ROZDZIAŁ 3
Maria
W przeddzień balu zostaliśmy wezwani do szkoły. Bruno wyszedł w trakcie konsultacji lekarskich, ja natomiast musiałam się urwać z salonu sukien ślubnych, w którym pracowałam od kilku miesięcy. W trakcie jazdy modliłam się w duchu, by chodziło o jakąś błahostkę. Nauczycielka nie chciała mi nic powiedzieć przez telefon, a to potęgowało moje obawy, że Stasi coś się stało.
Kiedy dotarłam na miejsce, Bruno czekał na mnie przed wejściem dwupiętrowego budynku z rzędami plastikowych okien. W niektórych widniały kolorowe kwiaty oraz inne ozdoby. Ponad ramami wystawały głowy uczniów. Niektórzy z ciekawością spoglądali w naszą stronę, inni kompletnie nie zwracali uwagi na otoczenie, z zainteresowaniem wpatrując się w to, co widniało na tablicy. Kiedy szliśmy jasnym, wyłożonym kafelkami korytarzem, czułam takie zdenerwowanie, że nieświadomie zaczęłam mamrotać pod nosem. Nie mówiłam nic konkretnego, a już na pewno nic, co mógłby zrozumieć Bruno. Wystarczyło jednak tego na tyle, by mężczyzna objął mnie mocno i pocałował w głowę.
- Spokojnie - rzekł, gdy stanęliśmy przed drzwiami sekretariatu. - Wszystko będzie dobrze, kochanie.
Posłałam mu zaniepokojone spojrzenie.
- Oby - odpowiedziałam.
Sekretariat był niewielkim i jasnym pomieszczeniem z dość sporym oknem. Podłoga wyłożona linoleum w szwedzki wzór, ściany śnieżnobiałe, a okno przyozdobione białą firaną. Po prawej stało czarne biurko, za którym siedziała sekretarka, na lewo równie czarna kanapa, a obok niej szafka zamykana na klucz, gdzie zapewne trzymano ważne dokumenty. Na ścianie nad sofą wisiały zdjęcia z uroczystości szkolnych, a na wprost wejścia widniały ciemne drzwi ze złotą tabliczką "DYREKTOR" przyklejoną na samym środku. Sekretarka - około czterdziestoletnia, ruda kobieta - na nasz widok poderwała się z krzesła. Miała na sobie czarne, eleganckie spodnie zaprasowane na kant, czarne buty na wysokim obcasie oraz łososiową koszulę, jak na mój gust, zbyt bardzo opinającą jej spory biust. Chyba chciała się do nas uśmiechnąć, lecz wyszedł jej krzywy grymas. Westchnęła tylko dziwnie i bez słowa wskazała drzwi gabinetu dyrektora. Zignorowałam postawę kobiety i weszłam bez pukania.
Od razu zauważyłam Stasię, która ze spuszczoną głową tkwiła jak zaczarowana na jednym z krzeseł przy dość sporym brązowym stole. Naprzeciwko dziewczynki siedzieli jacyś ludzie, których nigdy nie widziałam oraz dyrektorka - wysoka, szczupła, z krótkimi blond włosami i w beżowej garsonce.
Wstała na nasz widok.
- Dzień dobry. Dobrze, że państwo już są - powiedziała kobieta.
Stasia podniosła głowę i spojrzała na nas dużymi, wyraźnie przerażonymi oczami. Zerwała się z krzesła i podbiegła do mnie, po czym jej drobne rączki oplotły mnie w pasie.
- Ja nie chciałam, mamusiu! - wołała. - Nie chciałam! Nie chcę iść do więzienia!
- O czym ty mówisz? - zapytałam zdezorientowana. Przeniosłam wzrok z córki na dyrektorkę i ludzi siedzących za stołem. - Co to ma znaczyć?
- Mamy spory problem. Może niech państwo...
- Niech pani mówi wprost - rzekł ostro Bruno. - Dlaczego nasza córka jest taka przerażona?
Dyrektorka westchnęła.
- To są państwo Szymańscy, rodzice Pauliny - wyjaśniła. - Niestety mieliśmy bardzo przykre zdarzenie i musieliśmy państwa wezwać.
Nic nie rozumiałam. Dyrektorka owijała w bawełnę, natomiast Szymańscy wpatrywali się we mnie jak w najgorszego zbrodniarza. Stasia tak bardzo do mnie przylgnęła, tak się wtuliła, że nie mogłam wykonać kroku. Posłałam Brunonowi nerwowe spojrzenie, bo moje podejrzenia okazały się prawdziwe. Stało się coś złego, coś strasznego i najwidoczniej sama dyrektorka nie wiedziała, jak nam to przekazać.
Mama Pauliny była po trzydziestce, a jej gęste, brązowe włosy opadały równymi falami na piersi. Jej mąż, atrakcyjny czterdziestolatek, miał spojrzenie mordercy, który szuka kolejnej ofiary.
- Nasza córka jest w szpitalu - warknął. - To dziecko - wskazał Stasię - zepchnęło ze schodów naszą Paulinkę!
W sumie facet mógł wstać i walnąć mnie pięścią w twarz, bo jego słowa dokładnie tak na mnie podziałały. Najpierw zaczęło mi dzwonić w głowie, potem serce zmieniło rytm na dudnienie, a następnie oddychanie stało się niebywale trudnym zadaniem. Spojrzałam w dół, na ciemną głowę mojej córki, która nadal wtulała się we mnie, szukając ochrony oraz ratunku.
- Stasia...? - zapytałam. - Zepchnęłaś koleżankę?
Żadnej reakcji. Nadal stała z rękami owiniętymi wokół mnie. Nie podniosła głowy, nie spojrzała mi w oczy. Po prostu stała niczym posąg. Chwyciłam sześciolatkę za ramiona, delikatnie ją od siebie odsunęłam i uklękłam przed nią.
- Stasia? Co się stało? - zapytałam najłagodniej, jak potrafiłam.
Tak naprawdę miałam ochotę wrzeszczeć i rzucać, czym popadnie, za najważniejsze jednak uznałam dobro mojej córki. I wyjaśnienie sprawy, bo nie mogłam uwierzyć, że moje dziecko mogłoby kogokolwiek skrzywdzić.
Anastazja stała ze spuszczoną głową. Widziałam, jak delikatnie przygryza dolną wargę, a potem wzdycha ciężko:
- Mówiła, że jestem cyborgiem - powiedziała w końcu z wyrzutem. - Napuściła na mnie całą klasę! I teraz się ze mnie śmieją!
Ścisnęłam obie dłonie dziewczynki. Właśnie tego się bałam: wykluczenia mojego dziecka z grona rówieśników.
Dyrektorka chrząknęła, by zwrócić moją uwagę.
- Bójki się zdarzają - powiedziała. - Z reguły załatwiamy takie sprawy na forum szkoły, tutaj doszło jednak do naprawdę przykrego zdarzenia. Paulinka ma złamaną rękę oraz poważny uraz głowy. W tej chwili trwa operacja. Anastazja zepchnęła koleżankę ze schodów z premedytacją.
Mój oddech przyspieszył. Jak przez mgłę poczułam dłoń Brunona na moim ramieniu i nieświadomie mocniej ścisnęłam dłonie córki. Kiedy ponownie spojrzałam na Stasię, ta nadal patrzyła w podłogę, nie zachowywała się jednak tak, jakby miała poczucie winy. Nie płakała, nie histeryzowała. Kiedy podniosła głowę i spojrzała mi prosto w oczy, coś zmroziło mnie od środka. Niewidzialna, ostra szpada przeszyła moje ciało niczym lodowy sopel. To, co dostrzegłam w oczach mojego dziecka, było tak przerażające, tak odrażające, jak zwłoki w zaawansowanym rozkładzie: Anastazja nie żałowała. Dyrektorka mówiła prawdę - moja córka z premedytacją zepchnęła koleżankę ze schodów. Celowo naraziła jej zdrowie, a nawet życie! Powoli przełknęłam ślinę, czując oddech przeszłości na karku.
- Co teraz będzie? - zapytałam ze ściśniętym gardłem.
- To bardzo poważna sytuacja. - Dotarł do mnie głos kobiety. - Sprawą zainteresuje się policja. Szpital ma obowiązek zgłaszać takie przypadki. Może dojść do rozprawy sądowej.
Nie, pomyślałam. To jakiś zły sen.
Puściłam dłonie córki i wstałam na równe nogi. Bruno patrzył surowym wzrokiem. Chyba zdał sobie sprawę, że moje dotychczasowe obawy nie były takie bezpodstawne. Moje dziecko, krew z mojej krwi, jest zdolne do krzywdzenia innych ludzi. Spojrzałam na rodziców Pauliny, którzy, biorąc pod uwagę okoliczności, zachowywali wręcz stoicki spokój.
