył taktem do Zimnego Portu i stanął przed wyłamanymi wrotami zagradzającymi drogę do starej, zniszczonej świątyni. Dalej powinien iść za ścieżką ze szklanych kulek, która urywała się przed posagiem starego bóstwa. Cień dotarł tam w tym samym czasie co i on.
- Gdzie Papla? - spytał szybko Zwinny.
- Nie mam pojęcia.
- Może już po nim - szepnął cicho Zwinny.
Cień skinął głową. Spoglądali na siebie. Zwinny wahał się powiedzieć coś jeszcze.
- Wracamy po niego?
- Nie wiemy gdzie teraz jest...
- Sami moglibyśmy z tego nie wyjść cało...
Cień skinął głową. Nie było czego dodać.
Musieli myśleć o sobie. Znali się od kilku miesięcy, byli sierotami, ale choć nie tylko to ich łączyło, rozdzielali się już kilka razy. Nie raz przekradali się przez miasteczka Rubieży. Biedne i popadające w ruinę osady skraju Imperium. Znali je dość dobrze, bo ich rodziny podróżowały po tych szlakach od stuleci. Wiedzieli gdzie zapukać do ukrytych drzwi, by znaleźć schronienie. Gdzie jest jedzenie, cenne minerały lub życzliwi ludzie. To czasem im pomagało.
Ruszyli do posągu bóstwa i obeszli go z lewej strony.
Uderzyli w metalową część na plecach posągu i czekali. W końcu ukazały się drzwi, a w nich wysoka chuda dziewczyna w kolorowym stroju, która zlustrowała ich znudzonym spojrzeniem. Dłuższą chwile się namyślała i w końcu wpuścili ich do środka. Było tam kilkoro starszych nastolatków, którzy szybko zdobywali mroczną sławę. Wiedzieli jak wykorzystać zdobyta wiedzę, i nie mieli skrupułów by dążyć do swoich celów. Zwinny podziwiał ich wszystkich. To była sławetna siódemka, która miała już niejedno na sumieniu. Trzy dziewczęta i czterech chłopaków, zdolnych do niezwykłych czynów. W skórzanych ubraniach, ozdobieni tatuażami i nietypową bronią, robili wrażenie dorosłych i niepokonanych. Wiedział, że bali się ich ludzie z całej prowincji.
Po kilku stopniach zeszli do podziemnej komnaty gdzie stał kamienny tron i kilka ołtarzy, które teraz były pełne łupów i dziwnych urządzeń. Członkowie szajki siedzieli na kamiennych siedziskach lub skleconych z drewna krzesłach.
Podszedł do herszta bandy siedzącego na kamiennym tronie i pokazali mu swój łup, wyniesiony z domu wiedźmy. Niestety to co ukradł wiedźmie nie zrobiło na nikim z jego idoli wrażenia.
- To jakieś śmieci - powiedział umięśniony i opalony brązowooki oraz włosy herszt bandy, wykrzywiając pogardliwie wargi.
Zwinny poczuł jak pot spływa mu po plecach.
- To magia wiedźmy - powiedział z naciskiem.
- I co robi? - spytała najniższa z dziewcząt, specjalizująca się a miotaniu płonących pocisków.
- To co się chce. Trzeba tylko uruchomić ich moc...
- Ale jak? Pokaż nam.
Zapadła cisza. Zwinny nie wiedział jak zrobić na nich wrażenie. Choć gorączkowo myślał, w głowie miał pustkę.
- Nie mam pojęcia - w końcu wydusił z siebie Zwinny.
Członkowie szajki zaśmiali się. Jedna z młodych podobny do siebie jak dwie krople wody kobiet uśmiechnęła się z pogardą.
- No oczywiście... to amatorzy - powiedziała odrzucają do tyłu srebrzyste włosy.
- To tylko dzieci. Jak mieli by się znać na zapomnianych sekretach? - spytała dziewczyna, która ich wpuściła.
- Moja rodzina znała się na magi... wytwarzali magiczne przedmioty i ich używali... - wyrzucił z siebie Zwinny.
Członkowie szajki przyglądali mu się z uwagą.
- I co, nauczyli cię tego?
Powoli pokręcił głową. Był zbyt młody. Za młody na prawdziwe szkolenie i naukę. Znał tylko kilka sztuczek. Stracił swoją szansę, by opanować starożytne sekrety.
- To nie jesteś nam do niczego potrzebny.
- Mógłbym spróbować...
Członkowie szajki przyglądali mu się taksująco.
- Ale po co?
- Moglibyście na tym skorzystać.
- Tylko jeśli by ci się udało. Wiele artefaktów wybucha. kiedy nieodpowiednio się je potraktuje...
- A ty na pewno nie masz wiedzy co trzeba zrobić, a czego nie...
- Niestety tak... - westchnął herszt gangu. - Tacy jak ty, uparci amatorzy, sprawiają tylko kłopoty.
- I trzeba ich potem sprzątać - powiedziała dziewczyna od drzwi. - I ich samych...
Inni z szajki zachichotali.
- To zawsze ryzyko... ale korzyści były by wielkie - zauważył milczący do tej pory chłopak o jasnych włosach i skośnych czarnych oczach.
Wszyscy zgodnie spojrzeli na Zwinnego.
- Chcesz spróbować?
Skinął głową.
- Jesteś aż taki dobry?
Zwinny się zawahał.
- Widziałem jak inni to robią.
- To nie to samo co samemu coś umieć.
Nie potrafił odpuścić.
Stanął nad przedmiotami. W myślach prosił je i wszystkich bogów jakich znał o pomoc. Nic to nie dało.
Cień stał obok niego, marszcząc brwi i przygryzając wargę.
Wszyscy śmiali się z niego, tracąc nimi zainteresowanie. Zwinny czuł się upokorzony. Czy to wszystko był na nic? Męczyli się na darmo?
- No, a teraz znikajcie - powiedział młody mężczyzna o siniej skórze pokrytej tatuażami.
Nie mógł się na to zgodzić. Ruszył w kierunku herszta.
- Daj nam jeszcze jedną szanse - powiedział prawie błagalnie.
Chłopak zmierzył go rozdrażnionym spojrzeniem.
- Na co? Rozczarowaliście mnie.
Zacisnął pięści.
- Pokażmy co potrafimy.
- Wy?
- Zaskoczymy cię - zapewniał Zwinny.
Herszt skrzywił się.
- Nie obrażaj mnie. Nie jestem naiwny, ani wyrozumiały. Nie marnuj mojego czasu, bo pożałujesz.
Młody sinoskóry mężczyzna dotknął noża, który wystawał mu za paska. Żarty się skończyły. Zaczęli się wycofywać.
Żałował, że musi zostawić te kilka drobiazgów, które zdobyli, ale nie było innego wyjścia. Nim dotarli do drzwi rozległ się dziwny hałas.
Wszyscy zebrani chwycili za broń.
- Co to takiego? - spytał cicho sinoskóry chłopak.
Uderzenia i hałasy powtarzał się. Jakby coś chciało dostać się do środka. Czuli wibracje ziemi, a wszystkie magiczne artefakty podskakiwały i drgały. Czuli jak rośnie temperatura i dziwnie niepokojące wibrujące i rozedrgane wstrząsy i szarpnięcia. Jeszcze nigdy nie widział by artefakty się tak zachowywały. Działo się coś niecodziennego.
- To jakaś przeklęta magia! - wyrzuciła z siebie srebrzystowłosa dziewczyna.
- To strażnik tych przedmiotów - powiedział cicho Cień.
Wszyscy spojrzeli na nich.
- Widziałeś go?
Cień pokręcił głową.
- Ja tylko ich czuje...
- To skąd o nim wiesz? - spytała podejrzliwie jedna z bliźniaczek.
- Uczyli mnie o nich. Takich przyciąga magia.
Dziewczęta z szajki podeszły do przyniesionych przedmiotów. Obejrzały je uważnie.
- Te przedmioty to naprawdę jakieś śmiecie - powiedziały zgodnie siostry.
