4
Pod rozgwieżdżonym niebem "U Maca", przy szosie na Key Largo, stały dziesiątki aut. Skądś dobiegała muzyka i chichoty, a jaskrawo ubrane dziewczęta o jędrnych, bujnych, ściśniętych biustonoszami piersiach roznosiły drinki do samochodów.
- Powinienem ją znienawidzić - powiedział Alfons, siedząc w półmroku z przymkniętymi oczami. Pił tak ostrożnie, jakby mógł się skaleczyć szklanką. - Powinienem ją znienawidzić - powtórzył. - To ona przywlekła do nas tę chorobę z Anglii. Ale spróbuj znienawidzić własną matkę... Dwa lata temu siedziała przy moim łóżku w Nowym Jorku i płakała. Można jej tylko współczuć, bo kiedy wychodziła za mąż, sama nie wiedziała, co w sobie nosi.
Zamknął oczy. Zaczął swoją opowieść, swoją spowiedź. Spowiadał się przed mimowolną spowiedniczką, która z trudem wyzbywała się lęku, przed spowiedniczką, która doskonale znała się na mężczyznach i drinkach, ale nie miała najmniejszego pojęcia o książęcych dworach Europy i ich cierpieniach. On jednak spowiadał się przed nią, stopniowo odzyskując spokój.
- Pasmo nieszczęść zaczęło się już od mojego dziadka, Alfonsa XII. Miał gruźlicę, która była u nas przypadłością rodzinną, zanim pojawiła się hemofilia. W chwili śmierci dziadek miał dopiero dwadzieścia dziewięć lat. Ożenił się ze swoją kuzynką Mercedes, piękną dziewczyną. Kochał ją. Ale nam nie wolno kochać bezkarnie. Mercedes umarła wkrótce po ślubie. Było to w roku 1878. Rok później dziadek ożenił się po raz drugi: z moją babką Krystyną, córką austriackiego arcyksięcia. Nie było to małżeństwo z miłości, lecz wynik politycznej kalkulacji. Ale przywykli do siebie, gdyż moja babka była mądrą kobietą, a może również przeczuwała, że dziadkowi nie zostało już wiele życia. W owym czasie w Hiszpanii zaczęło być niespokojnie. Republikanie i socjaliści buntowali się w Walencji. Domagali się republiki. I mój dziadek, stopniowo wypluwając płuca, widział zbliżającą się katastrofę hiszpańskiego domu królewskiego.
Przepełniony rozpaczą oczekiwał, że przed śmiercią doczeka się syna, żeby nasza dynastia nie pozostała bez dziedzica tronu. Przez sześć lat czekał na próżno. Tymczasem podejmował rozpaczliwe wysiłki, by być dobrym królem, zbliżać się do ludu i pozyskiwać jego przyjaźń. Szczęście jednak mu nie sprzyjało. W grudniu 1884 i w styczniu 1885 roku nastąpiły straszliwe trzęsienia ziemi, które spustoszyły Grenadę. Jeśli dziś się powie, że wówczas straciło życie tysiąc ludzi, to już nie zrobi takiego wrażenia. Przywykliśmy do straszniejszych rzeczy, ale wtedy była to przerażająca katastrofa, i mój dziadek pojechał do Grenady, choć lekarze próbowali go przed tym powstrzymać. Wtedy nie było jeszcze kolei. Przez czternaście dni musiał podróżować konno, a nierzadko pieszo przez odludną sierrę. Pogoda była okropna, miejscami śnieg miał metr głębokości. Nocą dziadek sypiał w namiocie, bardzo rzadko w jakiejś chacie. Całe wsie uległy zniszczeniu. Grenada zmieniła się w jedną wielką ruinę. Nie było możliwości odtransportowania rannych. Leżeli na drogach. Dziadek kazał postawić baraki i sprowadzić materace. Wszystkie pieniądze, jakie tylko udało mu się zdobyć, polecił przekazać do Grenady - na drogi i odbudowę wsi, żeby ludzie mieli pracę i dach nad głową. Ale kiedy powrócił do Madrytu, był już śmiertelnie chorym człowiekiem. Na własne oczy zobaczył nędzę i zrozumiał, że powinien wprowadzić reformy społeczne, by zapobiec temu, co w końcu później, przed siedmiu laty, rzeczywiście się stało, gdy wybuchła rewolucja republikanów, a mój ojciec i my wszyscy musieliśmy cichaczem uchodzić z Madrytu. Niestety dziadek nie miał już na to czasu. Zaraz po trzęsieniach ziemi rozpętała się epidemia cholery. Zaczęła się latem 1885 roku, najpierw w Walencji i Murcji. Każdego dnia umierało pięciuset i więcej ludzi. Kiedy babka mi o tym opowiadała, drżałem ze strachu.
