Rozdział 1
listopad 2019
W pewien pochmurny listopadowy poranek Józef Pawłowski otworzył oczy, utkwił wyblakłe niebieskie spojrzenie w szparze na suficie i pomyślał, że ten dzień nie będzie się różnił absolutnie niczym od pozostałych. Z piersi Józefa dobyło się głębokie westchnienie rozczarowania, lecz w tej samej jednak chwili uświadomił sobie, że się myli. Ten dzień będzie różnił się WSZYSTKIM!
Z podniecenia jego oczy rozwarły się szeroko, na ustach wykwitł uśmiech, a stopy wykonały energiczny wymach, zrzucając ciepłą kołdrę. Józef wstał z łóżka, bagatelizując lekkie strzyknięcie w kolanie, po czym sięgnął po przewieszony przez oparcie krzesła gruby szlafrok w żółto-brązową kratkę.
- Ładny dzień nam się zapowiada - mruknął pod nosem, spoglądając w okno. - Idealny, idealny...
Potem wciągnął w płuca unoszący się w powietrzu zapach świeżo zaparzonej kawy, a jego żołądek zareagował na ten apetyczny aromat głośnym burczeniem. Józef poczuł, jak bardzo jest głodny i sam się zdziwił, ponieważ ostatnimi czasy rzadko dopisywał mu apetyt. Z wahaniem obejrzał się na drzwi łazienki, w końcu jednak machnął ręką i ruszył za przyjemnym zapachem. Umyje i ubierze się po śniadaniu, nie ma pośpiechu. Jeśli miał czegoś w nadmiarze, to właśnie czasu. Choć może wkrótce się to zmieni...
Na samą myśl Józef zatarł dłonie w geście zadowolenia.
Zawiązując ciaśniej paski szlafroka, dotarł do niedużego pokoju jadalnego, który jego siostra bliźniaczka uparła się nazywać kredensowym. Owszem, w rogu, pod oknem, stał kredens, wyblakły ze starości, pełen skrytek, szufladek i półeczek zbierających kurz i kryjących rodzinne pamiątki. Józef uważał, że miejsce tego rupiecia jest na śmietniku, ale nie śmiał powiedzieć tego głośno. Siostra uwielbiała ten kredens. Każdej soboty nacierała na niego uzbrojona w miskę pełną mydlin, pastę do drewna oraz komplet miękkich ściereczek i z zawziętą miną polerowała najmniejszą wnękę czy wypustkę.
Dawniej to w piecu by wylądowało i dało chociaż trochę ciepła starym kościom, pomyślał Józef, obrzucając Bogu ducha winny kredens ponurym spojrzeniem. Ale nie! Teraz nie wolno! Zakazy, nakazy! Kominy sprawdzają! Że śmierdzi! Że truje! A to to stoi w kącie i tylko czyha na biedne piszczele...
Postanowił skupić się jednak na przyjemniejszych kwestiach. To będzie piękny dzień. Wyjątkowy.
- Dzień dobry - zawołał więc wesoło, podchodząc do stołu. Na dźwięk jego głosu Józefina podniosła wzrok znad rozpostartej gazety. Ciemne łuczki narysowanych kredką brwi uniosły się wysoko, dając wyraz zdumieniu, jakie ją ogarnęło.
- Co się stało? - zapytała. - Czy źle się czujesz?
- Wprost przeciwnie. Czuję się doskonale!
- Na litość boską! Dlaczego? - wykrzyknęła.
- Dlaczego czuję się doskonale?
- Tak. Właśnie tak. Dlaczego?
- Hmmm, sam nie wiem? A mam jakiś powód, by czuć się źle?
- A masz jakiś powód, by czuć się doskonale? - Józefina zmrużyła niebieskie oczy, podobne do oczu brata, ale mocno podkreślone czarną kredką. Niecierpliwym ruchem zamknęła gazetę, złożyła ją na pół, a następnie zaczęła zwijać w ciasny rulon. Na koniec wetknęła czasopismo do wiklinowego gazetnika stojącego w zasięgu ręki, tuż przy jej krześle.
- Cóż. - Józef uśmiechnął się blado, sięgając po dzbanek z kawą i pustą filiżankę. - Jest piękny, pogodny poranek...
- Nad wzgórzem zbierają się chmury! - burknęła.
- ...rześki...
- Od tych z końca ulicy znowu zawiewa palonymi pampersami!
- ...a ja przespałem spokojnie całą noc i ani razu nie musiałem wstawać do toalety, aby...
Józefina Pawłowska ze świstem wciągnęła powietrze i stanowczym gestem uniesionej dłoni nakazała bratu milczenie.
- Oszczędź mi, proszę, szczegółów związanych z męską fizjologią! - syknęła.
- Sama pytałaś! - Józef oburzył się.
- Wy, mężczyźni, zawsze robicie wokół swoich gatek więcej zamieszania, niż jest to potrzebne!
- Och, doprawdy? - Józef napełnił filiżankę kawą i sięgnął po cukierniczkę. Dosypał do mocnego, parującego naparu dwie łyżeczki słodkich kryształków. - Cóż, byłaś ciekawa, dlaczego czuję się doskonale, więc ci powiedziałem - dodał po chwili milczenia, unosząc kruchą, porcelanową filiżankę. Z lubością zaciągnął się aromatem kawy.
- Nigdy nie wstajesz przed siódmą - zauważyła Józefina.
- A dzisiaj wstałem.
- Bo czujesz się doskonale - dopowiedziała, przekrzywiając głowę.
- Właśnie.
- Nigdy nie jesz śniadania.
- Jak to nie?
- Nigdy nie jesz PORZĄDNEGO ŚNIADANIA! - uściśliła, celując w niego wyprostowanym palcem. - Tej skibki suchego chleba albo paskudnej maślanej bułki kupionej w piekarni i zapijanej mocną herbatą nie można nazwać śniadaniem!
- Nie można - zgodził się, wzruszając ramionami.
- A dzisiaj wstałeś przed siódmą, zachwyciłeś się smrodem spalonych pampersów i nabrałeś apetytu na śniadanie.
- Tak - przyznał, sięgając po kromkę razowego chleba oraz nóż.
- Dlaczego? Na litość boską, dlaczego?
- Bo to wyjątkowy dzień - wyjaśnił i z zadowoleniem natarł czubkiem noża na żółciutką kostkę masła. Józefina wpatrywała się w brata oniemiała. Oszalałeś, krzyczały jej oczy, dopadła cię starcza demencja!
- Co w nim jest takiego wyjątkowego? Zwykły, najzwyklejszy dzień tygodnia, w którym... - wycedziła powoli.
- Postanowiłem, że je sprzedam - przerwał jej bezceremonialnie Józef. Jego siostra zamarła z komicznie uchylonymi ustami, nagle - jakby spłynęło na nią zrozumienie - lekko podskoczyła na wyściełanym krześle. Jej oczy zrobiły się wielkie i okrągłe jak guziki.
- O mój Boże! - zapiszczała. - Nie zrobisz tego!
- Owszem! - Józef wbił zęby w kromkę chleba i zamlaskał ukontentowany.
- Nie! - wykrzyknęła Józefina, łapiąc się za okolice serca.
- Ależ tak!
- Nie zgadzam się! - zapiszczała.
- Nie MOŻESZ się nie zgadzać!
- O, przepraszam! - Jej twarz, pokryta jasnym pudrem, mocno poczerwieniała. - Mam chyba coś do powiedzenia!
- Raczej nie. - Józef uśmiechnął się szeroko. Równocześnie poczuł, że do brody przykleił mu się tłustawy okruch. Pospiesznie otarł twarz. Józefina tymczasem pochyliła się w jego stronę. Jej oczy błyszczały, a szczęki zaciskały się kurczowo.
- Jesteś moim bratem! Młodszym!
- O dwie minuty! - przypomniał, unosząc palec. Nagle skrzywił się zirytowany, spojrzał na kanapkę i z niesmakiem odłożył ją na talerzyk. Sięgnął po papierową serwetkę i wytarł o nią palce. Dopiero wtedy spojrzał w skurczoną gniewem twarz siostry.
- Skąd to zdumienie? Nie rozumiem - przemówił łagodnie. - Przecież od dziesięciu lat powtarzałem, że to zrobię!
- Owszem, powtarzałeś, powtarzałeś! - Józefina pokiwała głową ze złością. - I przez dziesięć lat na powtarzaniu się kończyło! Co roku, przed Bożym Narodzeniem, odgrażałeś się, że to zrobisz, ale ja zawsze wiedziałam, że to tylko takie gadanie! Nigdy nie potrafiłeś rozstać się z tymi skorupami, a na każdego, kto...
- To nie są żadne skorupy! - Józef uniósł się.
Józefina nie pozwoliła sobie przerwać, obrzuciła tylko brata pogardliwym spojrzeniem i kontynuowała niezrażona:
- ...ośmielił się choćby musnąć palcem te twoje SKARBY, zionąłeś ogniem jak wściekły smok! - rzuciła i z satysfakcją stwierdziła, że w oczach brata pojawiły się gniewne błyski.
- A teraz sprzedam te, jak je określasz, SKORUPY! - huknął i dla lepszego efektu uderzył zaciśniętą pięścią w stół, aż podskoczyła stojąca przed nim filiżanka. Kawa chlusnęła na przód kraciastego szlafroka i spodnie od piżamy. - Sprzedam, co do sztuki!
- Znakomicie! - Józefina wydęła wargi. Splotła wątłe ramiona na piersi i spojrzała wyzywająco na brata. - W końcu! Na strychu wreszcie zapanuje względny porządek! A w tym pokoiku nad gankiem... - wyszczerzyła sztuczną szczękę w drapieżnym uśmiechu - ...urządzę sobie pokój do szycia!
- Nie umiesz szyć! - wrzasnął Józef.
- No to się nauczę! - odwrzasnęła. - Ty możesz sprzedawać SKORUPY, a ja mogę nauczyć się szyć! Uszyję ci nowy szlafrok, ten jest kompletnie do niczego!
- Zostaw w spokoju mój szlafrok!
- A ty zostaw w spokoju swoje SKORUPY!
- Ile razy mam powtarzać, że to nie są żadne skorupy?! - Józef poczuł, że jeszcze chwila i chwyci dzbanek ze stygnącą kawą, po czym chluśnie nią swojej siostrze bliźniaczce w twarz! - To piękne i unikatowe ozdoby świąteczne! Kolekcjonuję je od wielu lat! A teraz zamierzam je sprzedać!
- Ale dlaczego, na litość boską, dlaczego?
- Bo taki mam kaprys! - zawył Józef. - Należą do mnie i mogę z nimi zrobić, co tylko zechcę! Sprzedać, wytłuc co do jednej, a nawet podarować na kiermasz charytatywny dla bezdomnych kotów!
- Nie lubisz kotów! - zauważyła z oburzeniem Józefina.
- Nie lubię TWOJEGO kota! Zwierzęta upodobniają się do swoich opiekunów, więc sama odpowiedz sobie na pytanie dlaczego...
- Ale szafę gdańską, w której trzymasz te swoje skorupy, mnie mamusia zapisała! - zawołała, celując w niego palcem i uśmiechając się triumfalnie. - Nie tkniesz jej!
- A to się dopiero okaże! - Zarechotał. Nagle spoważniał i spojrzał na siostrę zmęczonym wzrokiem. - Do cholery jasnej, Józefino. Co my wyprawiamy? Mamy po siedemdziesiąt pięć lat. Jak myślisz, ile jeszcze pożyjemy?
- No, nie wiem, jak ty... ale ja się nigdzie nie wybieram. - Józefina nerwowo poruszyła się na krześle.
- Jestem starym człowiekiem, który przez lata tłumił swoje marzenia. Nie założyłem rodziny. Całe życie mieszkałem w jednym miasteczku i uczyłem w tej samej szkole. - Józef pochylił się w kierunku siostry i pochwycił jej spojrzenie. - Jedyną ekstrawagancją, na jaką sobie pozwalałem, było skupowanie starych ozdób choinkowych - mówił cicho.
Józefina odchrząknęła cicho i umykając wzrokiem w bok, wymruczała:
- Przyznaję, że udało ci się zgromadzić całkiem niezłą kolekcję.
- Owszem! - Józef uśmiechnął się blado, słysząc z ust siostry ten szorstki komplement. - I wiesz? Pewnego dnia otworzyłem oczy i uświadomiłem sobie, że nie zabiorę jej ze sobą na drugi świat. Nie zapakuję do trumny.
- Cóż, z chwilą, gdy zesztywniejesz, byłoby ci trudno to uczynić. - Józefina wzruszyła ramionami. - Jeśli jednak bardzo ci zależy, chętnie udrapuję wokół twojej głowy kilka srebrzystych łańcuchów, a w miejsce sztucznej szczęki upchnę trochę anielskiego włosia. Do każdej ręki wsunę jedną zabytkową bombkę, musisz tylko wydać dyspozycje, czy zależy ci na którejś wyjątkowo...
- Nie o to chodzi, Józefino. - Józef spojrzał na swoją bliźniaczkę przepraszająco i westchnął głęboko. - Pomyślałem sobie, że trzymanie tych pięknych ozdób w zakurzonej szafie...
- Jakiej? - Pobladła Józefina zerwała się z krzesła. W jej oczach zamigotały gniewne ogniki. - Ja sobie wypra...
- Przepraszam, Józefino. Pardon, moja droga. Po prostu trzymanie tych pięknych ozdób w zamknięciu jest zwyczajnym marnotrawstwem, nie uważasz? Może gdy je sprzedam, trafią do osób, które docenią ich piękno i będą się cieszyć ich niezwykłością? A ja przy okazji zarobię trochę pieniędzy... - dodał na koniec nieco przytłumionym głosem.
Naturalnie ostatnia uwaga nie umknęła uszom Józefiny. Starsza pani zmrużyła podejrzliwie oczy.
- A na cóż ci te pieniądze, Józefie? Chyba nie zamierzasz nimi opłacić hebanowej trumny albo jakiegoś pośmiertnego dziwactwa? Kremacji? Albo kobziarza wygrywającego na pogrzebie "Szła dzieweczka do laseczka", co?
- Nie, szczerze powiedziawszy, myślałem o czymś innym - przyznał Józef i podrapał się po głowie z miną zawstydzonego chłopca. A potem wymamrotał coś, co sprawiło, że Józefina Pawłowska ponownie podskoczyła na wyściełanym siedzisku.
- Co? - Starsza pani przyłożyła do ucha złożoną w trąbkę dłoń i pochyliła się w kierunku bliźniaka. - Mógłbyś powtórzyć?
- Powiedziałem, że chciałbym przed śmiercią zobaczyć kawałek świata...
- Zaręczam ci, że po śmierci zobaczysz nawet cały!
- Wiesz, chciałbym jednak... zobaczyć kawałek... tego.
- Józefie, ja ciebie nie poznaję! - Kobieta potrząsnęła głową. - Oszalałeś, kompletnie oszalałeś! Mierzyłeś dzisiaj ciśnienie? Może powinieneś zażyć jedną z tych tabletek przepisanych przez doktora Maczka? Wtedy te absurdalne pomysły raz-dwa wyparują ci z głowy. Przecież nie możesz otworzyć sklepiku ze starymi ozdobami choinkowymi!
- Nie mogę? - Józef zaśmiał się tubalnie. - Ależ oczywiście, że mogę, moja droga. Powiem ci więcej! Zamówiłem już szyld, który powieszę nad starym warsztatem tatusia...
- Nad warsztatem tatusia? - Józefina przeraziła się. - Po moim trupie! - Potrząsnęła zaciśniętą pięścią.
- Dom i warsztat należą w równym stopniu do nas obojga, droga siostro! - Pawłowski uśmiechnął się porozumiewawczo. - Jeśli tak przeszkadza ci mój pomysł, możemy podzielić budynek na pół. Siedząc w swojej części, nie będziesz zmuszona patrzeć, co dzieje się w mojej, prawda?
- Co? - Józefina z wrażenia straciła dech. Jej blade policzki pokryły ceglaste rumieńce. - O, nie! Nic z tego, bracie! Nie spuszczę cię z oka, dopóki nie zapomnisz o tym szaleństwie!
Józef Pawłowski podrapał się po szorstkim podbródku i zamyślony spojrzał na siostrę. Jej ingerencja była mu nie w smak, ale przecież nie spodziewał się niczego innego, prawda? Jeszcze się taki nie urodził, co by Józefinie przeszkodził! Lepiej, żebym i ja miał kochaną bliźniaczkę na oku! - pomyślał. Nagle zachichotał i sięgnął po stojący na stole dzbanek.
- W takim razie witam cię w drużynie, droga siostro! Może uczcimy nasz nowy rodzinny biznes filiżanką gorącej kawy?