- Są puste. Bez mocy - potwierdziła dziewczyna od drzwi.
Cień pokręcił głową.
- Wcale że nie. Ich magia jest ukryta... jakby uśpiona lub stłumiona - wyrzucał z siebie Cień, choć Zwinny wolał by by ten był cicho.
- Skąd możesz to wiedzieć? - spytał milczący chłopak.
Cień spojrzał na niego ze spokojem.
- Po prostu to wiem... ja to widzę. Od zawsze.
Nie uwierzyli mu. Szajka zaczęła się przygotowywać do odparcia ataku. Szykowali broń jakiej nigdy wcześniej nie wiedział.
Starali się odpędzić atakującego ich kryjówkę intruza, ale bez powodzenia.
- Zaklęcie nie działa - szepnęła dziewczyna która ich wpuściła. - Do tej pory było niezawodne. Coś mu przeszkadza...
Spojrzeli na młodych złodziei.
- To na pewno ich wina.
- I oni to tu sprowadzili!
- Najlepiej ich wyrzucić na zewnątrz...
Herszt zmarszczył brwi. Był spokojny i czujny.
- Za późno na to - oświadczył zdecydowanie. - To już jest w środku.
Miał racje. Zwinny zakrył o głowę. Usłyszeli wycie i hałas jakby rozdzieranych ścian i ziemi. Przywarł do posadzki, kuląc się.
Ponad nimi i coś było. Przez zaciśnięte powieki widział ruch. Rozpadające się ściany i cień który skakał ponad nimi. Zapach rozkładu przyprawiał go o mdłości.
Młodzi bandyci wrzeszczeli i strzelali w stronę agresora. Czym było to stworzenie? Czym co widzieli nieliczni? Czy ta istota nie zostawiała świadków? Pamiętał opowieści o spotkaniach z takimi storami. Czasem przeżywała tylko jedna osoba, która swoimi relacjami budziła tylko strach.
Członkowie szajki zostali powaleni na ziemie. A potem coś nimi rzucało, od ściany do ściany. Nie wiedział z czym mają do czynienia.
Wiatr wył, a on słyszał w nim szepty. Miał wrażenie, że tylko mu się to wydaje. Spojrzał na pozostałych. Nie każdy to widział i słyszał. Rzucane o ściany przedmioty i ludzie zdawali się by zabawkami w rękach dziecka. Nie tylko on to dostrzegał.
- Ktoś się nami wszystkimi bawi - wyszeptał sinoskóry chłopak.
Czemu zjawiło się coś co niszczyło kryjówkę szajki? Bez trudu zmiotło by też z powierzchni ziemi całe budynki. Wijące się i tańczące wokół nich cienie zdawały się mieć skrzydła, ostre szpony i kły.
Coś wyrwało część posadzki na której leżeli Zwinny i Cieć i rzuciło ją poza zniszczoną świątynie. Młodzi złodzieje zerwali się z ziemi i rzucili do biegu. Nie szukali schronienia bo nie istniało ono.
Biegli przed siebie ile sił nogach. Cień trzymał się blisko obok niego. Nie oglądał się za siebie, ale i tak wiedział że coś za nimi podąża.
Oddalali się od miasteczka i siedzib ludzkich. W końcu dodali do skamieniałego drzewa i przywarli do jego szarego gładkiego pnia.
- Czego on chce? - wyrzucił z siebie Cień z trudem łapiąc oddech.
- Nie mam pojęcia.
- Goni nas od domu wiedźmy... to przez to co tam zrobiliśmy i co zabraliśmy.
- A przez kogo to się stało?
Spojrzeli na siebie z gniewem. Bali się i szukali sensu w tym szaleństwie, które ich otaczało.
- To twoja wina... - wyrzucili z siebie w tym samym momencie.
Oburzyli się.
- Czemu moja? - spytali znowu jednym głosem.
- Mi nigdy się nic takiego nie przytrafiło... - tłumaczył Zwinny.
- A ja nigdy nie pakuje się w kłopoty.
Skrzywili się. To były marne wymówki.
- Czym to coś jest? - spytał cicho Zwinny.
- Nie mam pojęcia. To jak stwór z koszmarów.
- Czymś musi być. I musi mieć jakiś słaby punkt.
Cień skrzywił się.
- Tylko że my go nie znamy.
Nie po raz pierwszy Zwinny żałował, że tak mało nauczył się od swoich rodziców i nauczycieli. Wraz z jego rodziną zniknęła starożytna wiedza. Ich dziedzictwo przepadło.
- Nic nie słyszałeś o czymś takim?
Cień powoli pokręcił głową.
Odczekali chwile i kiedy wszystko się uspokoiło ruszyli w stronę pobliskiego miasteczka. Dotarli do małego oświetlonego targu pełnego handlujących ludzi. Liczyli że uda im się ukraść jakieś pieniądze na posiłek, ale ludzi nagle zaczęli krzyczeć.
- Co się dzieje? - Zwinny spytał mijającą ich kobietę.
- Jakiś potwór kradnie artefakty.
Spojrzeli sobie w oczy. Czy to było to samo co ich goniło? Ujrzeli jak magiczne przedmioty wirują przez chwilę w powietrzy a potem, lecą na boki. Jakby magia w artefaktach dodawała mu sił. Otaczały ich wrzaski i chaos. Wykorzystali zamieszanie.
Uciekali, byle dalej od ludzi i magicznych przedmiotów.
8.
W końcu wszystko uspokoiło się.
Wyłonili się z ruin kryjówki i arsenału. Budowali go przez wiele miesięcy, ale okazał nie niewystarczający na to zagrożenie. Nie przewidzieli takiego przeciwnika. Kto był temu winny? Spodziewał się na kim się skupi złość i gniew grupy.
Choć wszyscy przetrwali atak niewidzialnego monstrum, to byli przestraszeni i wściekli. Chcieli się na kimś odegrać. Wiedział, że musi nad nimi panować. Znowu zdobyć u nich posłuch. Ujarzmić ich mroczne instynkty.
Kiedyś byli jego przyjaciółmi, ale te czasy już minęły. Teraz byli tylko grupa ludzi zdolnymi do wszystkiego. Inni widzieli w nich bohaterów lub niestabilnych i niebezpiecznych przestępców.
- Ostrzegaliśmy - powiedzieli zgodnie bracia, którzy nie byli do siebie wcale podobni.
Kiedy bracia wygłosili swoją prognozę wyśmiali ich. Teraz nie był im do śmiechu. Byli zadowoleni z siebie. Wiedział że jeśli im pozwoli wykorzystają okazję i jego słabość na swoja korzyść. Nie mógł do tego dopuścić.
- O czymś takim nie mówiliście - powiedział zdecydowanie.
- Jak to? - oburzył się niższy z braci.
- Podaliście za mało konkretów.
- Wiecie jak to działa... płynne możliwości... - tłumaczył się wyższy z braci.
- Czyli równie dobrze mogliście nic nie mówić.
- Chcieliśmy pomóc...
- Ale nie pomogliście.
Bracia wyglądali na obrażonych. Na jakiś czas miał ich z głowy. Spojrzał po reszcie kompanów. Musiał dać im jakieś zajęcie.
- Ktoś wie to było? - spytał herszt.
- Nikt nic nie widział - wpadła mu w słowo jedyna z kobiet, którą szanował.
- Ja tak - powiedział cicho jednooki brat.
- I co ro było? - spytała Fina Odważna.
Gorszy brat zawahał się.
- Nie wiem. Wie tylko, że miało kły i pazury.
- To było zwierze?
Pokręcił głową.
- Wiedźmia bestia?
Znowu zaprzeczył.
- Nie miało ciała, ale potrafiło je przywołać. Skóra był przezroczysta i lśniąca jak wnętrze muszli... miało łuski i ostre szpony... to była czysta energia wściekłości.
Rozdrażnił go ten opis.
- Czyli co to było?
Wzruszył ramionami.
- O niczym takim jeszcze nie słyszałem. W żadnej z legend bestii nie było czego takiego. To musi być coś nowego..
Nie podobało mu się to. Nie chcieli w to tłumaczenie uwierzyć, ale mieli dowody działanie tej istoty przed oczami. Niewyraźny złowrogi cień przemknął obok nich. Usłyszeli hałas i wszyscy drgnęli przestraszeni.
- Co to było?
Czuł ich strach. Wymykali się mu. Kiedyś nie miał pojęcia, że utrzymanie władzy jest takie trudne. To były niekończące się pojedynki z dawnymi przyjaciółmi i walka by być na szczycie hierarchii. Wiedział, że chcieli by zająć jego miejsce, ale za bardzo polubił rządzenie, by się na to zgodzić.
Wiedział co musi zrobić. Znowu. Trzeba było wskazać im cel i wroga. Do tej pory to się sprawdzało.
- Nie wiecie czyja to sprawka? - spytał dawnych towarzyszy.
Milczeli przestraszeni lub rozgniewani.
- To na pewno nasi wrogowie - powiedział z przekonaniem.
Zamruczeli coś z kpiną.
- Bo komu innemu by to się opłacało?
- I co nasłali na nas te dzieciaki? - spytała Odważna.
Jeszcze ne byli przekonani.
- Ktoś im musiał opowiedzieć o domu wiedźmy... - kontynuował. - Pchnąć ich w odpowiednim kierunku... a oni zrobili resztę.
- Jakim cudem?
- To mógł być ktoś kto potrafi przewidzieć przyszłość...
To był tylko sugestia, ale cisza, która zapadła ucieszyła go. Nie miał wcale racji, ale zasiał w nich nieufność i wątpliwości.
- A czemu ten stwór nie rozerwały dzieciaków?
- Może mają coś czego on pragnie?
- I co to jest takiego?
Wzruszył ramionami.
- Nie znam się na bestiach i magicznych stworach.
Jeszcze nigdy nie wiedzieli czegoś takiego. I nikomu nie udawało się zapanować nad bestia czy stworami magii. Widzieli już sporo. Dziwne sztucznie stworzone stwory. Z czym teraz mieli do czynienia? Był tylko cień i ślady pazurów. Świdrujący hałas i wibracje.
- To coś robiło hałas... - zastanawiała się cicha bliźniaczka. - Ale jak?
- A skąd mam wiedzieć? - spytała rozdrażniona jej siostra. - Ja czułam lodowate zimno.
Nie chcieli by wpaść temu czemuś w łapy.
Ruszyli do wrót świątyni. Ujrzeli zniszczone zaklęcia ochronne.
- To pewnie te bachory...
- Musieli by wiedzieć jak je znaleźć.
- Może to był przypadek.
- Albo co im pomogło..
- Tylko co?
- To co mieli przy sobie?
- Te śmieci?
Nie był zadowolony. Przegapił co ważnego. Na szybko tworzył nowy plan.
- To może być cenne. Powinniśmy to zdobyć.
- Jak?
Uśmiechnął się szeroko.
- Tak jak zawsze. Podstępem i siłą.
- A jak któreś z dzieci ma magicznego opiekuna?
- A widzieliście jakiegoś obok nich?
Pokręcili głowami. Tego się spodziewał.
Wrócił do kryjówki i wyciągnął ze skrytki w ruinach swój stary miecz i kilka cennych sztyletów.
- Ruszajmy ich śladem - powiedział z zapałem.
Inni zaczęli się szykować od drogi i tropienia.
- A jak coś jeszcze to zrobi? - spytała cicho wesoła bliźniaczka.
Miała racje. Mogli mieć konkurencje. Wiedział że musi udawać beztroskiego. Wyprostował się.
- I co z tego? - spytał głośno. - Damy sobie radę. Z każdym.
Był pewny siebie. Czy inni pójdą za nim? Słyszał ich kroki. Jeszcze tym razem mu zaufali.
Powoli budował swoja pozycje. Potrzebował ich pomocy by zdobyć to czego pragnął. Jak do tej pory mu się to nie udawało. Musiał jeszcze poczekać na swoją wielką szansę. Był cierpliwy. W końcu dostanie to czego pragnął od tak dawna.