Gdy epidemia podpełzała do Madrytu, dziadek nakazał swojej rodzinie pozostać w mieście. Lekarze chcieli go odesłać w bezpieczne miejsce, lecz on w ogóle nie zaprzątał sobie tym głowy. Odwiedzał baraki choleryczne. Umierające pielęgniarki całował w rękę. Dlatego rojaliści zrobili z niego potem bohatera. Ale to nie było żadne bohaterstwo. To była rozpacz, tylko rozpacz i lęk o przyszłość rodziny, która nie miała dziedzica tronu i dla której, jak wówczas powiadano, chciał pozyskać "miłość ludu"...
Alfons po raz pierwszy otworzył oczy i przyjrzał się dziewczynie, towarzyszącej mu wbrew swej woli.
- Spójrz tylko na mnie - powiedział tonem zmęczonej drwiny - masz przed sobą człowieka królewskiej krwi, który nie jest bohaterem, tylko czuje strach, zwykły strach. Jesteśmy tacy sami jak wszyscy inni ludzie. I mój dziadek też taki był, czuł strach i rozpacz... Epidemia cholery okazała się gwoździem do jego trumny, choć był młodszy niż ja teraz, o dwa lata... Ale czy ty w ogóle jeszcze chcesz słuchać mojej opowieści? Słuchasz mnie jeszcze? Słuchasz...?
- Mów dalej - odpowiedziała, w rzeczywistości nasłuchując muzyki jazzowej dobiegającej ze stojącego w pewnym oddaleniu samochodu. - Wygadaj się... Możesz się spokojnie wygadać...
- Na tydzień przed śmiercią - opowiadał dalej Alfons - dziadek zaznał pewnego pocieszenia. Babka powiedziała mu, że spodziewa się dziecka. Leżał już na łożu śmierci w naszym pałacu w El Pardo. Błagał babkę, żeby dziecka, jeśli to będzie syn, nie nazywała Alfonsem, tylko Ferdynandem. Gdyby jego synowi nadano imię Alfons, musiałby jako król otrzymać imię Alfons XIII. I strach przed tą pechową trzynastką dziadek zabrał z sobą do grobu. W sześć miesięcy po jego śmierci przyszedł na świat mój ojciec i wbrew woli dziadka nadano mu imię Alfons XIII, ponieważ obstawali przy tym ministrowie królewskiego rządu. Od tego dnia zaczęły się sprawdzać wszystkie złe przeczucia dziadka - nieszczęścia spadły na mojego ojca, na mnie, na moich braci i na całą rodzinę...
