Krew na naszych rękach? - Paweł Lisicki

Kup ebooka

39.99 zł
34.79 zł (31,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Okładka Strona tytułowa Strona redakcyjna Wstęp do wydania drugiego Wstęp Część pierwsza. Bolesna pamięć Polaków Nowy początek Objawienie Auschwitz Między mitologią a faktami Potomkowie Kaina Dogmat niewinności Od Golgoty do krematorium Spotkanie po wiekach Koniec z nawracaniem Dwóch świadków Wybiórcza refleksja Dialektyczny skok Kto chce, niech wierzy Podświadoma wina Niepokojąca modlitwa Wspólnota samoponiżenia Wyjątkowość i powszechność Polskie przekleństwo Zabrakło potępienia? Kwestia odwagi Przypisy

Punkty orientacyjne

Spis treści Cover Title Page Copyright Page

Wstęp do wydania drugiego

Krew na naszych rękach? napisałem ponad dziesięć lat temu. Moim celem było pokazanie tego, co nazwałem religią Holocaustu albo holocaustianizmem, pokazanie ideologii, która zdominowała zachodnie myślenie elit intelektualnych i politycznych. Na czym ona dokładnie polega, wyjaśniam w książce. Określeń "religia Holocaustu" i "ideologia Holocaustu" używam wymiennie. Naturalnie w tym wypadku słowo "religia" ma charakter metaforyczny, opisuje pewną postawę, która w potocznym rozumieniu, takim, jakie uznała postoświeceniowa świadomość, łączy się z religijnością, a więc z bezkrytycznym i fanatycznym przyjmowaniem pewnych twierdzeń, które próbuje się narzucić innym. W języku klasycznym należałoby mówić nie o religii, ale o bałwochwalstwie.

Nie sądzę, żeby mimo upływu czasu cokolwiek, jeśli chodzi o znaczenie i wpływy holocaustianizmu, się zmieniło. Owszem, pojawiło się w Polsce kilka nazwisk nowych, kilku autorów w roku 2015 jeszcze nie tak znanych. Najbardziej rozpoznawalny stał się Jan Grabowski, profesor historii Uniwersytetu w Ottawie, współzałożyciel Centrum Badań nad Zagładą Żydów Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, członek Royal Society of Canada. Według niego, jak wiadomo, Polacy byli w pełnym tego słowa znaczeniu współsprawcami zabijania Żydów. I nic ich nie usprawiedliwia.

W wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" w marcu 2018 roku mówił: "Jak te ponad 6600 polskich drzewek skonfrontuje się z liczbą Żydów, którzy uciekli z gett i szukali ratunku, a znaleźli śmierć z ręki lub przy współudziale Polaków, to nagle się okazuje, że brakuje powodów do narodowej pychy". Nie wiadomo, o jaką pychę mu chodziło, raczej chodzi bowiem o zwykłe, ludzkie oczekiwanie wdzięczności. Tyle że wyznawcy holocaustianizmu, jak wszyscy fanatycy, których wyróżnia obsesja na punkcie własnych krzywd i niezdolność dostrzeżenia cierpienia innych, takiego słowa jak "wdzięczność" nie znają. Dlatego profesor Grabowski raz po raz na różne sposoby dowodzi, że Polacy zabili (tu padają różne dość pokrętne uzasadnienia wyliczeń) dwieście tysięcy Żydów.

On sam tłumaczył to w tym wywiadzie następująco: "Mówiłem, że według moich szacunków Polacy mogą być odpowiedzialni lub współodpowiedzialni za śmierć większości tych ludzi - a to ważne rozróżnienie. Bo część Żydów niewątpliwie zginęła bezpośrednio z polskiej ręki, a część zabili Niemcy, lecz na skutek polskich donosów bądź też po tym, jak Polacy doprowadzili i oddali żydowskie ofiary w ręce niemieckiej policji". Wielu specjalistów krok po kroku wykazało, że szacunki te oparte są na całkowicie fałszywych przesłankach. Nie zamierzam teraz powtarzać różnych argumentów, bo nie o nie tu chodzi. Profesor Grabowski jest po prostu doskonałym, modelowym wręcz przykładem osoby, którą nazwałem w swojej książce "wyznawcą holocaustianizmu". Dwoi się i troi, byle tylko nikt nie podważył najważniejszych dogmatów tej ideologii.

Tak na przykład jego esej pod znamiennym tytułem Wybielanie. Polska i Żydzi ukazał się w sierpniu 2024 roku w jednym z najważniejszych pism intelektualnych wydawanych w Wielkiej Brytanii, które ma także znaczący wpływ na opinię w całym świecie anglosaskim, a mianowicie w "The Jewish Quarterly". Był to nie tylko kolejny (który to już z rzędu?) agresywny i nienawistny atak na polską pamięć i tożsamość, lecz także swego rodzaju szkic strategii, której należy użyć, zdaniem Grabowskiego, żeby Polakom wreszcie wtłoczyć do głów miazmaty holocaustianizmu.

Według profesora historii na Uniwersytecie w Ottawie polski rząd (chodziło o rząd Prawa i Sprawiedliwości) prowadził politykę negacjonizmu i wypaczenia w odniesieniu do Holocaustu. "Polska stała się liderem światowym w relatywizacji Holocaustu, w odjudaizowaniu Holocaustu i zazdrości wywołanej Holocaustem, głosząc teorię spisku żydowsko-bolszewickiego i przypisując ofiarom winę za ich prześladowania". Piękne, nieprawdaż? Żadne z tych twierdzeń nie jest prawdziwe. W Polsce nie tylko nie relatywizuje się Holocaustu i nie odbiera się Żydom prawa do pamięci o nim - cóż za absurd - lecz wręcz przeciwnie, od lat polskie władze robiły, co się da, żeby spełniać żydowskie postulaty i oczekiwania. Skutek jest dokładnie taki, jak można było przewidzieć: im więcej się daje, tym większe są wymagania i tym głośniejsze żądania. Im więcej troski okazuje się żydowskiej pamięci, tym bardziej trzeba się liczyć z niezadowoleniem i sarkaniem, czego esej Grabowskiego jest skrajnym przykładem.

 

Nie jest on ani badaczem, ani historykiem, tylko zaciekłym ideologiem opisanego przeze mnie we Krwi na naszych rękach? zjawiska holocaustianizmu, a więc pewnej formy quasireligii, która głosi jedyność, wyższość, ekskluzywizm i absolutność cierpienia żydowskiego, co pozwala zgłaszać następnie tym, którzy uważają się za dziedziców ofiar, roszczenia tak finansowe, jak polityczne. Grabowski et consortes są sprawnymi aktywistami polityki cmentarnej lub też polityki uprawianej na grobach, która polega na tym, żeby maksymalnie wykorzystać pamięć niewinnych ofiar niemieckich zbrodni do osiągnięcia szerszych, współczesnych celów. Dlatego jego pisarstwo nie ma nic wspólnego z historią.

Pisał choćby, że w Polsce wojnę przeżyło... mniej niż 30 tys. Żydów. Wygląda zatem na to, że mniej przeżyło, niż później z niej wyjechało. Dalej: "Nigdzie indziej w Europie Holocaust nie był tak kompletny, tak totalny, nigdzie indziej destrukcja narodu żydowskiego nie postępowała z równie koszmarną doskonałością". Dlaczego? Odpowiedź jest jasna i tłumaczy rzekomą wrogość polskich elit do pamięci żydowskiej: "Przodkowie [obecnie żyjących Polaków] uczestniczyli w niemieckim ludobójczym przedsięwzięciu". Zdaniem Grabowskiego Polska "próbuje obciążyć całą winą Niemcy", nie zważając na poziom własnego zaangażowania w zbrodnię. Motywem jest chciwość, a mianowicie dążenie do zachowania majątków żydowskich.

Podobne tezy pojawiały się często w jego wypowiedziach z ostatnich lat. W marcu 2024 roku w radiu TOK FM Grabowski stwierdził, że gdy rozpoczęła się faza likwidacji gett, Polacy z obserwatorów zagłady stali się "aktorami", którzy decydowali o życiu i śmierci Żydów.

"O ile dla Niemca ktoś, kto mówił po polsku z akcentem, był nie do wychwycenia, bo Niemcy po polsku po prostu nie mówili, o tyle dla Polaka ktoś, kto "żydłaczył", od razu stanowił obiekt zainteresowania. Mój ojciec powiedział mi, że on podczas wojny nigdy nie bał się Niemców, tak jak bał się Polaków" - mówił Grabowski w TOK FM.

Zero zdziwień. Cała kariera i rozpoznawalność pana Grabowskiego oparte są na tym, że schlebia liberalnemu motłochowi, który pławi się w opowieściach o strasznych Polakach. Polskość dla jego przedstawicieli - doskonale reprezentowanych przez pracowników medialnych TOK FM - to coś, co należy przezwyciężyć. Owszem, walczą oni chętnie ze wszystkimi możliwymi uprzedzeniami rasowymi, z wyjątkiem jednego, a mianowicie żydowskiego. Dlatego pozwalają panu Grabowskiemu opowiadać kłamstwa bez słowa krytyki. Otóż gdyby zdobyli się na minimum wysiłku i sprawdzili (jest to skądinąd ich obowiązek), co dokładnie mówił wspomniany przez pana Grabowskiego jego ojciec, dowiedzieliby się, że w rzeczywistości twierdził całkiem co innego, niż przypisał mu syn.

W swoich wspomnieniach ojciec pana Grabowskiego, Zbigniew Ryszard, napisał: "Będący na usługach Gestapo Żydzi najlepiej rozpoznawali innych Żydów". A więc przekazał dokładną odwrotność tego, co przypisał mu syn.

Gdyby liberalny motłoch wiedział o systemie Judenratów, o policji żydowskiej w gettach i o roli żydowskich agentów gestapo, nie łykałby tak łatwo opowieści pana Grabowskiego juniora. No ale gdyby nie łykał i gdyby wiedział, nie byłby motłochem. Najwyraźniej w świadomości wydawców Radia TOK FM nie mieściło się przypuszczenie, że zaproszony przez nich do rozprawy z polską pamięcią kapłan holocaustianizmu przekręci nawet słowa własnego ojca. Cel, jak wiadomo, uświęca środki. A celem jest walka z polskim nacjonalizmem, straszną chorobą, więc i lekarstwo musi być gorzkie.

 

W późniejszym tekście w "The Jewish Quarterly" kanadyjski historyk użala się także nad innymi przykładami wypaczeń, które odnajduje na Węgrzech czy w Bułgarii, by wrócić do swego ulubionego refrenu, a mianowicie do opisu tego, jak polskie władze i instytucje "negują" Holocaust i wybielają polskość. To najważniejszy fragment tekstu, bo pokazuje, co najbardziej rozwściecza holocaustianistów i jakie fakty są dla ich narracji najbardziej niewygodne.

Oto i one. Po pierwsze, wspominanie o udziale w nadzorowanej przez Niemców zbrodni żydowskiej policji i rad żydowskich (Judenratów). Wiele lat temu wskazała na to żydowska intelektualistka Hannah Arendt, która napisała, że liczba ofiar niemieckiej machiny zbrodni nigdy nie byłaby tak wielka, gdyby nie współudział instytucji żydowskich. To prawda. Nikt jednak do tej pory nie podjął próby dokładnego zbadania tego problemu we właściwy sposób. Ten kluczowy dla skali zbrodni czynnik - masowa i lojalna współpraca Żydów z niemieckimi organami terroru - jest najzwyczajniej w świecie pomijany. Podobnie jak nie sposób dowiedzieć się, jaka była wśród Polaków ukrywających Żydów liczba ofiar żydowskich donosów.

Drugim najważniejszym zagrożeniem dla narracji holocaustiańskiej, o którym wspomina Grabowski, jest współpraca dużych grup żydowskich z komunistami. Wspominanie o tych faktach ma być przejawem ulegania antysemickim stereotypom. Dodatkowym niebezpieczeństwem dla holocaustianistów jest "próba podniesienia wojennych cierpień swej własnej grupy narodowej do upragnionego "żydowskiego" poziomu, zjawisko znane jako zazdrość o Holocaust". Trudno o bardziej pogardliwe i lekceważące podejście do polskich ofiar i polskiej pamięci. Nie dziwi mnie to zresztą, skoro ważnym elementem religii holocaustiańskiej jest żydowski ekskluzywizm, a więc, mówiąc bardziej dosadnie, rasizm, zgodnie z którym inne niż żydowskie cierpienia mają z natury rzeczy niższą wartość.

Z całej sprawy można wyciągnąć kilka morałów. Po pierwsze, wrogość do Polski ma się w wielu środowiskach żydowskich dobrze. Po drugie, ma bardzo wpływowych mocodawców - "The Jewish Quarterly" to pismo wychodzące od 1871 roku, wspierane przez Stowarzyszenie Anglo-Żydowskie, jedną z najbardziej szacownych organizacji prosyjonistycznych. Po trzecie, nie mamy do czynienia z pojedynczym wybrykiem radykała z Kanady, ale ze świadomą antypolską strategią. Po czwarte, nie ma mowy o żadnym dialogu, bo strona reprezentowana przez Grabowskiego nie jest do niego zdolna.

Grabowski nie jest jedynym nowym guru, który objawił się w ostatnich dziesięciu latach. Inną kapłanką tej samej religii jest profesor Barbara Engelking. W rozmowie z telewizją TVN,  w 80. rocznicę powstania w getcie warszawskim w 2023 roku, powiedziała, że "Polacy mieli potencjał, by stać się sojusznikami Żydów, i można było mieć nadzieję, że będą się inaczej zachowywać, że będą neutralni, że będą życzliwi, że nie będą do tego stopnia wykorzystywać sytuacji i nie będzie tak rozpowszechnionego szmalcownictwa. (...) Żydzi nieprawdopodobnie rozczarowali się co do Polaków w czasie wojny. (...) Żydzi wiedzieli, czego się od Niemców spodziewać. Niemiec był wrogiem i ta relacja była bardzo klarowna, czarno-biała, a relacja z Polakami była dużo bardziej złożona". A wszystko to po to, by podsumować: "Wydaje mi się, że to rozczarowanie [Żydów do Polaków] odgrywa pewną rolę, że Polacy po prostu zawiedli".

Te powtarzane niczym mantra hasła - "Polacy zawiedli", "Polacy byli gorsi od Niemców", "Polacy są współsprawcami", "Polacy byli szmalcownikami", "Polacy wydawali", "Polacy rozczarowali" - mają się wbić w naszą świadomość. Ma to doprowadzić do zniszczenia dumy z polskości, do zachwiania własnej tożsamości narodowej (ależ byliśmy podli, ściślej, ależ podli byli nasi przodkowie) i uczynić nas podatnymi na ewentualne roszczenia - czy to polityczne (wszyscy wspieramy Izrael), czy też finansowe. Te wypowiedzi nie mają nic wspólnego z historią, są formą brutalnego uprawiania polityki i szerzenia ideologii holocaustianizmu. Można by powiedzieć, że jest to najbardziej perfidna i zarazem modelowa forma tego, co nazywa się uprawianiem polityki na grobach.

Za to zresztą zostaje się nagrodzonym. Tak, w niepodległej Polsce, szczególnie po 2023 roku, holocaustianiści mają przed sobą świetlaną przyszłość, co przypadek Barbary Engelking właśnie doskonale obrazuje. W czerwcu 2025 roku bowiem, najwyraźniej w uznaniu dotychczasowych zasług, Barbara Engelking została mianowana przez minister kultury Hannę Wróblewską na stanowisko szefowej Rady Muzeum Auschwitz-Birkenau. Od tej pory ta jedna z najważniejszych instytucji zajmujących się polską historią znalazła się w rękach sekty holocaustiańskiej. Mówię o sekcie nie bez kozery. Przecież nie kto inny, jak właśnie mianowana przez rząd premiera Donalda Tuska na to stanowisko Barbara Engelking w 2011 roku złożyła prawdziwe holocaustiańskie wyznanie wiary. Wtedy to, mówiąc o ofiarach wojny, stwierdziła: "Dla Polaków to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna - śmierć jak śmierć, a dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym...". Była to chyba najsłynniejsza wypowiedź Barbary Engelking w programie Moniki Olejnik w 2011 roku. Nie sposób nie dostrzec w tych słowach rasizmu. Dla pani Engelking śmierć nie-Żydów miała charakter biologiczny, wręcz chciałoby się powiedzieć, zwierzęcy, a dla Żydów, jako istot wyższych, metafizyczny. Ale profesor nie tylko takimi naukami zasłużyła sobie na nagrodę.

Jak udowodnili to różni historycy IPN, na czele z doktorem Piotrem Gontarczykiem, profesor Engelking, szefowa Rady, dowolnie kształtowała fragmenty źródeł historycznych, a to skracając je, a to zmieniając ich sens, a to wykrzywiając ich znaczenie, po to tylko, by obciążyć Polaków winą za śmierć Żydów. Mimo że zarzuty postawiono publicznie i są one gruntownie uzasadnione - czytelnik mógł porównać oryginalny tekst źródła i jego odpowiednio wyrychtowaną przez badaczkę formę - nikt nie zareagował.

Właściwie powinno to prowadzić do dramatycznych wniosków. Po pierwsze: Czy w wypadku osób badających Holocaust można mieć w stosunku do ich ustaleń zaufanie czy też, przeciwnie, mamy do czynienia z bajdurzeniem? Jeśli środowisko naukowe toleruje sytuację, w której kariery robią ludzie dopuszczający się podobnych praktyk, to podcina gałąź, na której siedzi. Okazuje się, że nie mamy do czynienia z nauką, a więc racjonalną formą dochodzenia do prawdy historycznej na bazie obiektywnych kryteriów i aprobowanej przez wszystkich metodologii, ale z legendami, z imaginacją, z uprzedzeniami i idiosynkrazją.

Po drugie, nie jest mi znana tego rodzaju tolerancja wobec podobnych praktyk w żadnej innej dziedzinie historii. Nigdy nie słyszałem o historykach, którzy wycinaliby jakieś fragmenty z tekstów źródłowych lub dodawaliby do nich treści, jeśli rzecz dotyczy innego okresu dziejów niż druga wojna światowa i innej grupy etnicznej niż Żydzi. Czy zatem w wypadku badań nad Holocaustem mamy do czynienia z historią czy jednak z religią, a raczej z jakąś, jak to napisałem, sektą? Tylko w obrębie sekty nie liczy się ustalanie faktów i prawdy. Sekciarze przyjmują słowa swoich guru, bo im wierzą. Słuchają ich ze względu na pobudzenie uczuciowe, a nie ze względu na racjonalne argumenty. Nie kwestionują, nie pytają, nie podają w wątpliwość.

Po trzecie, pojawia się pytanie o skalę wypaczeń i fałszerstw. Jeden z historyków zadał sobie trud dokładnego zbadania liczb podawanych przez panią Engelking i wykazał, że zawyżała dane dotyczące ofiar żydowskich w konkretnych przypadkach. W oczywisty sposób jego ustalenia mają ograniczony charakter. Jednak logika (uwaga: właśnie myślenie logiczne odróżnia badacza od szamana) pozwala ekstrapolować te ustalenia. Czy można zatem przyjmować z dobrodziejstwem inwentarza jakiekolwiek inne tezy grona osób z Centrum Badań nad Holocaustem? Nie można.

Wszystko to pokazuje, mam nadzieję, jak prawdziwe były opisy holocautianizmu, które zawarłem w Krwi na naszych rękach? Tekst książki ukazuje się w niezmienionej postaci. Natomiast postanowiłem go uzupełnić o jeden duży rozdział, lekko licząc, jest to niemal jedna czwarta całości, poświęcony problemowi współpracy Żydów z bolszewizmem. W Polsce potocznie mówi się w tym wypadku o żydokomunie. Czytając po latach swoją książkę, uznałem, że pominięcie tej kwestii - nieproporcjonalnego udziału Żydów w ruchu rewolucyjnym i tym samym ich udziału w masowym terrorze - stanowi znaczący brak w rozważaniach nad odpowiedzialnością. Mimo że po Krwi na naszych rękach? w międzyczasie napisałem jeszcze dwie książki, które w pewien sposób rozwijały zawarte w niej intuicje, a więc Mit starszych braci w wierze oraz Mesjasz i Trzecia Świątynia, w żadnej z nich wątek masowego i ochoczego zaangażowania żydowskiego w bolszewizm nie znalazł właściwego miejsca. Pora to zmienić.

Jak wiadomo, stałym motywem dialogu chrześcijańsko-żydowskiego jest zgłaszany przez stronę żydowską i przyjmowany ze zrozumieniem przez przedstawicieli Kościoła postulat uderzenia się przez chrześcijan we własne piersi za prawdziwe lub rzekome błędy ich przodków popełnione wobec wspólnoty żydowskiej. Obszerny dodatek, który wprowadziłem do tej książki - na dobrą sprawę mógłby być osobną rozprawą - na pewno pozwoli prowadzić ten dialog w bardziej zrównoważony, a przez to bardziej owocny sposób.

Wstęp

Pewnego dnia, była późna jesień, ranek pochmurny i szary, słuchałem radia. W audycji ktoś komentował opublikowany właśnie przez niemiecki "Die Welt" artykuł Jana Tomasza Grossa, w którym autor dowodził, że Polacy dlatego nie chcą przyjmować muzułmańskich imigrantów, że od zawsze są ksenofobami, nacjonalistami i antysemitami. Zaproszony do studia gość plótł coś o tym, że trzeba takie głosy z uwagą i pokorą przyjmować, że zamiast się sprzeciwiać i protestować, należy uderzyć się w piersi. I dodał: "Wszyscy mamy krew na rękach". Tak, jako żywo, perorował, że my, Polacy, my, Europejczycy, musimy rozumieć inną wrażliwość, musimy przyjąć do wiadomości, że brak reakcji i pomocy dla mordowanych przez nazistów Żydów (tak, tak właśnie powiedział, "przez nazistów") czyni nas współodpowiedzialnymi, a jeśli nie chcemy tego uznać, to dlatego, że drzemie w nas ukryty, zawsze gotów się obudzić i doskoczyć do gardła, demon nacjonalizmu, egoizmu. Dalej lały się słowa potoczyste, gość się nakręcał, zapluwał, coraz głośniej na nas, Polaków (ach, jak chętnie by powiedział: "polaczków") pohukiwał, do rachunku sumienia wzywał, do pokuty namawiał.

Rzadko mi się to zdarza, ale nie wytrzymałem, wściekły podszedłem do radia i z całej siły walnąłem w mały odbiornik. Zarzęził i padł. Pomyślałem: ty taki i owaki, będziesz mnie tu pouczał, ty jeden, nie znam cię, nie wiem, skąd jesteś, ale ja żadnej krwi na rękach nie mam. Nie znoszę opowieści martyrologicznych, nie lubię obnosić się z ranami, widzę w tym coś babskiego i niemęskiego, ale skoro tak, skoro ktoś chce mnie szantażować i do muru przyprzeć, krwią innych obciążyć, w buty niemieckie ubrać, to takiemu komuś prędzej w twarz napluję, niż pokornie będę znosił, jak się mnie i bliskich poniewiera. Wujek, brat ojca, zginął w powstaniu, miał trzynaście lat, gówniarz; od kiedy pamiętam, odwiedzam jego grób na Powązkach. Babcia ze strony ojca - dawno już nie żyje - w powstaniu straciła rękę, pamiętam jej dziwną, niekształtną postać, jak toczyła się po nierównych chodnikach Warszawy, była słusznego wzrostu, kikut czynił ją dodatkowo niezdarną i ułomną. Ze strony mamy brat babci został zgładzony w Bergen-Belsen zastrzykiem fenolu, kolejnego w 1947 roku rozstrzelało UB w Częstochowie. Ani to powód do chwały, ani uznania. Ot, typowy, chciałoby się rzec, banalny polski los. Znam wielu stokroć bardziej wojną, śmiercią dotkniętych. Jednak kiedy słuchałem, jak ten radiowy mędrek wzywa mnie do pokuty, ględzi, że na mnie, na wszystkich krew żydowska ciąży, że teraz trzeba się kajać, w piersi bić, winy wyznawać, to taka mnie wściekłość ogarnęła, że szczęście jego, iż nie znalazł się blisko mnie.