- Będziemy się domagali odszkodowania - rzekł mężczyzna. - I usunięcia tego dziecka ze szkoły. - Wskazał Stasię.
- Spokojnie - wtrąciła dyrektorka. - Na razie nie będziemy nikogo usuwać. Proponuję dwutygodniowe zawieszenie Anastazji w prawach ucznia. Poczekajmy na decyzję policji i wynik operacji. - Urwała i po chwili westchnęła ciężko. - Bardzo mi przykro, pani Weyer, ale nie mam wyboru. Anastazja otrzymywała już ostrzeżenia.
- Oczywiście - odpowiedziałam, niemal cedząc przez zęby.
Czułam w sobie taką wściekłość, że cudem nie wybuchnęłam niczym bomba. Mogliśmy się kłócić, spierać zarówno z rodzicami poszkodowanej uczennicy, jak i z dyrektorką, ale doskonale wiedziałam, że nie mieliśmy takiego prawa. Gdzieś w głębi mojej córki rósł bezuczuciowy stwór, który w pewnym momencie przeobrazi się w potwora.
A ja muszę temu zapobiec.
* * *
W domu wybuchnęłam niekontrolowanie. Nie wytrzymałam i zrobiłam Anastazji awanturę. Dziewczynka stała przede mną z oczami wielkimi jak pięć złotych i próbowała coś wyjaśniać. Składała bardzo poplątane argumenty, bąkała nieśmiało, aż głośno się rozpłakała, zaszczuta przeze mnie niczym bezbronne zwierzę. Przestała mówić, z jej ust wydobywał się głośny szloch, a potem uciekła do swojego pokoju, kompletnie ignorując moje nawoływania. Bruno patrzył na tę scenę z założonymi rękoma, a gdy zostaliśmy sami, posłał mi karcące spojrzenie.
- Przesadziłaś - powiedział poważnie.
Aż zadrżałam ze złości.
- Ja przesadziłam?! - zawołałam. - Czy ty rozumiesz, do czego doszło?!
- Rozumiem, ale wrzeszczenie na dziecko nic nie da. - Opuścił ręce wzdłuż tułowia. - To już się stało. Zamiast krzyczeć, lepiej pomyśl, co możemy teraz zrobić. Jak załagodzić, by Stasia wyszła z tego cało.
Otworzyłam ze zdumienia usta. On chyba kompletnie nie pojmował powagi sytuacji?! Przecież w grę wchodziło zdrowie innego dziecka!
- Nie wierzę, że to powiedziałeś - wydusiłam. - Zawsze byłeś zbyt pobłażliwy, ale teraz mamy zupełnie inną sytuację.
- I dlatego powinniśmy coś zrobić. - Westchnął. - Próbowaliśmy już psychologa, a nawet psychiatry. Może trzeba poszukać problemu gdzieś indziej?
Wzięłam głębszy oddech, by nieco uspokoić nerwy. Nie odpowiedziałam od razu, chciałam nieco rozjaśnić umysł, który pod wpływem złości nie potrafił podejmować racjonalnych decyzji.
- Dobrze - zgodziłam się. - Gdzie twoim zdaniem powinniśmy szukać?
Bruno zrobił nieco niepewną minę, a potem powoli do mnie podszedł. Wahał się przed udzieleniem odpowiedzi, a to na powrót potęgowało mój strach.
- Myślałem o genetyce - wyjaśnił w końcu. - Może ojciec Stasi...
Cofnęłam się o krok, a czerwona plama wściekłości przysłoniła mi cały obraz.
- Zwariowałeś?! - krzyknęłam. - Tyle razy ci mówiłam! Nie chcę do tego wracać! Nie chcę nikogo szukać!
- Uspokój się - powiedział łagodnie. - Rozumiem sytuację, ale może gdybyśmy poznali tego człowieka, jego rodzinę, wiedzielibyśmy, jak działać. Myślę, że Stasia odziedziczyła jego geny. Może był chory? Pomyślałaś o tym?
Nie pomyślałam, bo nie musiałam. Doskonale znałam ojca Anastazji, jednak Bruno nie miał o tym pojęcia. Wmówiłam mu, że moja córka została poczęta w wyniku jednej, przelotnej nocy, której rzekomo nie pamiętałam. Opowiedziałam Brunonowi o imprezie, nadmiarze alkoholu i anonimowym człowieku w śmierdzącym, zatęchłym motelu.
- Pomyślałam - skłamałam, odwracając się do niego plecami. - I nie zamierzam nikogo szukać, rozumiesz? Moje dziecko nie jest chore.
- Oczywiście, że nie jest - zgodził się Bruno. - Ale kompletnie nie radzi sobie w relacjach społecznych i gdzieś musi leżeć przyczyna. Kocham ją tak samo jak ty i chcę ją chronić.
Zacisnęłam zęby. Jedyną przyczyną nieszczęścia mojego dziecka jestem ja. Ja oraz moje głupie serce, które chciało przeistoczyć diabła w anioła.
* * *
Wieczorem nadal nie mogłam się uspokoić. Żeby zająć czymś myśli, zaczęłam wystawiać zawartość szafek kuchennych, po czym dokładnie je myć, chociaż robiłam to całkiem niedawno. O siedzeniu w jednym miejscu nawet nie było mowy. Ciągle wracałam myślami do Stasi oraz tego, co się wydarzyło w szkole. Moja córka została zawieszona. Skrzywdziła koleżankę bez mrugnięcia okiem i to mnie przerażało. Przecież nigdy nie zachęcałam Anastazji do agresywnych zachowań. Wręcz przeciwnie: tłumaczyłam, że przemoc jest zła. Sądziłam, że dziewczynka, jako niezwykle inteligentna sześciolatka, doskonale to rozumie.
Mój żołądek ścisnął się boleśnie.
Prawda była taka, że choćbym nie wiem, jak bardzo próbowała nastawić Stasię na odpowiednie tory, ona i tak będzie przypominała ojca. Przyszło mi nawet do głowy, że to moja wina - Stasia instynktownie wyczuwała, że Bruno nie jest jej tatą i w ten sposób się buntowała. To bardzo głupie, nawet naiwne tłumaczenie, nie chciałam jednak przyjąć do wiadomości, nie mogłam się pogodzić z faktem, że moje dziecko jest bezwzględnie zimne na krzywdę innych. Zastanawiałam się, czy gdyby Wiktor był przy nas, gdyby wiedział, że jest ojcem, czy umiałby pokierować dziewczynką? Dostrzegłby te przerażające sygnały, które widziałam, i potrafiłby je wyplenić, póki Stasia jest dzieckiem?
Prychnęłam, wrzucając szmatkę w zlew. O czym ja w ogóle myślałam?! Ten człowiek nigdy by się nie przejął takim zachowaniem. Wręcz przeciwnie - byłby dumny, że jego dziecko podąża tymi samymi śladami, zimne i bezuczuciowe, niemal martwe emocjonalnie.
Pokręciłam głową, by odgonić nieprzyjemne myśli. Odwróciłam się przodem do stołu i stanęłam jak wryta, widząc przy nim Anastazję. Dziewczynka miała na sobie jasnoniebieską piżamę w białe serduszka, włosy rozpuszczone, a na blacie leżał pluszowy Kłapouchy. Patrzyła na mnie smutno, blada, z zaczerwienionymi oczami.
- Bardzo się na mnie gniewasz? - zapytała nieśmiało. Jedną rączką chwyciła łapkę pluszaka i zaczęła ją ściskać.
Westchnęłam ciężko. Usiadłam naprzeciwko.
- Nie gniewam się na ciebie, kochanie - powiedziałam spokojnie. - Tylko nie bardzo wiem, co robić. Jesteś taka mądra. Mogę z tobą rozmawiać inaczej niż z twoimi rówieśnikami, dlatego kompletnie nie rozumiem, dlaczego tak postąpiłaś. Mówiłam ci tyle razy, wyjaśniałam...
Stasia przygryzła dolną wargę, przenosząc spojrzenie na zabawkę.
- Jestem zła, prawda? - wyjąkała. - Dlatego nikt mnie nie lubi?
Zaprzeczyłam ruchem głowy. Chwyciłam rękę córki i ścisnęłam ją delikatnie.
- Nie jesteś zła, Stasiu. Jesteś najcudowniejsza na świecie.
- I z tej cudowności spycham innych ze schodów? - zapytała z niebywałą złością. Podniosła głowę, by spojrzeć mi w twarz. - Mamusiu, to było takie silne. Moje ręce same ją pchnęły! Nie chciałam, by Paulina umarła! - Rozpłakała się.
A moje serce razem z nią.
Dziewczynka zerwała się z krzesła i sekundę później tuliła się do mnie, łkając w moją szyję. Po raz kolejny zawiodłam jako matka. Nie porozmawiałam ze Stasią, nie wysłuchałam jej, a ona przez kilka godzin siedziała w swoim pokoju i zadręczała się swoim postępkiem.
