Krew na rękach - Agnieszka Peszek

Kup ebooka

47.15 zł

-
Proszę czekać

Prolog

Anna

Po­woli otwie­ram oczy, ale na­tych­miast je za­my­kam.

Ból głowy jest tak in­ten­sywny, że mo­men­tal­nie mnie okrop­nie mdli.

Pięć lat temu po­śli­zgnę­łam się na lo­dzie i ude­rzy­łam brzu­chem o me­ta­lową ławkę. My­śla­łam wtedy, że bólu, który mnie do­padł, nic ni­gdy nie po­kona. Zła­ma­łam dwa że­bra, stłu­kłam so­bie bark. Od­dy­cha­nie spra­wiało mi wielką trud­ność, a pod­no­sze­nie cze­go­kol­wiek mu­sia­łam wy­eli­mi­no­wać na kilka mie­sięcy. Do­brze pa­mię­tam, jak łzy le­ciały mi po­to­kami, a po gło­wie krą­żyły cza­sami głu­pie my­śli. Mia­łam wszyst­kiego dość, a wy­obraź­nia pod­po­wia­dała mi, że to ni­gdy się nie skoń­czy.

Te­raz nie wiem, co mnie czeka, ale ból jest znacz­nie moc­niej­szy, co kie­dyś wy­da­wa­łoby mi się nie­moż­liwe.

Czuję się, jak­bym stra­ciła kon­trolę nad moim cia­łem.

Sły­szę ja­kieś ru­chy do­okoła, wy­ła­puję za­pach ludz­kiego ciała, ale po­wieki mnie nie słu­chają, więc nie mogę zwe­ry­fi­ko­wać mo­ich od­czuć.

Pró­buję ru­szyć choćby pal­cami dłoni, ale nie je­stem w sta­nie. Są jak zro­bione z oło­wiu, zde­cy­do­wa­nie dla mnie za cięż­kie. Moje siły z bli­żej nie­okre­ślo­nych po­wo­dów zo­stały zre­du­ko­wane prak­tycz­nie do zera.

- Mo­żemy je­chać.

Do mo­ich uszu do­la­tuje mę­ski głos, a po se­kun­dzie sły­szę trza­śnię­cie drzwiami.

Ni­gdy nie na­le­ża­łam do wy­bit­nie wścib­skich, cho­ciaż mama cza­sami mnie ga­niała za wci­ska­nie nosa w nie swoje sprawy, ale te­raz bez­względ­nie mu­szę otwo­rzyć oczy i upew­nić się, gdzie je­stem.

Gdzie leżę?

Po­zy­cji je­stem pewna, ale ni­czego wię­cej.

Pró­buję jesz­cze raz spiąć się w so­bie i unieść ręce, które leżą na brzu­chu, bo czuję ich cię­żar, ale mój wy­si­łek na nic się zdaje. Nie dość, że nie mam siły, to od­no­szę wra­że­nie, że są czymś spę­tane, ale to wszystko, co je­stem w sta­nie wy­ła­pać.

Na­pi­nam się cała i po­now­nie pró­buję unieść po­wieki. Ten nie­wielki ka­wa­łek skóry, dzięki któ­remu moje oczy izo­lo­wane są od świata, waży w rze­czy­wi­sto­ści tyle co nic, ale obec­nie i tak sta­nowi wy­zwa­nie z ka­te­go­rii naj­trud­niej­szych. Kie­dyś czy­ta­łam, że oko ludz­kie to około sied­miu, mak­sy­mal­nie ośmiu gra­mów, po­wieki pew­nie ważą po­dob­nie. Te­raz jed­nak mam wra­że­nie, że ich waga li­czona jest w to­nach.

Zbie­ram wszyst­kie moce z ca­łego ciała, na­pi­nam się w środku, mi­li­metr po mi­li­me­trze po­woli otwie­ram oczy. Mo­men­tal­nie ata­kuje mnie ja­skrawe świa­tło, a na­stęp­nie ból. Ostry, w skroni, jakby ktoś przy­ło­żył w to miej­sce me­ta­lowy szpi­ku­lec i pró­bo­wał wwier­cić mi go w czaszkę. I nie­stety na tym polu od­niósł suk­ces.

Ol­brzymi.

Prze­gry­wam walkę.

Znowu za­my­kam oczy, nie uzy­skaw­szy od­po­wie­dzi na żadne z mo­ich py­tań.

- W ja­kim jest sta­nie? - po­now­nie sły­szę ten sam głos.

Wy­po­wie­dziane słowa same w so­bie mo­głoby su­ge­ro­wać, że ktoś się o mnie trosz­czy, ale wy­czu­wam w to­nie wro­gość. Jak­bym wy­rzą­dziła ja­kąś krzywdę jego wła­ści­cie­lowi, chyba męż­czyź­nie, pew­nie około trzy­dziestki, któ­rego zu­peł­nie nie ko­ja­rzę, przy­naj­mniej po tych kilku wy­ar­ty­ku­ło­wa­nych sy­la­bach.

Robi mi się nie­do­brze, co­raz bar­dziej wi­ruje w gło­wie. Czuję się tak jak za dzie­ciaka, gdy krę­ci­łam się na ka­ru­zeli, i to zde­cy­do­wa­nie za szybko.

Mam wra­że­nie, że za­raz ze­mdleję.

Na­gle czuję szarp­nie­cie.

Je­stem w sa­mo­cho­dzie. Do mo­jej głowy wpada myśl, a po se­kun­dzie do­la­tuje do mnie cha­rak­te­ry­styczne wy­cie. Je­stem już tego pewna, jadę ka­retką.

Jako mała dziew­czynka za­wsze chcia­łam nią po­je­chać, ale te­raz nie ma we mnie ani krzty eu­fo­rii z tego po­wodu.

Są tylko strach i prze­ra­że­nie.

Dzieje się coś dziw­nego.

Kie­dyś sły­sza­łam o lu­dziach, któ­rzy tracą kon­trolę nad swoim cia­łem i nie są w sta­nie nad nim za­pa­no­wać. Oglą­da­łam o tym na­wet film, tylko z re­guły działo się tak z ja­kie­goś po­wodu.

A mnie się nic nie stało. Je­stem zdrowa. Ostat­nio zro­bi­łam so­bie cały pa­kiet ba­dań i wszystko było w po­rządku, więc dla­czego tak na­gle...?

Mu­siało zda­rzyć się coś in­nego niż cho­roba z za­sko­cze­nia.

Ostat­nie, co pa­mię­tam, to Da­niel sto­jący obok swo­jego ojca.

Jego wy­raz twa­rzy, taki prze­ra­ża­jący, a póź­niej... nic.

Mój mózg nie pod­po­wiada mi żad­nych ob­ra­zów. Jakby ktoś wy­ma­zał je z mo­jej pa­mięci ma­giczną gumką.

Mu­szę się do­wie­dzieć, co się wy­da­rzyło, a je­dyne, co przy­cho­dzi mi do głowy, to py­ta­nie do za­łogi ka­retki. Nie wiem, czemu fa­cet miał taki nie­przy­jemny głos, ale w su­mie nic to nie musi zna­czyć.