Pomyślałem, że my, Polacy, nie potrafimy mówić o swoich cierpieniach i ranach. Ba, nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby za te życia przegrane, stracone, przeklęte winić cały świat, kulturę, Europę. Żeby wszystkich wokół oskarżać i ciągle napierać, żeby ich do winy przymusić. A jednak w świecie, w jakim żyjemy, inaczej się nie da. Za zasłoną uścisków i uśmiechniętych twarzy, schowana za frazesami i ukłonami, za wyrazami grzeczności i wzajemnego zrozumienia, kryje się wściekła i bezwzględna walka o pamięć. W tej walce z różnych powodów przegrywamy. Nie rozumiemy bowiem, jak zmienił się świat wokół nas w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Naiwnie myślimy, że wszyscy pamiętają o naszych ranach, o zasługach, o krwi milionów ofiar. Guzik prawda. O krwi pamiętają, ale tej, co to nam ją chcą przypisać, o tej, co chcą na nas wylać.

Od połowy ubiegłego wieku w powszechnej świadomości świata jedyną ofiarą wojny stali się Żydzi. Przeciętny Amerykanin, Francuz czy Niemiec mniema, że druga wojna to był Holocaust i tyle. Byli jeszcze jacyś ludzie, którzy Żydów ratowali, reszta jednak, cała wielomilionowa rzesza, przyglądała się biernie albo wręcz w mordzie uczestniczyła. Otoczeni przez mrowie chrześcijańskiej tłuszczy, która czyhała na ich życie i majątek, Żydzi ginęli samotnie. W tej opowieści Hitler przekształca się z Niemca, z niemieckiego nazisty w wyraziciela ukrytych pragnień i dążeń zdeptanych przez niego ludów. Wyrasta niemal na zbawiciela, na kogoś, kto nie tyle podbił i prześladował, ile zrealizował ukryte i podświadome pragnienie zbrodni wszystkich na Żydach.

Ta chora, obsesyjna opowieść coraz szybciej opanowuje umysły. Staje się religią, mitem, dogmatem bezwzględnym i nieznoszącym sprzeciwu. Wszystko w niej staje się wykoślawione i odwrócone. Hitler to nie zbrodniarz i morderca ludów, ale wyłącznie zabójca Żydów; podbite narody, Polacy, Serbowie, Rosjanie czy Białorusini, to nie osobne ofiary, ale nieistotny nawóz historii, przypis do wielkiej tragedii Holocaustu. A chrześcijaństwo? Przestaje ono być religią, która dodawała ducha, krzewiła miłość bliźniego, wzywała do poświęceń, skłaniała do ofiar za innych, obcych, często uznawanych za wrogów, ale staje się narzędziem opresji, narzędziem, za pomocą którego zbrodniarze mogli swobodnie zadawać śmierć. Gorzej jeszcze. Chrześcijaństwo staje się wehikułem, dzięki któremu wiele środowisk żydowskich bez oporów i żenady może przypisywać innym winę i opowiadać, że wszyscy goje mają krew na rękach. Bo byli ochrzczeni, bo wyrośli w cieniu kościołów i krzyża. Religia, która kiedyś niosła wyzwolenie, stała się z dnia na dzień znakiem niewoli. Za pośrednictwem chrześcijaństwa, twierdzi się, zło i niegodziwość, nienawiść i antysemityzm wlały się w krwiobieg narodów.

Tę zmianę mało kto w Polsce rozumie. Od czasu do czasu, kiedy znany mędrek z Ameryki lub Francji czy też innego oświeconego państwa powie to, co mówią wszyscy, podnoszą się głosy sprzeciwu i oburzenia. A potem gasną. Złość umiera równie szybko, jak się narodziła. Wypala się, wyładowuje. Niektórym może się zdawać, że protesty poskutkowały, że inni wreszcie nas zrozumieli, że przecież nasze polskie cierpienie jest tak oczywiste i tak niepodważalne, iż jedynie ignorancja mogła sprawić, że je przeoczono. Nieprawda. Owszem, niewiedza ma znaczenie, ale zła wola również.

Przeważająca część zachodnich elit intelektualnych została zainfekowana czymś, co można by nazwać religią Holocaustu. Opiera się ona na czterech dogmatach. Po pierwsze, Holocaust był zbrodnią nieporównywalną z żadną inną w dziejach świata: bardziej okrutną, bardziej straszną, bardziej ohydną, niż cokolwiek i kiedykolwiek miało miejsce. Żydzi byli ofiarą bardziej niewinną niż wszyscy pozostali ludzie. Po drugie, uczestniczyła w tej zbrodni cała ludzkość: nawet jeśli organizatorami zabójstw byli niemieccy naziści, to zrealizowali oni ukryte marzenie milionów zwykłych ludzi, utajone i podświadome pragnienie usunięcia Żydów. Po trzecie, źródłem tego krwiożerczego, ohydnego pragnienia było chrześcijaństwo, która to religia od początku zaraziła ludy wrogością do Żydów. Adolf Hitler był zatem dziedzicem wiekowej tradycji nienawiści. Dzieje Kościoła to dzieje rosnącej przemocy i wrogości. Po czwarte wreszcie, co jest konsekwencją trzech pierwszych dogmatów, wszyscy ludzie, także ci, którzy cierpieli pod niemiecką okupacją, także Polacy, mają krew na rękach. Są podwójnie napiętnowani: raz jako katolicy, dwa - bo na ich ziemi doszło do mordu. Oparta na tych czterech dogmatach religia jest coraz powszechniej wyznawana przez elity uniwersyteckie, intelektualne i polityczne Zachodu. Wyznają ją profesorowie teologii, historii i innych nauk humanistycznych na wielu renomowanych uczelniach USA, Kanady, Wielkiej Brytanii czy Francji, w dużym stopniu opanowała ona także umysły przedstawicieli Kościoła.

Niestety, jej sukces ma dla Polaków, dla polskiej pamięci skutki dramatyczne. Polacy mogą być albo sprawiedliwymi ratującymi Żydów (to jednak tylko przywilej nielicznych), albo współsprawcami, biernymi lub czynnymi, zbrodni (to przeznaczenie ogółu, który mógł zabijać, przyglądać się biernie zabijaniu, udawać, że nie widzi, wreszcie korzystać z zabijania). Dla polskiej osobnej pamięci, dla polskich ofiar, które ginęły niezależnie od Żydów, w ogóle w takim ujęciu nie ma miejsca.

W niniejszej książce próbuję powiedzieć, jak do tego doszło. Próbuję pokazać, w jaki sposób zbrodnie na jednym narodzie, na Żydach, nagle stały się jedynym symbolem uniwersalnego mordu. Dlaczego współczesny Kościół pogodził się z rolą, jaką narzuciła mu religia Holocaustu: praktycznie uznał swoją winę za doprowadzenie do zbrodni, nawet jeśli przed taką deklaracją wciąż się wzdraga, i ogłosił, że będzie zwalczał antysemityzm, do którego propagowania w dziejach w znacznym stopniu się przyznał. To jeden z najważniejszych fragmentów tej opowieści: zmiana stosunku Kościoła otworzyła bowiem drzwi do powszechnego oskarżenia. Jeśli wszyscy Europejczycy byli i są w jakimś stopniu związani z kulturą chrześcijańską, nawet jeśli od dawna już nie wyznają religii Chrystusa, to i tak zostali zainfekowani trucizną.

Wreszcie postaram się pokazać, dlaczego Polacy przegrywają starcie o pamięć. Tak, książka to tylko słowa. To tylko próba przekazania wiedzy i obudzenia świadomości. Nie zmienia to biegu historii, nie pozwala wierzyć, że krzyk polskich ofiar okrutnych reżimów - tych, którzy ginęli w operacji NKWD, podczas niemieckich mordów w ramach akcji AB, w Katyniu, w Ponarach czy w Auschwitz, na Wołyniu czy w Palmirach, czy na Zamojszczyźnie, czy na Woli - nie zostanie przykryty i stłumiony innym krzykiem innych niewinnych ofiar. Że stanie się osobną, ważną i autonomiczną częścią solidarnej opowieści wszystkich ofiar, bez względu na narodowość, o zbrodniczym szaleństwie rozpętanym przez bolszewików i nazistów. Że to naiwne? Oczywiście. Jednak taka naiwność jest lepsza niż gniew wyładowywany na odbiorniku radiowym. Może dzięki niej czyjeś sumienie się poruszy. Może.

Część pierwsza. Bolesna pamięć Polaków

Kiedy w kwietniu 2015 roku szef FBI wygłaszał w Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie przemówienie, nie mógł jeszcze wiedzieć, że wywoła ono tak wielkie poruszenie nad Wisłą. Polacy dowiedzieli się o nim z pewnym opóźnieniem i jak kraj długi i szeroki podniosły się głosy sprzeciwu. Jedni wskazywali na ignorancję, inni zarzucali złą wolę, niedokształcenie, głupotę wręcz. Tym razem wygląda na to, że głosy sprzeciwu przeważyły. Ulegając w końcu presji, James Brien Comey wyraził ubolewanie i wygłosił coś, co można by było - przy odpowiedniej dozie dobrej woli lub, wedle uznania, nieuwagi - uznać za przeprosiny. Jak to zwykle bywa, o sprawie szybko zapomniano i emocje się wyciszyły. Niesłusznie. Idę bowiem o zakład, że takich wypowiedzi rychło pojawi się więcej.

Nowy początek

Comey nie jest może intelektualistą, jednak wbrew temu, co sądzi się nad Wisłą, nie jest też po prostu ignorantem. Przeciwnie. To produkt amerykańskiego systemu nauki o historii. Powiedział dokładnie to, czego w USA naucza się coraz powszechniej. Nieświadomie zapewne, może tylko w nieco bardziej wyrazisty sposób, może nieco brutalniej nazwał po imieniu powszechne przekonanie, jakie stało się udziałem ogromnej masy zwykłych Amerykanów. Otóż, najkrócej mówiąc, sądzą oni, choć słowo "wierzą" byłoby w tym wypadku bardziej na miejscu, że Holocaust, czyli masowa zbrodnia na Żydach, był wydarzeniem absolutnie nieporównywalnym z niczym innym oraz jednocześnie - że był on skutkiem wiekowego rozwoju, chciałoby się wręcz rzec: rezultatem koniecznym niemal i oczywistym wcześniejszej europejskiej, chrześcijańskiej tradycji, dojrzałym owocem rośliny wyrosłej z zatrutego pierwotnie nasienia, który to owoc musiała ona z siebie wydać. Dwa te twierdzenia razem stanowią coś na wzór religijnego wyznania, swoistą formę wypowiedzi quasiwyznaniowej. Holocaust jest nieporównywalny i jednocześnie jest on skutkiem powszechnej winy, swoistym grzechem, do którego popełnienia cała ludzkość dojrzewała przez wieki. W tym sensie słowa szefa FBI nie zawierały nic szokującego. Powiedział to, co w USA uchodzi za powszechnie obowiązujący punkt widzenia. W pewien sposób wręcz trudno zrozumieć, dlaczego wywołał on takie zdumienie i zaskoczenie w Polsce. Być może wynika ono z niewiedzy na temat tego, w jaką stronę podążył dyskurs o zbrodniach na Żydach na Zachodzie. Jeśli tak jest, Polaków czekać będzie jeszcze sporo niemiłych niespodzianek. Wystąpienie Jamesa Comeya mieściło w sobie bowiem opinie typowe, w żadnym stopniu nie ekstremistyczne.

Po pierwsze, zawierało charakterystyczne wyznanie wiary w jedyność i doniosłość Holocaustu: "Holocaust jest najbardziej znaczącym wydarzeniem w dziejach ludzkości". Po drugie, przekonanie, że żadna inna zbrodnia w dziejach nie była z nim porównywalna: "był najbardziej przerażającym w historii przykładem bestialstwa". Po trzecie, w ścisłym tego słowa znaczeniu, jego sakralność, transcendencję wręcz: Holocaustu "po prostu nie da się opisać słowami". I wreszcie ostatni element charakterystyczny - powszechność udziału w zbrodni, obciążającą całą ludzkość: "Dobrzy ludzie pomogli w wymordowaniu milionów. [...] W swoim mniemaniu mordercy oraz ich wspólnicy z Niemiec, Polski, Węgier i bardzo wielu innych miejsc nie dopuszczali się niczego złego. [...] Tak właśnie czynią ludzie i to powinno naprawdę nas przerażać". Mordercy są tu kategorią ponadnarodową, rekrutują się z Niemiec, Polski, Węgier i "bardzo wielu innych miejsc", czyli całego świata. Cóż, czasy, kiedy Polacy mogli żyć w naiwnym przekonaniu, że są postrzegani jako współofiary wojny, dawno się skończyły. Sakralizacja Holocaustu sprawiła, że dokonał się nowy podział ról. Może jeszcze nie wszyscy mówią o tym tak wprost jak szef FBI, jednak co do zasady, jego wystąpienie wyraża powszechną świadomość amerykańskich, a także zachodnioeuropejskich elit. Holocaust to już nie zwykłe zdarzenie z historii, a cierpienia żydowskie to nie to samo co męczarnie innych ludów.

I tak dla żydowskiego pisarza Arthura Allena Cohena Holocaust to tremendum, doświadczenie ostateczne, coś, co stanowi absolutną granicę ludzkiego pojmowania. Widać wyraźnie, że współcześni pisarze, którzy chcą zrozumieć wydarzenie Holocaustu, używają wprost języka religijnego - tremendum, czyli inaczej bojaźń, groza, drżenie, było zdaniem wielkiego niemieckiego religioznawcy i teologa Rudolfa Otta charakterystyczną cechą towarzyszącą każdemu autentycznemu przeżyciu transcendencji, świętości, Boga. Taki język, kiedy to opisując śmierć Żydów, używa się pojęć wprost religijnych, jest zjawiskiem powszechnym. Inny przykład - Harold Kaplan, ważny żydowski intelektualista: "Jesteśmy skłonni powiedzieć, że tak jak to jest w przypadku misterium religijnego, tak i w przypadku Holocaustu winien on zostać czymś niewytłumaczalnym lub powinno się ogłosić, że jest czymś świętym w swym transcendentnym znaczeniu"1. Amerykański historyk i socjolog Peter Novick wprost przyznaje, że w popularnej kulturze amerykańskiej nastąpiła "sakralizacja Holocaustu". Przykłady można mnożyć. Pisarz George Steiner: "Świat Auschwitz leży poza granicami mowy i poza granicami rozumu" - dokładnie tak jak transcendencja. Według Elie Wiesela "Auschwitz neguje wszelkie systemy, niszczy wszystkie doktryny". Staje się tym samym co numinosum - pełną grozy i nieprzystępną tajemnicą.

Inny z kolei badacz, katolicki etyk John Pawlikowski, stwierdził, że Shoah był tworem "nowej świadomości ludzkich możliwości", a zniszczenie Żydów "potwierdzeniem ludzkiej autonomii i wolności" - tak jakby pod tym względem cokolwiek różniło zbrodnie na Żydach od innych zbrodni na niewinnych ludziach. Holocaust raz bywa pojmowany jako niemal objawienie, raz jako najwyższa forma osobliwej emancypacji i jednocześnie punkt docelowy zachodniej cywilizacji. W Holocauście należy widzieć "wyraz niektórych najgłębszych tendencji zachodniej cywilizacji" - pisał rabin Richard Rubenstein. A polska autorka Bożena Keff stwierdza: "Cała europejska tradycja antysemityzmu była niezbędnym warunkiem zagłady. Można powiedzieć, że Hitler i nazizm stali się ucieleśnieniem ducha tej tradycji [...]". Czy jest to doznanie tremendum czy radykalne przekroczenie wolności, Holocaust jest swoistym epokowym przełomem, punktem zwrotnym dziejów, swoistym radykalnym początkiem, który musi, sądzą holocaustianiści, przynieść zupełnie nowe rozumienie podstawowych pojęć ludzkiej świadomości. Nic nie pozostało takim, jakie było, wszystko jest na nowo. Nowe mają być Bóg, religia, człowiek, kultura, sztuka.

Objawienie Auschwitz

Wielu słusznie zauważyło wielki wpływ, jaki na całą teologię współczesną wywarł Elie Wiesel, a szczególnie jego opowieść Noc, w której między innymi odtwarzał własne doświadczenia, przypominając masowe mordy na Żydach. We fragmencie, w którym autor opisuje śmierć chłopców na szubienicy, jeden ze współwięźniów pyta, patrząc na ofiary: "Gdzie jest Bóg? Gdzie On jest? Teraz?", na które to pytanie Wiesel słyszy odpowiedź udzieloną mu przez tajemniczy wewnętrzny głos: "Gdzie On jest? Oto jest tu - wisi na tej szubienicy". Oto Bóg utożsamia się z ofiarami Holocaustu, schodzi ze swego tronu w niebiosach i poddaje się męce i cierpieniu.

Znany protestancki teolog Jürgen Moltmann w książce Der gekreuzigte Gott ("Bóg ukrzyżowany") starał się nadać temu doświadczeniu Wiesela chrześcijański wymiar. Pisał: "Bóg jest w Auschwitz i Auschwitz jest w ukrzyżowanym Bogu - to jest podstawa dla realnej nadziei, która zarówno obejmuje, jak i przezwycięża świat i która jest podstawą dla miłości, która jest mocniejsza niż śmierć i może pokonać śmierć". Doświadczenie Auschwitz ma być, powtarzam, swoistą cezurą dziejów, absolutnie nowym początkiem pojmowania Boga i Jego stosunku do świata. Inna znana teolog, Susan J. White, pisała: "Czy możemy obecnie wyznawać Boga i pośredniczyć między Tym, który wydaje się, że nie słyszał krzyków Żydów w obozach koncentracyjnych, a ludźmi? Czy chcemy oczyszczenia od Boga, którego znaleźliśmy winnym obojętności? Czy wolno nam używać psalmów, które mówią o interwencji Boga w sytuacjach niesprawiedliwości? Czy możemy ogłaszać, odmawiając Ojcze nasz, że jest to Bóg, który ma moc zbawiać? Czy możemy, krótko, modlić się w ten sam sposób do Boga klasycznego teizmu, Boga mocy, mądrości, władzy i miłosierdzia, jako wspólnota wiary po Auschwitz?". Oczywiście nie możemy. Gdyby Bóg był taki, jak Go sobie wyobrażano przez wieki, nie dopuściłby do Holocaustu, który w tych kategoriach ma stać się swoistym antyobjawieniem.

"Holocaust jest najbardziej radykalnym antyświadectwem zarówno judaizmu, jak i chrześcijaństwa. Nie wolno wygłaszać sądów teologicznych, które nie byłyby wiarygodne w obliczu płonących dzieci" - pisał rabin Irving Greenberg. Konsekwentnie trzeba uznać, że tak jak niegdyś dla Kościoła punktem odniesienia miało być cierpienie Jezusa na krzyżu, szczytowy punkt historii, tak teraz ma nim być cierpienie i męki Żydów w obozach śmierci. Po Holocauście Bóg albo całkiem musi zniknąć - nie sprawdził się, bo nie przeciwdziałał męczarniom Żydów; albo musi ulec radykalnej przemianie. Wierzyć nadal w Boga, który jest wszechmocny, jest Opatrznością, jest Panem świata - to teraz, zgodnie z tą nową teologią, akt skrajnie niemoralny, egoistyczny i wręcz nieludzki. Jak można wyznawać takiego Boga? Jak można Mu wierzyć i twierdzić, że panuje nad światem, skoro dopuścił do swoistego objawienia absolutnego zła w Auschwitz i nie raczył kiwnąć palcem?

Kto wyznaje takiego Boga, bliski jest wręcz, można by powiedzieć, antysemityzmowi: przecież głosząc potęgę Boga, lekceważy absolutność żydowskiego cierpienia. Albo zatem Boga w ogóle nie ma, albo jeśli jest, to należy w Nim widzieć już nie Ojca dobrego, nie wszechwładnego i potężnego Pana, ale, być może, kogoś, kto też cierpi, kto poddany został męczarniom. Nie pomógł Żydom nie dlatego, że nie chciał, ale dlatego, że nie mógł. Możliwy jest zatem obecnie, twierdzą holocaustiańscy myśliciele, jedynie Bóg, który cierpi i nie może zbawiać. Wyznawać Boga Zbawiciela, który mógł wybawić Żydów, a tego nie uczynił, to wyznawać wiarę, zdaniem zwolenników nowego podejścia, w moralne monstrum. Należy więc, stwierdza Pawlikowski, uznawać podatność Boga na zranienie. Bóg, którego "zwykliśmy wzywać w liturgii, aby przyszedł i uleczył zło świata, sam umarł w popiołach Holocaustu".

Jak zauważył inny słynny teolog niemiecki, Klaus Berger, umierający na krzyżu Jezus był zaledwie jednym z setek tysięcy ukrzyżowanych żydowskich niewolników i jednym z milionów zabitych w obozach Żydów. Jeśli tak, to rzeczywiście jego śmierć traci nadzwyczajne znaczenie - był on tylko jednym z wielu przypadków; w porównaniu ze śmiercią ofiar Holocaustu śmierć Jezusa nie robi na współczesnych teologach specjalnego wrażenia. Jej znaczenie można uratować jedynie w ten sposób, że podkreśla się żydowskość Jezusa - zginął na krzyżu jako członek narodu żydowskiego, a nie jako człowiek, składając ofiarę za ludzkość. "Jezus był wierny Torze, był jednym z wielu męczenników żydowskich cierpiących dla uświęcenia imienia Boga" - pisał holenderski teolog Coos Schoneveld.

Tę zmianę podejścia doskonale pokazał powołany przez papieża Franciszka na konsultora Papieskiej Rady do spraw Popierania Jedności Chrześcijan ojciec Enzo Bianchi. Ogłosił on, że objawienia fatimskie w 1917 roku były oszustwem, bo... Matka Boska nie przepowiedziała w nich Holocaustu. Jego zdaniem Maryja, która mówiła o prześladowaniu chrześcijan i błędach Rosji, była wymysłem chrześcijańskim, gdyż przekazała obraz Boga "katolickiego rasizmu, który dba tylko o swoją rodzinę". Ksiądz Bianchi, założyciel ekumenicznej wspólnoty z Bose, doskonale zrozumiał nową tendencję, która dominuje w teologii katolickiej. Faktycznie, czy można sobie wyobrazić, żeby Bóg, gdyby rzeczywiście chciał się objawić, nie wspomniał o metafizycznym złu Holocaustu?

Między mitologią a faktami

Chodzi tu, powtarzam, o przeświadczenie raczej mitologiczne lub quasireligijne: tam, gdzie rzecz dotyczy empirii, badania faktów i ustalenia prawdy o przeszłości, nie sposób mówić o czymś absolutnie jedynym i niepowtarzalnym, podobnie suma zebranych faktów nie pozwala mówić o żadnej powszechności winy. Takie wierzenie należy, mniemam, ściśle oddzielić od zwykłego sądu historycznego, zgodnie z którym w czasie drugiej wojny światowej kilka milionów Żydów zostało zabitych wskutek prowadzonej przez niemieckiego okupanta ludobójczej polityki. Zginęli oni jako niewinne ofiary masowej przemocy stosowanej przez Hitlera i niemieckich nazistów; obok nich jednak zginęły miliony innych równie niewinnych ofiar różnych narodów, czy to podobnie zamordowanych przez Niemców i ich siepaczy, czy też przez niemniej zbrodniczy reżim komunistyczny na czele ze Stalinem. Kiedy dwóch morderców wzięło się za łby, zginęły miliony ludzi, niektórzy z przyczyn rasowych, inni klasowych, inni wreszcie dlatego, że zabrakło dla nich miejsca w planach obu totalitarnych przywódców.

Nie o tym jednak mówią wyznawcy quasireligii Holocaustu. W ich oczach każda próba pokazania cierpień żydowskich w szerszym kontekście, umieszczenia ich obok innych masowych zbrodni XX wieku i na równi z nimi - od ludobójstwa Ormian zaczynając, przez masowe ofiary wielkiego głodu na Ukrainie, ludobójstwo Polaków w Generalnej Guberni, na Wołyniu i w Związku Sowieckim, a na masowych rzeziach w Rwandzie kończąc - jest przykładem relatywizowania. Kto tak robi, twierdzą, ma nie dość rozwiniętą wrażliwość. Nic dziwnego, że przy takim podejściu wszystkie inne cierpienia i zbrodnie, jakie miały miejsce podczas koszmarnych lat 30. i 50. ubiegłego wieku, bledną, tracą swą przerażającą siłę, stają się jedynie wstępem, niekiedy tłem, a niekiedy peryferiami czy marginesem jedynego prawdziwie dziejowego zdarzenia, które to rzekomo miało zmienić i wywrócić całkowicie duchowy porządek świata. W tej opowieści nie-Żydzi mogą odgrywać ograniczoną liczbę ról. Najlepsi z nich mogli Żydów ratować, jednak zdecydowana większość pozornie dobrych i zwykłych ludzi uczestniczyła w ten czy inny sposób w zbrodni. Jeśli nie zabijała, to przynajmniej w niewystarczający sposób się temu przeciwstawiała. Z wyjątkiem zatem owej nielicznej garstki sprawiedliwych wszyscy inni mają krew na rękach.

Potomkowie Kaina

Oczywiście jest to opowieść szczególnie trudna do zniesienia dla tych, którzy, jak Polacy, przez lata mogli żyć ze świadomością, że też byli prześladowani i też groziło im zniszczenie. Jakkolwiek wiele mogliby wskazywać dowodów na prawdziwość tych twierdzeń, będą z punktu widzenia wyznawców quasireligii Holocaustu jedynie uzurpatorami, niesłusznie strojącymi się w cudze piórka. Jedna bowiem była tylko ofiara doskonała i bez skazy. Jak pisała węgierska Żydówka Ágnes Heller, tylko w jej wypadku "nie istniał nawet pozór winy". Polacy, Serbowie, Rosjanie czy Białorusini ginęli, bo stali się, chcąc czy nie, bez znaczenia, przeszkodą w realizacji planu podboju, ewentualnie zawadzali w zdobyciu Lebensraumu, wszakże tylko Żydzi w takim ujęciu byli ofiarami całkowitymi, ofiarami obsesji w stanie czystym, ofiarami na mocy urodzenia. Kto się z tym nie zgadza, ten popełnia, zdaniem dominującej dziś kasty profesorów i badaczy Holocaustu, podstawowy błąd moralny. Heller przedstawiła to nowe podejście moralne w ważnym, niejako programowym, opublikowanym kilkanaście lat temu tekście Pamięć i zapominanie. O sensie i braku sensu. Wskazała w nim, że cała ludzkość dzieli się na Żydów i nie-Żydów. Ci pierwsi są potomkami Abla, ci drudzy - Kaina. Zdaniem Heller jest to podział absolutnie niepodważalny, na zawsze obowiązujący, nigdy niedający się znieść.

Potomkowie Kaina po wieki wieków będą zawsze tymi, których przodkowie albo Żydów zabijali, albo przynajmniej mogli zabijać; od tej pory jedyne istotne wymaganie moralne ma polegać na tym, żeby żyć ze świadomością winy, prawdziwej lub możliwej. "Ofiarami byli Żydzi, sprawcami Niemcy, Węgrzy, Francuzi itd.; podział ról obowiązuje po wsze czasy, Abel jest Ablem, Kain Kainem, istnieje niewinność i wina". Jak widać, to niemal te same słowa, którymi posłużył się szef FBI, tyle że on dorzucił jeszcze Polaków. Być człowiekiem dobrym zatem to w wypadku nie-Żydów zdawać sobie sprawę z własnej winy. Widzieć w sobie tego, kto albo jest potomkiem zbrodniarzy, albo potomkiem tych, którzy na zbrodnię przyzwolili. To nosić w sobie nigdy do końca nieopanowaną i nieokiełznaną żądzę mordowania Żydów, którą wciąż na nowo należy sobie uświadamiać i pokonywać przez wzięcie na siebie roli Żyda. Nowa prawdziwa moralność ma zatem polegać na "przyjęciu roli Abla, to znaczy na utożsamieniu się z Żydami". Nie-Żydzi na zawsze już będą oznaczeni piętnem Kaina jako ci, którzy przyczynili się do śmierci potomków Abla. Z tej winy można się wyrwać w jeden tylko sposób: "przejmując odpowiedzialność za coś, czego się nie uczyniło, ale mogło się uczynić". To ma być właśnie najważniejsza rzecz w życiu, od której zależy status moralny człowieka.

Skoro Holocaust był zbrodnią absolutnie nieporównywalną z niczym i skoro został dokonany rękami nie-Żydów, to od tej pory ich życie musi ulec radykalnej przemianie. Są tymi, którzy mogli być sprawcami, i stają wobec Żydów jako tych, którzy mogli być ofiarami. "Kiedy Bóg spyta: Kainie, gdzie jesteś?, możemy odpowiedzieć: zabiłem brata mego, mogłem zabić brata mego, ale zostałem uratowany". Oto nowa moralność i nowy absolut, któremu ma być ona podporządkowana. W ostateczności tym, co określa dobro etyczne w zachowaniu nie-Żydów, jest stosunek do Żydów. Odnalezienie w sobie winy, dostrzeżenie tej symbolicznej choćby krwi na własnych rękach staje się podstawą wychowania nowego człowieka i nowej ludzkości. A Żydzi? Im wystarczy pamięć o doznanych krzywdach. Nic ich nie może całkiem splamić. Nawet Żydów komunistów, nawet tych, którzy dokonywali mordów i organizowali masowe zbrodnie - w ostateczności są oni przecież potencjalnymi ofiarami Holocaustu. Albo Holocaust mógł ich dotknąć, albo robili wszystko, by go uniknąć - naznaczeni przez najgorszą zbrodnię w dziejach, mieli prawo dokonywać mniejszych. Przynależność do potomstwa Abla zmywa każdą winę.

Doprawdy trudno o bardziej rasistowskie nauki i o bardziej radykalne odrzucenie wszelkiej postaci uniwersalizmu. Żydowska autorka niemal twierdzi, że istnieją dwie różne formy moralności, jedna dla Żydów, druga dla gojów. Uzależnia jakość moralną czynów od pochodzenia, od przynależności do określonej grupy. Stwierdza, że podział ten jest nie do przekroczenia. Trudno się nie wzdrygnąć, czytając te frazy. A jednak, w formie nieco bardziej wyrazistej niż zazwyczaj, Heller z zasad quasi-religii Holocaustu wyciąga ostateczne konsekwencje dla moralności. Nie mam wątpliwości, że to, co na pierwszy rzut oka budzi oburzenie, jest właśnie podejściem typowym i charakterystycznym. To ono napędza kolejne fale roszczeń i oskarżeń.

Dogmat niewinności

Tym, co tak bardzo uderza w debacie o Holocauście, jest niemal całkowity brak namysłu tych autorów nad ciemnymi plamami w historii Żydów. Nie. Mają oni występować jako ofiary doskonałe i czyste, przez wieki jedynie cierpiąc i znosząc bezradnie prześladowania i gwałt ze strony drugich. Tak jakby cierpienie z rąk Niemców podczas wojny uniemożliwiało i znosiło wszelką refleksję nad żydowskim udziałem w dziejach, również w tym, co było złe, tragiczne i bolesne. Odwołanie się do Holocaustu ma działać niczym woda chrztu dla chrześcijan - raz na zawsze zmywa wszelką odpowiedzialność za zło przeszłości. Dlatego ideologowie holocaustiańscy albo w ogóle pomijają kwestię żydowskiego udziału w budowie i powstawaniu komunizmu, albo, co również charakterystyczne, w samym dostrzeganiu takiego związku widzą przejaw antysemityzmu. Tym samym z góry już i a priori uwalniają Żydów od współwiny za - obok narodowego socjalizmu - najbardziej zbrodniczy i podły system władzy w XX wieku, który przyniósł śmierć milionów niewinnych. W tym sensie quasireligia Holocaustu zapewnia też swoiste alibi moralne - nawet jeśli, mówią owi historycy, jacyś Żydzi kiedyś byli komunistami, to nie miało to żadnego większego znaczenia. Niestety, tak nie jest. W swojej znakomitej i mądrej książce Dwieście lat razem, ostatnim wielkim dziele życia, Aleksander Sołżenicyn ze skrupulatnością i z rzetelnością pokazał to, co dzisiejsi ideologowie skrzętnie pomijają. Zauważył mianowicie, że od lat 70. XIX wieku młodzież żydowska w stopniu nieporównywalnie większym niż jej rówieśnicy uległa radykalizmowi i pogrążyła się w fascynacji myślą rewolucyjną. Statystycznie rzecz biorąc, udział Żydów w kołach marksistów, anarchistów, różnej maści wywrotowców i nihilistów był wielokroć większy niż innych narodowości imperium. Miało to co najmniej kilka przyczyn. Na pewno jedną z nich było faktyczne upośledzenie ludności żydowskiej pod panowaniem carów, co musiało budzić frustrację i dążenie do radykalnej zmiany. Jednak wydaje się, że powodem tak osobliwej aktywności wywrotowej musiało być coś jeszcze. Od końca XVIII wieku, a z pewnością od połowy wieku XIX, coraz większą popularność zdobywa nihilizm, przekonanie, że dawne prawdy religijne już nie obowiązują, że wiara w Boga nie ma rozumowych podstaw, że ład społeczny jest wynikiem konwencji, że ostatecznym źródłem prawa jest wola, czy to jednostkowa, czy też społeczna. Zastany porządek polityczny i religijny traci swoje uzasadnienie. Ten sposób myślenia nie jest niczym typowo żydowskim, przeciwnie, jeszcze w połowie XIX wieku, jak pokazują to pisma Dostojewskiego, radykałami są głównie Rosjanie. Jednak już wkrótce nihilizm praktycznie rozsadza i wywraca na nice społeczności żydowskie. To spośród młodych Żydów rekrutują się najwięksi i najbardziej zagorzali przeciwnicy władzy i systemu, najwięksi zwolennicy powszechnej, totalnej rewolucji, której celem ma być obalenie państwa, Kościoła i zniszczenie starych narodów. W przeciwieństwie do Rosjan, Polaków czy innych narodów chrześcijańskich Żydzi, nie mając własnego państwa narodowego ani nawet jeszcze powszechnie uznanego terytorium, na którym miałoby ono powstać, znacznie łatwiej ulegali utopii marksistowskiej. Dla nich myślenie rewolucyjne, dążenie do ponadnarodowego, bezwyznaniowego społeczeństwa stało się najlepszą i najbardziej dostępną formą uniwersalizacji. Nie pętały ich, tak jak pozostałych, pamięć o przeszłości narodowej i przywiązanie do tożsamości państwa - były one dla nich, w swojej wersji tradycyjnej, po prostu z natury obce, czasem wrogie. Wszyscy rewolucjoniści walczyli z religią, ale w wypadku Żydów niechęć, wrogość do chrześcijaństwa była czymś, co wynieśli z domu. Łatwiej i bez skrupułów przychodziło im walczyć z prawosławiem czy katolicyzmem. Ta forma uniwersalizacji - przez nawrócenie i przystąpienie do Kościoła - była dla ogromnej większości niedostępna. Zostali wychowani w przekonaniu, że chrześcijaństwo, a już na pewno Cerkiew prawosławna czy Kościół rzymski - to instytucje wrogie, godne pogardy i odrzucenia. Dlatego w ich oczach zapał rewolucyjny wiązał się z ateizmem, a na pewno z antychrześcijaństwem. To dopiero tłumaczy owo niezwykłe zjawisko zaangażowania w budowę komunizmu, ową łatwość, większą niż w wypadku innych, Polaków, Rosjan, Litwinów, Ukraińców, by oddać się walce o stworzenie nowego, wspaniałego świata. Zauważa Sołżenicyn: "A tymczasem nie ulega wątpliwości, że ci żydowscy odszczepieńcy przez parę lat bezpośrednio przewodzili bolszewizmowi, stali na czele walczącej Armii Czerwonej (Trocki), WCIK-u [Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego] (Swierdłow), obu stolic (Zinowjew i Kamieniew), Kominternu (Zinowjew), Profinternu [Czerwonej Międzynarodówki Związków Zawodowych] (Drodzo-Łozowski) i Komsomołu [Komunistycznego Związku Młodzieży] (Oskar Rywkin, a po nim Łazar Szackin, kierujący także Komunistyczną Międzynarodówką Młodzieży)". Sołżenicyn pokazuje nie tylko, jak nieproporcjonalnie wielki był udział Żydów we wszystkich strukturach władzy, szczególnie w aparacie represji, ale także to, że od samego początku rewolucji bolszewickiej antysemityzm służył jako poręczne narzędzie rozprawy z wrogiem - walka z antysemityzmem oznaczała na masową skalę, bez żadnych skrupułów i często bez jakichkolwiek podstaw, eliminację i zniszczenie wszystkich niechętnych komunizmowi ludzi. Będąc na czele sowieckiego państwa i sowieckiej rewolucji, Żydzi korzystali z przewagi. Oczywiście nie tylko oni należeli do rewolucyjnej elity, ale - jak udowadnia Sołżenicyn - w latach 20. i aż do końca 30. byli grupą wyjątkowo uprzywilejowaną. Tak że to na nich spoczywa duża część odpowiedzialności zarówno za zwycięstwo rewolucji, jak i za bezprzykładny system zbrodni. Zresztą nie dotyczyło to wyłącznie Rosji - tak samo w Niemczech, Polsce i na Węgrzech najważniejsi przywódcy i komisarze rewolucyjni, najbardziej zaciekle niszczący ślady przeszłości narodowej i najbardziej okrutnie eliminujący wrogów klasowych, byli Żydami. Nie znaczy to wcale, że jedynie Żydzi są odpowiedzialni za budowę komunizmu, choć na pewno przyczynili się do jego powstania i trwania; podobnie nie jest to usprawiedliwieniem dla późniejszego utożsamienia komunistów z Żydami, jest to uproszczenie i wynik propagandy. Jednak tak ponadproporcjonalny udział w budowie systemu sowieckiego powinien skłaniać do refleksji i do uznania prostego faktu: nie ma narodów niewinnych. Na początku XX wieku w Rosji ci, którzy wyrastali z tradycji żydowskiej, byli szczególnie podatni na utonięcie w rewolucyjnym szale krwi i przemocy. Opowiadać zatem dziś o nieskazitelnym, niewinnym żydowskim charakterze, o tym, że Żydzi byli tylko, zawsze i wyłącznie ofiarami, zapominać o tym, że od początku rewolucji byli także współsprawcami bolszewickich zbrodni, mogą tylko wyznawcy holocaustianizmu. To oni też odmawiają innym narodom prawa do własnego cierpienia, własnej martyrologii.

Od Golgoty do krematorium

Ich zdaniem, kto mniema, że też cierpiał, kto śmie zrównywać cierpienia ofiar Holocaustu z męczarniami innych ludzi, ten nie rozpoznał nowego duchowego położenia. Nie zrozumiał do końca roli, jaką musi przyjąć w nowej odsłonie dziejów po Holocauście. Nie śmierć Chrystusa na krzyżu jest początkiem nowej ery, tym momentem, od którego wszystko się zaczyna, ale masowe zbrodnie dokonane przez nie-Żydów. W ostateczności tym, co wiąże i spaja sprawców, tych prawdziwych i tych potencjalnych, jest... chrześcijaństwo. To zetknięcie z nim, nawet pośrednie, zakaża winą. Od Golgoty po Auschwitz - wyznawcy quasireligii Holocaustu nie mają wątpliwości, że tak przebiegał dziejowy proces. To, co zaczęło się wraz z ukrzyżowaniem Nazarejczyka, skończyło się przy budowie pieców krematoryjnych. Pierwsze ziarno nienawiści padło na podatny grunt, by zakiełkować, rozwinąć się i wydać po wiekach owoc wspaniały. Jak twierdzi Paula Fredriksen, jedna z licznych przedstawicieli tego nurtu myślenia, już od najwcześniejszych opowieści o męce Jezusa do przekazów przeniknęła wrogość. "Marek [ewangelista] przekazał przyszłym pokoleniom jako dziedzictwo obraz, zawarty szczególnie w opowieści o męce Pańskiej, w którym utrwalił opis żydowskiej perfidii i złośliwości. Przez to wrogość do Żydów i judaizmu znalazła się w sercu jego Ewangelii" - pisała znana biblistka. Jest to jedna z niezliczonej wręcz rzeszy autorek i autorów, którzy mniemają, że ewangeliczne opisy są konstruktem późniejszych chrześcijan, chcących oczernić żydowskie władze i elity. Nie należy w nich zatem widzieć raportów na temat faktów, ale zapis chrześcijańskiej propagandy skierowanej przeciw Żydom.

Skoro tak, to chrześcijaństwo, a przynajmniej to dotychczasowe, tradycyjne, musi ulec radykalnej przemianie. Nie wiadomo, czy taka operacja się powiedzie, ale bez niej nie ma ono na pewno racji bytu. Skoro raz wydało z siebie Holocaust, to ten, kto nie chce dopuścić, żeby największa zbrodnia w dziejach się powtórzyła, musi pozbyć się nasienia zła. Musi wyrwać z korzeniami złą roślinę. Tak, przełom, jaki stanowił Holocaust, stawia pod znakiem zapytania przyszłość religii Chrystusa, stanowi też wymowny dowód jej klęski historycznej. Co do tego znawcy nie mają wątpliwości. Kościół nie zdał egzaminu, a zdać go nie mógł, był bowiem od początku narzędziem złych mocy. Ostatnie kilkadziesiąt lat jest czasem, kiedy to przekonanie powoli, acz systematycznie zdobywa uznanie i akceptację w samym Kościele. Przechodzi on powolny proces samoedukacji, w trakcie którego chrześcijanom, mówiąc językiem Heller, zostaje przypisany status potomków Kaina.

Spotkanie po wiekach

Patrzę na to i czasem wręcz oczom nie wierzę, z jaką potulnością, tchórzostwem i brakiem woli oporu hierarchowie Kościoła poddają się procesowi reedukacji. Nieznośne jest to nieustanne bicie się w piersi, sypanie głów popiołem, tchórzliwe merdanie ogonem i żałosna chęć przypodobania się silniejszym. O ile z jednej strony, głównie żydowskiej i różnych liberalnych teologów, pojawiają się coraz to nowe oskarżenia, o tyle z drugiej mamy do czynienia z kapitulacją i rejteradą. Większość chrześcijańskich teologów nie ma wątpliwości, że Holocaust, w języku kościelnym mówi się o Shoah, musi zmienić chrześcijaństwo.

Początek zmian nastąpił w latach tuż po drugiej wojnie światowej, kiedy to coraz częściej zaczęło dochodzić do rozmów międzyreligijnych z udziałem teologów żydowskich i chrześcijańskich. Swoistym przełomem było spotkanie papieża Jana XXIII z żydowskim pisarzem, myślicielem, badaczem historii Kościoła Jules'em Isaakiem. Postać to niezwykła i tragiczna zarazem - w czasie wojny stracił we Francji całą rodzinę. Być może to właśnie nadało jego poglądom na chrześcijaństwo, jakie głosił konsekwentnie od lat 40., szczególną rangę. Według Isaaca, który - jak można sądzić - przekonał do swojego rozumowania Jana XXIII, dwudziestowieczny antysemityzm, który doprowadził do Shoah, ma swoje źródło w chrześcijańskim "nauczaniu pogardy".

W kilku swoich książkach, niewydanych, niestety, po polsku, Isaac starał się wykazać, na czym to "nauczanie pogardy" polegało. Według niego składało się na nie kilka twierdzeń. Po pierwsze, chrześcijanie byli przekonani, że judaizm z okresu przed przyjściem Chrystusa był religią skostniałą i legalistyczną, Żydów zaś uznawali za cielesnych i zbyt skupionych na tym, co doczesne. Podobnie elementem "nauki pogardy" miało być przeświadczenie, że to Żydzi byli głównymi prześladowcami Jezusa, którego nie uznali za Mesjasza. Inną częścią tego nauczania była wiara, że karą za brak wiary w Jezusa było odrzucenie społeczności judaistycznej, nazywanej Synagogą szatana. Żydów zaczęto postrzegać jako naród bogobójców, słusznie wygnany z Ziemi Świętej i przeznaczony do błąkania się po świecie. Isaac sądził, że pierwotna wrogość do Żydów została zakodowana na kartach Nowego Testamentu. Mniemał, że dzięki temu weszła ona na trwałe do nauki Kościoła i stała się częścią jego liturgii, kościelnej sztuki, retoryki, literatury. Istnieje zatem, uważał żydowski myśliciel, łańcuch przyczynowo-skutkowy, który wiąże pierwszych uczniów Jezusa i dwudziestowiecznych antysemitów.

W opowieści tej kluczowe są dwa momenty - sam początek antysemickiego przekazu, czyli uformowanie się ksiąg Nowego Testamentu, oraz zdobycie przez chrześcijaństwo roli religii dominującej w cesarstwie, czyli czasy Konstantyna. Wówczas to pierwotna antysemicka świadomość mogła, mniemał Isaac, przejawić się w życiu publicznym. Zgodnie z tym rozumowaniem, które idąc śladami żydowskiego badacza, przyjmować zaczęło coraz większe grono teologów chrześcijańskich, dzieje Kościoła stają się jednym wielkim pasmem nieszczęść, zbrodni i katastrof, chrześcijanie okazują się siewcami dziejowej nienawiści, Żydzi ich niewinnymi, bezbronnymi ofiarami. Jednym tchem można już wskazywać na kolejne przykłady dziejowej niesprawiedliwości: na wyprawy krzyżowe, działalność inkwizycji, wygnanie z Anglii, Hiszpanii czy Portugalii, oskarżenia o mord rytualny, tworzenie gett. Ostatecznym rezultatem takiego kościelnego podejścia było pojawienie się potwora, bestii, Adolfa Hitlera. "Nic dziwnego, że Hitler, ochrzczony katolik, mógł powiedzieć, że on tylko dopełnił zadanie Kościołów" - pisał anglikański teolog Kenneth Cracknell. Swoją drogą, aż trudno uwierzyć, że ktoś na poważnie może cytować wypowiedzi niemieckiego zbrodniarza, widząc w nich potwierdzenie tezy o rzekomo zbrodniczych ciągotach chrześcijan. Jednak wyznawcom holocaustianizmu tego rodzaju wątpliwości najwyraźniej snu z powiek nie spędzają. Nic dziwnego, że pierwszym przewodniczącym Komisji do spraw Dialogu Chrześcijańsko-Judaistycznego przy Episkopacie USA został ksiądz Edward H. Flannery, autor opublikowanego w 1965 roku dzieła The Anguish of the Jews ("Udręka Żydów"), w którym próbował opisać dwadzieścia trzy wieki męczarń żydowskich. Konkluzje duchownego, wiernego ucznia Isaaca, są jednoznaczne. Chrześcijanie muszą jego zdaniem w pełni przyjąć na siebie odpowiedzialność za skutki antysemityzmu: tak Kościół, jak i jego wyznawcy "aktywnie lub pasywnie uwikłani byli w tę tragiczną historię, a szczególnie w jej najbardziej ohydną manifestację, w Holocaust".

Uczniowie Isaaca nie chcą zrozumieć, że polemiki antyjudaistyczne, słuszne lub nie, można zrozumieć jedynie w kontekście, to znaczy uwzględniając spór, konflikt, niekiedy wręcz wojnę chrześcijan i Żydów. Tylko uznając podstawową wagę sporu o prawdę, o to, kto jest właściwym dziedzicem niezafałszowanego objawienia, można zrozumieć zaciekłość i gwałtowność starcia. Tylko wierząc w to, że Bóg sam zabrał głos w historii i powierzył swe nieomylne Słowo człowiekowi, nakazując mu go strzec i przekazywać, można pojąć gwałtowność zmagań. Jednak zwolennicy nowego podejścia nie zajmują się historią, ale uprawiają ideologię. W gruncie rzeczy są sceptykami i nie wierzą w możliwość dotarcia do niepodważalnej prawdy religijnej. Ci, którzy wierzyli, że została im ona dana i że obowiązuje po równi wszystkich ludzi, tradycyjni chrześcijanie jawią się w ich oczach jako fanatycy i obsesjonaci. Dlatego zamiast dostrzegać obustronną wrogość i podstawowy spór o prawdę, widzą całą rzeczywistość z jednego tylko punktu widzenia. W tych opowieściach chrześcijanie są złymi bohaterami, a Żydzi, którzy tak samo jak chrześcijanie wierzyli, że to im zostało powierzone objawienie, i tak samo próbowali zdobyć przewagę i pokonać religię Chrystusa, z definicji stają się tymi dobrymi; chrześcijanie to oprawcy, Żydzi - męczennicy; chrześcijanie są tępi, pełni obsesji, szalonych podejrzeń, uprzedzeń i stereotypów, Żydzi zaś robią wrażenie przybyszów z innego, rozumnego, pełnego altruizmu i otwarcia świata, którzy wskutek pierwotnego błędu zostali wtrąceni w świat przemocy, męczarni i udręki.

Żeby tak było, wszystkie pojęcia i nauki, jakie uformowały Tradycję katolicką, są oceniane tylko z jednego punktu widzenia: czy i w jaki sposób mogły się przyczynić do wzrostu antysemityzmu. Skoro od razu z góry cała przeszłość jawi się jako podejrzana, łatwo pokazać, że poszczególne przekonania i obyczaje prowadziły do tego samego tragicznego i złowieszczego celu. I tak choćby powtarzana przez wieki nauka, że Kościół jest nowym Izraelem, ludem Nowego Przymierza, które - jako doskonalsze - zastąpiło stare, staje się w oczach współczesnych dialogistów kamieniem węgielnym antysemickich uprzedzeń. Cała historia Kościoła zatruta została, ich zdaniem, antyżydowską nienawiścią. Stąd podstawowym moralnym wyzwaniem współczesnych chrześcijan ma być zrzucenie starego bagażu i zmierzenie się z dziedzictwem winy po Holocauście. To, co zaczęło się skromnie, od seminariów, spotkań, nieśmiałych prób wymiany wspólnych doświadczeń, skończyło się epokowym przewrotem: ogłoszeniem dokumentu twierdzącego, że Kościół wyrzeka się prowadzenia misji do Żydów.

Koniec z nawracaniem

W grudniu 2015 roku watykańska Komisja do spraw Kontaktów Religijnych z Judaizmem ogłosiła dokument Bo dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne. Miało to być swoiste przygotowanie do ogłoszonego wcześniej przez papieża Franciszka Roku Miłosierdzia. Tytuł to cytat z Listu Świętego Pawła do Rzymian. Jednak ostatnią rzeczą, jaką można powiedzieć o tekście teologów z Rzymu, jest to, że zachowuje on wierność naukom apostoła pogan. Przeciwnie, wydaje się, że znajduje się w nim bezprecedensowe zerwanie z wielowiekową tradycją Kościoła katolickiego. Nic dziwnego, że publikacja wywołała ogromne zainteresowanie światowych mediów. Dawno już nie poświęciły one tyle uwagi wystąpieniom katolickich hierarchów, tym bardziej że tym razem treść dokumentu przedstawili na konferencji razem kardynał Kurt Koch i rabin David Rosen. I wszystkie, słusznie, podkreślały rewolucyjne elementy nowej nauki.

Katolicy nie mogą nawracać Żydów, zamiast tego mają razem z nimi walczyć z antysemityzmem - to przesłanie nowego dokumentu wybiły po kolei "The New Jork Times", BBC, Reuters, "The Guardian", "Time", "Daily Mail" - mógłbym mnożyć kolejne tytuły. To samo zauważyły media polskie, choć te związane z Kościołem relacjonowały treść dokumentu nieco bardziej powściągliwie. I tak Gość.pl pisał, że "Kościół nie prowadzi misji wobec Żydów", inne zaś ograniczyły się do podawania samego tytułu publikacji, ewentualnie podkreślały, że pojawiła się ona pięćdziesiąt lat po ogłoszonej na Soborze Watykańskim II deklaracji Nostra aetate.

W pewien sposób dokument ten faktycznie stanowi ukoronowanie procesu, który zaczął się po śmierci Piusa XII. Przełomem był przyjęty w 1965 roku dokument Nostra aetate. Sobór przeciwstawia się w nim przedstawianiu Żydów jako "odrzuconych" i "przeklętych przez Boga". Prosi się ich o przebaczenie za "akty nienawiści, prześladowania, przejawy antysemityzmu, które kiedykolwiek i przez kogokolwiek kierowane były przeciw Żydom". Jak łatwo przewidzieć, brak w tekście jakiejkolwiek próby zdefiniowania antysemityzmu, w związku z tym można uznać, że chodzi o każdy pogląd lub działanie, które mogły być przez Żydów odebrane jako wrogie, niesprawiedliwe, niesłuszne. Biorąc pod uwagę fakt, że dzieje naznaczone są konfliktem obu religii, judaizmu i chrześcijaństwa, łatwo wyciągnąć wniosek, że takie jednostronne uznanie winy i zadeklarowanie sprzeciwu wobec wszelkich aktów antysemityzmu, rzekomego lub prawdziwego, mogło być słusznie uznane za akt kapitulacji. Tak daleko idącą ekspiację, w której potępiono bez zastrzeżeń, rozróżnień i ograniczeń wszelką formę antysemityzmu, łatwo też można było uznać za faktyczne odrzucenie całej wcześniejszej nauki Kościoła na temat Żydów.

Jednak deklaracja wciąż nie poszła tak daleko, jak chciało tego wielu przedstawicieli środowisk żydowskich. Zatrzymała się, można powiedzieć, w pół kroku. Nie ogłosiła rezygnacji z misji i nie odrzuciła obowiązku chrztu Żydów. Przeciwnie, niektóre fragmenty wciąż pozwalały interpretować tekst w zgodzie z Tradycją. Przede wszystkim Nostra aetate mówi, że "Kościół jest nowym Ludem Bożym", co pozwala domniemywać, że jest to forma uznania dla twierdzenia, że Kościół jest nowym Izraelem, który zastąpił stary. Stwierdza się też choćby, że "Jerozolima nie poznała czasu nawiedzenia swego i większość Żydów nie przyjęła Ewangelii, a nawet niemało spośród nich przeciwstawiło się jej rozpowszechnieniu", co można by uznać za pośrednie przyznanie, że jednak Żydzi tkwią w błędzie religijnym i że w historii istniał konflikt, to jest zderzenie się dwóch sił, a nie jedynie opresja z jednej strony. Podobnie dokument odważa się stwierdzić, że "władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa", choć ta śmiałość nie sięga zbyt daleko i prowadzi do szeregu zastrzeżeń: "to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym". W sensie historycznym to oczywiście banalna prawda, jednak mówiąc takim językiem, ojcowie soborowi nie zrozumieli albo, co bardziej prawdopodobne, udawali, że nie rozumieją, iż zarzut udziału w "śmierci tego Sprawiedliwego", który stawia właśnie wszystkim Żydom Piotr w czasie pierwszego kazania w Jerozolimie (Dz 2, 23), odnosi się nie do winy historycznej, ale, używając języka Karla Jaspersa, metafizycznej. Tak długo jak Żydzi odrzucają Jezusa jako Mesjasza, upatrując w tym fałsz i kłamstwo, oraz tak długo, jak uznają Jego roszczenie do bycia równym Bogu za godne śmierci bluźnierstwo, pośrednio przyznają rację tym, którzy Go oskarżyli i skazali. Stąd od początków całe nauczanie Kościoła mówiło wyraźnie, że kto chce się zbawić, a na pewno dotyczy to też Żydów, musi dać się ochrzcić (Dz 2, 38) i wyznać, że "Jezus jest Panem" (Rz 10, 9)2. Co się tyczy tej kwestii, w deklaracji znajdujemy twierdzenie, że "jest więc zadaniem Kościoła nauczającego głosić krzyż Chrystusowy jako znak zwróconej ku wszystkim miłości Boga i jako źródło wszelkiej łaski", z czego można by od biedy wyprowadzić wniosek, że owi "wszyscy" obejmują też Żydów. Dokument soborowy, powtarzam, zatrzymał się niejako w pół drogi. Skierował przyszłość na nowe tory, sam jednak wciąż jeszcze zawierał pewne elementy przejęte z Tradycji.

Dwóch świadków

O tym, jaki był sens nowych formuł, jak wielki przełom stanowiły i jakie musiały przynieść konsekwencje, najlepiej świadczą losy dwóch głównych autorów soborowego tekstu sprzed pięćdziesięciu lat. W 1959 roku Jan XXIII mianował kardynałem księdza Augustina Beę, poprzednio spowiednika Piusa XII. Rok później uczynił go przewodniczącym Sekretariatu do spraw Jedności Chrześcijan i powierzył przygotowanie specjalnego dokumentu na temat stosunku Kościoła do Żydów. Dwoma głównymi doradcami kardynała zostali - zauważa John Connelly, amerykański historyk - John Oesterreicher, ksiądz pochodzenia żydowskiego, który na początku lat 40. uciekł z Europy do USA, oraz Gregory Baum, zakonnik, augustianin, również pochodzenia żydowskiego, który podobnie jak Oesterreicher salwował się przed Hitlerem ucieczką, tyle że do Kanady.

Po przybyciu do Ameryki ksiądz Oesterreicher założył w Nowym Jorku specjalny instytut, którego celem było prowadzenie misji wśród Żydów. Jeszcze w latach 50. - pisze Connelly - ksiądz Oesterreicher martwił się coraz większym wpływem, jaki na myślicieli katolickich wywierał Franz Rosenzweig, żydowski filozof, który głosił teorię dwóch niezależnych przymierzy, utrzymywał, że Jezus może być Mesjaszem tylko dla pogan, Żydzi bowiem Go nie potrzebują, będąc już u Ojca. Ksiądz Oesterreicher twierdził wówczas, że o Żydach nie powinno się mówić jako o starszych braciach chrześcijan, bo to zamazuje treść wiary. Powątpiewał, by Żydzi, którzy żyją bez nawrócenia, mogli cieszyć się pełnią łaski. Ba, jak pisze amerykański historyk, powołanie Oesterreichera do komisji pracującej nad Nostra aetate dokonało się z trudem, bo "był uważany za zbyt ortodoksyjnego". Jednak nawrócenie na nową wersję chrześcijaństwa po Auschwitz nastąpiło szybko - w latach 60. ksiądz Oesterreicher zaczął głosić publicznie wszystko to, co wcześniej przez całe swoje życie potępiał. W 1971 roku, zrywając ostatecznie z Tradycją, ogłosił, że judaizm i chrześcijaństwo to "dwa sposoby usprawiedliwienia, które mają komplementarną funkcję". Przyjął, że nawracanie Żydów nie tylko jest niepotrzebne, ale wręcz szkodliwe i po doświadczeniu Auschwitz niemoralne. W ostatnim okresie życia, pisze Connelly, ksiądz John Oesterreicher działał jak chrześcijański syjonista, twierdząc, że sukces Izraela był znakiem Bożej przychylności, a Żydzi nie potrzebują uznawać Jezusa.

Jeszcze bardziej zradykalizował się Gregory Baum, drugi współtwórca tekstu soborowego. W latach 50. i bezpośrednio przed zwołaniem soboru bronił chrześcijaństwa przed zarzutami o antysemityzm. Ba, pisał, że Żydzi, którzy odrzucają Jezusa Chrystusa, popadają w religię pozbawioną obietnicy, Synagoga nie może być źródłem łaski. Jednak prace nad Nostra aetate zrobiły swoje. Baum zaczął twierdzić, że po Auschwitz Żydzi są ludem pozostającym w stanie nieustannej łaski sakramentalnej, "żyli i umierali dla celu, który był niezależny od Chrystusa i chrześcijaństwa". Pod koniec lat 60. w ogóle porzucił kapłaństwo, w 1974 roku zaś odrzucił swoje wcześniejsze twierdzenia, kiedy to bronił Nowego Testamentu. Pisząc wtedy wstęp do słynnej książki Rosemary Ruether Faith and Fratricide ("Wiara i bratobójstwo"), sporządził swoistą samokrytykę. Twierdził tam, że "tym autorom [chrześcijanom takim jak on sam wcześniej] mimo całej dobrej woli brakowało jasności co do tego, że antyżydowskie tendencje są tak mocno zakorzenione w fundamentalnych dokumentach religii chrześcijańskiej i ściśle związane z wyznaniami wiary Kościoła". Dopiero w trakcie prac nad Nostra aetate i później uświadomił sobie, "jak ściśle nienawiść i pogarda dla narodu żydowskiego oraz demonizowanie religii żydowskiej powiązane są z chrześcijańskim nauczaniem wywodzącym się z Nowego Testamentu". Podsumowując swoje wcześniejsze stanowisko, pisał, że wierzył w możliwość oczyszczenia chrześcijaństwa z antyjudaizmu, który przed soborem postrzegał jako zjawisko marginesowe i peryferyjne.

Przełom i nawrócenie na holocaustianizm przyszły w trakcie soboru. Baum odkrył, że "uznając judaizm za osobną, samodzielną religię i równoprawnego partnera dialogu, sobór przynajmniej pośrednio porzucił prowadzenie misji do Żydów". Jednak to wciąż było za mało. Wyciągając kolejne konsekwencje z rozwoju, wreszcie stanął twarzą w twarz, jak sądził, z prawdą. "Pod wrażeniem Holocaustu, w czasie którego zostało zniszczonych sześć milionów Żydów", trzeba było dostrzec, że "antyżydowskie tendencje w chrześcijaństwie znajdują się nie na marginesie, ale w centrum całego posłannictwa". Krótko: Baum doszedł do przekonania, iż nie da się pogodzić obecnej nauki Kościoła, że Żydzi są populus secundum electionem carissimus, i treści Nowego Testamentu oraz doktryny Kościoła. Jeśli sobór miał rację, myliły się cała Tradycja i Nowy Testament; jeśli racja była po stronie Tradycji, to sobór się mylił. Jednak sobór nie mógł się mylić, bo odpowiedział na absolutnie nowe doświadczenie Holocaustu i na śmierć sześciu milionów, przeto myliły się Tradycja i Pismo Święte - rozumował Baum.

Od samego początku "chrześcijańskie wyznawanie Jezusa jako Chrystusa pociągało za sobą odrzucenie wykładni przedstawianej przez Synagogę". Kto chciał być chrześcijaninem, musiał uznawać judaizm za błąd. Oznacza to, że źródłem antysemityzmu nie były jakieś późniejsze naleciałości, ale samo pierwotne wyznanie uczniów: kto mówił, że Jezus jest Chrystusem, że jest Mesjaszem, na którego czekał Izrael, odrzucał i krytykował tych, którzy tej wiary nie przyjmowali.

Antysemicki potencjał tkwi w samym pierwotnym wyznaniu wiary. Tak Nowy Testament, jak i Tradycja są przepojone antyżydowskością i musiały doprowadzić, przynajmniej pośrednio, do Holocaustu. Chrystologia, czy też wiara w mesjańską godność Jezusa, powtarza za Ruether Baum, jest "lewą ręką" antysemityzmu.

Jak widać, droga obu współtwórców soborowego dokumentu była dość podobna. Zaczynali jako wierzący chrześcijanie, przekonani, że Żydzi muszą przyjąć wiarę w Chrystusa, skończyli - dzięki pracom na soborze - przekonani, że judaizm jest samodzielną drogą do Boga, niepotrzebującą Chrystusa, a dzieje Kościoła stanowiły preludium do Holocaustu. Oczywiście nie wszyscy autorzy i zwolennicy dokumentu postąpili z równą konsekwencją. Dlatego znaczenie Nostra aetate ujawnia się stopniowo, krok po kroku, pokazując, że Baum i Oesterreicher najwyraźniej uprzedzili rozwój, który dokonuje się w samym oficjalnym nauczaniu Kościoła.

Wybiórcza refleksja

Kolejnym krokiem milowym były nauki i dokumenty wydane za czasów pontyfikatu Jana Pawła II. Jak to zwykle bywa w tekstach pisanych po soborze, ich stałą cechą jest niejasność, wewnętrzne sprzeczności i co z tego wynika - dowolność możliwych interpretacji. Jednym z najważniejszych był przygotowany przez Komisję do spraw Kontaktów Religijnych z Judaizmem dokument pod tytułem Pamiętamy: Refleksje nad Shoah. Można było z niego się dowiedzieć, że namysł nad tragedią Żydów jest zadaniem wszystkich chrześcijan świata. Również wszyscy muszą się troszczyć o to, by taka tragedia się nie powtórzyła. W tym sensie Shoah zyskuje wymiar prawdziwie uniwersalny, a stosunek do Żydów staje się czymś, co określa nauczanie całego Kościoła - również "tam, gdzie nie istnieją społeczności żydowskie".

Autorzy listu zdobyli się na iście tytaniczną pracę podsumowania w kilku zdaniach wiekowych relacji Żydów i chrześcijan. Jak łatwo przewidzieć, uzyskany wynik był dość, dla chrześcijan, negatywny. Okazuje się bowiem, że przez wieki wśród chrześcijan "przeważała mentalność, by penalizować mniejszości i tych, którzy byli w jakikolwiek sposób inni". Patrzyli oni na Żydów "z podejrzliwością i nieufnością", co gorsza, w chwilach napięć, kryzysów i epidemii traktowali ich jako kozła ofiarnego, dokonując masakr i rabunków.

Nie sposób jednak zrozumieć do końca, o co autorom tekstu chodzi. Z jednej strony piszą, że chrześcijanie przez wieki byli winni uczuciom nieufności i wrogości, z drugiej utrzymują, że Shoah był dziełem nowożytnego neopogańskiego reżimu. Dodatkowo stwierdzają, że ów morderczy antysemityzm miał korzenie "poza chrześcijaństwem", jednocześnie oskarżając chrześcijan o brak odpowiedniej wrażliwości i obojętność wobec cierpień żydowskich.

Z całego dokumentu oraz z towarzyszącego mu listu papieża przebija jednak świadomość, że Shoah jest zbrodnią inną niż wszystkie pozostałe dokonane w dziejach: tylko ona zostaje określona przez Jana Pawła II jako "nieopisane zło, (...) które stanowi niezatartą plamę na dziejach "3 - typowy dla literatury holocaustiańskiej zwrot retoryczny.

Dialektyczny skok

W stosunku do tych niezbyt jasnych formuł dokument przygotowany przez kardynała Kurta Kocha w 2015 roku z okazji 50. rocznicy Nostra aetate jest niewątpliwie bardziej przejrzysty. W tym wypadku jednak większa jednoznaczność oznacza faktyczny przewrót. Pierwszym i najważniejszym jego elementem jest twierdzenie, że Kościół nie zastąpił Synagogi, ale że oba Przymierza, Stare i Nowe, istnieją obok siebie. "Bezpodstawna się staje teologia zastępstwa czy zastąpienia przeciwstawiająca sobie dwa odrębne podmioty, Kościół pogan i odrzuconą Synagogę, której miejsce zajmuje". Wynika z tego, że Żydzi, zachowując wierność Staremu Przymierzu, nie muszą uznawać Nowego. Najciekawsze, że autorzy watykańskiego dokumentu powołują się przy tej okazji na tekst Listu do Hebrajczyków, który właśnie naucza czegoś wręcz przeciwnego. Co więcej, dowodzą oni dzięki swoistym akrobacjom myślowym, że chociaż Izrael "nie osiągnął wypełnienia obietnic, jakie otrzymał", to... nadal jest Ludem Bożym. Aby było zabawniej, "Kościół nie zastępuje Ludu Bożego Izraela, ponieważ jako wspólnota oparta na Chrystusie stanowi on w Nim wypełnienie obietnic danych Izraelowi". Pierwszy to przypadek znany logice, kiedy wypełnienie oczekiwania nie znosi oczekiwania. To tak, jakby ktoś, kto czekał na przyjście kolegi, po tym jak ten już przyszedł, nadal na niego czekał. Cóż, tego typu sztuczki możliwe są tylko w tekstach dialogistów watykańskich.

Wynikałoby z tego, że istnieje jakiś tajemniczy Lud Boży, który wyraża się w dwóch postaciach - raz jako wyznawcy judaizmu, dwa jako chrześcijanie. Żaden z tych przejawów ludu nie może sobie jednak rościć prawa do wyłączności. "Judaizm i wiara chrześcijańska, jak widać w Nowym Testamencie, są dwoma sposobami, poprzez które Lud Boży może sobie przyswoić Pisma Święte Izraela". Jednak to nie koniec ekwilibrystyki. Kolejnym skokiem myślowym, którego dokonują autorzy tekstu, jest twierdzenie, że "Izrael jest wybranym i umiłowanym Ludem Bożym, narodem przymierza, które nigdy nie zostało anulowane lub cofnięte". Ciekawe, że twierdzenie to autorzy opierają na nauce apostoła Pawła, odwołując się do rozdziałów 9-11 z Listu do Rzymian.Doprawdy aż trudno w to uwierzyć. Fragment, który mówi o tym, że apostoł odczuwa "wielki smutek i nieustanny ból" (Rz 9, 2) z powodu zaślepienia Żydów, który dowodzi, że "słowo Boże nie zawiodło", bo "nie wszyscy, którzy pochodzą od Izraela, są Izraelem" (9, 6), który mówi, że mając zapał, Żydzi nie mają rozeznania, bo odrzucili sprawiedliwość Bożą, a na jej miejsce chcą wprowadzać własną, który stwierdza, że dowodem miłości Boga do Izraela jest pozostawienie sobie wybranych, podczas gdy inni pozostali zaślepieni, który mówi wreszcie o upadku Żydów, o ich potknięciu - nagle staje się w rękach współczesnych dialogistów... listem głoszącym brak potrzeby nawrócenia. Choć sam Paweł woła, że chce przynajmniej "niektórych ocalić" (11, 14) - tych, którzy pobudzeni do zazdrości przez pogan, uznają Chrystusa - jego krzyk zostaje przekształcony i stłumiony. Apostołowi imputuje się tu twierdzenie, którego nigdy nie wypowiadał, a słowa o nieodwołalności przymierza interpretuje się jako uznanie dla odrębnej drogi Izraela!

To, co Paweł nazywa zatwardzeniem serca, to, co opisuje, odwołując się do obrazu o odciętych gałęziach, znika, rozpływa się, traci sens. Paweł ujawnia tajemnicę, że ze względu na zasługi ojców Bóg u kresu czasów, kiedy już nawrócą się poganie, sprawi, że cały Izrael mimo obecnego nieposłuszeństwa nawróci się do Chrystusa; współcześni dialektycy przerabiają to na coś odwrotnego: w ich oczach odrzucający Chrystusa Izrael ani nie jest nieposłuszny, ani ślepy! To, co dla Pawła jest najlepszym przykładem miłosierdzia - mimo grzechu i zdrady Bóg nie przeklął Izraela, ale pozwoli mu, ze względu na pierwsze przymierze, wrócić w przyszłości do siebie - okazuje się... niepotrzebne. Przecież w oczach autorów watykańskiego dokumentu Izrael nie jest nieposłuszny i żadnego nawrócenia nie potrzebuje. Z tego punktu widzenia zresztą cała emfaza, całe uniesienie, jakie towarzyszy Pawłowi, kiedy wspomina o swym smutku czy bólu, zdaje się jakąś sztuczką kuglarską, tragicznym nieporozumieniem, wątpliwym chwytem retorycznym. Czemuż tu się, do licha, smucić? O jakim tu bólu wspominać? Kim są owi uratowani "wybrani"? Skąd to wołanie, że dla ratowania Izraelitów Paweł byłby gotów nawet "być odłączony od Chrystusa" (Rz 9, 3), skoro nie ma żadnej potrzeby ratowania kogokolwiek?

Paweł przypominałby tu strażaka, który polewa wodą jezioro albo biegnie rozpaczliwie na pomoc, niosąc lekarstwo zdrowym. Pocieszna byłaby to postać, raczej przypominająca błazna i trefnisia. I takim go widzą watykańscy autorzy: "z teologicznego punktu widzenia nie ma żadnych wątpliwości, że Żydzi są uczestnikami Bożego zbawienia". Jeśliby tak było, to po co cały ten krzyk i wszystkie te pisma? Trzeba przyznać, że autorzy dokumentu w tym jednak wypadku wykazali się naprawdę dobrym poczuciem humoru. Żeby po tym, jak przez dwa tysiące lat wszyscy papieże i ojcowie głosili, że Żydzi bez przyjęcia wiary nie są uczestnikami Bożego zbawienia, napisać, że są nimi bez wątpliwości, to naprawdę pokazuje wysoko rozwinięty zmysł autoironii.

Najbardziej szokujący i najczęściej cytowany fragment tekstu mówi, że chociaż dla chrześcijan "może być tylko jedna droga do zbawienia, to nie wynika z tego w żaden sposób, że Żydzi są wykluczeni ze zbawienia przez Boga, ponieważ nie wierzą w Jezusa Chrystusa jako Mesjasza Izraela i Syna Bożego". Wniosek jest z tego rozumowania oczywisty: "W praktyce oznacza to, że Kościół katolicki nie prowadzi ani nie popiera żadnej konkretnej instytucjonalnej pracy misyjnej skierowanej ku Żydom. Ale podczas gdy istnieje zasadnicze odrzucenie instytucjonalnej misji skierowanej wobec wyznawców judaizmu, to chrześcijanie są jednak wezwani do dawania świadectwa wiary w Jezusa Chrystusa, także wobec Żydów, choć powinni to czynić w sposób pokorny i wrażliwy, przyznając, że Żydzi są depozytariuszami Słowa Bożego, zwłaszcza pamiętając o wielkiej tragedii Shoah".

Przekładając to z watykańskiego na polski: Kościół Żydów nawracać nie będzie, bo nawrócenia nie potrzebują. I to nie tylko nie będzie tego robił instytucjonalnie, ale w ogóle. Wprawdzie autorzy dokumentu niby podtrzymują obowiązek niesienia świadectwa wiary w Jezusa Chrystusa, robią to jednak w taki sposób i opatrują to tyloma zastrzeżeniami - ma to być robione pokornie, z wrażliwością, uznaniem dla Żydów jako nosicieli słowa Boga i z pamięcią o Zagładzie - że faktyczne nawrócenie konkretnego Żyda staje się najwyraźniej czymś wręcz niepożądanym. Nie mogę wyzbyć się wrażenia, że byłoby ono wprost swoistym nieszczęściem, czymś godnym nagany i potępienia. Bo też w jaki to niby sposób można nawrócić kogoś, kto już jest depozytariuszem Słowa Bożego?

Kto chce, niech wierzy

Pierwszym historycznie świadectwem misji do Żydów są słowa Świętego Pawła z napisanego na początku lat 50. pierwszego wieku naszej ery Listu do Galatów. Pisze w nim, że jemu apostołowie w Jerozolimie powierzyli głoszenie Ewangelii wśród pogan, "podobnie jak Piotrowi wśród obrzezanych". I dalej: "ponieważ Ten, który działał w Piotrze dla apostołowania wśród obrzezanych, działał i we mnie dla dobra pogan  - i gdy uznali daną mi łaskę, Jakub, Kefas i Jan, uważani za filary, podali prawą rękę mnie i Barnabie na znak łączności, abyśmy szli do pogan, oni zaś do obrzezanych. Mieliśmy tylkoy pamiętać o ubogich, co też pilnie starałem się czynić" (Ga 2,7-10). Od samego zatem początku działalność ewangelizacyjną wśród Żydów prowadzili Piotr, Jakub i Jan - ten drugi zresztą zapewne z tego powodu zginął śmiercią męczeńską w 62 roku naszej ery w Jerozolimie. Sam Paweł zresztą, o czym wielokrotnie wspomina w swych listach, też głosił i chciał nawracać współczesnych sobie Żydów, a ich opór i odrzucenie Ewangelii napełniały go bólem i sprawiały największe możliwe cierpienie. Apostołowie byli w tym sensie jedynie wiernymi wykonawcami nauk swego Mistrza, który sam stwierdził, że został posłany tylko do owiec, które zginęły z domu Izraela! (Mt 15,21-28).

Autorzy tekstu watykańskiego słusznie podkreślają, że na nauki Jezusa trzeba patrzeć w ich ówczesnym kontekście. Tyle że z tej zasady wywodzą absolutnie nieuprawnione wnioski. Nie ma bowiem wątpliwości, że Jezus uważał, iż dar życia wiecznego zależy od uznania Go przed innymi (Mt 10,33; Mk 8,38; Łk 12,8-9). Tego samego domaga się według Dziejów Apostolskich Święty Piotr od Żydów zgromadzonych w Jerozolimie, podobnie wielokrotnie podkreśla to Święty Paweł w swoich listach. Żeby obejść te nauki, trzeba wprowadzić radykalnie subiektywne odczytanie starożytnych tekstów. Autorzy dokumentu robią to, sugerując raz za razem, że wszystkie te nauki były prawdziwe... dla tych, którzy je przyjęli. I powołują się na wystąpienie samego papieża Franciszka, skierowane do członków Międzynarodowej Rady Chrześcijan i Żydów: "Wyznania chrześcijańskie znajdują swoją jedność w Chrystusie; judaizm znajduje swoją jedność w Torze. Chrześcijanie wierzą, że Jezus Chrystus jest Słowem Boga, które stało się ciałem w świecie; dla Żydów Słowo Boże jest obecne głównie w Torze. Obie tradycje wiary znajdują swoją podstawę w Jedynym Bogu, Bogu Przymierza, który objawia się ludziom poprzez swoje Słowo. Poszukując właściwej postawy wobec Boga, chrześcijanie zwracają się do Chrystusa jako źródła nowego życia, Żydzi zaś do nauki Tory". Uff, trudno o lepszy przykład odwracania kota ogonem. Takie rzeczy można mówić i pisać, jednak nie ostoją się one wobec krytycznego dociekania. To prawda, że "chrześcijanie wierzą, że Jezus Chrystus jest Słowem Boga, które stało się ciałem w świecie", ale wierzą, że jest to prawdziwe nie tylko dla nich, ale też dla Żydów! Jak jeden Bóg może objawiać się ludziom przez swoje Słowo, skoro ma być ono rozdwojone i wewnętrznie sprzeczne? Wyglądałoby na to, że w "poszukiwaniu właściwej postawy wobec Boga" Żydom wystarcza "zwracanie się do nauki Tory". Przykro to powiedzieć, ale przekonanie, że jakikolwiek Żyd żyjący w pierwszym wieku naszej ery mógł rozumować w podobny sposób, jest niedorzeczne. Dla starożytnych Słowo Boga było niepodzielne; mogło być jedynie prawdziwe lub fałszywe. W pierwszym wypadku należało się go słuchać, w drugim je odrzucić. Myśl, żeby było ono prawdziwe dla tych, którzy w nie uwierzyli, a nieprawdziwe dla tych, którzy go nie przyjęli, nie mieściła się w ich kategoriach rozumowania. Naprawdę ani sam Jezus, ani Jego uczniowie nie byli dialogistami i dialektykami żyjącymi w epoce po oświeceniu!

Jednak, co wręcz przerażające, autorzy owego dokumentu ogłaszają, iż "możliwe, że w przeszłości różne religie - na tle ciasno rozumianego pretendowania do prawdy i związanej z nim nietolerancji - przyczyniły się do podżegania konfliktu i konfrontacji. Ale dzisiaj religie nie powinny być częścią problemu, ale częścią rozwiązania". Jest to swoiste relatywistyczne wyznanie wiary, zgodnie z którym dawne chrześcijańskie przeświadczenie, że Prawda została objawiona w Chrystusie, okazuje się "ciasno rozumianym pretendowaniem do prawdy". Nie sposób tego zrozumieć, ale autorom watykańskiego listu nie przychodzi do głowy prosta skądinąd myśl, że rezygnacja z nawracania jest przejawem odrzucenia nakazu miłości. W ich oczach nawrócenie jawi się jako przyjęcie jakiejś dowolnej, niezbyt istotnej opinii, a nie jako zwrot serca ku Zbawicielowi, nie jako rozpoznanie koniecznej i bezwzględnej, jedynej Prawdy. Wezwanie do nawrócenia przypomina w ich umysłach zaproszenie na poranną kawę lub popołudniową herbatę, a nie moralny obowiązek. Znowu nie mogę się pozbyć wrażenia, że autorzy tych sformułowań, które w pył i proch obracają kościelne dogmaty, musieli mieć niezły ubaw.Wszystkie te dziwaczne, absurdalne lub tylko wątpliwe rozumowania mają swoje źródło w osobliwym przeświadczeniu watykańskich teologów, zgodnie z którym nauka Kościoła musi uwzględnić doświadczenie Shoah. Z tego wywodzą całkiem konkretne wnioski: "celem dialogu żydowsko-katolickiego jest wspólne zwalczanie wszelkich przejawów dyskryminacji rasowej wobec Żydów i wszelkich form antysemityzmu, które z pewnością nie zostały jeszcze wykorzenione i pojawiają się na różne sposoby w różnych kontekstach. Historia uczy nas, dokąd mogą prowadzić najmniejsze nawet dostrzegalne formy antysemityzmu: ludzkiej tragedii Shoah, w której zostały unicestwione dwie trzecie europejskich Żydów". W pośredni sposób mamy tu przyznanie, że Kościół przyczynił się do Holocaustu. Rzeczywiście, to kolejny krok na drodze wyznaczonej przez Jules'a Isaaca i jego zwolenników kilkadziesiąt lat temu: na drodze, która ma doprowadzić do jasnej deklaracji winy przez Kościół za zbrodnię na Żydach. Jeśli prawdą jest, że "najmniejsze nawet dostrzegalne formy antysemityzmu" doprowadziły do tragedii Shoah, to nie da się zaprzeczyć, że owe "najmniejsze nawet formy" były obecne od początku w dziejach chrześcijaństwa. Co to bowiem znaczy "najmniejsza forma"? Z pewnością "najmniejsza forma antysemityzmu" nie różni się od zwykłej formy antyjudaizmu, ergo chrześcijanie doprowadzili do Shoah.

Podświadoma wina

Słowa te byłyby dość jeszcze jednak nieśmiałym znakiem, że Watykan próbuje wyjść ze stanu swoistej schizofrenii, jaka charakteryzowała wiele wypowiedzi hierarchów na temat Holocaustu. Warto przypomnieć, że gdzie indziej odrzuca się, słusznie, związek między nauką Kościoła a Holocaustem. Sam Jan Paweł II, zwracając się do uczestników sympozjum Korzenie antyjudaizmu w środowisku chrześcijańskim, mówił, że "w świecie chrześcijańskim [...] - choć nie twierdzę, że za sprawą samego Kościoła jako takiego - zbyt długo krążyły błędne i niesprawiedliwe interpretacje Starego Testamentu dotyczące narodu żydowskiego i jego domniemanych win, rodząc wrogie postawy wobec tego ludu. Przyczyniły się one do uśpienia wielu sumień i w konsekwencji, gdy Europę zalała fala prześladowań inspirowanych przez pogański antysemityzm, który w swej istocie był zarazem antychrześcijaństwem, obok chrześcijan broniących prześladowanych za wszelką cenę, nawet z narażeniem własnego życia, wielu było i takich, którzy nie stawili tak zdecydowanego duchowego oporu, jakiego ludzkość miała prawo oczekiwać od uczniów Chrystusa". Skoro działo się tak nie "za sprawą Kościoła jako takiego", a prześladowania były inspirowane "pogańskim antysemityzmem, który był w swej istocie zarazem antychrześcijaństwem", to dlaczego watykańscy autorzy, wychodząc od doświadczenia Shoah, domagają się zmiany nauczania Kościoła jako takiego? Można to uznać za przejaw myślenia dialogicznego, a można, idąc za starym językiem, widzieć w tym sprzeczność. Otóż autorzy tekstów watykańskich uprawiający dialog z judaizmem piszą je tak, jakby podświadomie przyznawali się do winy i uznawali odpowiedzialność nauki Kościoła za Holocaust, mimo że oficjalnie i publicznie ją negują. Łatwo zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Gdyby faktycznie uznali, że to nauka Kościoła przyczyniła się do Holocaustu, dokonaliby w rzeczywistości swoistego aktu samodetronizacji - jak można być nauczycielem moralności, jeśli współuczestniczyło się przez tyle wieków w nauczaniu nienawiści? Kim byliby ci wszyscy nauczyciele, teologowie, biskupi, papieże, jeśli miałoby się okazać, że przez lata, ba, wieki, a nawet tysiąclecia uczestniczyli w tak niecnym i podłym procederze, jak wspieranie nienawiści, której owocem zatrutym i strasznym byłaby "niedająca się wręcz wyrazić zbrodnia Shoah"? Na czym opieraliby swój autorytet? Jakie by mieli prawo, żeby kogokolwiek nauczać, skoro doktryna, którą głoszą, przyczyniła się do najstraszniejszej zbrodni w dziejach? Wniosek byłby oczywisty: jeśli Kościół przyczynił się do Holocaustu i jeśli Holocaust był największą zbrodnią w dziejach, to byłoby po stokroć lepiej, gdyby ani Kościoła, ani jego papieży, biskupów i teologów w ogóle nie było. Przypominałby on bowiem nieco wielowiekową organizację przestępczą, pewną swoistą formę mafii, przez stulecia gromadzącą wokół siebie zło i nienawiść, które wreszcie wybuchły z niezwykłą siłą. Jedyne zadanie, jakie by mu pozostało, to milczenie.

Z drugiej strony nie mogą lub nie chcą wprost odrzucić oskarżeń, głównie ze strony części środowisk żydowskich, bo to oznaczałoby zerwanie dialogu i narażenie się na ataki liberalnej prasy. Kiedyś, kiedy w czasie soboru pojawiła się propozycja tekstu przypominającego o konieczności głoszenia Żydom wiary, żydowski obserwator Abraham Joshua Heschel ogłosił, że w takim razie wraca do Auschwitz i da się zabić. Szantaż poskutkował, tekst zniknął. Nic przeto dziwnego, że przedstawiciele Kościoła stopniowo, krok po kroku przyjmują, że istniał związek między ich własną nauką a masowymi morderstwami Żydów. Robią to na okrągło, ostrożnie, niewyraźnie. Idą dwa kroki do przodu, po czym cofają się o jeden. Ale obraz jest całkiem jasny. Efekt jest wyraźny. Raz za razem, wolniej lub szybciej, Kościół zmierza do uznania swojej odpowiedzialności, winy i grzechu. Czyli do autodestrukcji. I żadne uniki tego nie powstrzymają. Gdyby faktycznie między nauką Kościoła a Holocaustem nie było związku, to skąd brałoby się to nieustanne deklarowanie, że takiego związku nie było, i jednoczesne wskazywanie na zwykłych chrześcijan jako na nosicieli zła? Czyż nie jest to typowy przykład złego nauczyciela, który nie chce przyjąć na siebie odpowiedzialności za to, co wyczyniają jego uczniowie? Jak to się niby stało, że chociaż nie za sprawą samego Kościoła, to jednak przez wieki w świecie chrześcijańskim krążyło tyle błędnych opinii na temat Żydów, że w rezultacie, gdy doszło do Shoah, wielu chrześcijan zawiodło? Nie brzmi to najlepiej. Ba, szczerze mówiąc, trudno nie przyznać racji tym krytykom, którzy w słowach Jana Pawła II upatrują wykręt, wymówkę, próbę zrzucenia winy na innych. Czy wypowiedź ta, podobnie jak tyle innych, nie jest próbą, używając potocznego języka, zapalenia świeczki Bogu i ogarka diabłu? Cóż to bowiem znaczy, że "błędne i niesprawiedliwe interpretacje Starego Testamentu dotyczące narodu żydowskiego i jego domniemanych win, rodząc wrogie postawy wobec tego ludu", krążyły w świecie chrześcijańskim? Któż to był nauczycielem w tym świecie? Nie Kościół? I czyż jego przedstawiciele - papieże, biskupi, teologowie - owych błędnych interpretacji nie głosili? Zaiste głosili. Czy z tego powodu spotykali się z jakąkolwiek krytyką? Nie wydaje się.

Przeciwnie, przed Soborem Watykańskim II powszechnie przyjmowano, że Żydzi tkwią w moralnym i religijnym błędzie, z którego muszą się nawrócić. Nie był to jednak wyraz żadnej pogardy dla nich, jak chcą współcześni propagandyści, ale przeciwnie, miłości. Pogardą byłby brak głoszenia wiary, pogardą dla nakazu Boga! Jak można ową wolę głoszenia chrześcijaństwa nazywać krążącymi błędnymi interpretacjami, z którymi Kościół nie miał nic do czynienia, dalibóg nie pojmuję. Powtarzam, ta wypowiedź to klasyczny przykład owej wielokrotnie przeze mnie krytykowanej schizofrenii.

Z jednej strony nie można powiedzieć, że to za sprawą Kościoła rozprzestrzeniła się wrogość do Żydów, gdyż wtedy podważyłoby się własny autorytet, z drugiej nie umie się przeciwstawić naciskom liberalnych teologów i środowisk żydowskich. Tak powstają owe dość pokraczne sądy, w których zdanie podrzędne zaprzecza głównemu, a całość może być dowolnie interpretowana. Jednak jakkolwiek by się starano i oszukiwano, nie da się uniknąć wrażenia, że Kościół ma nieczyste sumienie, że to, z czym się spotykamy, to jest swoista zasłona dymna. Wszystkie te wypowiedzi to dramatyczna próba ucieczki przed rozumowaniem, które wydaje się charakteryzować zdecydowaną większość współczesnych teologów, historyków i badaczy. Wyraził je w zwięzłej formie John Connelly: "Oczywiście Holocaust był nie do pomyślenia, gdyby nie starożytne chrześcijańskie dziedzictwo bogobójstwa, jak i związana z nim idea, że Żydzi zostali odcięci od Bożej łaski, przeznaczeni do tułaczki po ziemi, póki nie nawrócą się do Chrystusa". Choć rozumowanie to jest całkiem niedorzeczne - teologiczne potępienie judaizmu w żadnej mierze nie musiało pociągać za sobą masowych zbrodni podczas drugiej wojny światowej, podobnie nic nie wskazuje na to, żeby Hitler, Himmler czy Bormann, wprowadzając plan ostatecznego rozwiązania, kierowali się w jakimkolwiek bądź stopniu naukami chrześcijaństwa - Kościół nie śmie wprost mu się przeciwstawić. Tylko owo nieczyste sumienie może wytłumaczyć ostateczny wniosek, że w obliczu Shoah... Kościół musi przestać prowadzić działalność misyjną, a zamiast niej oddać się walce "z najmniejszymi przejawami antysemityzmu".

Niepokojąca modlitwa

Aż trudno uwierzyć, jak szybko postępuje ten proces. To, co się zaczęło od usunięcia z liturgii wielkopiątkowej słowa "wiarołomny" w odniesieniu do Żydów, skończyło się deklaracją, że Żydzi nie potrzebują nawrócenia, bo są depozytariuszami słowa. To, co na początku można było uznać za gest miłosierdzia lub przejaw miłości bliźniego, w rezultacie stało się niemal formą apostazji. Kościół rzymski przez stulecia mówił o sobie, że jest apostolski i powszechny. Gdyby głos autorów watykańskiego dokumentu miał się stać obowiązujący, oznaczałoby to, że oba te przymioty - apostolskość i powszechność - zostały utracone. Wprawdzie sami oni stwierdzają, że owoc ich pracy stanowi jedynie wyraz prywatnej refleksji i namysłu, jednak nie ma co sobie mydlić oczu: przekazują oni sposób myślenia większości hierarchów.

Niektórzy wręcz sprawiają wrażenie, jakby brali udział w osobliwym wyścigu o to, kto szybciej i głośniej odżegna się od odziedziczonej tradycji. Kto bardziej się od niej odetnie, kto wyraźniej pokaże, że już wyzwolił się z przeszłości, że już wchłonął w siebie nowego ducha, że już odrodził się na nowo, że nie ma nic wspólnego z przodkami, z minionymi pokoleniami chrześcijan, które aż tak wypaczyły, zniekształciły, zohydziły wręcz pierwotne posłanie. Jak pisał w 2015 roku "Catholic Herald", "biskupi Anglii i Walii zaapelowali do Rzymu, aby ten pozwolił na zmianę modlitw wielkopiątkowych za Żydów, które dopuszcza się w formie nadzwyczajnej". Otóż Benedykt XVI, gdy w 2008 roku zezwolił wiernym na powszechny dostęp do tak zwanej mszy trydenckiej po łacinie, jednocześnie przygotował specjalną, nową wersję modlitwy wielkopiątkowej: "Módlmy się także za Żydów: oby nasz Bóg i Pan oświecił ich serca, aby uznali, że Jezus Chrystus jest Zbawicielem wszystkich ludzi". W wersji Benedykta - kolejny owoc dialogicznego rozwoju - zniknęły słowa o "ślepocie" i o tym, że Żydzi "tkwią w mroku", występujące w pierwotnej wersji, takie wyrażenia zostały bowiem uznane za obraźliwe dla Żydów.

Jednak w roku 2015 okazało się, że rozwój dialogiczny poszedł dalej i papieska troska, żeby nie urazić Żydów słowami o "ślepocie", nie wystarcza. Słusznie. Jakkolwiek bowiem Benedykt by się gimnastykował i jakkolwiek bardzo próbowałby znaleźć dialogicznie akceptowalną formę modlitwy, wciąż nie było to to, co tygrysy lubią najbardziej. No bo jeśli ktoś prosi, żeby Bóg oświecił czyjeś serce, to znaczy, że... jest ono nieoświecone. Czyli że Żydzi mają nieoświecone serca, że czegoś im brakuje, że judaizm jednak ma jakiś brak. A kysz, a kysz, zawołali dialogiści. Nie o to chodziło.

Chodziło o to, żeby również w mszy trydenckiej wprowadzić modlitwę, którą powtarza się w we wszystkich kościołach katolickich od soboru: "Módlmy się za Żydów, do których przodków Pan Bóg przemawiał, aby pomógł im wzrastać w miłości ku Niemu i w wierności Jego przymierzu". Rzeczywiście, treść obu modlitw pozostaje w całkowitej sprzeczności. Według pierwszej chrześcijanie modlą się o to, by Żydzi rozpoznali Jezusa Chrystusa jako Zbawiciela wszystkich ludzi, według drugiej nic takiego nie jest im potrzebne. Przeciwnie. Można sądzić, że katolicy modlą się o to, by Żydzi Jezusa nie rozpoznali, bo przecież czy mogliby to zrobić i jednocześnie "pozostawać w wierności swojemu przymierzu z Bogiem"? Według pierwszej ich serca potrzebują oświecenia, według drugiej są już oświeceni. Według pierwszej mają uznać Jezusa Chrystusa, druga nie tylko o Chrystusie nie wspomina, ale wręcz sugeruje, że miłość do Imienia Boga jest autentyczna bez Chrystusa.

Niezły galimatias. A co na to biskupi? Otóż występujący w imieniu swych braci z Anglii i Walii arcybiskup Kevin McDonald stwierdził, że różnica "spowodowała wielkie zamieszanie i niepokoi społeczność żydowską". Potrzebna jest, jego zdaniem, nowa wersja, która "da jasność i pokaże spójność nauczania katolickiego, tak aby przyczynić się do rozwoju dialogu katolicko-żydowskiego". Czyli potrzeba wyrzucić starą modlitwę na śmietnik, bo Żydzi czują się urażeni tym, że ktoś modli się o ich nawrócenie. Jak widać, sama świadomość tego, że gdzieś jakaś grupa katolików może błagać Boga w ogólnie niezbyt zrozumiałej łacinie o ich nawrócenie, wywołała opór.

Uderza to, że jeszcze siedem lat temu modlitwy tej bronił kardynał Walter Kasper. Jego ówczesna wypowiedź w Radiu Watykańskim to więcej niż przykład absolutnie pokrętnej dialektyki i pustosłowia. Warto ją przytoczyć, bo stanowi też, co stokroć ważniejsze, wspaniały, modelowy wręcz przykład zaklinania rzeczywistości. Przedziwna ta umiejętność polega na osobliwej wierze, że jeśli coś nazwie się inaczej, niż naprawdę jest, to zmieni się sama natura rzeczywistości. Otóż siedem lat temu kardynał twierdził, że choć w modlitwie mówi się o nawróceniu, to nie oznacza to wsparcia dla misji (cha, cha, cha). A następnie dodał: "w przeszłości często był w użyciu język pogardy, jak to określił znany autor żydowski Jules Isaac. Obecnie mamy szacunek przy zachowaniu różnic. Musimy respektować istniejące różnice. Dialog zakłada zawsze poszanowanie dla stanowiska i tożsamości drugiej strony". Bujać to my, ale nie nas. Szanowny kardynał chciał dowieść niemożliwego: że modląc się o nawrócenie Żydów, jednocześnie się o nie nie modlimy. Na poparcie swoich wywodów powołał się nawet na jednego ze świętych dialogu, na Jules'a Isaaca. Myślał zapewne, że uda się mu zastosować wobec Żydów taką samą technikę, jaką od lat praktykują różni rewolucjoniści w sutannach w odniesieniu do tradycyjnych katolików, kiedy to przywołują jakiś powszechnie uznany autorytet, niech będzie to święty Tomasz z Akwinu, i jego wypowiedź, ale tylko po to, by wywieść z niej wnioski dokładnie odwrotne do tych, jakich dany nauczyciel bronił. To wyjątkowo skuteczna metoda, bowiem niezbyt obznajomiony z niuansami i zawiłościami teologii przeciętny wierny, słysząc nazwisko powszechnie uznanego nauczyciela, nie śmie przypuścić, że ktoś bawi się z nim w kotka i myszkę.

Wszakże wszystko wskazuje na to, że żydowscy uczestnicy dialogu takim zapewnieniom kardynała zwieść się nie dali. Pamiętali doskonale, że to, co Jules Isaac nazywał nauczaniem pogardy, miało źródło w dążeniu do nawracania. Tu tkwił przecież kruczek: Isaac nazwał pogardą posłuszeństwo słowu Boga i postawił swoich rozmówców poniekąd pod ścianą: jeśli chcecie mnie nawrócić, to znaczy, że nie akceptujecie mnie, jakim jestem, a jeśli mnie nie akceptujecie, jakim jestem, to mną gardzicie, a jeśli mną gardzicie, to skłonni jesteście mnie zabić. Mordercze to rozumowanie, które opiera się na ekwiwokacji - negatywna ocena czyjegoś postępowania nie jest ani pogardą dla niego, ani brakiem miłości - skutecznie sparaliżowało postholocaustiański kler. Następcy Isaaca dobrze to zrozumieli i dlatego nie dali się zwieść opowieściom o różnorodności i szacunku, ale twardo postanowili domagać się swego: nie ma mowy o zgodzie na nawracanie. Jeśli chrześcijanie chcą się o coś koniecznie modlić, niech proszą Boga o powodzenie dla Izraela. W przeciwnym razie "żydowscy partnerzy dialogu odczuwają niepokój" i dialog nie może postępować. A brak dialogu to katastrofa, bo brak dialogu podważa prawomocność całego zwrotu dokonanego od lat 60. Jak widać, po siedmiu latach sprawa wraca. Naprawdę trudno się nie śmiać: modlitwa opracowana przez papieża w 2008 roku okazuje się niewłaściwa siedem lat później. Można też płakać, jeśli ktoś szczerze był przywiązany do wizji Kościoła jako nieomylnego nauczyciela prawdy. Idę o zakład, że wkrótce oczekiwaniom starszych braci w wierze stanie się zadość i z prastarej modlitwy zostanie już usunięte wszystko, co mogłoby sugerować, że w sensie duchowym wyznawcom judaizmu na czymkolwiek zbywa. Zostanie wypatroszona i zdekonstruowana tak, żeby już nikt się nie niepokoił.

Wspólnota samoponiżenia

Tak czy inaczej, zmiany modlitw nie wystarczą. Postęp dialogu, który jest inną nazwą dla stopniowego demontażu katolicyzmu, prowadzi do bardziej ambitnych celów. Jeśli ktoś sądzi, że wystarczy modlić się o pomyślność ludu żydowskiego i wyrzec się niewczesnej nadziei, by zobaczył on w Jezusie Zbawiciela, to się myli. Nic z tego. Kto by tak uważał, nie zrozumiałby niczego z rozwoju ostatnich kilkudziesięciu lat. Ani akty ekspiacyjne, ani walenie się głośne w piersi, ani organizowanie wielkich uroczystości przebłagalnych w Rzymie nie wystarczą. Quasireligia Holocaustu ma w sobie przecież swoisty uniwersalizm, a jej wyznawcy nie spoczną, dopóki wreszcie nie zatriumfują całkowicie i nie narzucą swojego wierzenia światu.

Jeśli w samym źródle chrześcijaństwa, w Nowym Testamencie, pojawiła się już trucizna, to nie da się jej eliminować bez zniszczenia całego chrześcijaństwa, a przynajmniej przyjętej przez tę religię historycznej formy. Choć nie, dla chrześcijan jest jeszcze nadzieja. Być może, jak chcą niektórzy, wystarczyłoby jedynie oczyścić Pismo Święte z antysemickich naleciałości. Na przykład można by było pozbyć się najbardziej jadowitych fragmentów Ewangelii Mateusza - choćby rozdziału 23, w którym Jezus oskarża faryzeuszy i uczonych w Piśmie, a na pewno opisów męki Pańskiej. Należałoby w całości pożegnać się z Ewangelią Jana, tą - jak określił księgę dawno temu James Parkes, teolog anglikański - "naroślą na ciele chrześcijaństwa". No, może jeszcze kilka drobnych korekt w listach Świętego Pawła plus odpowiednie tłumaczenie i komentarz dialektyków i w zasadzie sprawę można byłoby uznać za załatwioną. Czy chrześcijaństwo przeżyłoby taką operację, pozostaje kwestią otwartą. W końcu, jakkolwiek by było, cenzura Nowego Testamentu sprawą łatwą nie jest, mogłaby wywołać nadmierne emocje, może protesty, może oskarżenia prostego ludu, który zapewne nie dorósłby do poziomu reprezentowanego przez pasterzy. Dlatego mimo niewątpliwych zalet takiego aktu cenzury pojawiają się inne pomysły rozładowania owego rzekomego antysemickiego balastu.

Tak choćby James Carroll, autor wpływowej książki Constantine's Sword ("Miecz Konstantyna"), proponuje, żeby nie eliminować tego, co nazywa antyżydowskimi tekstami Nowego Testamentu. Prawdziwy to łaskawca i człowiek o gołębim sercu, który uczestniczył zresztą w rzymskich spotkaniach na zaproszenie kardynała Edwarda Cassidy'ego, dialogując na temat treści dokumentu o Shoah. Z tej to serca dobroci zrodziła się zapewne idea, by kompromitujące teksty zostawić, ale zmienić ich użytek. Miałyby one być "stałym wyrzutem sumienia" skierowanym przeciw chrześcijanom. Według Carrolla, byłego księdza, jak tylu innych autorów zaangażowanych w odkrywanie uroków judaizmu, teksty święte są dowodem, że Kościół zdradził Jezusa już w pierwszym pokoleniu. Można by powiedzieć, że to swoisty zapis zbrodni. Dlatego w ramach procesu pokuty za dwadzieścia wieków nienawiści Kościół powinien je zachować i odczytywać "przeciw sobie". Liturgia powinna stać się nieustannym aktem samoupokorzenia: chrześcijanie, wiedząc, że opisy pasji i inne fragmenty ewangeliczne zostały napisane z antyżydowskim nastawieniem, że są dziełem złośliwej i nikczemnej obmowy, powinni ich wysłuchiwać i tym samym wciąż przypominać sobie o winie pierwszych uczniów, apostołów i ojców. A potem o tym, jak ta wina przechodziła z pokolenia na pokolenie, aż skończyła się Holocaustem.

Ta propozycja swoistych sadomasochistycznych rytuałów poniżenia jest, zdaniem Carrolla, jedyną odpowiedzią na grozę Holocaustu. Ma ona też swój wymiar praktyczny. Carroll z aprobatą cytuje wypowiedź rabina Davida R. Blumenthala, że "żadne słowa, dokumenty i autentyczne wyrazy skruchy nic nie dadzą, jeśli nie będą im towarzyszyć czyny", czyli jasne i bezwarunkowe poparcie dla polityki państwa Izrael. Dopiero te dwie rzeczy razem - poparcie dla polityki Izraela i gotowość systematycznego samoponiżania się - dają nowemu chrześcijaństwu szansę na przetrwanie. No i moralne prawo do istnienia. Wyraźnie widać tu podobieństwa z propozycją Ágnes Heller: w obu wypadkach nie-Żydom oferuje się swoisty status gorszych ludzi, którzy skazani są na nieustanne ekspiacje i przeprosiny.

Podsumujmy. Po pierwsze, chrześcijanie raz na zawsze, stanowczo i jednoznacznie muszą się wyrzec wszelkich prób nawracania Żydów - postulat już praktycznie spełniony. Po drugie, muszą wyraźnie uznawać, że Jezus był Chrystusem wyłącznie dla pogan, że Żydzi pozostają w stanie łaski niezależnie od wiary chrześcijańskiej. Po trzecie, należy uznać i dawać temu wyraz, że dotychczasowe dzieje Kościoła od samego początku były pasmem nieszczęść, katastrof, prześladowań i zbrodni. Po czwarte, należy z tego wyciągnąć wnioski i w formie dziejowej pokuty zobowiązać się do walki z każdym przejawem antysemityzmu, to znaczy z każdym poglądem i działaniem, które mogą się nie spodobać społeczności żydowskiej. Jeśli tak by się stało, dla Kościoła otwiera się szansa. Wykonując gesty pokutne za zbrodnie dokonane przez naszych przodków w przeszłości, bronimy świata przed nowym holocaustem. Dobry przykład dał tu kardynał William Henry Keeler, arcybiskup Baltimore, który ułożył nawet specjalną modlitwę pokutną: "Boże naszych ojców, Ty wybrałeś Abrahama i jego potomstwo, aby zanieśli Twe imię do narodów: jesteśmy głęboko zasmuceni zachowaniem tych, którzy przez wieki byli przyczyną cierpień Twoich dzieci [potomstwa Abrahama], i błagając o przebaczenie, chcemy zobowiązać się do prawdziwego braterstwa z ludem Przymierza".

Nie ma wątpliwości, że jeśli proces czyszczenia świadomości ma się udać, bardzo ważne jest spełnienie pierwszego warunku. Raz przyjęta zasada, że Żydzi nie potrzebują nawrócenia, czyni całą dotychczasową historię Kościoła jednym wielkim, krwawym szaleństwem. Dopiero wtedy można posadzić go na ławie oskarżonych. Wtedy dopiero będzie można uznać - odwołując się do słów Kennetha L. Deutscha, amerykańskiego politologa - że "chociaż zdarzali się dobrzy chrześcijanie chroniący Żydów, w przytłaczającej większości chrześcijanie patrzyli na Żydów jak na morderców Chrystusa [...]. Kościół w historii wciąż aktywnie wspierał zło". Albo, jak to stwierdził jeszcze bardziej dobitnie inny znamienity dialogista chrześcijański, episkopalny biskup Newark, John Shelby Spong, era nazistowska obciąża wszystkich chrześcijan, bo wszyscy w ten czy inny sposób uczestniczyli w złu Holocaustu.

Wyjątkowość i powszechność

Powstaje jednak proste skądinąd pytanie: co takiego właściwie się stało, co skłoniło tylu teologów i hierarchów do tak radykalnej zmiany stanowiska? Jak to się stało, że w ciągu zaledwie kilkunastu, góra kilkudziesięciu lat nastąpił ów mentalny przewrót? Dlaczego ci, którzy jeszcze w latach 50. uważali, że przyjęcie wiary chrześcijańskiej jest moralnym obowiązkiem, uznali, że nawracanie Żydów jest czymś godnym potępienia? Dlaczego ci, którzy przez lata byli dumni z tego, że są chrześcijanami, którzy wierzyli, że Kościół jest filarem prawdy, że jest bezgrzeszny i nieskażony, nagle zaczęli go oskarżać, obwiniać, potępiać, doszukiwać się zła w świętych księgach i pierwotnej wspólnocie? John Connelly, który dokładnie badał rozwój nowego pojmowania Żydów, doszedł do dość niezwykłej i zarazem ambarasującej konkluzji. Otóż powodem radykalnej zmiany było ni mniej, ni więcej, tylko... spotykanie się. Sam fakt rozmowy, przebywania z innymi, poznania ich miał być źródłem przemiany. Gdy tylko chrześcijanie zaczęli po wojnie rozmawiać z Żydami, odkryli, "jak wielkim skandalem była część ich tradycji". "Takie spotkania otworzyły ich umysły - dostrzegli, że antyjudaizm Mateusza lub w Liście do Tesaloniczan był źródłem pogardy, która uczyniła Auschwitz możliwym". Pozostaje pytanie, czy owo otwarcie umysłu nie było aby formą emocjonalnego szantażu, uczuciowego zarażenia. Kiedy bowiem na chwilę porzuca się pełną afektacji retorykę, kiedy próbuje się poddać wypowiedzi dialogistów krytycznemu osądowi, okazuje się, że brak im racjonalnych podstaw.

Czy rzeczywiście Holocaust stanowi zbrodnię nieporównywalną z innymi? Czy to, że do niego doszło, obciąża właśnie chrześcijan? Trudno to zrozumieć. Niesprawiedliwe cierpienie spadające na niewinnego - to stały motyw ludzkiej historii. Podobnie jak pytanie o to, jak owo niewinne cierpienie można pogodzić z dobrocią i wszechmocą Boga. Być może najostrzej i najbardziej radykalnie wyzwanie to sformułował w epoce nowożytnej Fiodor Dostojewski w Braciach Karamazow, kiedy to przeciwstawił Boży porządek cierpieniu jednego niewinnego dziecka. Chwila, kiedy ból i męczarnia spadają na czyste, bezgrzeszne dziecko, kiedy całe jego życie zostaje domknięte i przytłoczone torturą, każe stanąć wobec tajemnicy zła, które nie daje się oswoić, okiełznać, włączyć. Jednak nie wydaje się, żeby ci, którzy jak Elie Wiesel pytają, gdzie był Bóg w Auschwitz, mieli na myśli to samo.

Tym, co budzi ich sprzeciw i tak wielkie oburzenie, nie jest, zdaje się, po prostu ludzkie cierpienie, ale cierpienie żydowskie. Słuchając wielu wypowiedzi zwolenników teologii, sztuki czy cywilizacji po Auschwitz, można odnieść wrażenie, że cierpienie żydowskie było w jakiś sposób lepsze, inne, ważniejsze, bardziej niewinne. Jakby zbrodnia dokonana przez niemieckich nazistów na Żydach była moralnie bardziej obrzydliwa niż inne. Tak wprost pisała choćby Heller. Jednak w jakim sensie jedno cierpienie może być bardziej niewinne niż drugie? Niewinność oznacza, że sprawca łamie uniwersalne prawo moralne, które zabrania mordowania. To, jaki jest motyw sprawcy - rasowy, klasowy, pragmatyczny - nie ma dla oceny moralnej czynu znaczenia. Tak jak Hitler przypisywał winę Żydom, tak Lenin, Stalin i bolszewicy przypisywali ją burżujom czy kułakom. Dla Żydów Holocaust jest nieporównywalny z niczym innym, tymczasem pozostałe narody mają własną martyrologię. Każda próba uznania, że czyjaś ofiara była lepsza lub gorsza, ociera się o rasizm. Z tego punktu widzenia nie wiadomo, dlaczego ofiary Holocaustu miałyby być lepsze niż pozostałe.

Nie sposób też zrozumieć, dlaczego wizja Boga czy natura religii miałyby ulec zmianie akurat po Auschwitz. Takie twierdzenie pociągałoby za sobą przekonanie, że w trakcie Holocaustu doszło do swoistego objawienia. Wprost choćby pisał o tym wspomniany przeze mnie Baum: "Auschwitz przekazuje posłanie, które musi zostać usłyszane. Objawia chorobę, która nie jest gdzieś z boku, ale tkwi w sercu naszej cywilizacji, pożera najlepsze, co odziedziczyliśmy. Holocaust podważa podstawy zachodniego społeczeństwa". Dalej jeszcze śmielej stara się wyjaśnić, co przez Holocaust Bóg chciał powiedzieć ludzkości, i dochodzi do wniosku, że "Holocaust uczy Kościół, że wszelkie roszczenie do ekskluzywności, do boskiej prawdy" musi prowadzić do zbrodni. Inni są mniej dokładni, wolą wspominać o tym, że za sprawą Holocaustu ludzkość zyskała nowe jakościowo doświadczenie.

Cóż, takie stawianie sprawy rodzi same kłopoty. Pierwsze i najprostsze pytanie brzmi: kto objawił się za pośrednictwem Holocaustu? Nic nie wskazuje tu na Boga. W jakim to niby sensie Bóg, osoba dobra, miłosierna i kochająca, miałby objawić się za pośrednictwem zbrodni na tak masową skalę? Co gorsza, mówiąc tyle o parareligijnym doświadczeniu Zagłady, nie sposób uniknąć pewnej wyjątkowo niesympatycznej konsekwencji: wyszłoby na to, że specjalnym narzędziem Boga był Hitler i jego siepacze. Tak, to, co często ginie w chmurze metafor, we mgle głośnych potępień i niezbyt jasnych, eufemistycznie mówiąc, rozumowań, to wyjątkowo niewygodny wniosek, że jeśli faktycznie Holocaust oznaczał duchowy przełom w dziejach ludzkości, to... miał on twarz Adolfa Hitlera. Tylko z perspektywy sprawców Żydzi byli wyróżnioną ofiarą ze względu na to, że przenosili przez krew zło. Krótko: kto twierdzi, że Holocaust jakościowo różnił się od innych zbrodni ludzkości, zrywa międzyludzką, powszechną solidarność ofiar, podważa uniwersalne prawo moralne zakazujące zabijać niewinnych i niebezpiecznie zbliża się do przyjęcia punktu widzenia nazistowskich oprawców. Tylko w ich oczach Żydzi nie byli pełnowartościowymi ludźmi, tylko w ich chorych umysłach, czy to opanowanych przez ideologię rasy, czy zdegenerowanych cynizmem, należało zabijać wszystkich Żydów. Jednak potem z równą zapewne konsekwencją mordowaliby tak samo pozostałe nacje. Wbrew temu, co sugeruje tylu badaczy, ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej nie oznaczałoby dla nazistów osiągnięcia pokoju, ale byłoby, jak wskazują dokumenty, pierwszym krokiem do rozpętania następnej ludobójczej jatki. Jeszcze w marcu 1941 roku Hans Frank zapewniał, że Generalne Gubernatorstwo nie tylko zostanie uwolnione od Żydów, ale - jak pisze Martin Winstone - obszar ten miał "utracić charakterystyczny wygląd polskiego stylu życia, który nadal tu przeważa; gdyż razem z Żydami opuszczą to terytorium także Polacy". Frank stwierdził, że "tam, gdzie teraz żyje 12 milionów Polaków, zamieszka kiedyś od 4 do 5 milionów Niemców", a Generalne Gubernatorstwo miało stać się "tak samo niemieckim krajem jak Nadrenia".

Proces dehumanizacji, a następnie eliminacji dużych grup ludzi ze względu na jakąś zewnętrzną cechę - pochodzenie etniczne, pozycję społeczną, wreszcie miejsce zamieszkania - nie jest, niestety, zjawiskiem, które narodziło się wraz z Holocaustem. Jak trafnie wykazał Reynald Secher, pierwszy zapewne akt ludobójstwa popełniony na masową skalę w epoce nowożytnej miał miejsce w Wandei w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Tam po raz pierwszy zdecydowano, że należy wyeliminować całą uznaną przez rewolucjonistów za wrogą ludność, że masowe mordowanie kobiet, dzieci, starców i mężczyzn jest neutralne moralnie. Pierwszy raz wiara w naukowo przygotowany i opracowany projekt przyszłości - społeczeństwo bez hierarchii, arystokracji, bez lojalności wobec króla - pozwoliła "piekielnym kolumnom" mordować na nigdy przedtem niespotykane skalę i sposób: metodycznie, krok po kroku, bez wyjątków i uczucia litości. Umysł oświecony, można by wręcz powiedzieć, przebudził się do życia w czasie rewolucji. Jego pycha przerastała wszystko: pierwszy raz bowiem człowiek zyskał przeświadczenie, że z koniecznością i bezwzględnością jest w stanie przygotować i wprowadzić w życie projekt społeczny; masowe mordowanie przestało być efektem żądzy, wyrazem skrywanych popędów, nie było odreagowaniem i nie wynikało z dzikich instynktów, żądzy chwały czy dążenia do pognębienia przeciwnika: stało się racjonalną, pewną, naukowo uzasadnioną procedurą eliminacji elementów nieprzystających do racjonalnego, czyli koniecznego projektu. Rozum pyszny, który nie mógł się pogodzić ze swoimi ograniczeniami, z pochodzącym od Boga wiecznym, niezmiennym prawem, krępującym jego działanie, wyzwolił się, wyemancypował, sam sobie zaczął nadawać prawo.

Od tej pory przemoc już nie służyła tylko instynktowi, przekształciła się w procedurę, w metodę, w instrument realizacji projektu przyszłości, a morderca, także ten, który podejmował decyzję o eksterminacji setek, tysięcy, wreszcie milionów ludzi, zyskał pewność, że realizuje plan racjonalny. Czy to była jego wina, że dla arystokratów, wrogów ludu, burżujów, elementów klasowo obcych natura nie przewidziała miejsca? Dokładnie taki mechanizm napędzał późniejsze masowe zbrodnie bolszewików i nazistów. Jednym i drugim wydawało się, że są panami przyszłości, że posiedli wiedzę absolutną, że odkryli prawdziwą przyczynę zmian społecznych. Naziści byli przekonani, że kluczowym czynnikiem wyznaczającym miejsce danego społeczeństwa czy narodu jest rasa; to, co dziś uważamy, słusznie, za pseudonaukowe dywagacje, przyjmowane było z fanatyczną wręcz wiarą. Ale to samo poczucie panowania nad przyszłością i ta sama pewność, że przemoc jest właściwym narzędziem inżynierii społecznej, towarzyszyły od początku bolszewikom.

Jedni i drudzy byli w tym sensie dziedzicami Wielkiej Rewolucji Francuskiej, dla jednych i drugich terror stał się pożytecznym instrumentem kształtowania właściwego przyszłego społeczeństwa. Jedni wierzyli, że służy on eliminowaniu czynników pogarszających rasę, drudzy byli przekonani, że właściwie zastosowany, pozwoli pozbyć się niewłaściwych klas. Niemniej jedni i drudzy, powtórzę, podążali za tym samym wzorcem. Mieli w swoim mniemaniu naukową pewność, że odkryli prawo rządzące przyszłością; byli przekonani, że mają wiedzę konieczną i nie do podważenia, wydawało się im też, że poszczególna ludzka osoba nie ma jako jednostka żadnej wartości wsobnej, niepowtarzalnej. Ludzie przestali być w ich oczach osobami, bytami obdarzonymi nieśmiertelną, racjonalną duszą, ale stali się swoistą masą człowieczą, nawozem zapewniającym rozwój klas czy też narodów. Uważali, że mają pełną władzę nad ową masą, że mogą ją kształtować zgodnie z odkrytymi zasadami nauki, ze zdobytą przez siebie wiedzą. Nie dopuszczali myśli, że cokolwiek może się wymknąć koniecznym prawom nauki o społeczeństwie. Dążyli do władzy totalnej, której nic by się nie mogło oprzeć. W oczywisty sposób musieli też zanegować, jedni i drudzy, wszelką autonomiczną godność osoby. Dlatego naziści od początku prowadzili program eutanazyjny, eliminując "życie niewarte życia", rozbudowywali kolejne programy higieny rasowej, usuwali i zabijali tych, których istnienie uważali za niepożądane. Dokładnie tak samo, tyle że wcześniej, na większą skalę i jeszcze bardziej krwawo działali bolszewicy.

Nie wiadomo zatem, w jaki sposób można przyjąć twierdzenie, że Holocaust, masowe mordowanie Żydów, odsłonił jakiś nowy wymiar boskości, pokazał nieznaną twarz Boga. Dlatego wielu wyznawców holocaustianizmu woli mówić o skrajnym doświadczeniu zła, jakie stało się udziałem ludzkości. Wszakże, powtarzam, czym różni się to doświadczenie od innych? Czy śmierć ofiar Hitlera była gorsza niż śmierć w gułagu albo przez rozstrzelanie, albo uduszenie, albo zagłodzenie? Nie da się na to pytanie dobrze odpowiedzieć. Bóg po Auschwitz jest taki sam jak przed Auschwitz, podobnie jak człowiek. Jedyna sensowna nauka, jaka płynie z doświadczenia Holocaustu, polega na tym, że postęp technologiczny i racjonalizacja różnych sfer życia nie czynią człowieka lepszym, przeciwnie, jeszcze łatwiej niż wcześniej przychodzi mu dehumanizować innych, umieszczać ich w kategorii nieludzi, a następnie zabijać.

Kto chce zrozumieć, na czym miałaby polegać teologia holocaustiańska, popada w niedające się przezwyciężyć tarapaty. Wszelka mowa o nowym objawieniu okazuje się niebezpiecznie bliska bluźnierstwa - czym innym miałaby być wizja Hitlera w roli proroka, który odsłonił nowy plan Boga? Jeśli zaś nie można mówić o objawieniu, Holocaust niebezpiecznie łatwo się instrumentalizuje. W ręku liberalnych teologów staje się poręczną maczugą do okładania po głowach hierarchów i biskupów. Baum wprost pisze, że Holocaust... dowodzi konieczności relatywizmu. W podobnym kierunku zmierzają autorzy ostatniego watykańskiego dokumentu, dla których doświadczenie Shoah powinno zmienić stare, wąskie i dogmatyczne rozumienie religii. Podstawowy problem polega na tym, że takie rozumowania wydają się wyjątkowo moralnie wątpliwe. Do licha, czy ktokolwiek z tych milionów zamordowanych chciał oddać życie za relatywizm? Czy ktokolwiek z nich myślał, że dzięki swojej śmierci przyczyni się do rezygnacji katolicyzmu z wiary w dogmaty? W żadnej mierze.

Znany żydowski intelektualista Norman Finkelstein sądzi z kolei, że sakralizacja Holocaustu to narzędzie służące do wzbogacenia się pewnych środowisk żydowskich. Jego zdaniem wywoływanie poczucia winy, któremu towarzyszą ciągłe roszczenia finansowe, jest swoistą formą szantażu. Rzeczywiście, trudno nie zauważyć związku między kolejnymi falami roszczeń a oskarżeniami o obojętność, brak pomocy, wręcz współudział w zbrodniach. Zapewne są i takie motywacje. Jednak twierdzenie, że chodzi tu wyłącznie o cyniczną próbę wymuszania na innych pieniędzy pod pretekstem rozliczenia z przeszłością, to zbyt prosty zarzut. Czasem można też spotkać się z opinią, że pamięć o Holocauście jako wydarzeniu jedynym i nacisk na powszechność współudziału w nim są próbą uratowania żydowskiej tożsamości. Wraz z rozpadem tradycyjnych więzi religijnych Żydom grozi coraz szybsza i łatwiejsza asymilacja. Quasireligia Holocaustu byłaby świecką formą podtrzymania poczucia wyjątkowości i jedyności narodu żydowskiego.

Wszystkie te wytłumaczenia mogą być częściowo słuszne. Być może jednak, sądzę, niemniej istotnym motywem kierującym działaniem niektórych środowisk żydowskich jest swoista chęć odegrania się, może wręcz zemsty na chrześcijaństwie. Inaczej trudno by było wytłumaczyć dwa charakterystyczne przekonania, typowe dla większości uczestników dyskursu. Zgodnie z pierwszym przyjmuje się, wbrew wszelkim racjonalnym podstawom, że źródłem Holocaustu był katolicyzm, szerzej - chrześcijaństwo. Skąd wzięłoby się to przeświadczenie, jeśli nie właśnie z uprzedzenia i stereotypu? Jak wytłumaczyć to coraz powszechniejsze przekonanie, że niemieckie zbrodnie były w większym czy mniejszym stopniu tolerowane czy wręcz aprobowane przez Kościół?

Po drugie zaś sądzi się, że ideologia Hitlera i jego zbrodnie były nie tyle zerwaniem, wypaczeniem, zaprzeczeniem, ile przeciwnie, dopełnieniem i ukoronowaniem kultury europejskiej. W tym sensie Hitler byłby doskonałym Europejczykiem, a jego zbrodnie można by było śmiało przypisać wszystkim Europejczykom.

 

Od razu musi się rzucać w oczy niedorzeczność takich twierdzeń: przecież do Holocaustu doszło w czasie, kiedy rola Kościoła i jego wpływ na rzeczywistość były bardziej ograniczone niż w odległej przeszłości. Mimo wszelkich wysiłków niektórych co bardziej zaangażowanych w dialog historyków nie sposób dowieść, że w czasie, kiedy Kościół faktycznie decydował o polityce państwowej, w okresie choćby średniowiecza, spotykały Żydów represje porównywalne z tymi, jakie spadły na nich w XX wieku. Również po wojnie to nie Kościół i nie katolicy stanowili jakiekolwiek realne niebezpieczeństwo dla odradzającego się świata żydowskiego. A jednak sama liczba książek poświęconych rzekomym winom Kościoła wobec Żydów mówi za siebie. Dlaczego, można by zapytać, im słabsza realna władza Kościoła nad duszami i świadomością ludzi Zachodu, tym znajduje się on pod coraz cięższym pręgierzem? Znowu trudno się pozbyć wrażenia, że jest to swoiste przedłużenie wiekowego konfliktu judaizmu i chrześcijaństwa, tyle tylko że dziś chętnych do obrony tego drugiego brak.

Pamiętam, jak przygnębiające wrażenie zrobił na mnie Plac Świętego Piotra w sierpniu 2015 roku. Otóż kiedy stanąłem na wprost bazyliki, dostrzegłem z daleka wielki plakat - jedyny zawieszony na gigantycznym ramieniu kolumnady Berniniego - na którym widoczne było zdjęcie papieża Jana Pawła II i byłego naczelnego rabina Rzymu Elia Toaffa, nawzajem sobie błogosławiących. Plakat zapowiadał wystawę poświęconą zmianie podejścia Kościoła do judaizmu. Wniosek, jaki każdy postronny obserwator mógł wyciągnąć z tego, co zobaczył, był oczywisty: oto w najświętszym miejscu chrześcijaństwa, na placu, gdzie od setek lat pielgrzymowali wierni, przekonani, że zbliżają się do grobu księcia apostołów, ich oczom odsłaniał się widok świadczący o tym, że błogosławieństwa papieża i rabina mają taką samą wartość. Poszedłem następnie zwiedzić wystawę. Jak można było się spodziewać, pokazywała ona zmiany, które nastąpiły w Kościele jako efekt przezwyciężenia poprzedniej, antyżydowskiej, nienawistnej doktryny. Dziwnie musiał poczuć się tam wierzący katolik. Oto wprawdzie spotykał się z pochwałami Jana Pawła II, te jednak okupione były niebagatelną ceną, bo wyrzeczeniem się całej epoki, która go poprzedziła. Wszystko to można było zobaczyć sto metrów od wejścia do bazyliki!

Polskie przekleństwo

Jeśli naszkicowany przeze mnie obraz jest choćby w części prawdziwy, a obawiam się, że jest, rzucać to powinno całkiem nowe światło na tak często występujące napięcie w stosunkach polsko-żydowskich. Polacy znaleźli się w wyjątkowo trudnym położeniu. Po pierwsze, musi ich dotykać powszechne dążenie do obwiniania chrześcijaństwa. Polskość i katolicyzm są tak mocno związane, tak sobie bliskie, tak głęboko wzajemnie spokrewnione, że nie sposób wręcz wyobrazić sobie, co miałoby się stać z polskością, gdyby się okazało, że duchowa podstawa, źródło życia, korzeń, na którym państwo i naród przez lata i wieki się opierały, był wewnętrznie zepsuty i chory. Postawienie chrześcijaństwa w stan oskarżenia, uznanie, że w samym swym źródle było skażone i pełne nienawiści, musi się odbić na wartości polskiego idiomu. Uderzając w Kościół i jego moralny autorytet, podcina się korzeń, z którego wyrosła polska kultura, specyficzna polska cywilizacja.

Po drugie zaś, Polakom najtrudniej dostosować się do nowego, holocaustiańskiego paradygmatu. Zbyt boli ich wciąż pamięć własnych zmarłych. Zbyt żywa jest pamięć rodzinna i społeczna o polskich ofiarach. W innych państwach Zachodu pamięć o Holocauście szybko i łatwo, przynajmniej od lat 60. i 70., wyparła wspomnienia o zabitych członkach własnych narodów. W oczywisty sposób skala cierpienia żydowskiego była nieporównywalnie większa niż Holendrów, Francuzów czy Amerykanów. Jednak w wypadku Polaków proporcje były już inne. Gdyby Polacy mieli zaakceptować przekaz powszechnie obecny w USA, wyszłoby na to, że godzą się z opinią, iż śmierć setek tysięcy, milionów ich rodaków była w jakimś stopniu gorsza i mniej wartościowa niż śmierć żydowska.

Jak zachować pamięć o polskich ofiarach, jak uchronić ją przed przyporządkowaniem do uniwersalnej opowieści o Holocauście? Jest to tym trudniejsze, że brak dla niej miejsca tak w kulturze masowej, filmowej, popularnej, jak też, co mogłoby szokować, w pamięci Kościoła. Aż trudno w to uwierzyć, ale faktycznie: chociaż Polska jest od wieków wierna Rzymowi i choć żaden inny naród katolicki nie poniósł w ostatniej wojnie takich strat jak Polacy, można odnieść wrażenie, że dla Watykanu jedynym istotnym problemem wynikającym z wojny był Shoah. Do licha, a dlaczego nie powstały dokumenty kościelne zajmujące się morderstwami Niemców na Polakach? Dlaczego w ramach czyszczenia sumień i pamięci niemieccy katolicy zajmują się Shoah i teshuwą, i czym kto chce, a nie błagają o wybaczenie Polaków? Daleki jestem od żądzy zemsty lub urazy, jednak nie mogę zrozumieć, dlaczego watykańscy dialogiści nie poświęcili polskiej martyrologii dziesięciu procent tej uwagi, jaką kierują na pogodzenie się z Żydami? Może dlatego, że mordowanie katolików wydaje się im mniejszym skandalem niż mordowanie Żydów?

Warto zadać sobie takie pytania. Już samo ich postawienie pokazuje swoisty tragizm sytuacji. Jeśli dla cierpień Polaków nie ma miejsca, jeśli są one tylko częścią innej opowieści, jeśli zostaną jedynie przyporządkowane do zbrodni na Żydach, to, prawdę powiedziawszy, wkrótce okażą się niepotrzebne i zbyteczne. Wiem, z różnych powodów pamięć o nich jest wyjątkowo niewygodna. Sam fakt cierpienia polskiego na tak wielką skalę stanowić mógłby najlepszy dowód absurdalności quasireligii Holocaustu: Niemcy mogli mordować setki tysięcy niewinnych ludzi, mogli przeznaczyć na śmierć miliony nawet, jeśli ci ludzie nie byli Żydami. Używając języka holocaustiańskiego, można by powiedzieć, że w wypadku Polski to chrześcijanie chrześcijanom zgotowali tragiczny los; żeby wymordować miliony, nie trzeba było ani rzekomo starożytnych źródeł, ani dziedzictwa nienawiści z czasów średniowiecza, ani opowieści o tym, że Polacy zabili Jezusa - nie, ginęli w obozach i kazamatach, bo tak postanowił wódz Trzeciej Rzeszy. Używam w stosunku do sprawców określenia "chrześcijanie" wyłącznie na użytek dyskusji, pokazując absurd takiego rozumowania. Niemieccy naziści nie mieli nic wspólnego z chrześcijaństwem. Jednak polskie ofiary są niewygodne w dyskursie holocaustiańskim jeszcze z jednego powodu: nawet jeśli ogólna liczba polskich ofiar była mniejsza niż żydowskich, w pewnych okresach i w pewnych miejscach ją przerastała. Co więcej, o ile sprawcami zbrodni na Żydach byli niemieccy naziści i ich pomagierzy, o tyle Polacy ginęli z rąk przedstawicieli obu totalitarnych reżimów.

Istnienie niezależnych od żydowskich polskich ofiar, setek tysięcy chrześcijan zamordowanych za to, że byli Polakami, nie pasuje do czarno-białej opowieści, w której występują ofiary (Żydzi), malutka grupka sprawiedliwych (garstka chrześcijan) i oprawcy oraz ich siepacze (Niemcy i cała reszta chrześcijan). Dlatego coraz częściej zdarza się, że o polskich cierpieniach się nie wspomina albo kieruje się uwagę na tę grupę kolaborantów i zdrajców, którzy współpracowali z Niemcami. Wszyscy mają krew na rękach, wszyscy muszą mieć krew na rękach.

W stanie niemal czystym ten sposób rozumowania zaprezentował w styczniu 2016 roku Joël Mergui, przewodniczący Centralnego Konsystorza Izraelskiego we Francji, jednej z najbardziej wpływowych organizacji żydowskich nad Sekwaną. Występując w debacie telewizyjnej, najpierw ogłosił, że "Żydzi nigdy nikogo nie skrzywdzili w imię Boga i wiary" (czyli są ofiarą bez skazy), a następnie dodał: "Teraz chciałbym [...] przypomnieć, że Żydzi przeszli przez historię, doznając różnego rodzaju nienawiści, różnego rodzaju masakr. I że w imię judaizmu wspólnota żydowska nigdy nie powstała, ani żeby zniszczyć Hiszpanię, która ich wypędziła, ani Polskę, która ich zagazowała" (czyli dzieje świata to dzieje prześladowań i mordów Żydów). Przypisanie Polsce gazowania Żydów może wydać się lapsusem, chociaż późniejsze, wymuszone przez polską ambasadę, wypowiedziane półgębkiem przeprosiny pana Mergui sugerują coś innego. Obawiam się, że jego słowa są raczej znakiem, w którą stronę będzie dalej zmierzał dialog - jak powiedziałem, pomniejszanie lub wręcz pomijanie polskich ofiar oraz przypisywanie Polakom morderstw na Żydach jest koniecznym skutkiem holocaustianizmu.

Nie wszyscy są równie radykalni. W debacie polsko-żydowskiej dominują głosy tych, którzy wolą mówić o polskim współsprawstwie, polskiej współodpowiedzialności, wreszcie o bierności. Z tego punktu widzenia niezwykle ciekawe było stanowisko, jakie przy okazji wspomnianej już awantury wywołanej słowami Jamesa Comeya zajął rzecznik Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie Andrew Hollinger. Napisał on, że "kiedy Niemcy zabijali Żydów, korzystali z polskich instytucji, takich jak polska policja i pracownicy kolei. Pracownicy tych instytucji pomagali w pilnowaniu i transportowaniu Żydów do obozów śmierci". Można tu zatem mówić co najmniej o pośrednim sprawstwie polskim. Jest to wypowiedź z wielu powodów szokująca. Po pierwsze dlatego, że jak każdy doskonale wie, w czasie wojny nie było żadnych niezależnych polskich instytucji, polska policja czy polska kolej były ściśle podporządkowane niemieckim władzom okupacyjnym. Z równym powodzeniem, idąc tropem rozumowania rzecznika Hollingera, można byłoby zbudować inne zdanie i dowodzić, że "zabijając Żydów, Niemcy korzystali z żydowskich instytucji, jak policja żydowska czy Judenraty. Pracownicy tych instytucji pomagali w pilnowaniu i transportowaniu Żydów do obozów śmierci". Jednak nie o prawdę historyczną chodziło rzecznikowi Muzeum Holocaustu, ale o oskarżenie. Dlatego, zgodnie z powszechnie przyjętym kanonem działania, w stosunku do Polaków - znanych głównie z twórczości Jana Tomasza Grossa - pojawia się katalog kolejnych zarzutów. "Polacy często pomagali w identyfikacji Żydów, denuncjacji i ściganiu tych, którzy się ukrywali, często korzystając z szantażu, oraz aktywnie uczestniczyli w plądrowaniu żydowskich majątków". Oczywiście słowo "często" nie jest przypadkowe, podobnie jak twierdzenie, że w "małych miasteczkach na wschodzie Polski [...] mieszkańcy samodzielnie przeprowadzali albo brali udział w pogromach i mordowaniu żydowskich sąsiadów". Nie muszę chyba dodawać, że szczególne znaczenie ma tu słowo "samodzielnie". Obraz, jaki naszkicował rzecznik Muzeum Holocaustu, jest wyraźny. Polacy byli współsprawcami zbrodni: polska policja i polska kolej zaangażowały się w dowożenie Żydów do obozów śmierci, Polacy zajmowali się na potęgę denuncjowaniem, a kiedy tylko mieli okazję, samodzielnie mordowali Żydów. Wprawdzie zdarzali się Polacy ratujący Żydów, ale były to jednostkowe przykłady.

Większość tych ocen i opinii, które wygłaszają różnej maści znawcy, ale także zawodowi historycy, robi naprawdę dziwaczne wrażenie. Z jednej strony nie negują wprost skali niemieckiego terroru skierowanego wobec Polaków, z drugiej zaś nie zauważają jego wpływu na zachowanie ludności. To tak, jakby jakiś historyk uparł się, by napisać książkę o działalności żydowskiej policji w gettach i zapomniał pokazać kontekst jej działania. Pisałby dużo o lepszych warunkach życia, wyższych racjach żywnościowych, większej swobodzie, ba, nawet możliwości rabowania, ale pominąłby banalny dość fakt, że zgłaszając się do służby, zapewniano sobie, do pewnego momentu, przeżycie. Nie wolno dyskutować o stosunku Polaków do Żydów bez uwzględnienia brutalnej, ludobójczej polityki niemieckiej wobec Polaków. Dopiero wtedy można próbować oceniać skalę pomocy niesionej Żydom.

Trudno mi uwierzyć, że powodem tej swoistej ślepoty może być coś innego niż poprawność polityczna. Schemat jest zawsze taki sam: Polacy pomagali, owszem, ale za mało i nie dość skutecznie. Zapewne. Tylko że ci, którzy wypowiadają takie oceny, abstrahują od kontekstu i od śmiertelnego zagrożenia, jakie dotykało samych Polaków. Nie zauważają powszechności terroru nazistowskiego i determinacji Niemców. Domagają się poza tym od ludzi trzebionych, mordowanych, żyjących w poczuciu poniżenia i strachu niesienia pomocy innym, i to jeszcze w sytuacji, kiedy taki akt dodatkowo narażał na śmierć. To tak, jakby uznawać, że właściwą miarą postępowania jest nadludzki heroizm, a tych, którzy do niego nie dorastali, uznawać za łajdaków. Można i tak. Tylko że nikt nigdy wcześniej nie dokonywał w taki sposób ocen historycznych. W książkach na temat Holocaustu zaś jest to praktyka powszechna.

Po pierwsze, opisują one często sytuację pod okupacją niemiecką tak, jakby istniały dwa osobne, równoległe światy, rządzące się dwoma niezależnymi systemami reguł - świat żydowski i świat gojów. W tym pierwszym wszyscy mordowali Żydów, w tym drugim żyło się być może w niedostatku, ale bezpiecznie i spokojnie. Zamiast pokazywać jeden świat pobitych i prześladowanych, w stosunku do których niemieckie władze nazistowskie stosowały w różnych okresach w różnym stopniu metody represji, prześladowań, selekcji i ludobójstwa, niektórzy autorzy tworzą obraz absurdalny i nierealny, w którym to wszyscy byli przeciw Żydom. Przyjmują zatem perspektywę żydowskich męczenników jako jedyną i nie chcą widzieć odczuć innych ofiar. Nie zauważają też zmian natężenia i różnic w wyborze celów terroru, co wynikało z dynamiki wojny. "Gdyby wojna Niemiec z ZSRR potoczyła się zgodnie z jego [Hitlera] planem, pierwszej zimy zagłodzono by trzydzieści milionów cywilów, a w późniejszym okresie wygnano by, zabito, zasymilowano lub uczyniono niewolnikami kolejne dziesiątki milionów" - pisał trafnie w Skrwawionych ziemiach Timothy Snyder. W rezultacie zogniskowanie przemocy na Żydach od połowy 1941 roku było efektem niekorzystnego dla Niemiec obrotu na froncie wschodnim. W swojej drugiej książce, Czarna ziemia, autor również wykazuje się wiedzą o faktach. "Einsatzgruppen skierowane w 1939 roku do Polski zabiły znacznie więcej Polaków niż Żydów". Mało tego - zauważa, pokazując grozę wojny, że do stycznia 1942 roku "Niemcy zagłodzili więcej obywateli sowieckich niebędących Żydami, niż zastrzelili Żydów". Dalej opisuje skalę niemieckiego terroru, masowe morderstwa, akcję AB, plan głodowy, warunki życia pod okupacją. Kiedy jednak dochodzi do wniosków, zdaje się zapominać o faktach, które wcześniej przedstawił. Tak jakby nie zauważył, że wieloletnia okupacja, rozpad państwa, zniszczenie warstw przywódczych, powszechna praktyka wywożenia do Niemiec i zaciekła propaganda musiały podkopać i nadwątlić zwykłe reguły życia społecznego i moralność publiczną. Pisze, że w poszczególnych dystryktach Generalnej Guberni stracono więcej ludzi za pomoc Żydom niż w całej Europie Zachodniej, po to, by stwierdzić, że "Polacy nie wyróżniali się pod względem pomocy Żydom". Doprawdy aż ciśnie się na usta pytanie, na jakiej podstawie mógł przeprowadzić takie rozumowanie. Przecież skala terroru w Polsce i w Europie Zachodniej była absolutnie nieporównywalna! I nie tylko dlatego, że w Polsce groziła za pomoc Żydom śmierć, ale dlatego, że sam byt i przetrwanie Polaków, inaczej niż Holendrów, Francuzów, Belgów czy Norwegów, były zagrożone. Nie wolno porównywać stosunku do Żydów w różnych krajach, abstrahując od polityki okupacyjnej wobec danych narodów - i wydaje się, że to dość oczywiste oczekiwanie. A jednak właśnie o tym Snyder w drugiej książce całkiem zapomniał. Niezależnie od woli autora, z samych podanych przez niego faktów wynika, że nie da się utrzymać kolejnego dogmatu holocaustianizmu, zgodnie z którym wojna Niemiec była to wojna od początku i jedynie przeciw Żydom.

Wypaczony obraz okupacji tworzony jest czasem za pomocą dość osobliwych środków, zgodnie z zasadą, która pozwala z góry uznawać wspomnienia żydowskie za bardziej wiarygodne i autentyczne niż zeznania, zapiski, wspomnienia nie-Żydów. Badacze posługują się również dwoma różnymi kryteriami moralności: w ten sposób z góry już rozgrzeszają i usprawiedliwiają zachowania Żydów, jak choćby szeroki zakres kolaboracji, donosicielstwo, współpracę z Niemcami, traktując podobne zachowania innych grup ludności podbitej, właśnie Polaków, jako szczególnie naganne i godne napiętnowania. Często podobne postawy są oceniane skrajnie różnie. Wielokrotnie zastanawiano się, dlaczego Żydzi się nie buntowali i nie podejmowali walki z Niemcami, i to nawet w sytuacjach, kiedy wydawało się to możliwe. Zdarzały się przypadki, kiedy to jeden, dwóch esesmanów pilnowało setek młodych mężczyzn albo też dokonywało ich egzekucji. Nie wywoływało to żadnego buntu, żadnej próby zabicia oprawców i ucieczki. Winstone przytacza opowieść Calka Perechodnika, wspominającego, jak grupa uciekinierów z getta natknęła się na niemieckiego żandarma: "Ten kazał im się położyć na ziemi i zaczął ich po kolei rozstrzeliwać. Kiedy skończyły mu się naboje, posłał polskiego chłopca na pobliski posterunek policji, żeby przyniósł mu więcej amunicji. Tymczasem żandarm usiadł i czekał". Takie przypadki się zdarzały. Jak je tłumaczyć? Emanuel Ringelblum pisał o szoku psychicznym i poczuciu beznadziejności: "gnani głodem, rozpaczą, beznadziejnością swej sytuacji, nie mieli sił walczyć dłużej". Brytyjski badacz wskazuje, cytując Ringelbluma, na jeszcze jeden istotny motyw: "strach, aby za każdy akt oporu nie musiało ponieść kary całe społeczeństwo".

Wszechogarniający strach, stosowanie zasady odpowiedzialności zbiorowej, obezwładniający terror robiły swoje. Z jednej strony powodowały poczucie rezygnacji i dostosowania się, z drugiej wściekłą żądzę przetrwania. Wielu kierowało się prostą zasadą: byle tylko przeżyć jeszcze jeden dzień, niezależnie od wszystkiego, a potem się zobaczy. Każdy środek był dobry, dlatego Perechodnik pogodził się z doprowadzeniem do transportu śmierci własnej żony. Niemcy doskonale też wykorzystywali pozornie racjonalną kalkulację tych Żydów, którzy sądzili, że deportacje dotyczyły tylko części danej wspólnoty. Podobny strach pętał Polaków. Do połowy 1941 roku większość nie uważała się za mniej prześladowaną niż Żydzi, tym bardziej że tych ostatnich nie dotykały łapanki i nie groziła im nagła wywózka do Rzeszy. Pogorszenie losu Żydów i wdrożenie "ostatecznego rozwiązania" zbiegło się z nasileniem radykalnego terroru wobec Polaków na skalę jeszcze większą niż w pierwszej fazie wojny. Przykład Żydów działał też odstraszająco. Wszystko to razem ograniczało skłonność do niesienia pomocy Żydom. Jednak większość badaczy twierdzi, że wsparcie dla skazanych na śmierć Żydów było czymś łatwym, zwykłym, a jeśli go brakowało, to z powodów antysemickich uprzedzeń. W książkach Grossa wprost opisuje się polską ludność niewiele lepiej, a może niekiedy tak samo, jak robili to naziści po podboju: jest to społeczność tępa, ograniczona, pozbawiona wyższych pobudek i idei, przesiąknięta żądzą mordu i chciwością, ciemna, głupia tłuszcza, motłoch, który należy trzymać twardą ręką, bo inaczej zerwie się z łańcucha i zacznie zabijać. Ta polska tłuszcza ponosi odpowiedzialność za śmierć Żydów. W jednym z wywiadów Gross wprost powiedział, że "odpowiedzialność Polaków za Holocaust polega na przyzwoleniu społecznym na tę zbrodnię, uznaniu jej za rzecz pozytywną, a w licznych przypadkach współuczestniczeniu w niej i odnoszeniu z tego korzyści materialnej". Ta dość obrzydliwa metoda dochodzenia do wniosków ma jedynie pozory naukowości czy racjonalności, jest formą szerzenia quasireligii Holocaustu, z jej naczelnym dogmatem głoszącym rzekomą powszechność udziału gojów w zbrodni.

Kolejną cechą charakterystyczną tego nowego podejścia do historii jest lekceważenie lub wręcz przechodzenie do porządku dziennego nad cierpieniem ofiar innych niż żydowskie. Znowu swoistym wzorcem takiego postępowania są słowa polskiej autorki Bożeny Keff. W książce Antysemityzm pisze: ""Antypolonizm" nie spowodował niczyjej śmierci, pogromu, wygnania, wykluczenia ani dyskryminacji i zestawianie go z antysemityzmem służy złej sprawie". Doprawdy aż trudno uwierzyć, że podobnym poziomem ślepoty wykazują się ludzie wykształceni, w swoim mniemaniu oddani sprawie obrony wartości humanistycznych.

Niestety, takie sądy mogą być podyktowane w najlepszym razie ignorancją, w gorszym - uprzedzeniem rasowym wobec Polaków. Z czego brały się właśnie brutalność, bezwzględność i okrucieństwo Niemców wobec Polaków, jeśli nie z zakorzenionego od lat "antypolonizmu"? Jak tłumaczyć ową pogardę do polskich podludzi i skłonność do stosowania wobec nich metod terroru nieznanych w innych krajach okupowanej Europy, jak nie "antypolonizmem"?

Podobnie nie jest przypadkiem, że pierwsza wielka czystka etniczna urządzona w Sowietach przez Stalina dotknęła Polaków. Sto kilkadziesiąt, może nawet dwieście tysięcy zabitych w latach 1937-1938 w ramach skierowanej przeciwko polskiej ludności operacji NKWD to zdaniem badaczki dziejów Holocaustu żadna śmierć. Tak samo, rozumiem, nie było przejawem "antypolonizmu" bolszewików to, jak wyszukiwali ofiary: znajdywano je często, po prostu przeszukując spisy nazwisk w książce telefonicznej. Żeby umrzeć, wystarczyła polsko brzmiąca końcówka nazwiska.

Zabrakło potępienia?

Dużą część postholocaustiańskiej twórczości historycznej cechuje wrogi i napastliwy stosunek do polskiej tradycji katolickiej. To, z czego Polacy byli tak dumni, to, co pozwoliło im przetrwać okupację, skąd czerpali duchowe siły do oporu i do pomocy innym, również Żydom, ma zostać zohydzone i oczernione. Wystarczy, zdają się mówić autorzy tych dzieł, zmiana wektorów. To, co zostało przechowane w polskiej pamięci jako godne czci i wspaniałe - wzorzec chrześcijanina walczącego o niepodległość - ma zostać zdekonstruowane. Zgodnie z dogmatem holocaustianizmu - Hitler był jedynie owocem długiego rozwoju, wypełnieniem chrześcijańskiej tradycji - również Polaków trzeba pozbawić dumy z katolicyzmu. Kościół z duchowego patrona narodu, z ostoi i filaru przekształca się w symbol oportunizmu, słabości, tchórzostwa, niekiedy wręcz w krzewiciela nienawiści. I tak zdaniem profesor Phyllis Chesler przed drugą wojną światową księża katoliccy powszechnie propagowali "nienawistny szał do Żydów". Inny profesor, David Israel Kertzer, sugeruje, że "sprawnemu przebiegowi eksterminacji milionów Żydów" winny był "głęboki antysemityzm [polskiego] społeczeństwa katolickiego" (s. 16). Ta opinia jest niemal niepodważalnym dogmatem studiów holocaustiańskich. Dowodem owego zakorzenionego głęboko i bezdyskusyjnego nienawistnego antysemityzmu ma być to, że Kościół nie zdobył się na potępienie zbrodni niemieckich na Żydach. Jaki kler, taki naród, można by powiedzieć. Albo jaki naród, taki kler.

 

Oto w ostatniej swojej książce Czarna ziemia Timothy Snyder pisze, że hierarchia nie potępiła zbrodni na Żydach. "Dominujący w Polsce Kościół rzymskokatolicki nie wyraził sprzeciwu wobec masowego mordu na milionach Żydów, którzy przez wieki żyli wśród jego współwyznawców. Wówczas w jego doktrynie uznawano Żydów za zbiorowo odpowiedzialnych za śmierć Jezusa, a w katolickim nauczaniu dotyczącym czasów nowożytnych łączono zarazę komunizmu z judaizmem. W rezultacie ci rzymscy katolicy, którzy ratowali Żydów, musieli się kierować motywacją indywidualną - własną bądź pochodzącą od proboszczów. Tacy katolicy mieli też tendencję do wyrażania nieortodoksyjnych bądź wręcz heretyckich przekonań religijnych". Znowu - każdy, kto ma choćby najbardziej podstawową wiedzę na temat przebiegu wojny, wie, że zarzut jest wyssany z palca.

Polski Kościół należał w czasie wojny do najbardziej prześladowanych i niszczonych instytucji. Biskupi, księża, zakonnicy byli regularnie mordowani, wywożeni do obozów, usuwani z urzędów. Na terenach włączonych do Rzeszy Kościół utracił, pisał Richard C. Lukas, większą część swojej hierarchii i duchowieństwa. "Spośród sześciu biskupów w Warthegau [Kraju Warty] pozostał tylko jeden - biskup Walenty Dymek; pozostali, jak większość duchownych, trafili do więzień. Znaczący jest fakt, że tylko w Polsce Niemcy aresztowali dostojników kościelnych. W 1939 roku z Kraju Warty deportowano 80 procent księży. W roku 1941 w obozach koncentracyjnych znajdowało się 500 kapłanów z tego obszaru". Hekatomba polskiego duchowieństwa nie miała granic. "We Wrocławiu - przypomina Lukas - zginęło 49,2 procent księży, w Chełmnie - 47,8; w Łodzi - 36,8; w Poznaniu - 31,1. Spośród ogólnej liczby 10 017 księży diecezjalnych w Polsce zginęło 1811, w wyniku czego całe okręgi zostały pozbawione duszpasterzy. Liczący 200 tysięcy mieszkańców Poznań przed wojną miał 30 kościołów i 47 kaplic; podczas okupacji Polacy mieli dostęp jedynie do dwóch świątyń. Licząca 700 tysięcy mieszkańców Łódź miała tylko cztery czynne kościoły". Choć skala terroru przeciw księżom w Generalnej Guberni była mniejsza niż na terenach wcielonych bezpośrednio do Rzeszy, to również przekraczała wszelkie wyobrażenie: w samej diecezji warszawskiej zginęło 212 księży, w krakowskiej - 30, w kieleckiej - 13, we lwowskiej - 81, w wileńskiej - 92. Taka sama gehenna stała się udziałem sióstr zakonnych i zakonników. Pacyfikacja klasztorów, aresztowania, morderstwa były stałym elementem niemieckiej polityki okupacyjnej.

Nie sposób uwierzyć, żeby Snyder tego nie wiedział. W takich momentach doskonale widać, że mówi do nas nie historyk, ale ideolog, ściślej, wyznawca religii Holocaustu, który musi wykazać, że u źródeł dziejowej katastrofy tkwiło chrześcijaństwo. Stąd łatwość, z jaką może przechodzić do porządku dziennego nad rzeczywistością. Tak, to prawda, że Kościół katolicki nie potępił publicznie masowych morderstw na Żydach, podobnie jednak nie potępił masowych morderstw na Polakach i na własnych księżach! Zgodnie z logiką Snydera wynika z tego, że hierarchowie kościelni uznawali własnych wiernych za morderców Jezusa, a w wysyłanych do Auschwitz czy Dachau duchownych podejrzewali bolszewików. Tak samo fałszywe są jego uwagi na temat motywacji - byle poniżyć chrześcijaństwo, przypisuje ludziom ratującym Żydów jakiś rzekomy indywidualizm i niechęć do Kościoła. Wbrew wszelkim regułom prawdopodobieństwa, ba, wbrew wspomnieniom samych Polaków, którzy Żydów ratowali, twierdzi, że robili to głównie katolicy mający problemy z ortodoksją, bliscy herezji. Znany amerykański historyk tak bardzo chce pognębić Kościół, że po prostu, przykro to powiedzieć, opowiada dyrdymały.

Nie dysponuje żadnymi danymi, żadnymi badaniami na temat rzekomej skłonności do herezji wśród ratujących Żydów katolików, a jednak plecie te kompromitujące bzdury. Plecie, bo może. Bo wie, że to akurat zostanie przez jego środowisko przyjęte ze zrozumieniem, akceptacją i uznaniem. Nie przeszkadza mu to, że opisując w ten sposób Kościół i ratujących Żydów Polaków, zapomina, że wielu z nich uważało, że wypełniają podstawowy obowiązek miłości bliźniego. To samo dotyczyło wielu zakonników, sióstr zakonnych, księży, którzy ratowali ofiary Holocaustu. Teraz okazuje się, że robili to wbrew Kościołowi, a ten wybrał święty spokój i bezpieczeństwo, zamiast ogłaszać listy potępiające Hitlera, co oczywiście, zdaniem historyka, winien był zrobić. Marek Jan Chodakiewicz, polski historyk żyjący na co dzień w USA, trafnie wskazał w swojej krytycznej recenzji poświęconej Czarnej ziemi, że po pierwszej książce o "skrwawionych ziemiach" na Snydera spadła lawina krytyki ze strony różnych żydowskich autorów, bo rzekomo za bardzo zrównał los Żydów i reszty narodów Europy Środkowo-Wschodniej, pokazując ich cierpienia jako efekt zmagań Sowietów i nazistów. Snyder najwyraźniej teraz odrobił lekcję i próbuje się zrehabilitować, a cóż może być lepiej przyjęte niż oskarżenia przeciw Kościołowi? Dlatego gdzie indziej w tym samym duchu dowodzi, że "chrześcijanie, którzy okazali miłosierdzie Żydom takim jak Rufeisen, stanowili wyjątki wśród ogólnej katastrofy moralnej chrześcijaństwa w czasie Holocaustu". Znowu wyraźnie widać antychrześcijańskie uprzedzenie i stereotyp. Na czym mianowicie polegała "moralna katastrofa chrześcijaństwa w czasie Holocaustu"? Jak historyk, którego główną tezą jest twierdzenie, że śmiertelność Żydów w danym środowisku zależała nie od poziomu antysemityzmu wokół nich, ale od tego, czy byli chronieni przez jakąkolwiek formę państwowości, może jednocześnie snuć takie dywagacje? Przecież jeśli ma rację, a wiele na to wskazuje, to - innymi słowy - mówi, że szanse przeżycia Żydów zależały od tego, na ile bezpośrednio podlegali pod niemieckie władze okupacyjne. Tam, gdzie po prostu nic już ich nie chroniło i o ich losie decydowali wyłącznie Niemcy, nie mieli szansy przeżyć, tam zaś, gdzie Niemcy musieli się liczyć z jakąś, choćby ograniczoną i marionetkową formą autonomii państwowej, szanse na przetrwanie wzrastały. W oczywisty sposób Żydzi byli najsłabszą ofiarą, bo nie mieli za sobą własnego państwa, które mogłoby wziąć ich w obronę.

To nie chrześcijaństwo poniosło moralną katastrofę, ale totalitarne ideologie, a przynajmniej jedna z nich. W końcu, u licha, ktoś tę wojnę z Niemcami oprócz bolszewików wygrał? W końcu ci, którzy ją toczyli po stronie aliantów, jakąś wiarę wyznawali? Zaraz, zaraz, czyżby nie było to jednak chrześcijaństwo? Czy nie wierzyli, że to, co robią Niemcy, jest nieludzkie?

Absurdalny atak na Kościół nie jest niczym niezwykłym - brytyjski historyk Richard John Evans tak samo wcześniej twierdził, że polski Kościół katolicki nie zajął jasnego stanowiska wobec niemieckiej polityki mordowania Żydów, "jeśli już, to raczej działo się coś przeciwnego". Czyli najwyraźniej zdaniem Evansa Kościół raczej zachęcał do mordowania Żydów, niż temu przeciwdziałał. To samo utrzymywał też specjalista od ataków na polski Kościół Jan Tomasz Gross, według którego biskupi w ogóle się Żydami nie interesowali ani o nich nie troszczyli, a księża podżegali do zbrodni.

Ta logika - oficjalny brak potępienia Hitlera oznacza przyzwolenie na jego ludobójstwo - świadczy wyłącznie o ideologicznym zaczadzeniu niektórych historyków. Jak wiadomo, również oficjalni przedstawiciele Żydów w Polsce nie potępili formalnie polityki niemieckiej: czy to znaczy, że popierali ludobójstwo na własnym narodzie i na sobie? Trzeba całkiem zatracić zmysł rzeczywistości, mówię to naprawdę bardzo eufemistycznie, żeby opowiadać takie rzeczy.

Sądy tak oderwane od faktów i kontekstu po prostu kompromitują historyka. To mniej więcej tak, jakby ktoś zarzucił Rzymianom, że w czasie wojny z Hannibalem nie użyli odrzutowców. Albo - jeśli komuś podany przykład zdaje się nadto prostacki - to tak, jakby jakiś autor zarzucił Żydom, że w stosunku do Hitlera nie potrafili zachować się jak Hindusi prowadzeni przez Mahatmę Gandhiego wobec Brytyjczyków i wywalczyć sobie, stosując metodę non-violence, należnych im praw w Trzeciej Rzeszy. Gdyby ktoś wyraził taką opinię, słuchając go, popukalibyśmy się w głowę i uznali słusznie, że mamy przed sobą nie historyka, ale bajarza, dziecinnego i naiwnego pisarza.

Przypadek Snydera czy Evansa to jednak inne zjawisko, inna choroba. Nie o brak wiedzy tu chodzi, nawet nie o brak zdolności rozumienia związków przyczynowo-skutkowych. Raczej o uprzedzenia, o antychrześcijański uraz, o holocaustiański syndrom, który każe im doszukiwać się w chrześcijaństwie źródła choroby. Słusznie zauważył kiedyś István Deák, że "żadna inna kwestia w literaturze dotyczącej Holocaustu nie jest bardziej obciążona niezrozumieniem, oszustwem i czystym rasowym przesądem niż polsko-żydowskie relacje podczas drugiej wojny światowej"4. Tezy Snydera i pokrewnych mu badaczy są tego smutnym przykładem.

Kwestia odwagi

Tym, czego nie chcą przyjąć do wiadomości, albo raczej tym, co skrzętnie pomijają, jest nie tylko fakt trzebiącego Polaków terroru, ale też wyjątkowe uwarunkowania, jakie miała każda próba pomocy Żydom w Polsce. Inaczej niż na Zachodzie, polscy Żydzi w ogromnej większości byli niezasymilowani; to, co było ich siłą przed wojną - daleko posunięta autonomia i odrębność - stało się dodatkowym powodem zguby. Słusznie zauważył Richard Lukas, iż "zdumiewa fakt, że tak wielu Polaków wspomagało ludzi, którzy byli dla nich pod każdym względem obcy". Podobne wnioski nasuwają się czytelnikowi prac Marka Chodakiewicza.

Niestety, żeby zdobyć się na taki sąd, trzeba nie tylko mieć wiedzę, tę akurat autorzy książek o Holocauście dysponują, ale jeszcze odwagę. Trzeba umieć się zdobyć na osąd rzeczy w ich kontekście, a nie oceniać to, co minione, z punktu widzenia dzisiejszych ideologicznych mód. To jednak dzieje się nagminnie. O ile od Polaków wymaga się, żeby byli aniołami, błędy Żydów, częste przypadki kolaboracji albo z góry się usprawiedliwia, albo pomija. Zamiast pisać historię, uprawia się jakąś osobliwą mieszankę budujących pogadanek i gniewnych filipik. Czasem można mieć wręcz wrażenie, jakby gdzieś nad tą całą twórczością unosił się jakiś złowrogi rechot sprawców; przecież w sensie moralnym takie dążenie do wydzielenia losu Żydów, do ich wyobcowania i wyabstrahowania z losów pozostałych niewinnych ofiar wojny jest jakby przyjęciem perspektywy sprawców. W czasie wojny zginęło mniej więcej tyle cywilnych ofiar nieżydowskich co Żydów. Do pewnego momentu, a mianowicie do czerwca 1941 roku, kiedy to Niemcy napadły na Sowiety, dominowały ofiary chrześcijańskie. Starcie gigantów zbrodni zmieniło te proporcje. Jednak pamiętając o Żydach, o ich szczególnym losie, nie wolno zapominać o innych ofiarach. Nie wolno wypreparowywać z historii dowolnie niektórych wątków, pomijać celowo pozostałych. Naprawdę nie wolno ulec, nawet jeśli dziś przynosi to korzyści, perspektywie sprawców.

Co ciekawe, to, co jest wciąż oczywiste dla większości polskich czytelników, wcale nie musi być takie na Zachodzie. Mimo kilku już prób rozbicia polskiej pamięci i narzucenia holocaustiańskiego dyskursu w naszym kraju na razie to się nie udało. Wysiłki Jana Tomasza Grossa i wspierających go mediów spełzły na niczym. Być może dlatego, że w wypadku Polaków przyjęcie dogmatów quasireligii Holocaustu musiałoby pociągać za sobą nie tylko mutację własnej tożsamości narodowej i religijnej, ale też wyrzeczenie się pamięci o własnych ofiarach i zapomnienie o należnej im czci. Przelana za Polskę krew wciąż daje, paradoksalnie, siłę, wciąż pozwala chodzić z podniesioną głową.

Ta moralna siła, którą czerpiemy z przeszłości, z grobów, w których spoczywają Polacy spaleni, rozstrzelani, uduszeni, zagłodzeni lub zamordowani w inny sposób przez niemieckich nazistów i Sowietów, wciąż pozwala się opierać ekspansji holocaustianizmu. Wciąż daje odwagę, by nie ulec propagandzie mówiącej o tym, że wszyscy mamy krew na rękach. Daje siłę patrzeć na dzieje inaczej i dostrzegać niezrównaną wartość rzymsko-łacińskiego dziedzictwa.