ROZDZIAŁ 1
Poświęcilibyście życie innego człowieka, aby uratować chore dziecko?
Swoje dziecko? Swojego ukochanego syna?
Też wielokrotnie zadawałem sobie to pytanie. Nie dziesiątki, nawet nie
setki razy. Myślę, że tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy. Budziłem się,
kąpałem, jadłem, chodziłem do pracy, opiekowałem się cierpiącym Leosiem
i zasypiałem z tym pytaniem każdego parszywego dnia mojego - gównianego
życia. Z czasem to pytanie przeobraziło się w wiertło, które zdawało się
świdrować w czaszce, nie dając chwili wytchnienia. Dzień w dzień,
tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc. Do samego końca...
Nazywam się Daniel Adamski, ale już mnie nie ma. Jest tylko moje ciało,
gdzieś tam, nie wiem gdzie, duszy nie ma. Kiedyś nazywano mnie też
Motylem, bo o Motylu pisałem i Motyl był częścią mnie, a może
rzeczywiście byłem Motylem, ale nie chciałem się do tego przyznać przed
samym sobą. Motyl zaś nie był miłym określeniem, raczej pejoratywnym, i tak mnie chyba zapamiętano. Tego nie wiem na pewno, ale zdaje się, że
tak jest, nic mnie to już jednak nie obchodzi, bo tam, gdzie jestem -
albo mnie nie ma - nie jest to ani trochę ważne.
Zacznę może od tamtego wrześniowego poranka, zwykłego i niezwykłego
zarazem, bo wtedy wszystko się zaczęło, albo prawie wtedy, bo trudno to
jednoznacznie określić i najlepiej będzie, gdy sami to ocenicie. W każdym razie ja zacznę właśnie od tego konkretnego momentu, gdy moje
życie i życie wielu mniej lub bardziej bliskich mi osób zmieniło się
diametralnie, czasem na lepsze, a czasem na gorsze.
Podobnych wrześniowych poranków przeżyłem już wiele, mój pięcioletni syn
o imieniu Leonard trochę mniej. Za oknem świeciło słońce, a z pobliskiego parku dochodziło krakanie ptactwa i odgłosy bawiących się
dzieciaków. Liście na drzewach powoli zmieniały kolor na żółty, który
już wkrótce miał zmienić się w pomarańczowy, następnie w czerwony, a w końcu liście miały spaść na ziemię i przepoczwarzyć się w kupę
gnijącego, niesprzątanego i nieinteresującego nikogo listowia.
Akurat robiłem pranie, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Rzadko
miewałem niezapowiedzianych gości, więc na palcach zakradłem się do
wizjera. Nie zdziwiłem się, gdy zobaczyłem parę tajniaków. Spodziewałem
się ich, w tej sytuacji ich wizyta prędzej czy później była
nieunikniona. Serce zabiło mi trochę mocniej, ale po chwili wahania
otworzyłem drzwi.
- Pan Daniel Adamski? - zapytała niewysoka blondynka z fryzurą na
Małgorzatę Kożuchowską. Miała silny, podchodzący pod męski tembr głosu,
nosiła jasne, przetarte w kilku miejscach dżinsy i zapinaną bluzę z kapturem. Nie była zbyt ładna, brzydka też nie, na prawym policzku uwagę
przykuwało mało atrakcyjne znamię.
- A kto pyta? - udałem głupiego.
- Podkomisarz Monika Balcerzak z Wydziału Kryminalnego Komendy Miejskiej
- przedstawiła się. - A to starszy aspirant Grzegorz Mularczyk.
Chcielibyśmy zadać panu kilka pytań.
- Coś się stało? - Zmarszczyłem brwi.
- Możemy wejść?
- A może mi pani powiedzieć, w jakim celu? - naciskałem.
- Mamy kilka pytań.
- W takim razie przy innej okazji. Mieszkam z chorym dzieckiem. Syn śpi
i potrzebuje spokoju. Do widzenia.
Nie wiem, czemu powiedziałem to, co powiedziałem. Chyba spanikowałem, bo
zachowałem się kompletnie nieracjonalnie. Przecież spodziewałem się ich,
wiedziałem, że przyjdą, nie mieli wyboru, chyba że byli kompletnymi
amatorami, ale skoro przyszli, to raczej nie można było ich tak nazwać.
Pojawili się u mnie nie bez przyczyny, to oczywiste, dlaczego zatem
odburknąłem im w ten sposób? Bez sensu. Przecież skoro się zjawili, to
prawie na pewno czytali książkę i skrupulatnie mnie prześwietlili.
Wiedzieć to jedno, a zareagować na zaistniałą sytuację to drugie. Jakaś
siła sprawiła, że nie chciałem ich wpuścić, po prostu nie i koniec.
Chciałem zamknąć drzwi, ale policjantka przyblokowała je butem.
- Nie zajmiemy panu dużo czasu - bąknęła. - Możemy porozmawiać tu albo
na komendzie.
Zagrała ostro, a ja chyba pobladłem ze strachu, bo jej usta drgnęły w grymasie czegoś, co mogło przypominać triumfalny uśmiech. Jej partner,
duże, brzydkie chłopisko z bokserskim nosem, mierzył mnie surowym
spojrzeniem, nie okazując przy tym żadnych emocji. Zupełnie straciłem
pewność siebie, jeśli w ogóle kiedykolwiek ją miałem. Oczywiście mogłem
zamknąć im te drzwi przed nosem i nagle bardzo tego zapragnąłem, ale
równie szybko zdałem sobie sprawę, że choroba syna nie stanowi dla mnie
żadnego immunitetu. Wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał
złożyć zeznania, ale mogłem przynajmniej odłożyć ten przykry obowiązek
na jakiś nieokreślony czas. Zrobiłbym to bez chwili wahania, gdyby
właśnie o czas tu nie chodziło.
- Mogę zobaczyć państwa legitymacje? - zapytałem, próbując jakoś wybrnąć
z tej mało komfortowej sytuacji.
Oboje wyciągnęli dokumenty i przytrzymali je na wysokości moich oczu.
Zlustrowałem je wzrokiem bardzo dokładnie. Wyglądały na prawdziwe.
- Zatem? - naciskała blondynka.
- Dobrze - odparłem po chwili wahania. - Ale proszę o ciszę. Leoś
dopiero zasnął, a sen ma lekki.
Balcerzak skinęła głową. Otworzyłem drzwi na oścież i niechętnie
wpuściłem nieproszonych gości. Policjanci weszli pewnym krokiem, od razu
pożądliwie rozglądając się po korytarzu, czym wprawili mnie w jeszcze
większe podenerwowanie. Skojarzyli mi się z parą srok szukających
jakiejś błyskotki albo tymi naciągaczami, co to wmawiają naiwnym
starszym paniom, że są z wodociągów, a potem wychodzą nie tylko z odczytami, ale i oszczędnościami ich życia.
Wskazałem ręką drogę do salonu, który również padł ofiarą ich łakomych
spojrzeń. Nie był duży, ale też nie za mały, starałem się zachować umiar
w wystroju, wobec czego niespecjalnie było na czym zawiesić oko.
Narożnik, ława, kilka półek z książkami i duperelami, które po prostu
stały, w głębi stół, na tym stole rozłożone klocki Lego i malowanka
syna, za rogiem aneks kuchenny, na podłodze kilka niesprzątniętych
zabawek. Zachęciłem ich, aby zajęli miejsca przy stole, po czym
zapytałem, czy się czegoś napiją. Miałem nadzieję, że odmówią, ale
poprosili o wodę, więc zniknąłem za winklem, który częściowo rozdzielał
salon i kuchnię. Nie sprzątnąłem stołu, chyba z nerwów, chociaż może
podświadomie chciałem, aby go zobaczyli takim, jaki jest na co dzień -
wszystko, co było na nim, w pewien sposób działało na moją korzyść.
- Piję kranówkę - ostrzegłem uczciwie, napełniając kubki. - Kupowanie
wody w sklepach to nabijanie ludzi w butelkę.
- Tu się z panem zgodzę - odparła policjantka, odbierając ode mnie
naczynie z wizerunkiem Roberta Lewandowskiego przyjmującego piłkę na
klatkę piersiową. - Długo pan tu mieszka?
- Zbyt długo. Będzie z dziesięć lat. - Usiadłem naprzeciwko dwojga
funkcjonariuszy. - Przepraszam za ten bałagan, ale nie spodziewałem się
gości, a... wie pani... syn jest...
- Nic nie szkodzi. Przywykliśmy - odezwał się aspirant.
