Król serce - Lily King
50.99 zł
45.89 zł
(50,99 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Profesor podnosi dwie jaskrawopomarańczowe kartki.
- Mimo niewybrednej formy - mówi, wymachując nimi jak sygnalista na torze wyścigowym Daytona - czuję się w obowiązku przeczytać to na głos.
Naszym zadaniem było napisanie współczesnej wersji eseju Bacona Historia życia i śmierci. Zwlekałam z tym do ostatniej chwili. Znalazłam w domu jedynie grubsze kartki pozostałe po imprezie halloweenowej. I nie było łatwo wkręcić je w maszynę do pisania.
Profesor nie czyta mojego tekstu, lecz raczej go inscenizuje. Wydobywa z niego znacznie więcej życia i humoru, niż - moim zdaniem - zawiera.
W grupie mamy dwóch bystrych facetów. Siedzą razem z przodu, więc widzę jedynie tyły ich głów, jedną o miedzianobrązowych włosach, a drugą z grubym czarnym kucykiem. Profesor tak często się z nimi konsultuje, że chyba są jego asystentami. Kiedy mój esej do mnie wraca, obaj odwracają się, żeby zobaczyć, do kogo należy.
Od tego dnia miedzianowłosy zaczyna przemieszczać się do tyłu. A troje zajęć później siada obok mnie.
Wkrótce odprowadza mnie przez cały kampus na wykłady ze współczesnego meblarstwa, jedynego przedmiotu z historii sztuki, gdzie były jeszcze wolne miejsca, kiedy się zapisywałam. Na nasze zajęcia z literatury siedemnastowiecznej chodzi jedynie trzydzieści osób, tymczasem współczesne meblarstwo odbywa się w wielkiej sali wykładowej z miękkimi siedzeniami schodzących amfiteatralnie aż do podium profesora. Za nim wisi wielki ekran, na którym wyświetlają się zdjęcia szezlongu B 306 Corbusiera oraz zestawu wsuwanych stolików Bauhausu. Nadrabiam na tych wykładach masę zaległości w śnie.
Sam chodzi krótkimi, niepewnymi krokami i odzywa się seriami. Są to skąpe wybuchy elokwencji, po których następuje długa cisza. Rozmawiamy wyłącznie o zajęciach.
- Za mało uwagi poświęca Cromwellowi - mówi - i temu, jak opór przeciw niemu pobudził wyobraźnię całego pokolenia pisarzy.
Zgadzam się. Nie mam wyboru. Jestem tylko studentką, a on jest akademikiem. To przynajmniej jest jasne od początku. Nigdy nie spotkałam akademika, który nie był profesorem. A Sam nie jest nawet na studiach magisterskich. Jest studentem ostatniego roku licencjatu, jak ja.
Później idę do biblioteki poczytać o Cromwellu, a kiedy następnym razem towarzyszy mi w drodze na wykład ze współczesnego meblarstwa, pozwalam sobie na maleńki żart o Parlamencie Kadłubowym. Śmiech Sama jest bezgłośny, bardziej przypomina dyszenie.
Chce wiedzieć, czy widziałam Łowcę jeleni, więc przytakuję, podejrzewając, że zaraz zrobi jakieś porównanie do Venitora, łowcy, z Wędkarza doskonałego Waltona. Tymczasem Sam pyta, czy chciałabym zobaczyć go jeszcze raz. Grają na kampusie w piątek wieczorem.
Spotykamy się w budynku samorządu studenckiego. Sam kupił już dla mnie bilet. W sali ustawiono metalowe krzesła i ekran na stelażu. Siadamy i czekamy, aż zgasną światła. Mija nas moja współlokatorka Carson ze swoim chłopakiem Budem, żołnierzem Zielonych Beretów, który przyjeżdża do niej z Fortu Bragg, kiedy tylko może. Kłócąc się, przeciskają się do wolnych miejsc trzy rzędy przed nami, a potem, kiedy wreszcie siadają, zaczynają się obściskiwać.
Rozpoczyna się film. Jest długi i brutalny. Przez większą jego część muszę opuścić wzrok i wgapiać się we własne kolana. Sam siedzi obok mnie jak nieznajomy. W końcu odśpiewują Boże, błogosław Amerykę podczas obiadu po pogrzebie Christophera Walkena, jest stop-klatka i film się kończy. Sam wstaje, gdy tylko pojawiają się napisy końcowe, a ja wychodzę za nim.
Schodzimy w dół kampusu ścieżką, która nie prowadzi ani do mojego pokoju przy Pye Street, ani w kierunku miasta, a sądziłam, że tam się wybierzemy na drinka. Pokazuje mi swój akademik z czasów, gdy był na pierwszym roku, a ja pokazuję mu swój za następnym dziedzińcem. Po obejrzeniu tego filmu te budynki, te dziedzińce, te wszystkie lata naszego życia wydają się nieznośnie naiwne. Chcę coś na ten temat powiedzieć, ale to też wydaje mi się naiwne. Wobec tego mówię, że muszę rano wcześnie wstać, a on pyta, czy mam ochotę na piwo.
Idziemy w kierunku baru, ale Sam skręca w boczną uliczkę, potem idzie przez furtkę w białym ogrodzeniu i kamiennymi schodkami do frontowych drzwi oświetlonych umieszczoną nad nimi lampą.
- Gdzie jesteśmy?
- To mój dom.
Domyślam się, że chciał mi go pokazać, wiedział, że to będzie atrakcja.
I jest.
Przekręca gałkę - dom nie jest zamknięty na klucz - i otwiera przede mną drzwi. Wchodzę do małego przedsionka, z którego w lewo prowadzą strome schody. Po prawej stronie stoi stolik z lampą, notesem i piórem. Przez otwarte drzwi widać salon pomalowany na granatowo, z kanapą w pasy i całą ścianą książek.
Rzucam uwagę na temat liczby książek.
- To tylko niewielka część - mówi.
Wchodzę za nim przez salon do obszernego gabinetu jak ze starego filmu - cztery ściany książek, od podłogi po sufit, ogromne biurko na grubych nogach, skórzany fotel przed kominkiem.
- To tu co wieczór palisz fajkę?
Z delikatnym uśmiechem otwiera górną szufladę stolika stojącego obok skórzanego fotela i pokazuje mi cztery stare fajki ułożone starannie na drewnianym stelażu.
Ja się śmieję, a on dyszy.
- Czyj to dom?
- Doktora Gastrella. Chodziłaś do niego na Chaucera? Albo na seminarium z Miltona?
Kręcę przecząco głową. Słyszałam o Gastrellu. Ludzie nazywają go Gastryczny. Trzymaj się od niego z daleka, radzili, słynie z surowości. Czy studenci kursów licencjackich w ogóle mogą chodzić na seminaria?
- Jest na urlopie naukowym, prowadzi badania w Merton. - Zauważa, że nic mi to nie mówi. - W Oksfordzie. Poprosił, żebyśmy zajmowali się jego domem przez rok.
- My?
- Yash i ja.
Yash?
Najwyraźniej oczekuje, że przynajmniej tyle wiem.
Żadne z nas nie ma pomysłu, co by tu teraz powiedzieć. Sam zamyka szufladę z fajkami, a ja pytam, gdzie jest łazienka. Pokazuje przekrzywione drzwi pod schodami. Tak naprawdę nie muszę do łazienki. Po prostu chcę być przez chwilę sama. Muszla klozetowa jest głęboka i moje maleńkie siusiu głośno uderza o wodę, więc przerywam. Owalne lustro nad umywalką przymocowano wysoko. Stojąc na palcach, widzę tylko połowę swego czoła i jedno albo drugie oko.
Przedpokój jest pusty, a drzwi na ulicę znajdują się zaledwie o kilka kroków ode mnie. W dziesięć minut mogłabym być w swoim pokoju przy Pye Street. Ale tak czy inaczej, będą się tam zabawiać Carson i Bud. Słyszę, że otwiera się lodówka, więc podążam za tym dźwiękiem.
Siedzimy z butelkami piwa na pasiastej kanapie w granatowym pokoju. Poduszki są sztywne i my jesteśmy sztywni, a on nie jest facetem, który boi się długiej ciszy. Skubiemy nalepki na swoich butelkach i odzywamy się sporadycznie. On pyta, czy mam dużo pracy w weekend, a ja odpowiadam, że muszę napisać opowiadanie.
- Czemu?
- Na zajęcia z kreatywnego pisania.
Powoli kiwa głową, pełną jakichś myśli, którymi postanowił się nie dzielić.
- O czym napiszesz?
Rozglądam się po pokoju.
- Może o dzisiejszym wieczorze.
Robi wrażenie zaniepokojonego. Potem dyszy.
- Dobre.
Otwierają się drzwi wejściowe i z trzaskiem uderzają o ścianę.
- Jasna cholera, jasna cholera - miota się głos z przedpokoju. Drzwi się zatrzaskują. - Zamykam na klucz, w razie gdyby za mną lazła. - Tubalny śmiech. - Jesteś? Jak tam Daisy? - Zagląda do pokoju, ten drugi facet z naszej grupy. - O rany. Czyż to nie ona we własnej osobie?
Ma rozpuszczone włosy, gęste i czarne, za ramiona. Z całych sił próbuje się nie śmiać.
- Daisy? - pytam.
- Tak nazywamy każdą dziewczynę, z którą się umawiamy - wyjaśnia. - A moja dzisiejsza randka to grubsza sprawa. - Uśmiecha się szeroko i podchodzi bliżej.
Rzucam okiem na Sama, obawiając się, że pozbędzie się kumpla, jednak na jego twarzy dostrzegam szeroki uśmiech, jakiego dotąd nie widziałam. Odczuwa dokładnie taką samą ulgę jak ja, że już nie jesteśmy sami.
- Co się stało? - pyta.
- No więc idę po nią do Kappy... - opowiada Yash, stojąc przed kawowym stolikiem twarzą do nas.
Sam i ja równocześnie rozsiadamy się wygodnie na kanapie, jakbyśmy właśnie włączyli telewizor.
- Trzeba się zapisać, oddać krew i ślubować czystość, a potem przez dwadzieścia minut czekać w jakimś, kurde, saloniku całym w papierowych koronkach, razem z tymi wszystkimi innymi żałosnymi kolesiami. Boże, był tam Ian, ten gość, który cytował ostatnie słowa Wiktora Hugo.
Sam chichocze.
- Czarno widzę.
- Na pewno czarno widziałem w Kappa. W tej poczekalni jest przerażająco i trochę śmierdzi, jakbym wąchał palce mojej matki i wszystko, w co te palce wkładała przez cały dzień. - Patrzy na mnie i kilka razy dźga palcem powietrze. - Moja matka naprawdę potrafi wszędzie wsadzić palce - dodaje. - W końcu słyszymy kroki na schodach i te dziewczyny schodzą na dół wszystkie razem, i wszystkie tak samo wyglądają, i żaden z nas nie pamięta już, z którą się umówił, bo wszyscy utknęliśmy w tych koszarach na cały wieczór. A jednak ktoś mnie rozpoznaje w tym tłumku i wreszcie stamtąd wychodzimy. Zabieram ją do Pip's, rozmawiamy o jej ojcu, który ma jakąś rzadką koszmarną chorobę, i o jej bracie, który wygląda mi na dupka, zamawiam coś, co powinno się nazywać kasztanową breją na brudnej gąbce, i odprowadzam ją z powrotem do Kappy. Chce mi coś pokazać w swoich koszarach, gdzie teraz jest pustawo i ciemnawo. Każe mi oglądać jakiś obrzydliwy konfederacki muszkiet na ścianie, który rzekomo należał do jej dziadka, więc idę szybko do drzwi, ale jej nogi nagle okazują się długie na dwa metry i dobiega do nich pierwsza, przygważdża mnie do jakichś haków na płaszcze i rozwiera szczęki jak wąż. To było przerażające. Wyrywam się i z trudem chowam za szklane drzwi - przytrzymuje wyimaginowane drzwi jak tarczę - po czym uprzejmie mówię "dobranoc" i uciekam.
Sam śmieje się tak bardzo, że tym razem z jego ust wydobywa się dźwięk.
Yash prycha, przeprasza i wyciera oczy. Prostuje się i wskazuje nas palcami.
- Mam nadzieję, że tu idzie trochę lepiej.
- Trochę niezręcznie - odpowiadam, a oni się śmieją.
- Będzie lepiej. Sam daje się lubić - zapewnia Yash. - Bonne nuit - rzuca i ciężko wchodzi po schodach.
Sam wstaje i zamyka drzwi do salonu. Kiedy siada znowu na kanapie, lokuje się trochę bliżej mnie.
- Daisy? Proszę, powiedz, że nie jak Daisy Buchanan.
- W dobrym znaczeniu - zapewnia i mnie całuje.
W poniedziałek Sam odprowadza mnie na zajęcia ze współczesnego meblarstwa, a kiedy wychodzę pięćdziesiąt minut później, czeka na mnie.
- Chcesz wpaść na lunch?
Jemy kanapki z indykiem i znowu przytulamy się na kanapie. Niczego nie przyśpiesza. Całujemy się i całujemy, dopóki nie muszę biec na logikę.
Idę przez kampus trochę oszołomiona. Co chwilę wybucham śmiechem, myśląc o tych czułościach na kanapie doktora Gastrycznego w poniedziałek w środku dnia. Kiedy się całowaliśmy, cała niezręczność uleciała. Mówił niewiele i ja niewiele mówiłam, i rozśmieszaliśmy się wzajemnie na pasiastej kanapie.
Czy zorientował się, jak niewielkie mam doświadczenie? Jak dotąd miałam tylko jednego chłopaka, Jaya, rok wcześniej. Poznaliśmy się jesienią, zabrałam go do domu podczas ferii wiosennych i odkochałam się w kuchni mojej matki. Powiedziałam mu o tym w samolocie w drodze powrotnej. Fatalne miejsce na zerwanie związku. Wrzeszczał, rzucał się, ale nie poszedł do łazienki, żeby wziąć się w garść. Rozmowa zaczęła się dość spokojnie, on mówił to co zwykle, czyli że tłumiłam uczucia, aż w końcu wystrzeliły jak z węża strażackiego, że gdybym tyle w sobie nie dusiła, lepiej byśmy się rozumieli. Ale kiedy powoli zdał sobie sprawę, że nie zdoła mnie przekonać do zmiany decyzji, zrobił się bardziej agresywny. Zapłacił za nasze bilety! Mógł pojechać do Key West z przyjaciółmi zamiast do tej pipidówki w Massachusetts! Jego matka uważa, że jestem lesbijką. "To ja nauczyłem cię wszystkiego, co wiesz o seksie!" - wrzeszczał, aż słychać go było w kokpicie, który nie miał jeszcze wówczas drzwi. To prawda. On mnie wszystkiego nauczył, byłam dziewicą, a on był fajnym i czułym przewodnikiem. Nie miałam wtedy z czym porównywać ani jego samego, ani naszego seksu, ale teraz wiem, że nie miał szczególnych zahamowań i przekazał to nastawienie mnie. Nie podobało mu się, że teraz ja przekażę je komuś innemu. Miał fioła na tym punkcie. To był najdłuższy lot w moim życiu i Bogu dziękowałam, kiedy koła dotknęły pasa, zwiastując nadejście mojej wolności. Po Jayu obściskiwałam się z barmanem w restauracji, w której pracowałam, z jednym facetem ze studiów magisterskich podczas pieczenia prosiaka na początku semestru, a całkiem niedawno z kolegą Carson, który przebrał się za Cyndi Lauper na naszej imprezie halloweenowej.
Sam zaprasza mnie w piątek na obiad. Spodziewam się, że będziemy w domu sami, w salonie będą się palić świece w świecznikach doktora Gastrella. Przynoszę butelkę wina i wręczam mu w drzwiach.
Patrzy na etykietę i podaje mi ramię, żeby mnie poprowadzić do granatowego pokoju.
- Połączymy dziś wieczorem Riesling z 1987 z pepperoni - mówi za moimi plecami do Yasha i nieznanego mi faceta siedzącego na kanapie.
Na czubku głowy tego gościa sterczy kołtun rudych loków gruby na piętnaście centymetrów. Krótkie nogi w wielkich trampkach wyciąga na wytwornym stoliku kawowym doktora Gastrella. Obok trampek leżą cztery pudełka z pizzą. Yash idzie po kieliszki do wina.
Rudy facet pokazuje na mnie.
- Pierwszy rok. Impreza zapoznawcza. Przyszłaś z Dale'em Greensmithem.
- To jest Ivan - przedstawia go Sam.
Ivan zamyka oczy.
- Czerwona sukienka. Czarne guziki.
- O rany, jesteś niesamowity.
- Mam rację, prawda?
- Co do sukienki, tak. Randki nie pamiętam.
Śmieją się, podejrzewając, że kłamię, bo przecież niemożliwe, żebym pamiętała sukienkę lepiej niż faceta.
- In Rieslingo veritas - ogłasza Yash, nalewając wina do małych, niewiarygodnie cienkich kieliszków w kształcie dzwoneczków. - Przed końcem wieczoru poznamy prawdę o starym Dale'u Greensmisie.
Sam i ja siadamy w fotelach naprzeciw Yasha i Ivana. Wino jest słodkie i obrzydliwe, ale bardzo przyjemnie trzyma się w palcach te delikatne kieliszki.
Ivan jest kolejnym studentem studiów licencjackich z literatury, którego nigdy wcześniej nie poznałam.
- Powiedz mi wszystko, bez wyjątku wszystko, co ci przyjdzie do głowy, kiedy myślisz o Jamesie Joysie - mówi.
Na szczęście mój nauczyciel ze szkoły średniej miał lekką obsesję na punkcie Joyce'a.
- Strumień świadomości, onomatopeja, objawienie i tak, powiedziałem tak, i opadający cicho, cicho opadający na żywych i na umarłych.
Ivan wciska dłonie w gałki oczne i kołysze głową w przód i w tył.
- "... śnieg cicho spływający na wszechświat i dusza jego zamierała z wolna, jakby nadeszła ostatnia godzina dla wszystkich żyjących i zmarłych"*. Mam przerąbane.
- Pisze pracę z Finneganów tren - wyjaśnia Sam.
Ivan odsuwa dłonie od twarzy i patrzy na mnie z ostatnią iskierką nadziei. Ale ja nigdy o tym nie słyszałam.
- A ty piszesz pracę? - pytam Sama.
- To obowiązkowe, jeśli jest się w programie dla najzdolniejszych.
- No tak, racja.
Program dla najzdolniejszych. Czuję się, jakbym chodziła na inny uniwerek, i oni o tym wiedzą.
- Kogo wybrałaś? - pyta Ivan.
Właśnie w tym rzecz. Nie pytają o przedmioty, tylko o profesorów.
Z wysiłkiem przypominam sobie jakieś nazwiska.
- Brody, Iyengar, Doukas. - Tylko te przychodzą mi do głowy.
Nikt ich nie kojarzy.
- Uczą kreatywnego pisania.
- Biedne dupki - stwierdza Ivan. Sam daje mu jakieś znaki. - No bo co może być gorszego niż czytanie gównianych opowiadań przez cały semestr?
- Nie są już gówniane. Jestem w grupie zaawansowanej. - Trzeba było wziąć 101, 201 i 301, żeby się do niej dostać.
- Och, zaawansowanej! - Ivan się śmieje.
- Ja też wybrałem kreatywne pisanie na pierwszym roku - wtrąca się Yash.
- Wcale nie - mówi Sam.
- Owszem. U Iyengar. - Patrzy na mnie. - Okropnie wybrzydzała na moje opowiadanie.
- To nieprawda - twierdzi Sam.
- Wręcz strasznie wybrzydzała.
- Dostałeś parafki i miłe podsumowanie.
- Dwie parafki na piętnastu stronach, a podsumowanie było protekcjonalne.
- Wcale nie.
- "To wróży obiecującą przyszłość". - Krzywi się.
- Chyba pierwszy raz w życiu dostałeś pracę, której nie opatrzono komentarzem "geniusz" albo "olśniewające" - mówi Sam.
- Nie w tym rzecz. Wcale nie. Ale obiecująca przyszłość?! Że niby pewnego dnia w odległej przyszłości mogę przejawić jakąś nikłą iskierkę talentu?
- Więc nigdy nie zapisałeś się na kolejny kurs? - pytam.
- Nie.
- Nawet tego jednego nie skończył - dodaje Sam. - Zrezygnował po trzech tygodniach.
- Żaden z pisarzy, których podziwiam, nie chodził na zajęcia z kreatywnego pisania - stwierdza Yash. - Na pewno sobie poradzę.
Ivan podaje mi kawałek pizzy na delikatnym białym talerzu ze złotym brzegiem i różyczkami pośrodku.
- Oprócz tego wieczoru czerwonej sukienki dlaczego nigdy wcześniej cię nie widzieliśmy? - pyta. - Gdzie się chowałaś?
Nie należałam do stowarzyszenia, zatem nie chadzałam na stowarzyszeniowe imprezy, i pracowałam w restauracji trzy wieczory w tygodniu.
- Nie wiem. Na pierwszym roku trenowałam golfa, więc dużo podróżowałam. - Trochę koloryzowałam.
- Trenowałaś golfa?!
Nasz uniwersytet miał bardzo dobrą drużynę golfową - mistrzostwo ACC trzy lata z rzędu.
- Na pierwszym roku. Potem odeszłam. - Odeszłam po pierwszym tygodniu.
- Cholera. Miałaś stypendium sportowe.
- Wszyscy mają. - Myślał, że to tysiąc dziewięćset dwudziesty rok? W drużynach uczelnianych grali tylko ludzie ze stypendium sportowym.
- To nie jest Daisy Buchanan, to Jordan Baker - stwierdza Yash, a potem nachyla się do mego ucha. - Czy w twoim głosie słychać pieniądze?
- Nie. Słychać rezygnację ze stypendium sportowego.
Widzę, że wszyscy mnie wolą jako Jordan. Tak się do mnie teraz zwracają.
Yash zanosi pudełka po pizzy do kuchni i wraca z kartami.
- Jordan na pewno umie grać w kierki.
- Nie umiem, ale uwielbiam grać w karty, szybko się uczę i biorę wszystkie punktowane karty w drugim rozdaniu.
- Jordan. Sprytna J. Pilnuj się, Sammy.
Sam rzuca mi szybkie spojrzenie i uśmiecha się delikatnie znad kart.
- Cóż - mówi po rozegraniu sześciu partii, zbierając karty i nie rozdając ich ponownie.
- Czas pokazać jej twoje akwaforty? - pyta Ivan. - W jego pokoju naprawdę są akwaforty. Słowo honoru.
- Chcesz zobaczyć? - Sam rumieni się i patrzy na mnie pytająco.
W kuchni Yash wkłada naczynia do zmywarki.
Kiwam głową.
W korytarzu Sam bierze mnie za rękę i wspinam się za nim po wąskich schodach. Na szczycie jest zakręt, a potem jeszcze dwa stopnie. Sięga do kontaktu na ścianie. Stary kinkiet zapala się z opóźnieniem, blado. Sam prowadzi mnie do frontowej sypialni. Nie włącza górnego światła i nie oglądamy żadnych akwafort. Ciągnie mnie do szerokiego łóżka doktora Gastrella.
Całujemy się i splatamy nogami, a on mówi, że cały wieczór nie mógł się doczekać, żeby mnie tu przyprowadzić. Mocno się do siebie przytulamy, mam wrażenie, że dojdę, zanim zdejmę dżinsy. Śmiejemy się, bo moje palce nie radzą sobie z zamkiem, ale w końcu rozpinam go, a gdy wreszcie pozbywam się spodni, Sam sięga ręką głęboko i wydaje jakiś niski pomruk, kiedy czuje, jaka jestem wilgotna. Ja też go czuję, prężącego się pod zamkiem dżinsów. Sięgam do jego paska, a on mówi coś, co brzmi jak "nie". Wyczuwam jego puls przez materiał, kształt główki jego penisa. Wytężam wszystkie siły, żeby się nie ruszać. On całuje mnie i zaczyna pieścić palcem, ale nie wyjaśnia, dlaczego nie mogę go dotykać.
Siadam i wciągam spodnie. Pożądanie wciąż we mnie buzuje, drażni, jak wtedy, gdy jest się pijanym, choć powinno się być trzeźwym.
- Proszę, nie zrozum tego źle - mówi.
Słyszę Yasha i Ivana kłócących się na dole, kilka głuchych łomotów, a potem śmiech Yasha. Czuję się zawstydzona, zupełnie jakby tych dwóch już wiedziało, co się wydarzyło. Ivan wysłał nas tu na górę. Wiedział, jak to się potoczy. Mam skłonność do paranoi, więc muszę stąd iść.
Wkładam buty, zapinam stanik i otwieram drzwi.
- Jordan... - Sam potrafi poruszać się bardzo szybko. Dotyka mego ramienia, mojego biodra. Podnosi mi bluzkę i gładzi mnie kciukiem. - Proszę zostań. Proszę, proszę, proszę. Wytłumaczę ci.
Nie chcę iść na dół i spotkać Yasha i Ivana w drodze do wyjścia. W końcu ulegam.
Wchodzimy pod kołdrę. Zostajemy w koszulkach i bieliźnie. Przytula się do mnie, gdy leżymy na boku, i całuje moją szyję i ucho, a moje ciało szaleje. Muszę wyjść. Muszę zostać. Czuję na sobie jego twardość. Nigdy czegoś takiego nie czułam z Jayem. Zasypia na długo przede mną i niczego nie tłumaczy.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej