PRZEDMOWA DARIUSZA FIKUSA Z 1987 ROKU
O czym jest ta książka? Jest to dziennikarska opowieść o tym, co wydarzyło się w naszym kraju między lipcem 1982 a sierpniem 1986 roku. Jest to relacja specjalna dziennikarza, który towarzyszy korespondentom zachodnim akredytowanym w Polsce i próbuje przybliżyć im wydarzenia krajowe tak, aby były one strawne i interesujące dla egzotycznego niekiedy odbiorcy. Krajewski towarzyszy najpierw japońskim korespondentom dziennika "Yomiuri Shimbun", największej gazety na świecie, a następnie korespondentowi "The Washington Post", czyli pisma amerykańskich kongresmenów, senatorów, wyższych urzędników, prawdziwej elity USA, której opinia o Polsce i Polakach nie jest nam bynajmniej obojętna.
Osią, wokół której skupiają się wszystkie wydarzenia tych lat, jest walka między władzą a społeczeństwem polskim, między aroganckim rządem generałów a prześladowaną, zepchniętą do podziemia "Solidarnością". A także stosunki między rządzącą partią komunistyczną a sprawującym rząd dusz kościołem katolickim. Tematów dostarcza samo życie; demonstracje, dużo demonstracji, masakra w Lubinie, strajki, skrytobójstwa i pogrzeby ofiar, uroczystości patriotyczne i rocznice, między innymi 40. rocznica powstania w Getcie Warszawskim, Nagroda Nobla dla Wałęsy, druga wizyta Papieża w ojczyźnie, zamordowanie Grzegorza Przemyka i księdza Jerzego Popiełuszki - żeby wyliczyć tylko najważniejsze wydarzenia tych lat.
Nie jest naszą, społeczeństwa, winą, iż to, co głównie przyciąga uwagę korespondentów zachodnich, dzieje się między cmentarzem, demonstracją uliczną a imprezą kościelną. To jest właśnie specyfika polska. Można się oczywiście zastanawiać, czy akurat te wydarzenia były istotnie najważniejszą treścią tych lat? Czy gdybyśmy nie patrzyli okiem zagranicznego korespondenta szukającego z jednej strony sensacji, aktualnych wiadomości ("news"), a z drugiej czegoś najbardziej typowego dla danego kraju, a więc czy z naszego punktu widzenia również zaakceptowalibyśmy ten wybór?
Zastanawiałem się bardzo poważnie nad odpowiedzią na to pytanie, jest ono bowiem kluczowe, ale z całym przekonaniem mogę odpowiedzieć: tak, to były te najważniejsze, najistotniejsze polskie sprawy tych lat. Nie znalazły one, niestety, pełnego oświetlenia w oficjalnej prasie, co więcej, były często przedmiotem wyjątkowo perfidnej manipulacji, tym bardziej przeto zasługują na obiektywne zrelacjonowanie, zaś zwięzłość stylu, trzymanie się faktów, oszczędność komentarza - a więc cechy charakterystyczne dla prasy zachodniej - stanowią dodatkową zaletę tej relacji.
Nie wiemy, co z materiału podsuniętego przez Andrzeja Krajewskiego wykorzystali Japończycy Ryuji Nakazono, a później Toshio Mizushima czy Amerykanin Graham Bradley, co przekazali swoim czytelnikom; nie wiemy albo ściślej: wiemy nie w pełni. Możemy mieć jednak pewność, że korespondenci owi dysponowali w miarę pełną informacją o sprawach najważniejszych, wydarzeniach najistotniejszych dla mieszkańców kraju niefortunnie położonego między Bugiem a Odrą.
Czy w tym dość powszechnym uwrażliwieniu na to, jak nas widzą i opisują dziennikarze zagraniczni, nie ma pewnej megalomanii? Czy jest to objaw zdrowy, że tak bardzo ciekawi nas, jak wypadnie nasz obraz w oczach innych? Myślę, że i na to pytanie trzeba odpowiedzieć szczerze.
Owszem, jest w tym szczypta megalomanii, ale po pierwsze - jesteśmy społeczeństwem uwrażliwionym na to, co się o nas mówi i pisze, dlatego, że mamy świadomość naszej niesamodzielnej roli, świadomość, w jak dużym stopniu zależymy od woli mocarstw, od ich stanowiska, i to nie tylko rządów, ale również wpływowych grup nacisku, od opinii światowej.
A po drugie - to, co piszą o nas korespondenci, wraca do nas jak bumerang przez polskojęzyczne stacje radiowe, a w najbliższym prawdopodobnie czasie będzie docierało także przez telewizję satelitarną. W ten odbity, okrężny sposób informacje zatajane lub przekłamywane przez oficjalne środki przekazu w czystym kształcie docierają do odbiorcy krajowego.
Proszę sobie przypomnieć, jak istotną rolę w kluczowym 1956 roku odegrały korespondencje Filipa Bena, przedstawiciela "Le Monde" w Warszawie. Do jego pokoju w hotelu Bristol na Krakowskim Przedmieściu pielgrzymowali dygnitarze partyjni i urzędnicy państwowi, nie mówiąc o czołowych dziennikarzach. Znoszono mu ukradkiem wiadomości, skonfiskowane artykuły, dokumenty, ułatwiano dostęp do stenogramów partyjnych konwentykli, wszystko to z pełną świadomością, że wiadomości te rozejdą się następnego dnia na cały kraj przez którąś z polskojęzycznych stacji radiowych na Zachodzie. Pisze o tym obszernie w swoich wspomnieniach były szef Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, Jan Nowak, czyli Zdzisław Jeziorański ("Wojna w eterze"). Podobną rolę spełniali w latach osiemdziesiątych Dan Fisher, Krzysztof Bobiński, Hella Pick, Jan Krauze, Kevin Ruane, Michael Kaufman, Bradley Graham i inni.
Czytelnik w Polsce wie, że nie może ufać miejscowym środkom przekazu. Nie są to bowiem społeczne środki przekazu, jak to jest w demokratycznych krajach świata, w których prasa znajduje się w rękach licznych partii politycznych, pod wpływem różnych grup nacisku i wyraża zróżnicowane opinie, spośród których czytelnik może wyłowić sobie te, które mu najbardziej odpowiadają. Nasze media pozostają na wyłącznych usługach rządzącej partii komunistycznej, która sprawuje faktyczny monopol nad całą informacją.
Zrozumiał to doskonale jeden z negatywnych bohaterów książki Krajewskiego - Jerzy Urban, rzecznik prasowy rządu. Stwierdził on wprost: Adresatem tego, co mówię (na konferencjach prasowych - przyp. D.F.) nie jest wyłącznie ani nawet przede wszystkim zachodnia opinia publiczna. W pierwszym rzędzie wypowiadam się z myślą o polskim społeczeństwie. Wrogie nam komentarze, plotki poprzez zachodnie rozgłośnie docierają do części polskiego społeczeństwa, a potem w szerokich kręgach krążą przekazywane z ust do ust. I z tego paradoksu, że "rzecznik polskiego rządu informuje Polaków niejako poprzez dziennikarzy zagranicznych", Jerzy Urban musi się gęsto tłumaczyć. Tym samym jednak przyznaje, że ta schizofreniczna sytuacja jest polską specjalnością, że wynika ona z głębokiej, utrwalonej nieufności do zmonopolizowanych przez partię mass mediów.
Wprowadzenie stanu wojennego, brutalna likwidacja wszelkiego, nie tylko związkowego, ale także informacyjnego pluralizmu, sprawiły, że nastąpił totalny upadek wiarygodności prasy i zaufania do krajowych dziennikarzy. Według badań oficjalnego ośrodka prasowego, przeszło 60 proc. dorosłej ludności Polski nie jest obecnie w stanie wymienić choćby jednego nazwiska dziennikarza, który zasługiwałby na zaufanie. Deklarowane zaufanie pozostałych 40 proc. opiera się na domniemaniu ewentualnej kompetencji dziennikarzy (mają więcej informacji, znają się na tym, o czym piszą), bardzo zaś rzadko - na przekonaniu o ich uczciwości (tzn. że wierzą w to, co piszą). Tylko 34 proc. ankietowanych (próba losowa, wskazująca na ogólne tendencje) uznaje oficjalne mass media za godne zaufania jako źródło informacji (bo już nie ocen i opinii).
Jeśli nie można ufać własnej informacji, trzeba jej szukać gdzie indziej. Z krajowych badań wynika również, że w sytuacjach jakiegokolwiek poważniejszego kryzysu na świecie, czy w kraju, liczba słuchaczy polskojęzycznych stacji radiowych rośnie gwałtownie i wynosi blisko 1/3 ogółu społeczeństwa.
Tak więc również z naszego punktu widzenia ogromnie ważną kwestią jest sposób informowania korespondentów zagranicznych o problemach naszego życia w całej jego złożoności. A to w dużym stopniu zależy właśnie od roli owych pośredników - tłumaczy i przewodników, takich, jakim dla Japończyków i Amerykanina był Andrzej Krajewski. Spełniał on wobec nich rolę swego rodzaju "cicerone" - przewodnika, tylko że nie po muzeach i zabytkach naszego kraju, ale po jego żywej tkance - społecznej, politycznej, a także historycznej.
Uważam tę pracę za bardzo interesującą nie tylko dla rekonstrukcji wydarzeń historycznych, ale także dla ukazanej w niej techniki pracy dziennikarza zachodniego wykonującego swe obowiązki w niezwykle trudnych warunkach stałego osaczenia i inwigilacji przez Służbę Bezpieczeństwa, uporczywej walki o stale blokowany przez władze dostęp do źródeł informacji. Dlatego właśnie książkę tę gorąco polecam życzliwej uwadze Czytelników.
Dariusz Fikus