Gdyby babka nie spodziewała się wówczas dziecka, tron w Hiszpanii może zostałby obalony już w 1885 roku. Tuż po śmierci dziadka zbuntowali się republikanie. Dochodziło do zaciętych starć w zgromadzeniu narodowym, zwanym Kortezami, które w Hiszpanii są czymś podobnym do waszego Kongresu. W końcu babka osobiście udała się do Kortezów i oświadczyła deputowanym, że oczekuje dziecka i że to może być przyszły król Hiszpanii. Wtedy w większości deputowanych obudziły się rycerskie uczucia, tak chętnie okazywane przez Hiszpanów. Wystąpili w obronie mojej babki, ci zaś, którzy tego nie uczynili, powstrzymywali się od działania, dopóki nie było pewności, czy narodzi się nowy król czy też tylko dziewczynka. Gdyby na świat przyszła dziewczynka, oznaczałoby to republikę. Tak więc cała rodzina z nadzieją oczekiwała syna i nikt nie przeczuwał, że kiedy mój ojciec przyszedł na świat, w rzeczywistości oznaczało to wszystko, tylko nie szczęście. Było to 17 maja 1886 roku. Napięcie polityczne w Madrycie osiągnęło wówczas taki poziom, jaki dziś trudno sobie nawet wyobrazić. Przed południowym skrzydłem naszego pałacu, gdzie mieszkała moja babka i gdzie potem ja dorastałem, już na wiele dni przed rozwiązaniem wyczekiwał ogromny tłum. Poród był bardzo ciężki i trwał nieskończenie długo. Przy działach, z których wówczas przy narodzinach królewskich dzieci oddawano salut, czekali artylerzyści. Piętnaście wystrzałów oznaczało dziewczynkę, dwadzieścia jeden - syna. W końcu nadeszło to wielkie południe. Huknęły pierwsze salwy, a tłum odliczał każdy wystrzał. Kiedy doszli do piętnastu, napięcie sięgnęło zenitu. Tysiące ludzi nasłuchiwało, czy padnie szesnasty. W końcu się rozległ. Po nim nastąpiło jeszcze pięć dalszych. Ale tłum już ich nie słyszał. Większość ze zgromadzanych przy narodzinach dziewczynki wrzasnęłaby natychmiast: "Precz z monarchią!", teraz natomiast krzyczano: "Niech żyje król!". Tłum obalił straże i wdarł się do pałacu, a potem na galerię, skąd można było obserwować, jak zgromadzonym ministrom oznajmiano narodziny królewskiego syna. Arystokraci dworscy przecisnęli się aż pod drzwi sypialni mojej babki. O dwunastej trzydzieści wyszedł markiz Santa Cruz i oznajmił drżącym głosem: "Jej królewska wysokość Krystyna dała życie królowi". W kilka minut później zjawił się Sagasta, ówczesny premier Hiszpanii, niosąc przed sobą złotą tacę. Leżała na niej czerwona aksamitna poduszka obszyta koronką i tiulem, a na niej - mój ojciec. Musiał być całkiem nagi, żeby każdy mógł się przekonać, że to naprawdę chłopiec. Ojciec krzyczał wniebogłosy, jakby przeczuwał, że życie przyniesie mu same nieszczęścia. Babka często mi o tym opowiadała, kiedy byłem jeszcze mały. Ale tłum na galerii, ministrowie i rojalistyczni deputowani krzyczeli jeszcze głośniej: "Mamy nowego króla!". Przez pięć następnych dni odbywały się tańce i zabawy. Ojcem chrzestnym został papież Leon XIII, reprezentowany przez pewnego kardynała. Hiszpańscy mnisi sprowadzili święconą wodę do chrztu ze świętej rzeki Jordan. Było to nieprawdopodobne święto radości i nikt nie miał pojęcia o zgryzocie, jaka tymczasem zmąciła radość w sypialni mojej babki, gdyż mój ojciec był taki chudziutki i słabowity, że każdego, kto go zobaczył, ogarniał lęk, iż przyszedł na świat obciążony chorobą mojego dziadka. Podczas gdy ludzie wciąż jeszcze radowali się na ulicach, nasz pałac znów zamienił się w szpital. Codziennie byli tam lekarze i pielęgniarki. Moja babka wciąż o tym opowiadała, chcąc mnie pocieszyć w dniach choroby i uświadomić mi, że jako chłopiec mój ojciec też musiał leżeć w łóżku tak często jak ja. Kiedy ojciec miał cztery lata, jego stan pogorszył się tak bardzo, że lekarze nie dawali żadnej nadziei. To cud, że pozostał przy życiu i stopniowo zaczął odzyskiwać siły.