Leży w ka­retce nie­przy­tomna ko­bieta, więc nie musi się prę­żyć, pró­bu­jąc mnie po­cie­szyć. Skąd może wie­dzieć, że je­stem świa­doma tego, co dzieje się do­okoła, i po­trze­buję kilku słów wy­ja­śnie­nia i po­cie­sze­nia. Może chwilę wcze­śniej po­kłó­cił się z dziew­czyną lub do­stał od szefa wia­do­mość, że nie do­sta­nie pod­wyżki. Wiele mo­gło spo­wo­do­wać, że jego głos wy­dał mi się oschły. Sama też nie za­wsze je­stem ra­do­sna ni­czym pta­szek o po­ranku.

Ale nie to jest te­raz dla mnie pro­ble­mem. Zbie­ram siły.

Po­now­nie cała się na­pi­nam.

Raz, dwa, trzy.

Uno­szę po­wieki.

Ból jest nie do znie­sie­nia, ale mu­szę wie­dzieć, co mi jest.

Czy umie­ram i po­win­nam po­że­gnać się z ży­ciem?

Co mi się stało?

Dla­czego leżę w ka­retce?

Świa­tło razi okrop­nie, ale nie za­my­kam oczu. Koło mnie sie­dzi ko­bieta w po­ma­rań­czo­wym stroju. Mo­men­tal­nie od­wraca głowę, gdy na nią pa­trzę, tak jakby się mnie prze­stra­szyła. Może coś jest nie tak z moją twa­rzą. Może ból głowy jest wy­ni­kiem po­waż­nej de­for­ma­cji.

- Ock­nęła się - in­for­muje ko­legę, który sie­dzi u mo­ich stóp.

Wi­dzę tylko jego czu­bek głowy. Ma na niej czapkę. Od kilku dni jest bar­dzo zimno, więc w su­mie to na­kry­cie nie po­winno mnie dzi­wić. Sama nie lu­bię ni­czego na gło­wie, na­wet jak na dwo­rze pa­nuje siar­czy­sty mróz, za co mama za­wsze mnie ga­niała, gdy by­łam mała.

- Jak się pani czuje? - pyta czło­wiek, któ­rego twa­rzy nie wi­dzę. Jest ciutkę przy­jem­niej­szy niż chwilę temu.

Pró­buję otwo­rzyć usta i wy­pluć ja­kieś słowa, ale ję­zyk, wargi są jakby nie moje. Chyba są na swoim miej­scu, ale nie mam nad nimi kon­troli.

Kręcę tylko mi­ni­mal­nie głową na boki, a z ką­ci­ków oczu lecą mi łzy bez­sil­no­ści i bólu. Na­wet nie wiem, co w tym mo­men­cie bar­dziej mnie mę­czy.

Chcia­ła­bym po­wie­dzieć, po­ka­zać, co mi do­skwiera, ale nie mogę.

Te­raz do­ciera do mnie, że boli mnie nie tylko głowa, ale i brzuch.

Prze­no­szę wzrok na ko­bietę, bo brak po­łą­cze­nia wzro­ko­wego z męż­czy­zną mnie iry­tuje. Po­woli ob­ra­cam głowę, li­cząc, że za­raz zo­ba­czę cho­ciaż cień em­pa­tii, za­in­te­re­so­wa­nia, ale nie.

Pa­trzy na trzy­mane przed sobą kartki, któ­rych ka­wa­łek wi­dzę z mo­jej per­spek­tywy.

Za­wsze wy­da­wało mi się, że w ta­kich sy­tu­acjach le­ka­rze czy pie­lę­gniarki po­winni być po­zy­tyw­nie na­sta­wieni, ale ta pani zde­cy­do­wa­nie nie jest.

- Pro­szę pani, czy pani mnie sły­szy? - Męż­czy­zna się przy­suwa, nie wy­ła­pu­jąc ja­kiej­kol­wiek mo­jej re­ak­cji.

Te­raz wi­dzę jego twarz i chcia­ła­bym się do niego uśmiech­nąć, mimo że on tego nie robi. Ma ścią­gnięte brwi, jakby się zło­ścił lub in­ten­syw­nie nad czymś my­ślał. Oczy świecą nie­sa­mo­wi­cie nie­bie­ską barwą, to chyba je­dyny ele­ment jego twa­rzy, który jest ładny. Krzywy nos i ja­kaś bro­dawka na żu­chwie po­wo­dują, że naj­chęt­niej od­wró­ci­ła­bym wzrok, ale nie mogę. Tylko on wy­ka­zuje za­in­te­re­so­wa­nie moją osobą. Jego ko­le­żanka za­cho­wuje się, jakby coś ją ugry­zło. Jakby miała do mnie o coś żal, a ja ją wi­dzę pierw­szy raz w ży­ciu.

- Ja... - dy­szę, ale mój głos nie chce prze­obra­zić się w ko­lejne słowo. Grzęź­nie gdzieś w środku mnie. Ro­bię więk­szy wdech i czuję ból roz­le­wa­jący się po ciele, jak wtedy, gdy uszko­dzi­łam że­bra. - Co mi...

- Co pani jest? - pod­po­wiada, a ja mru­gam, pró­bu­jąc dać znać, że tak wła­śnie brzmi moje py­ta­nie. - Tego to my nie wiemy. Zo­stała pani zna­le­ziona nie­przy­tomna, cała we krwi.

We krwi? Te dwa słowa re­zo­nują mi w gło­wie. Męż­czy­zna pa­trzy na mnie, jakby li­czył, że coś mu wy­ja­śnię, wy­tłu­ma­czę, ale ja sama przed sobą nie je­stem w sta­nie.

Ja krwa­wię - wi­zja ta mnie prze­raża. Mimo swo­jej pro­fe­sji i faktu, że wiele wi­dzia­łam, wy­pły­wa­jąca ze mnie czer­wona maź mnie pa­ra­li­żuje. Już samo po­bie­ra­nie krwi sta­nowi dla mnie pro­blem, nie mó­wiąc o otwar­tej ra­nie, bo prze­cież ja­kimś otwo­rem się wy­do­bywa. Może z brzu­cha, skoro tak mnie boli, ale głowa też jest moż­liwa. Żadna z tych opcji nie na­pawa opty­mi­zmem.

- Gdy przy­je­cha­li­śmy, była pani nie­przy­tomna, ale od­dy­chała - po­wta­rza męż­czy­zna. Mu­szę wy­glą­dać tra­gicz­nie, skoro tak robi. - We wstęp­nym ba­da­niu nie zna­leź­li­śmy u pani żad­nych po­waż­nych ob­ra­żeń, ale do­piero w szpi­talu zo­sta­nie po­twier­dzone, czy nie ma pani uszko­dzo­nych ja­kichś na­rzą­dów we­wnętrz­nych.

Uff. To, co mówi, nie brzmi jak ja­kaś wielka tra­ge­dia, tylko...

Se­kunda na­dziei i znowu po­ja­wia się to dziwne uczu­cie.

Lęk.