- Ciii... - wydusiłam. - Paulinka nie umarła, będzie dobrze. Tata tego dopilnuje.
W odpowiedzi mocniej mnie przytuliła, a po chwili wychlipała:
- Nie chcę, byś przestała mnie kochać.
Przymknęłam oczy, czując, że jeszcze nigdy tak bardzo nie sięgnęłam dna, jak w tamtej chwili. Odsunęłam od siebie córkę i spojrzałam w niebieskie, pełne smutku oczy.
- Nigdy nie przestanę cię kochać - powiedziałam dobitnie. - Jesteś moim dzieckiem, moim serduszkiem. I zawsze będziesz dla mnie najważniejsza.
Stasia ponownie się we mnie wtuliła, pełna strachu i niepewności. Może i była mądra, może jej inteligencja znacznie przewyższała umysły innych dzieci w jej wieku, mimo wszystko jednak Anastazja pozostawała sześciolatką. Zwykłą, małą dziewczynką, która bała się sama siebie. A ja, jako matka, powinnam ją wspierać i chronić.
* * *
Coś skapnęło mi na dłoń. Marszcząc brwi, zerknęłam w górę. Niebo zdobiło mnóstwo pięknych gwiazd, wyraźnie czułam, że jednak coś kapie nie tylko na moje dłonie, ale także na głowę. Nie rozumiałam. Przecież panuje piękna pogoda, noc jest cicha i ciepła. Gdzieś w gęstej trawie śpiewają świerszcze, z daleka dobiegał stłumiony szum rzeki.
Kapanie stało się intensywniejsze, w końcu z czystego nieba lunęło czymś ciepłym, dziwnie gęstawym. Uniosłam dłonie, które pod wpływem deszczu zaczynały się robić czerwone. Moje włosy oraz ubranie przesiąkły cieczą, która spływała mi do ust.
Metaliczny smak.
Tak bardzo charakterystyczny.
Krew.
Z czystego, gwieździstego nieba spadały hektolitry krwi! Moje serce waliło jak opętane, świerszcze oraz rzeka ucichły, jakby oddawały hołd niewidzialnym ofiarom. Zielona, miękka trawa zniknęła, a zamiast niej pojawiła się podłoga.
I pokój.
Deszcz ustał, a ja, cała we krwi, stałam nad nieruchomym, męskim ciałem. Wpatrywałam się w zimne, martwe oczy mężczyzny. Płuca rozbolały mnie od nadmiaru powietrza. Klatka piersiowa nie wytrzymywała zbyt szybkiej pracy serca. Chciałam uciec z tego pustego i ciemnego pokoju. Zauważyłam kraty w oknie. Zadrżałam, instynktownie łapiąc się za... płaski brzuch.
- Gdzie moje dziecko?! - Nieświadomie krzyknęłam z przerażeniem.
Mocniej uciskałam brzuch, jakby to nagle miało przywrócić moje maleństwo. Ale nic się nie działo. Nadal stałam nad trupem i szukałam ciąży, w której jeszcze chwilę temu byłam.
Potem martwa ręka mężczyzny zacisnęła się na moim nadgarstku. Była lodowata, dziwnie sztywna. Pozbawione życia oczy wbiły we mnie spojrzenie, a zesztywniałe ciało podniosło się niezdarnie. Trzymał mnie mocno. Tak mocno, że nie mogłam się wyswobodzić. Z jego głowy spływały kaskady czarnej krwi, z czoła zwisał kawałek mózgu. Uśmiechnął się upiornie, szczerząc zakrwawione zęby.
- Nadchodzę - powiedział, krztusząc się wymiocinami.
Kiedy mówił, wypluwał treść żołądka.
- Idę po ciebie - dodał.
Krzyknęłam.
I to właśnie ten wrzask obudził Brunona.
Przestraszony usiadł na łóżku, a potem delikatnie mną szarpnął. Kiedy otworzyłam oczy, zorientowałam się, że leżę w naszej sypialni, a przejęta twarz mojego narzeczonego uspokaja mnie jak dobra wróżba.
- Coś ci się śniło - powiedział czule, dotykając mojego mokrego czoła. - Już dobrze, kochanie. - Położył się obok i otoczył mnie ramionami. - Wszystko w porządku - szeptał. - Jestem przy tobie.
Zadrżałam.
Problem polegał na tym, że nic nie było w porządku.
Bruno jednak nie miał o tym zielonego pojęcia.