Rozdział 2
Dzień ślubu
Księżniczka Miana jest pod opieką ojca Gomsta i sióstr Najświętszej Marii Panny - obwieścił Coddin. Wciąż czuł się nieswojo w aksamitnych szatach szambelana, mundur gwardii pasował do niego znacznie lepiej. - Wkrótce zostanie poddana badaniom.
- Hm, na szczęście nikt nie musi badać mojej cnoty. - Powoli usadowiłem się na tronie. Wyściółka z łabędziego pierza, jedwabne obicia, to się nazywa wygoda. Jak to dobrze, że nie muszę siedzieć na gotyckim krześle, samo królowanie i tak wystarczająco uwiera mnie w tyłek. - Jak ona wygląda?
Coddin wzruszył ramionami.
- Wczoraj posłaniec przyniósł to - odparł, pokazując złoty medalion wielkości monety.
- A więc? Jak wygląda?
Znów wzruszył ramionami, podważył paznokciem kciuka wieczko medalionu i zmrużył oczy, przyglądając się miniaturce.
- Jest... mała.
- Daj mi to! - Wyrwałem mu medalion z ręki, by samemu obejrzeć podobiznę księżniczki. Taki portret maluje się pędzelkiem zakończonym jednym włosem, a jego wykonanie zajmuje tygodnie. Żaden artysta nie zmarnowałby tyle czasu na stworzenie brzydkiego wizerunku. Miana wyglądała do przyjęcia. Nie emanowała co prawda dziką żądzą życia jak Katherine ani głodem wrażeń, ale cóż - nie jestem szczególnie wybredny w kwestii kobiet, chyba jak większość osiemnastolatków.
- I jak? - spytał Makin, stojący obok tronu.
- Mała - odparłem, wsuwając medalion do kieszeni. - Zastanawiam się tylko, czy nie jestem trochę za młody na ślub.
- Ja się ożeniłem, gdy miałem dwanaście lat - wycedził Makin. Zacisnął wargi w cienką linię.
- Ty kłamliwy psie! - Przez wszystkie te lata sir Makin z Trentu ani razu nie wspomniał o żonie. Zaskoczył mnie; niełatwo dochować tajemnic przed braćmi, z którymi się na co dzień galopuje, morduje, a wieczorami żłopie piwo przy ognisku.
- Prawdę mówię - odparł. - Ale dwanaście lat to za wcześnie na żeniaczkę. Co innego osiemnaście. Ty już się dość naczekałeś, Jorgu.
- Co się stało z twoją żoną?
- Umarła. Było też dziecko. - Znów zacisnął usta.
Dobrze, że nigdy nie znamy drugiego człowieka do końca, zawsze można się jeszcze czegoś dowiedzieć.
- A więc przyszła królowa jest prawie gotowa - stwierdziłem. - A ja co, mam iść do ołtarza w tych szmatach? - Szarpnąłem za ciężki kołnierz z surowego jedwabiu. Zwykle nie przejmowałbym się strojem, ale ślub - bez względu na pochodzenie małżonków - to wielka, niemal magiczna uroczystość, do której wypada podejść jak należy.
- Wasza Wysokość - podjął Coddin, nerwowo krążąc przed tronem - nie mamy czasu. Nadciąga armia wroga.
- Poza tym, prawdę mówiąc, Jorgu, nikt się jej tu nie spodziewał, dopóki nie zjawił się ten posłaniec - dodał Makin.
Rozłożyłem ręce.
- Ja też jeszcze wczoraj w nocy nie wiedziałem, że przyjedzie. Nie jestem prorokiem.
W odległym rogu komnaty dostrzegłem przycupniętego ducha chłopca.
- Miałem nadzieję, że zjawi się przed końcem lata. W każdym razie armia wroga ma do naszych bram jeszcze dobre trzy mile marszu.
- Być może przydałaby się zwłoka? Dopóki okoliczności nie staną się bardziej... sprzyjające - zaproponował Coddin. Z całego serca nienawidził roli szambelana i zapewne właśnie dlatego był jedyną osobą, której mogłem ją powierzyć.
- Coddinie, dwadzieścia tysięcy żołnierzy czeka pod bramą, a tysiąc już znajduje się w obrębie murów, i to tylko dlatego, że ten nędzny zameczek nie pomieści więcej. - Posłałem mu szyderczy uśmiech. - Nie zanosi się na poprawę sytuacji. A tak przynajmniej nasi żołnierze będą mogli umierać za króla i królową. Co ty na to?
- A co z armią księcia Strzały? - zapytał Coddin.
- Pewnie jak zwykle będziesz udawał, że nie masz żadnego planu, aż do ostatniej chwili? - dorzucił Makin. - A potem okaże się, że rzeczywiście go nie miałeś.
Mimo żartobliwego tonu wyglądał ponuro. Czy wciąż widzi swoje martwe dziecko? Przecież nie raz razem ze mną stawiał czoła śmierci i zawsze robił to z uśmiechem.
- Hej, ty! - krzyknąłem do jednej ze służek stojących przy końcu sali. - Idź i powiedz tej kobiecie, żeby przyniosła mi jakieś ubranie na ślub. Tylko bez żadnych koronek.
Wstałem, kładąc dłoń na głowicy miecza.
- Strażnicy powinni właśnie wracać z nocnej wachty. Pójdziemy na wschodni dziedziniec i zobaczymy, co mają do powiedzenia. W jednym patrolu wysłałem Czerwonego Kenta i Małego Rike'a. Posłuchamy ich opinii o ludziach Strzały.
Makin ruszył przodem. Coddin nerwowo wypatrywał zabójców. Sam dobrze wiedziałem, co czai się w cieniach mojego zamku - i nie zabójców się obawiałem. Gdy Makin skręcił za róg, Coddin przytrzymał mnie za ramię.
- Coddinie, książę Strzały nie wyśle na mnie nożownika w czarnym płaszczu ani nie każe dosypać trucizny do chleba. On chce nas zmiażdżyć dwudziestotysięczną armią i przejąć tron Imperium. Wydaje mu się, że już jedną nogą przekroczył Złotą Bramę. Na pewno nie będzie budował swojej sławy na ciosie noża w ciemności.
- Gdybyś miał więcej wojska, to pewnie opłaciłoby się cię zadźgać - zaśmiał się Makin, odwracając głowę.
Wychłodzeni strażnicy przestępowali z nogi na nogę. Niewielka grupa kobiet z zamku opatrywała rannych. Pozwoliłem, by komendant złożył raport Coddinowi; sam przywołałem do siebie Czerwonego Kenta, za którym - zupełnie bez zaproszenia - przyczłapał Rike.
Cztery lata w zamku nijak nie zmieniły Rike'a. Wciąż był tym samym przerośniętym gburem z prymitywną gębą, typową dla bezlitosnego mordercy.
- Mały! - zacząłem. Nie rozmawiałem z nim od lat. - Jak tam żonka? - Prawdę mówiąc, nigdy jej nie widziałem, ale zakładałem, że to kawał baby.
- Kojfnęła - odparł, wzruszając ramionami.
Odwróciłem głowę bez słowa. Jest w Rike'u coś, co budzi we mnie dziki instynkt walki i zew krwi. Może dlatego, że jest taki wielki?
- Dalej, przyjacielu, podziel się ze mną dobrą nowiną - zwróciłem się do Kenta.
- Jest ich za dużo - odparł, spluwając w błoto. - Odchodzę.
- No tak. - Objąłem go ramieniem.
Na pierwszy rzut oka Kent nie robi piorunującego wrażenia, ale w rzeczywistości jest silny jak wół i szybki jak wiatr. Najważniejsza jest jednak cecha, która wyróżnia go spośród innych: prawdziwy umysł zabójcy. Nie zraża go chaos, groźba śmierci ani krwawe morderstwo. W chwilach kryzysu zachowuje zimną krew, w razie potrzeby potrafi przegrupować wojska, przejąć broń wroga, uderzyć w słaby punkt.
- Posłuchaj.
Przysunąłem go ku sobie, zaciskając dłoń na karku.
Wzdrygnął się, ale nie sięgnął po miecz.
- Zrobisz, jak chcesz - kontynuowałem, odciągając go na bok, z dala od strażników - ale załóżmy, zupełnie teoretycznie, że zostaniesz. Załóżmy, że przyszłoby ci w pojedynkę stawić czoła dwudziestu przeciwnikom. To niewiele więcej niż wtedy, nad jeziorem w Rutton, pamiętasz?
Na to wspomnienie przez twarz Kenta przebiegł ledwie dostrzegalny uśmiech.
- Jak byś ich pokonał, Czerwony Kencie?
Użyłem tej ksywki, by przypomnieć mu tamten dzień, gdy cały ociekał krwią wroga, a jego twarz rozświetlała jedynie biel wyszczerzonych w dzikim uśmiechu zębów.
Zagryzł wargę, wpatrzony w dal.
- Jorgu, widziałeś, ilu ich jest? Chcąc walczyć z tyloma żołnierzami naraz, musisz poruszać się błyskawicznie, nieustannie nacierać, odpierać ataki, zasłaniać się kompanem...
Urwał i spojrzał mi prosto w oczy, potrząsając głową.
- Możesz tego oczekiwać od jednego żołnierza, ale nie od całej armii.
Czerwony Kent miał rację. Coddin doskonale wyszkolił wojsko, zwłaszcza jednostki Straży Leśnej, ale w bitwie koordynacja zawsze się rozsypuje. W wirze walki rozkazy stopniowo tracą znaczenie: jedne giną w hałasie, inne są ignorowane, co nieuchronnie prowadzi do chaosu i niepotrzebnych ofiar krwawej jatki.
- Wasza Wysokość? - odezwała się kobieta z królewskiej garderoby, trzymając w dłoniach jakąś szatę.
- Mabel! - zawołałem, rozkładając szeroko ramiona i posyłając jej swój złowieszczy uśmiech.
- Maud, panie.
Muszę przyznać, że starucha miała ikrę.
- Niech będzie Maud - odparłem. - Rozumiem, że mam to założyć do ślubu?
- Jeśli tylko spodoba się Waszej Królewskiej Mości - odpowiedziała, dygnąwszy delikatnie.
Wziąłem szatę do rąk. Była ciężka.
- Futro z kotów? - zapytałem. - Wygląda na to, że zużyłaś ich całkiem sporo.
- To sobole - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - Sobole i złota nić. Hrabia...
Nagle urwała.
- Hrabia Renar brał w niej ślub? - zapytałem. - No cóż, jeśli założył ją do ślubu ten sukinsyn, to i ja mogę. Przynajmniej wygląda na ciepłą.
Stryj Renar miał u mnie dług: za ciernie, za utraconą matkę, za utraconego brata. Odebrałem mu życie, zamek i koronę, ale wciąż pozostawał moim dłużnikiem. Futro z soboli nie wyrówna rachunków między nami.
- Proszę się pospieszyć, Wasza Wysokość - powiedział Coddin, nieustannie błądząc wzrokiem w poszukiwaniu skrytobójców. - Musimy jeszcze raz sprawdzić linie obronne, rozplanować prowiant dla łuczników i omówić warunki.
Przy ostatnim punkcie spojrzał mi prosto w oczy. Zapisałem mu to na plus.
Podałem futro Maud, pozwalając, by mnie ubrała, podczas gdy strażnicy czujnie trzymali wartę. Nic nie odpowiedziałem. Coddin był blady. Zawsze go lubiłem - od chwili gdy próbował mnie aresztować, nie przestałem darzyć go sympatią nawet po tym, jak ośmielił się wspomnieć o kapitulacji. Mądry, waleczny, uczciwy żołnierz. Dziś ze świecą takich szukać.
- Zróbmy, co trzeba - rzuciłem i ruszyłem w stronę kaplicy.
- Czy to naprawdę konieczne? To małżeństwo? - Coddin nie dawał za wygraną.
W końcu sam powierzyłem mu tę rolę. "Zawsze rozmawiaj ze mną szczerze" - mówiłem. "Nigdy nie zakładaj, że jestem nieomylny".
- Księżniczka będzie z tobą miała ciężkie życie.
Na te słowa Rike parsknął śmiechem.
- Natomiast jako gość będzie mogła zostać wykupiona i wrócić do swojego domu na Końskim Wybrzeżu.
Co racja, to racja; nie potrafię udawać kogoś, kim nie jestem.
- Tak, to naprawdę konieczne.
Do kaplicy szliśmy krętymi schodami, mijając po drodze rycerzy w zbrojach płytowych. Na ich napierśnikach wciąż widniały ślady uderzeń mieczem zadanych przeze mnie i hrabiego Renara - jakby ktoś rządził tu od czterech miesięcy, a nie od czterech lat.
W kaplicy zebrała się nieliczna grupka szlachetnie urodzonych. Zostali tylko najbiedniejsi i najbardziej lojalni, reszta uciekła. Na zewnętrznym dziedzińcu czekali chłopi. Czułem ich smród.
Zatrzymałem się tuż przed wejściem do kaplicy, dając znak rycerzowi, który miał właśnie odryglować drzwi, by zaczekał.
- Jakie są warunki rozejmu?
W tej chwili znów zobaczyłem chłopca. Stał pod skrzyżowanymi na ścianie sztandarami i, jak zwykle, wpatrywał się we mnie swoimi martwymi oczami. Rósł wraz ze mną, jeszcze niedawno był niemowlęciem, a teraz wyglądał na czterolatka. Zniecierpliwiony zacząłem szybko przebierać palcami po czole.
- Warunki rozejmu? - powtórzyłem.
Jak to bywa, słowa powtarzane w kółko tracą znaczenie.
Nagle oblał mnie zimny pot na wspomnienie miedzianej szkatułki, która została w mojej komnacie.
- Nie będzie żadnych warunków.
- W takim razie niech ojciec Gomst szybko zmówi modlitwę - rzekł Coddin. - I niech ktoś sprawdzi nasze linie obronne.
- Nie - odparłem. - Nie będzie żadnej obrony. Będziemy atakować.
Odsunąłem rycerza i jednym pchnięciem otworzyłem dwuskrzydłowe drzwi na oścież.
W kaplicy panował tłok. Zdawało się, że moi szlachcice byli biedniejsi, niż sądziłem. Po lewej stronie dostrzegłem damy dworu, przyodziane w błękity i fiolety, w towarzystwie rycerzy w zbrojach noszących insygnia Jutrzni z Końskiego Wybrzeża.
Przed ołtarzem stała panna młoda. Głowę miała pochyloną, przystrojoną girlandą z lilii.
- Cholera - rzuciłem.
Rzeczywiście była mała. Wyglądała na dwanaście lat.