Dla­czego jego wy­raz twa­rzy krzy­czy do mnie coś zu­peł­nie in­nego?

Błą­dzi wzro­kiem, jakby nie chciał mi cze­goś po­wie­dzieć.

Wzdy­cha.

Se­kundy lecą, jakby czas sta­nął.

Ka­retką szar­pie, a moje ciało znowu się na­pina. Ból jest nie do znie­sie­nia, ale nie od­ry­wam wzroku od twa­rzy ra­tow­nika.

- Pro­ku­ra­tor za­bez­pie­czył ślady na pani - wy­du­sza z sie­bie po chwili. W tym mo­men­cie jego wzrok pada na mój brzuch.

O co tu, kurwa, cho­dzi?

Jaki pro­ku­ra­tor?

De­li­kat­nie uno­szę głowę, chcąc zo­ba­czyć, na co pa­trzy.

Ból w skro­niach pa­ra­li­żuje, ale sta­ram się o tym nie my­śleć. To nie mo­ment na uża­la­nie się nad sobą.

Igno­ruję sy­gnały wy­sy­łane przez ciało.

I w końcu to wi­dzę. Moje po­czu­cie braku wła­dzy nad rę­koma nie wy­nika z faktu ja­kie­goś pa­ra­liżu, ale cze­goś zu­peł­nie in­nego. Mam skute ręce. Po­łą­czone me­ta­lo­wymi kaj­dan­kami.

Od razu przed oczami po­ja­wia mi się Har­ri­son Ford, który ucie­kał tyle razy, że mógłby udzie­lić mi te­raz ja­kiejś do­brej rady, bo chyba mam prze­srane.

Kręcę głową, aby od­go­nić tę ab­sur­dalną myśl.

Stało się coś prze­ra­ża­ją­cego, czego ja by­łam czę­ścią. Nic z tego nie pa­mię­tam, a naj­gor­sze, że inni są­dzą, że zro­bi­łam coś złego.

W gło­wie mam ty­siące py­tań, któ­rych nie je­stem w sta­nie wy­ar­ty­ku­ło­wać, a jedno naj­czę­ściej się po­wta­rza: dla­czego poza kaj­dan­kami mam na dło­niach worki?

O co tu cho­dzi?

Męż­czy­zna wraca na swoje miej­sce, naj­wy­raź­niej nie wi­dząc sensu pro­wa­dze­nia cze­goś na kształt mo­no­logu, a ja za­my­kam oczy, pró­bu­jąc przy­po­mnieć so­bie co­kol­wiek.

Cały dzień wy­glą­dał nor­mal­nie. O dwu­dzie­stej wy­szłam od pana Wal­de­mara, po­szłam się wy­ką­pać, zja­dłam i gdy wra­ca­łam do po­koju, za­uwa­ży­łam coś nie­ty­po­wego.

Drzwi były uchy­lone, co mnie zdzi­wiło. Na pewno je za­my­ka­łam. Mam ja­kąś ma­nię i nie zno­szę, gdy coś jest nie­do­mknięte.

We­szłam do środka. Stał tam Da­niel, mó­wił coś.

Tylko co?

Pró­buję wy­du­sić z za­ka­mar­ków pa­mięci ja­kieś wspo­mnie­nie, ale nic nie sły­szę.

Pa­mię­tam jesz­cze twarz sta­ruszka w ja­kimś dziw­nym gry­ma­sie. Tak jakby cier­piał. Jakby jego syn coś mu zro­bił. Jakby nie mógł od­dy­chać. Nie pa­mię­tam nic wię­cej poza dziw­nym szcze­gó­łem. Da­niel miał na palcu pul­sok­sy­metr. Tak jakby jego ojcu coś się działo, a on to igno­ro­wał i zdjął mu z palca urzą­dze­nie do po­miaru stę­że­nia tlenu we krwi.

Ale nie pa­mię­tam jego tłu­ma­cze­nia, mo­jej re­ak­cji.

Roz­ma­wia­li­śmy? Czy mnie olał?

Jak za­re­ago­wa­łam? Po­de­szłam do pana Wal­de­mara i mu po­mo­głam?

Na pewno, nie zo­sta­wi­ła­bym go sa­mego.

Tylko nic z tego nie pa­mię­tam.

Może on mi coś zro­bił, a ja się bro­ni­łam?

Moją głowę wy­peł­niają ab­sur­dalne my­śli, a żadna mi się nie po­doba.

Na­gle ude­rza mnie jedna rzecz.

Gdy we­szłam do po­koju mo­jego pod­opiecz­nego, było do­brze po dwu­dzie­stej, a te­raz jest ja­sno. Upły­nęło sporo czasu.

Nic w tym mi się nie klei.

Po­now­nie po­woli otwie­ram oczy.

Ko­bieta pa­trzy na mnie. Nie wy­gląda sym­pa­tycz­nie. Ma mocno za­ci­śnięte usta i lekko wy­ba­łu­szone oczy. Mu­szę się prze­móc i wy­trzy­mać to spoj­rze­nie. Może ona coś wie. Może ja­kimś cu­dem mi wy­ja­śni, o co cho­dzi.

- Co... Co się... - Nie daję rady, ale ona wie, o co cho­dzi.

Po jej twa­rzy prze­myka coś na kształt uśmie­chu. Ale nie ra­do­snego, który po­ka­zu­jemy, jak coś nas cie­szy, ale ta­kiego sza­tań­skiego, gdy ktoś czer­pie ra­dość z nie­szczę­ścia dru­giej osoby.

Po­chyla się w moją stronę, a ja czuję, że po­peł­ni­łam błąd. Mo­głam mil­czeć i cze­kać na roz­wój zda­rzeń. Czuję jej per­fumy, zde­cy­do­wa­nie zbyt słod­kie, przy­tła­cza­jące, ale wolę sku­pić się na nich niż na jej gry­ma­sie twa­rzy.

Jej od­dech owiewa mój po­li­czek i pa­rzy.

Aż w końcu sły­szę jej głos:

- Masz krew na rę­kach.

Kręcę głową.

To nie może być prawda.

Nie wiem skąd, ale na­gle czuję na­pływ ja­kiejś zwie­rzę­cej siły.

- Ja nic ni­komu nie zro­bi­łam! - wy­dzie­ram się i szar­pię.

Chyba żadne z nich się tego nie spo­dzie­wało.

Wrzesz­czę jak osza­lała, aż na­gle świat spo­wija ciem­ność.

Rozdział 2

Daniel

Jesz­cze sto, dzie­więć­dzie­siąt, osiem­dzie­siąt...

Sta­ram się przy­spie­szyć, ale bra­kuje mi po­wie­trza w płu­cach, a nogi od­ma­wiają po­słu­szeń­stwa. W tym mo­men­cie ni­czym przez me­ga­fon sły­szę w gło­wie głos mo­jego tre­nera bie­go­wego, z któ­rym spo­ty­kam się raz w mie­siącu: "Jak już se­rio nie mo­żesz, to przy­spiesz". Ab­sur­dalne, bez sensu, ale ro­bię to. Nie wiem, skąd wy­grze­buję resztki sił.

Do­bie­gam do bramy, a mój ze­ga­rek za­czyna wi­bro­wać.

Dzie­sięć ki­lo­me­trów.

Pięć­dzie­siąt je­den mi­nut i sie­dem­na­ście se­kund.

Nie­wiele dzieli mnie od ko­lej­nego re­kordu. Kie­dyś udało mi się po­ko­nać dy­szkę w pięć­dzie­siąt mi­nut i trzy­dzie­ści se­kund, ale wtedy by­łem o dzie­sięć ki­lo­gra­mów lżej­szy, w lep­szej kon­dy­cji fi­zycz­nej oraz psy­chicz­nej, cho­ciaż to ostat­nie po­dobno cza­sami daje kopa. Cza­sami jak lu­dzie mają wię­cej pro­ble­mów, to wku­rze­nie ży­ciem ge­ne­ruje spory za­strzyk ener­gii.

Chyba nie w moim przy­padku. Mnie pro­blemy do­łują. Po­wo­dują, że je­stem ocię­żały, nic mi się nie chce, a wszyst­kie my­śli krążą wo­kół jed­nego. Te­raz nie jest ina­czej.

Cho­ciaż ja mam od lat ten sam pro­blem. Jest nim oj­ciec.

Mój wła­sny oj­ciec, czło­wiek, który spra­wił, że po­ja­wi­łem się na tym świe­cie. W su­mie przez więk­szość ży­cia mógł­bym po­wie­dzieć, że on jest moim pro­ble­mem. Po­wo­dem, dla któ­rego wie­lo­krot­nie my­śla­łem, jak by było się nie uro­dzić. A w eks­tre­mal­nych sy­tu­acjach - jak faj­nie by­łoby się go po­zbyć. Za­bić się ni­gdy nie chcia­łem z jego po­wodu. Z in­nego już tak.

Od kiedy pa­mię­tam, przy każ­dej kłótni mó­wił, jaki je­stem bez­na­dziejny, a on naj­lep­szy.

Ni­gdy w jego oczach na­wet nie otar­łem się o tę jego ide­al­ność. Za­wsze by­łem wy­bra­ko­wany, słaby, nie taki, ja­kiego ocze­ki­wał. Nie taki, ja­kiego chciał mieć, aby móc się mną chwa­lić na zlo­tach ro­dzin­nych czy wyj­ściach służ­bo­wych.

Gdy by­łem mały, czę­sto ka­zał mi sie­dzieć w po­koju, gdy przy­cho­dzili go­ście, bo po­dobno przy­no­si­łem mu wstyd. Za­cho­wy­wa­łem się nie­od­po­wied­nio, bo cza­sami by­łem zbyt gło­śny i nie po­tra­fi­łem wy­sie­dzieć w miej­scu, co nie pa­so­wało do syna ko­goś ta­kiego jak on.

Wielki Wal­de­mar Woj­cie­chow­ski.

Le­karz. Chi­rurg. Pre­kur­sor wielu tech­nik. Po­stać, do któ­rej wzdy­chały pie­lę­gniarki, a którą ko­le­dzy po fa­chu uzna­wali za wzór.

Każdy chciał być jak on, tylko nie ja.

La­tami mnie mę­czył i drę­czył, aż pod ko­niec ży­cia los zro­bił mu psi­kusa i naj­lep­szy z naj­lep­szych wy­lą­do­wał pod moją opieką i na mo­jej ła­sce.

Sam, bo mama nie wy­trzy­mała już lata temu i umarła. Zde­zer­te­ro­wała, zo­sta­wia­jąc mnie z nim. Może gdy­bym był nor­malny, od­dał­bym go do domu star­ców, ale nie. Wpro­wa­dzi­łem się do niego, a bar­dziej do sie­bie, bo dom na­le­żał for­mal­nie do mnie, mimo że w końcu mo­głem się od­ciąć od tego, co było. Za­mknąć pewną część mo­jego ży­cia, w któ­rej smu­tek i upo­ko­rze­nie stały na pierw­szym miej­scu.

Ale zde­cy­do­wa­łem ina­czej.

To forma kary dla niego.

I to na wielu fron­tach.

Przede wszyst­kim za­miesz­ka­łem z nim i prze­ją­łem dom, a na do­da­tek prze­nio­słem go do czę­ści, któ­rej nie lu­bił. Kie­dyś miesz­kała tu­taj moja mama ze swoją ro­dziną. I pew­nie nie by­łoby nic w tym szcze­gól­nego, gdyby nie je­den fakt, a bar­dziej osoba.

Moja bab­cia Bo­gu­sława.

Twarda babka, ja­kich już nie ma. Za­har­to­wana ży­ciem - wojną, oj­cem ty­ra­nem, jako jedna z nie­wielu roz­gry­zła mo­jego sta­rego. Wie­lo­krot­nie pró­bo­wała za­brać mnie z domu albo na­kło­nić mamę, by go zo­sta­wiła.

Do­brze pa­mię­tam jedną z roz­mów babci z mamą, po tym jak oj­ciec wró­cił na­rą­bany do domu i prze­wró­cił się w progu, roz­wa­la­jąc so­bie przy tym głowę:

- I ty chcesz, żeby twój je­dy­nak na to pa­trzył? My­ślisz, że to jest do­bry przy­kład? - py­tała, pró­bu­jąc wpły­nąć na swoją córkę, która oczy­wi­ście za­bez­pie­czyła roz­cię­cie na gło­wie i po­ło­żyła męża do łóżka, igno­ru­jąc wy­plu­wane przez niego in­wek­tywy.

- Ale to pierw­szy raz - kła­mała mama.

Sły­sząc to, chcia­łem wy­sko­czyć zza rogu, gdzie sku­lony pod­słu­chi­wa­łem ich roz­mowę, i po­wie­dzieć, że to nie­prawda. Z per­spek­tywy czasu nie wiem, jak wtedy udało mi się po­wstrzy­mać. Moja nad­po­bu­dli­wość rzadko kiedy po­zwa­lała mi sie­dzieć ci­cho i nie tor­pe­do­wać pod­szep­tów roz­sądku.

- Chcesz, żeby jak mój oj­ciec po­py­chał go, trą­cał, ob­ra­żał? My­ślisz, że to było fajne dzie­ciń­stwo? Całe ży­cie w trau­mie. Po­mo­żemy ci. Odejdź od niego, jak nie dla sie­bie, to dla mło­dego. On za­słu­guje na lep­sze ży­cie.

Ale mama ni­gdy się na to nie ze­brała, po­wta­rza­jąc mnie i swoim ro­dzi­com, że to chwi­lowe, twier­dząc, że oj­ciec jest do­brym czło­wie­kiem, a to, co się stało, to oka­zjo­nalna trud­ność. Nie wiem, czemu przy nim trwała, mimo że i ją upo­ka­rzał i ra­nił na każ­dym kroku. Ja w pew­nym mo­men­cie nie wy­trzy­ma­łem i ucie­kłem. Jak tylko skoń­czy­łem li­ceum, wy­pro­wa­dzi­łem się, aby być jak naj­da­lej od tego sza­tana, jak na­zy­wała go w na­szych roz­mo­wach bab­cia.

Gdy mama zmarła, nie utrzy­my­wa­łem z nim kon­taktu. Mu­sia­łem stwo­rzyć się na nowo, bez niego. Szło mi zna­ko­mi­cie - do czasu, gdy do­stał udaru. Tak, mo­głem od­dać go do ośrodka opie­kuń­czego, ale ja zro­bi­łem coś in­nego.

Wy­lą­do­wa­łem z nim w jed­nym domu i po­sta­no­wi­łem mu po­ka­zać, jak to jest być trak­to­wa­nym przed­mio­towo.

Dla czło­wieka, który przez całe ży­cie wszyst­kich roz­sta­wiał po ką­tach, de­cy­do­wał o ich suk­ce­sach i po­raż­kach, sta­no­wiło to swo­jego ro­dzaju tor­tury. Przez dłu­gie lata wy­star­czyło jedno jego słowo, a czy­jaś ka­riera koń­czyła się gwał­tow­nie lub wy­bu­chała ni­czym lawa z wul­kanu. W domu po­dej­mo­wał stra­te­giczne de­cy­zje, ale do po­mniej­szych rów­nież wtrą­cał swoje trzy gro­sze.

Był pa­nem i władcą, gdzie­kol­wiek się po­ja­wił.

I na­gle udar za­brał mu wszystko.

Ro­zum prze­stał ko­ja­rzyć. Bra­ko­wało mu słów, a ru­chy stały się nie­zor­ga­ni­zo­wane.

Jesz­cze przez ja­kiś czas cho­dził. Po­ru­szał się, ale jak nie on. Kie­dyś prze­miesz­czał się pew­nym kro­kiem, a tu na­gle nogi pod nim się ugi­nały, a przej­ście pię­ciu me­trów sta­no­wiło nie lada wy­zwa­nie.

No i przy­szły pro­blemy z pa­mię­cią. Nie ko­ja­rzył twa­rzy, nie mógł przy­po­mnieć so­bie słów, zda­rzeń. Cza­sami, gdy przy­cho­dził lep­szy dzień, dało się z nim po­roz­ma­wiać o bar­dzo przy­ziem­nych spra­wach. Co chciałby zjeść. Do­kąd pójść.

A po­tem wal­nął w niego drugi udar i od­ciął go zu­peł­nie, po­wo­du­jąc, że z ak­tyw­nego czło­wieka stał się prak­tycz­nie ro­ślinką.

Na do­da­tek zde­for­mo­waną. Nie­do­tle­nie­nie mó­zgu wy­wo­łało pa­ra­liż czę­ści twa­rzy. Prawa jej strona była nie­ru­choma, a tym sa­mym z przy­stoj­nego męż­czy­zny stał się dzi­wo­lą­giem, w środku któ­rego sie­dzi sfru­stro­wany czło­wiek. Le­karz twier­dzi, że on nic nie ko­ja­rzy, ale ja wiem, że cały czas jest w nim ten okrutny, sa­dy­styczny oj­ciec, który znisz­czył mi ży­cie. I nad tą resztką pla­nuję się pa­stwić ile wle­zie.

Wcho­dzę do domu, zrzu­cam buty bie­gowe, które prze­tarły mi się na pal­cach, i wrzesz­czę:

- Wró­ci­łem.

Nie mu­szę tego ro­bić. Oj­ciec już wie, że skoń­czy­łem tre­ning, bo trza­sną­łem furtką, ale co mi tam. Za­wsze w domu ru­gał mnie za trza­ska­nie i dar­cie się, więc od kiedy po­now­nie miesz­kamy ra­zem, ro­bię to przy każ­dej oka­zji, wie­dząc, że nie usły­szę żad­nego z jego ko­men­ta­rzy:

- Tylko plebs pod­nosi głos.

- Czy ty uwa­żasz, że mam pro­blemy ze słu­chem?

- Na­wet głu­chy by cię usły­szał.

Miał całą gamę ob­raź­li­wych tek­stów na każde moje prze­wi­nie­nie, ale te­raz żad­nego nie może wy­ar­ty­ku­ło­wać. Na­tura go z tego wy­klu­czyła, do­dat­kowo do­rzu­ca­jąc gra­tis.

Pa­ra­liż nerwu twa­rzo­wego po­wo­do­wał, że prawy ką­cik zjeż­dża mu do dołu i przy każ­dym otwie­ra­niu ust ślina spływa mu po bro­dzie, a wtedy dzieją się dwie rze­czy. Albo osiada tam na dłuż­szy czas, po­wo­du­jąc iry­ta­cję i szyb­szą pracę po­wiek, jakby ich ru­chem chciał spo­wo­do­wać, że się zsu­nie. Nie­stety na ręce nie może li­czyć. Leżą bez­wład­nie wzdłuż ciała lub spo­czy­wają na ko­la­nach albo brzu­chu, w za­leż­no­ści od po­zy­cji, w któ­rej ktoś go usa­dowi. Zgar­nię­cie kro­pli śliny jest dla niego po pro­stu nie­moż­liwe. Jest też inny sce­na­riusz. Kro­pla lą­duje na swe­trze lub ko­szuli, two­rząc plamę. Nie wiem, co jest dla niego gor­sze. Obu tych rze­czy oj­ciec nie­na­wi­dził: bez­sil­no­ści i nie­este­tycz­nych lu­dzi.

Nie­na­wi­dził być za­leżny od ko­goś, a brudne ubra­nia uzna­wał za brak sza­cunku do in­nych.

Wrzu­cam klu­cze do ko­szyczka i ru­szam do kuchni po szklankę wody. Przy dzie­się­cio­ki­lo­me­tro­wym dy­stan­sie nie biorę ze sobą nic poza klu­czami i te­le­fo­nem, że­bym mógł słu­chać au­dio­bo­oka. Tym ra­zem to­wa­rzy­szył mi kry­mi­nał kró­lo­wej ga­tunku, Aga­thy Chri­stie: I nie było już ni­kogo, który po­dobno kie­dyś na­zy­wał się Dzie­się­ciu mu­rzyn­ków.

- Za­raz pod­grzeję ci obiad - rzu­cam, idąc pod prysz­nic.

Nie ocze­kuję re­ak­cji. W su­mie nie wiem, czy mnie sły­szy, ale mam to gdzieś.

Po­doba mi się to znę­ca­nie nad nim.

Pew­nie ktoś inny po­szedłby spraw­dzić, czy wszystko z nim w po­rządku, ale nie ja. Może wła­śnie umiera i zde­cy­do­wa­nie nie chciał­bym mu w tym prze­szka­dzać.

Od­krę­cam zimną wodę i cze­kam. Od roku ro­bię lo­do­wate ką­piele. Wiem, że po­wi­nie­nem przy­go­to­wać ją wcze­śniej, ale jak czę­sto się zda­rzało - za­po­mnia­łem. Na­wet sze­dłem już to zro­bić, ale moje my­śli po­szy­bo­wały w inną stronę i fi­nal­nie nie do­tar­łem do ła­zienki, a za­miast tego po­sze­dłem spraw­dzić, kiedy mu­szę zro­bić prze­gląd pieca. Te­raz woda szybko wy­peł­nia wannę i gdy jej po­ziom jest już na wy­so­ko­ści jed­nej trze­ciej, wcho­dzę.

- O kurwa - sy­czę. Mimo że mam już w tym wprawę, za każ­dym ra­zem pierw­szy kon­takt wy­wo­łuje u mnie re­ak­cję bó­lową. Zde­cy­do­wa­nie naj­gor­sze są stopy. Mam wra­że­nie, że wbi­jają się w nie mi­liony ma­łych igie­łek.

Sia­dam na dnie i całe moje nogi zni­kają pod ta­flą wody.

Pa­trzę na ze­ga­rek, który już trzy mie­siące temu po­sta­wi­łem w ła­zience, za­braw­szy go z po­koju ojca. Pięć mi­nut. To mój cel. Z re­guły tyle wy­trzy­muję, ale cza­sami, gdy mam gor­szy dzień, wy­cho­dzę wcze­śniej.

Dzi­siaj jest ten lep­szy. Bie­gło mi się su­per. Zja­dłem w ide­al­nym od­stę­pie dwóch go­dzin od roz­po­czę­cia tre­ningu, więc nic mi się nie prze­le­wało w brzu­chu, plus nie za­czą­łem być głodny w po­ło­wie dy­stansu, co mi się pa­ro­krot­nie zda­rzało. Poza tym od ostat­niego tre­ningu mi­nęły cztery dni, więc mię­śnie nie były zmę­czone żad­nym wy­sił­kiem. Wiem, że po­wi­nie­nem do­rzu­cić cho­ciaż raz w ty­go­dniu wy­prawę na si­łow­nię, ale ostat­nio strasz­nie mnie iry­tują lu­dzie, a na pa­kerni mu­siał­bym się zmie­rzyć ze stę­ka­ją­cymi do ucha kok­sami, któ­rzy wy­ci­skają chore cię­żary, a po­tem rzu­cają je na pod­łogę, jakby nie po­tra­fili ich odło­żyć de­li­kat­nie. Jesz­cze do nie­dawna mi to nie prze­szka­dzało, ale te­raz czuję, że zbyt duża liczba bodź­ców mnie roz­draż­nia.

Naj­waż­niej­sze, że mam po­stęp i bez zmian w pla­nie tre­nin­go­wym, co mnie na­pawa opty­mi­zmem.

Poza tym dzi­siaj przy­cho­dzi ko­bieta na roz­mowę o pracę. O pracę nie w pracy, jak to so­bie wczo­raj sko­men­to­wa­łem w gło­wie. Niby nic stre­su­ją­cego, a i tak mam w so­bie ja­kiś lęk.

W końcu za na­mową ko­legi po­sta­no­wi­łem ulżyć so­bie w ży­ciu. Stać mnie, a trwa­nie w tym kosz­ma­rze wiele mnie kosz­tuje. W końcu będę miał ko­goś, kto mnie od­ciąży na stałe, a nie z do­skoku.

Ko­goś, kto zaj­mie się oj­cem.

Zresztą to dla niego ko­lejny cios.

- Gdy­bym kie­dyś za­cho­ro­wał, do­bij­cie mnie - ga­dał lata temu, zu­peł­nie nie prze­wi­du­jąc, że jego ciało fak­tycz­nie od­mówi mu po­słu­szeń­stwa.

Tylko ja nie pla­nuję mu tego uła­twiać, więc wła­snym kosz­tem i psy­chicz­nym, i fi­nan­so­wym zde­cy­do­wa­łem cią­gnąć jego ago­nię po wsze czasy.

Zde­cy­do­wa­nie za­słu­guje na karę.

Rozdział 1

Anna

Gdy za­trud­nia­łam się w szpi­talu, po­strze­ga­łam tę pracę jako speł­nie­nie ma­rzeń. Po­moc mło­dym mat­kom przy ich ma­lut­kich dzie­ciach. Pa­trze­nie na ra­dość wi­ta­nia ich na świe­cie. Wie­dzia­łam o tru­dach pracy, bo ro­bi­łam to już od dzie­się­ciu lat, ale nie są­dzi­łam, że na prze­strzeni trzech ko­lej­nych znie­na­wi­dzę tę pracę i każdy po­ra­nek bę­dzie wią­zał się z bó­lem brzu­cha, złym sa­mo­po­czu­ciem i cią­głymi ner­wami.

Jedna ko­le­żanka za­su­ge­ro­wała mi na­wet pój­ście do psy­chia­try, ale ja nie chcia­łam po­su­wać się aż tak da­leko. Inne ko­biety tak ro­biły i czę­sto do­sta­wały zwol­nie­nie na kilka mie­sięcy, aby dojść do sie­bie. Tylko że po po­wro­cie nic by się nie zmie­niło, o ile nie by­łoby go­rzej. Nie­stety msz­cze­nie się prze­ło­żo­nych od ja­kie­goś czasu było na po­rządku dzien­nym.

Poza tym do­brze wie­dzia­łam, że to nie praca jest pro­ble­mem, ale lu­dzie, a do­kład­niej ne­po­tyzm. Gdy na od­po­wie­dzial­nym sta­no­wi­sku lą­duje nie­od­po­wied­nia osoba z ko­nek­sjami, nic do­brego nie może z tego wy­nik­nąć. Nie­stety tak stało się u mnie w szpi­talu.

Pa­nią dy­rek­tor zo­stała zu­peł­nie przy­pad­kiem żona bur­mi­strza. Miła i sym­pa­tyczna ko­bieta koło pięć­dzie­siątki, przy­naj­mniej tak o niej pi­sała prasa. Szkoda tylko, że mało kto roz­pi­sy­wał się o jej kom­pe­ten­cjach, a bar­dziej ich braku. Ni­gdy wcze­śniej nie miała do czy­nie­nia z ochroną zdro­wia. W do­datku ni­gdy nie pra­co­wała w więk­szej or­ga­ni­za­cji. Wraz z matką pro­wa­dziła małą sieć kwia­ciarni. Nie wiem, ja­kim cu­dem ktoś wy­my­ślił, że jest od­po­wied­nią osobą na tak ważne sta­no­wi­sko, gdzie trzeba być ge­niu­szem w za­kre­sie za­rzą­dza­nia i mieć sporą dawkę wie­dzy me­dycz­nej, a w su­mie naj­le­piej być le­ka­rzem, bo tylko to daje od­po­wiedni wgląd w pracę pod­wład­nych.

Po­ja­wiła się mie­siąc po tym, jak ja zo­sta­łam za­trud­niona. Jej po­przed­niczka na­gle za­cho­ro­wała i nie mo­gła da­lej peł­nić funk­cji, którą spra­wo­wała od dzie­się­ciu lat, pod­no­sząc szpi­tal ze zglisz­czy. Po­dobno zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wała go nie do po­zna­nia. Usta­no­wiła nowe pro­ce­dury, po­zy­skała fun­du­sze na sprzęt, któ­rego wcze­śniej bra­ko­wało. Była ostra, cza­sami zbyt, ale każdy ją sza­no­wał. Zde­cy­do­wa­nie od­po­wied­nia osoba na od­po­wied­nim sta­no­wi­sku. Wie­dzia­łam, że część per­so­nelu wy­brała tę pla­cówkę wła­śnie ze względu na nią - i zu­peł­nie się temu nie dzi­wi­łam. Gdy ode­szła, by za­dbać o wła­sny po­gar­sza­jący się stan zdro­wia, o czym krą­żyły plotki, za­pa­no­wał strach przed przy­szło­ścią. Przed­sta­wia­jąc nową sze­fową, za­pew­niano nas, że jest kom­pe­tentna i bę­dzie kon­ty­nu­owała pracę po­przed­niczki. Nie­któ­rych to uspo­ko­iło, ale nie wszyst­kich. I ci dru­dzy, jak się oka­zało, nie­stety mieli ra­cję w swoim scep­ty­cy­zmie.

Za­pa­no­wał chaos.

Na­gle sys­tem, który do­tych­czas świet­nie funk­cjo­no­wał, po­wo­du­jąc, że szpi­tal z każ­dym ro­kiem po­pra­wiał swoje miej­sce w ran­kin­gach miejsc przy­ja­znych matce i dziecku, za­czął szwan­ko­wać. Na­sza po­zy­cja na tle kon­ku­ren­cji po­woli spa­dała, czemu się nie dzi­wi­łam, ob­ser­wu­jąc z pierw­szej li­nii to, co działo się na od­dzia­łach.

Osoby za­trud­niane przez nową sze­fową za­częły kwe­stio­no­wać pro­ce­dury, które spraw­dzały się re­we­la­cyj­nie przez ostat­nie lata, a na ich miej­sce wcho­dziły nowe, zu­peł­nie nie­zro­zu­miałe. Raz na­wet sły­sza­łam, jak nowa sze­fowa pie­lę­gnia­rek na od­dziale pa­to­lo­gii ciąży tłu­ma­czyła, że mają coś ro­bić, "bo tak". To był jej ar­gu­ment!

Naj­gor­sze, że wszystko to od­by­wało się kosz­tem nas, pra­cow­ni­ków.

Od­po­wie­dzial­ność za czy­jeś ży­cie nie mo­gła nie zo­sta­wiać w czło­wieku zmian. Ale wraz ze zmia­nami wdarł się jesz­cze więk­szy stres, a idący z góry przy­kład braku sza­cunku do pod­wład­nych sze­rzył się ni­czym sza­rań­cza.

Gdy pierw­szy raz zo­sta­łam zwy­zy­wana przez prze­ło­żoną za to, że na chwilę zo­sta­wi­łam strzy­kawkę na stole, po­nie­waż pa­cjentka po­trze­bo­wała po­mocy, wma­wia­łam so­bie, że to nic strasz­nego. Jak to ja prze­pła­ka­łam pół nocy, bo od za­wsze nie lu­bię, jak ktoś mnie o coś upo­mina, ale w su­mie wy­szłam z za­ło­że­nia, że to moja wina. Fak­tycz­nie po­peł­ni­łam błąd, a jej re­ak­cja mo­gła być wy­pad­kową wielu rze­czy. Każdy może mieć zły dzień. Jed­nak gdy pięć dni póź­niej zo­sta­łam we­zwana na dy­wa­nik za zbyt długą roz­mowę z ko­bietą, któ­rej tłu­ma­czy­łam, jak ważne jest pra­wi­dłowe trzy­ma­nie ma­leń­stwa tak, aby nie ro­bić mu krzywdy, zdę­bia­łam.

Wy­bra­łam ten szpi­tal wła­śnie ze względu na ludz­kie po­dej­ście do ro­dzą­cych, choćby opcję sko­rzy­sta­nia ze znie­czu­le­nia, gdy ko­bieta nie chce ni­komu nic udo­wad­niać i cier­pie­nie dla idei nie jest jej ży­cio­wym ce­lem. Ważna jest też moż­li­wość roz­mowy z psy­cho­lo­giem dla ko­biet, które stra­ciły ma­leń­stwo, ale i dla tych, które po­strze­gają po­ród i przyj­ście po­tom­stwa na świat jako coś trau­ma­tycz­nego, czu­jąc, że ich ży­cie się koń­czy, a nie za­czyna nowy eks­cy­tu­jący roz­dział.

Po­do­bało mi się, że lu­dzie z per­so­nelu me­dycz­nego nie byli tu trak­to­wani jak wy­rob­nicy, ale część waż­nego pro­cesu, który wpływa na ży­cie wielu osób. Do­ce­niano nas, a miłe ge­sty ze strony ro­dzą­cych były na po­rządku dzien­nym.

Nie­stety to za­częło zni­kać i ja­wić się nam jako piękne wspo­mnie­nie.

Póź­niej było tylko go­rzej. Plaga mob­bingu, na który góra da­wała ci­che przy­zwo­le­nie, sze­rzyła się ni­czym dżuma w śre­dnio­wie­czu, zbie­ra­jąc plony w po­staci re­zy­gna­cji z pracy. Szpi­tal, dla któ­rego per­so­nel po­tra­fił zmie­niać ży­ciowe plany, spro­wa­dzić się z dru­giego końca Pol­ski albo roz­stać się z part­ne­rem, bo ten ci­snął za wy­jaz­dem za gra­nicę, zmie­niał się nie do po­zna­nia.

Epi­zody pła­czu, bez­sil­no­ści za­częły po­ja­wiać się u mnie co­raz czę­ściej, aż prak­tycz­nie każ­dego dnia po po­wro­cie do domu kilka łez spły­wało mi po po­licz­kach. Każ­dego dnia wy­ty­kano mi błędy, które były co­raz bar­dziej ab­sur­dalne, jak zbyt dłu­gie wyj­ścia do to­a­lety czy po­moc ko­bie­cie, która nie była z mo­jego od­działu.

Ale chyba czara go­ry­czy prze­lała się, gdy moja prze­ło­żona, która już parę razy śniła mi się w roli od­ra­ża­ją­cego karła, zwy­zy­wała mnie, gdy pod­czas po­rodu pu­ści­łam ko­bie­cie re­lak­su­jącą mu­zykę. Darła się na mnie, jak­bym co naj­mniej ko­goś za­biła, a ja tylko chcia­łam jej umi­lić chwilę, gdy wy­cho­dzące dziecko roz­ry­wało jej kro­cze.

Nie tylko ja mia­łam ta­kie od­czu­cia, co mnie po­krze­piało i do­da­wało dziw­nego ro­dzaju otu­chy. Nie tylko ja cier­pia­łam.

- Mam już dość.

Tymi sło­wami za­miast "dzień do­bry" czy "cześć" przy­wi­tała mnie pew­nego dnia smutna Ma­rzena, a po­tem pa­dły słowa, któ­rych gdzieś w środku się spo­dzie­wa­łam:

- Pra­cuję tu­taj szes­na­ście lat i pierw­szy raz od dawna roz­wa­żam odej­ście. Fakt, że ja­kaś nie­wy­kształ­cona siksa mówi mi, co mam ro­bić, i nie do­pusz­cza, że może się my­lić, wku­rza mnie pra­wie jak mój stary. Ja pier­dzielę, ostat­nio ta głu­pia baba za­częła kry­ty­ko­wać to, jak usta­wi­łam lampę nad no­wo­rod­kiem z żół­taczką, mimo że ro­bię to od lat i nikt ni­gdy się nie przy­pie­przał. Albo hit! - krzyk­nęła wtedy, a ja aż pod­sko­czy­łam prze­stra­szona. - Ten babsz­tyl sko­men­to­wał, że so­bie pod­śpie­wuję. Czu­jesz to?

Spoj­rzała na mnie, a ja tylko po­krę­ci­łam głową. Śpiew Ma­rzenki to było coś, za czym tę­sk­niły pa­cjentki i o czym czę­sto wspo­mi­nały w ko­men­ta­rzach. Każdy, kto ją cho­ciaż raz usły­szał, wie­dział, że ma nie­zwy­kły ta­lent, i był żądny wię­cej.

- A i jesz­cze jedno - cią­gnęła. - Po­dobno ja­kiś pan się na mnie skar­żył, bo za­czę­łam tłu­ma­czyć ko­bie­cie, jego żo­nie czy part­nerce, cho­lera wie, że bli­skość z dziec­kiem jest bar­dzo ważna. Two­rzy się więź i ta­kie tam. Ge­ne­ral­nie to młoda matka bała się brać ma­leń­stwo na ręce, że mu coś zrobi. Po­ka­za­łam jej, jak pod­no­sić synka, od­kła­dać, przy­sta­wiać do piersi i tak da­lej. Po­wie­dzia­łam, że na­wet może so­bie kłaść ma­lu­cha na brzuch i tak z nim od­po­czy­wać. Opo­wie­dzia­łam o chu­s­tach do no­sze­nia i na­wet da­łam ulotkę z in­struk­cją, jak to się za­kłada. Ale ojcu to nie przy­pa­dło do gu­stu i ta głu­pia baba stwier­dziła, że nie mam prawa wy­ra­żać swo­ich po­glą­dów. Na to ja, że ja­kich mo­ich po­glą­dów? To mię­dzy­na­ro­dowe or­ga­ni­za­cje pod­kre­ślają, jak ważny jest kon­takt matki z dziec­kiem, i to na kur­sach tego wszyst­kiego się na­uczy­łam. Mia­łam wra­że­nie, że ona zu­peł­nie nie ro­zu­mie, co tu­taj się dzieje i że cza­sami trzeba pa­cjent­kom czy ich ro­dzi­nom wy­ja­śnić pewne sprawy, po­móc i na­kie­ro­wać na od­po­wiedni tor.

- Przy­kro mi - wy­du­si­łam z sie­bie. Nic in­nego nie przy­cho­dziło mi do głowy. Nie chcia­łam pró­bo­wać jej wmó­wić, że to się zmieni, bę­dzie le­piej, bo sama w to już nie wie­rzy­łam. Praca, o którą tak za­bie­ga­łam, po­woli zmie­niła się w kosz­mar, z któ­rego sama chcia­łam się wy­rwać.

I oto je­stem, trzy mie­siące póź­niej de­cy­duję się na ten osta­teczny krok.

Za­my­kam za sobą wiel­kie drew­niane drzwi i czuję roz­cho­dzącą się po ciele ulgę.

Ni­gdy nie są­dzi­łam, że bez­ro­bo­cie tak mnie ucie­szy. Mam na kon­cie sporo kasy ze spadku po babci, ale jest on na sta­rość, nie na prze­że­ra­nie go, gdy je­stem w kwie­cie wieku, bo cały czas tak na sie­bie pa­trzę.

Wiem, że dla nie­któ­rych rocz­nik 1986 to abs­trak­cja i mło­dziaki my­ślą, że za mo­jej mło­do­ści po uli­cach bie­gały di­no­zaury, ale ja czuję, że wszystko jesz­cze przede mną. W su­mie pa­trząc na całe moje ży­cie, te­raz jest mi pra­wie ide­al­nie.

Mam przed sobą jesz­cze sporo czasu, żeby pra­co­wać. Ko­cham po­ma­gać in­nym i pra­gnę ro­bić to da­lej. Wiem, że wiele osób ko­rzy­sta­łoby z ży­cia, gdyby odzie­dzi­czyło tyle pie­nię­dzy co ja. Jedna ko­le­żanka, która zu­peł­nie przy­pad­kiem do­wie­działa się o spadku, roz­ma­rzona za­częła wy­mie­niać, co by za to ku­piła lub zro­biła.

- Sprze­da­ła­bym miesz­ka­nie, ku­piła dom w lep­szej dziel­nicy. Po­je­chała na wa­ka­cje, po­więk­szyła cycki, zmie­niła całą szafę dzie­ciom i so­bie, i przez ja­kiś czas bym nie pra­co­wała. Wa­ka­cje mi się na­leżą.

Na po­czątku przez chwilę na­wet roz­wa­ża­łam taki po­mysł. Jak po­li­czy­łam, pie­nię­dzy star­czy­łoby mi na ja­kieś pięt­na­ście, a może i dwa­dzie­ścia lat, w za­leż­no­ści od tego, w ja­kim tem­pie bym prze­ja­dała oszczęd­no­ści. I co po­tem?

Skoń­czy­ła­bym jako bez­ro­botna, bez kasy, z pięć­dzie­siątką na karku i do­świad­cze­niem z in­nej ery. Po dłu­gich roz­wa­ża­niach po­sta­no­wi­łam nie od­pusz­czać. Te­raz pra­co­wać, zbie­rać kasę, aby za dzie­sięć lat wy­je­chać w góry, otwo­rzyć mały pen­sjo­nat i cie­szyć się ży­ciem i pięk­nym kra­jo­bra­zem, nie stre­su­jąc się, na­wet jak klienci nie przy­jadą. Po pro­stu mieć swoje miej­sce na świe­cie, do któ­rego za­glą­da­liby tu­ry­ści żądni ci­szy, spo­koju i cu­dow­nego wi­doku za oknem.

Dla­tego kła­dąc na biurku wy­po­wie­dze­nie, uśmie­cham się, a słowa "Nie mo­żesz nas tak zo­sta­wić!" mo­jej bez­po­śred­niej prze­ło­żo­nej spły­wają po mnie w ułamku se­kundy.

Moją ra­dość z wol­no­ści pod­bija fakt, że mam re­alną szansę na nową pracę. Igor pod­rzu­cił mi świetne ogło­sze­nie z po­sadą, która wy­daje się ide­alna, a dzięki otrzy­ma­nym in­for­ma­cjom czuję się przy­go­to­wana jak ni­gdy. Z ja­kie­goś po­wodu wie­rzę, że od­mieni to moje ży­cie.

Na lep­sze.

Cho­ciaż po tym, co ostat­nio mnie spo­tkało, po­przeczka nie wisi zbyt wy­soko.