Tymczasem poza murami pałacu dawno już przebrzmiała radość tłumów z powodu jego narodzin. Po raz pierwszy strzelano do ojca w dzieciństwie, gdy szedł z moją babką do kościoła. Ale może właśnie dlatego, że tak wcześnie przyzwyczaił się do zamachów na swoje życie, potrafił przeżyć późniejszy okres, kiedy ja już byłem na świecie i każdego dnia zdarzały się ataki republikanów i anarchistów. Dwunastego maja 1902 roku mojego ojca ogłoszono królem. Miał wtedy szesnaście lat. Ale w całej Hiszpanii już wrzało. W dwa lata później ojciec jedynie dzięki przypadkowi nie został rozerwany przez bombę. Mnie ta bomba uchroniłaby przed przyjściem na świat i prowadzeniem takiego życia, jakie teraz wiodę... Och, daj mi jeszcze whisky - przerwał swoją opowieść. - Czy ty w ogóle jeszcze mnie słuchasz?
Nie czekał na jej odpowiedź. Nie wiedział, że teraz o wiele szczerzej niż przedtem mogłaby powiedzieć "tak", zrozumiała bowiem, że opowiada jej historie o królach, które przynajmniej w przybliżeniu odpowiadały jej romantycznym wyobrażeniom. Alfons czuł, jak powrót w przeszłość oddala go od złych przeczuć tej nocy, i już nie chciał zrezygnować z tej drogi ucieczki.
- Ojciec po raz pierwszy odwiedził wówczas portowe miasto Barcelona - mówił. - Miał osiemnaście lat. Nadal był wątły i wciąż istniała obawa, że mógłby mieć ukrytą gruźlicę. Ale uprawiając sport, nabrał większej odporności. Był wtedy pięknym młodzieńcem, który lubił się śmiać i wierzył, że uśmiechem może zdobyć przychylność ludu. Kiedy przybył do Barcelony, oczekiwał go wygłodzony, gniewny tłum. Doszło do walk pomiędzy studentami i anarchistami. Trzeba było zatrzymać samochód i znaleźć okrężną drogę. To uratowało ojcu życie, bo zaraz potem bomba eksplodowała dokładnie w tym miejscu, przez które miał przejechać samochód. Rozerwała na strzępy pół tuzina ludzi. Wieczorem tego samego dnia ojciec chciał przejechać przez Barcelonę w towarzystwie premiera Hiszpanii Maury. Zamierzał zatrzymać się na placu i przemówić do ludzi. Tuż przed wyjazdem otrzymał wiadomość, że zmarła jego babka, a moja prababka, mieszkająca w Paryżu. Maura pojechał sam, i nóż, który był przeznaczony dla ojca, ugodził go w lewą pierś... Ale to był dopiero początek. Nie tylko w Hiszpanii, lecz także za granicą ojciec nie był bezpieczny. W rok później pojechał do Paryża. Zaczęto wówczas poszukiwać dla niego żony. Dworacy wciąż podsuwali mu portrety, żeby go zainteresować córkami z książęcych rodów Europy. Za tymi zabiegami kryli się najczęściej madryccy ambasadorzy różnych krajów, którzy chętnie by widzieli na tronie hiszpańskim Niemkę, Angielkę albo Austriaczkę. Ale ojciec jeszcze wierzył w miłość i dlatego ruszył w podróż po europejskich krajach, żeby osobiście wybrać dla siebie księżniczkę. I tak wiosną 1905 roku zjechał do Paryża. Przybył roześmiany, więc paryżanie nazwali go le roi charmant i le roi printemps. Prezydent Francji, Émile Loubet, przejechał z moim ojcem przez miasto w otwartym samochodzie. Do wieczora nic się nie zdarzyło. Później jednak, gdy wracali z opery, na rogu rue de Rohan i rue de Rivoli eksplodowała bomba. Konie eskorty poniosły i pozrzucały jeźdźców. Prezydent upadł na ziemię, również ojca wyrzuciło na ulicę. Bomba zabiła trzy osoby. Ojciec nieledwie cudem uszedł z życiem i tylko dzięki umiejętności panowania nad sobą, jakiej nauczył się już w dzieciństwie wobec licznych zamachów na swoje życie, mógł w chwilę potem oświadczyć z uśmiechem: "To nasze ryzyko zawodowe". Stało się jego przeznaczeniem, że pod uśmiechem skrywał łzy. Z Paryża pojechał do Anglii. - Alfons poruszył się. - Wiele bym dzisiaj dał za to - westchnął ciężko - żeby nigdy nie przepłynął przez kanał La Manche i nie zobaczył Londynu.
Przerwał i szybko wypił kilka łyków whisky.
- W Londynie poznał królową, twoją matkę - powiedziała dziewczyna, wyciągając z bocznej kieszeni drzwi samochodu butelkę whisky i dolewając mu do szklanki. Najwyraźniej starała się zachęcić go do mówienia, może z ciekawości, a może po to, żeby powstrzymać go przed opowiadaniem o swoich przeczuciach; miała nadzieję, że w końcu wyczerpie go alkohol i ta rozwlekła spowiedź.
- Gdybyż chodziło tylko o moją matkę - odparł tonem nabrzmiałym drwiną. - Ale ojciec przepłynął przez kanał La Manche także po hemofilię. - Znów pociągnął ze szklanki. - Było to 5 maja 1905 roku - powiedział ochrypłym głosem, trzymając szklaneczkę tak ostrożnie, jakby to był jakiś gad. - Tego właśnie dnia mój ojciec przepłynął przez kanał La Manche do Anglii. I tego dnia wszystko się zaczęło...
Wypił jeszcze jeden łyk i odstawił szklaneczkę na tacę przed tablicą rozdzielczą.
- Każdy wiedział - ciągnął - że ojciec poszukuje narzeczonej. W Londynie uczyniono wszystko, żeby przedstawić mu najpiękniejsze księżniczki, jakie mógł zaoferować dwór angielski. Dwa królewskie jachty czekały już u francuskiego wybrzeża, żeby go przywieźć do Portsmouth... Były oflagowane od góry do dołu, jakby na jakąś radosną uroczystość. Jachty nosiły nazwy "Wiktoria" i "Albert" - imiona zmarłej cztery lata wcześniej królowej Anglii i jej księcia małżonka. Angielski następca tronu, książę Walii, oczekiwał ojca w Portsmouth i pojechał z nim do Londynu. Tam czekał już Edward VII, najstarszy syn królowej Wiktorii, będący królem Anglii od 1901 roku. Powitał mojego ojca wśród radosnych okrzyków tłumu i dźwięków muzyki na dworcu, który również nosił nazwę "Wiktoria". Wiktoria - bez przerwy Wiktoria! Nikt się jeszcze nie domyślał albo może nie chciał się domyślić, że Wiktoria, uwielbiana królowa, która stworzyła potęgę Anglii, była także nosicielką hemofilii, choć sama o tym nie wiedziała.
Jak mi później opowiadała babka, król Edward wybrał wówczas trzy angielskie księżniczki, aby przedstawić je mojemu ojcu. Miał nadzieję, że jedna z nich mu się spodoba, że - jak to wtedy pięknie, romantycznie określano - rozpali jego serce. Ale mój ojciec miał dziewiętnaście lat i zupełnie inny gust niż król Anglii.
Gdyby ojciec wybrał jedną z tych trzech księżniczek, teraz by mnie tu nie było. Tego wieczoru, gdy w pałacu Buckingham odbywało się wielkie rodzinne przyjęcie połączone z prezentacją księżniczek, spojrzenie mojego ojca padło na młodziutką blondynkę. Mogła mieć najwyżej osiemnaście lat. I nikomu w Londynie nie przyszło do głowy, żeby widzieć w niej ewentualną kandydatkę. Siedziała na samym końcu wielkiego stołu. Nazywała się Wiktoria Eugenia von Battenberg[2]. Była jedyną córką księżniczki Beatrycze, najmłodszej córki królowej Wiktorii, która wyszła za niemieckiego księcia Henryka Battenberga. Nazywano ją po prostu Ena. Owego wieczoru nikt jeszcze nie podejrzewał, że mój ojciec zakocha się w niej od pierwszego wejrzenia. Tylko ona zauważyła, że co chwila rzuca ku niej spojrzenia i że nudzi go konwersacja z innymi kandydatkami.
Również następnego wieczoru, podczas wielkiego uroczystego bankietu, nikt jeszcze niczego nie przeczuwał. Ale mój ojciec nie byłby owym Don Juanem, za jakiego wówczas uchodził, gdyby nie udało mu się pomiędzy tymi dwoma przyjęciami porozmawiać z Eną sam na sam. Spotkali się w parku. Był oczarowany, a i ona w nim się zakochała. Brytyjski król Edward przez całe życie miał jedną słabostkę: uwielbiał aranżować romanse i kojarzyć małżeństwa. Tym razem potrzebował jednak kilku dni, żeby się zorientować, iż mój ojciec, jeśli tak można powiedzieć, zakochał się w niewłaściwej kobiecie. Potem jednak król Edward uczynił wszystko, by zamiast przewidzianych kandydatek osadzić na hiszpańskim tronie Enę. To była wyższa polityka. Ojciec powrócił do Hiszpanii zakochany po uszy i oznajmił mojej babce, że znalazł miłość swojego życia. Babka przestraszyła się na dźwięk imienia i nazwiska ukochanej - Ena von Battenberg.
- Alfonsie - powiedziała - czy zdajesz sobie sprawę z tego, co zamierzasz zrobić?
- Tak - odparł ojciec, niczego nie podejrzewając - chcę się ożenić z księżniczką Eną von Battenberg... Dlaczego jesteś taka przerażona? - Twarz mu spochmurniała. - Masz coś przeciwko temu?
Babka poprosiła ojca do swoich prywatnych pomieszczeń.
- Lękam się o ciebie i o twoją przyszłość - powiedziała. - Nigdy nie słyszałeś o tajemnicy i chorobie Battenbergów?
- Nie - odrzekł mój ojciec. - Ena jest piękna i zdrowa. Jeśli ktoś tu jest chory, to my, a nie Ena. Popatrz tylko na jej portrety, obejrzyj je sobie...
- Bardzo chciałabym wierzyć, że masz rację... - bezradnie wyszeptała zrozpaczona babka. - Ale Battenbergowie wydają na świat chore dzieci, które umierają już w niemowlęctwie. Mają za cienką skórę. Są słabe. Wykrwawiają się...
- Nie wierzę w to - odparł ojciec.
- Ale ja to wiem... dwóch braci księżniczki, z którą chcesz się ożenić, jest chorych. Czy w Anglii nic o tym nie słyszałeś?
- Nie - powiedział ojciec. - Nic o tym nie słyszałem. A zresztą, czy to ma jakiekolwiek znaczenie? W historii naszej rodziny jedna choroba następowała po drugiej, a jednak nie powstrzymywało to naszych przodków przed zawieraniem małżeństw. Kocham księżniczkę Enę. Chcę się z nią ożenić i zrobię to...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki