Od autora
Urodziłem się w Krakowie.
Jako brzdąc ośmioletni zbiegłem wiosną z maleńkiej górki w tej partii Plant, na której stoi pomnik Jadwigi i Jagiełły, i ujrzałem świeżą zieleń. Napisałem wtedy poemat o wiośnie, który składał się z dwu linijek:
Trawka się zieleni
Dla skubania jeleni.
Wiersz był podły, ale wzbudził we mnie świadomość piękna przyrody, a wzruszenie, jakie towarzyszyło temu wierszowi... przeczucie, że jestem poetą.
Tak więc nie Kraków, ale wiosna była pierwszym moim krakowskim zakochaniem. Potem, w wiele lat później, chodziłem po Krakowie permanentnie zakochany to w tej, to w owej, nie czując i nie rozumiejąc tego, że w moim młodym sercu Kraków sprawiał cuda i że w tym uroczym mieście nawet byle kto musi kochać nawet byle co. W czasie tych misteriów miłości jak gdyby kątem oka zauważyłem "zakręt Wisły z podwinięciem podobnym do psiego ogona". Ale właściwie po raz pierwszy Kraków odczułem i zrozumiałem wtedy, gdy zjawił się tu pisarz rosyjski Jewreinow. Jego zachwyt uświadomił mi piękno Krakowa.
Tak koleje mojego losu sprawiły, że po skończeniu studiów opuściłem Kraków.
I właściwie dopiero po opuszczeniu Krakowa, kiedy pokochałem Poznań i zamieszkałem w Poznaniu, rozpoczęły się moje wiersze o Krakowie, pisane z tęsknoty za Krakowem. Element satyryczny wszedł do nich dopiero po wojnie nie z mojego własnego impulsu, ale na zamówienie. Ze zdziwieniem przekonałem się, jak głęboko w sercu moim tkwi zadra Krakowa. Fraszki o Krakowie rodziły się jak grzyby po deszczu, po każdym moim najprzelotniejszym choćby pobycie w Krakowie. Budziły one dość sprzeczne sądy i spowodowały, że wielu czytelników "Dziennika Polskiego", w którym drukowałem te fraszki, obrzucało mnie listami. Jedni wymyślali mi, drudzy dziękowali. Dlatego więc napisałem dziś te kilka słów wyjaśnienia.
Jan Sztaudynger [1959 r.]