Coś w głosie policjanta sprawiło, że poczułem się niepewnie. Nie
dlatego, że brzmiał jak sygnał ostrzegawczy wpływającego do portu
tankowca, nie dlatego też, że nie dał mi dokończyć, w tym tonie
wybrzmiała jakaś niestosowna, a być może nawet groźna nuta. Nerwowo
przełknąłem ślinę. Chciałem mieć tę rozmowę jak najszybciej za sobą.
- Moglibyśmy od razu przejść do meritum? - zapytałem nieśmiało. - Trochę
się stresuję tą wizytą, bo rzadko odwiedzają mnie policjanci. I to z wydziału kryminalnego - dodałem, ściszając głos.
Policjantka przez chwilę bacznie mi się przyglądała. Nie jakoś
specjalnie dokuczliwie, mimo to poczułem, że pod wpływem jej spojrzenia
mój żołądek skurczył się do rozmiarów piłeczki tenisowej, a może nawet
pingpongowej. Z trudem mogłem też utrzymać z nią kontakt wzrokowy,
zwłaszcza że wciąż odruchowo zerkałem na jej znamię. Przypominało
myszkę, tylko że bez ogonka.
- Prowadzimy dochodzenie w sprawie śmierci Cypriana Kaczmarka - rzekła w końcu. - Pewnie pan słyszał, że w piątek zwłoki tego mężczyzny zostały
odnalezione w parku Tysiąclecia.
- Tak. To przykre. Znaliśmy się.
Wyprzedziłem kolejne pytanie i spuściłem głowę, jakbym rzeczywiście
przejął się tym, co go spotkało. Tak naprawdę obchodziło mnie to tyle,
ile psia kupa na chodniku na drugim końcu miasta. Odpowiedziałem jednak
zgodnie z prawdą, bo znałem Cypriana od dzieciństwa. Uznałem też, że
resztę mogę na razie przemilczeć.
- Skąd pan dowiedział się o jego śmierci? - kontynuowała przesłuchanie
policjantka.
- Z radia. A potem upewniłem się w internecie.
- Utrzymywaliście kontakt? - włączył się do rozmowy przyboczny "Myszki",
której znamię wciąż złośliwie przyciągało mój wzrok. Jedno spojrzenie na
jej partnera wystarczyło jednak, aby odstręczające znamię na jej
policzku przestało mnie torturować. Pierwsze wrażenie zrobiło swoje, ale
dopiero gdy przyjrzałem mu się w jasno oświetlonym pokoju, zrozumiałem,
że nie chciałbym mieć z tym facetem na pieńku. Mularczyk wyglądał na
krzepkiego gościa i prawie na pewno coś trenował, bo jego krzywy nos
musiał być wielokrotnie złamany, a uszy przypominały nadgniłe kalafiory.
I teraz te jego kalafiory ustąpiły pierwszeństwa myszce.
- Nie. Będzie ze dwadzieścia lat - odparłem.
- I przez ten czas ani razu się nie spotkaliście?
- No, w sumie to raz, choć nie nazwałbym tego spotkaniem. Kilka lat temu
widziałem go, jak znęcał się nad jakimś typem pod knajpą.
- Znęcał się? - dopytał policjant.
- Kopał go, gdy ten leżał na ziemi.
- Znał pan tego drugiego? - Myszka znów wkroczyła do akcji.
- Nie przyglądałem się. Odszedłem chyba, bo byłem z dziewczyną. Nie
jestem z tych, co szukają guza.
- Hmm...
Podkomisarz cmoknęła i przygryzła dolną wargę. Pomyślałem, że
niepotrzebnie dodałem ostatnie słowa, bo mogli je dwuznacznie
zinterpretować. Nie jestem człowiekiem, który szuka guza... Zabrzmiało
beznadziejnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę zaistniałą sytuację. Na chwilę
zapadła niewygodna cisza, która z każdą upływającą sekundą stawała się
coraz bardziej niewygodna, aż stała się tak niewygodna, że nie
wytrzymałem i nerwowo potarłem nos. Kątem oka widziałem, jak starszy
aspirant Mularczyk świdruje mnie wzrokiem, dostrzegłem też, jak
spojrzenie policjantki zatrzymało się na tej jednej, konkretnej półce z książkami, nieco na lewo za moimi plecami. Zdałem sobie sprawę, że dla
odmiany drgnęła mi powieka, co nie umknęło wpatrującemu się we mnie
Kalafiorowi. Pozostało czekać na pytanie, które zaraz miało paść.
To pytanie jednak nie padło, bo dobiegł mnie krzyk syna. Zerwałem się i wybiegłem z salonu. Leoś leżał w swoim pokoju w pozycji embrionalnej i trzymał się za brzuszek. Oczy miał pełne łez i co chwilę powtarzał, że
bardzo go boli.
- Zaraz przestanie, kochanie - powiedziałem, czując, że znów pęka mi
serce, a uwierzcie, że pękało już wiele razy i jeszcze wiele razy pękać
miało. Przytuliłem go, ale uderzył mnie łokciem w twarz. Wiedziałem, że
nie zrobił tego specjalnie, bo w takich momentach nie panował nad
odruchami. Ból był po prostu zbyt silny. - Tu masz miskę, synku. Spróbuj
zwymiotować. Tak jak wczoraj. Będzie mniej bolało.
- Nie będzie! - krzyknął. - Nie będzie, nie będzie, nie będzie!
- Spróbuj. Proszę cię, Leoś.
Podsunąłem miskę i przesunąłem spięte ciało syna na skraj łóżka. Tylko
machnąłem ręką, gdy kątem oka dostrzegłem policjantów stojących w drzwiach do jego pokoju. Ona coś tam bredziła o wezwaniu karetki, a on
przestępował z nogi na nogę, nie mogąc się zdecydować, co powinien
zrobić. Oboje nie mieli pojęcia, z czym mają do czynienia.
- Włóż paluszki do buzi. Tak jak ostatnio - zachęcałem syna.
- Boli, boli, boli! - Leoś wił się na materacu, płacząc.
- Spróbuj, kochanie. Tatuś ci pomoże. Wiesz, że będzie mniej boleć.
- Nie będzie! Nie będzie! Ja już nie chcę żyć!
Trzy dni wcześniej wróciliśmy z kolejnej chemii. To nie był pierwszy
raz, gdy dopadł go atak tak silnego bólu, ale jeszcze nigdy wcześniej
nie powiedział tego, co powiedział. W ustach pięciolatka zabrzmiało to
koszmarnie. "Ja już nie chcę żyć" - jaki chłopiec w jego wieku
posłużyłby się taką konstrukcją? Chyba nie ma słów, na pewno nie ma
słów, które mogłyby wyrazić to, co wtedy poczułem. I nikomu, nawet
najgorszemu wrogowi nie życzę, aby kiedykolwiek usłyszał z ust
cierpiącego syna, że ten błaga o śmierć.
Przytuliłem go, zupełnie zapominając o dwójce policjantów. I pękłem,
zalewając się łzami, tak jak zalewałem się już wcześniej nie raz i nie
dwa, nie tysiąc albo i więcej. Chwilę później Leoś zaczął wymiotować.
Łkałem i patrzyłem, jak z jego drobnych ust tryska gęsta żółć, a gdy
skończył, sięgnąłem po wodę z mieszanką wcześniej rozpuszczonych
lekarstw i podałem mu ją do wypicia. Wychylił do dna, oblewając sobie
brodę. Wiedział, że na chwilę uśmierzy ból. O tamtej dwójce
przypomniałem sobie w momencie, gdy ponownie usłyszałem głos
funkcjonariuszki.
- ...na Moniuszki dwanaście C, jak Celina. Dziecko wymiotuje i bardzo
cierpi.
- Nie wzywaj karetki! - warknąłem. - Nic tu nie pomoże. A teraz
wyjdźcie. Natychmiast!
- Ale...
- Wypierdalać!
Nie powinienem był być aż tak obcesowy, ale straciłem panowanie,
krzyknąłem. Oczywiście, że chcieli pomóc, ale nie byli w stanie. Leoś
cierpiał, bo "taki jest urok nowotworów". Tak mówił doktor Idzikowski,
czwarty albo piąty profesor doktor habilitowany nauk medycznych,
specjalista chirurg onkolog, sto pięćdziesiąty ósmy lekarz, jakiego
poznałem, rzecz jasna z tym ostatnim trochę przesadzam. Najpierw
naświetlania, potem operacja wycięcia guza, następnie chemia numer
jeden, numer dwa, a potem... miałem cichą nadzieję, że nie będzie numeru
trzy.
Usłyszałem tylko odgłos zamykanych drzwi i położyłem dłoń na pokrytej
siatką żyłek głowie syna. Wciąż płakał, ale na szczęście ból
najwyraźniej zelżał. Teraz tylko wyginał usteczka w podkówkę i siorbał
noskiem, od czasu do czasu łapczywie chwytając powietrze. Nienawidziłem
tego widoku i tak jak nie znałem słów, które mogłyby opisać, co czuje
ojciec, słysząc syna błagającego o śmierć, tak nie jestem w stanie
znaleźć słów, aby opisać widok jego drobnego, poddawanego torturom
ciałka, choć obiecuję, że będę próbował.
Wytarłem łzy i szepcząc mu do ucha, gładziłem go po głowie przez
najbliższy kwadrans. Potem położyłem się, objąłem go i wspólnie
zasnęliśmy, a ja o dziwo nie miałem koszmarów.
Obudził mnie dźwięk wirującej pralki. Powoli kończyła pracę, podskakując
wściekle. Podniosłem się z łóżka, uważając, aby nie obudzić syna. Zwykle
po kolejnym ataku bólu spał twardym snem. Zajrzałem do salonu. Na ławie
leżała karteczka z prośbą o pilny kontakt, obok zaś wizytówka
podkomisarz Moniki Balcerzak z zakreślonym numerem telefonu.
Nastawiłem czajnik i zrobiłem sobie kawy. Z kubkiem w dłoni wyszedłem na
balkon na papierosa i mocno się zaciągając, patrzyłem na pomazane
graffiti mury pobliskich garaży i parkowe drzewa. Na placu zabaw głośno
dokazywały dzieciaki. W połowie papierosa wykręciłem numer do matki.
Odebrała już po pierwszym sygnale.
- Cześć, mamo - przywitałem się.
- No cześć. Właśnie miałam dzwonić. Zrobiłam gołąbki i...
- Chciałbym, abyś podjechała i przez kilka godzin zajęła się Leosiem.
Mam ważną sprawę do załatwienia.
- Znowu palisz? - zapytała z wyrzutem.
Zwykle w rozmowie z matką starałem się pilnować, ale byłem zbyt przejęty
całą sytuacją i najwyraźniej się zapomniałem. Czasem miałem wrażenie, że
tylko czyha na mój najmniejszy błąd, żeby znów zacząć mi prawić morały.
- Nie - skłamałem. - Po prostu głębiej odetchnąłem.
- Nie oszukuj mnie.
- Naprawdę, mamo. Możesz przyjechać? To pilny temat.
- Dobrze. Jak się czuje mój ukochany wnuczek? - Chciała być pogodna, ale
w tonie jej głosu pobrzmiewał ten sam żal co zwykle.
- Kiepsko - odparłem. - Niedawno miał kolejny atak. Cierpi, więc
przygotuj się, że może być marudny.
- Kupiłam mu kilka nowych bajek, to mu poczytam. Masz komplet lekarstw?
- Mam wszystko. Kiedy będziesz?
- Mogę być za pół godziny. Muszę tylko spakować te gołąbki.
- Dziękuję, mamo.
- To do zobaczenia.
- Pa.
Zgasiłem papierosa w pełnej niedopałków szklance i wróciłem do salonu.
Wciąż słyszałem głosy szalejących dzieciaków, radosne, szczęśliwe,
drażniły mnie. Wziąłem do ręki wizytówkę i raz jeszcze bardzo dokładnie
się jej przyjrzałem. Głosy nie ustawały. Kontrolnie zajrzałem do pokoju
Leosia. Spał, cicho pochrapując.
Z powrotem wyszedłem na balkon i drżącą ręką odpaliłem kolejnego
papierosa. Z drzew zerwała się chmara ptaków, chyba gołębi. Dzieciaki
zaczęły krzyczeć i skakać. Kurwa!
Wklepałem numer z wizytówki i przez chwilę zastanawiałem się, czy
nacisnąć zieloną słuchawkę. Generalnie spraw, które już się wydarzyły,
cofnąć się nie dało, a czas nigdy nie był naszym sprzymierzeńcem...
Zadzwoniłem. Chwilę później piski dzieciaków zastąpił chropowaty głos
podkomisarz Myszki.
ROZDZIAŁ 2
Podkomisarz Monika Balcerzak czekała na mnie w umówionym miejscu. Z zadowoleniem przyjąłem fakt, że przyszła sama, a przynajmniej taką
miałem nadzieję. Nie to, że nie byłem przygotowany na obecność jej
partnera, ale Kalafior mnie onieśmielał, a nawet trochę przerażał.
Wystarczyło, że moją uwagę namiętnie przykuwało jedno znamię. Myszka i kalafiory mogły być dla mnie zbyt dużym wyzwaniem.
Kawiarnia mieściła się przy deptaku, na rogu dużej kamienicy przy placu
Pocztowym, i zwykle gościła turystów albo lokalnych biznesmenów. Była
znana i lubiana, choć o tej porze większość stolików stała pusta.
Dosiadłem się do tego pod sporych rozmiarów parasolem.
- Dzień dobry - przywitałem się. - Chciałbym przeprosić za moje
zachowanie. Zwykle tak nie reaguję i...
- Proszę się nie przejmować - przerwała mi. - Zdążyłam się zorientować w pana sytuacji rodzinnej i naprawdę bardzo mi przykro z powodu choroby
pana syna.
Spojrzałem na nią poirytowany. Może i zdążyła się zorientować, ale tak
naprawdę nie miała zielonego pojęcia, o czym mówi. Wam też jestem winny
wyjaśnienia, ale jeszcze do tego wrócę. W każdym razie Balcerzak nie
wyglądała mi na kobietę, która samotnie wychowuje chore dziecko, w ogóle
nie pasowała do roli matki, w końcu była policjantką pracującą w wydziale kryminalnym, więc gówno mogła wiedzieć o mojej sytuacji
rodzinnej.
- Ma pani dzieci? - zapytałem, chyba nieco zbyt zaczepnie.
- Nie o tym chciałabym z panem porozmawiać - odbiła piłeczkę.
- Po prostu... - Przygryzłem nerwowo dolną wargę. - Przepraszam...
- Nie ma za co. Nie chciałam, żeby mnie pan źle zrozumiał... - Odetchnęła
głębiej. - Mam córkę. Rok starszą od pana syna. Ma na imię Nadia -
dodała.
Wypowiedziała to innym tonem i nie miał on w sobie nic z tonu
policjantki na służbie, mimo to wciąż nie byłem w stanie wyobrazić
sobie, że po powrocie do domu zamienia się w kochającą matkę. To
wrażenie prysło, gdy pomyślałem o żonie, bo żonę miałem, a w zasadzie
miałem i nie miałem, bo teraz jej nie było, ale wrócę do tego później. W każdym razie Myszka była do niej trochę podobna i odrobinę mi ją
przypominała.
Wykorzystując chwilę ciszy, przyjrzałem się jej bliżej. Bluza, w której
tu zapewne przyszła, wisiała przewieszona przez oparcie krzesła. W opiętej koszulce wyglądała korzystnie, a może nawet lepiej niż
korzystnie, w każdym razie dobrze. Musiała mieć wysportowane ciało, bo
łatwo było dostrzec delikatnie zarysowane bicepsy. Moja żona też miała,
być może wciąż ma, raczej na pewno ma wysportowane ciało...
- Dziękuję, że pan tak szybko oddzwonił - rzekła, wyraźnie dając do
zrozumienia, że czas skupić się na celu spotkania.
- Po prostu nie chcę problemów - odparłem. - I szczerze mówiąc... -
zawiesiłem na chwilę głos - ...trochę spodziewałem się waszej wizyty.
- Przy pierwszym spotkaniu sprawiał pan inne wrażenie.
- Miałem ciężką noc. Syn naprawdę jest w kiepskiej formie...
Wspomnienie Leosia wyraźnie ją onieśmielało, jakby gasiło zapał,
zmiękczało. Zresztą nie ją jedną, bo wszyscy wtedy zachowywali się
inaczej, inaczej mówili, cedzili słowa, zwłaszcza kobiety. Uratowała ją
kelnerka z równo przyciętą grzywką, która nagle zmaterializowała się
przy stoliku. Miała bardzo duże oczy i naturalnie piękny uśmiech, choć
przyjemny efekt psuł nieco kolczyk na samym środku dolnej wargi, ale to
było tylko moje zdanie, jej chyba nie. Zamówiłem herbatę, a moja
rozmówczyni wodę niegazowaną.
- Tym bardziej się cieszę, że znalazł pan czas, panie Danielu - rzekła
po dłuższej chwili. - Rozumiem, że wie pan, o czym chcę porozmawiać...
- O śmierci Cypriana.
- Owszem, choć mam na myśli to, jak zginął. Pan wie, jak umarł, prawda?
- Wiem tyle, ile dotarło do mnie z mediów. Ktoś go zastrzelił w parku
Tysiąclecia.
- Dwie kule w brzuch, po jednej w klatkę piersiową i w głowę. Wygląda na
egzekucję. Ciało znaleziono pod starym dębem...
Zamilkła, a ja wpatrywałem się w oczy Myszki jak zaczarowany, zbyt
mocno, nienaturalnie, jak potencjalny kłamca. Nie potrafiłem inaczej,
chciałem, ale nie potrafiłem. Byłem pewny, że dokładnie analizuje mimikę
mojej twarzy, i pomyślałem, że już nic więcej nie muszę mówić, bo
wyczytała ze mnie wszystko, czego potrzebowała, a może nawet więcej.
Przełknąłem ślinę i nerwowo zacząłem szukać w wewnętrznej kieszeni
kurtki paczki papierosów.
- Rozumiem, że kojarzy pan fakty... - drążyła temat.
- Tak - odparłem zgodnie z prawdą i zapaliłem.
- Czy jakoś pan to skomentuje?
- Ale jak? - Zaciągnąłem się mocno, może znów zbyt teatralnie. - Ja
tylko napisałem książkę. Czy to może być zbieg okoliczności?
- My, panie Danielu, z zasady nie wierzymy w zbiegi okoliczności.
Dlatego chciałam się z panem spotkać.
- Ale... - Zamilkłem. Nagle poczułem ogarniające mnie poczucie winy. I nerwowość, nad którą nie byłem w stanie do końca zapanować, jeśli w ogóle. - Czy ja jestem o coś podejrzany? - wykrztusiłem w końcu.
- Jest pan autorem kryminałów, więc zapewne wie pan, jak to działa -
odparła wymijająco. - Mogę jednak pana pocieszyć, że grono podejrzanych
jest szerokie.
Spodziewałem się takiej odpowiedzi, choć i tak zabrzmiało to co najmniej
deprymująco. Jeszcze nigdy nie byłem podejrzany o morderstwo i te słowa
- mimo że wypowiedziane trochę na okrętkę, opuściły jednak usta
policjantki z wydziału kryminalnego, z wydziału kryminalnego, do jasnej
cholery! - niemal sprawiły mi fizyczny ból.
- Jeśli chciała mnie pani zdenerwować, to się pani udało - stwierdziłem,
gasząc nadpalonego papierosa w popielniczce. - Ale to, że napisałem
podobną scenę w jednej z moich książek, to chyba jeszcze nie
przestępstwo, prawda?
- Identyczną, panie Adamski. Przyznam, że do tej pory nie czytałam pana
powieści, ale akurat z tą zdążyłam się już zapoznać.
- Czyli jestem taki sławny? - odparłem, nieumiejętnie próbując ukryć
niepokój pod przykrywką żartu.
- Jeden z techników kryminalistycznych jest fanem pana książek i to on
połączył fakty. Dziś pana twórczość zna już większość policjantów, z komendantem na czele.
Nie odpowiedziałem. Nie miałem pojęcia, jak odebrać jej słowa. Jak
zawoalowaną groźbę? Dyskretną próbę wymuszenia na mnie jakiegoś
zeznania? A może chciała, żebym po prostu przyznał się do zastrzelenia
tego faceta?
- Chyba nie do końca - rzuciłem szorstko. Mimowolnie zacząłem się
bronić. - Nie przypominam sobie, aby pisali, że w ustach ofiary
znaleziono larwę rusałki, prawda?
Policjantka wymownie uniosła brwi. Nie mogła mi odpowiedzieć na to
pytanie, ale jej reakcja dawała podstawy do wyciągnięcia dość
oczywistych wniosków.
- Chce pani powiedzieć, że... - Nerwowo podrapałem się po policzku. -
Chyba nie myśli pani, że byłbym takim idiotą, żeby zabijać kogoś w sposób, jaki opisałem wcześniej w swojej powieści?
- Zdziwiłby się pan, na jakie pomysły ludzie wpadają.
- Chce mnie pani wyprowadzić z równowagi?
- Oczywiście, że nie. - Myszka odchyliła się na krześle. Kelnerka
postawiła na stole moją herbatę oraz małą butelkę wody mineralnej z wysoką szklanką i cytryną na podstawce. Policjantka ręką powstrzymała ją
przed jej napełnieniem. - Sprawa jest jednak dość dziwna, bo znał pan
ofiarę - dodała.
- Poznałem w życiu tysiące osób - stwierdziłem, strzepując popiół do
popielniczki. - Cyprian akurat nie należał do moich bliskich przyjaciół.
Powiedziałbym, że w ogóle nie należał do osób, z którymi chciałbym
utrzymywać kontakt.
- Czyli za sobą nie przepadaliście?
Mój oddech przyspieszył. Instynktownie odwróciłem wzrok. Nie wiem gdzie,
byle gdzie. Przez chwilę myślałem, co odpowiedzieć, albo tylko sobie
przypominałem, jak powinienem się w takiej sytuacji zachować. Moja
rozmówczyni stała się bardziej agresywna, a ta rozmowa zaczęła
przybierać niebezpieczny obrót. Kątem oka widziałem, że Myszka bacznie
mi się przygląda. Odetchnąłem głęboko, próbując ukryć zdenerwowanie.
- Nie wiem, czy powinniśmy kontynuować - oznajmiłem. - Czuję się jak na
przesłuchaniu i chyba powinienem poprosić o pomoc jakiegoś adwokata.
- Naprawdę nie ma takiej potrzeby. - Zmieniła ton na bardziej
niezobowiązujący. - Musi pan jednak wiedzieć, że w zaistniałej sytuacji
nie możemy przejść obojętnie wokół takiej koincydencji.
- Ja tylko napisałem książkę. - Mój ton stał się z kolei bardziej
dramatyczny. - Nie mam z tym zabójstwem nic wspólnego. A to, że ja i Cyprian za sobą nie przepadaliśmy, jeszcze nic nie znaczy. Nie mam
zielonego pojęcia, co on robił przez ostatnich dwadzieścia kilka lat,
ale jeśli się nie zmienił, to pewnie mógł się pochwalić długą listą
wrogów.
- Hmm...
Nie znosiłem tego jej "hmm". Podkomisarz przymknęła powieki, nie
odrywając ode mnie palącego spojrzenia. Z pewnością zdążyła już zapoznać
się z jego kartoteką. Skłamałem, że kompletnie nie interesowałem się
jego życiorysem. Po pierwsze, w kontaktach ze starymi znajomymi temat
Kaczmarka od czasu do czasu się przewijał, a po drugie - przez kilka
dobrych lat pracowałem w mediach, wiedziałem więc o trzech wyrokach
Cypriana: dwóch za pobicie i jednym za maltretowanie konkubiny i jej
dziecka, nie wspominając o dziesiątkach innych większych lub mniejszych
przestępstw, które mu się upiekły, choć nie powinny, ale taki mieliśmy w Polsce system prawny, do dupy.
- Proszę popytać tych, którzy utrzymywali z nim kontakt - odparłem,
uciekając wzrokiem do wnętrza filiżanki, ale nic tam nie było; no, może
resztka brązowego płynu i kilka malutkich fusów na samym dnie, które
jakimś cudem wypadły z torebki.
- Nie omieszkam.
Myszka znów wbiła we mnie drapieżne spojrzenie. Paliło mi policzki i chyba zrobiły się czerwone, ale tego nie wiem na pewno. Czułem się
jednak bardzo niekomfortowo i uznałem, że na dziś wystarczy. Dopiłem
resztkę herbaty, której już nie było, i sięgnąłem do kieszeni po
pieniądze.
- Jeśli to wszystko, to chciałbym wrócić do syna - oznajmiłem. - Jest
krótko po drugiej chemii i potrzebuje stałej opieki ojca.
- Oczywiście. Ostatnie pytanie.
- Słucham.
- Ma pan alibi na czas zabójstwa?
Tak naprawdę przez cały ten czas czekałem na to pytanie i przygotowałem
się na nie, co nie znaczyło, że gdy wybrzmiało, przyjąłem je ze
spokojem. Wręcz przeciwnie - serce omal nie wyskoczyło mi z piersi.
Zwłaszcza że zadała je w cwany sposób, nie podając precyzyjnego czasu.
Typowy policyjny fortel, aby podejrzany powiedział o jedno słowo za
dużo.
- Czyli kiedy? - zapytałem.
- W nocy z piątku na sobotę.
- Czuwałem przy synu w domu - odparłem. - Dobrze pamiętam, bo to była
pierwsza noc po powrocie ze szpitala. Dodam, że bardzo trudna noc. I jeśli to wszystko, to do widzenia.
- Do widzenia, panie Danielu.
Wygrzebałem z kieszeni osiem złotych i zostawiłem na stole odliczoną
kwotę za swoją herbatę, po czym chwyciłem kurtkę i odszedłem.
Przecinając plac Pocztowy, czułem na plecach jej palące spojrzenie. Nie
miałem wątpliwości, że właśnie stałem się jednym z głównych podejrzanych
o morderstwo Cypriana Kaczmarka. Brzmiało gorzej, niż podejrzewałem,
albo po prostu nie byłem na to przygotowany, dlatego z nerwów
wyciągnąłem kolejnego papierosa i błyskawicznie go wypaliłem za winklem
pierwszej mijanej kamienicy. W drodze do domu dokupiłem też małpkę
taniej wódki. Wiedziałem, że dziś będę musiał się napić.
ROZDZIAŁ 3
Już po wyjściu z windy zwęszyłem zapach gołąbków, co sprawiło, że
chwilowo zapomniałem o spotkaniu z podkomisarz Balcerzak. Od kilku dni
nie jadłem porządnego obiadu i moje ślinianki wyraźnie mi o tym
przypomniały. Wszedłem do mieszkania i od razu wsunąłem małpkę pod
upchane na górnej półce swetry. Skorzystałem z toalety, bardziej aby
zatuszować smród papierosów i nie musieć wysłuchiwać biadolenia matki. Z salonu dobiegały mnie ciche odgłosy bajki. Od razu ją rozpoznałem.
Blaze i Megamaszyny była jedną z ulubionych bajek Leosia. Często ją
razem oglądaliśmy, bo oprócz tego, że pozwalała mu oderwać się od
ponurej rzeczywistości, należała też do tych najbardziej edukacyjnych.
Umyłem zęby i ręce, następnie wypsikałem się dezodorantem i sprawdziłem,
czy wyglądam jak człowiek, a nie spłoszone zwierzę, i generalnie nie
było źle, więc skierowałem się do dużego pokoju. Przez uchylone drzwi
dostrzegłem, że Leoś leży na sofie. Głowę ułożył na kolanach babci. Miał
szkliste, nieobecne spojrzenie, a moja matka delikatnie gładziła go po
skórze głowy, w której krył się rak.
- Cześć, byku - rzuciłem, wkraczając do salonu. Leoś nawet nie drgnął,
wciąż wpatrywał się w ekran telewizora.
Matka skinęła na parujący garnek. Mruknąłem z zadowoleniem i podniosłem
przykrywkę. W środku znajdowało się jeszcze sześć ciepłych gołąbków, co
oznaczało, że Leoś prawdopodobnie żadnego nie spróbował. Upewniłem się,
zerkając na stół, który był pusty.
- Jestem tak głodny, że pożarłbym konia z kopytami - powiedziałem,
nakładając sobie trzy z nich. - A ty, synku? Masz ochotę?
Nie zareagował. Wydawał się nieobecny, jakby w ogóle mnie nie słyszał.
Nie byłem nawet pewny, czy zarejestrował fakt, że przyszedłem do domu.
- Leoś? Nałożyć ci jednego? Przecież uwielbiasz gołąbki babci.
Nic, zero reakcji, jakbym mówił do kukły.
- Hej? Słyszysz mnie? - Podniosłem głos, ale w odpowiedzi napotkałem
piorunujące spojrzenie matki.
- Leoś zjadł pół gołąbka. Prawda, kochanie? - Matka nachyliła się nad
nim, a synek nieznacznie pokiwał głową.
- Bez kapusty - wyjęczał, nie odrywając wzroku od bajki.
- Czyli ci nałożyć?
Leoś ledwo zauważalnie pokręcił głową. Wiedziałem, że jak trochę nad nim
popracuję, to zje, bo uwielbiał gołąbki mojej matki, tak jak jego
ojciec.
- Obiorę ci z kapusty jeszcze jednego. Gołąbki dają moc, a babcia na
pewno dorzuciła kilka dodatków dla Supermana.
Tym razem już nie zareagował i chyba wiedział, że plotę głupoty, byle
pleść i nie myśleć o tym, co złe. Pewnie tak było, choć w tej chwili tak
o tym nie myślałem. Chyba przyzwyczaiłem się do udawania, a może sam
siebie okłamywałem... Odstawiłem swój talerz i obrałem jednego gołąbka z kapusty dla syna. Matka powiedziała, żebym postawił jego porcję na
ławie, a sam spokojnie zjadł przy stole. Tak zrobiłem. Pałaszując
kolejne gołąbki, obserwowałem, jak radzi sobie z wnukiem. Miała do tego
rękę albo on po prostu poczuł się lepiej, bo usiadł, chwycił widelec i zaczął jeść. Ucieszyłem się, gdyż w ostatnim czasie był to bardzo rzadki
widok. W trakcie drugiej chemii Leoś strasznie schudł. Przy wzroście stu
dwudziestu centymetrów ważył może z dwanaście kilogramów. Skóra i kości.
Leczenie zupełnie go wyjałowiło. Wszystko, co jadł, niemal natychmiast
zwracał. Bałem się, że to drobne ciałko tego nie uniesie, a takie chwile
jak ta wlewały w moje serce nadzieję. Potrzebowaliśmy czasu, ale Leoś
musiał walczyć o każdy dzień.
Gdy skończyłem, nastawiłem wodę na kawę. Czekając, aż się zagotuje,
wsadziłem brudne naczynia do zmywarki i wyciągnąłem z lodówki mleczną
kanapkę z biszkoptem, która z klasyczną kanapką nie miała nic wspólnego,
ale była ulubioną przekąską syna, którą zwykle dawałem mu po zjedzeniu
obiadu lub śniadania. To była jedna z niewielu rzeczy, która wciąż
wzbudzała szczery uśmiech na jego wymizerowanej twarzy.
- A jak zjem, to dasz mi pograć w Mario? - zapytał, gdy zatopił zęby w biszkopcie.
- Tak. Ale tylko dziesięć żyć, okej?
- Okej.
W tonie jego głosu znów wybrzmiała ta dziecięca radość, a wraz z nią
siła i chęć do życia. Te momenty dodawały mi otuchy, energii, bardzo
motywowały i nakręcały do tego, aby walczyć, bo ja też walczyłem nie
mniej zaciekle niż syn, choć nie do końca można tak powiedzieć, cofam
to, bo to nie ja miałem w głowie złośliwego guza. Ale jakoś
nieokreślenie walczyłem o każdy kolejny dzień. Aby nie popaść w depresję, aby nie wywiesić białej flagi, aby następnego ranka wstać i bić się z chorobą syna i własnymi słabościami, a nie uciekać od
problemów, jak zrobiła to moja żona, która nazywała się Danka i ponoć
była twarda, bo trenowała fitness i krav magę i biegała w runmageddonach. A teraz jej nie było, bo odeszła, nie wiem gdzie, pewnie
gdzieś daleko, a może nawet bardzo daleko, tam, gdzie zawsze chciała i marzyła. W każdym razie cholernie nam jej brakowało.
Przez następne minuty grzebałem w telefonie, a Leoś jadł. Gdy skończył,
zwlókł się z kanapy i na miękkich nogach podszedł do mnie. Wziąłem go na
kolana i przytuliłem, a jego ręce powędrowały w kierunku leżącego na
stole smartfona. Potrafił go obsługiwać bez większych problemów i choć
doskonale zdawałem sobie sprawę, że dawanie telefonu dziecku w jego
wieku nie należy do najlepszych metod wychowawczych, to specjalnie się
tym nie przejmowałem. On tym bardziej. Smartfon był dla niego oknem na
świat.
Gdy chwycił go w swoje drobne dłonie i wyszukał ikonkę z grą o słynnym
hydrauliku, ustąpiłem mu miejsca na krześle, samemu chwytając kubek z kawą i kierując się na sofę. Usiadłem obok matki, która dziwnie się we
mnie wpatrywała. W ogóle zachowywała się nienaturalnie, bo prawie cały
czas milczała, jakby czekała, aż to ja zacznę mówić. Potrafiłem nieźle
ściemniać, ale ona jedyna czytała we mnie jak w otwartej księdze, w sumie nie wiem czemu, może dlatego, że była moją matką.
- Co się dzieje? - zapytała.
- Mamo... - westchnąłem, a następnie przełączyłem na kanał informacyjny i trochę pogłośniłem. Nie zadziałało. Nie spuszczała ze mnie świdrującego
spojrzenia.
- Powiesz mi, co to była za pilna sprawa?
- Nic takiego. Po prostu musiałem coś załatwić.
Teraz to ona westchnęła. Zacisnęła usta, a na jej pokreślonej
zmarszczkami twarzy kilka z nich uwypukliło się jeszcze bardziej i teraz
przypominały rowki, a nie drobne linie. Miała spięte w kok, przyprószone
siwizną włosy i wąskie usta, które upodabniały ją trochę do wiedźmy,
zwłaszcza gdy szeroko je otwierała. Wyglądała na starszą niż
sześćdziesiąt pięć lat, jakby niższą i drobniejszą niż jeszcze kilka lat
temu, ale wciąż biła od niej jakaś dziwna siła, mogąca bić tylko od
kobiety, która przeżyła w życiu więcej, niż powinna.
- Przecież widzę, że coś cię gryzie. I nie myśl, że nie zauważyłam, że
chowałeś w szafie butelkę wódki - rzekła.
Nie miałem pojęcia, jakim cudem to dostrzegła, ale była moją matką i pewnie miała szósty zmysł. Spojrzałem w ekran telewizora, na którym
jedna z prezenterek relacjonowała najświeższe wiadomości.
- Jestem dorosły - odparłem oschle.
- To nie jest odpowiedź, Daniel.
- Nie mam na to siły, mamo.
- Na co?
- No właśnie na to. Nie będę ci się spowiadał.
Zerknąłem na Leosia. Był w swoim świecie, skakał po kolejnych
kondygnacjach i skorupkach niebezpiecznych żółwi, zjadał grzybki i kolekcjonował zawieszone w powietrzu pieniążki. Chwyciłem pilota i zacząłem przełączać kolejne kanały, co było zupełnie bez sensu, bo
mogłem zaszyć się w sypialni, ale tego nie zrobiłem, bo coś kazało mi
zostać.
- Widzę, że coś cię męczy, i chcę wiedzieć, co to takiego. - Nie dawała
za wygraną. - Poza tym uważam, że nie powinieneś pić, gdy masz pod
opieką Leosia.
Zamknąłem oczy i wziąłem dwa głębsze oddechy. W sumie nie było sensu
tego ukrywać, bo i tak na dniach by się dowiedziała, a może i szybciej,
takie rzeczy rozchodzą się po mieście z prędkością błyskawicy.
- Dziś rano była u mnie policja - oświadczyłem. - Chcieli ze mną
porozmawiać na temat śmierci jednego z moich byłych znajomych, ale Leoś
akurat się obudził i kazałem im wyjść.
- Boże, kto zginął? - W głosie mamy dało się wyczuć rzeczywisty
niepokój.
- Niejaki Cyprian. Taki dupek z dzieciństwa. Możesz go nie pamiętać, bo
nigdy nie przychodził do nas do domu. Nie lubiłem go i nie utrzymywałem
z nim kontaktu od lat. Ktoś go zastrzelił w parku Tysiąclecia i w związku z tym chcieli mi zadać kilka pytań.
- I dlatego musiałeś wyjść z domu? Kazali ci przyjść na komendę?
- Spotkałem się z tą policjantką w kawiarni. Pogadaliśmy chwilę.
- No i?
- No... - Przygryzłem wewnętrzną stronę policzka, bo czasem tak robiłem,
gdy się nad czymś zastanawiałem. Nie chciałem wciągać w to matki, ale i tak prędzej czy później by się o wszystkim dowiedziała, a jeśli bym jej
teraz nie wyjawił prawdy, to nie dałaby mi spokoju, tego byłem pewny. -
Sytuacja jest dość skomplikowana, bo ktoś zamordował tego Cypriana w taki sam sposób, w jaki opisałem morderstwo na kartach Motyla.
Matka szeroko otworzyła oczy i aż się zapowietrzyła. Motyl był moją
szóstą powieścią, trzecią i zarazem ostatnią częścią trylogii
kryminalnej o komisarzu Marku Rolskim. Tego wam jeszcze nie mówiłem, ale
tak, byłem pisarzem, a przynajmniej człowiekiem piszącym książki, który
kiedyś chciałby zostać pisarzem, ale jakoś szczęście przez lata nie
chciało się do mnie uśmiechnąć, więc pracowałem w innych branżach,
ostatnio w Uberze, bo legalnie za bardzo nie mogłem, żeby mi nie
odebrali zasiłków opiekuńczych. Taki to był kurewski kraj. Do mojej
"kariery" jeszcze wrócę, w każdym razie moja ostatnia powieść z grubsza
opisywała historię pogoni za mordercą umieszczającym w ustach ofiar
larwę rusałki pawika, jednego z najpospolitszych motyli występujących w Polsce. Nie wnikając w szczegóły, antagonista był psychopatą pragnącym
oczyścić miasto z podłych ludzi, a wkładana w usta larwa symbolizowała
przemianę, którą ofiara miała przejść po odbyciu pokuty w czyśćcu. To
była jedna z moich lepszych książek, ale - jak każda z pozostałych - nie
zdołała zawojować rynku, a szkoda.
- Mój Boże... - odezwała się matka, kładąc rękę na sercu. - Dlaczego od
razu mi nie powiedziałeś?
- Nie wiem, mamo. Chyba chciałem to najpierw przetrawić. Stąd ta
butelka.
Nie byłem do końca szczery, tak z tą butelką, jak i wieloma innymi
sprawami, ale teraz najważniejsza była butelka. I Motyl, którego kiedyś
stworzyłem, a tworząc go, trochę się nim stałem i chyba w pewnym sensie
nim byłem, bo tak to z pisarzami jest, że czasem się z bohaterami swoich
książek utożsamiają, choć nie zawsze, a ja i Motyl to w sumie rzecz
mocno dyskusyjna.
- Nie możesz ukrywać przede mną takich rzeczy - odparła po dłuższej
chwili. - Podejrzewają cię o coś?
- Nie - skłamałem, ale chyba nie zabrzmiałem zbyt przekonująco, bo matka
spiorunowała mnie wzrokiem.
- Nie jestem głupia, Daniel. Może i stara, ale nie głupia...
- Nic mi nie grozi, mamo - zapewniłem ją. - To może być czysty
przypadek.
- A jeśli nie?
- Nie wiem. Nawet nie chce mi się o tym myśleć. Naprawdę mam inne sprawy
na głowie.
Matka pokręciła głową i poprawiła naderwany guzik niebieskiego sweterka.
Wyglądała na zdegustowaną, ale pewnie była też zła i rozczarowana. Nigdy
nie byłem wobec niej zbyt wylewny, zresztą ona wobec mnie również, i tak
sobie żyliśmy przez trzydzieści dziewięć lat z pewnymi przerwami, bo
były takie przerwy, gdy wyjechałem za granicę, jeszcze w czasie studiów,
a potem na dłużej po studiach, w poszukiwaniu tego słynnego eldorado,
gdzie to euracze na ziemi leżą. Ale euracze na ziemi nie leżały, tylko
trzeba było na nie ostro zapierdalać - i ja przez te kilka lat tak
zapierdalałem jak osioł. W końcu wróciłem do rodzinnego domu, syn
marnotrawny, ale na krótko, bo nie mogłem znieść ponurej atmosfery.
Generalnie tak jakoś się to już ułożyło, nie wiem, dlaczego i czyja to
wina, może moja, a może rodziców, a może nasza wspólna, że od
dzieciństwa nie miałem z nimi najlepszego kontaktu. Hołdowali raczej -
zwłaszcza ojciec - koncepcji zimnego chowu, popularnego chyba w latach
osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, choć całkiem generalizować bym
nie chciał, i nie żebym miał im to za złe, ale sam tej koncepcji nie
hołdowałem i byłem jej zdecydowanie przeciwny.
Porozmawialiśmy jeszcze o przyziemnych sprawach. Zapytała, czy nie
potrzeba mi pieniędzy, ale choć oczywiście było mi potrzeba, to nie
przyjąłem oferty, bo od pewnego czasu od matki pieniędzy nie brałem,
chyba że brakowało mi drobnych na parking, to jeszcze tak. Matka zawsze
była interesowna i pożyczki - zwłaszcza zaś darowizny - traktowała jako
furtkę do pouczania mnie i ogólnie wtryniania nosa w moje życie, nawet
gdy nie były to duże kwoty, bo też groszem nie śmierdziała, ot kilkaset
złotych na podstawowe wydatki, nic, co mogłoby diametralnie zmienić
sytuację chorego syna. Strasznie mnie to irytowało, dlatego zawsze
sugerowałem, że jeśli chce pomóc, to niech angażuje energię w zbiórki
pieniędzy na leczenie Leosia, o których wspomnę jeszcze nie raz.
Zapytała też - a to mnie już po prostu wkurwiało, bo robiła to
regularnie - czy nie miałem jakiegoś kontaktu z Danką, jakby ten zaimek
"jakiegoś" był wytrychem do nie wiadomo czego, ale jak zwykle uciąłem
temat, bo był on dla mnie wyjątkowo drażliwy. W końcu zaoferowała się,
że może zostać na noc i mnie trochę odciążyć w opiece nad synem, i do
końca nie wiedziałem, co się za tym kryje, bo coś kryło się na pewno.
Może swoiste przyzwolenie, abym mógł w spokoju się napić, tego nie wiem,
w każdym razie grzecznie odmówiłem, ale zaproponowałem, żeby przyszła
następnego dnia po południu, bo chciałem trochę pojeździć na Uberze.
Po godzinie wycałowała Leosia, a on się trochę wzbraniał, bo tych
całusów nie lubił, i ze łzami w oczach wyszła i wiem, że były one
szczere, bo bardzo go kochała. Matka w ogóle często popłakiwała, od
śmierci ojca częściej niż zwykle, a od dnia postawienia pierwszej, a potem drugiej diagnozy częściej niż często, a nawet regularnie, a ja już
się do tego przyzwyczaiłem, bo pewnie nie takiej jesieni życia się
spodziewała - bez męża, z rozgoryczonym i wiecznie biedującym synem oraz
ciężko, a w zasadzie, biorąc pod uwagę nasze możliwości finansowe,
nieuleczalnie chorym wnukiem.
Ogarnąłem chatę i jeszcze chwilę poczytałem. Dziesięć żyć w Mario zwykle
było umowną granicą, ale nigdy dokładnie tego nie sprawdzałem. Leoś
wydawał się uczciwym dzieckiem i często sam mnie informował, że już
skończył, a ja mu wierzyłem, choć nawet gdyby trochę mijał się z prawdą,
to niespecjalnie by mnie to interesowało. Po Mario wyciągałem jakieś
edukacyjne książeczki dla dzieci w jego wieku, czasem bardziej ambitne,
jak te o kosmosie, szeroko pojętej geografii, dinozaurach czy
pochodzeniu człowieka, a czasem nie, jak te o Batmanie czy Spider-Manie.
Syn był niezwykle głodny wiedzy i miał niesamowitą pamięć. Z czasem
potrafił rozróżnić kilkadziesiąt gatunków wymarłych gadów, dodatkowo
przyporządkowując je do grupy roślinożerców i drapieżników, wodnych i lądowych, w niektórych przypadkach był w stanie nawet określić
szacunkową długość i wagę takiego osobnika. Oczywiście jego ulubionymi
były tyranozaur i gigantozaur. Znał też wszystkie planety Układu
Słonecznego, a nawet niektóre krążące wokół nich księżyce, pasjonowały
go czarne dziury i czasem zastanawiałem się, ile dzieci w jego wieku
może zainteresować coś takiego jak czarna dziura.
- Wiesz, że w centrum Drogi Mlecznej znajduje się Sagittarius A? -
zapytał całkiem niedawno.
- Co takiego? - Nie przypominałem sobie, żebyśmy o tym rozmawiali, mało
tego, sam nie wiedziałem, co to jest ten Sagittarius A.
- To supermasywna czarna dziura, która zjada wszystko - wytłumaczył Leoś
z pełną powagą. - Pożera gwiazdy i planety i jakby tam miała przelecieć
rakieta, to też by ją zjadła. A poza tym to jeszcze krzywi
czasoprzestrzeń, wiesz o tym?
- Mówi się "zakrzywia czasoprzestrzeń" - poprawiłem go. - Ale masz
rację. Czarne dziury to takie kosmiczne łobuzy, które pożerają wszystko.
A skąd o tym wiesz?
- Widziałem w telewizji. Mówił o tym taki czarny pan.
Przypomniałem sobie program, emitowany chyba na Discovery, który
prowadził Morgan Freeman. Opowiadał w nim o szeroko pojętym kosmosie i Leoś czasem go oglądał. Ale jaki dzieciak w jego wieku zamiast bajek
fascynował się opowieściami starego faceta, który tłumaczył zawiłości
budowy wszechświata?
Tego wieczoru dla odmiany wyciągnąłem książkę o pochodzeniu człowieka.
Była przeznaczona dla trochę starszych dzieci, ale w stu procentach
zapełniona obrazkami i całkiem zgrabnie ukazywała wczesny proces
ewolucji. Leoś był niesamowicie podekscytowany, zadawał ciekawe pytania
i wciąż nie mógł zrozumieć, że nasi przodkowie wyglądali jak małpy, ich
przodkowie byli małpami, a tak w ogóle to wszyscy wywodzimy się od
jednej komórki, która kiedyś się podzieliła, i tak zaczęło się życie.
Syn uwielbiał takie zagwozdki i choć jeszcze nie do końca potrafił objąć
je umysłem, zresztą ja do tej pory też nie potrafiłem, miałem wrażenie,
że poczuł się lepiej, a ja z nim. Niestety, przed snem znów wymiotował.
Usnął po ósmej wieczorem. Wstałem i przez dłuższą chwilę wpatrywałem się
w jego delikatne rysy - mały, zgrabny nosek i pełne, choć trochę spękane
usta - po czym z ciężkim sercem wyszedłem z jego pokoju. Wziąłem szybką
kąpiel, zrobiłem dwie bułki z żółtym serem i ogórkiem kiszonym i przez
pół godziny oglądałem jakiś program publicystyczny, w którym czterech
polityków obrzucało się wzajemnie błotem. W końcu wyciągnąłem z szafki
małpkę wódki i zrobiłem sobie mocnego drinka. Wypiłem go zdecydowanie
zbyt szybko, a potem wyszedłem na balkon zapalić i długo myślałem. Już
nie słyszałem głosów dokazujących w parku dzieci, było cicho i przyjąłem
to z ulgą. Potem nalałem sobie drugiego, położyłem się na sofie i sięgnąłem po laptopa.
Już kolejny raz tego dnia sprawdziłem dwie internetowe zbiórki. Ostatnio
robiłem to coraz rzadziej, bo już w te inicjatywy nie wierzyłem, a przynajmniej nie tak jak kiedyś, bo był czas, że wierzyłem w cuda, ale
życie szybko wyprowadziło mnie z błędu. Wypiłem drugiego drinka i zrobiłem trzeciego, którego wychyliłem, wpatrując się beznamiętnie w nieruchome cyferki.
ROZDZIAŁ 4
- Pisarz? - zapytała moja przyszła żona, choć wtedy jeszcze nie miałem
pojęcia, że kiedyś nią zostanie.
- Nie, no nie, bez przesady - odparłem zmieszany, bo Danka od początku
bardzo mnie onieśmielała. - Napisałem dopiero kilka rozdziałów i w ogóle
nie wiem, czy ktoś to kiedyś wyda. - Machnąłem ręką.
- Krystian mówił, że masz już napisaną prawie całą powieść... - Posłała mi
takie szelmowskie, trochę uwodzicielskie spojrzenie.
- No dobra, może pół...
Staliśmy na balkonie, paląc papierosy i pijąc piwo. To było prawie
dwanaście lat temu, na imprezie u Krystiana, mojego przyjaciela, o którym opowiem wam później. Dopiero co wróciłem z zagranicy. Tak
naprawdę nie bardzo tego chciałem, to był impuls, bo dwa miesiące
wcześniej zadzwoniła do mnie matka z wiadomością o nagłej śmierci ojca.
Przyleciałem więc z Irlandii na pogrzeb i już zostałem. Pogrzeb ten
odbył się w iście filmowym klimacie, w strugach deszczu i wirujących
dookoła kolorowych liściach. Ojciec zmarł znienacka na wylew, ale nie
czułem z tego powodu jakiegoś strasznego smutku. Umarł i już go nie
było, tak po prostu. Podobno nie cierpiał, bo do wylewu doszło w czasie
snu, ale tego chyba nie wie nikt, póki nie umrze w podobnych
okolicznościach. Niewiele miał, więc na niewiele mogłem liczyć, matka
zaś zupełnie się podłamała i chyba trochę pomieszało jej się w głowie,
bo nagle namiętnie zaczęła chodzić do kościoła, choć nigdy wcześniej
tego nie robiła. Jej bujne włosy posiwiały, zmarszczki zrobiły się
głębsze i bardziej wyraziste, spojrzenie jałowe, blade. Nie chciałem jej
takiej oglądać, nie chciałem też wysłuchiwać jej ciągłego biadolenia i tolerować wścibskiego wchodzenia do pokoju z herbatą, której nie
zamawiałem i nie chciałem. Przez lata nieudanego podbijania eldorado
przyzwyczaiłem się do prania gaci i skarpetek i chodzenia po domu tylko
w tych pierwszych, a także swobodnego puszczania gazów i drapania się po
tyłku, gdy tylko miałem na to ochotę, wobec czego uznałem, że skoro mam
odłożone parę tysięcy euro, mogę wynająć kawalerkę, i zacząłem szukać
jakiejś normalniejszej pracy, bo tej na obczyźnie miałem dość i już nie
chciałem tam wracać. Szło mi opornie, bo proponowane zarobki były tak
dehumanizujące, że coraz rzadziej zaglądałem na portale z ofertami
zatrudnienia, a coraz częściej kładłem się na łóżku i wracałem myślami
do tego, co leżało w szufladzie. W szufladzie zaś leżała książka, którą
napisałem jeszcze w czasie studiów, a raczej nieco ponad sto
zadrukowanych kartek A4 - słaba strasznie i oczywiście nigdy się nie
ukazała, bo była tak szkaradnie zła, że gdyby została wydana pod moim
imieniem i nazwiskiem, ze wstydu znów musiałbym wyjechać z kraju. Ale
ziarenko kiełkowało już od jakiegoś czasu, decyzja o napisaniu kolejnej
książki przyszła więc dość szybko, bo po dwóch leniwych tygodniach.
Mając chwilowe zabezpieczenie finansowe, otworzyłem laptopa i postanowiłem napisać rasowy kryminał.
- Masz już tytuł? - dopytywała Danka, kokietując mnie filuternymi
spojrzeniami.
- Hmm...
- No nie wstydź się. Powiedz... - podjudzała.
- Obsesja - wyjąkałem zawstydzony.
- To jakiś kryminał?
- Chyba, nie wiem. Kryminał albo thriller. Coś w ten deseń.
- Uwielbiam kryminały. Nałogowo czytam Larssona, Mankella, Miniera,
Nesb?, a ostatnio nawet Polaków.
Słuchałem tego z niedowierzaniem i w pewnym momencie pomyślałem, że
wpadłem jak śliwka w kompot. Zrobiło mi się głupio, bo sam w ostatnich
latach mało czytałem, a z wymienionych przez nią autorów kojarzyłem
tylko Larssona i Mankella, "kojarzyłem" zaś to dobre określenie, bo
jednak nigdy nie przeczytałem żadnej napisanej przez nich książki. Co to
za pisarz kryminałów, który nie zna twórczości najpopularniejszych
przedstawicieli tego gatunku? Poczułem się jak ignorant, a może nawet
idiota, ona za to bardzo mi zaimponowała. Musiałem też przyznać, że była
bardzo ładna i miała ten wyjątkowy błysk w oku, taki, który spotyka się
u jednej, może dwóch kobiet w życiu. Miała ciemne włosy do ramion i kolczyk w nosie, a po czasie dowiedziałem się, że jest szczęśliwą
posiadaczką jeszcze kilku skrzętnie ukrytych tatuaży, które w przypływie
naiwności zechciałem obejrzeć jeszcze tej samej nocy. Oczywiście nic z tego nie wyszło, ale nawiązaliśmy kontakt i na zimnym balkonie
przegadaliśmy prawie pół nocy, w końcu zapomniałem o tatuażach, a przynajmniej tych skrzętnie ukrytych przed łakomym wzrokiem troglodytów,
jak nazywała wszystkich mężczyzn, w tym mnie. Okazało się, że była
dziennikarką w lokalnym radiu, a poza tym trenowała krav magę, strzelała
z łuku i biegała w tych coraz popularniejszych wówczas runmageddonach,
czyli zawodach, gdzie człowiek najpierw biegnie, potem czołga się w błocie, skacze i znów biegnie, a w końcu wymiotuje i biegnie dalej. Przy
niej moje dotychczasowe dokonania nie prezentowały się imponująco, z czego niechętnie zdałem sobie sprawę, ona jednak nie dała tego po sobie
poznać, mało tego, od słowa do słowa okazało się, że w jej rozgłośni
trwa akurat nabór na nowych reporterów, a ona może szepnąć słówko
przełożonemu. Trzy dni później mogłem już dumnie prężyć muskuły, bo w końcu miałem stały dopływ gotówki. Nie pytajcie ile, bo wstyd się
przyznać, ale lepszy rydz niż nic. Tak zaczęła się nasza przygoda, która
po trzech latach - dopiero gdy Danka odeszła z radia i została etatową
trenerką fitnessu i krav magi - przemieniła się w coś więcej niż wieczne
trwanie w dziwacznym, acz całkiem pobudzającym napięciu.
Po raz pierwszy przespaliśmy się u niej w mieszkaniu. Siedzieliśmy i oglądaliśmy - Danka od zawsze uwielbiała horrory - jakiś badziewny film
o pladze zombi, gdy znienacka weszliśmy na temat seksu. Już wielokrotnie
poruszaliśmy tę kwestię, ale tym razem kryło się za tym coś więcej. Nie
wnikając w szczegóły, bo zaaferowany sytuacją sam dokładnie nie
pamiętam, jak do tego doszło, rzuciliśmy się na siebie jak dwie dzikie
bestie i bzykaliśmy się przez całą noc, a potem cały dzień i chyba
jeszcze trochę. Dopasowaliśmy się świetnie i od tamtej pory zostaliśmy
parą. Zrezygnowałem z wynajmowanego mieszkania i wprowadziłem się do
niej, a po dwóch całkiem sympatycznych latach powiedzieliśmy sobie
sakramentalne "tak". W międzyczasie wydawałem kolejne książki, które
jednak nie zdobyły oczekiwanego rozgłosu, i choć tym razem miałem
wrażenie, że są całkiem niezłe (i nie tylko ja, bo odzew czytelników też
był raczej pozytywny), to jakoś żadne z wydawnictw nie chciało dostrzec
we mnie drugiego Stiega Larssona. Gdzieś tam jednak zaistniałem, miałem
grono wiernych fanów i mimo że zarabiałem na tym mniej niż ochroniarz w supermarkecie, w połączeniu z wypłatą z radia i dwukrotnie wyższymi
przychodami żony udawało nam się łączyć koniec z końcem, ba, mogliśmy
nawet pozwolić sobie raz w roku na całkiem porządne wakacje za granicą,
niekoniecznie w Europie. I choć w tym związku rządziła raczej Danka,
zbytnio mi to nie przeszkadzało i wydawało się, że tworzymy całkiem
zgrane małżeństwo. Byłoby w tym dużo prawdy, gdyby nie to, że z czasem
zaczęły mnie wkurzać dwie kwestie. Fakt, że zarabiałem mniej, jakoś
byłem w stanie przełknąć i przełykałem na co dzień, podobnie jej
podśmiechujki z mojego pisarstwa. Nie mogłem jednak pogodzić się z tym,
że ona w ogóle nie wyrażała chęci posiadania dzieci, a te bardzo
chciałem mieć - choć w sumie nie wiem czemu - właśnie wtedy. I to moje
chcenie od zawsze było dla niej tematem tabu. Unikała go jak ognia, ale
nigdy nie złożyła jasnej deklaracji, jakby w obawie przed moją reakcją.
Byliśmy już pięć lat po ślubie, dawno przekroczyliśmy trzydziestkę i miałem nadzieję, że kiedyś spłodzę syna. Zacząłem więc robić kolejne
podchody, podpytywać, drążyć. Niewiele to dawało, dodatkowo nasze życie
intymne trochę się posypało, a ja zrozumiałem, że pojawiła się różnica
zdań, która może może się okazać nie do przeskoczenia. Danka chyba w końcu też to wyczuła, bo pewnego wieczoru zrobiła pyszną kolację, w której skład wchodziły krewetki królewskie, nie wiem, jak je
przyrządziła, pewnie kupiła gotowe, bo gotować zbytnio nie umiała. Po
krewetkach i winie kochaliśmy się i były to bardzo upojne chwile, które
często wspominam, a po tych upojnych chwilach powiedziała, że od blisko
dwóch tygodni nie bierze już tabletek. Ucieszyłem się, choć w jej tonie
próżno było szukać szczerej radości - i to trochę pamięć o tych upojnych
chwilach zepsuło, choć nie bardzo. Uznałem to za dowód miłości, ona sama
stwierdziła natomiast, że może gdy urodzi, ten słynny instynkt
macierzyński po prostu się objawi. Trzy miesiące później poinformowała
mnie, że jest w ciąży, a piątego sierpnia dwa tysiące czternastego roku
urodził się zdrowy i piękny chłopak, któremu daliśmy na imię Leonard. To
był nasz wspólny pomysł, a natchnął nas film 300 z Gerardem Butlerem,
który uwielbialiśmy, jak i samą historię króla Sparty i jego trzystu
hoplitów, najdzielniejszych z dzielnych, ale imię Leonidas brzmiało w Polsce zbyt ekstrawagancko i został Leonard. Trzy tysiące pięćset
pięćdziesiąt gramów, pięćdziesiąt cztery centymetry, dziesięć na
dziesięć punktów w skali Apgar, jednym słowem kawał chłopa z czarną
czupryną i silnym chwytem. Od razu zakochaliśmy się w nim bez pamięci.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki