2
Komm zurück
Nabrzeże Oko, Szczecin, maj 1946 roku
To był ciepły majowy poranek. Od strony rzeki unosił się zapach zgnilizny. Fetor wdrapywał się po schodach i ogarniał całe miasto. Wiatr przywiał ciemne chmury i nabrzeże wypełnił odgłos skrzeczących mew. Na horyzoncie pojawił się kolejny frachtowiec. Wypełzł z mgły jak padalec, który poczuł pierwsze promienie słońca. Gdy zbliżył się na odległość stu metrów, na burcie statku kolejne litery powoli układały się w nazwę - Hering. Na brzegu zapanował chaos. Kilka tysięcy osób kłębiło się na wąskim odcinku nabrzeża. Jeszcze rok temu miejsce to nosiło nazwę Stettiner Oelwerke, dzisiaj na budynku dawnej olejarni ktoś namazał białą farbą "Nabrzeże Oko".
- Katherine, złap siostrę za rękę! - krzyknął do pulchnej, jasnowłosej dziewczynki szpakowaty mężczyzna. - Trzymajcie się mnie i mamy.
Kobieta wstała. Na pierwszy rzut oka mogła mieć trzydzieści parę lat, wyróżniała się na tle szarej ludzkiej masy nie tylko dzięki swojej smukłej sylwetce, lecz także, być może, sukience, która tak znakomicie uwypuklała kobiece walory. Szmizjerka była w kolorze pomarańczy, miała dwie kieszonki na wysokości kształtnych piersi oraz wcięcie w talii podkreślone paseczkiem w tym samym kolorze. Kobieta miała krótkie blond włosy, kasztanowe oczy i lekko zadarty nosek, córki przejęły od matki niegermańską urodę. Wschodnie rysy twarzy musiały się pojawić w jej rodzinie przed wieloma pokoleniami, gdyż Anna Buchholz była rodowitą szczecinianką. Wprawdzie urodziła się i wychowała w Warsow[4], we wsi niedaleko Szczecina, ale w wieku osiemnastu lat wraz z mężem, Joachimem Buchholzem, kupili przestronne mieszkanie w śródmieściu. Joachim był od niej starszy o dziesięć lat. Gdy ją poznał, był już cenionym adwokatem. Wysoki brunet w dwurzędowym garniturze robił na młodej uczennicy liceum medycznego ogromne wrażenie. Imponowało jej, gdy przychodził pod szkołę i zabierał ją na spacer do parku. Później przesiadywali w restauracji Haus am Westendsee[5] nad Westendsee[6], przyglądając się zakochanym parom pływającym łódkami po jeziorku. To tam jej się oświadczył. To tam złożył obietnicę, że stworzy jej wspaniały dom, w którym dorosną ich dzieci. Anna poczuła, że jest to najpiękniejszy dzień w jej życiu.
- Anno, zaopiekuj się dziewczynkami, ja pójdę do przodu. - Joachim podniósł bagaż. - Zaraz się zacznie.
Mężczyzna przeciskał się w kierunku, z którego nadchodził coraz donośniejszy odgłos śrub okrętowych. Tłum coraz bardziej napierał. Setki osób stłoczonych na niewielkim terenie jednostajnie przesuwały się bliżej rzeki. Mężczyźni, kobiet i dzieci, objuczeni tobołkami, plecakami, torbami i walizkami, w ciszy zmierzali do miejsca, gdzie właśnie dobił statek. Mieli przy sobie dobytek życia. Polacy pozwolili im zabrać pięćdziesięciokilogramowy bagaż na osobę. Większość rzeczy zostawili w opuszczonych domach. Niektórzy podpalali je, aby nie wpadły w ręce Polaków, inni - bo chcieli zamknąć za sobą całą przeszłość. Uciekali. W mieście od czasu zakończenia wojny i pojawienia się pierwszych wojsk rosyjskich, a później Polaków, stali się zwierzyną łowną. Nie mieli żadnych praw.
Anna z dwiema córeczkami znajdowały się na samym końcu ludzkiej masy, która napierała na barierki. Za nimi stali żołnierze z czerwonymi gwiazdami na hełmach.
- Nie pchać się! - krzyknął najniższy z nich w kierunku tłumu.
Anna poczuła intensywny zapach fiołków i zamknęła oczy. Nie zastanawiała się, skąd nadszedł, po prostu w nim zatonęła. Nagle poczuła, że ktoś położył dłoń na jej ramieniu. Odwróciła się. Przed nią stał mężczyzna w czepku lekarskim na głowie i masce na twarzy. Podczas wojny pracowała jako pielęgniarka w szpitalu Hohenkrug bei Augustwalde[7], zatem widok ten zwykle nie był dla niej szczególnie zaskakujący. Jednak tu, w tej chwili i w tej sytuacji, obraz wydał jej się abstrakcyjny, niepasujący. Postać była ubrana cała na biało - tak, to był szpitalny fartuch - i wyglądała jak lekarz przed operacją. Wysoki, postawny, szczupły, właściwie chudy mężczyzna wreszcie się odezwał. Miał ciepły, spokojny głos i mówił poprawnym niemieckim, choć słychać było, że nie jest to jego ojczysty język.
- Przepraszam panią najmocniej, jestem lekarzem, nazywam się Kornacki. Witold Kornacki. Zanim wejdziecie na pokład, musimy was przebadać.
Tak, to był akcent słowiański. Może Polak albo Rosjanin? Nie, raczej Białorusin, pomyślała Anna.
- Najlepiej będzie, jak podejdziemy na górę, tam w budynku byłej restauracji jest punkt medyczny.
- Ale mój mąż... - Odwróciła się w kierunku tłumu, ale w kłębowisku ludzi, bagaży, toreb i walizek nie odnalazła znajomej twarzy.
- Proszę się nie martwić, za chwilę wrócimy. Rzeczy możecie zostawić, nikt wam ich nie zabierze - uspokajał mężczyzna ze słowiańskim akcentem.
Szli gęsiego pod górę. W milczeniu. Minęli tory kolejowe, aż dotarli do kładki, która przechodziła nad nimi. Rozciągała się stąd piękna panorama Odry, z tyłu majaczyły budynki nadrzeczne. Przeszli przez mostek i zaczęli wspinać się ścieżką na wzgórze. To była Elisenhöhe, którą Polacy nie wiedzieć czemu nazwali Wzgórzem Kupały. Znała to miejsce. Jeszcze przed wojną spacerowali tu z Joachimem i małą Katherine w majowe popołudnia, po czym zmęczeni zasiadali na dębowych krzesłach w słonecznej sali restauracji, która nazywała się tak samo jak wzgórze Elisenhöhe i była jedną z najbardziej prestiżowych w Szczecinie. Zazwyczaj zamawiali klopsy po królewiecku, do tego Joachim prosił o duże jasne piwo z lokalnego browaru Elysium albo Bohrischa, a Anna i Katherine - dużą porcję Apfelstrudel. Widok na dolinę dolnej Odry był wspaniały. Anna przepuściła dziewczynki przed siebie.
- Dlaczego tylko my musimy się poddać badaniu? - zwróciła się, nie przystając, do mężczyzny mówiącego po niemiecku.
- Szanowna pani... - Lekko zdyszany mężczyzna dorównał krokiem Annie, szedł teraz obok niej. - Pani córki mogą chorować na odrę. Nie chcemy, aby się przeniosła na innych przesiedleńców. O! Jesteśmy już na miejscu.
Przed nimi ukazał się rozpaczliwy widok. Z dawnej restauracji pozostała tylko część budynku. Fronton całkowicie zniszczono. Pozostały jedynie gruzy. Nie było już tarasów i oszklonych ogrodów. Drzwi wejściowe do budynku były do połowy spalone. Główna część restauracji, w której mieściły się mniejsza sala oraz kuchnia, spiżarnia i piwnica z winami, przetrwała naloty aliantów. Mężczyzna wszedł do budynku, po chwili wszyscy usłyszeli głośny warkot i w zabudowaniach zabłysły lampy. Anna znała ten odgłos, to był silnik Diesla wraz z generatorem prądu. Mieli taki sam w szpitalu w Hohenkrug bei Augustwalde, chyba firmy Deutz. Podczas nalotów często wyłączano prąd, ale operacje musiały trwać. Deutz ratował wówczas życie. Weszli do kuchni. W miejscu stołów, które służyły wcześniej do przygotowywania potraw, stały łóżka szpitalne. Oddzielały je od siebie metalowe parawany.
- Jesteśmy w domu - oświadczył z euforią wysoki mężczyzna. - Proszę, ściągnijcie płaszcze i połóżcie się.
Wskazał metalowe łóżka rehabilitacyjne, po czym podszedł do Anny, sprawnym ruchem zdjął jej okrycie wierzchnie i powiesił na stojącym w rogu wieszaku.
- Poczekajcie, za chwilę wrócę.
Mężczyzna zniknął za drzwiami spiżarni, a Anna przytuliła do siebie dziewczynki. Katherine była starsza od swojej siostry, Grety, o cztery lata. Uważała się już za nastolatkę. Choć miała dopiero dwanaście lat, wyglądała na więcej. Była wyższa od większości rówieśniczek. Szybciej też zaczęła dojrzewać. Pod sukienką w stylu marynarskim wyraźnie odznaczały się piersi oraz szerokie biodra. Nie lubiła, gdy mama nakładała jej czepek marynarski. Mogła tak ubierać Gretę, ale ta śmieszna czapka nie pasowała do jej ukochanej granatowej sukienki z dużym wykładanym kołnierzem i wstążką. Dostała ją w prezencie na konfirmację. Wyprosiła. Po sukcesie filmu Galopp ins Glück wszystkie chciały być jak Betty Grable. Jej pierwszej się udało, wyglądała niemalże jak amerykańska gwiazda musicalu.
Drzwi trzasnęły. W tle dało się słyszeć muzykę. Dochodziła ze spiżarni. To gramofon. Stłumiony głos mężczyzny, który śpiewał o rozstaniu.
Du sprichst vom Abschied, für kurze Zeit,
Und bist schon morgen, von mir so weit.
Was sind schon Worte, im Augenblick,
Was ein versprochenes Glück?[8]
Tak to był Michael Jary i jego przebój Komm zurück. Anna go uwielbiała. To było kilka miesięcy po narodzinach Grety. Pamięta to doskonale, bo zaraz po porodzie wstawili do jej gabinetu najnowszy model Volksempfängera - DKE, z którego muzyka unosiła się jak żywa. Nieraz wyobrażała sobie cały kwartet smyczkowy i przystojnego Michaela, który śpiewa tylko dla niej.
Muzyka stała się donośniejsza i wyraźniejsza. Ze spiżarni wyszedł Kornacki, w dłoni trzymał blaszaną tacę, na której znajdowały się trzy strzykawki. Anna znowu poczuła silny zapach fiołków.
- Dlaczego jesteśmy tu sami? - zapytała podejrzliwie. - Nie ma personelu, pielęgniarek?
- Proszę się położyć i nie denerwować - mówił spokojnie Kornacki, podnosząc jedną ręką strzykawkę, a drugą pstrykając w szklany tłok. - Cały zespół jest teraz w lazarecie na nabrzeżu Oko. Podzieliliśmy się pracą. - Substancja wypłynęła ze strzykawki pod wpływem ciśnienia. - Czyli mama pierwsza?
Uśmiechnął się do dziewczynek, które już siedziały na metalowych łóżkach. Obie w sukienkach w stylu marynarskim, obie machały nogami w rytm muzyki.
Anna poczuła lekkie ukłucie. Mężczyzna przetarł rankę i przyłożył do niej watkę.
- Proszę przytrzymać - powiedział do kobiety, po czym odwrócił się do jej córek. Anna uśmiechnęła się do dziewczynek. Michael śpiewał dalej:
Es gibt nicht Schöneres, als Glück zu zwein,
Und die Gewissheit, geliebt zu sein.
Schon der Gedanke, wenn Du mich küsst,
Dass Du wie ich, glücklich bist.
Den einen Menschen, auf dieser Welt,
Der nur für Dich lebt, der zu Dir hält,
Hast Du in mir, drum sag ich Dir:
Darum bitt ich Dich heut, komm zurück![9]
Zdawało jej się, że w rytm muzyki falowała cała sala i łóżka metalowe, i dziewczynki, i kucający mężczyzna, który schylając głowę, odsłonił część pleców. Jaki dziwny tatuaż? To był kozioł z wielkimi kłami, który teraz wykonywał dziwny taniec. To nie mogło być realne. Zmęczenie. Nie miała sił utrzymać powiek. Ciemność.
Wiedział, że propofol działa szybko i skutecznie. Trzydzieści sekund i człowiek traci przytomność. Nie jakiś chloroform. Tylko w filmach po przyłożeniu chusteczki nasączonej chloroformem człowiek zasypiał w kilka sekund. W rzeczywistości, żeby chloroform zadziałał w taki sposób, pacjent musiałby go wdychać przez okrągłe dziesięć minut. Dobrze, że udało mu się zdobyć tę płytę. Niełatwo było dziś coś takiego znaleźć. Wiedział, że musi to słyszeć, tak samo jak ona to słyszała. Musi czuć to samo, co czuła Julka. Tam, na środku placu apelowego.
Anna powoli otwierała oczy. W tle wciąż śpiewał Michael Jary. Poczuła intensywny zapach fiołków. Było zimno. Wokół panował półmrok. Próbowała ruszyć ręką albo nogą, ale kończyny stawiały opór. Siedziała na krześle. Zrozumiała też, że jest w innym pomieszczeniu. Tak, to była chyba chłodnia albo spiżarnia, albo jedno i drugie. Z sufitu coś zwisało, jakby płaszcze na wieszakach. Nie, to nie były płaszcze. Na twarzy poczuła podmuch świeżego powietrza. Wentylacja działała. Spojrzała na dół. Łydki miała obwiązane drutem, zapewne tak samo miała związanie dłonie na plecach. Oczy zaczęły przyzwyczajać się do światła. Spojrzała w górę. Dopiero teraz zrozumiała, że to nie są płaszcze i nie umieszczono tego na wieszakach. To były raczej tusze wieprzowe na hakach. Wciąż jeszcze słabo widziała. Jednak niepokój się wzmagał, powodował, że drżały jej ręce i uda. Nie, nie z zimna. Wiedziała, że organizm reaguje szybciej, aniżeli komunikat trafia do mózgu. Michael śpiewał, by wróciła, że jego serce wciąż czeka.
Gdzieś w oddali trzasnęły drzwi. Snop światła wpadł do spiżarni i oświetlił pomieszczenie. Teraz dokładnie można było dostrzec jego wnętrze. Na hakach wisiały dwa ludzkie korpusy. Jeden większy, drugi mniejszy. Silniejszy podmuch z wentylacji odwrócił jeden z nich. To było pozbawione nóg i głowy ciało dziewczyny - łatwo można było stwierdzić, że już nie dziewczynki - z kształtnymi piersiami i podkreślającym biodra wcięciem. Płeć drugiej ofiary trudno właściwie było określić. Pewne było jedynie to, że kiedyś była dzieckiem. Pośrodku korpusu wypalono znak, taki, jakim znakuje się półtusze w rzeźni. Nietypowy. Dwa trójkąty wpisane w okrąg, a w nich jakieś obce napisy. "Zaaazel". Anna mechanicznie odwróciła wzrok. Tym razem padł on na ścianę z półkami, na których stały skrzynie na ziemniaki. Jednak nie było w nich ziemniaków. W dwóch leżały ludzkie głowy pozbawione mózgów, w kolejnych - ręce i nogi. Tak, teraz to do niej dotarło z całą mocą. To były głowy Katherine i Grety. Jej małych dziewczynek. Łzy napłynęły do oczu, a ciałem zaczęły targać konwulsje. Próbowała krzyknąć, ale z jej ust wydobył się tylko cichy pisk. Wbiła paznokcie w dłonie i zagryzła wargi. Odpłynęła. Michael Jary zakończył swoją serenadę i słychać było tylko trzeszczenie płyty, której nikt nie zdjął z gramofonu.
[4] Warszewo (do 1945 niem. Warsow) - część miasta i osiedle administracyjne Szczecina. Nazwa niemiecka jest zgermanizowaną formą nazwy słowiańskiej.
[5] Haus am Westendsee to nieistniejąca restauracja, w jaką przekształcony został na początku XX wieku młyn słodowy przy jeziorku Rusałka. Zabudowania kawiarni (budynek, weranda, nadbrzeżne molo) na początku lat 60. zostały rozebrane, a pozostałe fundamenty zasypano.
[6] Rusałka (do 1945 niem. Westendsee) - jezioro zaporowe w Szczecinie, położone w północnej części parku Kasprowicza.
[8] Mówisz o rozstaniu na krótki czas,
A już jutro jesteś tak daleko ode mnie.
Nie mam słów, które to opiszą,
Gdzie to obiecane szczęście?
[9] Nie ma nic lepszego niż połączenie szczęścia
I pewność bycia kochanym.
Myśl, kiedy mnie całujesz,
Że ty, tak jak ja, jesteś szczęśliwa
Jestem jedynym człowiekiem na tym świecie
Który żyje tylko dla ciebie, który wspiera cię,
Czy masz we mnie, więc mówię ci:
Dlatego proszę cię dzisiaj, wróć!